Wstęp
Prostota, z jaką lord Wellington dowodzi i wydaje rozkazy, znamionuje
kompetentnego człowieka. Nie ma w nim nic z pyszałka, żadnej
wulgarności, wywyższania się ani pedanterii, wszystkie jego rozkazy w polu są krótkie, zwięzłe, jasne i celowe1.
Powszechnie znana jest prawda, że Anglicy, mając przewagę ma morzach,
nie lubili walczyć na lądzie, a już na pewno nie chcieliby tego robić po
swojej stronie kanału La Manche. Po zerwaniu pokoju w Amiens w maju 1803
roku nie było wcale pewne, czy nie spełni się ten najgorszy scenariusz.
Francusko-brytyjski konflikt rozgorzał bowiem na nowo, a praktycznie
jego kolejna odsłona w tej toczącej się od kilku stuleci rywalizacji
francusko-angielskiej. Dopiero zwycięstwo wiceadmirała Horatio Nelsona
pod Trafalgarem 21 października 1805 roku nad połączonym flotami
hiszpańskimi i francuskimi zapobiegło francuskiej inwazji na Wyspy
Brytyjskie. Anglicy mogli odetchnąć.
Sukces ekspedycji kopenhaskiej w 1807 roku udowodnił, że Anglicy
potrafią walczyć nie tylko na morzu, ale i na ziemi, co zatarło niemiłe
wspomnienia wojny amerykańskiej i kampanii w Niderlandach. Na początku
1808 roku Wielka Brytania walczyła już jednak samotnie przeciwko
Francji. Potencjalni sojusznicy - Prusy, Rosja i Austria - zostali
wyeliminowani z europejskiej gry przez Napoleona w ciągu poprzednich
trzech lat. Uderzenie Napoleona na Portugalię i przejęcie tronu
hiszpańskiego stanowiło dla Wielkiej Brytanii szansę na znalezienie
nowych sojuszników.
Anglia miała dotąd dwóch wrogów - na kontynencie i w sumie na świecie -
Hiszpanię i Francję. Niezręczna polityka francuska wobec Hiszpanii
stanowiła dla Anglii doskonałą okazję, aby definitywnie pozbyć się
jednego, a może nawet dwóch przeciwników. Przejście Hiszpanii na stronę
angielską w tym sporze o charakterze globalnym zmieniało całkowicie
układ sił i dawało Anglii możliwość na pokonanie drugiego odwiecznego
wroga - Francji.
Kiedy oddziały generała Junota przekroczyły granicę hiszpańską, kierując
się w stronę sprzymierzonej w Anglią Portugalii, stało się jasne, że
doprowadzi to do interwencji brytyjskiej na Półwyspie, w której flota
brytyjska odegra już tylko drugorzędną rolę - jako środek transportu
jednostek lądowych. Główny wysiłek militarny miał teraz spocząć na
barkach armii lądowej, która, co tu ukrywać, była w nie najlepszym
stanie. Wewnątrz rządu brytyjskiego spierano się, co należy zrobić,
gdzie najpierw interweniować. Czy w Hiszpanii, która formalnie nadal
była wrogiem Wielkiej Brytanii, czy może w Portugalii, która była
sprzymierzeńcem?
Z kolei Napoleon uważał, że woli mieć Anglików w konkretnym miejscu i że
doskonale do tego nadaje się Półwysep Iberyjski. Obie strony były w pewnym sensie zadowolone i oczekiwały, że rozstrzygnięcie wiekowych
sporów dokona się właśnie tutaj, choć może mniej zadowoleni z tego byli
Hiszpanie i Portugalczycy.
Junot tymczasem dziarsko pomaszerował przez Hiszpanię do Lizbony, którą
zajął bez problemu siłami zaledwie około 1500 grenadierów. Brytyjczykom
udało się, prawie w ostatniej chwili, ewakuować portugalskie władze do
Brazylii, gdzie niebawem wznowiły swoją działalność, utrudniając nieco
Napoleonowi ogłoszenie upadłości państwa portugalskiego i przejęcie nad
nim kontroli zgodnie z podpisanym niedawno francusko-hiszpańskim
traktatem w Fontainebleau.
Postanowienia tego traktatu, który przewidywał m.in. przejęcie części
Portugalii przez Hiszpanię, nigdy nie weszły w życie, doprowadzając do
kontrowersji między hiszpańskim królem Karolem IV a Napoleonem.
Hiszpanie mieli tu jednak niewiele do powiedzenia, a tymczasem granicę
hiszpańską przekraczały kolejne oddziały francuskie, w celu jakoby
"zabezpieczenia linii komunikacyjnych", w końcu wkraczając też do
Madrytu. W krótkim czasie sparaliżowało to działalność administracji
hiszpańskiej. Dodajmy do tego konflikt pomiędzy królem Karolem i jego
synem Ferdynandem, który doprowadził do abdykacji Karola, ale przy braku
uznania przez Francuzów korony dla Ferdynanda. W rezultacie władzę w kraju praktycznie przejął francuski marszałek Joachim Murat przy pomocy
armii francuskiej. Nie spodobało się to mieszkańcom Madrytu, którzy 2
maja 1808 roku okazali swoje niezadowolenie, co spotkało się z krwawą
ripostą Murata.
Zaproponowana przez Napoleona mediacja w sporze dynastycznym
doprowadziła do abdykacji obu pretendentów do tronu. Odbyło się to w atmosferze szekspirowskiego dramatu w nadgranicznej Bajonnie. Hiszpańscy
Burbonowie formalnie przekazali dysponowanie swoim królestwem
Napoleonowi, który hiszpańską koroną obdarzył swojego starszego brata,
Józefa, ku rozczarowaniu Murata.
Z punktu widzenia Napoleona wszystko wyglądało nieźle i zapowiadało się
dobrze. Wojska francuskie panowały zarówno nad Hiszpanią, jak i Portugalią. Wprowadzona przez Napoleona tzw. blokada kontynentalna
sprawiała złudzenie, że towary i militarna pomoc brytyjska nie trafią na
kontynent. Skierowanie zainteresowań cara Aleksandra I w Tylży na Szwecję i Finlandię zabezpieczało
wschodnią flankę Cesarstwa. Niebawem doszło jednak do wybuchu
ogólnonarodowego antyfrancuskiego powstania i mniej czy bardziej
regularnej wojny hiszpańsko-francuskiej.
Hiszpania rozglądała się za nowym sojusznikiem, którym mogła zostać
walcząca już z Francuzami Anglia. Doszło do odwrócenia sojuszów.
Hiszpanie, którzy cudem wygrali z Francuzami pod Bailén2,
zwrócili się do rządu angielskiego z ofertą sojuszu militarnego
przeciwko Francji. Anglicy, początkowo patrzący nieufnie na walkę
Hiszpanów z Francuzami, z zadowoleniem przyglądali się ucieczce Józefa z Madrytu za Ebro. Brytyjski minister spraw zagranicznych George Canning
uznał wtedy, że włączając się w ten konflikt, jest szansa na uwikłanie
Francuzów w przewlekłą wojnę na Półwyspie, co stanowiło okazję do
związania ich sił, które mogłyby zostać wykorzystane na innym froncie w Europie, albo do kolejnej próby inwazji Wysp Brytyjskich. Pytanie, czy
byli zdecydowani na przejęcie całego ciężaru wojny? Oczywiście, że nie!
Sojusz hiszpańsko-angielski został sformalizowany w styczniu 1809 roku
poprzez podpisanie tzw. traktatu londyńskiego3, ale już
wcześniej, bo w sierpniu 1808 roku, Anglia wysłała na Półwysep korpus
ekspedycyjny dowodzony mniej czy bardziej formalnie przez generała
Arthura Wellesleya, późniejszego lorda Wellingtona. Rozpoczęło to
wieloletnią interwencję angielską na Półwyspie, której ukoronowaniem
stała się bitwa pod Vitorią. Dowodzone przez Wellingtona siły alianckie
21 czerwca 1813 roku pokonały tam armię francuską dowodzoną przez Józefa
Bonapartego. Francuzi po tej klęsce zmuszeni zostali do opuszczenia
terytorium Hiszpanii i wycofania się za Pireneje, gdzie dalej ścigała
ich armia Wellingtona, głównego bohatera tej historii.
Trzy podstawowe opisy bitwy znajdziemy u angielskich "klasycznych"
historyków - Williama F. Napiera, Charlesa Omana i Johna W. Fortescue.
William Francis Patrick Napier (1785-1860) sam brał udział w wojnie w stopniu majora, uczestniczył w bitwach pod Talaverą, Côa, Fuentes de
O?oro, szturmie Badajoz, a pod Salamanką dowodził pierwszym batalionem
43. regimentu4, który wchodził w skład Lekkiej Dywizji,
dowodzonej w tym momencie przez Charlesa von Altena.
Dodajmy, że jego brat, Charles, także był oficerem w armii brytyjskiej i został ranny pod Buçaco. William nie brał udziału w bitwie pod Vitorią,
ale walczył przy przekraczaniu Pirenejów i we Francji Południowej, za co
został odznaczony i uhonorowany awansem na stopień podpułkownika. Po
Waterloo dowodził swoim batalionem podczas kolejnej inwazji Francji,
gdzie pozostał do roku 1819 w ramach sił okupacyjnych. Awans na stopień
generała otrzymał w roku 1851. W latach dwudziestych XIX wieku rozpoczął pracę na historią wojny na
Półwyspie. Był zawodowym wojskowym, który został historykiem. Wspierał
go sam Wellington, posyłając mu korespondencję króla Hiszpanii, Józefa
Bonapartego, zdobytą w bitwie pod Vitorią. Napierowi pomagał również
marszałek Soult, który ponadto zaaranżował tłumaczenie dzieła na język
francuski.
Napier, poza własnymi doświadczeniami, mógł jeszcze opierać się na
bezpośrednich relacjach żyjących świadków, depeszach Wellingtona, ale
także na ukazujących się drukiem pamiętnikach i udostępnianych stopniowo
archiwaliach. Pierwszy tom jego Historii wojny na Półwyspie i na
południu Francji od roku 1807 do roku 1814 ukazał się w 1828 roku,
ostatni, szósty, w 1840. Bitwę pod Vitorią opisał w tomie
piątym5.
Charles Oman (1860-1940) nie był zawodowym wojskowym, jak Napier, ale
zawodowym historykiem. Swoją "historię wojny" zaczął pisać kilkadziesiąt
lat później (tomy 1-7 w latach 1902-1933), a bitwę pod Vitorią opisał w tomie szóstym6. W roku 1913 wydał też Wellington's Army
1809-1814, pozycję stanowiącą niejako uzupełnienie Historii... Może
byłoby to za dużo powiedziane, ale jednym z motywów jej napisania była
najwyraźniej polemika z Napierem, którego narrację uważał za mocno
stronniczą, szczególnie jeśli chodzi o ocenę Napoleona i hiszpańskiego
ruchu oporu:
Wysoki poziom doskonałej, choć nie wolnej od uprzedzeń publikacji
Napiera całkowicie zniechęcił do opisywania całej wojny innych
potencjalnych autorów, którzy czuli, że brakuje im jego geniuszu i siły
wyrazu. To prawdziwe nieszczęście, jako że ta jedna jedyna praca, z której muszą korzystać osoby badające historię wojskowości, wyszła spod
pióra zaciętego stronnika konkretnej partii politycznej (wigów),
stawiającego sobie za cel oczernianie rządu torysów, darzącego
przesadnym uwielbieniem Napoleona oraz mającego wielu osobistych wrogów
w brytyjskiej armii i w związku z tym nieoddającego im sprawiedliwości w swoim dziele7.
Dla polskiego, współczesnego czytelnika te sympatie i antypatie
polityczne ówczesnych autorów nie mają dziś najmniejszego znaczenia.
Choć może Polacy chętniej będą czytali Napiera, przychylnego, zdaniem
Omana, Napoleonowi, niż wspomnianego Omana czy Fortescue, którzy
reprezentują czysto angielski i torysowski punkt widzenia na historię.
Tak czy inaczej, Oman podjął rękawicę rzuconą przyszłym historykom przez
Napiera, który go nie zniechęcił, a wręcz zachęcił do kontynuowania
badań nad historią wojny na Półwyspie już z innej perspektywy. Poza tym
od momentu wydania ostatniego tomu Napiera w 1840 roku ukazały się
następne wspomnienia i opracowania, wiele kolejnych dokumentów trafiło
do archiwów. Stanowiło to dobrą okazję, aby dzięki nowemu materiałowi
źródłowemu spojrzeć ponownie na całą wojnę hiszpańską.
Trzecim głównym dziejopisem tej wojny jest historyk wojskowości John
William Fortescue (1859-1933), wykształcony w Cambridge, wykładający w Oksfordzie, działający równolegle z Omanem. W latach 1905-1926 pracował
jako królewski bibliotekarz w Windsor Castle. Jego główna praca to
monumentalna czternastotomowa A History of The British army
publikowana w latach 1899-1930. Bitwa pod Vitorią opisana jest w tomie
dziewiątym, wydanym w 1920 roku8.
Należy jednak zwrócić uwagę na nieco odmienną narrację tej pracy, pewne
przesunięcie akcentów. Napier i Oman opisywali historię wojny w Hiszpanii, w której ważną rolę odgrywała armia brytyjska, natomiast
Fortescue opisywał przede wszystkim historię armii brytyjskiej, która
walczyła m.in. podczas wojny w Hiszpanii. Dlatego u Fortescue znajdziemy
o wiele więcej szczegółów związanych ze sferą militarną niż u Napiera
czy Omana. Nie sposób też pominąć opublikowanych w trzynastu tomach
depesz Wellingtona z okresu jego działalności wojskowej, gdzie dokumenty
związane z bitwą pod Vitorią znajdziemy w tomie 109.
Ze strony francuskiej mamy do dyspozycji przede wszystkim obszerne
opracowanie Adolphe'a Thiersa (1797-1877), prawnika, historyka i polityka francuskiego, który wydarzenia 1813 roku w Hiszpanii opisuje w ósmym tomie Historii Konsulatu i Cesarstwa10. Jest to tekst
pisany z perspektywy francuskiej, co może wydawać się mniej wiarygodne,
kiedy zaczyna polemizować z angielską wersją historii, którą traktuje
dość swobodnie, o czym przekonamy się choćby wtedy, kiedy pisze, że atak
centrum angielskiego pod Vitorią prowadził marszałek Beresford, podczas
gdy chodzi tu o generała Bradforda, który zresztą nie atakował w centrum, ale na lewym skrzydle...11.
Dodajmy, że sam przebieg bitwy Thiers traktuje dość pobieżnie, bardziej
skupiając się na spekulacjach, co by było, gdyby na pole walki zdążyły
dywizje generała Bertranda Clauzela, a może jeszcze generała Maximiliena
Foya, a potem na francuskich stratach, wynoszących jego zdaniem 8000
żołnierzy, oraz na stracie dział i taborów. W konkluzji o klęskę obwinia
samego Napoleona, który nigdy nie zdecydował się na powierzenie realnego
dowództwa wszystkich wojsk francuskich w Hiszpanii jednej osobie, mając
tu chyba na myśli Józefa. Pośrednio obciąża też winą za klęskę
francuskiego ministra wojny, Henriego Clarke'a, który pośredniczył
między Napoleonem i Józefem, odbierając raporty i przesyłając
rozkazy12.
Praktycznie punktem wyjścia do poznania historii wojny na Półwyspie jest
praca Napiera, jako najbliższa tematowi, a w dalszej kolejności
publikacje jego następców. Relacje tych trzech angielskich historyków o bitwie pod Vitorią różnią się w sumie tylko niewielkimi szczegółami,
jeżeli chodzi o fakty, ale sposobem ich opisania i na pewno gdzieś w tle
sympatiami i emocjami. Zwróćmy uwagę, że relacje o kampanii wiosennej
1813 roku i samej bitwie zajmują tam wiele stron. Autor próbujący
ponownie napisać coś na ten temat czuje się nieco zagubiony czy wręcz
przytłoczony liczbą szczegółów, a w końcu zdaje sobie sprawę, że nic
nowego nie da się tu powiedzieć. Lepiej zajrzeć do klasyków... To przecież
oni jako pierwsi przefiltrowali wszystkie dostępne źródła, dając nam w miarę pełny obraz wydarzeń, nie pomijając niczego, co moglibyśmy znaleźć
choćby w pamiętnikach. Te ostatnie dają nam bardziej bezpośredni, barwny
obraz tamtych wydarzeń, choć nie zawsze rzetelny. Pamiętniki z epoki
czytane są jednak o wiele chętniej niż grube tomy kolejnych pokoleń
historyków, którzy zresztą ubarwiali swój przekaz, cytując ich fragmenty
niemal równie często jak depesze generała Wellingtona. Dobrym przykładem
są choćby listy szeregowca Williama Wheelera z 51. regimentu, który tak
podsumował bitwę pod Vitorią:
Armia nasza wyruszyła rankiem 21 czerwca. Nie uszliśmy daleko, gdy memu
oddziałowi nakazano przetrząsnąć las rosnący opodal naszego prawego
skrzydła. [...] Bitwa rozpoczęła się na prawym skrzydle naszej armii. Po
wyjściu z lasu zobaczyliśmy, że nasza dywizja przechodzi przez kamienny
most. Ponieważ jednak pozostaliśmy dość daleko w tyle, a nasi koledzy
ciągle szli naprzód, udało nam się ich dogonić dopiero po pewnym czasie.
Mijając jakąś wioskę, napotkaliśmy wielu rannych. Byli wśród nich
żołnierze naszego oddziału, którzy twierdzili, że mój pułk brał udział w walkach i zdobył 14 dział. Wkrótce potem dołączyliśmy do naszych wojsk.
Brygada stała w szyku bojowym przed potężnymi umocnieniami zajmowanymi
przez Francuzów. Przez chwilę znosiliśmy ostrzał wroga, by następnie
ruszyć do ataku i wyprzeć nieprzyjaciela, który wycofując się
pospiesznie, zostawił dziesięć armat. Nasza szarża przeprowadzona
została tak szybko, że choć wrogowie zasypywali nas gradem kul i pocisków, nie wyrządziły nam one większej szkody. Wkrótce potem cała
armia francuska zaczęła się wycofywać i czmychając, pozostawiała na
placu boju cały swój sprzęt wojskowy. Ścigając ją niemal do zmroku,
obeszliśmy z lewej strony miasto Vitoria i zatrzymaliśmy się, aby
przenocować [...].
Nieprzyjaciel, zgodnie z tym, co sam powiedział, zwabił nas do Vitorii,
aby dać nam skuteczną odprawę i wysłać z powrotem do Portugalii. Król
Józef był tak bardzo pewien siebie, że rozkazał urządzić trybuny dla
publiczności, aby wszyscy mogli zobaczyć, jak zwycięża Anglików. Dachy
kościołów i wyższych budynków przepełnione były ludźmi, którzy chcieli
być świadkami naszej klęski. Urządzano uczty i wznoszono toasty za
francuskie zwycięstwo. Jeszcze przed zmrokiem 21 czerwca wszyscy
salwowali się ucieczką, a my dokończyliśmy uczty w ich imieniu [...]. W ciągu 24 godzin żołnierze Wielkiego Narodu, niezwyciężonej Armii
Napoleona, zostali całkowicie pokonani i stracili wszystko: swoje
armaty, amunicję, pieniądze i tabory wpadły w ręce wygłodzonej armii
Brytyjczyków i Portugalczyków13.
No cóż, można oczywiście namawiać do lektury prac Napiera, Omana i Fortescue czy pamiętników z epoki, a także do lektury prac bardziej
współczesnych historyków, ale dobrą alternatywą są dziś książki z serii
"Historyczne Bitwy", w których m.in. podajemy wiedzę na temat zmagań na
Półwyspie w skondensowanej formie. W niniejszym tomiku proponuję
przyjrzeć się tej wojnie z perspektywy angielskiej, skupiając się na
szlaku bojowym Wellingtona14. Piszę zatem o Vitorii jako o zwycięstwie angielskim, a nie o Vitorii jako o przegranej Francuzów.
Warto też uwypuklić rolę Wellingtona w uwolnieniu Hiszpanii od okupacji
francuskiej. To bowiem on, "generał sipajów", jak go pogardliwie nazywał
Napoleon, tak długo i skutecznie nękał Francuzów w Portugali i Hiszpanii, że po bitwie pod Vitorią w końcu udało mu się zmusić ich do
ucieczki za Pireneje. To także on pokonał Napoleona pod Waterloo i ostatecznie zamknął napoleoński etap historii, kładąc podwaliny pod
wspaniały XIX wiek, który zakończył się z wielkim hukiem dopiero w sierpniu 1914 roku15.
Rozdział I. Cienka czerwona linia Wellesleya
Przyjąłem ich w szyku liniowym, do jakiego nie byli
przyzwyczajeni16.
Arthur Wellesley po bitwie pod Vimeiro
Generał Arthur Wellesley wylądował 1 sierpnia 1808 roku w portugalskiej
zatoce Mondego i kilka kolejnych lat spędził na Półwyspie Iberyjskim.
Jak pisze jego biograf, prowadził tam tryb życia, który mógł nadszarpnąć
zdrowie każdego człowieka. Przez cały okres wojny rzadko rozbierał się
do snu. Całe dnie, od świtu do zmierzchu, spędzał na koniu. Nie znał
regularnych posiłków, jadał, gdy znalazł chwilę, niekiedy przez 24
godziny nie miał nic w ustach17.
Nadaje się tylko do wojska!
Urodził się jako Arthur Wellesley18 29 kwietnia 1769 roku w arystokratycznej rodzinie angielskiej, osiadłej w irlandzkim Dublinie.
Czasami przypisywano mu irlandzkie pochodzenie, ale zbywał to żartem,
mówiąc, że jeżeli ktoś urodził się w stajni, to nie oznacza wcale, że
jest koniem... Chodził do szkoły w Eton, a potem podobno twierdził, że
"bitwa pod Waterloo została wygrana na boisku w Eton". W szkole nie
odznaczył się błyskotliwymi zdolnościami, a jego własna matka uważała,
że w najlepszym wypadku nadaje się tylko do wojska, ale, jak się
okazało, pasował tam wyśmienicie.
Potem kształcił się we Francji, w wojskowej akademii w Angers, gdzie
nauczył się jeździć konno, szermierki i francuskiego, a przede wszystkim
polubił Francję i Francuzów, dodajmy - tych prawdziwych cywilizowanych
Francuzów. W marcu 1787 roku osiemnastoletniemu Arthurowi rodzina,
dzięki swoim koneksjom, pomogła uzyskać patent chorążego 73. Pułku
Piechoty. Później awansował w podobny sposób, jako ktoś z właściwej
sfery - jeden z nas. Stopień kapitana otrzymał 30 stycznia 1791, a stopień majora 33. Pułku Piechoty kupił (sic!) w roku 1793 za pieniądze
pożyczone od brata. Stopień podpułkownika i dowództwo 33. Pułku uzyskał
kilka miesięcy później.
W 1794 roku jego pułk brał bezpośredni udział w walkach we Flandrii. Był
to jego chrzest bojowy. Bardzo krytycznie oceniał wtedy organizację
brytyjskiej armii i jej dowódców. Kolejny etap to Indie Wschodnie, gdzie
nowym gubernatorem generalnym został niebawem jego brat, markiz Richard
Wellesley. Walki w Indiach przebiegały ze zmiennym szczęściem, ale
Arthur dał się tam poznać jako dobry wojskowy, oczywiście awansował, ale
przede wszystkim zyskał doświadczenie, w tym administracyjne, jako
gubernator prowincji Seringapatam i Mysore.
W lipcu 1801 roku otrzymał stopień generała brygady. W roku 1805 wrócił
na własną prośbę do Anglii, już jako generał-major. W 1807 roku brał
udział w angielskiej interwencji w Danii. W kampanii tej doszło do
bombardowania Kopenhagi, co wiązało się z ofiarami wśród ludności
cywilnej... Dodajmy, że był też posłem i czynnym politykiem, piastując
stanowisko sekretarza ds. Irlandii. W kwietniu 1808 roku awansował na
stopień generała-lejtnanta19, co uprawniało go do
dowodzenia na polu bitwy. Dzięki temu mógł niebawem objąć dowództwo
korpusu w sile 9000 żołnierzy, przeznaczonego początkowo do interwencji
w Wenezueli, gdzie zamierzano wesprzeć powstanie separatystów pragnących
oderwać kolonię od Hiszpanii, czyli po prostu umocnić tam wpływy
angielskie. Hiszpania formalnie była jeszcze wrogiem Anglii. Z tego
pomysłu na razie nic nie wyszło, co bardzo rozżaliło przywódcę
wenezuelskich separatystów - Francisca de Mirandę.
Korpus Wellesleya był więc do wykorzystania. Wzmocniono go później
dywizją generała Brenta Spencera w sile 5000 żołnierzy, która także była
gotowa do akcji po tym, jak zrezygnowano z uderzenia na hiszpańską
Ceutę. W końcu do dyspozycji otrzymał także oddziały generała Johna
Moore'a, wraz z samym generałem, który mu się podporządkował. Z taką
siłą miał interweniować na Półwyspie. Gdzie? Okazało się, że na razie w Portugalii. Kampanię portugalską strategicznie wygrał wtedy z Junotem,
ale przegrał "politycznie" po podpisaniu z Francuzami konwencji z Cintra
i na własną prośbę wrócił do Anglii. Po hiszpańskiej katastrofie Moore'a otrzymał ponownie propozycję objęcia dowództwa nad kolejną ekspedycją na
Półwysep.
Po drugim lądowaniu w Lizbonie, kiedy to stanął na czele mikroskopijnej
armii, liczącej około 20 000 żołnierzy, oczekiwało go zadanie polegające
na sprawdzeniu, czy będzie w stanie obronić Portugalię. Podejmując się
tego, odrzucał jednocześnie diagnozę Moore'a, że Portugalii nie da się
obronić. A wszystko to w sytuacji ogromnej przewagi liczebnej Francuzów
i braku zaufania angielskiego dowódcy zarówno do swojej armii, jak i do
pomysłów rządu...
Zaczął od wyrzucenia Francuzów z północnej Portugalii, którzy trafili
tam rykoszetem zaraz po bitwie pod La Coru?ą i ewakuacji resztek
ekspedycji Moore'a do kraju. Soult był po prostu w pobliżu granicy
portugalskiej i skorzystał z okazji, aby zająć słabo bronioną prowincję.
Potem Wellesley otrzymał nowe instrukcje, rozszerzające jego
pełnomocnictwa na Hiszpanię, co zaowocowało kampanią Talavery. Poszło
wtedy, jak poszło, ale i tak lepiej niż podczas kampanii Moore'a. W każdym razie zyskał sławę zwycięzcy i tytuł wicehrabiego Wellingtona. I już jako Wellington wycofał się do Portugalii, rozżalony na trudności
współpracy z Hiszpanami. Po prostu postanowił się tu dosłownie okopać i spokojnie czekać na ewentualną kolejną inwazję francuską.
Największy plan Wellingtona w tej wojnie to właśnie te jego okopy, czyli
budowa umocnień broniących Lizbonę, nazwanych umownie Liniami Torres
Vedras. Był to projekt defensywny, ale Wellington miał tendencję do
wybierania ostrożnych rozwiązań. Na polu walki dowódca jest tyle wart,
ile jest w stanie wziąć na siebie odpowiedzialności - zarówno za całą
strategię, jak i potem taktykę podczas przebiegu bitwy. Co prawda już na
początku wojny, po zwycięskiej bitwie pod Vimeiro w Portugalii, chciał
atakować dalej, ale przeszkodzili mu w tym zwierzchnicy. Później, po
Talaverze, nie atakował, bo nie miało to szans powodzenia. Pod Buçaco
przyjął także defensywną pozycję wobec atakujących Francuzów. Nie
uchylił się od bitwy, ale ograniczył się do obrony zajmowanych pozycji,
i to w dość krótkim czasie, bo pozycje te niebawem opuścił i schował się
za Liniami Torres Vedras. Wygrał wtedy czy w sumie przegrał, opuszczając
zajmowane pole bitwy? Ten odwrót został bardzo ostro skrytykowany,
zarówno przez portugalską regencję, jak i polityków w Londynie.
Wellington miał własny plan. Schronił bezpiecznie własną armię za
fortyfikacje i pozwolił Francuzom, aby zniszczyła ich własna siła,
własna armia, którą należało wyżywić w kraju, gdzie nie byli się w stanie aprowizować dzięki taktyce spalonej ziemi i przy przerwanych
liniach komunikacyjnych. Ryzykował mniej, wręcz nic, kiedy decydował się
na bezpieczny odwrót. Ryzykowałby utratę armii, gdyby wtedy po Buçaco
nadal atakował Francuzów. Ale... przecież mógł to zrobić wcześniej, mógł
wycofać się szybciej, nie przyjąć wymuszonej przez okoliczności bitwy i oszczędzić życie wielu żołnierzy! Podobno przyjął wtedy bitwę z powodów
politycznych.
I takich odwrotów Wellesleya było więcej podczas wojny na Półwyspie! Po
zwycięskiej bitwie pod Salamanką zdarzyła się katastrofa pod Burgos i kolejny odwrót! Powrócił jednak na wojenną scenę w wielkim stylu podczas
wiosennej kampanii 1813 roku, uwieńczonej zwycięstwem pod Vitorią i wyrzuceniem Francuzów za Pireneje.
Niemiecki historyk Fryderyk M. Kircheisen pisał:
Wellington był dumnym Anglikiem, twardym zarówno dla siebie, jak i swoich podwładnych. Odznaczał się też niesłychaną siłą woli, poza tym
jednak pozbawiony był wyższych duchowych zalet. Okazał się wielkim w defensywie i w najtrudniejszych warunkach nigdy nie stracił z oczu
ogólnej sytuacji. Z czasem uzyskał on, wskutek swojej zimnej krwi [...],
niezwykłe doświadczenie wojenne, które w zupełności zastępowało brak
geniuszu. Temu też przypisać należy, że zdołał pobić, o wiele wyżej od
niego stojących pod względem talentu, marszałków Massénę i Soulta, a w 1815 roku samego Napoleona. W swoich wspomnieniach pisze o Wellingtonie
Książę de Broglie: Wellington wzbudzał we mnie zawsze poczucie szacunku
i nieprzystępności. Był on w gruncie rzeczy prawdziwym Anglikiem z krwi
i kości, miał duszę prostą i prawą, był przewidujący, lecz twardy, zimny
i cokolwiek... ograniczony20.
Wellingtonowi zarzucano, że nie jest tak lotny intelektualnie jak
Napoleon. Może nie wybierał na polu walki tak błyskotliwych rozwiązań,
ale stosował rozwiązania skuteczne i to w końcu on okazał się bardziej
skuteczny od Bonapartego. Kiedy trzeba było się wycofać, to wycofywał
się, nie przejmując się honorem i ambicjami. Przede wszystkim oszczędzał
swoich żołnierzy, czego nie robił Napoleon, który patrząc kiedyś na
stosy francuskich trupów na polu bitwy, powiedział, że Francuzi odrobią
te straty w jedną wiosenną noc.
Zdaniem Georga Bidwella ten angielski generał nie miał ani geniuszu
Napoleona, ani jego wad:
"Geniusz jest darem wrodzonym, niezależnym od prawości czy innych
osobistych cech charakteru; bywa, że jeden człowiek kojarzy w sobie
geniusz, rzecz rzadką, z prawością, częściej może spotykaną. Napoleon
jest geniuszem, ale nie cechuje go szlachetność charakteru. Wellington
nie posiada geniuszu, ale jest człowiekiem prawym. Z prawością
charakteru łączy jasność myślenia i szybkość decyzji. Napoleon ma
niespokojny umysł i niespokojne ciało. Wellingtona cechuje w wysokim
stopniu umysłowe i fizyczne zdyscyplinowanie. Napoleon pozwala się
sprowadzić z wytkniętej drogi nowymi, genialnymi pomysłami. Wellington
będzie prosto i uparcie zdążał do celu, widząc wprawdzie dywersje i pokusy, ale nie zbaczając z raz obranej drogi ani na jotę. Jest to
przykład, że na wojnie, aby zwyciężyć nawet geniusza, nie trzeba być
również geniuszem. Może wystarczyć doskonałe opanowanie rzemiosła
wojennego i niezachwiana determinacja. Wellington oddaje swoje z trudem
nabyte mistrzostwo w rzemiośle wojennym w służbę kraju, po prostu i zwyczajnie, bez dramatycznej teatralności, a nawet bez żądzy sławy. Dla
niego najważniejsza jest wierność własnemu kodeksowi honoru i służby.
Napoleonowie się rodzą. Wellingtonowie to wynik własnej pracy człowieka
nad sobą"21.
No cóż, Napoleon niewątpliwie genialnie rozwiązywał problemy, których
większość sam stwarzał... Z kolei sir Walter Scott tak oceniał Wellesleya
pod koniec 1808 roku:
Człowiek wielce utalentowany, wręcz genialny, niezwiązany przesądami,
nie skostniały w pedanterii swego zawodu, generał i bohater, w porównaniu z którym większość naszych wojskowych dowódców to tylko
sierżanci, a w najlepszym razie adiutanci22.
Angielski współczesny autor Bernard Cornwell uważa, że choć Wellesley
był zadufanym, nieprzyjaznym i zimnym jak lód okrutnikiem, to piekielnie
dobrze walczył23. Niewątpliwie brakowało mu czegoś, co można by
nazwać elastycznością socjalną w stosunkach z innymi ludźmi, w jego
wypadku głównie z oficerami i żołnierzami jego armii. Może brakowało mu
empatii, a może była to tylko maska nieśmiałego człowieka, który był
jednak śmiałym generałem i wiedział, jak prowadzić wojnę.
Sam Wellington tak to definiował:
Cała sztuka prowadzenia wojny, a w istocie cała sztuka życia polega na
tym, by odgadnąć to, czego się nie wie, na podstawie tego, co się wie;
nazywam to zgadywaniem, co jest po drugiej stronie wzgórza24.
Jednak im bardziej wnikamy w szczegóły jego działań i w jego dokumenty,
tym bardziej szanujemy go i podziwiamy jako generała, a tym mniej lubimy
go jako człowieka25.
"Wellington był dumnym, pysznym człowiekiem" - pisze amerykański
historyk John Abbott. Żaden żołnierz go nie kochał, ale wszyscy ulegali
jego silnej woli. W Hiszpanii najpierw chwalono angielskie wojska, ale
były one tak wyalienowane, że wkrótce zmieniono zdanie. Hiszpanie byli
zbyt dumni na to, aby móc znieść ich pogardliwą wyższość. Niezadowolenie
z czasem stało się tak duże, że niektórzy hiszpańscy generałowie
rozważali przejście na stronę Józefa, jeżeli przyznałby im niezależne
dowództwo26.
Jeżeli jeszcze dodamy do tego zachowanie się angielskich oddziałów w Hiszpanii, które było porównywalne do zachowania się wojsk francuskich -
choćby po zdobyciu Badajoz, gdzie Anglicy dopuścili się gwałtów,
rabunków i morderstw - nie sposób nie przyznać racji krytykom obecności
angielskiej w Hiszpanii.
Trudno powiedzieć, czy wadą, czy zaletą było to, że starał się być
wszędzie i kontrolować wszystko. Krytykował każdego, kto postąpił wbrew
jego rozkazowi. Wellington, zdaniem Omana, w stosunku do zdecydowanej
większości oficerów, a nawet wielu generałów czy szefów wydziałów
odnosił się z wielkim dystansem: rzucał im poniżające, obraźliwe
komentarze czy udzielał nagany w obecności innych, a ich rady wyraźnie
ignorował. Rozmowa z naczelnym dowódcą była tak wyczerpującym nerwowo
przeżyciem, że niektórzy oficerowie odchodzili, zalewając się łzami.
Wellington uważał za niewybaczalny grzech swoich podwładnych jakikolwiek
przejaw samodzielnego myślenia27.
Zakończmy ten wątek opinią pamiętnikarza epoki, Charlesa Greville'a,
który tak pisał o żelaznym księciu:
Jego wielkość wynikała z kilku uderzających właściwości: z doskonałej
prostoty charakteru człowieka pozbawionego odrobiny próżności czy
zarozumialstwa, lecz posiadającego głęboką i niezłomną wiarę w siebie, z umiłowania prawdy, której nigdy nie mącił żaden kaprys czy skłonność do
przesady, oraz z niewzruszonego poczucia obowiązku, które czyniło go
najskromniejszym obywatelem i najbardziej posłusznym poddanym [...]. Był
całkowicie pozbawiony osobistych, z egoizmu płynących ambicji - i o żadnym człowieku nie można by słuszniej powiedzieć, że jego wielkość
została mu niejako narzucona. Właśnie ta trzeźwa bezinteresowność oraz
poczucie obowiązku i moralnej odpowiedzialności sprawiły, że górował nad
Napoleonem Bonaparte, który - obdarzony większym geniuszem i pomysłowością - był niewolnikiem własnych namiętności, nieznającym
hamulców moralnych, obojętnym na dobro czy szczęście swych bliźnich, i który w pogoni za celami, jakie podsuwała mu wyobraźnia, deptał bez
umiaru czy skrupułów wszelkie prawa boskie i ludzkie, nie zważając na
żadne przeciwne okoliczności i obalając wszelkie przeszkody stojące na
drodze do spełnienia jego bezwzględnych i despotycznych życzeń28.
Królewski szyling
Jaką armią dysponował Wellington? Angielskie pułki (regimenty), składały
się w tym czasie przeważnie z dwóch batalionów, czasem z trzech, a nawet
i więcej (np. regimenty 95. i 60. liczyły ich po pięć). Należy zwrócić
uwagę, że angielskie regimenty nie były jednostkami taktycznymi, tak jak
francuskie, które składały się z trzech batalionów walczących
równocześnie. Były to jednostki administracyjne. Jednostkę operacyjną
armii na Półwyspie stanowił zawsze batalion w sile dziesięciu kompanii,
dowodzony przez pułkownika lub podpułkownika. W tym osiem kompanii
stanowiło tzw. centrum, a dwie kompanie flanki batalionu; prawa flanka -
grenadierów i lewa - lekka kompania. Każda kompania liczyła po 100
żołnierzy, czasem z rozmaitych powodów mniej. Teoretycznie batalion miał
35 oficerów oraz 1000 szeregowców, do tego dochodzili sierżanci i dobosze, co dawało łączną liczbę około 1150 żołnierzy, ale zdarzało się
to rzadko29.
Starano się stosować zasadę, że do walki na kontynencie wysyłano tylko
jeden, z reguły pierwszy batalion, podczas gdy drugi zostawał w koszarach. Bataliony wysłane na Półwysep uzupełniano żołnierzami z batalionu pozostawionego w kraju. Wiele batalionów walczących poza
Anglią nie miało pełnych stanów, czasem liczyły niespełna po 500
żołnierzy. Każdy pułk miał swój numer i nazwę, najczęściej hrabstwa, w którym został sformowany. Jednostką taktyczną była najpierw brygada
składająca się najczęściej z dwóch-trzech batalionów. Z dziesięciu
brygad, na które początkowo została podzielona armia na Półwyspie,
siedem miało tylko po dwa bataliony, a pozostałe trzy - po trzy
bataliony. Dopiero 18 czerwca 1809 roku wprowadzono podział na dywizje.
Sformowano wtedy cztery dywizje, z których pierwsza składała się z czterech brygad, a trzy pozostałe miały po dwie. Generał-lejtnant John
Coape Sherbrooke objął dowództwo 1. Dywizji, generał-lejtnant Rowland
Hill 2. Dywizji, generał-major John Randoll Mackenzie of Suddie30
3. Dywizji, a generał brygady Alexander Campbell 4. Dywizji31.
W miarę napływu posiłków z Anglii formowano nowe dywizje i tak 22 lutego
1810 roku utworzono kolejną, bez numeracji, Lekką Dywizję dowodzoną
przez generała-majora Roberta Craufurda. W sierpniu 1810 roku Wellington
utworzył 5. Dywizję dowodzoną przez generała-lejtnanta Jamesa Leitha. W październiku 1810 roku powstała 6. Dywizja, którą dowodził generał
Alexander Campbell, a w marcu 1811 roku 7. Dywizja, w której w krótkim
czasie zmieniło się kilku dowódców.
Warto zwrócić uwagę na skład etniczny brytyjskiej armii, w której
służyło wielu Szkotów i Irlandczyków. Jak twierdził kapitan Hogan,
występujący w napoleońskiej serii Bernarda Cornwella: "My, Irlandczycy,
jesteśmy diabelnie zdolni. Jeden Bóg tylko wie, jak wy [Anglicy]
radzilibyście sobie bez nas!"32.
Wellesley, jak uważa jego biograf, nie pokładał zbyt wielkiego zaufania
w swoich żołnierzach - angielskich czy irlandzkich33.
Zwykli żołnierze to ostatnie męty, ponieważ do służby wojskowej zaciąga
się najgorszy element... Angielscy żołnierze to chłopy, którzy zaciągnęli
się dla picia... Ludzie mówią, że zaciągają się z walecznych pobudek -
wszystko to brednie, nic z tych rzeczy. Niektórzy z naszych żołnierzy
zaciągnęli się, bo mają nieślubne dzieci, inni, bo popełnili drobne
przestępstwa, znacznie więcej dla wypitki. Trudno sobie wyobrazić taką
bandę razem wziętą [...]. A podoficerowie nie są lepsi od swoich
żołnierzy. Nie ma takiej zbrodni w rejestrze Newgate34, jakiej
by nie dopuścili się ci żołnierze, którzy wciąż opuszczają swe oddziały
w poszukiwaniu łupów35.
Później jednak często dodawał: "To naprawdę cudowne, że zrobiliśmy z nich tak wspaniałych facetów, jakimi dziś są. Mogę z nimi zrobić
wszystko, pójść z nimi wszędzie".
Angielski autor serii powieści historycznych o przygodach złego wojaka
Richarda Sharpe'a w literackiej formie przedstawił opinię Wellingtona o swoich żołnierzach:
To złodzieje, mordercy i głupcy, gwałciciele i pijacy. Żaden z żołnierzy
nie wstąpił do armii z miłości do ojczyzny lub Króla. Znaleźli się w szeregach, bo byli pijani, kiedy sierżant werbunkowy zawitał do ich wsi,
albo kiedy władze miejskie dały im do wyboru więzienie albo armię, albo
że dziewczyna była w ciąży i domagała się małżeństwa, albo byli
kompletnymi głupcami, którzy uwierzyli w werbunkowe kłamstwa, albo po
prostu dlatego że armia oferowała im pintę rumu i trzy posiłki dziennie,
a większość z nich była dotąd głodna. Byli bici batem na rozkaz
oficerów, którzy nigdy tego nie doświadczyli, bo przeważnie byli
gentelmanami. Wymyślano im od pijaków, wieszano bez sądu, kiedy ukradli
choćby kurczaka. W Anglii, kiedy opuszczali koszary, ludzie przechodzili
na drugą stronę ulicy, żeby uniknąć spotkania z nimi. Często nie
wpuszczano ich do tawern. Płacono im kiepsko, a to, co płacono,
zabierano na koszty wyposażenia, jeżeli coś im jeszcze zostało, to zaraz
przegrywali to w karty. [...] Mieli jednak dwie zalety - byli dumni i potrafili oddawać salwy plutonami. Byli mordercami w czerwonych kurtkach
i potrafili dobrze zabijać36.
Kiedy angielski poddany dał się "przekonać" sierżantowi werbunkowemu po
wypiciu kilku piw w lokalnej gospodzie, to podpisywał "listę" i stawał
się oficjalnie żołnierzem Jego Królewskiej Mości, króla Jerzego III. Otrzymywał wtedy "królewski szyling"37,
czyli w praktyce dwie gwinee o wartości 21 szylingów. Potem teoretycznie
otrzymywał jeden szyling dziennie, ale dlatego teoretycznie, że część
żołdu była odliczana na koszty wyposażenia i utrzymania.
Poza wkładem sierżantów werbunkowych, którzy służyli koronie, werbując
włóczęgów i pijaków w gospodach całego kraju, stąd określenie "scum of
the earth", regimenty uzupełniano także ludźmi służącymi w rozmaitych
paramilitarnych oddziałach lokalnej milicji, The British Militia,
powołanej ustawą parlamentu z roku 1757, czyli w ochotniczych oddziałach
tworzonych dla bezpieczeństwa wewnętrznego oraz zagrożenia inwazją
francuską. Pozwalało to na wykorzystywanie regularnych jednostek do
służby zagranicznej, a w okresach szczególnego zagrożenia stanowiło
główną bazę rekrutacji do regularnej armii. Do roku 1815 wcielono do
regularnej służby około 110 000 członków lokalnych jednostek
paramilitarnych. Ci ludzie, także ochotnicy innych paramilitarnych
formacji, jak The Volunteer Corps czy Yeomanry Regiments, byli na
zupełnie innym poziomie niż ktoś, kto wieczorem trafił do tawerny, a rano wytrzeźwiał w koszarach albo na pokładzie okrętu. Jaki powinien być
zatem idealny angielski żołnierz zdaniem innych żołnierzy?
Żołnierz, aby być dobrym żołnierzem, musi kochać swój zawód, znaleźć
radość w sobie i mieć takiego ducha rywalizacji, który nie pozwoli mu
pozostać w tyle, a mimo to powinien być tyle opanowany, aby zbytnio nie
wyróżniać się od innych, co ostatnio jest tak modne w Anglii i nie
próbować wyróżnić się żadnym z tych modnych absurdów, tak bardzo
popularnych w Anglii38.
Piechurzy umundurowani byli w tradycyjne czerwone kurtki (scarlet
tunic), białe spodnie (raczej szare) oraz czaka z podwyższonemu
przodem, aby wydawali się wyżsi. W Ameryce mówiono o nich lobsters
(homary)... Skąd się wzięły czerwone kurtki brytyjskich żołnierzy?
Niektórzy uważali, że na czerwonym tle nie widać śladów krwi, co nie
stresuje poborowych. To raczej mit. Otóż podczas trwania angielskiej
wojny domowej39 parlament w lutym 1645 roku postanowił przyjąć
jeden standard dla armii, w tym ujednolicić jej umundurowanie (New Model
Army), czyli szyć mundury żołnierzy z materiału w tym samym, łatwo
rozpoznawalnym kolorze. Padło na czerwone sukno, które było wtedy
stosunkowo tanie i łatwo dostępne. Potem po prostu kontynuowano tę
tradycję, a nazwa "czerwone kurtki" stała się czymś w rodzaju synonimu
brytyjskich żołnierzy, wymiennie - obok pochodnej od koloru "czerwonej
linii".
Walczący na Półwyspie żołnierze elitarnego 95. regimentu Rifle40
oraz 5/60. (Royal American) nosili bardziej współczesne zielone
mundury41, co wynikało z doświadczeń wojny amerykańskiej.
Oficjalnie armia brytyjska stacjonująca poza krajem otrzymała mundury
koloru khaki dopiero w 1902 roku, po wojnach burskich. Mundur w jednolitym kolorze dawał żołnierzowi poczucie przynależności, a karabin
poczucie bezpieczeństwa.
Standardowa broń angielskiego piechura w tym okresie to tzw.
czarnoprochowy muszkiet land pattern z zamkiem skałkowym (fintlock),
gładką lufą, kaliber 0.75 cala (19,05 mm) ładowany oczywiście od przodu,
potocznie zwany Brown Bess42. W okresie wojen napoleońskich
wykorzystywano głównie model India Pattern43. Długość całkowita:
1403 mm, długość lufy: 990 mm, waga: 4,39 kg. Standardowy bagnet armii
brytyjskiej liczył 43 mm.
W epoce Brown Bess brytyjska armia wzięła udział w pięciu dużych
wojnach: wojnie siedmioletniej (1756- -1763), amerykańskiej wojnie o niepodległość (1775- -1783), wojnach Francji rewolucyjnej (1792-1802),
wojnach napoleońskich (1803-1815) i w wojnie krymskiej
(1853-1856)44 - praktycznie ostatniej wojnie "starego typu", w której udział wzięło jeszcze kilku weteranów wojny na Półwyspie.
Często uważa się, że angielska Brown Bess sprawdzała się lepiej niż
analogiczne muszkiety francuskie Charleville Mod?le 177745 czy
pruskie Potzdam musket46, ale opinie czy raczej "sympatie", który
z nich był tak naprawdę lepszy, są podzielone. Podczas wojny o niepodległość Stanów, czyli rewolucji amerykańskiej47,
rebelianci strzelali głównie z muszkietów Charleville dostarczonych im
przez Francuzów, a lojaliści z Brown Bess. Powiedzmy to od razu - ta
czarnoprochowa broń ładowana przez lufę robiła dużo huku i dymu, ale nie
było z niej łatwo trafić do celu, dlatego strzelano salwami, co najmniej
plutonu. Miała jednak stosunkowo dużą siłę rażenia na bliską odległość.
Oddziały riffles, czyli green jackets, uzbrajano w model
zaprojektowany przez rusznikarza z Whitechapel - Ezekiela Bakera,
nazywany później sztucerem Bakera - Baker's rifle, kalibru 0,653 cala
(15,9 mm)48. Sztucer, czy jak kto woli,
karabin49, był nieco lżejszy od "Bess", ważył 4,08 kg, mierzył
bez bagnetu 1162 mm, miał gwintowaną lufę długości 762 mm, co znacznie
zwiększyło zasięg i celność broni, ale oznaczało nieco dłuższe
ładowanie. Podczas wojny na Półwyspie w sztucery Bakera wyposażony był
przede wszystkim elitarny 95. regiment, 5/60. oraz portugalscy
caçadores.
Angielskie sztucery miały o wiele większy zasięg niż francuskie
Charleville, co oznaczało, że można było strzelać do nieprzyjaciela,
samemu pozostając poza zasięgiem rażenia jego broni. Miały też większą
skuteczność, czy jak kto woli - celność. Strzelec teoretycznie mógł
oddać trafny strzał na odległość około 180 metrów. Dlaczego
teoretycznie? Szacuje się, że na 20 oddanych strzałów ze sztucera celny
był przynajmniej jeden, podczas gdy strzelając z Brown Bess, stosunek
ten wynosił 1:200, ale tu także zdania są podzielone.
Ciekawe, że Francuzi nie używali gwintowanej broni. Podobno Napoleon nie
miał do niej przekonania. Uważał, że jej ładowanie zajmuje zbyt dużo
czasu i byłoby zbyt trudne dla nowych rekrutów. Gwintowane karabiny,
tzw. Sprengtporten studsare m/1770, stosowali w wojnach z Rosją także
Szwedzi50.
Kiedy wystrzelono kule, to muszkiety były już tylko przedłużeniem
bagnetów. W praktyce do starć na bagnety dochodziło niezbyt często.
Bagnety najczęściej wykorzystywano do celów "obozowych", zupełnie
niezgodnych z regulaminem i przeważnie były pokrzywione i nienadające
się do użytku. Uzbrojenie piechoty w dość prymitywne karabiny z jeszcze
mniej przydatnymi bagnetami miało w dużym stopniu charakter czysto
psychologiczny. Żołnierz, w swojej masie stanowiący głównie cel dla
artylerii przeciwnika, miał z faktu posiadania broni większe poczucie
bezpieczeństwa. Podczas bitwy strzelał i tym samym było dużo huku, dymu,
a czasem nawet udało się kogoś trafić, choć najczęściej przypadkowo,
chyba że strzelał, stojąc w linii, bo celowanie podczas biegu było
praktycznie niemożliwe. Właśnie dlatego strzelano na komendę plutonami
albo linią - wiele wystrzelonych naraz kul miało większą szansę
trafienia przeciwnika.
Większe szanse były w trakcie walki pozycyjnej, np. podczas oblężenia
Saragossy, kiedy zarówno celujący żołnierz, jak i jego przeciwnik, do
którego celował, byli bardziej statyczni. Czasem wystarczyło się
wychylić z okopu, aby otrzymać kulę muszkietową w głowę.
Ładowanie ułatwiono dzięki wcześniejszemu przygotowaniu papierowych
ładunków (cartridge) zawierających proch, przybitkę i ołowianą kulę.
Żołnierz najpierw rozrywał ładunek zębami, aby podsypać proch na zamek
skałkowy, a resztę ładunku z kulą wbijał do lufy wyciorem i był gotowy
do strzału. Wszystko to ułatwiało procedurę i eliminowało konieczność
odmierzania prochu, zanim wprowadzono do użycia metalowe pociski.
Korzystając z gotowych ładunków, oddawano przeciętnie trzy, cztery
strzały na minutę51.
Karabiny oczywiście można było ładować bezpośrednio prochem i ołowianymi
kulami, lecz papierowy patron łączył dokładnie naważkę prochu z kulą,
której już nie trzeba było uszczelniać tzw. flejtuchem. Gotowe ładunki
przygotowywano w zbrojowniach pułkowych, co było zresztą częścią
szkolenia rekrutów, a podczas ekspedycji radzono sobie rozmaicie. W takim gotowym patronie ołowiana kula była minimalnie mniejsza od kalibru
lufy w celu ułatwienia ładowania. Potem należało wycelować i pociągnąć
za spust, który uruchamiał zamek skałkowy - iskra zapalała proch na
panewce i w lufie i następował wystrzał. Kiedy padało, były z tym pewne
problemy, bo wilgotny proch nie chciał się palić. Dlatego też niechętnie
walczono podczas złej pogody52. W ładownicy liniowego żołnierza
powinno się znajdować 60 gotowych patronów oraz krzemienie (flinty) na
wymianę53 (kapiszony zamiast krzemieni wprowadzono znacznie
później).
Musztra piechoty była stosunkowo prosta. Przeszkolenie rekrutów odbywało
się w depotach regimentów54, czyli macierzystych koszarach,
zgodnie z instrukcją opracowaną w 1788 roku przez pułkownika Davida
Dundasa55. Główny manewr piechoty to jak z szyku marszowego
przejść na szyk bojowy i jak utworzyć linię lub czworobok. Podstawę
wyszkolenia stanowiła umiejętność ładowania muszkietu. Polski historyk,
Marian Kujawski, uważa, że regulamin brytyjski różnił się od
francuskiego pod wieloma istotnymi względami. Przede wszystkim nie był
martwą literą, lecz prawdziwą podstawą wyszkolenia żołnierza oraz
prawidłem manewrów na polu bitwy. Nadto kładł on większy nacisk na
działania obronne i na walkę ogniową, którą ułatwiała świeżo wprowadzona
dwuszeregowa linia, szyk, w jakim Anglicy walczyli zarówno w obronie,
jak i ataku56.
Natomiast według francuskiego regulaminu z 1791 roku zasadniczym szykiem
piechoty była trójszeregowa linia według pruskiej szkoły Fryderyka
Wielkiego, strzelająca na komendę salwami plutonów, półbatalionów czy
nawet batalionów, tak by zapewnić ciągłość ognia formacji. W praktyce
prowadzono ogień dowolnie dwoma pierwszymi szeregami; trzeci nie mógł
już skutecznie strzelać. Szykiem do marszu, manewru, a często i do
uderzenia była kolumna o froncie plutonu czy dywizjonu (czyli dwóch
plutonów obok siebie); w boju kolumny były poprzedzane przez
nieregularny chmary tyralierów.
Manewr francuski polegał na tym, że rozwijano kolumny w linię, dopiero
kiedy znajdywano się już w zasięgu ognia przeciwnika, albo w ogóle nie
rozwijano. W taktyce angielskiej chodziło o to, aby celnością
rozpoczętego odpowiednio wcześnie ognia nie dopuścić do rozwinięcia się
kolumny w linię i już na samym początku złamać morale przeciwnika.
Ostatecznie Francuzi zaniechali prób ataku w szyku iniowym. Dlaczego?
Otóż francuska armia rewolucyjna składała się początkowo z niewyszkolonych ochotników, których do walki posyłano w kolumnach,
uważając, że do walki liniowej niezbędni są zawodowi żołnierze. Odnosiło
to skutki w bitwach z Austriakami i Prusakami, którzy także zaczęli
stosować tę taktykę. Jak pisze angielski historyk, jedynie armia
brytyjska, łącząca konserwatyzm ze zdrowym rozsądkiem, w dalszym ciągu
walczyła w linii. Toteż w rzadkich okazjach, kiedy spotykała się z Francuzami w Egipcie i we Włoszech Południowych, miała nad nimi
przewagę, jakiej nie osiągał żaden inny naród. Teraz zaś, w ciągłych
kampaniach na Półwyspie, raz po raz wąskie czoło francuskiej kolumny
zmiatał skoncentrowany ogień długiej czerwonej linii. To ciekawe, że
największy geniusz wojenny czasów nowożytnych nigdy nie próbował
zreformować przestarzałej taktyki swojej piechoty57.
Angielski pisarz Bernard Cornwell uważa jednak, że atak francuskiej
piechoty był przerażającą sprawą. Cesarskie oddziały nie atakowały w linii, ale szerokimi kolumnami. Szereg za szeregiem, każdy złożony z ciasno ustawionych ludzi, nad głowami których błyszczą bagnety.
Żołnierze z czołowego szeregu i ze skrzydeł padali, gdy zostali
ostrzelani przez harcowników wroga, czasami też kula armatnia rozorywała
gęsto upakowaną formację piechoty, ale Francuzi tylko zwierali szyki i maszerowali dalej. Ten widok wzbudzał strach, poczucie ich mocy było
paraliżujące i nawet najdzielniejsi ludzie mogli się załamać na taki
widok58.
Często stosowaną formacją francuską był tzw. szyk mieszany (ordre
mixte), który łączył pewne zalety linii i kolumny - poprzez ustawienie
na zmianę w brygadzie czy pułku batalionów sformowanych w linie
trójszeregowe i kolumny. W wypadku tej formacji ustawione naprzemiennie
rozwinięte bataliony miały dużą siłę ognia, podczas gdy znajdujące się
między nimi kolumny zapewniały trwałość i zabezpieczały przed atakującą
skrzydła jazdę59.
Taktyka walki angielskiej piechoty miała się sprawdzić na Półwyspie
zaraz w jednej z pierwszych bitew. Po bitwie pod Vimeiro Wellesley
skonstatował: "Przyjąłem ich w szyku liniowym, do jakiego nie byli
przyzwyczajeni". To prawdopodobnie wtedy po raz pierwszy pojawiło się
pojęcie "cienkiej czerwonej linii" (the thin red line), oznaczające
dwuszereg formowany przez brytyjską piechotę. (Dziś "czerwona linia"
potocznie wyznacza granicę, której przekroczenie oznacza
niebezpieczeństwo). Wyrażenie to upowszechniło się jako metaforyczne
określenie całej brytyjskiej armii jednak dopiero po bitwie pod
Bałakławą podczas wojny krymskiej. Jak wyjaśnia Oman:
Zwycięstwa odniesione przez Wellingtona nad jego francuskimi
przeciwnikami były rezultatem umiejętnego zastosowania dwuszeregowej
linii przeciw zwartej kolumnie, która stała się typową formacją bojową
armii francuskiej działającej w ofensywie podczas późniejszych lat
wielkiej wojny, jaka trwała od 1792 do 1814 roku60.
Bitwa pod Vimeiro przekonała Wellesleya, że dobrze dowodzona,
zdyscyplinowana i strzelająca celnie cienka linia brytyjskiej piechoty
mogła powstrzymać Francuzów nacierających kolumnami. Strzelała pierwsza
linia, a potem druga, a ci z pierwszej linii w tym czasie ładowali broń.
Niepisana zasada mówiła, że strzelać należy dopiero wtedy, gdy widzi się
białka oczu zbliżającego się wroga...
Wellesley stosował ponadto pozaregulaminową taktykę ukrywania części
oddziałów, korzystając z ukształtowania terenu, aby w ten sposób z jednej strony zmylić przeciwnika, a z drugiej uchronić żołnierzy przed
zbytecznymi stratami w pierwszej fazie bitwy - szczególnie podczas
wstępnego ostrzału artyleryjskiego. Z tego samego powodu zezwalał też na
oczekiwanie na atak w pozycji "padnij".
Oman uważa, że chociaż stwierdzenie, że Wellesley udał się na Półwysep,
aby pobić szyk kolumnowy liniowym, nie dałoby pełnego wrażenia o jego
intencjach, zasadniczo jest ono zgodne z prawdą. Wyruszył, żeby
wypróbować swoją koncepcję właściwego sposobu użycia formacji liniowej,
która miała swoją specyfikę i swoje ograniczenia. Oto główne z nich:
linia nie może być odsłonięta aż do chwili właściwego starcia, tj. musi
pozostać ukryta tak długo, jak to możliwe; do krytycznego momentu musi
być osłaniana przez linię tyralierów, niemożliwą do przeniknięcia dla
tyralierów przeciwnika; musi być właściwie osłaniana na skrzydłach -
albo dzięki ukształtowaniu terenu, albo przez kawalerię i artylerię.
Taktyka ta sprawdziła się w wielu bitwach stoczonych przez Wellingtona,
także pod Vitorią, gdzie cała armia francuska została otoczona przez
koncentryczny atak ze wszystkich stron, prowadzony przez o wiele dłuższą
linię brytyjską61. Wellington tak sam tłumaczył sukcesy swojej
armii:
Trzeba poznać zasadę użycia i siłę pojedynczego żołnierza, potem
kompanii, batalionu, brygady i tak dalej, zanim można poważyć się na
dowodzenie dywizją czy armią. Sądzę, że znaczną część swojego sukcesu
zawdzięczam uwadze, którą jako oficer w pułku przykładałem zawsze do
drobnych zagadnień taktyki. Niewielu ludzi w armii znało te szczegóły
lepiej ode mnie; to podstawa wszelkiej wiedzy wojskowej. Gdy jest się
pewnym, że zna się możliwości swych narzędzi i sposób posługiwania się
nimi, można poświęcić wszystkie myśli ważniejszym sprawom, jakie narzuca
obecność nieprzyjaciela62.
Wszystko bez logistyki jest niczym
Zanim wysłano żołnierzy na pole walki, należało zapewnić im całe
zaplecze, od mundurów i broni zaczynając, a na transporcie i zaprowiantowaniu kończąc. Na Półwysep wysyłano ze względów praktycznych
głównie piechotę. Natomiast Anglikom brakowało tam kawalerii, środków
transportu i armat. Zwróćmy uwagę, że Anglicy mieli podczas całej wojny
kłopot z transportem swojej kawalerii drogą morską, a wierzchowce
kupowane na miejscu nie spełniały wymaganych standardów ani nie były
odpowiednio wytrenowane.
Konie generalnie źle znosiły podróż morską i zabierały zbyt wiele
miejsca na pokładzie w stosunku do liczby piechurów - w miejsce koni i sprzętu dla trzech kawalerzystów można było przewieźć 16 żołnierzy
piechoty. W żadnej bitwie na Półwyspie Iberyskimi udział kawalerii
połączonych sił anglo-portugalskich nie przekroczył 11%63.
Praktycznie o większość wyposażenia armii, przynajmniej w pierwszej
fazie wojny, trzeba było zabiegać na miejscu. Miało to opłakane skutki,
bo cały ten sprzęt był przeważnie przestarzały i mało efektywny. Stąd
tyle nieudanych oblężeń i dużych strat w ludziach.
Podobno logistyka nie jest wszystkim, ale wszystko bez logistyki jest
niczym... W armii Wellingtona za logistykę odpowiadał w ramach sztabu
naczelnego wodza kwatermistrz (quartermaster general) George Murray w latach 1808-1811 i w latach 1813-1814. Na niższych szczeblach
odpowiednio kwatermistrzowie i płatnicy - oficerowie i podoficerowie
zaopatrzeniowcy. Generał napoleoński, baron Antoine-Henri de
Jomini64, pisze, że logistyka to praktyczna sztuka wprowadzania
oddziałów w ruch. Nie da się prowadzić wojny bez sensownej logistyki,
zabezpieczającej przede wszystkim magazyny, transport i zaopatrzenie
wojska oraz wiele innych ważnych usług i funkcji. Dodajmy: bez dobrych
map65. Diabeł tkwi w szczegółach, choćby tak banalnych jak
zaangażowanie piekarza, który żołnierzowi upiecze chleb - były to
dwukrotnie wypiekane suchary - nie mówiąc już o czymś tak podstawowym
jak transport, aby je dostarczyć.
Szeregowiec Wheeler wspominał:
Zanim opuściliśmy Lizbonę (20 kwietnia 1811), wydano nam dwie racje
dzienne sucharów, pięć racji mięsa i dwie racje wina. Wyposażenie
każdego żołnierza składa się z koca, płaszcza, dwóch koszul, dwóch par
skarpet i dwóch par butów, pary zapasowych podeszew i obcasów poza
innymi drobiazgami potrzebnymi żołnierzowi. Sześćdziesiąt patronów w torbie; wszystko to było zbyt ciężkim ładunkiem dla osła66.
Plan Wellingtona polegał na tworzeniu wielu magazynów rozlokowanych na
terenie całej Portugalii, z których można się było zaopatrywać na drodze
przemarszu. Pod koniec 1811 roku powstało już 30 takich magazynów,
zawierających racje żywnościowe, zapasy wojskowe, amunicję. Zaopatrzenie
było tam dostarczane wozami ciągniętymi przeważnie przez woły.
Wellington często musiał przypominać oficerom, że nie należy ich
przeciążać. Jeżeli drogi były gorsze, zaopatrzenie przewożono karawanami
mułów, które wynajmowano lokalnie wraz z woźnicami. Muł mógł przewieźć w ciągu dnia 200 funtów na odległość 12 mil. Taki magazyn zapewniał
zaopatrzenie oddziałom znajdującym się w promieniu do 50 mil67.
Podstawowe racje żywnościowe składały się z: wołowiny, sucharów,
herbaty, lokalnych warzyw, cukru, ryżu, wina lub mocniejszego alkoholu,
czasem ze świeżego mleka. Ponieważ Portugalia produkowała niewiele
więcej jedzenia, niż było potrzebne do wyżywienia własnej populacji,
racje dla wojska były w znacznym stopniu importowane z Anglii,
dostarczane do Lizbony lub Kadyksu przez Royal Navy.
Przykładowo w świeże mięso wołowe dla garnizonu w Gibraltarze i dla
floty operującej w rejonie Tulonu i Kadyksu Anglicy zaopatrywali się w krajach arabskich na wybrzeżu afrykańskim. Wieprzowina była tam
niedostępna z powodów religijnych. Zapotrzebowanie dzienne wynosiło
ponad 20 ton mięsa wołowego, co oznaczało, że każdego dnia należało
dostarczyć ponad 100 sztuk bydła. Brytyjskie statki zaopatrzeniowe
operowały zatem pomiędzy Tangerem a Oranem, skupując i przewożąc bydło,
za które płacono złotem lub dostawami wojskowymi, w zależności od
zapotrzebowania miejscowych władców. Kontraktowaniem dostaw zajmowali
się angielscy konsulowie akredytowani w tych krajach68.
Wołowina była "trzymana na kopytach tak długo, jak to było możliwe", a uboju dokonywano najczęściej już w obozie jednostki, która miała ją
konsumować. Miało to tę zaletę, że wołowina "transportowała" się sama,
ale oznaczało to również, że tam, gdzie bydło było pędzone w długą drogę
bez dobrych pastwisk, pozyskane do jedzenia mięso było twarde i żylaste.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki