Strażnik
Viten dorastała w królewskim zamku, otoczona miłością rodziców, choć każde z nich przygotowywało ją do przyszłości na swój sposób.
Ojciec, władca ośmiu królestw, uczył ją strategii, walki i dowodzenia. Wierzył, że przyszły władca musi rozumieć ciężar decyzji i cenę odpowiedzialności. Wychodził przed zamek bawiąc się z nią łukiem dla dzieci i drewnianym mieczem. Gdy Viten skończyła pięć lat w prezencie urodzinowym dał jej pierwszego, białego kuca. Siedząc na nim, przy boku ojca mogła poznawać lasy i góry otaczające stolicę Mean Inez.
Lecz to prezent na jej siódme urodziny był tym, który zmienił najwięcej. Świt siódmych urodzin był chłodny i cichy. Ojciec zabrał ją na pusty plac treningowy. Nie było tam ozdób ani świadków. Tylko oni i poranne światło. Wyjął niewielki miecz. Miecz. Prawdziwy, lekki miecz, wykonany z najlżejszej ze stali, którą jedynie Dzikie Elfy potrafiły obrabiać. Ostrze było proste, nieproporcjonalne do dziecięcych dłoni, ale nie zabawkowe. Przy jelcu, w ciemnym metalu, osadzony był mały kawałek bursztynu. Nie błyszczał nachalnie, raczej żarzył się ciepło, jak zatrzymane światło. Rękojeść owinięta była skórą, jeszcze sztywną, jakby czekała, aż dopasuje się do dłoni właścicielki. Król nie wygłaszał przemowy. Powiedział spokojnie,
- Ten miecz powstał dawno temu, gdy po raz pierwszy pomyślałem o tobie. W dniu gdy twoja matka powiedziała mi, że w nosi nasze dziecko. Powstał, nie po to, żebyś walczyła już teraz. Teraz jest jeszcze dla Ciebie zbyt duży, ale dorośniesz do niego. To nie broń na dziś. To przypomnienie. Masz czas. Dorośniesz i zaczniesz go używać, gdy będziesz gotowa. Jednak już od dziś zacznę cię do tego przygotowywać.
Viten nie zrozumiała wszystkiego, ale zapamiętała ciepło bursztynu i spokój w głosie ojca. Dzień później rozpoczęła pierwsze szkolenie pod jego okiem.
Matka patrzyła na przyszłość córki inaczej. Uczyła ją dworskiej etykiety, sztuki rozmowy, muzyki i tego wszystkiego, co pozwala godnie reprezentować swój lud. Na tym jednak nie kończyła się jej nauka. Viten poznawała historię swojego rodu, dawne prawa, zielarstwo, podstawy leczenia. Choć przykładała się do każdej z tych nauk, jej serce niezmiennie należało do świata poza murami. Tęskniła do przygód. Najbardziej kochała ruch, treningi, jazdę konną, lasy i wolność.
Był jednak moment każdego dnia, który kochała najbardziej. Wieczory. Kiedy kończyły się obowiązki, a korony odkładano na bok, rodzice stawali się po prostu rodzicami. Siadali przy jej łóżku i opowiadali historie przekazywane w rodzie. Smoki szybujące ponad górami, gryfy strzegące pradawnych tajemnic, magiczne istoty żyjące kiedyś obok ludzi. Viten słuchała tych opowieści z zapartym tchem.
Dla niej nie były to tylko baśnie, były obietnicą, że świat jest większy, dziwniejszy i piękniejszy niż mury zamku. Te wieczory stały się jej najpiękniejszym wspomnieniem z dzieciństwa.
Plac treningowy w Mean Inez był pod opieką Gwardii Królewskiej. Był to jeden z największych placów w całym królestwie. Dwadzieścia dwa pokolenia władców dbało o to, aby ich strażnicy byli odziani w najlepsze zbroje, oraz mieli najbardziej zaawansowany sprzęt ćwiczebny. Viten od rana trenowała na tym placu otoczona przez Czerwone Płaszcze. Przez ostatnie osie lat szkoliła się w walce wręcz, walce na miecze, czy strzelaniu z łuku. Na początku szkolił ją sam król, lecz ogrom obowiązków władcy wymusił na nim zatrudnianie coraz nowych mistrzów. Każdy z nich miał swoją wizję Viten i jej walki. Dziś księżniczka trenowała pod okiem Ralena. Wybrał dla niej drewniany miecz i maszynę do treningu siły uderzenia, a potem stanął z boku, obserwując jej trening.
Piasek przesuwał się pod stopami.
Drewno uderzało o drewno. Viten była w ruchu. Lekka. Szybka. Za lekka. Jej kroki były wysokie, miękkie - bardziej taniec niż walka.
Unik. Obrót. Zbyt szeroki ruch.
Strażnik stojący z boku skinął głową, jakby wszystko było w porządku.
- Wystarczy na dziś. Księżniczko, wykonaj ostatnie dziesięć powtórzeń i wracajmy do pałacu - powiedział. Nie podszedł. Nie poprawił jej. - Dobrze ci idzie.
To nie była prawda. Kilku młodych gwardzistów stało kawałek dalej.
- Za lekko - mruknął jeden.
- Bo nie możesz jej dotknąć - odpowiedział drugi - Zresztą jaki sens ma jej szkolenie? -Krótki śmiech - Niedługo i tak ktoś ją dostanie pod swoją straż.
- Kto? Spytał drugi - Wiem, że ja. Król chciał kogoś młodego, pełnego energii. Dowódca już ze mną rozmawiał - Spojrzał w stronę placu. Księżniczka to nie ktoś do walki. To laleczka. Jego kompan parsknął śmiechem.
- Jak dorośnie to ktoś będzie miał ładną laleczkę przy swoim boku, jako król - kontynuował strażnik - Jak ją ustawisz to tak będzie stała. Masz pilnować, aby się nie przewróciła pod ciężarem tych drogich ubrań i dobrze wyglądała. Śmiech był cichy. Ale wystarczający.
Młody mężczyzna w zieleni zatrzymał się. Nie był częścią tej sceny. Jeszcze.
Odwrócił głowę powoli. Podszedł.
- Jak masz na imię?
- Ralen.
Skinął głową. I uderzył go. Czysto. Bez emocji. Słychać było tylko pękającą kość i nagły upadek uzbrojonego strażnika. Ralen podniósł się i ruszył w jego stronę. Nie zdążył.
Za plecami Sethiusa pojawiły się sylwetki, których wcześniej nie zauważył. Zielone Płaszcze. Jeden ze starszych mężczyzn wyszedł pół kroku do przodu.
- Uważaj, młody. - Cisza.
- Z nami nawet twój dowódca nie chce wojny.
Ralen zatrzymał się. Słyszał o ludziach widmach z Kła. Cofnął się. Sethius już stracił zainteresowanie strażnikiem.
- Patrzysz - powiedział spokojnie - Ale nie widzisz. - Krótka pauza.
- I ty miałeś stać na straży, Księżniczki?
Odwrócił się.Stała kilka kroków dalej. Oddychała szybciej. Ale nie przerywała nauki. Podszedł. Blisko. Za blisko jak na dwór. Zatrzymał się tuż przed nią.
Viten uniosła głowę.
Był wyższy. Starszy. Nie dużo - ale wystarczająco, żeby to było czuć. Jego twarz była spokojna. Zbyt spokojna. Spojrzała w jego oczy. Chłodne. Uważne. Potem zobaczyła płaszcz. Zielony...Nie królewski. Nie dworski. Płaszcz ludzi z Kła.
Serce zabiło jej mocniej.To nie był strażnik. To był ktoś z pola. Z miejsca, gdzie naprawdę się walczy.
- Co tak skaczesz, dziewczyno?
Zamarła na moment.
- Ja nie skaczę - krótka pauza. - Ja trenuję.
Sethius przyjrzał jej się uważniej.
- Nie nauczysz się walczyć przy ludziach, którzy boją się skrzywdzić księżniczki.
- A ty się nie boisz? - zapytała ostro. Chwila ciszy i namysłu.
- Nie - Zrobił pół kroku bliżej - Boję się tylko jednego - Że zginiesz... - Spojrzał prosto w jej oczy - przez to, że nie potrafisz walczyć.
Powietrze zgęstniało. Viten nie odwróciła wzroku.
- To mnie naucz.
Sethius patrzył na nią jeszcze chwilę. Jakby coś sprawdzał. Potem odwrócił się lekko. Podniósł drewniany miecz leżący przy palisadzie. Rzucił drugi w jej stronę.
- Stań. - Złapała miecz odruchowo.
- Niżej - Podszedł i jednym ruchem poprawił jej postawę. Pewnie. Bez pytania. - Nie uciekaj.
Zrobił krok w tył. I zaatakował. Pierwsze uderzenie przyszło szybko. Zbyt szybko.
Viten próbowała uskoczyć.
- Nie - Jego głos zatrzymał ją w pół ruchu.
Uderzenie przyszło ponownie. Tym razem zeszła. Ledwo
- Jeszcze raz.
I tym razem nie było już treningu. Była walka.
A wysoko nad nimi, w cieniu kamiennego łuku, król stał przy oknie.
I widział wszystko.