1. Legenda na horyzoncie
Nikt nie lubi Warszawy
Nie pamiętam, ile razy musiałem namawiać mojego kolegę Sörena z Hamburga na przyjazd do Warszawy. Wreszcie udało się, Sören zabukował sobie lot do Polski, ale tuż przed odlotem popełnił wielki błąd, bo powiedział o swoim zamiarze znajomej Polce. Kobieta, od lat mieszkająca w Niemczech, zaczęła go zaklinać: "Daj spokój! Warszawa to pośpiech, brud i drożyzna, a do tego nic tam nie ma! Jedź lepiej do Krakowa!".
Szkoda, że mnie wtedy tam nie było. Od razu wytoczyłbym ciężkie działa: "A kiedy to koleżanka ostatni raz była w Warszawie?".
Odpowiedź nietrudno sobie wyobrazić: "No... jakoś tak w '94, jak odbierałam babcię z lotniska...".
Nie znam innego kraju, którego mieszkańcy tak słabo znają własną stolicę, a tak bez pardonu ją krytykują. Ta silna niechęć do Warszawy zaczęła się chyba zaraz po wojnie: Polska przeszła w ręce zależnych od Moskwy komunistów, a Warszawa stała się centralą partyjnej wierchuszki, taką małą Moskwą. Do tego wszystkie zasoby kraju szły na odbudowę zniszczonego miasta, podczas gdy reszta kraju cierpiała wielką biedę.
Również przełom roku 1989 za bardzo tego wizerunku nie poprawił. Przez Polskę przetoczyła się wtedy fala wilczego kapitalizmu - czyniąc z Warszawy nadwiślańskie Gotham City. Dopiero wydatny lifting stolicy związany z organizacją Euro 2012 sprawił, że jej negatywny wizerunek w Polsce zaczął powoli tracić kontury. Niestety, wielu mieszkających za granicą Polaków wciąż jeszcze nie miało okazji się o tym przekonać. Dla nich Warszawa to nadal szary postsowiecki moloch, skąd już niedaleko do granicy z Białorusią. Krótko mówiąc, wciąż można podzielić 38 milionów obywateli Polski na dwa miliony warszawiaków i 36 milionów antywarszawiaków.
Przyznaję, ja też zakochałem się najpierw w Krakowie. Kraków jest cudowny - bez dwóch zdań! Ale zaraz potem trzeba jechać do Warszawy. Na Kraków wystarczą dwa dni, na Warszawę... no nie wiem, ja jestem tu już ponad dwadzieścia lat i wciąż nie znam wszystkiego. Kraków to lukrowany baśniowy świat, który jakimś cudem uniknął pożogi wojennej. Warszawa natomiast jest symbolem krwawej historii Polski XX wieku, ale przede wszystkim obecnych czasów, zadziwiającego boomu gospodarczego po roku 1989. Jej specyfikę podkreślają nietuzinkowi mieszkańcy, którzy - w przeciwieństwie do krakusów - cierpią na bardzo sympatyczny kompleks niższości. Taka cecha to ewenement w skali światowej, bo mieszkańcy stolicy zazwyczaj pękają z dumy i lokalnego patriotyzmu. Dla turystów to na pewno dar z niebios: warszawiacy, bardzo niepewni rangi swego miasta, przyjmą ich z otwartymi ramionami. W Krakowie zaś giniesz w turystycznych tłumach pędzących po Rynku. O ile jesteś więc typowym turystą, dla którego tłum innych turystów jest niezaprzeczalnym dowodem wartości zabytków - zacznij od Krakowa. Warszawa to miasto dla zaawansowanych trawelersów, którzy nie wpadną w panikę, gdy przy Grobie Nieznanego Żołnierza zauważą, że tak naprawdę są w tej chwili jedynymi turystami na tym gigantycznym placu.
Operacja "Blitzbesuch"
Na dworcu w Stuttgarcie widziałem niedawno billboard kolei niemieckich, reklamujący podróż do Warszawy pociągiem Berlin-Warszawa-Express: "Bilety już od 29 euro!". Muszę przyznać, że tak odważny marketing tuż przy szwajcarskiej granicy chwycił mnie za serce. Dziękuję Ci, Deutsche Bahn! Ze wszystkich sąsiadujących z Niemcami krajów Warszawa na pewno jest najmniej znaną stolicą. W mediach słyszy się o niej właściwie tylko wtedy, gdy minister spraw zagranicznych składa swojemu polskiemu koledze po fachu dwugodzinną wizytę. Wtedy ten i ów czytelnik gazet może sobie pomyśleć, że minister już tam dobrze wie, dlaczego nie zatrzymuje się wstolicy Polski na dłużej...
A to dziwne, bo przecież z Berlina do Warszawy jest przysłowiowy rzut beretem. Sześćset kilometrów - w sam raz tyle, co do Kolonii, tylko w odwrotnym kierunku. Podróż samolotem trwa zaledwie godzinę, pociągiem niecałe sześć. Samochodem, po nowej autostradzie, też się jedzie szybko i wygodnie, przekraczając granicę bez żadnych kontroli. Wyruszając spod Bramy Brandenburskiej przed południem, jest się na obiad w Poznaniu, gdzie można zrobić sobie krótki spacer po starówce. Na podwieczorek warto zawinąć do Łodzi, spokojnie wystarczy czasu na wizytę w eleganckiej "Manufakturze". Wieczorem naszym oczom ukazuje się migająca czerwonym światłem iglica Pałacu Kultury - chyba że przesłania ją akurat sylwetka wieżowca Liebeskinda. Samochód najlepiej zaparkować pod Pałacem Kultury, na placu Defilad. Bez obawy - parking jest strzeżony, a liczba kradzieży w ostatniej dekadzie spadła o całe 75 procent. (Drażliwy temat od razu z głowy: sieć obuwnicza Deichmann, mająca w Polsce ponad 200 sklepów, odnotowuje co roku najmniejszą liczbę kradzieży sklepowych ze wszystkich swoich filii w Europie).
Szok na tarasie
Pałac Kultury jest najbardziej znaną budowlą w Polsce i według mnie najpiękniejszym drapaczem chmur w Europie. Uroczyście otwarty w 1955 roku Pałac Kultury i Nauki im. Stalina (ówczesna nazwa) był zaraz po wieży Eiffla drugą co do wielkości budowlą Starego Kontynentu. Jego piękno uwidacznia się najbardziej nocą, kiedy to warszawski kolos podświetlany surrealistycznym światłem mieni się odcieniami fioletu, zieleni i kobaltu. Zwiedzanie miasta trzeba zacząć obowiązkowo od wjazdu na jego taras widokowy.
Ale uwaga, wcale nie tak łatwo dostać się do środka. Niejeden turysta błąka się dookoła budynku, zachodząc po kolei do jednej z jego odnóg, trafiając a to do teatru czy Muzeum Techniki, a to do Sali Kongresowej czy pływalni. Wejście główne znajduje się, patrząc od dworca, pod drugiej stronie budynku, a strzegą go dwie nienaturalnej wielkości postaci. Pierwsza rzeźba przedstawia Adama Mickiewicza, który ma symbolizować polską kulturę, druga zaś Mikołaja Kopernika, który w Polsce uznawany jest za Polaka i symbolizuje naukę. Idziemy parę stopni do góry i znajdujemy się przy kasie sprzedającej bilety (12 zł) na taras. Szybkobieżną windą jedzie się potem do góry, pokonując 114 metrów w 30 sekund. Windziarka siedzi na wysokim jak w barze stołku i jest całkiem atrakcyjną kobietą, mimo że ma śmiertelnie znudzony wyraz twarzy. Patrzy pustym wzrokiem na guziki konsolety. Trzeba ją koniecznie zagadywać, bo wtedy ożywia się i chętnie wymienia wszystkie możliwe szczegóły techniczne, przykładowo, że wysokość pałacu wynosi 243 metry.
- Jak to, nie 230, wszędzie piszą 230?
- Nie, bo jest jeszcze iglica!
Dojechawszy na górę, kobieta jest już w siódmym niebie - po zaledwie 30 sekundach! Tak szybko zmienia się nastrój w Warszawie, o czym będzie się można przekonać jeszcze niejeden raz. Nigdy nie należy dać się zwieść smutnym obliczom, za każdym razem trzeba niestrudzenie wykonać pierwszy ruch! Ta maska na twarzy to chyba postkomunistyczne dziedzictwo, wielu ludzi wciąż jeszcze ją sobie nakłada, wychodząc z domu, co nie oznacza, że im to sprawia radość. Wręcz przeciwnie - są wdzięczni każdemu, kto pozwoli im się jej pozbyć - najlepiej za pomocą humoru. (Być może dlatego znani aktorzy z telewizji cieszą się tu taką sympatią. W ich obecności można się wreszcie pokazać od lepszej, bardziej ludzkiej strony).
Widok z tarasu roztacza się na całe miasto i przy dobrej pogodzie obejmuje nawet dalekie zakątki Niziny Mazowieckiej. Niestety, o ile mi wiadomo, z tej perspektywy nikt się jeszcze w Warszawie nie zakochał. Nawet przy najszczerszych chęciach trudno nazwać to morze betonu romantycznym widoczkiem, jest ono wynikiem totalnej destrukcji dokonanej przez Niemców, a zaraz po wojnie stało się placem zabaw dla architektów socrealizmu. W mojej pierwszej książce uznałem Warszawę, obok Tirany i Bukaresztu, za najbrzydsze miasto Europy. Dziś biję się w piersi: nigdy nie byłem w Tiranie ani w Bukareszcie i dlatego chciałbym moich licznych albańskich i rumuńskich czytelników, którzy od lat zasypują mnie gniewnymi mailami, usilnie prosić o wybaczenie. Ujmę to jeszcze raz, ale o wiele ostrożniej: ze wszystkich znanych mi brzydkich miast najbardziej interesująca jest Warszawa. Brzmi to okrutnie, dlatego spieszę wyjaśnić: a może właśnie w brzydkich miastach żyje się o wiele ciekawiej niż w pięknych? W moim przypadku się to na pewno sprawdziło. W Krakowie nie wytrzymałem dłużej niż kilka miesięcy, we Florencji tylko kilka dni. W Warszawie zaś czuję się dobrze i na pewno wiem jedno: gdyby nie Warszawa, to bym nigdy nie został w Polsce aż tyle lat.
Poza tym mogę obiecać, że miasto nie jest tak nieatrakcyjne, na jakie wygląda z lotu ptaka. Są tu piękne zakątki, ale na ich odkrycie potrzeba albo dużo czasu, albo przewodnika, który nam je pokaże. W przeciwnym razie nie pozostanie nic innego, jak po dwóch godzinach wyjechać stąd rozczarowanym i zawiedzionym. Nie należy dać się zwieść pierwszemu wrażeniu!
Ale nawet z góry można wypatrzyć coś atrakcyjnego. Bardzo okazały jest na przykład nowy Stadion Narodowy, wybudowany po drugiej stronie Wisły na Mistrzostwa Europy w 2012 roku. Proszę wybaczyć kolejny zachwyt - ale to dla mnie najpiękniejszy stadion piłkarski na świecie. Zwłaszcza wieczorem, kiedy panele migocą białym i czerwonym blaskiem, od razu ciśnie mi się na usta mój ulubiony polski komplement: bomba!
Noga na gaz
Przemiana Warszawy z brzydkiego kaczątka w dorodnego łabędzia nastąpiła w tak krótkim czasie, że mało kto w Polsce zdał sobie z tego sprawę, nie mówiąc już o Europie. W Niemczech na pewno nikt nie wie, jak szybko Warszawa zmieniła się na lepsze. Owszem, Eurocity z Berlina ma czasem komplet pasażerów, ale jadą nim przeważnie przebojowi indywidualiści, biznesmeni w delegacji lub Polacy z zagranicy, którzy udają się na urlop do ojczyzny. Niekiedy spotyka się również niemieckie wycieczki szkolne oraz grupy emerytów, ale zwykle są one przejazdem do Krakowa czy na Mazury. Wspomniany na początku kolega Sören, którego po wielu zabiegach udało mi się zwabić do Warszawy, poszedł na Starówkę, usiadł w kawiarni i usłyszał od kelnerki takie oto pytanie:
- Are you here for business or holidays?
- For holidays.
- You are the first one!
Być może turystyczna posucha jest związana z negatywnym wizerunkiem miasta, bo faktycznie wszelkie skojarzenia są ponure: getto warszawskie, powstanie warszawskie, Układ Warszawski. W Niemczech najbardziej znane skojarzenie warszawskie to na pewno uklęknięcie Willy'ego Brandta z 1970 roku, ale tu można by długo dyskutować, czy to pozytywna, czy negatywna konotacja.
Jest jednak więcej przeszkód stojących na drodze do rozkwitu turystyki zagranicznej. Warszawa ciągle jeszcze płaci za niekorzystny wizerunek Polski. Krótko mówiąc, nikt nie chce jechać do Warszawy, bo generalnie boi się Polski - grasuje tam ponoć bieda i szarzyzna. Kraków i Mazury? Chwalebne wyjątki... Obraz Francji przedstawia się odwrotnie: Paryż przyćmiewa swym blaskiem cały kraj. Głównym magnesem jest właśnie stolica, a przy okazji można rozejrzeć się jeszcze trochę po okolicy. Francja żyje z Paryża - Warszawa cierpi przez Polskę.
Do tego dochodzi jeszcze bariera geograficzna: Warszawa leży 500 kilometrów na wschód od niemieckiej granicy, co powoduje fatalne nieporozumienia. Wielu berlińczyków miało nieraz ochotę zobaczyć, co słychać u ich wschodnich sąsiadów, wyruszało więc w drogę, popełniając przy tym kardynalny błąd. Ograniczali bowiem rekonesans do terenów przygranicznych na zachodzie Polski. A po powrocie do Berlina relacjonowali z ironią w głosie: "Polska to głęboka prowincja, ale za to papierosy mają tam tanie".
Odległość z Berlina do Warszawy jest taka sama jak ze stolicy Niemiec do Kolonii
Najgorsze jest to, że taka opinia nie do końca mija się z prawdą. Od Szczecina po Zgorzelec ciągnie się szeroki pas, na którym znajdują się tanie stacje benzynowe, bazary z tandetą i burdele dla tirowców. Region przygraniczny, który oczywiście ma również piękne zakątki, w oczach Niemców nadaje się tylko do kręcenia seriali kryminalnych. Stąd moja rada dla berlińczyków, którzy nie mają najlepszych wspomnień z pierwszej wycieczki do Polski: nie uważajcie się za "znawców Polski", ale zaryzykujcie kolejny wypad, tym razem za Frankfurtem noga na gaz, a dopiero po trzech godzinach na hamulec! Takie traktowanie pedału gazu to generalnie w Polsce podstawowa zasada poruszania się po drogach. Kto pierwszy hamuje, ten przegrywa. Sorry, ale właśnie dlatego wolę w tym kraju jeździć koleją...