W ciemnym, mrocznym lesie - Ruth Ware

-
Proszę czekać

 

Tytuł oryginału: In a Dark, Dark Wood

Copyright ? Ruth Ware, 2015

First published as In a Dark, Dark Wood in 2015 by Harvill Secker, an imprint of Vintage. Vintage is part of the Penguin Random House group of companies.

Copyright ? for the Polish translation by Anna Tomczyk, 2022

Copyright ? Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2022

 

Redaktor prowadzący: Mateusz Witczak

Marketing i promocja: Marta Kujawa

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Anna Nowak

Konsultacja merytoryczna: Leszek Koźmiński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki: Dan Mogford

Ilustracje na okładce: ? Small Smiles/Shutterstock

Adaptacja okładki: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67324-46-5

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

Rozdział 2

 

 

 

Kiedy tylko się obudziłam, wiedziałam, że to dzień na bieganie po parku, na moją najdłuższą trasę, w sumie ponad czternaście kilometrów. Jesienne słońce wpadało przez bambusowe żaluzje, prześlizgiwało się po pościeli i czułam zapach deszczu, który spadł w nocy, widziałam liście na platanach przy ulicy poniżej, na koniuszkach zmieniające właśnie kolor na złotobrązowy.

Zawsze zaczynałam poranek w ten sam sposób. Może to przez to, że mieszkam sama - można wtedy wyznaczyć sobie tor dnia bez żadnych zewnętrznych zakłóceń, bez współlokatorów, którzy wciągnęli ostatni łyk mleka, bez kota wypluwającego kłaczek na dywan. Wiadomo, że to, co człowiek zostawi w szafce poprzedniego wieczoru, nadal tam będzie, kiedy on się obudzi. Ma pełną kontrolę.

A może chodzi o pracę z domu. Bez etatu bardzo łatwo dopuścić do tego, by dni straciły kształt, zlały się w jedno. Może się okazać, że o siedemnastej nadal się siedzi w szlaf­roku, a przez cały dzień widziało się tylko gościa rozwożącego mleko. Są takie dni, że nie słyszę żadnego ludzkiego głosu, z wyjątkiem radia, i wiecie co? Całkiem mi się to podoba. To dobre życie dla pisarki, z wielu powodów - jest się samemu z głosami w głowie, ze stworzonymi postaciami. W ciszy stają się bardzo prawdziwe. Niekoniecznie to jednak najzdrowszy sposób na życie. Ważne zatem, by zachować rutynę. Ona daje coś, czego można się uczepić, coś, dzięki czemu da się odróżnić zwykły dzień tygodnia od weekendu.

Mój dzień zaczyna się w ten sposób.

Dokładnie o szóstej trzydzieści włącza się ogrzewanie; budzi mnie brzęczenie pieca. Zerkam w telefon - tylko po to, by sprawdzić, czy w nocy nie skończył się świat - a potem leżę, słuchając strzelania i trzeszczenia w grzejniku.

O siódmej rano włączam radio - jest już ustawione na Today Programme Czwórki - wyciągam rękę i klikam włącznik ekspresu, w którym wieczór wcześniej uzupełniłam wodę i kawę - mieloną Carte Noire z włożonym papierowym filtrem. Rozmiary mojego mieszkania mają pewne zalety. Jedną z nich jest fakt, że mogę dosięg­nąć zarówno do ekspresu, jak i do lodówki, nie wstając z łóżka.

Kawa jest zwykle gotowa, kiedy w radiu kończą czytać nagłówki prasowe. Wygrzebuję się spod ciepłej kołdry i piję napar z odrobiną mleka, przegryzając tostem z dżemem truskawkowym Bonne Maman (bez masła, nie chodzi tu o dietę, po prostu nie lubię połączenia tych dwóch).

Dalsza kolej rzeczy zależy od pogody. Jeśli pada lub nie mam ochoty iść biegać, wtedy biorę prysznic, sprawdzam pocztę i zaczynam dzień pracy.

Jednak to był piękny dzień, korciło mnie, żeby wyjść, pobiec po mokrych liściach i poczuć wiatr na twarzy. Prysznic po bieganiu.

Włożyłam koszulkę, jakieś legginsy oraz skarpetki i wsunęłam stopy w sportowe buty, które zostawiłam wcześniej koło drzwi. Potem zbiegłam po schodach trzy piętra - na ulicę, a następnie na zewnątrz i w świat.

 

 

Kiedy wróciłam, byłam zgrzana i spocona, rozluźniona po wysiłku i długo stałam pod prysznicem, myśląc o tym, co mam na liście zadań. Musiałam zrobić kolejne zakupy internetowe - prawie skończyło mi się jedzenie. Trzeba było przejrzeć redakcję książki - obiecałam redaktorce, że odeślę ją w tym tygodniu, a nawet jeszcze nie zaczęłam. Powinnam też przeczytać mejle, które przyszły przez formularz kontaktowy mojej strony internetowej, czego nie robiłam od dawna, bo zawsze to odkładam. Większość z nich to oczywiście spam - niezależnie od tego, jaką się tam założy weryfikację, nie sposób powstrzymać tych wszystkich botów. Ale niekiedy to jakieś przydatne rzeczy, prośby o blurby albo egzemplarze recenzenckie. A czasami... Czasami mejle od czytelników. Ogólnie, jeśli ludzie do ciebie piszą, to zwykle dlatego, że spodobała im się twoja książka, chociaż miałam też kilka wiadomości o tym, jaką to jestem okropną osobą. Ale nawet jeśli wiadomości są miłe, nadal wydaje mi się dziwne i niezręczne, kiedy ktoś opowiada o swojej reakcji na twoje osobiste przemyślenia; porównałabym to do czytania cudzych opinii na temat twojego pamiętnika. Nie wiem, czy kiedykolwiek przywyknę do tego uczucia, niezależnie od tego, jak długo piszę. Może po części dlatego muszę się na to przygotować.

Kiedy się ubrałam, odpaliłam laptopa i powoli przeklikałam mejle, usuwając je przy okazji. Viagra. Obietnica, że będę mogła "zaspokoić moją kobietę". Rosyjskie ślicznotki.

I wtedy...

 

Do: Melanie Cho; kate.derby.02@DPW.gsi.gov.uk; T Deauxma; Kimayo, Liz; info@LNShaw.co.uk; Maria Tati­bouet; Iris P. Westaway; Kate Owens; smurphy@shout­linemedia.com; Nina da Souza; French, Chris

Od: Florence Clay

Temat: PANIEŃSKI CLARE!!!

 

Clare? Nie znałam żadnej Clare, chyba że...

Serce zaczęło mi szybciej bić. Ale to nie mogła być ona. Nie widziałam jej od dziesięciu lat.

Przez chwilę moje palce zawisły nieracjonalnie nad przyciskiem "delete". Potem kliknęłam i otworzyłam wiadomość.

 

CZEŚĆ WSZYSTKIM!!!

Jeśli mnie nie znacie, to mam na imię Flo i jestem najlepszą przyjaciółką Clare ze studiów. Jestem też jej - werble - świadkową! Więc zgodnie z uświęconą tradycją będę organizować jej WIECZÓR PANIEŃSKI!!!

Rozmawiałam z Clare i - jak pewnie się domyślacie - nie chce żadnych gumowych penisów ani różowych boa. Wyprawiamy więc coś trochę bardziej wyrafinowanego - weekendowy wyjazd na jej stary rewir z czasów studiów w Northumberland - chociaż możliwe, że przemycimy tam kilka niegrzecznych zabaw!

Clare wybrała weekend 14-16 listopada. Wiem, że to BARDZO na ostatnią chwilę, ale nie miałyśmy dużego pola manewru pomiędzy zobowiązaniami zawodowymi, Bożym Narodzeniem i tak dalej. Proszę o szybkie RSVP.

Całuję i pozdrawiam - mam nadzieję spotkać dawne i nowe koleżanki bardzo niedługo!!!

Flo

 

Siedziałam, niepewnie marszcząc brwi. Ogryzałam skórkę przy paznokciu, próbując to zrozumieć.

Potem jeszcze raz spojrzałam na listę adresatów. Było na niej jedno nazwisko, które rozpoznałam: Nina da Souza.

No, czyli już jasne. To musiała być Clare Cavendish. Nikt inny. I wiedziałam - a może wydawało mi się, że pamiętam - że studiowała na uczelni w Durham... albo może Newcastle? Co pasowało do tego Northumberland.

Ale dlaczego? Dlaczego Clare Cavendish zaprosiła mnie na swój wieczór panieński?

Czy to mógł być jakiś błąd? Może ta Flo po prostu przejrzała książkę adresową Clare i wystrzeliła z mejlami do wszystkich, których zdołała tam znaleźć?

Ale tylko dwanaście osób... to oznaczało, że uwzględnienie mnie nie mogło być błędem. Prawda?

Siedziałam, gapiąc się w ekran, jak gdyby piksele mogły udzielić odpowiedzi na pytania, od których przewracało mi się w żołądku. Trochę żałowałam, że nie wyrzuciłam tej wiadomości bez czytania.

Nagle nie mogłam już dłużej usiedzieć. Wstałam i podeszłam do drzwi, a potem z powrotem do biurka, gdzie stanęłam, przyglądając się niepewnie ekranowi laptopa.

Clare Cavendish. Dlaczego ja? Dlaczego teraz?

Nie bardzo mogłam spytać tę Flo.

Była tylko jedna osoba, która mogłaby wiedzieć.

Usiadłam. Potem szybko, nim zdążyłam zmienić zdanie, wystukałam mejl.

 

Do: Nina da Souza

Od: Nora Shaw

Temat: Panieński???

 

Hej, N, mam nadzieję, że masz się dobrze. Muszę przyznać, że trochę się zdziwiłam, widząc nas obie na liście zaproszonych na wieczór panieński Clare. Wybierasz się?

 

A potem czekałam na odpowiedź.

 

 

Przez kilka kolejnych dni próbowałam podjąć decyzję. Zajęłam się pracą - usiłowałam zakochać się w zawiłych i drobiazgowych uwagach redaktorki - ale mejl od Florence ciągle siedział mi z tyłu głowy, rozpraszając mnie niczym pypeć na czubku języka, który piecze, kiedy najmniej się tego człowiek spodziewa, albo zadarty paznokieć, którego nie można przestać skubać. Wiadomość spadała coraz niżej i niżej w skrzynce odbiorczej, ale nadal ją czułam, oznaczenie "bez odpowiedzi" przypominało cichy wyrzut, a pozostawione pytania stały się dręczącym tłem mojej codziennej rutyny.

"Odpowiedz" - błagałam w myślach Ninę, kiedy biegałam po parku, gotowałam kolację albo po prostu gapiłam się w przestrzeń. Myślałam, żeby do niej zadzwonić. Ale nie wiedziałam, co chcę jej powiedzieć.

I wtedy, po paru dniach, kiedy jadłam śniadanie i bezmyślnie przewijałam Twittera w telefonie, pojawiła się ikonka "nowa wiadomość".

Przyszła od Niny.

Wzięłam łyk kawy, zrobiłam głęboki wdech i kliknęłam.

 

Od: Nina da Souza

Do: Nora Shaw

Temat: Panieński???

 

Kochana! Dawno nie gadałyśmy. Właśnie dostałam twój mejl - dopiero wróciłam ze szpitala. Chryste, tak naprawdę to ostatnia rzecz, na którą mam ochotę. Jakiś czas temu dostałam zaproszenie na ślub, ale miałam nadzieję, że uniknę panieńskiego. A ty idziesz? Może zawrzemy umowę: ja pójdę, jeśli ty pójdziesz?

N

 

Piłam kawę, patrząc na ekran, mój palec zawisł nad przyciskiem "Odpowiedz", ale nie kliknęłam go. Miałam nadzieję, że Nina rozwikła przynajmniej część niewiadomych, które tłukły mi się po głowie przez ostatnie kilka dni. Kiedy ma być ślub? Dlaczego zaprosiły mnie na panieński, ale nie na ceremonię? Za kogo wychodziła?

"Hej, wiesz może..." - zaczęłam, a potem to usunęłam. Nie, nie mogłam spytać wprost. To byłoby równoznaczne z przyznaniem, że nie mam pojęcia, co się dzieje. Zawsze byłam zbyt dumna, żeby przyznać się do niewiedzy. Nie cierpię być gorsza.

Próbowałam zepchnąć to pytanie na dalszy plan, kiedy brałam prysznic i się ubierałam. Ale kiedy uruchomiłam komputer, znalazłam w skrzynce dwa kolejne nieprzeczytane mejle.

Pierwszy był pełnym żalu "nie, dziękuję" od jednej z koleżanek Clare, powołującej się na imprezę rodzinną.

Drugim była kolejna wiadomość od Flo. Tym razem załączyła potwierdzenie odbioru.

 

Do: info@LNShaw.co.uk

Od: Florence Clay

Temat: Re: Panieński Clare!!!

 

Droga Lee,

przepraszam, że Cię ścigam, ale zastanawiałam się, czy dostałaś moją ostatnią wiadomość! Wiem, że dawno nie widziałaś się z Clare, ale miała taką nadzieję, że będziesz mogła przyjechać. Często o tobie mówi i wiem, że źle się czuje z tym, jak po szkole straciłyście kontakt. Nie wiem, co się stało, ale ona byłaby naprawdę zachwycona, gdybyś przyjechała - zgodzisz się, prawda? Wtedy ten weekend będzie naprawdę udany.

Flo

 

Ta wiadomość powinna mi schlebiać - że Clare tak bardzo chce, bym przyjechała, a Flo zadała sobie tyle trudu, by mnie odnaleźć. Ale tak nie było. Poczułam za to niechęć do tego całego natręctwa, naruszania prywatności i załączania potwierdzenia odbioru. Poczułam się, jakby ktoś mnie sprawdzał, szpiegował.

Zamknęłam pocztę i otworzyłam dokument, nad którym pracowałam, ale kiedy do niego usiadłam, świadomie odpychając od siebie wszelkie myśli o tym panieńskim, słowa Flo wracały do mnie jak echo. Nurtowały mnie. "Nie wiem, co się stało". To zabrzmiało jak żal płaczliwego dziecka. Nie, pomyślałam gorzko. Nie wiesz. Więc nie wtrącaj się w moją przeszłość.

Przysięgłam, że nigdy nie wrócę.

Nina to co innego - mieszkała teraz w Londynie i czasem na siebie wpadałyśmy w okolicach Hackney. Była częś­cią mojego londyńskiego życia, tak samo jak dawniej tego w Reading.

Natomiast Clare - Clare zdecydowanie należała do przeszłości i pragnęłam, by tam pozostała.

A jednak jakaś mała część mnie - mała, upierdliwa część, która kłuła moje sumienie - tego nie chciała.

Clare była kiedyś moją przyjaciółką. Najlepszą, przez długi czas. A jednak uciekłam, nie oglądając się za siebie, nie zostawiając nawet numeru telefonu. Co ze mnie za przyjaciółka?

Wstałam niespokojnie i ponieważ chciałam się zająć czymkolwiek, zrobiłam sobie kolejną kawę. Stałam przy ekspresie, który syczał i bulgotał. Ogryzałam skórkę paznokcia, myśląc o tym, że minęło dziesięć lat od naszego ostatniego spotkania. Kiedy ekspres skończył, nalałam sobie pełny kubek i zaniosłam do biurka, ale nie siadłam ponownie do pracy. Otworzyłam przeglądarkę Google i wpisałam "Clare Cavendish Facebook".

Było wiele Clare Cavendish, jak się okazało, i kawa mi wystygła, nim znalazłam tę, która moim zdaniem mogła być nią. Na zdjęciu profilowym widniała para w przebraniach z Doktora Who. Ze względu na bujną rudą perukę trudno było ją poznać, ale w sposobie, jaki ta dziewczyna śmiała się, odchyliwszy głowę, było coś, co skłoniło mnie do zatrzymania się przy przewijaniu niekończącej się listy. Mężczyzna był przebrany za Matta Smitha, miał zaczesane na bok włosy, okulary w rogowej oprawie oraz muchę. Kliknęłam obraz, żeby go powiększyć, i przyglądałam się tym dwojgu długi czas, próbując wychwycić jej rysy pod opadającymi na twarz rudymi kosmykami, i im bardziej się przyglądałam, tym bardziej wydawało mi się, że to była Clare. Faceta nie kojarzyłam, tego byłam pewna.

Kliknęłam w zakładkę "O mnie". Pod "Wspólni znajomi" znalazłam "Nina da Souza". Zdecydowanie Clare. A pod nagłówkiem "Status" miała "W związku z William Pilgrim". To nazwisko sprawiło, że przeczytałam je dwa razy. Wydawało mi się w jakiś nieokreślony sposób znajome. Ktoś ze szkoły? Ale jedynym Williamem na naszym roczniku był Will Miles. Nie mogłam przypomnieć sobie nikogo o nazwisku Pilgrim. Kliknęłam w zdjęcie profilowe, ale była tam anonimowa fotka do połowy pełnej szklanki piwa.

Wróciłam do zdjęcia profilowego Clare i kiedy na nie patrzyłam, próbując wymyślić, co zrobić, zadźwięczał mi w głowie mejl od Flo: "miała taką nadzieję, że będziesz mogła przyjechać. Często o tobie mówi".

Poczułam, jak coś ściska mnie za serce. Może poczucie winy.

Zniknęłam wtedy, nie oglądając się za siebie, dogłębnie wstrząśnięta i oszołomiona, i przez długi czas skupiałam się na tym, żeby żyć dalej, iść naprzód, zostawić przeszłość zdecydowanie za sobą.

Instynkt samozachowawczy: to wszystko, na co było mnie stać. Nie pozwalałam sobie myśleć o tym wszystkim, co zostawiłam.

Ale teraz Clare patrzyła mi w oczy, spoglądając zaczepnie spod rudej peruki, a ja pomyślałam, że widzę w jej oczach coś błagalnego, coś karcącego.

Zaczęłam wspominać. Pamiętałam, że potrafiła sprawić, iż człowiek czuł się jak milion dolarów, jeśli z całej sali pełnej ludzi wybrała właśnie jego. Pamiętałam jej niski, bulgoczący śmiech, wiadomości podawane w klasie, dziwne poczucie humoru.

Pamiętałam nocowanie na podłodze w jej sypialni - miałam może z sześć lat, to był mój pierwszy raz poza domem i leżałam, nasłuchując cichego mruczenia jej oddechu. Miałam koszmar, zmoczyłam się, a Clare... Clare przytuliła mnie i dała mi swojego misia do przytulania, sama zakradła się do suszarni po świeżą pościel, a tamtą schowała do kosza na pranie.

Na półpiętrze usłyszałam głos jej matki, niski i przytłumiony, pytający, co się dzieje, a Clare szybko odpowiedziała:

- Przewróciłam swoje mleko, mamusiu, zamoczyłam całą pościel Lee.

Wróciłam tam na sekundę, te dwadzieścia lat wstecz, byłam małą, przestraszoną dziewczynką. Czułam zapach jej sypialni - nasze nieświeże nocne oddechy, słodycz kuleczek kąpielowych w szklanym słoju na jej parapecie, zapach czystej pościeli.

- Nie mów nikomu - szepnęłam, kiedy ułożyłyśmy świeżą pościel, a ja schowałam mokry dół od piżamy do walizki. Pokręciła głową.

- Oczywiście, że nie.

I nigdy nie powiedziała.

Nadal tak siedziałam, kiedy z mojego komputera dobiegło ciche piknięcie i pojawił się kolejny mejl. Od Niny. "To jaki jest plan? Flo mnie ściga. Umowa stoi? N". Wstałam i zaczęłam chodzić po pokoju, czułam, że palce mnie świerzbią na myśl o tym, jakie to głupie, co zamierzałam zrobić. Potem wróciłam i nim zdążyłam zmienić zdanie, wpisałam: "Ok. Stoi".

Odpowiedź Niny przyszła godzinę później. "Wow! Nie zrozum mnie źle, ale muszę powiedzieć, że jestem zaskoczona. To znaczy pozytywnie. W takim razie mamy umowę. Nawet nie próbuj mnie zawieść. Pamiętaj, jestem lekarką. Znam przynajmniej trzy sposoby, żeby cię zabić, nie pozostawiając żadnego śladu. N".

Wzięłam głęboki wdech, otworzyłam pierwszy mejl od Flo i zaczęłam pisać.

 

Droga Florence (Flo?),

bardzo chętnie przyjadę. Proszę, podziękuj Clare za to, że o mnie pomyślała. Nie mogę się doczekać, żeby spotkać się z wami w Northumberland i nadrobić zaległości z Clare.

Pozdrawiam ciepło, Nora (ale Clare zna mnie jako Lee).

PS Ze szczegółami najlepiej pisz na ten adres. Tego drugiego nie sprawdzam zbyt regularnie.

 

Po tym mejle zaczęły chodzić często i gęsto. Ruszyła lawina pełnych żalu odmów - wszystkie ze względu na to, że zaproszenie przyszło tak późno. "Wyjeżdżam na ten weekend..." "Bardzo przepraszam, muszę pracować..." "Msza w intencji zmarłego członka rodziny..." (Nina: "Następnej osobie, która nadużyje funkcji "Odpowiedz wszystkim", wyprawimy pogrzeb")... "Niestety jadę wtedy do Kornwalii nurkować!" (Nina: "Nurkować? W listopadzie? Nie wpadła na lepszą wymówkę? Gdybym wiedziała, że poprzeczka jest taka niska, to powiedziałabym, że utknęłam w kopalni w Chile albo coś w tym stylu").

Inna praca. Inny wieczór panieński. A wśród nich kilka potwierdzeń.

Ostatecznie lista została zamknięta. Clare, Flo, Melanie, Tom (odpowiedź Niny do mnie: "???"), Nina, ja.

Tylko sześć osób. Nie wydawało się to dużo jak na kogoś tak popularnego jak Clare. A przynajmniej tak popularnego w szkole. Ale rzeczywiście, zaproszenie przyszło późno.

Czy to dlatego znalazłam się na liście? Żeby nabić licznik, bo uznała, że na bezrybiu i rak ryba? Ale nie, to nie było w stylu Clare, przynajmniej nie tej Clare, którą znałam. Clare, którą znałam, zaprosiłaby dokładnie tych, których chciała, i przedstawiłaby imprezę jako taaaak ekskluzywną, że tylko garstka ludzi może na nią przyjść.

Odepchnęłam na bok wspomnienia, przykryłam je kocem rutyny. Ale powracały - w połowie biegu, w środku nocy, kiedy tylko najmniej się spodziewałam.

Dlaczego, Clare? Dlaczego teraz?

 

 

 

 

 

 

Rozdział 3

 

 

 

Listopad nadszedł przerażająco szybko. Starałam się, jak mogłam, żeby odepchnąć te wszystkie myśli i skupić się na pracy, ale w miarę jak zbliżał się weekend, stawało się to coraz trudniejsze. Biegałam dłuższe trasy, próbowałam się jak najbardziej zmęczyć przed pójściem spać, ale kiedy tylko moja głowa dotykała poduszki, rozlegały się w niej szepty. "Dziesięć lat. Po tym wszystkim, co się stało. Czy to był ogromny błąd?"

Gdyby nie Nina, jakoś bym się wycofała, ale oto nadszedł czternasty, a ja z torbą w dłoni wysiadłam z pociągu w zimny, nieprzyjemny poranek w Newcastle, z Niną obok mnie, która paliła własnoręcznie skręconego papierosa i marudziła, że nie jesteśmy w Anglii, podczas gdy ja kupowałam kawę w kiosku przy peronie. Był to jej trzeci panieński w tym roku (zaciągnięcie papierosem), na ostatni wydała pięćset funtów (zaciągnięcie), a ten wyjdzie bliżej tysiąca, jeśli wziąć pod uwagę sam ślub (wydech). Serio, wolałaby wypisać im czek na górę kasy i zachować sobie rok spokoju. I proszę (rozgniotła niedopałek wąskim obcasem) przypomnieć jej raz jeszcze, dlaczego nie mogła zabrać Jess?

- Bo to wieczór panieński - odpowiedziałam. Chwyciłam kawę i poszłam za Niną w kierunku znaku parkingu. - I o to w tym wszystkim chodzi, żeby zostawić partnerów w domu. Inaczej można by, kurwa, przyprowadzić pana młodego i mieć z głowy całą imprezę.

Nigdy dużo nie przeklinam, tylko przy Ninie. Ona mnie jakoś do tego prowokuje, tak jakby moja przeklinająca osobowość była gdzieś ukryta i czekała, aż ją wypuszczę.

- Nadal nie jeździsz autem? - spytała, kiedy wrzuciłyś­my walizki do bagażnika wynajętego forda. Wzruszyłam ramionami.

- To jedna z wielu podstawowych umiejętności, których nie opanowałam. Wybacz.

- Nie przepraszaj mnie. - Wcisnęła swoje długie nogi przed siedzenie kierowcy, zatrzasnęła drzwi i wsunęła kluczyk do stacyjki. - Ja nie cierpię, jak ktoś mnie wozi. Z prowadzeniem auta jest jak z karaoke, w twoim wykonaniu epickie, w wykonaniu innych zawstydzające lub niepokojące.

- No... po prostu, wiesz. W Londynie samochód wydaje się bardziej luksusem niż koniecznością. Nie uważasz?

- Wypożyczam samochód z Zipcara, żeby odwiedzić mamę i tatę.

- Hmmm. - Wyjrzałam przez okno, kiedy Nina puściła sprzęgło. Autem trochę szarpało po parkingu pod stacją, zanim to ogarnęła. - Do Australii volvem, to byłaby długa podróż.

- O Boże, zapomniałam, że twoja mama wyemigrowała. Z... Jak on ma na imię? Ten twój ojczym?

- Philip - odparłam. Dlaczego zawsze, kiedy wymawiam jego imię, czuję się niczym nadąsana nastolatka? To zupełnie normalne imię.

Nina rzuciła mi ostre spojrzenie, a potem kiwnęła głową w stronę nawigacji.

- Włącz to, proszę, i wpisz ten kod pocztowy, który podała nam Flo. To nasza jedyna nadzieja, żebyśmy wydostały się żywe z centrum Newcastle.

 

 

Westerhope, Throckley, Stanegate, Haltwhistle, Wark... Znaki migały za oknem niczym jakiś rodzaj poezji, a droga rozwijała się przed nami jak stalowoszara wstążka rzucona w poprzek wrzosowisk pełnych owiec i niskich wzgórz. Niebo nad nami było zachmurzone i potężne, ale małe, kamienne budynki mijane od czasu do czasu stały wtulone w zagłębienia krajobrazu, jakby się obawiały, że ktoś je zobaczy. Nie musiałam nas pilotować, a kiedy czytam w samochodzie, jest mi niedobrze i dziwnie, więc zamknęłam oczy, odcinając się od Niny oraz dźwięków radia, sama w swojej głowie z dręczącymi mnie pytaniami.

Dlaczego ja, Clare? Dlaczego teraz?

Czy chodziło tylko o to, że wychodziła za mąż i chciała odbudować dawną przyjaźń? Ale jeśli tak, to dlaczego nie zaprosiła mnie na ślub? Najwyraźniej zaprosiła Ninę, więc nie była to chyba jakaś ceremonia tylko dla rodziny ani nic w tym stylu.

W mojej wyobraźni pokręciła głową, nakazując mi być cierpliwą, poczekać. Clare zawsze lubiła sekrety. Jej ulubioną rozrywką było dowiadywanie się czegoś o człowieku, a potem nawiązywanie do tego. Nie rozpowiadanie wokół - po prostu ukrywała odniesienia w rozmowie, przywołując coś, o czym wiedziałyście tylko wy dwie. Odniesienia, poprzez które dawała ci znać.

 

 

Zatrzymałyśmy się w Hexham na lunch oraz przerwę na papierosa dla Niny, a potem ruszyłyśmy dalej w stronę lasów Kielder, przez wiejskie ulice, gdzie niebo nad nami zrobiło się ciężkie. Ale podczas gdy drogi stawały się węższe, drzewa zdawały się przybliżać, sąsiadować z krótko przyciętymi torfowiskami, aż w końcu pojawiły się tuż obok szosy, oddzielone jedynie wąskimi kamiennymi murkami.

Gdy wjechałyśmy do samego lasu, zasięg nawigacji spadł, a potem się urwał.

- Czekaj. - Zaczęłam szperać w torebce. - Wydrukowałam sobie te wskazówki, które wysłała Flo.

- No proszę, mamy tu harcerkę roku - odparła Nina, ale usłyszałam ulgę w jej głosie. - Poza tym co jest nie tak z iPhone'ami?

- To jest z nimi nie tak. - Podniosłam swój telefon, który w nieskończoność pobierał dane i nie był w stanie załadować Map Google. - Niespodziewanie tracą zasięg. - Spojrzałam na wydruki. "Szklany Dom", przeczytałam nagłówek, Stane­bridge Road. - Okej, zaraz skręcamy w prawo. Zakręt, a potem w prawo, to musi być lada moment... - Zjazd przeleciał mi obok i powiedziałam, jak mi się wydawało, łagodnie: - To był ten. Przegapiłyśmy go.

- Kurde, świetny z ciebie pilot!

- CO?

- Wiesz, masz mówić mi o zjazdach, zanim do nich dotrzemy. - Zaczęła naśladować mechaniczny głos nawigacji. - Skręć w lewo za... pięćdziesiąt... metrów. Skręć w lewo za... trzydzieści... metrów. Zawróć, kiedy będzie to bezpieczne, minąłeś zjazd.

- No to zawróć, kiedy będzie to bezpieczne, damo. Minęłaś zjazd.

- Pieprzyć "bezpieczne". - Nina wdepnęła hamulec i wykonała szybki, nerwowy manewr zawracania na trzy po prostu na kolejnym zjeździe na leśną drogę. Zamknęłam oczy.

- To jak to było z tym karaoke?

- Och, to jest ślepa uliczka, nikt by tędy nie jechał.

- Z wyjątkiem pozostałych osób zaproszonych na ten panieński.

Ostrożnie otworzyłam oczy i zobaczyłam, że jesteśmy całe oraz przyspieszamy w przeciwnym kierunku.

- Okej, to tutaj. Na mapie wygląda jak ścieżka, ale Flo na pewno zaznaczyła właśnie to miejsce.

- To jest ścieżka!

Skręciła kierownicą, wjechałyśmy do lasu, a małe auto zaczęło podskakiwać i chybotać się na wyboistej, błotnistej dróżce.

- Wydaje mi się, że technicznie nazywa się to "drogą nieutwardzoną" - zauważyłam dość cicho, kiedy Nina jechała wzdłuż pełnego błota rowu, przypominającego raczej wodopój dla hipopotamów, i wzięła kolejny zakręt. - Czy to ich podjazd? To już chyba prawie kilometr drogi.

Byłyśmy na ostatniej stronie wydruku, tej największej, która była właściwie zdjęciem z lotu ptaka, i nie widziałam na niej żadnych innych domów.

- Skoro to jest ich podjazd - zauważyła urywanie Nina, bo samochód znowu podskakiwał na wybojach - to powinni go, do cholery, utrzymywać w dobrym stanie. Jeśli zniszczę podwozie tego wynajętego auta, to kogoś pozwę. Nieważne kogo, ale spłukałabym się, gdybym miała za to płacić.

Gdy minęłyśmy kolejny zakręt, nagle znalazłyśmy się na miejscu. Nina wjechała przez wąską bramę, zaparkowała i zgasiła silnik. Obie wysiadłyśmy, patrząc na dom przed nami.

Nie wiem, czego się spodziewałam, ale nie tego. Może jakiejś krytej strzechą chatki z belkami stropowymi i niskimi sufitami. Tymczasem na leśnej polanie stała wyjątkowa konstrukcja ze szkła i metalu, wyglądająca, jakby została beztrosko porzucona przez dziecko zmęczone zabawą jakimiś bardzo minimalistycznymi klockami. Wydawała się tak bardzo nie na miejscu, że obie z Niną po prostu stałyśmy tam z rozdziawionymi ustami.