UPAŁ WPRAWIAŁ POWIETRZE W DRŻENIE, a moją skórę momentalnie okleiły drobinki brokatu, pył i paski kolorowego papieru. Wystarczyło kilka sekund, bym w falującym tłumie straciła kontakt wzrokowy z pozostałymi. Zostałam sama pośrodku szerokiej ulicy w S?o Paulo. Zewsząd napierali na mnie świętujący zmutowani, a ja robiłam, co mogłam, żeby nie wpaść w panikę.
Wiedziałam, że tylko dzisiaj mieliśmy szansę dostać się tutaj bez zwracania na siebie uwagi. Do wszystkich megamiast licznie ściągali zmutowani ze wszystkich terytoriów na uroczyste obchody zwycięstwa, dzięki czemu mogliśmy rozpłynąć się w coraz większym tłumie. Nie spodziewałam się jedynie, że będzie on tak liczny!
Wszyscy mieli na sobie ubrania wyszywane cekinami i piórami. A najbardziej rzucało się w oczy to, że skąpe odzienie wystawiało na widok publiczny jak największe fragmenty ich zmutowanej skóry.
Przede mną tańczyła grunterka z włosami z korzeni związanymi w pionową wieżę. Jej ramiona i nogi upstrzone były czerwonymi kwiatkami, a plecy pokrywała kora.
Musiała mnie zauważyć, wirując wokół własnej osi, bo w pewnej chwili wyraźnie się mną zainteresowała. Przyglądała mi się uważnie połyskującymi zielono oczyma, ale w końcu na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Przebranie przygotowane przez Susie najwyraźniej spełniło swoje zadanie i to chyba nawet lepiej, niżbym chciała, bo grunterka chwyciła mnie w talii i porwała do tańca. Czułam, jak jej palce zmieniają się w korzenie; łaskotały mnie, wędrując w górę, wzdłuż mojego kręgosłupa.
- Ja... - zaczęłam, jednak grunterka jakby w transie zamknęła oczy. Kołysała się na boki w rytm głośnych bębnów, na których grupka zmutowanych grała przy ulicy. Niezależnie od tego, co bym powiedziała, dookoła panował taki gwar, że i tak by mnie nie usłyszała.
Przycisnęłam dłoń do prawego ucha. Czy w takich warunkach mikrosłuchawka miała prawo działać?
- Gdzie jesteście? - syknęłam, jednak nie dostałam odpowiedzi.
Nasz transporter wylądował kilka minut wcześniej na terenie jednego z centralnych parków. Kilku zarzewców sprawdziło, czy nie mamy przy sobie broni, a kiedy się o tym przekonali, pozwolili nam iść dalej i zrobić miejsce dla kolejnych czekających na rewizję.
Zgodnie z wyliczeniami Gilberta lądowisko w parku od kompleksu mieszkalnego należącego do Kuratorium dzieliło około trzech kilometrów, które musieliśmy pokonać piechotą. To tam po raz ostatni udało się zlokalizować sygnał Juliany Canto. Okazało się, że niemal natychmiast straciliśmy się z oczu, jeszcze zanim udało nam się wymyślić, jak ominąć masy świętujących. W jednej sekundzie miałam obok siebie Susie, Fagusa i Lukę, a w następnej tłum zafalował, ja się potknęłam i zanim odzyskałam równowagę, ich już nie było. W ten sposób zostałam sama w świecie kolorowych wstążek, girland, sypiącego się obficie konfetti i roztańczonych zmutowanych.
Na szczęście nie byłam całkowicie osamotniona, bo wciąż miałam przy sobie Atlasa. Pies trzymał się blisko mnie i obserwował grunterkę w taki sposób, jakby zastanawiał się, czy nie powinien ugryźć jej w łydkę.
Naraz tuż obok mnie przemknął słup ognia. Zadrżałam ze strachu i obejrzałam się akurat na czas, by zobaczyć, jak jeden z zarzewców wysyła w niebo kolejne słupy płomieni prosto ze swoich ust!
Szaleństwo. Kompletne wariactwo!
Mimo powszechnego przekonania o anielskiej cierpliwości grunterów moja partnerka szybko miała dość. Stałam jak kłoda i nawet nie udawałam, że z nią tańczę, więc odsunęła ręce i porwała do zabawy wirblerkę, którą dostrzegła obok mnie. Jej jasne włosy falowały łagodnie w powietrzu, a biała, niemal całkowicie przejrzysta sukienka spowijała ją niczym mgła. Twarz zasłaniała maską z piór i brokatu.
Wielu ze zmutowanych miało zakryte twarze - ich maski mieniły się kolorami dopasowanymi do ubrań czerwonych, niebieskich, zielonych albo białych, które rzeczywiście podkreślały dominujący w nich żywioł. Nie miałam pojęcia, czy chodziło im o zachowanie anonimowości, czy raczej uważali, że w ten sposób podążają za modą. Swoim zachowaniem potwierdzali jednak słowa Gilberta: wszyscy byli dumni z tego, kim są i jakie moce posiadają.
- Czy ktoś mnie słyszy? - spróbowałam ponownie, tym razem nieco głośniej. Obie ręce przycisnęłam do uszu i wspięłam się na czubki palców, by cokolwiek zobaczyć nad głowami świętujących.
Ulica, na której się znalazłam, wyglądała jak wąski kanion między wysokimi budynkami. Dzielnica Nowe Rio była chyba najbardziej luksusową częścią S?o Paulo. Po Wielkiej Mutacji w 2020 roku miasto w znacznej części zrównano z ziemią, ale później pięknie je odbudowano. Jeszcze całkiem niedawno działały tutaj siedziby największych banków na terytoriach południowoamerykańskich. Stalowe belki i ogromne ilości szkła nadawały fasadom budynków elegancki wygląd, jednak grunterzy już zaczęli wprowadzać zmiany na swoją modłę. Po większości ścian pięła się bujna roślinność. Wieżowiec naprzeciwko od chodnika aż po dach spowijały liany, paprocie i opalizujące kwiaty. Czułam się, jakbym znalazła się w dżungli, tym bardziej że powietrze przesycone było słodko-żywicznym aromatem.
W moich uszach rozległ się jakiś szum, więc sięgnęłam do komunikatora, żeby go mocniej przycisnąć.
- Odbiór! - wrzasnęłam, nie mając pewności, czy mam łączność z kimkolwiek po drugiej stronie.
- Jesteście już na pozycjach? - usłyszałam pytanie Gilberta, tym razem zupełnie wyraźnie. Bezradnie spojrzałam na detektor. Znów poczułam czyjeś ręce na biodrach i ktoś spróbował przyciągnąć mnie do siebie w tańcu.
W tej samej chwili rozległo się groźne warczenie. Atlas odwrócił głowę i obnażył kły. Nie minęła nawet sekunda, a znów byłam wolna. Odniosłam też wrażenie, że dookoła mnie zrobiło się jakby luźniej.
Dobry piesek - pochwaliłam go w myślach i sięgnęłam do ucha.
- Jeszcze nie! Pozostali są...
- Tutaj! - odezwał się ktoś z lewej strony.
Fagus oparł mi dłoń na ramieniu i uśmiechnął się do mnie.
- No, w końcu cię znalazłem, mała grunterko! - Przytulił mnie, złapał za rękę, splótł nasze palce i zaczął się kołysać. - Tańcz!
Zamrugałam zdziwiona.
- Co? Ale...
- Serio, Elaine. Tańcz. Już - powiedział z naciskiem i dyskretnym ruchem głowy wskazał na prawo. W końcu pojęłam, o co mu chodziło. Niedaleko nas, na brzegu chodnika, stało trzech zarzewców. Mieli na sobie czarne mundury z emblematami czerwonego płomienia, które nie pozostawiały wątpliwości, że są bojownikami Czerwonej Burzy, czyli zbrojnego ramienia Hawthorne'a. A najgorsze, że ich czerwone oczy były skierowane prosto na mnie.
W jednej chwili pożałowałam, że nie założyliśmy masek.
- Musisz pokazywać, że się świetnie bawisz - tłumaczył mi Fagus prosto do ucha, a potem odsunął mnie kawałek i zmusił do zrobienia piruetu.
- Ja... - Ja nie chcę się dobrze bawić, miałam już na końcu języka, ale nic nie powiedziałam, bo Fagus miał oczywiście rację. Nie mogliśmy zwracać na siebie uwagi. Dlatego nie protestowałam przy kolejnych piruetach i z uśmiechem na ustach wirowałam w rytm bijących bębnów.
- Na każdym rogu holościany wyświetlają listy gończe za nami - szepnął mi do ucha i odsunął się w taki sposób, żebym mogła spojrzeć na obrośnięty zielonością budynek nieopodal. Między wijącymi się po ścianie korzeniami migotało jakieś nagranie. Na początku rozpoznałam twarz Luki, a potem Susie, Fagusa, Holdena i w końcu swoją własną.
Niech to szlag. Naprawdę powinniśmy byli zabrać ze sobą maski!
Niespodziewanie dołączyli do nas Luka i Susie. Również jej włosy upstrzone były wielobarwnym konfetti. Luka stał przy niej, a kiedy jakaś zarzewczyni nieopodal otworzyła dłoń i posłała w niebo obłok ognia, on zaśmiał się radośnie i zaraz zrobił to samo.
Susie wcisnęła się między mnie i Fagusa, by z nami tańczyć.
- Szybko! - szepnęła, po czym dyskretnie wyjęła opakowanie pudru i gąbeczką poprawiła mi makijaż na policzku. - Niestety, przez ten upał trzeba będzie częściej uzupełniać braki.
Luka spojrzał ponad głowami roztańczonego tłumu, a potem przeniósł wzrok na detektor.
- Wszyscy zmierzają w tym samym kierunku. Do Kuratorium.
Zaklęłam w myślach. Spodziewaliśmy się tutaj chaosu. Właśnie dlatego dzisiaj tu trafiliśmy, by ukryć się w rozentuzjazmowanym tłumie. Jednak Gilbert zakładał, że fiesta będzie się odbywać w całym mieście. Nikt nie brał pod uwagę możliwości, że całe masy zmutowanych zapragną dostać się do miejsca, w którym mieliśmy przeprowadzić ewakuację.
Nie mieliśmy wyboru. Mieszkanie Juliany Canto, skąd odebraliśmy wezwanie pomocy, znajdowało się w apartamentowcu sąsiadującym z budynkiem Instytutu podległego Kuratorium. Podobnie jak wszyscy urzędnicy wyższej rangi Juliana mieszkała w luksusowym mieszkaniu w samym centrum megamiasta. I to właśnie tam musieliśmy się teraz niepostrzeżenie dostać.
- Dobra, najpierw pójdziemy na miejsce i tam ocenimy sytuację - zaproponowała Susie.
Luka skinął głową i spojrzał na detektor.
- Team jeden i team trzy są już na pozycjach - oznajmił. - Brakuje tylko nas.
Fagus potaknął.
- No dobra, dzieciaki. Ruszamy. Tylko tym razem proszę ustawić się parami, żeby nikt się nie zgubił!
Niemal godzinę zajęło nam dostanie się w pobliże siedziby Kuratorium. Przez ten czas ktoś zarzucił mi na szyję dwa wieńce z kwiatów, a Susie trzykrotnie poprawiała mi makijaż, bo gorąco sprawiało, że puder i cienie spływały mi z twarzy.
Jeszcze zanim znaleźliśmy się na miejscu, czułam się jak po łamaniu kołem. Mundur łowczyni, który zazwyczaj miałam na sobie w podobnych okolicznościach, w upale zapewniał przyjemny chłód. Niemal zdążyłam już zapomnieć, jakie to uczucie, gdy słońce pada prosto na skórę, a wilgotne, rozgrzane powietrze wręcz parzy płuca. Nie pamiętałam, jak to jest, gdy człowiek mierzy się z naturą.
Jednego byłam za to pewna: po tej akcji będę miała skórę spaloną słońcem na czerwono.
Gilbert prowadził nas przez labirynt krzyżujących się przejść. Nie szliśmy razem z tłumem, wybierał boczne uliczki. Nie umiałam zgadnąć, w jaki sposób, będąc tak daleko, udawało mu się wybrać najszybszą trasę. On i pozostali nawigatorzy przebywali w transporterach poza granicami S?o Paulo.
Wcześniej, w Instytutach, dysponowali bardzo zaawansowanymi systemami śledzącymi, dzięki którym mogli obserwować swoich łowców. Dziś pozostały im jedynie resztki dronów, stare zdjęcia satelitarne i dane przesyłane przez nasze detektory. A jednak mimo tych ograniczeń Gilbert nawigował nas tak pewnie, jakby wciąż miał dostęp do tamtych narzędzi.
Gęstwina budynków zaczęła się przerzedzać, aż w końcu zobaczyliśmy przed sobą rozległy plac wyłożony mieniącym się złoto brukiem. Z prawej i lewej strony wyrastały ściany drapaczy chmur. Dalej, z tyłu, połyskiwały błękitne wody zatoki Guanabara, zaś pośrodku wolnej przestrzeni wznosiła się potężna budowla.
Gmach Instytutu w S?o Paulo.
Technicznie rzecz biorąc, całość składała się z trzech budynków. Każda z wysokich przeszklonych wież miała spiralny kształt, podobnie jak wieżowiec Kuratorium w Nowym Londynie, były jednak od niego o połowę niższe.
Oczywiście wygląd Instytutu w S?o Paulo był mi znany z hologramów i symulacji. Na żywo jednak gmach robił znacznie większe wrażenie. Wieże łączyły się w coś na kształt olbrzymiej rzeźby otoczonej plątaniną tuneli i tańczących płomieni. Dzięki słońcu, którego promienie przenikały przez złotożółte szkło fasad, wydawało się, że budynki świecą.
- Szaleństwo - mruknął Fagus, jednak ja nie odrywałam wzroku od Susie.
- Hej, jak się czujesz? Wszystko w porządku?
Susie popatrzyła na mnie i potaknęła.
- Tak, nic mi nie jest.
Wiedziałam, że najniższa z trzech wież mieściła się w Centrum Wiedzy. To w nim dotychczas prowadzone były wszystkie badania Kuratorium, działo się tu także wiele złego. Dokładnie w tym miejscu Susie spędziła połowę dzieciństwa. Została odłowiona na zlecenie Kuratorium, podobnie jak wielu innych zmutowanych, a potem zamknięta w laboratorium, gdzie przeprowadzano na niej eksperymenty tak długo, aż jej ciało przestało akceptować wodę. Od tamtego czasu nie mogła żyć w morzu jak inni pływańcy.
Dopiero niedawno, wiele lat po tamtych wydarzeniach, nauczyła się spędzać pod wodą przynajmniej jakiś czas bez ciężkiego, nieporęcznego aparatu oddechowego. Używała tylko niewielkiego urządzenia ukrytego teraz pod jej luźną koszulą, które wspomagało jej oddech pod wodą. Trenowała, by w optymalny sposób wykorzystywać pozostałe w niej zasoby wody i w ten sposób odzyskać część ze swoich mocy.
Droga do tego celu była bardzo długa, okupiona wieloma błędami, frustracją i bólem. Trudno było się zatem spodziewać, że Susie zechce nam towarzyszyć, ale ona nie wyobrażała sobie, że mogłaby puścić nas samych.
Przecież to tylko budynek, nie będę się bo bała. Dokładnie tak powiedziała.
Tłum niósł nas coraz dalej i dalej. Ze wszystkich stron dołączali do nas kolejni zmutowani, a ja szłam, trzymając dłoń na głowie Atlasa, by go nie zgubić w tłoku.
Minęliśmy jakiś megasklep, który miał powybijane witryny, a potem przeszliśmy pod kamiennym łukiem. Wtedy dopiero dostrzegłam przed sobą budynek Kuratorium i oplatające go korzenie, które zasłaniały fasadę i wszystkie boczne ściany. To musiała być robota grunterów. Między wieżami rozciągnęli nawet kładki, z nich zaś - nie mogłam uwierzyć własnym oczom - zwisały liany, na których kołysały się setki i tysiące zmutowanych.
- Co oni robią? - zapytałam z niedowierzaniem i kamerę detektora wycelowałam w tamtą stronę.
- Wygląda, jakby na coś czekali - mruknął Luka.
Zmutowani w mundurach kierowali odwiedzających tam, gdzie na lianach i kładkach z korzeni były jeszcze wolne miejsca siedzące. Grunterzy zajęli stanowiska na różnych piętrach i stamtąd wypuszczali korzenie, by mogły one unosić kolejnych gości. Spore poruszenie panowało również przy brzegu zatoki, gdzie w wielkiej liczbie gromadzili się pływańcy. Oni też zdawali się na coś czekać.
- Nie zatrzymujcie się - usłyszałam polecenie Gilberta. - Pod żadnym pozorem nie możecie się zatrzymywać. W ten sposób ściągnięcie na siebie zainteresowanie. Mieszkanie Juliany jest trzysta metrów od was, po waszej lewej stronie, na godzinie jedenastej. Do dzieła.
Sprawdziłam, czy mój detektor wskazuje odpowiedni kierunek. Nasz cel musiał się znajdować w jednym z budynków okalających plac. Idąc, nie mogłam przestać patrzeć na miejsce, do którego zmierzali świętujący.
Między wieżami dostrzegłam coś w rodzaju podjazdu wiodącego do centralnego, niezabudowanego punktu placu. Wzniesiono tutaj tymczasową scenę, na której tańczyli zarzewcy, żonglując kulami ognia.
Czyżby planowano jakieś przedstawienie, by uczcić wyzwolenie? A może ktoś miał stamtąd przemawiać?
Przesunęłam trochę kamerę i zauważyłam, że spora część widzów nosiła na ubraniu symbol czerwonego płomienia. Nie dotyczyło to jedynie zarzewców, ale również przedstawicieli pozostałych grup zmutowanych. Znak rozpoznawczy Czerwonej Burzy. Mimo upału poczułam zimny dreszcz.
Gilbert miał rację. Gdybyśmy się zatrzymali, nie mielibyśmy szans.
Nagle na moim detektorze pojawił się sygnał lokalizacyjny - mały czerwony punkt naniesiony na mapę miasta. Uniosłam kamerę, bo znajdował się on dokładnie na budynku, do którego zmierzaliśmy. Trwało to tylko chwilę, ale na jednym z balkonów udało mi się zauważyć cztery barwnie ubrane postaci.
Nie mieliśmy z nimi kontaktu głosowego przez mikrofony, bo każdy z zespołów miał koncentrować się na współpracy ze swoim nawigatorem, ale jednego byłam pewna: to musiał być pierwszy team.
Albo Team Badass, jak nazwał ich Luka. Dwoje z nich było wcześniej wysoko postawionymi i doświadczonymi łowcami, którzy przebrali się za zmutowanych. Przez całe lata służyli z Gilbertem w Nowym Londynie, dlatego darzył ich bezgranicznym zaufaniem. Na misję polecieli z nimi jeden grunter i jeden wirbler - dwójka zmutowanych o potężnych mocach, którzy dołączyli do nas przed kilkoma tygodniami w Tokio. Od lat włóczyli się razem po świecie, dzięki czemu doskonale się rozumieli. W ostatnim miesiącu dość często widziałam ich w czasie treningów w Sanktum, naszej bazie. Moc wyzwalana przez połączenie ich żywiołów budziła wręcz strach.
Team Badass kierowali naszą misją. To oni mieli uwolnić Julianę Canto i sprowadzić ją na dół. My służyliśmy jedynie jako zabezpieczenie, jak wyjaśnił nam Gilbert. Mieliśmy odciążyć pozostałych, osłaniać ich i prowadzić dla nich rozpoznanie.
Dręczyła mnie myśl, że nie będę osobiście uczestniczyć w najważniejszej części misji, jednak świadomość wagi naszego zadania sprawiała, że nie protestowałam. Juliana Canto pozostała moją ostatnią nadzieją. Po prostu musieliśmy ją uwolnić. Musieliśmy.
Omiotłam kamerą otaczające nas domy. Gilbert przesłał nam również pozycję trzeciego teamu - także zabezpieczające akcję - więc mogliśmy znaleźć ich na naszych detektorach i zlokalizować na żywo. Czekali na dachu jednego z budynków stojących po sąsiedzku. Z poziomu ulicy mogłam dostrzec jedynie ich torsy przy balustradzie. Ten zespół składał się z dwójki grunterów, dwóch łowczyń przebranych za zarzewczynie, oraz...
Wyostrzyłam obraz z kamery na postaci po prawej stronie. Wysoki chłopak miał na sobie białą koszulę. Jego blond włosy mieniły się jasno w ostrym świetle słońca, a kiedy w końcu uniósł głowę, byłam przekonana, że w jego oczach dostrzegłam złoty błysk.
Holden.
Luka obok mnie również wpatrywał się w ekran detektora. W końcu prychnął.
- Pewnie ciągle jest zły, że nie mógł dołączyć do naszego zespołu - powiedział, a z jego tonu wywnioskowałam, że jest z siebie bardzo zadowolony. Kiedy rano Gilbert zapytał, kogo wolałabym mieć w swoim zespole - Holdena czy Fagusa, bez wahania zdecydowałam się na tego drugiego.
- Staram się po prostu schodzić mu z drogi - mruknęłam i opuściłam kamerę. - Tak jest lepiej dla nas obojga.
- Możesz mi wierzyć, że on to widzi zupełnie inaczej. - Luka dalej szeroko się uśmiechał. - Ale masz moje błogosławieństwo. Niech sobie trochę pocierpi w spokoju. Każdy dzień zły dla Holdena Hawthorne'a to dobry dzień.
Opuściłam detektor.
- Nie zależało mi, żeby cierpiał - powiedziałam. - Ja po prostu nie chcę go więcej widzieć.
Bo mimo kolejnych miesięcy - dokładnie czterech miesięcy i szesnastu dni, gwoli ścisłości - nie mogłam wybaczyć Holdenowi tego, co zrobił. I nie interesowało mnie, że wszyscy dookoła zapewniali, że postąpił właściwie w tej sytuacji. Nie chciałam tego słuchać.
Żeby mnie uratować, wystawił Bale'a Varusowi Hawthorne'owi. Dosłownie wepchnął go w ramiona swojego ojca, w dodatku w taki sposób, żeby Hawthorne na pewno go nie wypuścił.
Holden ponosił winę za to, że od tamtego spotkania nie mieliśmy żadnego kontaktu z Bale'em. Widywaliśmy go jedynie na filmach propagandowych, które Hawthorne wypuszczał od czasu do czasu w świat.
Ilekroć próbowałam się przełamać i porozmawiać z Holdenem, wzbierała we mnie złość na niego i ból, który nosiłam w sobie.
- Ja tam uważam, że to całkiem przyjemny gość - oznajmiła Susie i uśmiechnęła się szeroko na widok zaskoczonego spojrzenia Luki. - Nie znałam go wcześniej, więc sami wiecie - dodała. - Ale widać, że bardzo się stara. Chce pomóc. A poza tym jego moce są naprawdę imponujące. - Spojrzała na Lukę. - Akurat ty mógłbyś bardzo wiele zyskać na współpracy z nim. Zarzewcy i wirblerzy są w parze bardzo potężni.
Luka uśmiechnął się do niej z pobłażaniem.
- Wiesz, że bardzo cię kocham, ale prędzej piekło zamarznie, niż nawiążę współpracę z Holdenem Hawthorne'em.
Dziewczyna prychnęła.
- Ja cię nie namawiam, tylko zwracam uwagę, że wirbler bardzo by się nam przydał. Jesteśmy zbyt powolni.
Zacisnęłam usta.
- Przykro mi.
Susie ze strachu otworzyła szeroko oczy.
- O nie, Ellie! Nie o to mi chodziło!
- Nawet jeśli, to taka jest prawda. - Rzeczywiście, byliśmy stanowczo zbyt wolni. Ostatnie tygodnie bardzo wyraźnie to unaoczniły. To, że nie mogłam już otwierać vortexów, mocno utrudniało nam pracę i spowalniało każdą misję. Niezależnie od tego, jak bardzo się starałam i ile wysiłku wkładałam w próby, w opuszkach moich palców nie gromadziła się nawet iskierka energii. A ilekroć skakaliśmy znalezionym uprzednio przez Gilberta vortexem, jego energia nie łączyła się jak dawniej z moją, tylko odpychała mnie, jak wszystkich innych.
- Twoje moce jeszcze wrócą - zapewniła mnie Susie, kiedy znaleźliśmy się przed budynkiem, z którego kilka dni wcześniej Juliana Canto wysłała sygnał ratunkowy. Przyjaciółka położyła mi dłoń na ramieniu. Nie protestowałam, ale nie odwzajemniłam się tym samym.
Cztery miesiące. Szesnaście dni. Tyle czasu minęło od chwili, kiedy zniszczyłam dziesiątki szczelin - odgałęzień pravortexu i jednocześnie dróg podróży w czasie - i wchłonęłam w siebie ich energię. Ich moc musiała mnie przerosnąć, bo w tym samym ułamku sekundy straciłam swoje dotychczasowe moce.
Od tamtego czasu nie mogłam już podróżować w czasie, choć niewiele osób o tym wiedziało, bo Gilbert pilnował, by ta wiadomość nie opuściła naszego ścisłego kręgu. Zależało mu, by we wszystkich z zewnątrz podtrzymać nadzieję, że panujemy nad sytuacją. I że naprawdę jestem w stanie w końcu powstrzymać Bale'a, zanim uda mu się dotrzeć do pravortexu.
Zdolność podróży w czasie była najpotężniejszą bronią, jaką można sobie wyobrazić. I jedynie Hawthorne nią dysponował - w osobie Bale'a, który mógł się przemieszczać zarówno w przestrzeni, jak i w czasie. A my... no cóż. My mieliśmy tylko mnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki