W Azji - Tiziano Terzani

Reflow text when sidebars are open.
Moja rodzina była bezpieczna w Singapurze, a ja połowę czasu spędzałem w Indochinach, krążąc zazwyczaj pomiędzy Laosem, Kambodżą a Wietnamem. Z tych trzech krajów Laos wydawał się najbliższy osiągnięcia pokoju. Przedstawiciele partyzantki weszli do rządu i pierwsi ludzie z Pathet Lao pokazali się w stolicy.
Wientian, kwiecień 1974
Patrol Pathet Lao przechodzi co godzina po zachodzie słońca. Gęsiego, powoli, górskim chodem, jakby nadal znajdowali się w dżunglach wyzwolonego Laosu, komunistyczni partyzanci patrolują ulice tego miasta, które w latach wojny stało się amerykańskim centrum dowodzenia tajnymi operacjami w Indochinach, metą agentów CIA, ośrodkiem handlu opium. W swoich zielonych mundurach, wypłowiałych od słońca i deszczu, w pełnym rynsztunku bojowym, z chińskimi karabinami AK-47 na biodrze, defilują, jeden za drugim, po obu stronach drogi, przed barami, klubami nocnymi, między grupkami prostytutek i transwestytów polujących na ostatnich klientów na ulicy Sam Se Thai.
Nikogo nie zatrzymują, nie zadają pytań. Na razie po prostu chodzą i patrzą.
Od trzech tygodni w Laosie istnieje rząd koalicyjny. Komuniści mają połowę władzy i tysiąc ośmiuset żołnierzy w stolicy administracyjnej kraju. Choć po układach paryskich dużo się mówiło o tym rozwiązaniu, wprowadzenie go w życie wywołało zaskoczenie. Zdaniem wielu osób to było niczym zakończenie baśni.
Po dziesięciu latach bratobójczej wojny podjazdowej wrogowie, dwaj książęcy bracia przyrodni, spotkali się w Luang Prabang, dawnej stolicy "królestwa miliona słoni", i przysięgli w obecności króla, swojego kuzyna, że dla dobra narodu będą współpracować.
Souvanna Phouma, antykomunista, i Souphanouvong, komunista, stali jeden przy drugim, w tradycyjnych strojach Lao, ciemnoniebieskich spódniczkach i białych marynarkach zapiętych pod szyję. Za nimi, wszyscy w takich samych dworskich szatach, członkowie nowego rządu i rady politycznej. Scena wydawała się wyjęta z jakiejś starej, egzotycznej reprodukcji: gwardia królewska stojąca na baczność, korpus dyplomatyczny w galowych mundurach, bonzowie w swoich pomarańczowych tunikach i świętujący tłum. Bicie w gong niosło się z Wat Phu Si, sanktuarium na świętym wzgórzu, gdzie, jak powiadają, zostały pogrzebane niektóre z osiemdziesięciu czterech tysięcy relikwii Buddy i gdzie, według laotańskiej legendy, ukrywają się dwa potworne smoki, które wyjdą, aby pożreć wszystkich mieszkańców kraju, jeśli gong umilknie.
Laos się zjednoczył, i to na drodze pokojowej; jako pierwsze państwo w Indochinach zdołał zakończyć wojnę, której poszczególne fazy pustoszyły półwysep od 1945 roku. Mieszkańcy tego kraju mają przysłowie na każdą okazję, toteż książę Souvanna Phouma, premier nowego rządu koalicyjnego, znalazł stosowne również do obecnych okoliczności:
- Nie da się wody przepołowić mieczem - powiedział mi z należytą podniosłością na przyjęciu w swojej rezydencji. - Jeśli ktoś znowu spróbuje nas podzielić, my połączymy się jak ona.
Mimo oficjalnie panującego optymizmu, wielu obserwatorów z zagranicy, a także samych Laotańczyków, wyraża wątpliwości co do szans utrzymania koalicji: trzeciej po dwóch wcześniejszych eksperymentach (w 1957 i 1962 roku), które za każdym razem kończyły się katastrofą.
Niektórzy uważają, że Pathet Lao, ze swoją połową wpływów, przeprowadzi zamach stanu, aby zagarnąć całą władzę; inni, przeciwnie, twierdzą, że zrobią to bogate laotańskie rody i ich prawicowi generałowie, aby przegnać komunistów do kamieniołomów Sam Neua, miasta na granicy z Wietnamem Północnym, gdzie oddziały Pathet Lao oparły się krwawym bombardowaniom amerykańskich latających fortec i z powodzeniem prowadziły wojnę rewolucyjną przeciwko rządowi z Wientianu cieszącemu się poparciem Waszyngtonu.
Ale Laos jest krajem wyjątkowym i tutaj koalicja naprawdę może się sprawdzić.
To kraj, w którym nawet w najostrzejszej fazie konfliktu, kiedy żołnierze rządowi i partyzanci komunistyczni zabijali się w dżungli, oficjalny reprezentant Pathet Lao dalej mieszkał spokojnie, jak gdyby nigdy nic, w willi na głównym placu targowym, a umundurowany partyzant pilnował bramy, stojąc naprzeciwko setek gospodyń domowych robiących zakupy na straganach z zieleniną. Cztery ministerstwa w rządzie Wientianu przez trzynaście lat pozostawały nieobsadzone, na wypadek gdyby przywódcy Pathet Lao zechcieli wrócić i znów je objąć, z drugiej zaś strony partyzanci nigdy nie stworzyli samozwańczego rządu rewolucyjnego, jak to uczynił Wietkong w Wietnamie oraz Czerwoni Khmerzy w Kambodży.
Wojna w Laosie została tu przeniesiona z innych terenów Indochin, narzucona przez interwencję amerykańską, a propaganda antykomunistyczna opłacana przez Waszyngton nigdy nie zdołała przedstawić Pathet Lao jako zatwardziałych, śmiertelnie niebezpiecznych wrogów.
Dla Laotańczyków partyzanci byli nacjonalistami, którzy walczyli przeciwko obcej ingerencji w kraju, i ich popularność wciąż jest bardzo duża nawet na ziemiach kontrolowanych przez rząd z Wientianu.
Tysiące ludzi wyległy na ulice, aby wymachiwać flagami i chusteczkami, bić brawo, spontanicznie śpiewać popularną pieśń Pathet Lao (dotąd transmitowaną tylko przez podziemne radio, ale najwyraźniej świetnie wszystkim znaną): Pokój tu jest, przyszedł pokój.
Biała wołga szefa organizacji jechała wolno między dwoma skrzydłami tłumu wznoszącego okrzyki, a żołnierze Pathet Lao, rozstawieni co pięćdziesiąt metrów wzdłuż drogi, byli bohaterami dnia. Ludzie ich obejmowali.
Identyczne przyjęcie zgotowano czerwonemu księciu w Luang Prabang, stolicy królewskiej, a Savang Vatthana, monarcha, był tak rozdrażniony zamknięciem szkół i tłumami na ulicach - z podobną atencją na ogół witano jego osobę - że w ostatniej chwili odmówił podpisania dekretu konstytuującego nowy rząd. Król bał się, że jego tron jest zagrożony, i dopiero gdy Souphanouvong rozwiał jego obawy, zmienił zdanie i złożył podpis.3
Lęk, że wraz z dojściem Pathet Lao do władzy wszystko się zmieni, nie był jedynie troską władcy. Bogata laotańska burżuazja, chińscy biznesmeni, ambasadorzy Wietnamu Południowego i Kambodży, rezydenci zagraniczni, a nawet hipisi setkami przejeżdżający przez Laos w swojej wędrówce za tanimi narkotykami - wszyscy byli zaniepokojeni, że nowy rząd podejmie środki ekonomiczne, aby ograniczyć prywatną przedsiębiorczość, rozpocznie dzieło odnowy moralnej kraju i nawiąże stosunki dyplomatyczne z innymi rządami rewolucyjnymi w regionie, a także wyrzuci z państwa wszystkich "nie-Lao", którzy żyją tu z mniej lub bardziej legalnych interesów.
Nic takiego nie nastąpiło. Choć minęły trzy tygodnie od powstania nowego rządu, nie podjęto jeszcze ani jednej radykalnej decyzji politycznej, a ludzie z Pathet Lao robią, co mogą, aby wszystkich uspokoić. Pierwszą publiczną wizytą nowego ministra gospodarki i planowania - członka Pathet Lao - było udanie się na cotygodniowy obiad w Rotary Club w eleganckim Hotel Lane Xang. Z kolei minister do spraw wyznań - także z Pathet Lao - w towarzystwie czerwonego księcia Souphanouvonga poszedł i na buddyjską, i na katolicką ceremonię ku pamięci Pompidou.
Wientian i Luang Prabang, mimo obecności partyzantów na ulicach, wyglądają tak jak zawsze. Jedenaście palarni opium i siedem burdeli dawnej stolicy królewskiej działa dwadzieścia cztery godziny na dobę, podobnie jak domy publiczne w dzielnicy Pa Kuai w Wientianie i dziesiątki chat, w których fajka najlepszego opium kosztuje wciąż sto kipów (niecałe pół euro). Marihuanę nadal można kupić na głównym targu Wientianu, między główkami kapusty a bazylią, za sto pięćdziesiąt kipów od kilograma, a na wystawach wietnamskich sklepów niezmiennie widnieją, poza portretami króla Laosu, fotografie Nguyena Van Thieu, rozpowszechniane przez lokalną ambasadę Sajgonu, która została zapewniona, podobnie jak kambodżańska, że nowy rząd nie naruszy status quo swoich stosunków dyplomatycznych.
White Rose, sławny bar, w którym dziewczyny palą najmniej do tego stosowną, a zarazem najbardziej intymną częścią ciała dziesięć papierosów jednocześnie, Madame Lulu, burdel, w którym towarem jest wyłącznie "miłość francuska", wciąż działają, ale lokale są niemalże puste, bo stali klienci - piloci z CIA i tajni agenci bawiący tutaj przejazdem w rozlicznych przebraniach - opuścili kraj razem z większością społeczności amerykańskiej. Kręci się jeszcze trochę starych najemników z Legii Cudzoziemskiej, od 1954 roku handlujących tanią whisky w nędznych barach, ciemnych jak niektóre prowadzone tu interesy.
- Pathet Lao nie chce się zachowywać jak słoń w składzie porcelany - powiedział pewien zachodni dyplomata. - Przede wszystkim chce zrozumieć, jak funkcjonuje system, wyrobić sobie kontakty. Potem powoli przejdzie do czynów.
Tym, co się zmieniło, jest atmosfera w kraju.
- Oni są wszędzie. Czuję ich oddech na karku przez cały czas - mówił mi chiński handlarz. - Nie chcą niczego, nigdy nie widać, żeby wchodzili do sklepu, do restauracji, ale są, to się wyczuwa.
Łatwo rozpoznać domy i wille, w których zamieszkali członkowie Pathet Lao: mury zostały świeżo odmalowane, bramy naprawione, a ogrody przeobrażone w warzywniki, gdzie w ciągu dnia widać partyzantów podlewających sałatę albo karmiących kury. W małym parku wokół willi, w której zamieszkał książę Souphanouvong, dwadzieścia metrów od ambasady amerykańskiej, żyje około tuzina małych kaczuszek pluskających się w niedużym, niedawno wykopanym stawie.
Wokół ludzie Pathet Lao - z karabinem maszynowym zawsze na wyciągnięcie ręki - budują drewniany barak albo robią pranie.
Pathet Lao ma, według szacunków Zachodu, około trzydziestu pięciu tysięcy bojowników w Laosie i kontroluje przynajmniej 85 procent powierzchni kraju. Mimo to w Wientianie, gdzie tradycyjnie skupiały się siły prawicy finansowane przez Amerykanów, organizacja wie, że porusza się po grząskim gruncie. Dlatego jej członkowie są podejrzliwi wobec cudzoziemców i mają się na baczności. Przywódcy zresztą też są ostrożni i nie chcą udzielać wywiadów.
Souphanouvong to fascynująca postać. Niski, przysadzisty, szeroki w ramionach, ma opaloną twarz, małe czarne wąsiki i spojrzenie utkwione gdzieś poza rozmówcą, jakby zawsze spoglądał "w przyszłość". W ostatnich dniach widywałem go wiele razy, ale nie udało mi się wyciągnąć z niego nic ponad uśmiech od ucha do ucha albo ciętą ripostę. Podczas przyjęcia zapytałem, skąd spodziewa się największych trudności dla nowego rządu. A on po prostu odwrócił się w kierunku amerykańskiego ambasadora Whitehouse'a, który sączył dżin z tonikiem krok od nas, i powiedział:
- Stąd.
W latach 1958-1961 byłem studentem Kolegium Prawa Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Pizie. Po obronie mieszkałem przez sześć miesięcy w Anglii, a w 1962 roku zacząłem pracę w Olivetti. Sprzedawałem maszyny do pisania, potem spędziłem trochę czasu w fabryce, a jeszcze później oddelegowano mnie do działu kadr zagranicznych. W 1965 roku, jako dwudziestosiedmiolatek, zostałem wysłany do Japonii, gdzie miałem prowadzić szkolenia dla firmy. Po drodze do Tokio zatrzymałem się na jeden dzień w Bangkoku. Wtedy po raz pierwszy postawiłem stopę na kontynencie azjatyckim. Uderzyło mnie piękno bugenwilli. W Tokio korzystałem z każdej wolnej chwili, aby odkrywać miasto i pisać do Angeli o pierwszych wrażeniach.
Tokio, 4 stycznia 1965
Droga żono,
jeszcze błogo nieświadomy, żeśmy się pożegnali, nagle jestem na miejscu: w Japonii... Nowoczesność czyni wszystko pospolitym, a cywilizacja cywilizowanym. Wylądowałem w Tokio, jakby to był Mediolan. Hotel równie dobrze mógłby się znajdować w Sztokholmie, a obsługa gości - standard Olivetti - nie różni się niczym od tej z Lizbony czy Hagi. Z okna, o które dzwoni natarczywa mżawka, widzę szereg niskich domów i pustą jeszcze ulicę. Chciałbym tylko jednego: wyrwać się z tego sennego spokoju hoteli dla menadżerów, którzy używają identycznego mydła co w Toronto, i powłóczyć się po szarej równinie, wśród domów. Chciałbym zrzucić pancerz ochronny, który wszystko wokół mnie czyni łatwym i uśmiechniętym.
Tokio, 6 stycznia 1965
[...] Jadłem po raz pierwszy w japońskiej restauracji, rozśmieszając wszystkich sąsiadów uporem, z jakim starałem się używać pałeczek. Gdyby nie rodzina siedząca naprzeciwko, której każdy gest naśladowałem, zapłaciłbym w końcu rachunek, nie tknąwszy niczego poza kilkoma ziarnkami ryżu. Tutaj nie tylko inne są przybory do jedzenia i produkty, ale także sposób nakrywania do stołu: zamiast talerzy pojawiają się miseczki, w których coś pływa... Koniec i początek roku świętuje się rodzajem wielkiej uczty trwającej dwa tygodnie: ulice są dekorowane słomą ryżową, kobiety zakładają odświętne kimona, na samochodach łopoczą chorągiewki z intrygującymi napisami, których nie rozumiem. W biurach pije się piwo i je z drewnianych pudełek misternej roboty, ozdobionych kwiatami i ideogramami. W oczach człowieka Zachodu ideogram jest niezwykle eleganckim elementem dekoracyjnym dodającym każdemu przedmiotowi tajemniczości, toteż zdumiewam moich japońskich kolegów, przystając z zachwytem, aby przyjrzeć się wielkiej reklamie, na której zresztą - jak mi mówią - widnieje hasło COCA-COLA, albo napisowi na odwrocie krótkiego błękitnego kimona noszonego przez robotników, oznaczającemu - jak mi mówią - TOKIJSKIE PRZEDSIĘBIORSTWO TELEFONICZNE. Jestem oczarowany wszystkim, co obce, tą niemożliwością porozumienia się, tym tajemniczym kręgiem twarzy używających do przekazywania uczuć tak odmiennych kodów, tym kręgiem znaków, których sekrety pragnę przeniknąć.
Tokio, 9 stycznia 1965
[...] Jednemu ze sprzedawców, których szkolę, właśnie umarło maleńkie dziecko. Odwróciło się w kołysce i przydusiło poduszką. Wezwano karetkę, która przyjechała z tlenem, ale bez złączki i rurki, żeby go podać. Dziecko umarło. Sanitariusze i rodzice wymienili niskie ukłony, przepraszając na zmianę: pierwsi za to, że kazali na siebie czekać, drudzy - że wezwali ich nadaremno...
Tokio, 14 stycznia 1965
[...] Uczę się. Dziś w metrze słuchałem rozmowy staruszki o przezroczystej, gładkiej twarzy i jej koleżanki, która wiozła zakupy w przepięknej chuście. Ta pierwsza mówiła, a druga, nie przestając kiwać głową, odpowiadała: "Hai... hai... aah... so... iiiii... ooooooo... uuuuuu... hai". Trwało to dobre piętnaście minut, a potem wstały i wyszły, kołysząc się na boki, stawiając małe kroczki. Pierwsza nadal mówiła, druga zaś wydawała te same dźwięki, podczas gdy jej piękna błękitno-czarna chusta obijała się o kimono w odcieniu ciemnego, ciepłego brązu.
Kioto, 15 stycznia 1965
[...] Trwa święto młodych, którzy skończyli dwadzieścia lat, a ja skorzystałem z okazji, aby przyjechać do Kioto najszybszym pociągiem świata... Miejsce, w którym się znajduję, to ryokan, tradycyjny hotel, a obsługuje mnie z szacunkiem pokojówka-karmicielka, dbająca o to, abym nauczył się rozróżniać rozmaite rodzaje pantofli i nie pomylił tych do o-furo, "czcigodnej kąpieli", z tymi do wychodka... Na herbatę przyszedł do mnie "dziwny florentczyk", przyjaciel Fosca Marainiego, dominikanin Sandro Bencivenni. Został do północy, siedząc na podłodze przy moim małym stoliku z laki, podczas gdy karmicielka podawała ciasteczka i sake, uszczęśliwiona, że może przyjąć gościa w domu swojego gościa. Rozmawialiśmy o Florencji, o tym, dlaczego z niej uciekliśmy, o Wschodzie, o buddyzmie, którego on jest wielkim znawcą... Jego naiwność co do stosunków panujących na świecie jest rozbrajająca, ale refleksje filozoficzne zrobiły na mnie duże wrażenie: Zachód - mówił - to kultura pojmowana jako nauka, czyli jako poznanie świata wokół "ja", tymczasem "ja" jest tylko instrumentem i domem myśli; stąd biorą początek przyrodoznawstwo i nauki empiryczne. Natomiast Wschód (to znaczy Indie, dla niego bowiem wszystko przyszło właśnie stamtąd przez Chiny i Koreę - także do Japonii) to kultura pojmowana jako poszukiwanie myślącego "ja", myśl pojmowana jako myśl "ja", które myśli samo siebie, albowiem "ja" nie jest częścią całości, lecz całością. Różnice to złudzenie: całość, absolut, jest prawdą. Rozróżnianie donikąd nie prowadzi. W owych dwóch kierunkach - powiada - świat zmierzał przez stulecia, docierając do przerażającej otchłani współczesności, gdzie z jednej strony jest "ja", które zapomniało o sobie samym, zatracając się w poznaniu zewnętrznego świata, a wręcz stało się więźniem poznanego - co oznacza cywilizację maszyny i koniec humanizmu - z drugiej strony zaś jest "ja", które osiągnęło niezmierzoną głębię i wyrafinowane formy kultury, ale, zapomniawszy o poznawaniu zewnętrznego świata, umiera teraz z głodu, a także na dżumę i trąd...
Spędziłem w Japonii półtora miesiąca. W drodze powrotnej zatrzymałem się w Hongkongu, w Singapurze i w Delhi. Podjąłem decyzję: moja przyszłość będzie związana z Azją. Musiałem się zatem przygotować. W pierwszych dniach września 1967 roku wszedłem z Angelą na pokład "Leonarda da Vinci" płynącego do Nowego Jorku. Po drugiej podróży do Azji - z przystankami w Australii, na wyspie Timor, w Hongkongu i Makau podczas wielkich wystąpień maoistów - otrzymałem Harkness Fellowship, stypendium, które pozwoliło mi spędzić dwa lata w Stanach Zjednoczonych. Zapisałem się na Uniwersytet Columbia, gdzie studiowałem sinologię. W 1969 roku wróciłem do Włoch, przez osiemnaście miesięcy pracowałem jako dziennikarz stażysta w "Il Giorno" w Mediolanie, a potem złożyłem wymówienie. Pod koniec 1971 roku z dwójką maleńkich dzieci wyruszyliśmy do Singapuru. Nasz pierwszy azjatycki dom znajdował się w parku pełnym tropikalnych barw i odgłosów.
Na pierwszym planie w tamtym okresie była wojna indochińska, w której Amerykanie i wspierane przez nich prawicowe reżimy walczyli przeciwko komunistycznej partyzantce popieranej przez Chiny i ZSRR. W kwietniu 1972 roku znalazłem się jako korespondent w Wietnamie i po raz pierwszy poczułem, co to znaczy "strzelać z wściekłością". Zacząłem prowadzić dziennik. Oto pierwsza strona:
Sajgon, 7 kwietnia 1972
Wojna jest rzeczą smutną, ale jeszcze smutniejsze jest to, że człowiek się przyzwyczaja. Pierwszy trup, jakiego ujrzałem, leżący dziś rano na wale obozu z rozpostartymi ramionami, wychudłymi dłońmi pełnymi błota i woskowożółtą twarzą, sprawił, że zdrętwiałem. Następne ciała po prostu liczyłem, jak rzeczy, których liczbę, z zawodowego obowiązku, trzeba zapisać.
Niemożliwością jest mówić, pisać o tej czy innej wojnie, jeśli się nie pojedzie na miejsce, aby ją zobaczyć, jeśli nie jest się gotowym podzielić jej niebezpieczeństw. Mówiłem to sobie, udając się na front, po dwóch dniach w Sajgonie z attaché wojskowymi, rzecznikami dowództwa, "ekspertami" - dniach spędzonych na dyskusjach o wojnie, która nadal była dla mnie czymś oderwanym od rzeczywistości, abstrakcyjnym, jakby nie brali w niej udziału ludzie.
Sądziłem, że trzeba pojechać na wojnę, aby ją zrozumieć, jakby to był także rodzaj lojalności w stosunku do żołnierzy. Nie zmieniłem zdania, ale teraz, kiedy tu jestem, czuję strach, a przeraża mnie odkrycie, że tej wojny nie da się przeżyć inaczej, jak tylko po którejś ze stron frontu, jako - w pewnym sensie - jej część.
Żołnierze, za którymi idziemy, stają się szybko "nami", a ci drudzy, którzy do nas strzelają, stają się nieprzyjaciółmi, bad guys, "złymi", jak nazywają ich Amerykanie.
Ucząc się rozróżniać pociski wystrzeliwane regularnie przez "naszą" artylerię i te nadciągające, sporadycznie, znienacka, które mogą paść tuż obok, uczymy się automatycznie mówić "my" i "oni".
Z twarzą ukrytą w dole wypełniającym się wodą, podczas ulewnego deszczu, zdziwiłem się, że marzę, aby nadleciały amerykańskie helikoptery, aby zjawiły się cobry i oczyściły lasek, skąd kilku snajperów brało nas na cel.
- Jeśli nie dostaniemy wsparcia do dziś wieczorem albo do jutra, będzie po nas - mówił major Minh, szef dystryktu Chon Than. - Oddziałów Wietkongu jest coraz więcej z godziny na godzinę. Są prawie wszędzie... - I zataczał koło wyciągniętą ręką. W tym właśnie momencie do nas strzelili. Stałem wyprostowany; bardzo blisko, na wysokości prawego ucha, coś przeleciało obok mnie z sykiem. Suchym. Krótkim. Wiem, mówiono mi wiele razy, że kula, którą słyszysz, nie jest tą, która cię trafi, ale to słabe pocieszenie, kiedy kolejne przelatują ci nad głową i wiesz, że kilka metrów stąd ktoś, kogo nawet nie znasz, czeka, żebyś się ruszył, aby do ciebie strzelić, i może myśli, że jesteś amerykańskim doradcą... 2
Zostałem dziennikarzem, ponieważ w wyścigach byłem zawsze ostatni. Chodziłem do jednego z florenckich liceów i z uporem uczestniczyłem we wszystkich biegach przełajowych, jakie odbywały się w parku Cascine. Nie miałem żadnych osiągnięć - z wyjątkiem rozśmieszania kolegów. Pewnego razu pod koniec zawodów, kiedy publiczność już się rozchodziła, a ja dopiero dotarłem na metę, podszedł do mnie mniej więcej trzydziestoletni pan z notesem i powiedział coś w rodzaju: "Jesteś uczniem? A więc nie startuj w biegach, tylko je opisuj!" Miałem wtedy szesnaście lat i to był pierwszy dziennikarz, z jakim się zetknąłem, a także moja pierwsza propozycja pracy: sprawozdawcy sportowego "Giornale del Mattino". Zacząłem od biegów, potem przerzuciłem się na wyścigi kolarskie, a jeszcze później na mecze piłki nożnej. Odtąd w niedzielę, zamiast chodzić na tańce, jeździłem po wioskach i miasteczkach Toskanii starą vespą 98.
"Zróbcie przejście, idzie dziennikarz" - mówili organizatorzy, kiedy się przedstawiałem. Byłem dzieciakiem, a na sporcie znałem się mało albo wcale, ale dzięki temu zajęciu mogłem liczyć na dobry punkt obserwacyjny, a dzień później - zobaczyć swoje nazwisko nad krótkim artykułem na sportowych stronach miejskiej gazety. Do owych dwóch praw - a wręcz przywilejów - zawsze byłem przywiązany. W niezwykłym zawodzie dziennikarza, który poza wszystkim jest stylem życia, pociągała mnie możność znajdowania się w centrum wydarzeń, zadawania najbardziej niewygodnych pytań, przechodzenia przez wszystkie drzwi, brania pod lupę ludzi wpływowych, a wreszcie - zdawania relacji.
Dzięki zdaniu: "Zróbcie przejście, idzie dziennikarz", wypowiadanemu na różne sposoby, w różnych językach, stanęło przede mną otworem wiele miejsc, przez które przetoczyła się historia, przeważnie smutna, moich czasów: były to fronty niepotrzebnych wojen, mogiły ofiar potwornych rzezi, upadlające więzienia i szklane klosze pałaców należących do dyktatorów. Nie opuszczało mnie przy tym poczucie, że wypełniam "misję", że jestem oczami, uszami, powonieniem, niekiedy nawet sercem czytelników - tych, którzy nie mogli pojechać tam, dokąd jechałem ja. I nie tylko czytelników.
Jeśli bowiem jest prawdą, że we wczorajszą gazetę dziś zawija się rybę, to prawdą jest także, że od dziennikarstwa zaczyna się historia. Zawsze czułem tę odpowiedzialność. Stąd wyczulenie na szczegóły, dokładanie starań, aby precyzyjnie przytaczać fakty, liczby, nazwiska. Jeżeli detale pojedynczego zdarzenia, jakiego było się świadkiem, nie są wiernie oddane, to co z wiernością całej mozaiki historii, którą potem ktoś będzie rekonstruował na podstawie tych okruchów?
Nie twierdzę bynajmniej, że na następnych stronach nie ma błędów; mówię jedynie, że starałem się ich unikać i że nigdy nie wymyśliłem niczego po to, aby wypełnić lukę albo upiększyć opowieść. Niektóre artykuły zostały napisane na gorąco, pod presją, gdy liczyła się każda minuta; inne są dziełem dni - a niekiedy tygodni - badań i przemyśleń. Jedne są wyłącznie kroniką, drugie próbą nakreślenia portretu kraju albo konkretnej sytuacji. A wszystkie mają coś wspólnego z Azją, bo Azja od ponad dwudziestu pięciu lat jest celem moich wypraw.
Czemu Azja? Wybrałem ją głównie dlatego, że była daleko, dlatego, że sprawiała na mnie wrażenie ziemi, na której zostało jeszcze coś do odkrycia. Pojechałem tam w poszukiwaniu "innego", wszystkiego, czego nie znałem, w pogoni za ideami, ludźmi znanymi tylko z lektury. Zacząłem od nauki języka chińskiego, ponieważ pragnąłem zamieszkać w Chinach i zobaczyć maoizm na własne oczy. Przyjąłem stanowisko korespondenta wojennego, gdyż uważałem, że to, co dzieje się w Wietnamie, jest również moją sprawą. Reszta przyszła sama, w tym także wybór krajów. Zawsze podejmowałem decyzje razem z rodziną, kierując się własnymi zainteresowaniami, nie zaś osobistą wygodą czy wolą przełożonych.
Korzyść z bycia dziennikarzem w porównaniu, na przykład, z byciem dyplomatą - polega na wolności. Nie tylko na wolności wyrażania własnych poglądów, ale także na swobodzie zmiany pracodawcy, jeśli nie pozwala nam on robić tego, co byśmy chcieli. Ambasador przenoszony z jednej stolicy do drugiej nie może powiedzieć: "Zostanę tutaj i będę reprezentował inne państwo". Dziennikarz natomiast może przejść do innego tytułu, aby zostać lub pojechać tam, gdzie mu się podoba. Ja miałem szczęście - nigdy nie musiałem zmieniać odbiorcy moich tekstów, aby mieszkać tam, gdzie mnie ciągnęło: w Singapurze od 1971 do 1975 roku, w Hongkongu od 1975 do 1979 roku, w Chinach od 1979 do 1984 roku, potem znów przez rok w Hongkongu, w Japonii do 1990 roku, w Tajlandii do 1994 roku, a od tamtego czasu w Indiach.
W moim przypadku szczęście wiązało się ze spotkaniem odpowiedniego człowieka: Rudolfa Augsteina, założyciela i szefa "Der Spiegel", który w 1971 roku, może rozbawiony pojawieniem się tego dziwnego gastarbeitera szukającego zatrudnienia, zaproponował mi współpracę, a kilka miesięcy później stanowisko korespondenta. Od tamtej pory byłem "dziennikarzem niemieckim". Wcześniej próbowałem być także włoskim dziennikarzem, ale - podobnie jak w biegach - nie miałem na tym polu znaczących osiągnięć. W owych latach żaden włoski dziennik ani tygodnik nie posiadał wysłannika na Wschodzie ani nie był zainteresowany stworzeniem takiego stanowiska.
Pisanie w obcym języku, dla czytelnika, którego nie znałem, niekiedy mi ciążyło, więc od czasu do czasu wysyłałem artykuły do włoskich gazet. Współpracowałem z tytułami: "Il Giorno", "Il Messaggero", "L'Espresso", "La Repubblica", a od 1989 roku z "Corriere della Sera". Po włosku prowadziłem przeważnie własne dzienniki, z których potem powstało kilka książek.
Zbiór tutaj zamieszczony to wybór tekstów wyłącznie dziennikarskich, napisanych w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. Większość z nich została przetłumaczona z oryginałów w języku niemieckim lub angielskim, inne artykuły istniały od początku w języku włoskim. Oddałem je do druku bez zmian, w postaci, w jakiej je odnalazłem - starsze na papierze welinowym albo w wersjach przesłanych przez teleks, nowsze zapisane w pamięci komputera.
Mówią, że wraz z rozwojem narzędzi elektronicznych dziennikarstwo się zmienia, że pogoń za sensacją wypaczyła etykę zawodową i że wkrótce znikną tacy jak ja - krążący jeszcze po świecie i ścigający jakieś małe prawdy. Trudno się nie zgodzić, chociaż to bardzo przykre1. A jednak mam pewność, że mimo hipermaterializmu i amoralności obecnych dzisiaj w każdej dziedzinie, wartości ducha nie przeminęły i także ten zawód, jak inne, na przekór wszystkim komputerom wnoszącym chłód do naszego świata, może nadal być wykonywany z uczuciem i namiętnością, może nadal być postrzegany jako misja, służba publiczna, sposób na życie. A im więcej telewizja będzie przesyłać do naszych domów skrótów wydarzeń - podanych błyskawicznie, ale powierzchownie - tym bardziej będą potrzebni ci, którzy jadą na miejsce, aby zobaczyć, powęszyć, przejąć się jakąś historią daleką albo bliską, a potem ją opowiedzieć tym, co jeszcze chcą słuchać. Mam pewność, że tak właśnie jest. A jeśli nie - bo nie jestem nieomylny - oto kopalne ślady przedstawiciela ginącego gatunku.
t.t.
Orsigna, kwiecień 1998