ODETCHNĘŁAM Z ULGĄ, WIDZĄC, ŻE BALE WRACA.
- I? - zapytałam.
Uniósł kartę z czipem. Była czarna, a lśniący czerwony napis głosił: "Red Room".
- Zaczekamy w pokoju.
Nie mogłam inaczej; znów musiałam westchnąć.
- To jest bardzo...
- To wcale nie jest zły plan. - Bale przewrócił oczyma i znów pociągnął mnie za sobą.
A jednak. To był najstraszniejszy, najbardziej lekkomyślny plan, jaki kiedykolwiek wymyślono. Bo plan ten zakładał, że spotykamy się w klubie z jednym z nawigatorów. Jednym z tych, którzy nas tropią po całym świecie.
Nawiązał z nami kontakt całkiem niespodziewanie. Zaproponował spotkanie. A Bale zgodził się szybciej, niż zdążyłam wypowiedzieć słowo ZASADZKA.
- Jak się tu dostanie? - zapytałam, idąc. - Skoro nam ledwo udało się namówić panią bramkarz, to nie...
- Zapowiedziałem go - odparł Bale.
No tak.
Parka obściskujących się wirblerów minęła nas, by po chwili zniknąć za drzwiami z żółtym napisem "Yellow Room".
- Chodź. - Bale wskazał na drzwi nieopodal. Zbliżył kartę z czipem do konsoli przy drzwiach, otworzył je i wszedł do środka. Podążyłam za nim i pospiesznie zamknęłam drzwi, czując, że płoną mi policzki.
Nietrudno było zgadnąć, jakim celom służył ten pokój. Mieściło się w nim jedynie łóżko na giętym metalowym stelażu. Całość była utrzymana w barwach czerwieni - satynowa pościel i fotel z aksamitną tapicerką również były tego koloru. Kilka metalowych stoliczków zastawiono niezliczoną liczbą aromatycznych świec, a na ścianach wyświetlały się hologramy ognia w kominku.
Na metalowym stelażu u wezgłowia łóżka zauważyłam zapięte kajdanki.
- To najpewniej apartament dla zarzewców. - Bale potarł kark.
Mogłabym przysiąc, że się zaczerwienił, ale może to był tylko efekt oświetlenia.
- Jak słowo daję, nie wierzę, że wybrałeś akurat to miejsce na spotkanie - mruknęłam, postanawiając nie dotykać tu niczego. Absolutnie niczego.
Bale westchnął.
- Tu jest bezpiecznie, no i... nie planuję długo tu zostawać. Poza tym wielokrotnie nocowałem w jednym z tutejszych pokoi, kiedy musiałem się ukrywać. Zaręczam, że gruntownie tu sprzątają. Poza tym naprawdę najczęściej tu się po prostu sypia.
- Najczęściej - powtórzyłam i uniosłam brwi.
Prychnął.
- Nic ci tu nie grozi, Barbie - powiedział z przekąsem. - Uszanuję twoją cnotę.
- Cha, cha. - Pokazałam mu język, usiłując zwalczyć rumieniec. Sądząc po uśmieszku Bale'a, niezbyt dobrze mi poszło.
- No, chyba że wcale sobie tego nie życzysz - dodał, mocno objął mnie w talii i przyciągnął do siebie.
Sztuczny ogień opromienił jego twarz ciepłym światłem, a ja ze wszystkich sił starałam się zachować poważną minę.
- Chciałbyś - rzuciłam wreszcie mało wyszukaną odpowiedź, ale przymknęłam oczy, kiedy nachylił się, żeby mnie pocałować.
Gdy się poznaliśmy, uważałam Bale'a za najbardziej nieznośnego, aroganckiego i zapatrzonego w siebie gościa na świecie.
Dobra, nieznośny, arogancki i narcystyczny był nadal, ale... teraz z trudem byłam w stanie oderwać od niego wzrok. Jego niebieskie oczy przypominały mi bezdenne jeziora przykryte taflą lodu. A w chwilach takich jak ta dawał mi poczucie, że jestem jedyną osobą, która potrafiłaby poznać ich głębię.
Problem z Bale'em nie polegał jedynie na tym, że miał zachwycające kości policzkowe, świetną fryzurę i apetyczne ciało. Z tym byłabym sobie w stanie poradzić. Większy kłopot miałam z tym, że w wyjątkowy sposób unosił kącik ust, kiedy był skupiony. Albo wtedy, gdy rzucał kąśliwe komentarze, które doprowadzały mnie do śmiechu częściej, niżby wypadało. Albo kiedy nieustannie straszył swojego psa Atlasa, że go gdzieś porzuci, jeśli nie zacznie się odpowiednio zachowywać, ale głaskał go przy tym z taką miłością, że każdy doskonale wiedział, że to były jedynie czcze pogróżki.
Problem z Bale'em polegał również na tym, że za każdym razem, kiedy byłam pewna, że do niego przywykłam i jestem odporna na jego urok, wystarczyło, że się uśmiechnął, a zapominałam, co chciałam powiedzieć.
Byłam zgubiona.
Znacznie bardziej, niż byłam gotowa się do tego przyznać.
Dłonie Bale'a rozpoczęły wędrówkę w górę moich pleców, by przyciągnąć mnie jeszcze mocniej, ale wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Odskoczyliśmy od siebie, a Bale popatrzył na mnie. Skinęłam głową, przygotowując się psychicznie na to, że lada moment wleje się do środka kilkunastu uzbrojonych łowców, którzy zaaresztują nas na rozkaz swojego zwierzchnika.
Ale kiedy Bale uchylił drzwi, naszym oczom ukazał się jedynie starszy pan w garniturze, w okularach i z bródką, który mierzył nas wyraźnie nerwowym spojrzeniem.
- Czy wy... jesteście... moim kontaktem od Zielonego Drżenia? - zapytał, usiłując dojrzeć cokolwiek poza nami w pokoju.
On także się boi, że wpadnie w pułapkę, uświadomiłam sobie, a uczucie niepokoju, które towarzyszyło mi cały dzień, nagle się ulotniło.
Bale wpuścił go do środka. Mężczyzna najpierw odetchnął z ulgą, że opuścił pomieszczenie pełne zmutowanych, po czym sapnął w proteście, bo Bale popchnął go na zamknięte drzwi.
- O c-co ch-chodzi? - wyjąkał, ale Bale, niczego mu nie tłumacząc, uniósł dłoń i zeskanował jego sylwetkę detektorem.
Kiedy ekran zaświecił się na zielono, ujął dłoń mężczyzny, odsłonił jego detektor i zaczął przeklikiwać się przez menu. Kiedy upewnił się, że wszystkie funkcje, dzięki którym można by zlokalizować nasze położenie, są nieaktywne, odsunął się nieco od gościa i wyciągnął dłoń do powitania.
- Balian Travers - przedstawił się.
Mężczyzna szybko doszedł do siebie, a kiedy skinął głową, jego oczy zabłysły.
- Oczywiście, oczywiście, że wiem, kim pan jest. Jakby nie było, pan to... pan. To dla mnie ogromny zaszczyt poznać najbardziej utalentowanego łowcę wszech czasów, panie Travers. - Przesunął wzrok na mnie. - I panią również, panno Collins. Spotkaliśmy się kilkakrotnie podczas pani edukacji w Kuratorium, ale pewnie sobie pani mnie nie przypomina.
Przyjrzałam mu się dokładniej. Wiadomość, którą otrzymał Nathaniel, przywódca Zielonego Drżenia, była dosyć krótka. Brakowało podpisu i jedyne, co wiedzieliśmy, to że nadawca pracował przez lata w Kuratorium w Nowym Londynie jako nawigator i podwładny Gilberta, męża mojej ciotki. Twierdził, że asystował przy setkach misji łowców i podobno był w stałym bezpośrednim kontakcie z centrum badawczym Kuratorium. Tym samym zgromadził informacje, które podobno niezmiernie nam się przydadzą. W zamian domagał się azylu w Sanktum.
Po tym, jak Nathaniel pokazał nam wiadomość, nie było jasne, czy możemy temu facetowi ufać. Twierdził, że uwielbiał mojego wuja, ale równie dobrze mogło to być zaplanowane z wyrachowaniem.
- Robert Pullman - przedstawił się wreszcie, a ja uścisnęłam mu dłoń. - Cieszę się, że mogę panią poznać, panno Collins. To straszne, co się stało z panem Woodrowem.
- Widział go pan? - wymknęło mi się. - Spotkał się pan z moim wujem w Kuratorium?
- Niestety nie. - Pullman zaprzeczył ruchem głowy i popatrzył na mnie tak, jakby naprawdę było mu przykro. - Po ponownym otwarciu Instytutu w Nowym Londynie tydzień temu wszyscy pracownicy z Nowego Jorku dostali rozkaz powrotu do siebie. Pan Woodrow musiał być w tej grupie, a ja ewakuowałem się jeszcze przed transportem. Wiem tylko tyle, że nadal jest wśród zatrzymanych za zdradę stanu.
- To znaczy, że jeszcze nie postawiono mu oskarżeń? - upewnił się Bale.
Pullman się skrzywił.
- Obawiam się, że to nie nastąpi prędko. Zakładam, że pan Hawthorne... - Znów popatrzył na nas przepraszająco.
- ...będzie grał na zwłokę - dokończyłam za niego, zaciskając dłonie w pięści.
Najprawdopodobniej miał rację. Skazany wyrokiem sądu Gilbert na nic by się nie przydał Varusowi Hawthorne'owi. Był na to zbyt cenny, z całą posiadaną przez siebie wiedzą na temat Sanktum, zmutowanych, Bale'a i mnie.
Nawet nie próbowałam sobie wyobrażać, czego dopuszczał się Hawthorne, by wydobyć z Gilberta te cenne informacje.
Pullman przyjrzał mi się uważniej.
- Przybyłem tu właśnie z powodu pani wuja. Pan Hawthorne całkowicie się zagubił w nienawiści do zmutowanych. I nie jestem jedyną osobą w Kuratorium, która tak uważa. Pani wuj... - odchrząknął - jest powszechnie lubiany. To, co z nim się stało, mnie i wielu innym nawigatorom otworzyło oczy.
- I dlatego ryzykuje pan życiem? - zapytał Bale, lustrując Pullmana chłodnym spojrzeniem. - Bo panu przykro z powodu przełożonego?
Cieszyłam się, że Bale pozostaje sceptyczny, bo ja dłużej nie byłam w stanie. Oczyma wyobraźni ujrzałam, jak Gilbert siedzi samotnie w celi i martwi się o ciotkę Lis - kobietę, którą kocha ponad wszystko, o Lukę - swojego adoptowanego syna, i o mnie - dziewczynę, którą od pierwszej chwili traktował jak własną córkę.
Wyobraziłam sobie, jak się zastanawia, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy rodzinę.
- Nie tylko dlatego - odparł Pullman łamiącym się głosem. - To ja byłem odpowiedzialny za aresztowanie i transport setek zmutowanych. Myślałem, że robię dobrze, ale... - urwał i ciężko przełknął ślinę, jakby miał się lada moment rozpłakać - dopiero kiedy potwierdzono istnienie podróżników w czasie... kiedy ujawniono, że pan żyje - mówił, przesuwając wzrokiem między mną a Balianem - i kiedy stało się jasne, że pan Hawthorne planuje posłużyć się wami do zgładzenia wszystkich zmutowanych naraz, wtedy uświadomiłem sobie, że nie mogę dłużej służyć Kuratorium.
Bale się zawahał, co zdarzało mu się niezwykle rzadko. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia. Wydawało się, że Pullman mówi prawdę. Poza tym nawet jeśli to była pułapka, to przecież nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy zaryzykować.
Odchrząknęłam.
- Powiedział pan, że coś dla nas ma.
- Tak, w rzeczy samej. - Odpiął dwa guziki marynarki i sięgnął do wewnętrznej kieszeni.
Wstrzymałam oddech i Bale chyba też. Pullman jednak zatrzymał się w pół ruchu.
- Jaką mam gwarancję, że dotrzymacie słowa i zabierzecie mnie do tego miasta, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo? Macie świadomość, co się ze mną stanie, jeśli Kuratorium się o tym dowie?
- Dotrzymamy słowa - obiecałam, choć Bale i ja mieliśmy na ten temat odmienne zdanie.
Pokłóciliśmy się o to już w pociągu do Nowego Jorku. Gdyby to zależało od Bale'a, wycisnęlibyśmy z Pullmana wszystkie informacje, a samego informatora - który jego zdaniem był zbyt dużym ryzykiem dla Sanktum - po prostu tu zostawili.
Ostatecznie dopięłam swego, ale Bale nie był z tego powodu szczęśliwy.
Na szczęście Pullman nie miał pojęcia o naszych rozterkach.
Bale wyciągnął dłoń, ale nawigator zwrócił się w moją stronę. Wyjął z kieszeni marynarki czip z danymi i podał go mnie.
- Nagranie jest zakodowane - wyjaśnił. - Konferencje zwierzchników Kuratorium są ściśle tajne, odkodowanie zajmuje czas, którego mi zabrakło. Ale oczywiście natychmiast zabiorę się do pracy, kiedy tylko znajdę się w bezpiecznym miejscu.
Było to bardzo sprytne zagranie ze strony Pullmana, choć ani trochę mnie nie zaskoczyło. Zadbał o to, żebyśmy go dalej potrzebowali.
Wyjęta z marynarki karta pamięci była naturalnie ciepła. Podjęliśmy dla niej ogromne ryzyko. Miałam nadzieję, że było warto, pomyślałam, przekazując przedmiot Bale'owi. On wsunął kartę w szczelinę swojego detektora, po czym po niecałej minucie skinął głową.
- Wygląda na autentyczną - powiedział. - Przynajmniej na tyle, na ile jestem w stanie to w tej chwili ocenić ocenić. Wysyłam dane do Sanktum, Robur sprawdzi, czy na nagraniu naprawdę jest Hawthorne.
- Jasne, że tak! - oburzył się Pullman. - Zaryzykowałem wszystko, żeby wam dostarczyć ten materiał. Jeśli Kuratorium się dowie, że nagrałem konferencję dyrektorów, to...
- Dobrze, już dobrze - przerwałam mu. - Jesteśmy panu wdzięczni. Ale proszę zrozumieć, zanim zabierzemy pana ze sobą do Sanktum, musimy najpierw zweryfikować te dane.
- Oczywiście, rozumiem - zapewnił Pullman. Następnie znów sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. - Mam dla was coś jeszcze. - Uśmiechnął się wymuszenie. - To dowód, że możecie mi ufać.
Wyjął kulkę wielkości paznokcia kciuka i uniósł ją pod światło.
Grawisensor. Jego gładka kulista powierzchnia była ciemna, niemal czarna. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak każdy inny grawisensor, który - aktywowany - świecił niebieskim światłem. Jednak kiedy blask ściennych hologramów padł na kulkę, było widać, że nie świeci na niebiesko, tylko na pomarańczowo.
- Sensor generacji zero - powiedziałam zdezorientowana. Jeden z pierwszych grawisensorów, które od dziesiątków lat były zakazane ze względu na swoje niszczycielskie działanie. One nie powstrzymywały tymczasowo energii vortexu, a ją rozbijały.
Odpowiednia liczba takich pocisków wystarczyła, by zabić zmutowaną osobę.
Co prawda Bale'owi i mnie udało się za pomocą tych właśnie sensorów zadać srogą klęskę Kuratorium. Wystarczyło nam ledwie kilka takich pocisków, aby droga w przeszłość przestała istnieć. Teraz nie można już było cofnąć się do roku 2020, kiedy pojawił się pierwszy vortex. Zniweczyliśmy plan Varusa Hawthorne'a, aby zniszczyć pravortex, a tym samym wymazać nie tylko ostatnie osiemdziesiąt lat, ale także istnienie wszystkich zmutowanych stworzeń.
- No i? - zapytałam, nie rozumiejąc, co stara się nam powiedzieć.
- Panno Collins. - Pullman ujął moją dłoń w swoją, czym tak mnie zaskoczył, że nie zdążyłam zaprotestować, podczas gdy on zamknął moje palce na sensorze. - To, co trzyma pani w dłoni, to niedawno wyprodukowany sensor generacji zero. - Mężczyzna był wyraźnie poruszony. - Sam ten fakt to granda. Jak doskonale pani wie, zaprzestano korzystania z tych grawisensorów dekady temu. Są zbyt niebezpieczne, zbyt niszczycielskie. Plany ich budowy muszą pochodzić z lat pięćdziesiątych. Ale ten sensor - i kilkaset kolejnych - skierowano do produkcji w dniu konferencji dyrektorów Kuratorium. Co więcej, zmieniono je. Udoskonalono.
Bale prychnął.
- I co to, pana zdaniem, oznacza?
- Nie mam pojęcia. - Pullman zacisnął wargi. - Nie wiem, dlaczego nagle postanowiono pracować nad grawisensorami generacji zero, ale wiem, że w planach konstrukcyjnych zamieszczono protokół zmian. A ten protokół zmian dotyczył projektu Eol.
Rzuciłam Bale'owi pytające spojrzenie, ale ponieważ on jedynie wzruszył ramionami, zwróciłam się z powrotem do Pullmana:
- A co to takiego ten projekt Eol?
Pullman popatrzył na mnie bezradnie.
- Nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, ale zakładam, że istnieje bliski związek między konferencją dyrektorów Kuratorium a zmianami w grawisensorach.
- W porządku. - Wsunęłam sensor do bocznej kieszeni munduru. - Być może to cenna wskazówka. Na pewno...
Wtem hologramy wyświetlane na ścianach zgasły. Przez dwie, trzy sekundy staliśmy w ciemności, by w następnej chwili osłonić oczy od oślepiająco białego światła.
- Co, u licha? - jęknęłam.
Bale ruszył do drzwi, zza których dochodziły przytłumione krzyki i nawoływania.
- Twierdziłeś, że to niemożliwe, żeby ktokolwiek nas tu namierzył! - zawołałam.
- Bo to jest niemożliwe! - Bale uchylił drzwi Red Roomu.
Przez szparę zauważyłam rozbiegających się w popłochu klientów klubu. W wejściu stali łowcy z bronią gotową do strzału. Kiedy po chwili rozległy się pierwsze strzały, wybuchła panika. Dopiero teraz zauważyłam, że nie używali zwyczajowej niebieskiej amunicji. Zamiast zwykłych grawisensorów wszędzie połyskiwał kolor pomarańczowy.
Poczułam, jak po moim ciele rozchodzi się dziwne uczucie ciężkości. Pullman mówił prawdę - Kuratorium strzelało do zmutowanych nie po to, by ich pojmać. Nie, w użyciu były sensory generacji zero. A one służyły po to, by zniszczyć energię vortexu w zmutowanych na zawsze.