W Azji - Tiziano Terzani

-
Proszę czekać

Moja ro­dzi­na była bez­piecz­na w Sin­ga­pu­rze, a ja połowę cza­su spędzałem w In­do­chi­nach, krążąc za­zwy­czaj pomiędzy La­osem, Kam­bodżą a Wiet­na­mem. Z tych trzech krajów Laos wy­da­wał się naj­bliższy osiągnięcia po­ko­ju. Przed­sta­wi­cie­le par­ty­zant­ki we­szli do rządu i pierw­si lu­dzie z Pa­thet Lao po­ka­za­li się w sto­li­cy.

Laos: mi­lion słoni

Wien­tian, kwie­cień 1974

Pa­trol Pa­thet Lao prze­cho­dzi co go­dzi­na po za­cho­dzie słońca. Gęsie­go, po­wo­li, górskim cho­dem, jak­by nadal znaj­do­wa­li się w dżunglach wy­zwo­lo­ne­go La­osu, ko­mu­ni­stycz­ni par­ty­zan­ci pa­tro­lują uli­ce tego mia­sta, które w la­tach woj­ny stało się ame­ry­kańskim cen­trum do­wo­dze­nia taj­ny­mi ope­ra­cja­mi w In­do­chi­nach, metą agentów CIA, ośrod­kiem han­dlu opium. W swo­ich zie­lo­nych mun­du­rach, wypłowiałych od słońca i desz­czu, w pełnym rynsz­tun­ku bo­jo­wym, z chiński­mi ka­ra­bi­na­mi AK-47 na bio­drze, de­fi­lują, je­den za dru­gim, po obu stro­nach dro­gi, przed ba­ra­mi, klu­ba­mi noc­ny­mi, między grup­ka­mi pro­sty­tu­tek i trans­we­stytów po­lujących na ostat­nich klientów na uli­cy Sam Se Thai.

Ni­ko­go nie za­trzy­mują, nie za­dają pytań. Na ra­zie po pro­stu chodzą i patrzą.

Od trzech ty­go­dni w La­osie ist­nie­je rząd ko­ali­cyj­ny. Ko­mu­niści mają połowę władzy i tysiąc ośmiu­set żołnie­rzy w sto­li­cy ad­mi­ni­stra­cyj­nej kra­ju. Choć po układach pa­ry­skich dużo się mówiło o tym roz­wiąza­niu, wpro­wa­dze­nie go w życie wywołało za­sko­cze­nie. Zda­niem wie­lu osób to było ni­czym zakończe­nie baśni.

Po dzie­sięciu la­tach bra­tobójczej woj­ny pod­jaz­do­wej wro­go­wie, dwaj książęcy bra­cia przy­rod­ni, spo­tka­li się w Lu­ang Pra­bang, daw­nej sto­li­cy "króle­stwa mi­lio­na słoni", i przy­sięgli w obec­ności króla, swo­je­go ku­zy­na, że dla do­bra na­ro­du będą współpra­co­wać.

So­uvan­na Pho­uma, an­ty­ko­mu­ni­sta, i So­upha­no­uvong, ko­mu­ni­sta, sta­li je­den przy dru­gim, w tra­dy­cyj­nych stro­jach Lao, ciem­no­nie­bie­skich spódnicz­kach i białych ma­ry­nar­kach zapiętych pod szyję. Za nimi, wszy­scy w ta­kich sa­mych dwor­skich sza­tach, człon­ko­wie no­we­go rządu i rady po­li­tycz­nej. Sce­na wy­da­wała się wyjęta z ja­kiejś sta­rej, eg­zo­tycz­nej re­pro­duk­cji: gwar­dia królew­ska stojąca na bacz­ność, kor­pus dy­plo­ma­tycz­ny w ga­lo­wych mun­du­rach, bon­zo­wie w swo­ich po­ma­rańczo­wych tu­ni­kach i świętujący tłum. Bi­cie w gong niosło się z Wat Phu Si, sank­tu­arium na świętym wzgórzu, gdzie, jak po­wia­dają, zo­stały po­grze­ba­ne niektóre z osiem­dzie­sięciu czte­rech tysięcy re­li­kwii Bud­dy i gdzie, według la­otańskiej le­gen­dy, ukry­wają się dwa po­twor­ne smo­ki, które wyjdą, aby pożreć wszyst­kich miesz­kańców kra­ju, jeśli gong umilk­nie.

Laos się zjed­no­czył, i to na dro­dze po­ko­jo­wej; jako pierw­sze państwo w In­do­chi­nach zdołał zakończyć wojnę, której po­szczególne fazy pu­sto­szyły półwy­sep od 1945 roku. Miesz­kańcy tego kra­ju mają przysłowie na każdą okazję, toteż książę So­uvan­na Pho­uma, pre­mier no­we­go rządu ko­ali­cyj­ne­go, zna­lazł sto­sow­ne również do obec­nych oko­licz­ności:

- Nie da się wody prze­połowić mie­czem - po­wie­dział mi z należytą pod­niosłością na przyjęciu w swo­jej re­zy­den­cji. - Jeśli ktoś zno­wu spróbuje nas po­dzie­lić, my połączy­my się jak ona.

Mimo ofi­cjal­nie pa­nującego opty­mi­zmu, wie­lu ob­ser­wa­torów z za­gra­ni­cy, a także sa­mych La­otańczyków, wyraża wątpli­wości co do szans utrzy­ma­nia ko­ali­cji: trze­ciej po dwóch wcześniej­szych eks­pe­ry­men­tach (w 1957 i 1962 roku), które za każdym ra­zem kończyły się ka­ta­strofą.

Niektórzy uważają, że Pa­thet Lao, ze swoją połową wpływów, prze­pro­wa­dzi za­mach sta­nu, aby za­garnąć całą władzę; inni, prze­ciw­nie, twierdzą, że zro­bią to bo­ga­te la­otańskie rody i ich pra­wi­co­wi ge­ne­rałowie, aby prze­gnać ko­mu­nistów do ka­mie­niołomów Sam Neua, mia­sta na gra­ni­cy z Wiet­na­mem Północ­nym, gdzie od­działy Pa­thet Lao oparły się krwa­wym bom­bar­do­wa­niom ame­ry­kańskich la­tających for­tec i z po­wo­dze­niem pro­wa­dziły wojnę re­wo­lu­cyjną prze­ciw­ko rządowi z Wien­tia­nu cieszącemu się po­par­ciem Wa­szyng­to­nu.

Ale Laos jest kra­jem wyjątko­wym i tu­taj ko­ali­cja na­prawdę może się spraw­dzić.

To kraj, w którym na­wet w naj­ostrzej­szej fa­zie kon­flik­tu, kie­dy żołnie­rze rządowi i par­ty­zan­ci ko­mu­ni­stycz­ni za­bi­ja­li się w dżungli, ofi­cjal­ny re­pre­zen­tant Pa­thet Lao da­lej miesz­kał spo­koj­nie, jak gdy­by nig­dy nic, w wil­li na głównym pla­cu tar­go­wym, a umun­du­ro­wa­ny par­ty­zant pil­no­wał bra­my, stojąc na­prze­ciw­ko se­tek go­spo­dyń do­mo­wych robiących za­ku­py na stra­ga­nach z zie­le­niną. Czte­ry mi­ni­ster­stwa w rządzie Wien­tia­nu przez trzy­naście lat po­zo­sta­wały nie­ob­sa­dzo­ne, na wy­pa­dek gdy­by przywódcy Pa­thet Lao ze­chcie­li wrócić i znów je objąć, z dru­giej zaś stro­ny par­ty­zan­ci nig­dy nie stwo­rzy­li sa­mo­zwańcze­go rządu re­wo­lu­cyj­ne­go, jak to uczy­nił Wiet­kong w Wiet­na­mie oraz Czer­wo­ni Khme­rzy w Kam­bodży.

Woj­na w La­osie zo­stała tu prze­nie­sio­na z in­nych te­renów In­do­chin, na­rzu­co­na przez in­ter­wencję ame­ry­kańską, a pro­pa­gan­da an­ty­ko­mu­ni­stycz­na opłaca­na przez Wa­szyng­ton nig­dy nie zdołała przed­sta­wić Pa­thet Lao jako za­twar­działych, śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nych wrogów.

Dla La­otańczyków par­ty­zan­ci byli na­cjo­na­li­sta­mi, którzy wal­czy­li prze­ciw­ko ob­cej in­ge­ren­cji w kra­ju, i ich po­pu­lar­ność wciąż jest bar­dzo duża na­wet na zie­miach kon­tro­lo­wa­nych przez rząd z Wien­tia­nu.

Tysiące lu­dzi wy­legły na uli­ce, aby wy­ma­chi­wać fla­ga­mi i chu­s­tecz­ka­mi, bić bra­wo, spon­ta­nicz­nie śpie­wać po­pu­larną pieśń Pa­thet Lao (dotąd trans­mi­to­waną tyl­ko przez pod­ziem­ne ra­dio, ale naj­wy­raźniej świet­nie wszyst­kim znaną): Pokój tu jest, przy­szedł pokój.

Biała wołga sze­fa or­ga­ni­za­cji je­chała wol­no między dwo­ma skrzydłami tłumu wznoszącego okrzy­ki, a żołnie­rze Pa­thet Lao, roz­sta­wie­ni co pięćdzie­siąt metrów wzdłuż dro­gi, byli bo­ha­te­ra­mi dnia. Lu­dzie ich obej­mo­wa­li.

Iden­tycz­ne przyjęcie zgo­to­wa­no czer­wo­ne­mu księciu w Lu­ang Pra­bang, sto­li­cy królew­skiej, a Sa­vang Vat­tha­na, mo­nar­cha, był tak roz­drażnio­ny za­mknięciem szkół i tłuma­mi na uli­cach - z po­dobną atencją na ogół wi­ta­no jego osobę - że w ostat­niej chwi­li odmówił pod­pi­sa­nia de­kre­tu kon­sty­tu­ującego nowy rząd. Król bał się, że jego tron jest za­grożony, i do­pie­ro gdy So­upha­no­uvong roz­wiał jego oba­wy, zmie­nił zda­nie i złożył pod­pis.3

Lęk, że wraz z dojściem Pa­thet Lao do władzy wszyst­ko się zmie­ni, nie był je­dy­nie troską władcy. Bo­ga­ta la­otańska burżuazja, chińscy biz­nes­me­ni, am­ba­sa­do­rzy Wiet­na­mu Południo­we­go i Kam­bodży, re­zy­den­ci za­gra­nicz­ni, a na­wet hi­pi­si set­ka­mi prze­jeżdżający przez Laos w swo­jej wędrówce za ta­ni­mi nar­ko­ty­ka­mi - wszy­scy byli za­nie­po­ko­je­ni, że nowy rząd po­dej­mie środ­ki eko­no­micz­ne, aby ogra­ni­czyć pry­watną przed­siębior­czość, roz­pocz­nie dzieło od­no­wy mo­ral­nej kra­ju i nawiąże sto­sun­ki dy­plo­ma­tycz­ne z in­ny­mi rządami re­wo­lu­cyj­ny­mi w re­gio­nie, a także wy­rzu­ci z państwa wszyst­kich "nie-Lao", którzy żyją tu z mniej lub bar­dziej le­gal­nych in­te­resów.

Nic ta­kie­go nie nastąpiło. Choć minęły trzy ty­go­dnie od po­wsta­nia no­we­go rządu, nie podjęto jesz­cze ani jed­nej ra­dy­kal­nej de­cy­zji po­li­tycz­nej, a lu­dzie z Pa­thet Lao robią, co mogą, aby wszyst­kich uspo­koić. Pierwszą pu­bliczną wi­zytą no­we­go mi­ni­stra go­spo­dar­ki i pla­no­wa­nia - członka Pa­thet Lao - było uda­nie się na co­ty­go­dnio­wy obiad w Ro­ta­ry Club w ele­ganc­kim Ho­tel Lane Xang. Z ko­lei mi­ni­ster do spraw wy­znań - także z Pa­thet Lao - w to­wa­rzy­stwie czer­wo­ne­go księcia So­upha­no­uvon­ga po­szedł i na bud­dyjską, i na ka­to­licką ce­re­mo­nię ku pamięci Pom­pi­dou.

Wien­tian i Lu­ang Pra­bang, mimo obec­ności par­ty­zantów na uli­cach, wyglądają tak jak za­wsze. Je­de­naście pa­lar­ni opium i sie­dem bur­de­li daw­nej sto­li­cy królew­skiej działa dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, po­dob­nie jak domy pu­blicz­ne w dziel­ni­cy Pa Kuai w Wien­tianie i dzie­siątki chat, w których faj­ka naj­lep­sze­go opium kosz­tu­je wciąż sto kipów (nie­całe pół euro). Ma­ri­hu­anę nadal można kupić na głównym tar­gu Wien­tianu, między główka­mi ka­pu­sty a ba­zy­lią, za sto pięćdzie­siąt kipów od ki­lo­gra­ma, a na wy­sta­wach wiet­nam­skich sklepów nie­zmien­nie wid­nieją, poza por­tre­ta­mi króla La­osu, fo­to­gra­fie Nguy­ena Van Thieu, roz­po­wszech­nia­ne przez lo­kalną am­ba­sadę Saj­go­nu, która zo­stała za­pew­nio­na, po­dob­nie jak kam­bodżańska, że nowy rząd nie na­ru­szy sta­tus quo swo­ich sto­sunków dy­plo­ma­tycz­nych.

Whi­te Rose, sławny bar, w którym dziew­czy­ny palą naj­mniej do tego sto­sowną, a za­ra­zem naj­bar­dziej in­tymną częścią ciała dzie­sięć pa­pie­rosów jed­no­cześnie, Ma­da­me Lulu, bur­del, w którym to­wa­rem jest wyłącznie "miłość fran­cu­ska", wciąż działają, ale lo­ka­le są nie­malże pu­ste, bo sta­li klien­ci - pi­lo­ci z CIA i taj­ni agen­ci bawiący tu­taj prze­jaz­dem w roz­licz­nych prze­bra­niach - opuścili kraj ra­zem z większością społecz­ności ame­ry­kańskiej. Kręci się jesz­cze trochę sta­rych na­jem­ników z Le­gii Cu­dzo­ziem­skiej, od 1954 roku han­dlujących tanią whi­sky w nędznych ba­rach, ciem­nych jak niektóre pro­wa­dzo­ne tu in­te­re­sy.

- Pa­thet Lao nie chce się za­cho­wy­wać jak słoń w składzie por­ce­la­ny - po­wie­dział pe­wien za­chod­ni dy­plo­ma­ta. - Przede wszyst­kim chce zro­zu­mieć, jak funk­cjo­nu­je sys­tem, wy­ro­bić so­bie kon­tak­ty. Po­tem po­wo­li przej­dzie do czynów.

Tym, co się zmie­niło, jest at­mos­fe­ra w kra­ju.

- Oni są wszędzie. Czuję ich od­dech na kar­ku przez cały czas - mówił mi chiński han­dlarz. - Nie chcą ni­cze­go, nig­dy nie widać, żeby wcho­dzi­li do skle­pu, do re­stau­ra­cji, ale są, to się wy­czu­wa.

Łatwo roz­po­znać domy i wil­le, w których za­miesz­ka­li człon­ko­wie Pa­thet Lao: mury zo­stały świeżo od­ma­lo­wa­ne, bra­my na­pra­wio­ne, a ogro­dy prze­obrażone w wa­rzyw­ni­ki, gdzie w ciągu dnia widać par­ty­zantów pod­le­wających sałatę albo kar­miących kury. W małym par­ku wokół wil­li, w której za­miesz­kał książę So­upha­no­uvong, dwa­dzieścia metrów od am­ba­sa­dy ame­ry­kańskiej, żyje około tu­zi­na małych ka­czu­szek plu­skających się w nie­dużym, nie­daw­no wy­ko­pa­nym sta­wie.

Wokół lu­dzie Pa­thet Lao - z ka­ra­bi­nem ma­szy­no­wym za­wsze na wyciągnięcie ręki - bu­dują drew­nia­ny ba­rak albo robią pra­nie.

Pa­thet Lao ma, według sza­cunków Za­cho­du, około trzy­dzie­stu pięciu tysięcy bo­jow­ników w La­osie i kon­tro­lu­je przy­najm­niej 85 pro­cent po­wierzch­ni kra­ju. Mimo to w Wien­tia­nie, gdzie tra­dy­cyj­nie sku­piały się siły pra­wi­cy fi­nan­so­wa­ne przez Ame­ry­kanów, or­ga­ni­za­cja wie, że po­ru­sza się po grząskim grun­cie. Dla­te­go jej człon­ko­wie są po­dejrz­li­wi wo­bec cu­dzo­ziemców i mają się na bacz­ności. Przywódcy zresztą też są ostrożni i nie chcą udzie­lać wy­wiadów.

So­upha­no­uvong to fa­scy­nująca po­stać. Ni­ski, przy­sa­dzi­sty, sze­ro­ki w ra­mio­nach, ma opa­loną twarz, małe czar­ne wąsiki i spoj­rze­nie utkwio­ne gdzieś poza rozmówcą, jak­by za­wsze spoglądał "w przyszłość". W ostat­nich dniach wi­dy­wałem go wie­le razy, ale nie udało mi się wyciągnąć z nie­go nic po­nad uśmiech od ucha do ucha albo ciętą ri­postę. Pod­czas przyjęcia za­py­tałem, skąd spo­dzie­wa się naj­większych trud­ności dla no­we­go rządu. A on po pro­stu odwrócił się w kie­run­ku ame­ry­kańskie­go am­ba­sa­do­ra Whi­te­ho­use'a, który sączył dżin z to­ni­kiem krok od nas, i po­wie­dział:

- Stąd.

W la­tach 1958-1961 byłem stu­den­tem Ko­le­gium Pra­wa Wyższej Szkoły Pe­da­go­gicz­nej w Pi­zie. Po obro­nie miesz­kałem przez sześć mie­sięcy w An­glii, a w 1962 roku zacząłem pracę w Oli­vet­ti. Sprze­da­wałem ma­szy­ny do pi­sa­nia, po­tem spędziłem trochę cza­su w fa­bry­ce, a jesz­cze później od­de­le­go­wa­no mnie do działu kadr za­gra­nicz­nych. W 1965 roku, jako dwu­dzie­sto­sied­mio­la­tek, zo­stałem wysłany do Ja­po­nii, gdzie miałem pro­wa­dzić szko­le­nia dla fir­my. Po dro­dze do To­kio za­trzy­małem się na je­den dzień w Bang­ko­ku. Wte­dy po raz pierw­szy po­sta­wiłem stopę na kon­ty­nen­cie azja­tyc­kim. Ude­rzyło mnie piękno bu­gen­wil­li. W To­kio ko­rzy­stałem z każdej wol­nej chwi­li, aby od­kry­wać mia­sto i pisać do An­ge­li o pierw­szych wrażeniach.

pierw­szy raz

To­kio, 4 stycz­nia 1965

Dro­ga żono,

jesz­cze błogo nieświa­do­my, żeśmy się pożegna­li, na­gle je­stem na miej­scu: w Ja­po­nii... No­wo­cze­sność czy­ni wszyst­ko po­spo­li­tym, a cy­wi­li­za­cja cy­wi­li­zo­wa­nym. Wylądowałem w To­kio, jak­by to był Me­dio­lan. Ho­tel równie do­brze mógłby się znaj­do­wać w Sztok­hol­mie, a obsługa gości - stan­dard Oli­vet­ti - nie różni się ni­czym od tej z Li­zbo­ny czy Hagi. Z okna, o które dzwo­ni na­tar­czy­wa mżawka, widzę sze­reg ni­skich domów i pustą jesz­cze ulicę. Chciałbym tyl­ko jed­ne­go: wy­rwać się z tego sen­ne­go spo­ko­ju ho­te­li dla me­nadżerów, którzy używają iden­tycz­ne­go mydła co w To­ron­to, i powłóczyć się po sza­rej równi­nie, wśród domów. Chciałbym zrzu­cić pan­cerz ochron­ny, który wszyst­ko wokół mnie czy­ni łatwym i uśmiech­niętym.

To­kio, 6 stycz­nia 1965

[...] Jadłem po raz pierw­szy w japońskiej re­stau­ra­cji, rozśmie­szając wszyst­kich sąsiadów upo­rem, z ja­kim sta­rałem się używać pałeczek. Gdy­by nie ro­dzi­na siedząca na­prze­ciw­ko, której każdy gest naśla­do­wałem, zapłaciłbym w końcu ra­chu­nek, nie tknąwszy ni­cze­go poza kil­ko­ma ziarn­ka­mi ryżu. Tu­taj nie tyl­ko inne są przy­bo­ry do je­dze­nia i pro­duk­ty, ale także sposób na­kry­wa­nia do stołu: za­miast ta­le­rzy po­ja­wiają się mi­secz­ki, w których coś pływa... Ko­niec i początek roku świętuje się ro­dza­jem wiel­kiej uczty trwającej dwa ty­go­dnie: uli­ce są de­ko­ro­wa­ne słomą ryżową, ko­bie­ty zakładają odświętne ki­mo­na, na sa­mo­cho­dach łopoczą chorągiew­ki z in­try­gującymi na­pi­sa­mi, których nie ro­zu­miem. W biu­rach pije się piwo i je z drew­nia­nych pudełek mi­ster­nej ro­bo­ty, ozdo­bio­nych kwia­ta­mi i ide­ogra­ma­mi. W oczach człowie­ka Za­cho­du ide­ogram jest nie­zwy­kle ele­ganc­kim ele­men­tem de­ko­ra­cyj­nym do­dającym każdemu przed­mio­to­wi ta­jem­ni­czości, toteż zdu­mie­wam mo­ich japońskich ko­legów, przy­stając z za­chwy­tem, aby przyj­rzeć się wiel­kiej re­kla­mie, na której zresztą - jak mi mówią - wid­nie­je hasło COCA-COLA, albo na­pi­so­wi na od­wro­cie krótkie­go błękit­ne­go ki­mo­na no­szo­ne­go przez ro­bot­ników, ozna­czającemu - jak mi mówią - TO­KIJ­SKIE PRZED­SIĘBIOR­STWO TE­LE­FO­NICZ­NE. Je­stem ocza­ro­wa­ny wszyst­kim, co obce, tą nie­możliwością po­ro­zu­mie­nia się, tym ta­jem­ni­czym kręgiem twa­rzy używających do prze­ka­zy­wa­nia uczuć tak od­mien­nych kodów, tym kręgiem znaków, których se­kre­ty pragnę prze­niknąć.

To­kio, 9 stycz­nia 1965

[...] Jed­ne­mu ze sprze­dawców, których szkolę, właśnie umarło maleńkie dziec­ko. Odwróciło się w kołysce i przy­du­siło po­duszką. We­zwa­no ka­retkę, która przy­je­chała z tle­nem, ale bez złączki i rur­ki, żeby go podać. Dziec­ko umarło. Sa­ni­ta­riu­sze i ro­dzi­ce wy­mie­ni­li ni­skie ukłony, prze­pra­szając na zmianę: pierw­si za to, że ka­za­li na sie­bie cze­kać, dru­dzy - że we­zwa­li ich nada­rem­no...

To­kio, 14 stycz­nia 1965

[...] Uczę się. Dziś w me­trze słuchałem roz­mo­wy sta­rusz­ki o prze­zro­czy­stej, gład­kiej twa­rzy i jej koleżanki, która wiozła za­ku­py w prze­pięknej chuście. Ta pierw­sza mówiła, a dru­ga, nie prze­stając kiwać głową, od­po­wia­dała: "Hai... hai... aah... so... iiiii... ooooooo... uuuuuu... hai". Trwało to do­bre piętnaście mi­nut, a po­tem wstały i wyszły, kołysząc się na boki, sta­wiając małe krocz­ki. Pierw­sza nadal mówiła, dru­ga zaś wy­da­wała te same dźwięki, pod­czas gdy jej piękna błękit­no-czar­na chu­s­ta obi­jała się o ki­mo­no w od­cie­niu ciem­ne­go, ciepłego brązu.

Kio­to, 15 stycz­nia 1965

[...] Trwa święto młodych, którzy skończy­li dwa­dzieścia lat, a ja sko­rzy­stałem z oka­zji, aby przy­je­chać do Kio­to naj­szyb­szym pociągiem świa­ta... Miej­sce, w którym się znaj­duję, to ry­okan, tra­dy­cyj­ny ho­tel, a obsługu­je mnie z sza­cun­kiem po­kojówka-kar­mi­ciel­ka, dbająca o to, abym na­uczył się rozróżniać roz­ma­ite ro­dza­je pan­to­fli i nie po­my­lił tych do o-furo, "czci­god­nej kąpie­li", z tymi do wy­chod­ka... Na her­batę przy­szedł do mnie "dziw­ny flo­rent­czyk", przy­ja­ciel Fo­sca Ma­ra­inie­go, do­mi­ni­ka­nin San­dro Ben­ci­ven­ni. Zo­stał do północy, siedząc na podłodze przy moim małym sto­li­ku z laki, pod­czas gdy kar­mi­ciel­ka po­da­wała cia­stecz­ka i sake, uszczęśli­wio­na, że może przyjąć gościa w domu swo­je­go gościa. Roz­ma­wia­liśmy o Flo­ren­cji, o tym, dla­cze­go z niej ucie­kliśmy, o Wscho­dzie, o bud­dy­zmie, którego on jest wiel­kim znawcą... Jego na­iw­ność co do sto­sunków pa­nujących na świe­cie jest roz­bra­jająca, ale re­flek­sje fi­lo­zo­ficz­ne zro­biły na mnie duże wrażenie: Zachód - mówił - to kul­tu­ra poj­mo­wa­na jako na­uka, czy­li jako po­zna­nie świa­ta wokół "ja", tym­cza­sem "ja" jest tyl­ko in­stru­men­tem i do­mem myśli; stąd biorą początek przy­ro­do­znaw­stwo i na­uki em­pi­rycz­ne. Na­to­miast Wschód (to zna­czy In­die, dla nie­go bo­wiem wszyst­ko przyszło właśnie stamtąd przez Chi­ny i Koreę - także do Ja­po­nii) to kul­tu­ra poj­mo­wa­na jako po­szu­ki­wa­nie myślącego "ja", myśl poj­mo­wa­na jako myśl "ja", które myśli samo sie­bie, albo­wiem "ja" nie jest częścią całości, lecz całością. Różnice to złudze­nie: całość, ab­so­lut, jest prawdą. Rozróżnia­nie do­nikąd nie pro­wa­dzi. W owych dwóch kie­run­kach - po­wia­da - świat zmie­rzał przez stu­le­cia, do­cie­rając do prze­rażającej otchłani współcze­sności, gdzie z jed­nej stro­ny jest "ja", które za­po­mniało o so­bie sa­mym, za­tra­cając się w po­zna­niu zewnętrzne­go świa­ta, a wręcz stało się więźniem po­zna­ne­go - co ozna­cza cy­wi­li­zację ma­szy­ny i ko­niec hu­ma­ni­zmu - z dru­giej stro­ny zaś jest "ja", które osiągnęło nie­zmie­rzoną głębię i wy­ra­fi­no­wa­ne for­my kul­tu­ry, ale, za­po­mniawszy o po­zna­wa­niu zewnętrzne­go świa­ta, umie­ra te­raz z głodu, a także na dżumę i trąd...

Spędziłem w Ja­po­nii półtora mie­siąca. W dro­dze po­wrot­nej za­trzy­małem się w Hong­kon­gu, w Sin­ga­pu­rze i w Del­hi. Podjąłem de­cyzję: moja przyszłość będzie związana z Azją. Mu­siałem się za­tem przy­go­to­wać. W pierw­szych dniach września 1967 roku wszedłem z An­gelą na pokład "Le­onar­da da Vin­ci" płynącego do No­we­go Jor­ku. Po dru­giej podróży do Azji - z przy­stan­ka­mi w Au­stra­lii, na wy­spie Ti­mor, w Hong­kon­gu i Ma­kau pod­czas wiel­kich wystąpień ma­oistów - otrzy­małem Hark­ness Fel­low­ship, sty­pen­dium, które po­zwo­liło mi spędzić dwa lata w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Za­pi­sałem się na Uni­wer­sy­tet Co­lum­bia, gdzie stu­dio­wałem si­no­lo­gię. W 1969 roku wróciłem do Włoch, przez osiem­naście mie­sięcy pra­co­wałem jako dzien­ni­karz stażysta w "Il Gior­no" w Me­dio­la­nie, a po­tem złożyłem wymówie­nie. Pod ko­niec 1971 roku z dwójką maleńkich dzie­ci wy­ru­szy­liśmy do Sin­ga­pu­ru. Nasz pierw­szy azja­tyc­ki dom znaj­do­wał się w par­ku pełnym tro­pi­kal­nych barw i odgłosów.

Na pierw­szym pla­nie w tam­tym okre­sie była woj­na in­do­chińska, w której Ame­ry­ka­nie i wspie­ra­ne przez nich pra­wi­co­we reżimy wal­czy­li prze­ciw­ko ko­mu­ni­stycz­nej par­ty­zant­ce po­pie­ra­nej przez Chi­ny i ZSRR. W kwiet­niu 1972 roku zna­lazłem się jako ko­re­spon­dent w Wiet­na­mie i po raz pierw­szy po­czułem, co to zna­czy "strze­lać z wściekłością". Zacząłem pro­wa­dzić dzien­nik. Oto pierw­sza stro­na:

Saj­gon, 7 kwiet­nia 1972

Woj­na jest rzeczą smutną, ale jesz­cze smut­niej­sze jest to, że człowiek się przy­zwy­cza­ja. Pierw­szy trup, ja­kie­go uj­rzałem, leżący dziś rano na wale obo­zu z roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi, wy­chudłymi dłońmi pełnymi błota i wo­sko­wożółtą twarzą, spra­wił, że zdrętwiałem. Następne ciała po pro­stu li­czyłem, jak rze­czy, których liczbę, z za­wo­do­we­go obo­wiązku, trze­ba za­pi­sać.

Nie­możliwością jest mówić, pisać o tej czy in­nej woj­nie, jeśli się nie po­je­dzie na miej­sce, aby ją zo­ba­czyć, jeśli nie jest się go­to­wym po­dzie­lić jej nie­bez­pie­czeństw. Mówiłem to so­bie, udając się na front, po dwóch dniach w Saj­go­nie z at­taché woj­sko­wy­mi, rzecz­ni­ka­mi dowództwa, "eks­per­ta­mi" - dniach spędzo­nych na dys­ku­sjach o woj­nie, która nadal była dla mnie czymś ode­rwa­nym od rze­czy­wi­stości, abs­trak­cyj­nym, jak­by nie bra­li w niej udziału lu­dzie.

Sądziłem, że trze­ba po­je­chać na wojnę, aby ją zro­zu­mieć, jak­by to był także ro­dzaj lo­jal­ności w sto­sun­ku do żołnie­rzy. Nie zmie­niłem zda­nia, ale te­raz, kie­dy tu je­stem, czuję strach, a prze­raża mnie od­kry­cie, że tej woj­ny nie da się przeżyć in­a­czej, jak tyl­ko po którejś ze stron fron­tu, jako - w pew­nym sen­sie - jej część.

Żołnie­rze, za którymi idzie­my, stają się szyb­ko "nami", a ci dru­dzy, którzy do nas strze­lają, stają się nie­przy­ja­ciółmi, bad guys, "złymi", jak na­zy­wają ich Ame­ry­ka­nie.

Ucząc się rozróżniać po­ci­ski wy­strze­li­wa­ne re­gu­lar­nie przez "naszą" ar­ty­le­rię i te nad­ciągające, spo­ra­dycz­nie, znie­nac­ka, które mogą paść tuż obok, uczy­my się au­to­ma­tycz­nie mówić "my" i "oni".

Z twarzą ukrytą w dole wypełniającym się wodą, pod­czas ulew­ne­go desz­czu, zdzi­wiłem się, że marzę, aby nad­le­ciały ame­ry­kańskie he­li­kop­te­ry, aby zja­wiły się co­bry i oczyściły la­sek, skąd kil­ku snaj­perów brało nas na cel.

- Jeśli nie do­sta­nie­my wspar­cia do dziś wie­czo­rem albo do ju­tra, będzie po nas - mówił ma­jor Minh, szef dys­tryk­tu Chon Than. - Od­działów Wiet­kon­gu jest co­raz więcej z go­dzi­ny na go­dzinę. Są pra­wie wszędzie... - I za­ta­czał koło wyciągniętą ręką. W tym właśnie mo­men­cie do nas strze­li­li. Stałem wy­pro­sto­wa­ny; bar­dzo bli­sko, na wy­so­kości pra­we­go ucha, coś prze­le­ciało obok mnie z sy­kiem. Su­chym. Krótkim. Wiem, mówio­no mi wie­le razy, że kula, którą słyszysz, nie jest tą, która cię tra­fi, ale to słabe po­cie­sze­nie, kie­dy ko­lej­ne prze­la­tują ci nad głową i wiesz, że kil­ka metrów stąd ktoś, kogo na­wet nie znasz, cze­ka, żebyś się ru­szył, aby do cie­bie strze­lić, i może myśli, że je­steś ame­ry­kańskim do­radcą... 2

początek

Zo­stałem dzien­ni­ka­rzem, po­nie­waż w wyści­gach byłem za­wsze ostat­ni. Cho­dziłem do jed­ne­go z flo­renc­kich liceów i z upo­rem uczest­ni­czyłem we wszyst­kich bie­gach przełajo­wych, ja­kie od­by­wały się w par­ku Ca­sci­ne. Nie miałem żad­nych osiągnięć - z wyjątkiem rozśmie­sza­nia ko­legów. Pew­ne­go razu pod ko­niec za­wodów, kie­dy pu­blicz­ność już się roz­cho­dziła, a ja do­pie­ro do­tarłem na metę, pod­szedł do mnie mniej więcej trzy­dzie­sto­let­ni pan z no­te­sem i po­wie­dział coś w ro­dza­ju: "Je­steś uczniem? A więc nie star­tuj w bie­gach, tyl­ko je opi­suj!" Miałem wte­dy szes­naście lat i to był pierw­szy dzien­ni­karz, z ja­kim się ze­tknąłem, a także moja pierw­sza pro­po­zy­cja pra­cy: spra­woz­daw­cy spor­to­we­go "Gior­na­le del Mat­ti­no". Zacząłem od biegów, po­tem prze­rzu­ciłem się na wyścigi ko­lar­skie, a jesz­cze później na me­cze piłki nożnej. Odtąd w nie­dzielę, za­miast cho­dzić na tańce, jeździłem po wio­skach i mia­stecz­kach To­ska­nii starą vespą 98.

"Zróbcie przejście, idzie dzien­ni­karz" - mówili or­ga­ni­za­to­rzy, kie­dy się przed­sta­wiałem. Byłem dzie­cia­kiem, a na spo­rcie znałem się mało albo wca­le, ale dzięki temu zajęciu mogłem li­czyć na do­bry punkt ob­ser­wa­cyj­ny, a dzień później - zo­ba­czyć swo­je na­zwi­sko nad krótkim ar­ty­kułem na spor­to­wych stro­nach miej­skiej ga­ze­ty. Do owych dwóch praw - a wręcz przy­wi­lejów - za­wsze byłem przy­wiązany. W nie­zwykłym za­wo­dzie dzien­ni­karza, który poza wszyst­kim jest sty­lem życia, pociągała mnie możność znaj­do­wa­nia się w cen­trum wy­da­rzeń, za­da­wa­nia naj­bar­dziej nie­wy­god­nych pytań, prze­cho­dze­nia przez wszyst­kie drzwi, bra­nia pod lupę lu­dzi wpływo­wych, a wresz­cie - zda­wa­nia re­la­cji.

Dzięki zda­niu: "Zróbcie przejście, idzie dzien­ni­karz", wy­po­wia­da­ne­mu na różne spo­so­by, w różnych języ­kach, stanęło przede mną otwo­rem wie­le miejsc, przez które prze­to­czyła się hi­sto­ria, prze­ważnie smut­na, mo­ich czasów: były to fron­ty nie­po­trzeb­nych wo­jen, mogiły ofiar po­twor­nych rze­zi, upa­dlające więzie­nia i szkla­ne klo­sze pałaców należących do dyk­ta­torów. Nie opusz­czało mnie przy tym po­czu­cie, że wypełniam "misję", że je­stem ocza­mi, usza­mi, po­wo­nie­niem, nie­kie­dy na­wet ser­cem czy­tel­ników - tych, którzy nie mo­gli po­je­chać tam, dokąd je­chałem ja. I nie tyl­ko czy­tel­ników.

Jeśli bo­wiem jest prawdą, że we wczo­rajszą ga­zetę dziś za­wi­ja się rybę, to prawdą jest także, że od dzien­ni­kar­stwa za­czy­na się hi­sto­ria. Za­wsze czułem tę od­po­wie­dzial­ność. Stąd wy­czu­le­nie na szczegóły, dokłada­nie sta­rań, aby pre­cy­zyj­nie przy­ta­czać fak­ty, licz­by, na­zwi­ska. Jeżeli de­ta­le po­je­dyn­cze­go zda­rze­nia, ja­kie­go było się świad­kiem, nie są wier­nie od­da­ne, to co z wier­nością całej mo­zai­ki hi­sto­rii, którą po­tem ktoś będzie re­kon­stru­ował na pod­sta­wie tych okruchów?

Nie twierdzę by­najm­niej, że na następnych stro­nach nie ma błędów; mówię je­dy­nie, że sta­rałem się ich uni­kać i że nig­dy nie wymyśliłem ni­cze­go po to, aby wypełnić lukę albo upiększyć opo­wieść. Niektóre ar­ty­kuły zo­stały na­pi­sa­ne na gorąco, pod presją, gdy li­czyła się każda mi­nu­ta; inne są dziełem dni - a nie­kie­dy ty­go­dni - badań i prze­myśleń. Jed­ne są wyłącznie kro­niką, dru­gie próbą na­kreśle­nia por­tre­tu kra­ju albo kon­kret­nej sy­tu­acji. A wszyst­kie mają coś wspólne­go z Azją, bo Azja od po­nad dwu­dzie­stu pięciu lat jest ce­lem mo­ich wy­praw.

Cze­mu Azja? Wy­brałem ją głównie dla­te­go, że była da­le­ko, dla­te­go, że spra­wiała na mnie wrażenie zie­mi, na której zo­stało jesz­cze coś do od­kry­cia. Po­je­chałem tam w po­szu­ki­wa­niu "in­ne­go", wszyst­kie­go, cze­go nie znałem, w po­go­ni za ide­ami, ludźmi zna­ny­mi tyl­ko z lek­tu­ry. Zacząłem od na­uki języka chińskie­go, po­nie­waż pragnąłem za­miesz­kać w Chi­nach i zo­ba­czyć ma­oizm na własne oczy. Przyjąłem sta­no­wi­sko ko­re­spon­den­ta wo­jen­ne­go, gdyż uważałem, że to, co dzie­je się w Wiet­na­mie, jest również moją sprawą. Resz­ta przyszła sama, w tym także wybór krajów. Za­wsze po­dej­mo­wałem de­cy­zje ra­zem z ro­dziną, kie­rując się własny­mi za­in­te­re­so­wa­nia­mi, nie zaś oso­bistą wy­godą czy wolą przełożonych.

Ko­rzyść z by­cia dzien­ni­ka­rzem w porówna­niu, na przykład, z by­ciem dy­plo­matą - po­le­ga na wol­ności. Nie tyl­ko na wol­ności wyrażania własnych poglądów, ale także na swo­bo­dzie zmia­ny pra­co­daw­cy, jeśli nie po­zwa­la nam on robić tego, co byśmy chcie­li. Am­ba­sa­dor prze­no­szo­ny z jed­nej sto­li­cy do dru­giej nie może po­wie­dzieć: "Zo­stanę tu­taj i będę re­pre­zen­to­wał inne państwo". Dzien­ni­karz na­to­miast może przejść do in­ne­go tytułu, aby zo­stać lub po­je­chać tam, gdzie mu się po­do­ba. Ja miałem szczęście - nig­dy nie mu­siałem zmie­niać od­bior­cy mo­ich tekstów, aby miesz­kać tam, gdzie mnie ciągnęło: w Sin­ga­pu­rze od 1971 do 1975 roku, w Hong­kon­gu od 1975 do 1979 roku, w Chi­nach od 1979 do 1984 roku, po­tem znów przez rok w Hong­kon­gu, w Ja­po­nii do 1990 roku, w Taj­lan­dii do 1994 roku, a od tam­te­go cza­su w In­diach.

W moim przy­pad­ku szczęście wiązało się ze spo­tka­niem od­po­wied­nie­go człowie­ka: Ru­dol­fa Au­gste­ina, założycie­la i sze­fa "Der Spie­gel", który w 1971 roku, może roz­ba­wio­ny po­ja­wie­niem się tego dziw­ne­go ga­star­be­ite­ra szu­kającego za­trud­nie­nia, za­pro­po­no­wał mi współpracę, a kil­ka mie­sięcy później sta­no­wi­sko ko­re­spon­den­ta. Od tam­tej pory byłem "dzien­ni­ka­rzem nie­miec­kim". Wcześniej próbowałem być także włoskim dzien­ni­ka­rzem, ale - po­dob­nie jak w bie­gach - nie miałem na tym polu znaczących osiągnięć. W owych la­tach żaden włoski dzien­nik ani ty­go­dnik nie po­sia­dał wysłan­ni­ka na Wscho­dzie ani nie był za­in­te­re­so­wa­ny stwo­rze­niem ta­kie­go sta­no­wi­ska.

Pi­sa­nie w ob­cym języku, dla czy­tel­ni­ka, którego nie znałem, nie­kie­dy mi ciążyło, więc od cza­su do cza­su wysyłałem ar­ty­kuły do włoskich ga­zet. Współpra­co­wałem z tytułami: "Il Gior­no", "Il Mes­sag­ge­ro", "L'Espres­so", "La Re­pub­bli­ca", a od 1989 roku z "Cor­rie­re del­la Sera". Po włosku pro­wa­dziłem prze­ważnie własne dzien­ni­ki, z których po­tem po­wstało kil­ka książek.

Zbiór tu­taj za­miesz­czo­ny to wybór tekstów wyłącznie dzien­ni­kar­skich, na­pi­sa­nych w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu pięciu lat. Większość z nich zo­stała przetłuma­czo­na z ory­gi­nałów w języku nie­miec­kim lub an­giel­skim, inne ar­ty­kuły ist­niały od początku w języku włoskim. Oddałem je do dru­ku bez zmian, w po­sta­ci, w ja­kiej je od­na­lazłem - star­sze na pa­pie­rze we­li­no­wym albo w wer­sjach przesłanych przez te­leks, now­sze za­pi­sa­ne w pamięci kom­pu­te­ra.

Mówią, że wraz z roz­wo­jem narzędzi elek­tro­nicz­nych dzien­ni­kar­stwo się zmie­nia, że pogoń za sen­sacją wy­pa­czyła etykę za­wo­dową i że wkrótce znikną tacy jak ja - krążący jesz­cze po świe­cie i ści­gający ja­kieś małe praw­dy. Trud­no się nie zgo­dzić, cho­ciaż to bar­dzo przy­kre1. A jed­nak mam pew­ność, że mimo hi­per­ma­te­ria­li­zmu i amo­ral­ności obec­nych dzi­siaj w każdej dzie­dzi­nie, war­tości du­cha nie prze­minęły i także ten zawód, jak inne, na przekór wszyst­kim kom­pu­te­rom wnoszącym chłód do na­sze­go świa­ta, może nadal być wy­ko­ny­wa­ny z uczu­ciem i namiętnością, może nadal być po­strze­ga­ny jako mi­sja, służba pu­blicz­na, sposób na życie. A im więcej te­le­wi­zja będzie prze­syłać do na­szych domów skrótów wy­da­rzeń - po­da­nych błyska­wicz­nie, ale po­wierz­chow­nie - tym bar­dziej będą po­trzeb­ni ci, którzy jadą na miej­sce, aby zo­ba­czyć, powęszyć, przejąć się jakąś hi­sto­rią da­leką albo bliską, a po­tem ją opo­wie­dzieć tym, co jesz­cze chcą słuchać. Mam pew­ność, że tak właśnie jest. A jeśli nie - bo nie je­stem nie­omyl­ny - oto ko­pal­ne ślady przed­sta­wi­cie­la ginącego ga­tun­ku.

t.t.

Or­si­gna, kwie­cień 1998