W ciemności grobu - Malcolm Lowry

Kup ebooka

47.99 zł
35.99 zł (35,41 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed­mowa

Za­cząć na­leży od zro­zu­mie­nia, że Mal­colm Lowry w grun­cie rze­czy nie był po­wie­ścio­pi­sa­rzem, zo­stał nim wła­ści­wie przez przy­pa­dek. Trudno po­wie­dzieć, kim naj­le­piej go na­zwać: pa­mięt­ni­ka­rzem, na­ło­gow­cem uza­leż­nio­nym od za­pi­sy­wa­nia swo­ich ob­ser­wa­cji, po­etą ma­nqué[1], fi­lo­zo­fu­ją­cym al­ko­ho­li­kiem - każde z tych okre­śleń mo­głoby wy­star­czyć, ale tylko na po­czą­tek. Pod­czas roz­mów z ludźmi, któ­rzy go znali, naj­czę­ściej pada słowo "ge­niusz" i do­piero to okre­śle­nie jest trafne. Na­wet jego naj­mniej udane dzieła są wy­two­rem umy­słu i wraż­li­wo­ści zu­peł­nie od­mien­nych od wa­szych i mo­ich. Dru­gim naj­czę­ściej uży­wa­nym okre­śle­niem jest "wy­jąt­kowy" i spraw­dza się ono rów­nie do­brze jak "ge­niusz"; ni­gdy nie po­ja­wił się nikt, kto choć w mi­ni­mal­nym stop­niu przy­po­mi­nałby Lowry'ego. Był chy­trym oszu­stem, a jed­no­cze­śnie nie­śmia­łym na­iw­nia­kiem; pił na po­tęgę, jed­nak zda­wało się, że w nie­mal nad­przy­ro­dzony spo­sób ni­gdy nie tra­cił kon­taktu z rze­czy­wi­sto­ścią, na­wet kiedy le­żał jak długi na pod­ło­dze pubu albo can­tina[2]; z jed­nej strony był wiel­kim kłamcą (lub, z więk­szą wy­ro­zu­mia­ło­ścią, wy­na­lazcą fik­cji au­to­bio­gra­ficz­nej), ale - zwłasz­cza w swo­jej twór­czo­ści li­te­rac­kiej - jed­nym z naj­uczciw­szych do bólu lu­dzi na świe­cie. Wiecz­nie wy­sta­wiał swo­ich przy­ja­ciół na próbę, jed­no­cze­śnie bę­dąc tak cza­ru­ją­cym, że ktoś pew­nego razu po­wie­dział o nim: "Wy­star­czy, że raz spoj­rzę na tego sta­rego dra­nia, i przez cały ty­dzień je­stem szczę­śliwy". Ra­do­sny, a na­wet bez­tro­ski, no­sił w so­bie my­śli sa­mo­bój­cze.

Z po­sta­cią Lowry'ego na pewno wiążą się jesz­cze inne pa­ra­doksy. Z prak­tycz­nego punktu wi­dze­nia naj­waż­niej­szy z nich to fakt, że był czło­wie­kiem opę­ta­nym im­pe­ra­ty­wem pi­sa­nia, a jed­no­cze­śnie nie­mal kom­plet­nie do tego nie­zdol­nym. Ka­non opu­bli­ko­wa­nej twór­czo­ści Lowry'ego jest nie­wielki: Ul­tra­ma­ryna (1933) - de­biu­tancka, jesz­cze stu­dencka po­wieść o dys­ku­syj­nej ini­cja­cji ży­cio­wej mło­dego chło­paka pod­czas rejsu; Lu­nar Cau­stic (na­pi­sana w la­tach 1934-1935, ale do­tych­czas opu­bli­ko­wana tylko w ję­zyku an­giel­skim w "Pa­ris Re­view", zimą 1963) - sur­re­ali­styczna no­wela, któ­rej ak­cja roz­grywa się na od­dziale psy­chia­trycz­nym szpi­tala Bel­le­vue; Usłysz nas, Pa­nie, z nie­bios, miej­sca Twego (1961) - an­to­lo­gia sied­miu opo­wia­dań i no­wel ze­bra­nych (a w kilku przy­pad­kach także ukoń­czo­nych) przez pa­nią Lowry po śmierci męża; nie­wielki to­mik wier­szy wy­dany w 1962 roku; kilka przy­pad­ko­wych opo­wia­dań i skraw­ków po­wie­ści, które od czasu do czasu uka­zy­wały się w róż­nych cza­so­pi­smach - oraz oczy­wi­ście wy­śmie­nita Pod wul­ka­nem (1947) - fi­lar spu­ści­zny po Low­rym, oś jego ży­cia, wspa­niała po­wieść.

To oraz wy­dany w 1965 roku zbiór jego li­stów sta­nowi ogół opu­bli­ko­wa­nej twór­czo­ści Lowry'ego - ża­ło­śnie skromny, zwłasz­cza je­śli wziąć pod uwagę, że od wcze­snej mło­do­ści aż do śmierci w 1957 roku nie­mal nie było dnia, w któ­rym ni­czego by nie na­pi­sał: no­tatki, dzien­niki, próbne aka­pity i roz­działy utwo­rów, nad któ­rymi aku­rat pra­co­wał, po­prawki wcze­śniej­szych prac, po­prawki po­pra­wek i tak da­lej. Na każdą opu­bli­ko­waną stronę dzieł Lowry'ego przy­pada pew­nie z dwie­ście nie­pu­bli­ko­wa­nych, za­peł­nio­nych jego nie­sły­cha­nie drob­nym, nie­czy­tel­nym pi­smem albo prze­pi­sa­nych na ma­szy­nie przez Mar­ge­rie Bon­ner Lowry. Zo­sta­wił po so­bie jesz­cze trzy nie­do­koń­czone po­wie­ści, sześć lub sie­dem opo­wia­dań i do­słow­nie setki wier­szy.

Dla­czego jest tyle za­czę­tych utwo­rów, a tak mało ukoń­czo­nych? Wpły­nęło na to wiele czyn­ni­ków. Po pierw­sze, za­sto­so­wana przez Lowry'ego me­toda twór­cza była, de­li­kat­nie mó­wiąc, eks­cen­tryczna. Po­strze­gał on wszyst­kie swoje dzieła, za­równo te opu­bli­ko­wane, jak i te jesz­cze nie­na­pi­sane, jako ele­menty skła­dowe prze­past­nego kon­ti­nuum, które za­mie­rzał na­zwać Nie­koń­czącą się po­dróżą, a jego trzo­nem miała być po­wieść Pod wul­ka­nem, i wzbra­niał się przed uzna­niem któ­rej­kol­wiek czę­ści tego kon­ti­nuum za kom­pletną, do­póki nie ukoń­czy ich wszyst­kich. Wsku­tek tego am­bit­nego, pro­ustow­skiego planu nie wy­obra­żał so­bie odło­że­nia da­nego dzieła na bok; ide­al­nym roz­wią­za­niem by­łaby sy­mul­ta­niczna praca nad każ­dym z nich; tym­cza­sem mu­siał wciąż prze­ska­ki­wać od jed­nego do dru­giego, nie­ustan­nie coś po­pra­wia­jąc, do­piesz­cza­jąc, za­wsze coś od­rzu­ca­jąc - i ni­czego nie koń­cząc.

Inną, głęb­szą przy­czynę sta­no­wił jego cha­rak­ter. Lowry był nie­zdolny do zde­fi­nio­wa­nia sie­bie przed sobą sa­mym, w pew­nym stop­niu dla­tego, że bał się tego, co zo­ba­czy, je­śli wy­star­cza­jąco głę­boko zaj­rzy w swoją psy­chikę. Ale jak więk­szość ar­ty­stów wi­zjo­ne­rów był wy­bit­nie ego­cen­trycz­nym czło­wie­kiem: pra­wie za­wsze kie­ro­wał swój wzrok do we­wnątrz, za­pa­try­wał się w sie­bie tak bar­dzo, że sta­wał się nie­mal ślepy na świat ze­wnętrzny - chyba że ten od­zwier­cie­dlał jego wła­sne my­śli i uczu­cia. Od czasu do czasu usil­nie pró­bo­wał sku­pić się na rze­czach go ota­cza­ją­cych - na sy­tu­acji na świe­cie, przy­ja­cio­łach, żo­nach, brzmie­niu głosu, ko­lo­rze nieba - i miał na­dzieję, że al­ko­hol po­może mu prze­trwać tego ro­dzaju wy­pady. Ale oczy­wi­ście w ten spo­sób je­dy­nie za­pa­dał się jesz­cze głę­biej w sie­bie, gdzie nie­uchwytny we­wnętrzny Mal­colm Lowry na prze­mian to wy­śmie­wał swoje zna­ko­mite, nie­po­radne ze­wnętrzne ja, to wraz z nim cier­piał. Taki czło­wiek mógł pi­sać tylko o so­bie - i wła­śnie to ro­bił Lowry. Ba­na­łem jest stwier­dze­nie, że pi­sał "au­to­bio­gra­fie le­d­wie na­śla­du­jące fik­cję", jed­nak to prawda. Cza­sami, bar­dzo rzadko, pró­bo­wał wy­my­ślać fik­cyj­nych bo­ha­te­rów, ale nie wie­dział o in­nych lu­dziach wy­star­cza­jąco dużo, by czuć się w tym swo­bod­nie - na­wia­sem mó­wiąc, dla­tego jego dru­go­pla­nowe po­sta­cie, zwłasz­cza ko­biety, wy­dają się nie­wy­raź­nie na­kre­ślone, za­le­d­wie na­szki­co­wane - więc szybko wra­cał do je­dy­nego bo­ha­tera, który go szcze­rze in­te­re­so­wał: Mal­colma Lowry'ego. Przy tym ni­gdy nie umiał zmu­sić się do au­ten­tycz­nej kon­fron­ta­cji z Mal­col­mem Low­rym, dla­tego nie był w sta­nie do­koń­czyć żad­nego ze swo­ich au­to­por­tre­tów. (Na­wet Pod wul­ka­nem uwa­żał za dzieło nie­kom­pletne).

Z upodo­ba­niem nada­wał swoim pro­ta­go­ni­stom eks­tra­wa­ganc­kie, osza­ła­mia­jące imiona i na­zwi­ska: Ken­nish Drum­gold Co­sna­han, Ro­de­rick McGre­gor Fa­ir­ha­ven, Wil­liam Plan­ta­ge­net lub też Sig­bj?rn Wil­der­ness, główny bo­ha­ter W ciem­no­ści grobu. Nieco mniej eks­tra­wa­ganc­kie, ale osta­tecz­nie też za­pa­da­jące w pa­mięć były jego inne al­ter ego - Dana Hil­liot lub Geof­frey Fir­min - lecz nie­za­leż­nie od na­zwi­ska te­ma­tem za­wsze był Mal­colm Lowry. Na­leży jed­nak za­uwa­żyć, że Lowry nie miał zbyt wy­so­kiego mnie­ma­nia o swo­ich fik­cyj­nych wcie­le­niach: ego­cen­tryzm nie jest sy­no­ni­mem uwiel­bie­nia dla sie­bie. Pew­nego razu, pi­sząc do przy­ja­ciela, pró­bo­wał przy­bli­żyć mu po­stać Sig­bj?rna Wil­der­nessa, przy czym wy­ra­ził swoje za­strze­że­nia wo­bec tej po­staci:

Wil­der­ness nie jest pi­sa­rzem w ta­kim sen­sie, w ja­kim są nimi spo­ty­kani zwy­kle w po­wie­ściach pi­sa­rze. On po pro­stu nie wie, kim jest. Jakby żył pod zie­mią. Jest też czło­wie­kiem Or­tegi[3], wy­my­śla­ją­cym na bie­żąco fa­bułę swo­jego ży­cia i szu­ka­ją­cym swego po­wo­ła­nia [...] nie­za­in­te­re­so­wa­nym li­te­ra­turą, nie­oby­tym pod wzglę­dem kul­tury, nie­praw­do­po­dob­nie mało spo­strze­gaw­czym, pod wie­loma wzglę­dami nie­do­uczo­nym, po­zba­wio­nym wiary w sie­bie oraz nie­mal wszyst­kich in­nych cech, które zwy­kle ko­ja­rzą się z pi­sa­rzami. [...] Już same jego me­tody pi­sa­nia są ab­sur­dalne, on prak­tycz­nie ni­czego nie wi­dzi, na­wet za po­śred­nic­twem swo­jej żony, choć po­woli za­czyna do­strze­gać i ro­zu­mieć. Są­dzę, że dzięki temu może stać się bar­dzo ory­gi­nalną po­sta­cią, jed­no­cze­śnie ludzką i ża­ło­śnie od­czło­wie­czoną.

Moż­liwe, że jedną z przy­czyn nie­wiel­kiego do nie­dawna uzna­nia dla Lowry'ego jako au­tora jest to, że czy­tel­nicy sta­rali się zna­leźć w jego dzie­łach coś, czego tam nie ma, a je­śli jest, to je­dy­nie na mar­gi­ne­sie, czyli czyn­niki ze­wnętrzne na­pę­dza­jące roz­wój zda­rzeń - co kie­dyś na­zy­wa­li­śmy "fa­bułą" - i wy­raźny kon­flikt mię­dzy bo­ha­te­rami. Nikt się ni­g­dzie nie ru­sza; nic "się nie dzieje". Ale o ile nie ma tu ze­wnętrz­nych czyn­ni­ków na­pę­do­wych, o tyle daje się za­uwa­żyć wręcz nad­miar czyn­ni­ków we­wnętrz­nych, a na­pię­cie w umy­śle głów­nego bo­ha­tera jest wy­star­cza­jąco silne, by ja­ki­kol­wiek inny kon­flikt stał się zbędny. Lowry był na­prawdę, mimo ca­łego swego ro­man­ty­zmu, ca­łej eg­zo­tyki jego prozy, pi­sa­rzem, któ­rego dzieła wy­ma­gają wy­siłku umy­sło­wego, są praw­dziwą roz­ko­szą dla in­te­lek­tu­ali­stów. Tym, co nie­sie wszyst­kie jego utwory, nie jest fa­buła, dia­log czy też dy­na­mizm, lecz są to wzloty i upadki umy­słu, na­prawdę za­dzi­wia­jące pod każ­dym wzglę­dem. Tempo my­śli bu­duje ogromne na­pię­cie i eks­cy­ta­cję, tak że "fa­bułą" po­wie­ści Lowry'ego są dy­na­miczne pro­cesy za­cho­dzące w umy­śle au­tora - a ra­czej, po­win­ni­śmy po­wie­dzieć, w umy­śle bo­ha­tera. Ile­kroć Lowry każe swo­jemu bo­ha­te­rowi o czymś roz­my­ślać, mamy do czy­nie­nia z wielką li­te­ra­turą. Gdy zaś pró­buje uło­żyć ak­cję, dia­log lub stwo­rzyć wia­ry­godne po­sta­cie inne niż on sam, za­czyna stą­pać po bar­dzo cien­kim lo­dzie. Cza­sami, jak w przy­padku Ju­ana Fer­nanda Mar­ti­neza, udaje mu się za­in­te­re­so­wać nas inną osobą dra­matu - tyle że Juan Fer­nando ani na mo­ment nie po­ja­wia się w po­wie­ści, chyba że we wspo­mnie­niach Sig­bj?rna Wil­der­nessa. A kiedy na stro­nach tego utworu po­ru­sza nas nie­sa­mo­wity mek­sy­kań­ski kra­jo­braz, mu­simy zdać so­bie sprawę, że wcale nie cho­dzi o kra­jo­braz Mek­syku (dyk­tuje go je­dy­nie geo­gra­ficzny zbieg oko­licz­no­ści); to kra­jo­braz we­wnętrzny Sig­bj?rna-Lowry'ego, ten sam prze­pastny pej­zaż, który ma­lo­wał Ge­rard Man­ley Hop­kins:

O, myśl, myśl w so­bie góry ma: je­śli na szczy­cie

Sta­niesz, pod tobą urwisk stro­mość nie­zgłę­biona.

Jak straszna - wie ten tylko, kto z nich zwi­sał[4].

W pierw­szej po­ło­wie grud­nia 1945 roku Mal­colm i Mar­ge­rie Bon­ner Lowry po­le­cieli z Van­co­uver w Ko­lum­bii Bry­tyj­skiej do Mek­syku. Na miej­scu po­je­chali au­to­bu­sem do Cu­er­na­vaki, gdzie Lowry miesz­kał ze swoją pierw­szą żoną - Jan - w 1936 roku i gdzie za­czął pi­sać Pod wul­ka­nem. W syl­we­stra Lowry otrzy­mał wia­do­mość od Jo­na­thana Cape'a, któ­remu wy­słał ukoń­czony rę­ko­pis Pod wul­ka­nem, że wy­daw­nic­two nie przyj­mie do druku jego po­wie­ści w obec­nej for­mie; wy­ma­gano od niego licz­nych zmian. W ciągu na­stęp­nych dwóch ty­go­dni Lowry spę­dził więk­szość czasu na pi­sa­niu jed­nego z naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cych do­ku­men­tów pa­ra­li­te­rac­kich na­szych cza­sów - li­stu do Cape'a, w któ­rym pod­dał szcze­gó­ło­wej ana­li­zie Pod wul­ka­nem, roz­dział po roz­dziale, wy­ja­śnia­jąc zna­cze­nie każ­dego de­talu i tłu­ma­cząc, dla­czego na­leży go za­cho­wać. W tym za­da­niu nie prze­szko­dziły Lowry'emu wy­da­rze­nia z nocy 10 stycz­nia, kiedy pod­jął bez szcze­gól­nego prze­ko­na­nia spon­ta­niczną próbę sa­mo­bój­stwa przez pod­cię­cie so­bie żył na nad­garstku. Już 16 stycz­nia wy­ru­szył z żoną do Oaxaca, gdzie miał na­dzieję od­na­leźć swo­jego przy­ja­ciela, Mek­sy­ka­nina po­zna­nego pod­czas pierw­szej wi­zyty w tym kraju. Oka­zało się, że męż­czy­zna od kilku lat nie żył, a po­nie­waż nie mieli żad­nego in­nego po­wodu, by zo­stać w Oaxaca, na­stęp­nego dnia po­je­chali do Aca­pulco przez Me­xico City.

Te zda­rze­nia sta­no­wią sub­stan­cję W ciem­no­ści grobu. W trak­cie ca­łej po­dróży za­równo Lowry, jak i jego żona ro­bili no­tatki - za­pi­sy­wali dia­logi, wra­że­nia, treść mi­ja­nych po dro­dze ta­blic i zna­ków, wszel­kiego ro­dzaju przy­pad­kowe ob­ser­wa­cje. Po dra­ma­tycz­nej se­rii nie­mal ko­micz­nych wpa­dek w Aca­pulco i Me­xico City, któ­rych kul­mi­na­cją była ich de­por­ta­cja z kraju (Lowry za­czął o niej pi­sać ko­lejną nie­ukoń­czoną po­wieść pod ty­tu­łem La Mor­dida), wró­cili do Ka­nady. Ja­kiś czas póź­niej Lowry przej­rzał wszyst­kie za­pi­ski z tej mek­sy­kań­skiej przy­gody i wy­krzyk­nął: "Do li­cha, mamy tu po­wieść!", po czym za­brał się do pracy nad książką W ciem­no­ści grobu.

W sierp­niu 1947 roku Lowry na­pi­sał do Al­berta Er­skine'a, ame­ry­kań­skiego wy­dawcy książki Pod wul­ka­nem, do tego mo­mentu już przy­ję­tej do druku: "Przy­go­to­wa­łem pierw­szy, wstępny szkic Dark is [sic!] the Grave i za­czą­łem pracę nad dru­gim. Jesz­cze nie wpa­dłem na to, jak skon­stru­ować pierw­szy roz­dział, żeby brzmiał do­brze, ale kiedy mi się to uda, wy­ślę Panu rę­ko­pis". W paź­dzier­niku uznał, że już jest go­towy wy­słać Er­skine'owi po­szcze­gólne czę­ści:

Pi­szę coś, co można śmiało okre­ślić mia­nem do­brej książki - oczy­wi­ście nie mogę tego stwier­dzić z ab­so­lutną pew­no­ścią, bę­dąc je­dy­nie boczną uliczką mo­jej wła­snej świa­do­mo­ści; jed­nak z mo­jej per­spek­tywy wy­gląda to cał­kiem nie­źle i gdy­bym był obiek­tyw­nym, po­stron­nym ob­ser­wa­to­rem, uznał­bym ją za wartą przej­ścia wielu ki­lo­me­trów, by już za­jąć miej­sce w ko­lejce po nią, su­biek­tyw­nie zaś mógł­bym po­wie­dzieć bez żad­nych za­strze­żeń, że jest to tre­mendo si­nie­stro[5]: w każ­dym ra­zie pa­zienza[6] - do­sta­nie ją Pan w ma­łych por­cjach, będę miał czas na przej­rze­nie jej, za­nim ją skoń­czę, a część tego, co na ra­zie wy­ślę, może się zda­wać tro­chę cha­otyczna. Tym ra­zem zmie­rzamy w kie­runku rów­no­wagi, a nie w prze­ciw­nym, efekt zaś jest o wiele bar­dziej eks­cy­tu­jący, może na­wet jesz­cze po­twor­niej­szy, choć pew­nie po­wi­nie­nem rzec: bar­dziej in­spi­ru­jący.

Tę eks­plo­zję ener­gii twór­czej prze­rwał wy­jazd Low­rych do Eu­ropy (pierw­sze etapy tej po­dróży opi­sał w Przez Ka­nał Pa­nam­ski, jed­nej z no­wel w zbio­rze Usłysz nas, Pa­nie, z nie­bios, miej­sca Twego, w któ­rej Sig­bj?rn Wil­der­ness znowu stał się al­ter ego au­tora), ale w 1951 roku praca zo­stała wzno­wiona i Lowry po po­wro­cie do Ka­nady mógł na­pi­sać swo­jemu agen­towi, że W ciem­no­ści grobu "na­dal się pichci". W pierw­szej po­ło­wie 1952 roku Lowry po­in­for­mo­wał Er­skine'a, że obec­nie my­śli o tej po­wie­ści jako o to­mie try­lo­gii, któ­rej po­zo­sta­łymi czę­ściami są Eri­da­nus (za­cho­wał się je­dy­nie frag­ment) i La Mor­dida. W maju tego sa­mego roku po­now­nie na­pi­sał do Er­skine'a: "Praca nad W ciem­no­ści grobu trwa, Mar­gie prze­pi­suje ją na ma­szy­nie z mo­ich wo­ła­ją­cych o po­mstę do nieba ba­zgro­łów ołów­kiem", a w sierp­niu na­de­szły do wy­dawcy jego ostat­nie słowa na te­mat tej książki: "W ciem­no­ści grobu - 700 stron no­ta­tek i szki­ców - zde­po­no­wa­łem w banku; La Mor­dida za­częła się od dłu­gich go­dzin przy ma­szy­nie do pi­sa­nia. Nie wy­sła­łem żad­nej czę­ści tej pierw­szej książki, bo w su­mie jesz­cze nie na­daje się do czy­ta­nia, a na­le­żyte jej okro­je­nie za­ję­łoby dużo czasu".

I tak rzecz się miała aż do pew­nego dnia przed dwoma laty, kiedy czy­ta­jąc wszyst­kie rę­ko­pisy Lowry'ego zde­po­no­wane w Bi­blio­tece Uni­wer­sy­tetu Ko­lum­bii Bry­tyj­skiej, na­tkną­łem się na tę książkę i zgo­dzi­łem się z nim, że: "Do li­cha, mamy tu po­wieść!". Po­dob­nie za­re­ago­wała pani Lowry oraz wy­dawcy i tak ru­szyły prace nad ni­niej­szą edy­cją.

Do na­szych rąk tra­fił straszny ba­ła­gan. Cała "papka", jak lu­bił na­zy­wać ów su­rowy ma­te­riał sam Lowry, li­czyła w rze­czy­wi­sto­ści 705 kar­tek ma­szy­no­pisu, już po­żół­kłych i kru­chych. Po­cząt­kowo za­da­nie zda­wało się dość nie­skom­pli­ko­wane, je­śli cho­dzi o samą war­stwę tek­stu­alną: w "papce" znaj­do­wały się trzy od­rębne tek­sty, obej­mu­jące od­po­wied­nio 383, 174 i 148 stron. Wy­glą­dało na to, że na­stę­pują ko­lejno po so­bie, więc uzy­ska­nie przy­zwo­itej ca­ło­ści wy­ma­ga­łoby je­dy­nie mi­ni­mal­nego ich upo­rząd­ko­wa­nia. Ale był to na­iwny opty­mizm. Bar­dzo szybko oka­zało się, że Lowry tak na­prawdę nie stwo­rzył tych trzech tek­stów po ko­lei - że ra­czej na nie­spo­ty­kaną ni­g­dzie in­dziej skalę co­fał się, wy­peł­niał luki, wra­cał po wła­snych śla­dach, po­peł­niał ko­lejne fal­starty, a na­wet do­rzu­cił sporo ma­te­riału przy­na­leż­nego do in­nych utwo­rów, do in­nych po­wie­ści i opo­wia­dań ("tylko na prze­cho­wa­nie", jak twier­dził). W kilku przy­pad­kach jedno zda­rze­nie wy­stę­po­wało aż w pię­ciu róż­nych wer­sjach, z któ­rych żadna w oczy­wi­sty spo­sób nie prze­wyż­szała in­nych ja­ko­ścią. Nie można było też za­wsze - ani na­wet czę­sto - za­kła­dać na ślepo, że naj­póź­niej­sza wer­sja opi­sa­nego zda­rze­nia jest tą, którą au­tor naj­le­piej do­pra­co­wał lub przy­naj­mniej pre­fe­ro­wał; dość czę­sto zda­rzało się, że Lowry pi­sał ja­kiś frag­ment, na­stęp­nie go zmie­niał, a po­tem usu­wał zmiany, po czym pró­bo­wał in­nych ko­rekt, a wresz­cie wy­rzu­cał cały ustęp po to, żeby do­pi­sać go z po­wro­tem pięć­dzie­siąt stron da­lej. Było wiele po­wtó­rzeń i nie­raz mu­sie­li­śmy de­cy­do­wać, który z trzech iden­tycz­nych frag­men­tów, wy­stę­pu­ją­cych każdy w in­nym roz­dziale, po­win­ni­śmy za­cho­wać. Lowry za­po­wia­dał po­sta­cie, które jed­nak ni­gdy nie zo­stały wpro­wa­dzone do nar­ra­cji, z dru­giej strony po­ja­wiali się bo­ha­te­ro­wie, któ­rzy nie mieli nic do ro­boty, więc po kilku stro­nach wsty­dli­wego sta­nia pod ścianą od­pły­wali w nie­byt.

Na do­miar złego w wielu miej­scach Lowry do­piero za­czął prze­kła­dać swoje no­tatki na ję­zyk po­wie­ści, dla­tego od czasu do czasu mu­sie­li­śmy skre­ślać: "Mal­colm po­wie­dział" i za­stę­po­wać to sło­wami: "Sig­bj?rn po­wie­dział"; było też wiele in­nych nazw wła­snych, które na­le­żało sko­ry­go­wać. Prim­rose to oczy­wi­ście Mar­ge­rie Bon­ner Lowry. Da­niel to Con­rad Aiken, dłu­go­letni przy­ja­ciel i men­tor Lowry'ego, któ­rego Mal­colm trak­to­wał jak za­stęp­czego ojca. Erik­son to Nor­dahl Grieg, nor­we­ski pi­sarz. Ruth to Jan, pierw­sza żona Lowry'ego. Ed­die Kent, dok­tor Hip­po­lyte, John Stan­ford i Juan Fer­nando Mar­ti­nez to na­zwi­ska praw­dzi­wych przy­ja­ciół i wro­gów Lowry'ego. Ciemna do­lina śmierci (The Val­ley of the Sha­dow of De­ath) to pier­wotny ty­tuł, który Lowry nadał Pod wul­ka­nem (tej za­miany do­ko­nał sam au­tor, nie my), a jed­nym z ory­gi­nal­nych ty­tu­łów Lu­nar Cau­stic był Swin­ging the Ma­el­strom. Ri­gau­don pi­jaka za­stą­pił u Lowry'ego Stra­cony week­end Char­lesa Jack­sona, na któ­rego punk­cie pi­sarz przez wiele lat miał wię­cej niż małą pa­ra­noję, zresztą bez­pod­staw­nie, bo mię­dzy Stra­co­nym week­en­dem a Pod wul­ka­nem trudno do­pa­trzyć się po­do­bieństw. Ogól­nie rzecz bio­rąc, po­sta­cie, książki, ho­tele, can­ti­nas i tak da­lej otrzy­mały nowe na­zwy wła­sne - z ko­niecz­no­ści wy­mu­szo­nej prze­pi­sami prawa, a nie ze wzglę­dów es­te­tycz­nych. No­ta­bene Pod ba­la­stem do Mo­rza Bia­łego był to au­ten­tyczny ty­tuł dzieła Lowry'ego, które spło­nęło wraz z chatą w Dol­lar­ton.

Głów­nym pro­ble­mem w war­stwie tek­sto­wej stało się za­tem cię­cie i skle­ja­nie tre­ści od nowa - trudna praca, wy­ma­ga­jąca cier­pli­wo­ści i po­wścią­gli­wo­ści. Trzeba było zna­leźć złoty śro­dek mię­dzy dwiema skraj­no­ściami. Mo­gli­śmy zo­sta­wić "papkę" w za­sta­nej for­mie i po­ka­zać ją czy­tel­ni­kowi jako bły­sko­tliwą, ale bu­dzącą kon­ster­na­cję - a czę­sto też nudną - cie­ka­wostkę, dzieło w pro­ce­sie two­rze­nia; albo mo­gli­śmy pójść na ca­łość i do­koń­czyć tę książkę za Lowry'ego. Ozna­cza­łoby to prze­pi­sa­nie nie­któ­rych frag­men­tów od nowa, roz­wi­nię­cie wąt­ków, wpro­wa­dze­nie ko­rekt, usu­nię­cie zbęd­nych rze­czy i wy­gła­dze­nie stylu - co mia­łoby z niej uczy­nić ła­twiej przy­swa­jalny pro­dukt. Pierw­sza moż­li­wość była in­try­gu­jąca, zwłasz­cza z punktu wi­dze­nia eru­dyty. Czy­tel­nik miałby rzadką oka­zję spo­tka­nia z pi­sa­rzem nie­jako pod­czas jego pracy - do­stałby książkę prze­zna­czoną do ba­dań li­te­rac­kich, świa­dec­two męki twór­czej, udręki i ko­śla­wo­ści, czę­sto po­zo­sta­wia­nych bez ko­rekty. Zna­la­złyby się w niej słabe frag­menty, prze­kre­ślone i bru­tal­nie skry­ty­ko­wane na mar­gi­ne­sie przez sa­mego au­tora, a po­tem po­pra­wione, jesz­cze raz zmie­nione i osta­tecz­nie za­cho­wane - jako ostrożna wer­sja wstępna. Zda­rza­łyby się pauzy, w któ­rych Lowry sztor­co­wał sam sie­bie w kwe­stiach do­ty­czą­cych sztuki pi­sa­nia - i po­ja­wia­łyby się one na przy­kład w środku dia­logu albo wpro­wa­dze­nia.

Drugą moż­li­wość ka­te­go­rycz­nie od­rzu­ci­li­śmy z oczy­wi­stego po­wodu - by­łoby to nie­zgodne za­równo z etyką, jak i z es­te­tyką. Uzna­li­śmy, że w osta­tecz­nej wer­sji nie może po­ja­wić się ani jedno słowo, które nie wy­szło spod pióra Mal­colma Lowry'ego. Na­wet kiedy by­li­śmy ab­so­lut­nie pewni, co Lowry zro­biłby w tym czy in­nym miej­scu, nie mo­gli­śmy po­zwo­lić so­bie, by dzia­łać na pod­sta­wie tego prze­ko­na­nia, nie ma­jąc na nie do­wo­dów przed­sta­wio­nych wła­sno­ręcz­nie przez Lowry'ego. Mo­gli­śmy je­dy­nie wy­ciąć po­wtó­rze­nia i frag­menty, które nie sta­no­wiły w oczy­wi­sty spo­sób in­te­gral­nej czę­ści książki lub jesz­cze nie zo­stały do niej włą­czone z su­ro­wych no­ta­tek.

"Wy­gła­dza­nie", przed któ­rym się po­wstrzy­my­wa­li­śmy, było za­ka­zane z es­te­tycz­nego punktu wi­dze­nia, po­nie­waż Lowry ni­gdy nie pi­sał "gładko". Szedł da­lej niż Scott Fit­zge­rald, który ra­dził pi­sa­rzom wkła­dać w pracę całe serce - on upy­chał w niej ko­la­nem ca­łego sie­bie i jesz­cze wię­cej. Jego twór­czość była naj­lep­sza, gdy wy­peł­niał ją ide­ami, ob­ra­zami, alu­zjami, grą słów i kiedy te rze­czy za­cho­dziły jedna na drugą; kiedy po­zwa­lał wy­obraźni swo­jego bo­ha­tera swo­bod­nie me­an­dro­wać, szu­kać wszel­kiego ro­dzaju nie­ja­snych i dzi­wacz­nych po­wią­zań, a przede wszyst­kim wni­kać w swoją psy­chikę tak głę­boko, że czy­tel­nik sam nie byłby zdolny tam zaj­rzeć. Wy­chu­cha­nie i wy­gła­dze­nie tej książki po­zba­wi­łoby ją je­dy­nego prawa do miej­sca wśród waż­nych do­ko­nań li­te­rac­kich - sta­tusu dzieła do­kład­nie od­wzo­ro­wu­ją­cego cu­downy chaos pa­nu­jący w umy­śle ge­niu­sza. Mu­sie­li­śmy więc po­zo­sta­wić tę szorst­kość, nie tylko dla­tego, że nie mie­li­śmy prawa in­ge­ro­wać w dzieło zmar­łego au­tora, ale także ze względu na to, że w ten spo­sób okrut­nie by­śmy je osła­bili.

Fakty do­ty­czące po­dróży Low­rych do Mek­syku w la­tach 1945-1946 to tylko szkie­let po­wie­ści. Lowry był nade wszystko sym­bo­li­stą: wszyst­kiemu, co się działo, co usły­szał albo zo­ba­czył, mu­siał nadać ja­kieś szcze­gólne zna­cze­nie, choćby naj­bar­dziej za­wo­alo­wane. By­wało, że jego sym­bole zda­wały się że­nu­jąco ama­tor­skie, jak w roz­dziale VI, gdzie mówi on o "dwu­ję­zycz­nej księ­ży­co­wej łu­nie, prze­ma­wia­ją­cej jed­no­cze­śnie ję­zy­kami mi­ło­ści i sza­leń­stwa". Ale w naj­lep­szych mo­men­tach - które zda­rzają się w Ul­tra­ma­ry­nie, Lu­nar Cau­stic i W ciem­no­ści grobu, a w Pod wul­ka­nem mnożą się na każ­dej stro­nie - jego umysł sięga głę­boko, za­ta­cza sze­ro­kie kręgi, czer­piąc ze świata, z wła­snego bo­ga­tego in­te­lektu, z pod­świa­do­mo­ści nowe wi­zje wiel­kich, od­wiecz­nych sym­boli. Nie tych au­ten­tycz­nie pro­stych form wi­no­ro­śli, ta­le­rza, wina, ka­mieni, ko­biety, drzewa - Lowry za­sa­dzał się na grub­szego zwie­rza, na ar­che­ty­powe de­mo­niczne formy ot­chłani, la­bi­ryntu, spa­lo­nego lasu, po­twora, znisz­czo­nego ogrodu, zbu­rzo­nego zamku, mrocz­nych i zło­wiesz­czych sił dzia­ła­ją­cych w pra­daw­nym nie­bez­piecz­nym świe­cie. Za­tem Sig­bj?rn Wil­der­ness to nie tylko Mal­colm Lowry ja­dący z żoną na wa­ka­cje do Mek­syku: to Dante czy We­rgi­liusz scho­dzący do pie­kła. I jesz­cze wię­cej niż oni, bo on tam zmie­rza po raz drugi. I jest to jego wła­sne pie­kło.

Już pierw­szy gwał­towny, za­pie­ra­jący dech w pier­siach aka­pit tej po­wie­ści ci­ska nas i Sig­bj?rna w dół. Oto on, uda­jący przed sobą, że wy­biera się na wa­ka­cje, pi­sarz nie­zdolny do pi­sa­nia, nie­do­szły bo­ha­ter, który nie za­ła­pał się na II wojnę świa­tową (tak jak jego al­ter ego, Geof­frey Fir­min z Pod wul­ka­nem, nie za­ła­pał się na wojnę do­mową w Hisz­pa­nii), trzeźwy al­ko­ho­lik znów osu­wa­jący się w pi­jań­stwo. Po­rzu­cił bez­pieczną przy­stań swo­jego ka­na­dyj­skiego domu, który spło­nął wsku­tek zło­śli­wo­ści losu, a Sig­bj?r­nowi i jego żo­nie za­bra­kło wy­trwa­ło­ści, żeby do­koń­czyć od­bu­dowę. To Lord Jim w wieku śred­nim, który wy­zbył się złu­dzeń co do swo­jego po­czu­cia ho­noru; przy­znaje, że boi się wszyst­kiego z wy­jąt­kiem śmierci - i to wła­śnie jej na­prawdę szuka w Mek­syku. Strach przed in­nymi ludźmi każe mu sie­dzieć na sa­mym końcu prze­działu sa­mo­lotu pa­sa­żer­skiego. Jego "wid­mowy ba­let lę­ków" świad­czy o tym, że oba­wia się on, iż zo­sta­nie zde­ma­sko­wany jako pla­gia­tor (za któ­rego Lowry za­wsze się uwa­żał, cho­ciaż nim nie był); boi się cho­roby (przez więk­szość do­ro­słego ży­cia Lowry trwał w prze­ko­na­niu, że cierpi na sy­fi­lis lub że na pewno się nim za­razi); boi się stra­cić żonę, bo jego za­cho­wa­nie w ostat­nich cza­sach spra­wiło, że ich mał­żeń­stwo za­częło się sy­pać; boi się sa­mego sie­bie; boi się po­żaru (ko­lejna ob­se­sja Lowry'ego); boi się władz i boi się Mek­syku - nie bez przy­czyny. Żywi na­dzieję, że od­naj­dzie w Mek­syku Ju­ana Fer­nanda Mar­ti­neza, któ­rego uważa za swo­jego anioła - pi­jaka, lecz o szla­chet­nej du­szy: spraw­nego w sio­dle, wła­da­ją­cego sza­blą ide­ali­stę, praw­dzi­wego przy­ja­ciela (ten czło­wiek ode­grał rolę także w Pod wul­ka­nem, za­równo jako bo­ha­ter po­zo­sta­jący poza sceną, Juan Ce­rillo, jak i nie­stro­niący od kie­liszka sim­pático[7] dok­tor Vi­gil). Juan Fer­nando jest klu­czem do zro­zu­mie­nia Sig­bj?rna Wil­der­nessa oraz tej książki, mimo że sam się na jej stro­nach nie po­ja­wia; Sig­bj?rn bo­wiem osta­tecz­nie do­cho­dzi do wnio­sku (w roz­dziale IX), że cho­ciaż od lat uwa­żał Ju­ana Fer­nanda za sym­bol ży­cia i wi­tal­no­ści, jest on rów­no­cze­śnie sym­bo­lem śmierci - pod jej naj­bar­dziej atrak­cyj­nymi po­sta­ciami. Kiedy Sig­bj?rn to od­krywa, po­znaje praw­dziwy po­wód swo­jej piel­grzymki do miejsc z wła­snej prze­szło­ści, którą do­tych­czas uwa­żał za nik­czemną i brudną: w tam­tych sta­rych, złych cza­sach uda­wało mu się ja­kimś cu­dem osią­gnąć szczę­ście; miał wów­czas coś, co ostat­nio wy­mknęło mu się z rąk. Cho­dzi o coś wię­cej niż mło­dość, źró­dło in­spi­ra­cji czy też bez­tro­ski brak od­po­wie­dzial­no­ści, choć za­pewne są to czę­ści skła­dowe tego "cze­goś"; jed­nak tym, czego na­prawdę wtedy za­znał, był do­sko­nały na­strój wy­ni­ka­jący z bli­sko­ści nie­bez­pie­czeń­stwa - i dla niego było to nie tylko nie­bez­pie­czeń­stwo fi­zyczne, ale i du­chowe. Nie­gdyś, po­dob­nie jak Faust, flir­to­wał z po­tę­pie­niem i czer­pał z tego przy­jem­ność. Dla Prim­rose, jego sym­pa­tycz­nej, choć nie­zbyt wni­kli­wej żony, ta wspólna piel­grzymka pełni funk­cję wa­ka­cji po­łą­czo­nych z eg­zor­cy­zmem: Sig­bj?rn ma od­wie­dzić miej­sca swo­jego wcze­śniej­szego upadku i od­pę­dzić du­chy, które nę­kają go od tam­tej pory. Ale Sig­bj?rn od­krywa, że wła­ści­wie nie chce od­pę­dzić tych du­chów, lecz wo­lałby do nich do­łą­czyć - i wła­śnie dla­tego jego zstą­pie­nie do mek­sy­kań­skiego pie­kła jest na­prawdę nie­bez­pieczne. Jak sam mówi w roz­dziale IV: "Zu­peł­nie jakby duch wi­sielca po­wró­cił na miej­sce sa­mo­bój­stwa, nie z cho­ro­bli­wej cie­ka­wo­ści, ale z czy­stej no­stal­gii, by znowu wy­chy­lać drinki i zdu­mie­wać się, że miał od­wagę to zro­bić".

Jed­nak to wcze­sne spo­strze­że­nie oka­zuje się ulotne; przez ja­kiś czas Sig­bj?rn czuje przede wszyst­kim prze­ra­że­nie wo­bec wszyst­kiego, na co się po­rywa. Daje się to za­uwa­żyć na przy­kład w sce­nie znów z roz­działu IV, kiedy wcho­dzą z Prim­rose do jed­nej z can­ti­nas, w któ­rej nie­gdyś prze­sia­dy­wał: "od­niósł wra­że­nie, że wkra­cza­jąc w prze­szłość, na­tknął się na la­bi­rynt, gdzie nie pro­wa­dziła go żadna nić, na każ­dym kroku czy­hał Mi­no­taur, a w do­datku za każ­dym za­krę­tem droga koń­czyła się prze­pa­ścią". Póź­niej Mi­no­tau­rem okaże się on sam lub ja­kaś część jego du­szy; jed­nak na ra­zie zdaje się on ob­cym po­two­rem i Sig­bj?rn się go boi.

Spo­glą­da­jąc na pro­blem z in­nej strony, wy­ko­rzy­stuje wi­ze­ru­nek nie upadku i śmierci, lecz wzlotu i od­ro­dze­nia. Lowry szcze­gól­nie upodo­bał so­bie sym­bol fe­niksa uno­szą­cego się nad sto­sem po­grze­bo­wym - swego ro­dzaju pre­zent od Con­rada Aikena; po­słu­guje się nim, gdy po­zwala Sig­bj?r­nowi spe­ku­lo­wać:

Tak jakby fe­niks uznał, że stos po­grze­bowy jest dla niego nie­wy­star­cza­jący, i po­czuł im­pe­ra­tyw, by szu­kać w prze­szło­ści in­nego ro­dzaju uni­ce­stwie­nia. Je­śli miał gdzie­kol­wiek od­na­leźć swoje dawne ja, to tylko tu, w Mek­syku, na­wet je­żeli by­łoby nie­do­kład­nie tym ja, na któ­rym mu za­le­żało; chciał tu przy­być i zmie­rzyć się jesz­cze raz - miał na­dzieję, że ra­zem z Fer­nan­dem - ze wszyst­kim, co w nie­do­sko­nały spo­sób prze­kro­czyło tamto ja.

Po­żar domu w Ka­na­dzie nie wy­star­czył, by Sig­bj?rn prze­szedł trans­for­ma­cję i stał się nową, lep­szą wer­sją sie­bie; może więc dawne nisz­czy­ciel­skie siły, z któ­rymi ze­tknął się w Mek­syku, zdo­łają do­koń­czyć dzieła? Rze­czy­wi­ście tak się dzieje, choć nie­zu­peł­nie w taki spo­sób, jak się spo­dzie­wał.

Nie­mniej ta po­dróż jest zstą­pie­niem w ot­chłań, w każ­dym ra­zie po­cząt­kowo nim jest, a ży­cie Sig­bj?rna kon­se­kwent­nie ulega stop­nio­wej de­struk­cji. Tuż po za­mel­do­wa­niu się w ho­telu w Me­xico City do­pada go ac­ci­dia[8], jego naj­gor­szy wróg, więc za­miast sa­memu iść po bu­telkę ha­ba­nero, wy­syła po nią ra­do­sną, wa­ka­cyj­nie uspo­so­bioną Prim­rose. Wy­ko­ny­wa­nie co­dzien­nych, prak­tycz­nych za­dań ni­gdy nie przy­cho­dziło mu ła­two, ale te­raz Sig­bj?rn czuje się nie­zdolny na­wet do tego, żeby ku­pić Prim­rose torta[9], zna­leźć od­po­wied­nie po­łą­cze­nia au­to­bu­sowe mię­dzy mia­stami lub nie dać się oszu­ki­wać na każ­dym kroku przez lu­dzi, któ­rych spo­tyka. Pęcz­nieje w nim to śmier­telne le­ni­stwo tak, że w roz­dziale VIII już trudno mu się w ogóle ru­szyć. Prim­rose do­świad­cza po­czu­cia od­nowy du­cho­wej, ale nie Sig­bj?rn - on może je­dy­nie le­żeć bez­władny, ślepy, nie­za­in­te­re­so­wany, nie­ko­cha­jący, "spy­chany w ja­kąś udrękę czasu prze­szłego, w cier­pie­nie wła­snego ja, spę­tany stra­chem, ople­ciony mac­kami prze­szło­ści, ni­czym ja­kiś po­sępny La­okoon...".

Wresz­cie, po­grą­żony bez reszty w roz­pa­czy z po­wodu od­rzu­ce­nia przez wy­dawcę jego po­wie­ści, Sig­bj?rn kłóci się z Prim­rose, po czym upija się i pod­cina so­bie żyły. To jest jego na­dir i od tej chwili daje się za­uwa­żyć w tej po­wie­ści kie­ru­nek wzno­szący, choć na po­czątku nie­mal nie­do­strze­galny. Sig­bj?rn od­krywa, że jest w sta­nie roz­ma­wiać (więc roz­ma­wia za­pa­mię­tale) z przy­ja­ciółmi o swo­jej chwiej­nej ka­rie­rze li­te­rac­kiej, a także na­biera dość od­wagi i ener­gii, by za­brać Prim­rose do Oaxaca, naj­strasz­niej­szego z miast, w któ­rym do­świad­czył w prze­szło­ści naj­gor­szych chwil.

Wła­śnie w Oaxaca mają na­dzieję zna­leźć Ju­ana Fer­nanda Mar­ti­neza i (by za­spo­koić cie­ka­wość pro­sto­dusz­nej Prim­rose) od­wie­dzić Fa­ro­lito, can­tina, w któ­rej czai się naj­gor­sze zło. Naj­pierw jed­nak wpa­dają przy­pad­kiem na Johna Stan­forda, zu­peł­nie in­nego ro­dzaju du­cha daw­nych cza­sów. Z po­wo­dów, któ­rych Lowry nie wy­ja­śnia, Stan­ford ko­ja­rzy się Sig­bj?r­nowi z upa­dłym anio­łem - jest do­kład­nym prze­ci­wień­stwem Ju­ana Fer­nanda. Ale kiedy Stan­ford po­ja­wia się na sce­nie, oka­zuje się tylko ba­nal­nym pod­sta­rza­łym roz­pust­ni­kiem, zresztą jakby lę­ka­ją­cym się Sig­bj?rna, za­tem nie sta­nowi za­gro­że­nia.

Tym­cza­sem Juan Fer­nando od kilku lat nie żyje - za­mor­do­wano go, pi­ja­nego, w can­tina. Przy­ja­ciel Sig­bj?rna zo­stał zło­żony w ciem­no­ści grobu - Sig­bj?rn zaś czuje, że tak samo zo­stało po­grze­bane jego po­czu­cie za­gro­że­nia. Jest już tylko on i te­raz może da­lej żyć z pewną na­dzieją na przy­szłość dla sie­bie i Prim­rose. Staje się to ja­sne dla niego i dla nas, kiedy udaje mu się po­mo­dlić za Ju­ana Fer­nanda i - co jesz­cze waż­niej­sze - zmó­wić mo­dli­twę także za Johna Stan­forda. Pod­czas wi­zyty w Mi­tli, w ostat­nim roz­dziale, do Sig­bj?rna do­ciera, że może te­raz po­strze­gać sie­bie nie jako wy­ima­gi­no­waną po­stać, ka­prys ja­kie­goś mało kom­pe­tent­nego de­mona, który pi­sze ży­cie Sig­bj?rna, lecz ra­czej jako re­ży­sera wła­snego ży­cia, zdol­nego kon­tro­lo­wać swój los. Jest Ro­de­ric­kiem Ushe­rem, który unik­nął śmierci, kiedy za­wa­lił się jego dom. Co istotne, na­stęp­nego dnia Sig­bj?rn od­krywa, że stara Fa­ro­lito już nie ist­nieje. On i Prim­rose wy­jeż­dżają z Oaxaca, tym ra­zem sie­dząc z przodu au­to­busu, i wszę­dzie do­koła wi­dzą do­wody po­zy­tyw­nego wpływu Ju­ana Fer­nanda: nie­gdyś ja­łowa kra­ina roz­kwita dzięki wspar­ciu ze strony Banco Eji­dal, w któ­rym pra­co­wał Mar­ti­nez. Pola do­liny Etla zmie­niły się w raj­ski ogród. Od­ra­dzają się; Sig­bj?rn pra­gnął szczę­śli­wego za­koń­cze­nia i je do­stał.

Oczy­wi­ście ta książka nie do­rów­nuje Pod wul­ka­nem. Mo­gło tak się stać, ale się nie stało. Za­wiera zbyt wiele nie­roz­wią­za­nych wąt­ków, zbyt wiele nie­roz­wi­nię­tych po­my­słów, zbyt wiele scen, które w za­mie­rze­niach miały mieć do­nio­słe zna­cze­nie, tym­cza­sem zdają się w naj­lep­szym ra­zie mgli­ście zło­wiesz­cze. Mo­men­tami proza Lowry'ego jest po­spieszna, a na­wet nie­chlujna. Dia­logi czę­sto by­wają za­ska­ku­jąco drew­niane. Otwie­ra­jący po­wieść lot do Mek­syku to za­pewne naj­dłuż­sza po­dróż li­te­racka od cza­sów rejsu Pe­qu­oda, a wie­czór, kiedy Sig­bj?rn roz­ma­wia o swo­jej po­wie­ści z Ed­diem i Hip­po­lyte'em, jest nie­mal rów­nie roz­wle­kły. Do tego ów frag­ment zdaje się mało praw­do­po­dobny: kto byłby w sta­nie mó­wić tak długo jak Sig­bj?rn? Kto zdo­łałby słu­chać go tak długo jak Ed­die i Hip­po­lyte? Jaką rolę od­gry­wają na­prawdę Ed­die i Hip­po­lyte? Służą tu je­dy­nie chło­nię­ciu sło­wo­toku Sig­bj?rna? Dla­czego Prim­rose zo­stała po­trak­to­wana tak try­wial­nie - albo wpada w prze­sadny en­tu­zjazm, albo zrzę­dzi i na­rzeka? Jak zro­zu­mieć, co się dzieje w tej po­wie­ści, je­śli pod­czas lek­tury nie ma się pod ręką książki Pod wul­ka­nem, żeby śle­dzić od­wo­ła­nia do niej albo przy­po­mi­nać so­bie opi­sane w niej po­sta­cie i zda­rze­nia?

Od­da­jąc spra­wie­dli­wość Lowry'emu, mo­żemy je­dy­nie stwier­dzić, że ta książka jest frag­men­tem więk­szego dzieła, no­tat­ni­kiem, który do­piero miał stać się po­wie­ścią, i że Lowry po­trze­bo­wałby jesz­cze co naj­mniej czte­rech lat, za­nim po­skła­dałby wszyst­kie ma­te­riały w ca­łość. Fru­stru­jące (ale po­cie­sza­jące dla obroń­ców ta­lentu Lowry'ego) jest to, że za­warte w "papce" uwagi, które kie­ro­wał do sie­bie, su­ge­rują, co zro­biłby, gdyby miał do­syć czasu. Na przy­kład dłu­ży­zny pod­czas lotu sa­mo­lo­tem zła­go­dzi­łoby do­da­nie Hip­po­lyte'a do li­sty pa­sa­że­rów - dzięki czemu także długa noc eg­ze­gezy w Cu­er­na­vace by­łaby nieco bar­dziej in­te­re­su­jąca. Roz­terki do­ty­czące Ri­gau­dona pi­jaka zo­sta­łyby li­to­ści­wie okro­jone. By­łoby o wiele wię­cej Johna Stan­forda. Mo­tyw Wil­der­nessa jako żo­no­bójcy prze­wi­jałby się przez całą po­wieść w osta­tecz­nej wer­sji rę­ko­pisu, a nie był tylko pół­senną wi­zją; Sig­bj?rn przez całą po­dróż śle­dziłby do­nie­sie­nia pra­sowe na te­mat za­bójcy i pro­cesu. Alu­zji do Par­si­fala i Tri­stana by­łoby znacz­nie wię­cej. Po­wieść W ciem­no­ści grobu osta­tecz­nie zo­sta­łaby pod­dana ta­kiemu sa­memu pro­ce­sowi jak Pod wul­ka­nem; Lowry na­ło­żyłby na nią, jedna po dru­giej, ko­lejne war­stwy sym­bo­liczne, po­łą­czyłby wszyst­kie sceny w nie­zwy­kle roz­bu­do­waną sieć po­wią­zań, a mi­sji Sig­bj?rna Wil­der­nessa nadałby pre­cy­zji. Nie­stety nie zdą­żył do­pra­co­wać tego pro­jektu, strata za­tem jest nie­mała.

Jed­nak mimo wszyst­kich swo­ich wad W ciem­no­ści grobu nie ma się czego wsty­dzić; książka ta w obec­nej po­staci przed­sta­wia znaczną war­tość. Jest tu hu­mor ty­powy dla Lowry'ego - nie­moż­liwa ła­zienka w ho­telu Cor­nada; są pełne za­zdro­ści re­flek­sje Sig­bj?rna na te­mat "twar­dej" mę­sko­ści in­nych pi­sa­rzy; wi­ze­ru­nek Sig­bj?rna sie­dzą­cego sa­mot­nie z bu­telką te­qu­ili w sta­rym Pa­la­cio de Bel­las Ar­tes, gdzie dwie go­dziny cier­pli­wie czeka na se­ans, który tym­cza­sem jest wy­świe­tlany pię­tro wy­żej w lobby; Sig­bj?rn pły­wa­jący o po­ranku; Sig­bj?rn z ka­cem - i tak da­lej. Od czasu do czasu po­ja­wia się opis, który osza­ła­mia swoim roz­ma­chem, jak na przy­kład wi­dok z góry na Yau­te­pec:

Ro­ze­śmiali się, a po­tem za­mil­kli. Bo za wul­ka­nami, da­leko, da­leko za ho­ry­zon­tem, ma­ja­czył nie­moż­li­wie od­le­gły, nie­mal jak Mo­rze Białe i Ara­bia, nie­mal jak sen, za naj­dal­szymi gó­rami, tak jak od­le­gła mo­gła się zda­wać Zie­mia Obie­cana dzie­ciom Izra­ela albo Cej­lon ma­ry­na­rzowi oskro­bu­ją­cemu rdzę z ka­dłuba statku, kiedy dzwon okrę­towy bił po raz trzeci, a w każ­dym ra­zie taki się zda­wał Sig­bj?r­nowi, wska­zu­ją­cemu, że jest o tam, nie­wy­raźny i po raz pierw­szy wi­doczny, cień Oaxaca.

A nade wszystko jest w niej sam Sig­bj?rn Wil­der­ness, prze­stra­szony, roz­trzę­siony, nie­zręczny - zbiera się w so­bie, upada, a po­tem śmieje się ze swo­jego upadku; wresz­cie ja­kimś cu­dem, z po­czątku tak nie­znacz­nie, że nie­mal tego nie do­strze­gamy, wy­do­staje się ze swo­jej oso­bi­stej ot­chłani i od­krywa, że mar­twy świat na ze­wnątrz ożył na nowo. W ciem­no­ści grobu jest wiel­kim dzie­łem w sta­dium em­brio­nal­nym. Mo­żemy ubo­le­wać nad jego nie­do­sko­na­ło­ściami, ale mo­żemy też cie­szyć się, że mamy je przy­naj­mniej pod taką po­sta­cią. Sig­bj?rn Wil­der­ness, po­dob­nie jak jego twórca, był czło­wie­kiem war­tym po­zna­nia.

Do­uglas Day

Uni­wer­sy­tet Wir­gi­nii

sier­pień 1967

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Ty­tuł ory­gi­nałuDARK AS THE GRAVE WHE­REIN MY FRIEND IS LAID
Tłu­ma­cze­niePa­weł Lip­szyc - s. 31-186 Ma­ciej Po­tulny - Przed­mowa i s. 186-447
Przy­go­to­wa­nie okładki do drukuKa­ro­lina Że­la­ziń­ska-So­biech
Ilu­stra­cja na okładceAlek­san­der Wa­li­jew­ski
Re­dak­tor pro­wa­dzącaMo­nika Koch
Re­dak­cjaAnna Wa­lenko
Ko­rektaTe­resa Zie­liń­ska Do­mi­nik Lesz­czyń­ski
Pa­weł Lip­szyc pra­gnął ser­decz­nie po­dzię­ko­wać Jo­an­nie Ki­li­szekza uści­śle­nie po­jęć z dzie­dziny hi­sto­rii sztuki.
Co­py­ri­ght ? 1968 by Mar­ge­rie Bon­ner Lowry, 1968 Co­py­ri­ght Re­ne­wed ? 1996 by the Es­tate of Mal­colm Lowry Pre­face Co­py­righ ? Do­uglas Day, 1968 This edi­tion is pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ster­ling Lord Li­te­ri­stic, Inc. and Bo­okLab Li­te­rary Agency Co­py­ri­ght ? for the Po­lish trans­la­tion by Pa­weł Lip­szyc, 2024 Co­py­ri­ght ? for the Po­lish trans­la­tion by Ma­ciej Po­tulny, 2024 Co­py­ri­ght ? by Wielka Li­tera Sp. z o.o., War­szawa 2024
ISBN 978-83-8360-040-6
Wielka Li­tera Sp. z o.o. ul. Wiert­ni­cza 36 02-952 War­szawa
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.