Viper. Pilot F-16 - Dan Hampton

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (28,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Anioł śmierci

24 marca 2003 Na­si­rij­ja, Irak

- No już... no już...

Za­ci­sną­łem zę­by. Z tru­dem roz­luź­nia­jąc szczę­ki, cof­ną­łem prze­pust­ni­cę1) jesz­cze bar­dziej i skie­ro­wa­łem nos F-16 o kil­ka stop­ni w kie­run­ku zie­mi. Gdy Vi­per opa­dał po­wo­li ku za­ku­rzo­ne­mu brą­zo­we­mu mę­tli­ko­wi, po­czu­łem dziw­ne ner­wo­we skrę­ca­nie w kisz­kach.

1) Otwar­cie prze­pust­ni­cy (prze­sta­wie­nie dźwi­gni ste­ro­wa­nia do przo­du) po­wo­du­je zwięk­sze­nie mo­cy (cią­gu) sil­ni­ka, a za­mknię­cie (prze­sta­wie­nie dźwi­gni do ty­łu) - zmniej­sze­nie mo­cy (cią­gu) sil­ni­ka (przyp. Bar­tosz Gło­wac­ki).

- Do wszyst­kich "Gra­czy", do wszyst­kich "Gra­czy"... tu LU­GER go­to­wy do alar­mo­we­go bez­po­śred­nie­go wspar­cia lot­ni­cze­go. Wszyst­kie for­ma­cje zdol­ne do CAS2) (Clo­se Air Sup­port, bez­po­śred­nie wspar­cie lot­ni­cze), zgło­sić się do LU­GER-a na In­dy­go Sie­dem... Po­wta­rzam: wszyst­kie for­ma­cje zdol­ne do CAS, zgło­sić się do LU­GER-a na In­dy­go Sie­dem. Pro­ce­du­ra CAS w to­ku. LU­GER bez od­bio­ru.

2) Po­mo­cą w ob­ja­śnie­niu akro­ni­mów i żar­go­nu lot­ni­cze­go słu­ży słow­ni­czek na koń­cu książ­ki.

Spoj­rza­łem na stos ma­te­ria­łów za­da­nio­wych le­żą­cych na mo­ich ko­la­nach. W ży­ciu nie sły­sza­łem o In­dy­go Sie­dem, mia­łem jed­nak kar­tę łącz­no­ści, któ­ra teo­re­tycz­nie po­win­na za­wie­rać wszyst­kie czę­sto­tli­wo­ści we wszech­świe­cie przy­pi­sa­ne dla da­nej mi­sji.

Pie­przyć to.

Ko­lej­na cho­ler­na czę­sto­tli­wość, któ­rej nie mam. Prze­kli­nam kre­ty­nów, któ­rzy zaj­mo­wa­li się pla­no­wa­niem mi­sji sześć mie­się­cy przed woj­ną. Żło­pa­li ka­wę, sie­dzie­li na tył­kach i spło­dzi­li ogrom­ną ilość ma­te­ria­łów, z cze­go dzie­więć­dzie­siąt pro­cent by­ło do ni­cze­go.

Zna­łem kil­ku z nich. Łeb­scy go­ście, lecz tak bar­dzo prze­ko­na­ni o wła­snej ra­cji, że nie chcie­li słu­chać ja­kich­kol­wiek su­ge­stii. Efek­ty mó­wi­ły sa­me za sie­bie. Nie mia­łem na­wet po­rząd­nej ma­py Ira­ku w du­żej ska­li, a do mi­sji CAS nie po­czy­nio­no zu­peł­nie żad­nych przy­go­to­wań. By­łem Dzi­ką Ła­si­cą (Wild We­asel), po­lu­ją­cą na po­ci­ski zie­mia-po­wie­trze - bez­po­śred­nie wspar­cie lot­ni­cze nie by­ło na­szym pod­sta­wo­wym za­da­niem. Jed­nak ci z nas, któ­rzy wal­czy­li w pierw­szej woj­nie nad Za­to­ką Per­ską al­bo w Ko­so­wie, wie­dzie­li le­piej. Gdy od­dzia­ły na zie­mi po­trze­bo­wa­ły po­mo­cy, każ­dy do­stęp­ny my­śli­wiec miał się tam zna­leźć - i to szyb­ko.

Pa­li­wo... Pa­li­wo... zie­lo­ne sym­bo­le mi­ga­ły po­środ­ku mo­je­go HUD-a (he­ads up di­splay, wskaź­ni­ka prze­zier­ne­go). Wy­łą­cza­jąc je, wpro­wa­dzi­łem szyb­ko no­wą mi­ni­mal­ną ilość pa­li­wa. O wie­le mniej­szą. To mo­gło po­wstrzy­mać sy­gnał ostrze­gaw­czy przed za­wra­ca­niem mi gło­wy, ale nie wpom­po­wa­ło do mo­ich zbior­ni­ków ko­lej­ne­go li­tra JP-8. W do­dat­ku po­peł­ni­łem cięż­ki grzech - kto nie ma dość pa­li­wa, by do­koń­czyć za­da­nie, mu­si wra­cać do ba­zy. Pro­ste.

Al­bo i nie.

To był pią­ty dzień woj­ny nad Za­to­ką Per­ską. Od­dział 3. Ba­ta­lio­nu 2. Puł­ku Pie­cho­ty Mor­skiej zo­stał od­cię­ty na pół­noc od Na­si­rij­ji w po­łu­dnio­wym Ira­ku. We­zwa­li alar­mo­we bez­po­śred­nie wspar­cie lot­ni­cze, co ozna­cza­ło, że wszyst­kie my­śliw­ce, któ­re mo­gły za­re­ago­wać, mia­ły prze­rwać wy­ko­ny­wa­ne mi­sje i po­gnać na od­siecz. To by­ła do­słow­nie spra­wa ży­cia i śmier­ci.

Mo­ją "czwór­kę" (klucz czte­rech my­śliw­ców), po­słu­gu­ją­cą się sy­gna­łem wy­wo­ław­czym RO­MAN 75, na­tych­miast skie­ro­wa­no, że­by­śmy spró­bo­wa­li wy­ko­nać za­da­nie i ura­to­wać ma­ri­nes. Pech chciał, że w na­szą stro­nę nad­cią­ga­ła wła­śnie naj­więk­sza w ostat­nich cza­sach bu­rza pia­sko­wa. Dwa klu­cze my­śliw­ców nie prze­bi­ły się przez nią, a więc nie zna­la­zły też na­szej pie­cho­ty.

Nie ro­bi­łem so­bie więk­szych na­dziei.

To jed­nak by­ła woj­na, mu­sia­łem dzia­łać.

- RO­MAN... RO­MAN... tu CHIE­FTA­IN... po­wiedz...

CHIE­FTA­IN to ten od­dział ma­ri­nes, któ­ry we­zwał bez­po­śred­nie wspar­cie lot­ni­cze. Trzesz­czą­ce ra­dio buch­nę­ło wy­mow­nym ło­sko­tem bro­ni ma­szy­no­wej w tle.

Z tru­dem prze­łkną­łem śli­nę. Wie­dzia­łem, o co py­ta­ją. "Gdzie je­steś, do cho­le­ry?". "Cze­mu to tak dłu­go trwa?". "Mu­sisz zja­wić się tu TE­RAZ al­bo nas wszyst­kich za­ła­twią".

Ob­li­za­łem war­gi, czu­jąc, jak mój ję­zyk szo­ru­je o spierzch­nię­tą skó­rę, któ­ra nie tknę­ła wo­dy od nie­mal ośmiu go­dzin.

- CHIE­FTA­IN... CHIE­FTA­IN... RO­MAN 75 ata­ku­je od po­łu­dnia... sześć­dzie­siąt se­kund.

Po­łu­dnio­wy Irak jest pa­skud­ny. Bez dwóch zdań. Spo­glą­da­jąc na sze­ro­ką rów­ni­nę Me­zo­po­ta­mii, nie po raz pierw­szy za­sta­na­wia­łem się, dla­cze­go ni­g­dy nie je­dzie­my na woj­nę w ja­kieś ład­niej­sze miej­sca? Do Lich­ten­ste­inu, do Ir­lan­dii al­bo na Ber­mu­dy.

Dzi­siaj był tu je­dy­nie brą­zo­wy mę­tlik. Po­strzę­pio­na nie­bie­sko-zie­lo­na bruz­da Eu­fra­tu przy­ga­sła, jak­by ktoś na­krył ją prze­zro­czy­stą brą­zo­wą na­rzu­tą. Zie­mia na wschód od rze­ki, w stro­nę gra­ni­cy z Ira­nem, zwy­kle wy­da­wa­ła się zie­lo­na i dość uro­dzaj­na. Te­raz spo­wi­ja­ły ją od­cie­nie bło­ta. Nie­po­ko­ił mnie ho­ry­zont, po­nie­waż znik­nął za sza­ro­brą­zo­wą ścia­ną, któ­ra kłę­bi­ła się od po­łu­dnio­we­go za­cho­du, okry­wa­jąc Irak zło­wiesz­czą po­mro­ką. Da­lej na za­chód nie­bo po­czer­nia­ło od zie­mi aż do wy­so­ko­ści po­nad pięt­na­stu ty­się­cy me­trów. Słoń­ce by­ło wy­bla­kłą pla­mą po­ma­rań­czy, le­d­wie wi­docz­ną przez za­sło­nę pia­sku.

Ro­zej­rza­łem się po ka­bi­nie - tu re­gu­lu­jąc ja­kieś usta­wie­nie, tam spraw­dza­jąc in­ne. Na pra­wej kon­so­li, ale da­le­ko z ty­łu le­ża­ła płó­cien­na tor­ba, mniej wię­cej wiel­ko­ści pu­deł­ka na bu­ty. By­ły w niej za­strze­żo­ne ta­śmy z taj­ny­mi in­for­ma­cja­mi i dys­kiet­ka z da­ny­mi sa­mo­lo­tu oraz do­dat­ko­we wo­recz­ki na mocz i tro­chę żar­cia. Roz­pią­łem ją i po­ło­ży­łem bli­żej, że­bym - wie­le go­dzin póź­niej - mógł się­gnąć do środ­ka jed­ną rę­ką. Za­wsze nie­cier­pli­wie wy­glą­da­łem chwi­li, kie­dy bę­dę miał oka­zję coś prze­gryźć. Jak­by w na­gro­dę za to, że uda­ło mi się po­zo­stać przy ży­ciu.

Mój my­śli­wiec zszedł po­ni­żej dwóch ty­się­cy me­trów, a ja jesz­cze raz zer­k­ną­łem na zło­wro­gie nie­bo wo­kół mnie. Bu­rza pia­sko­wa by­ła tuż-tuż. Jej front nad­cią­gnął z po­łu­dnio­we­go za­cho­du, otu­la­jąc wszyst­ko brą­zo­wym ca­łu­nem. Odłą­czy­łem się od sa­mo­lo­tów nu­mer trzy i czte­ry, zo­sta­wia­jąc je­dy­nie mo­je­go skrzy­dło­we­go, by krą­żył po­nad re­jo­nem ce­lu. Nie by­ło po­trze­by, że­by­śmy obaj by­li tam w do­le.

- RO­MAN... RO...

W gło­sie wy­su­nię­te­go kon­tro­le­ra na­pro­wa­dza­nia po­brzmie­wa­ła pa­ni­ka, a ja po­ko­na­łem na szczę­ście prze­moż­ną chęć po­chy­le­nia sa­mo­lo­tu na nos i rzu­ce­nia się lo­tem nur­ko­wym do wal­ki. Nie po­mógł­bym im, sam da­jąc się za­bić. Gdy­bym wi­dział zie­mię, by­ło­by ina­czej, lecz ku­rza­wa zu­peł­nie unie­moż­li­wia­ła na­tych­mia­sto­wy atak.

Włą­czy­łem mi­kro­fon, mó­wi­łem wy­raź­nie i bez­na­mięt­nie. Li­czy­łem, że spo­koj­ny, pew­ny głos do­brze im zro­bi, na­wet je­śli sam nie czu­łem się już tak pew­nie. Pi­lo­ci my­śliw­ców są wy­śmie­ni­ty­mi ak­to­ra­mi.

- CHIE­FTA­IN... po­twierdź, że na dro­dze nie ma żad­nych na­szych jed­no­stek. Po­wta­rzam... po­twierdź, że na dro­dze nie ma żad­nych na­szych.

- Po­twier­dzam! Po­twier­dzam... wszy­scy na­si... dro­dze... na wschód od dro­gi...

W od­po­wie­dzi "klik­ną­łem" kil­ka ra­zy prze­łącz­ni­kiem mi­kro­fo­nu, a gdy ku­rza­wa po­ły­ka­ła ma­szy­nę, włą­czy­łem wskaź­nik uzbro­je­nia po­wie­trze-zie­mia i wy­bra­łem je­den z dwóch na­pro­wa­dza­nych na pod­czer­wień po­ci­sków AGM-65G Ma­ve­rick, pod­wie­szo­nych pod skrzy­dła­mi.

Du­że by­ły. Ja­kieś dwie­ście sie­dem­dzie­siąt ki­lo­gra­mów każ­dy - zdol­ne do pre­cy­zyj­ne­go na­pro­wa­dza­nia się na cel po­przez śle­dze­nie róż­ni­cy cie­pła (lub bra­ku cie­pła) wo­kół nie­go.

Ożeż kur­wa...

Ga­pi­łem się na wskaź­nik, wi­dząc to, co wi­dział Ma­ve­rick, czy­li gów­no - wy­bla­kłe do resz­ty, ni­czym ka­nał te­le­wi­zyj­ny, któ­ry za­prze­stał nada­wa­nia w chmu­rze brą­zo­we­go śnie­że­nia.

Ty­siąc dwie­ście me­trów... i dzie­więć ki­lo­me­trów do ce­lu. Nie­wie­le cza­su.

Szyb­ko prze­łą­czy­łem na dru­gi po­cisk. To sa­mo.

- Szlag...

Za­wie­wa­ją­cy pia­sek nie po­ma­gał, lecz nie da­wał się aż tak we zna­ki, mi­mo to z fru­stra­cji wal­ną­łem w osło­nę prze­ciw­od­bla­sko­wą - mia­łem ty­le na gło­wie, że za­po­mnia­łem o za­cho­dzą­cym słoń­cu. Po­ci­ski na­pro­wa­dza­ne na pod­czer­wień dzia­ła­ły świet­nie w no­cy, bo w za­sa­dzie śle­dzi­ły kon­tra­sty, a nie ob­raz w pa­śmie wi­dzial­nym, ale kie­dy słoń­ce wscho­dzi­ło lub za­cho­dzi­ło, przez ja­kiś czas - przed i po - wszyst­ko mia­ło tę sa­mą tem­pe­ra­tu­rę (chy­ba że by­ło ogrze­wa­ne we­wnętrz­nie). Tak zwa­ne "przej­ście do­bo­we" by­ło nie­unik­nio­ne i nie­mal za­wsze za­bu­rza­ło ob­raz wi­dzia­ny w pod­czer­wie­ni. Dla­te­go w ta­kich chwi­lach ko­rzy­sta­li­śmy z in­ne­go uzbro­je­nia. Tyl­ko że ja mia­łem je­dy­nie dział­ko, a to ozna­cza­ło zej­ście bar­dzo ni­sko. I bar­dzo bli­sko.

Ale lu­dzie umie­ra­li. Na­si lu­dzie.

Wy­prę­ży­łem się na­przód w uprzę­ży fo­te­la wy­rzu­ca­ne­go i opa­da­łem da­lej.

Dzie­więć­set me­trów. Pra­wie dzie­więć­set ki­lo­me­trów na go­dzi­nę i co­raz ni­żej. Wbi­łem wzrok w ra­dio­wy­so­ko­ścio­mierz, któ­ry po­da­wał mi cy­fro­wy od­czyt ak­tu­al­nej wy­so­ko­ści nad zie­mią. Zba­wie­nie w mro­ku al­bo przy złej po­go­dzie. Jak te­raz.

Mo­że kurz prze­rze­dzi się na do­le. Na­bra­łem po­wie­trza i zi­gno­ro­wa­łem wa­lą­ce ser­ce. Do­słow­nie ło­mo­ta­ło mi w pier­si. Sło­wo ho­no­ru.

- RO­MAN... RO­MAN... Tur­ba­ny prze­szły dro­gę... są... są... cze­kaj!

"Tur­ba­ny" to skrót od nie­po­praw­ne­go po­li­tycz­nie okre­śle­nia "tur­ba­no­gło­wi", w tym wy­pad­ku ozna­cza­ją­cy irac­ką ar­mię. Pró­bo­wa­łem znów ob­li­zać war­gi, ale zre­zy­gno­wa­łem. Cof­ną­łem prze­pust­ni­cę jesz­cze bar­dziej i wy­pu­ści­łem ha­mul­ce are­ody­na­micz­ne, że­by spo­wol­nić F-16, gdy scho­dzi­łem po­ni­żej sze­ściu­set me­trów.

Tam!

Za­mru­ga­łem kil­ka ra­zy, że­by upew­nić się, że nie mam przy­wi­dzeń. Ciem­niej­szy brąz. Ska­ły i brzyd­kie zie­lo­ne krza­ki, któ­ry­mi upstrzo­ny był Irak. Zie­mia!

Pa­trząc przed sie­bie przez wskaź­nik prze­zier­ny, mo­men­tal­nie usta­wi­łem pod­po­wiedź kur­su na je­dy­ną po­zy­cję, któ­rą do­sta­łem.

Sześć ki­lo­me­trów.

Zer­k­ną­łem szyb­ko na RWR (Ra­dar War­ning Re­ce­iver, układ ostrze­ga­ją­cy o opro­mie­nio­wa­niu fa­lą ra­dio­lo­ka­cyj­ną). Na szczę­ście nie wy­świe­tlał żad­nych sy­gna­łów emi­sji ra­da­rów - ani po­ci­sków na­pro­wa­dza­nych ra­da­ro­wo, ani ar­ty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej. Rzecz ja­sna, nie wy­chwy­cił­by po­ci­sków na pod­czer­wień ani kil­ku­set ka­ła­szy tam w do­le, ale i ta­kie do­bre wie­ści by­ły lep­sze niż żad­ne.

Wy­rów­nu­jąc lot my­śliw­ca na trzy­stu me­trach, scho­wa­łem ha­mul­ce ae­ro­dy­na­micz­ne i pchną­łem prze­pust­ni­cę na ty­le, by utrzy­mać pręd­kość sied­miu­set pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. To po­zwa­la­ło mi na szyb­kie ma­new­ry bez po­chła­nia­nia tej reszt­ki pa­li­wa, któ­ra mi zo­sta­ła.

- RO­MAN... oni... po­zy­cja... mię­dzy dro­gą a wzgó­rzem...

Trans­mi­sja by­ła znie­kształ­co­na i peł­na szu­mów.

Wzgó­rze? Ja­kie wzgó­rze?

Je­go ra­dio strasz­nie na­wa­la­ło. Ko­lej­na rzecz, któ­rą moż­na zrzu­cić na bu­rzę pia­sko­wą.

- ... wszyst­ko na dro­dze... po­wta­rzam... za­bij wszyst­ko na dro­dze!

- RO­MAN 75 po­twier­dza. A więc na dro­dze nie by­ło żad­nych swo­ich, a ja mia­łem li­cen­cję na za­bi­ja­nie.

A oto i dro­ga.

Sza­ra nit­ka wi­ją­ca się z pół­no­cy na po­łu­dnie. Obrze­ża by­ły nie­rów­ne, a nad wszyst­kim wi­ro­wał kurz. Pod­sze­dłem pod ką­tem z po­łu­dnio­we­go wscho­du i prze­chy­la­jąc sa­mo­lot na skrzy­dło, usta­wi­łem kurs na cel. Spo­glą­da­jąc w dół na wy­świe­tlacz nad le­wym ko­la­nem, znów wi­dzia­łem to, co wi­dział po­cisk Ma­ve­rick.

Nic. Pie­przo­ne nic.

Gdy pod­nio­słem wzrok, z ku­rza­wy na­gle wy­ło­ni­ła się irac­ka ko­lum­na. Z miej­sca prze­łą­czy­łem się na wal­kę ma­new­ro­wą, wy­świe­tli­łem sym­bo­lo­gię dział­ka i po­chy­li­łem sa­mo­lot na nos.

Ale za póź­no.

Wi­dzia­łem po­jaz­dy wro­ga, prze­mkną­łem nad kil­ko­ma trans­por­te­ra­mi opan­ce­rzo­ny­mi i ma­są bie­gną­cych syl­we­tek. Jak wy­glą­da­łem w ich oczach, nie mia­łem po­ję­cia, a ca­ły ob­szar znik­nął za mną po trzech se­kun­dach.

Na­ci­ska­jąc przy­cisk OZNACZ na kla­wia­tu­rze pod mo­im HUD-em, za­krę­ci­łem ostro na za­chód.

- CHIE­FTA­IN... CHIE­FTA­IN... RO­MAN 75 od­le­ciał na za­chód... po­now­ny atak za dzie­więć­dzie­siąt se­kund... z pół­no­cy.

Nie od­po­wie­dział.

Ce­dząc przez zę­by prze­kleń­stwa, zo­sta­wi­łem cel wprost za so­bą i po­le­cia­łem na za­chód. Wi­docz­ność by­ła do du­py, lecz wy­da­wa­ło mi się, że wi­dzia­łem za­okrą­glo­ny ka­wa­łek wznie­sie­nia i ja­kiś ruch. To mu­szą być ma­ri­nes.

Trzy­maj­cie się, chło­pa­ki...

Przy­cisk OZNACZ to by­ło coś! Gdy go wci­sną­łem, kom­pu­te­ro­wa ma­gia F-16, ni­czym pi­nez­ka na ma­pie wska­za­ła na zie­mi punkt, nad któ­rym prze­la­ty­wa­łem. Wy­ge­ne­ro­wa­ła sze­ro­kość i dłu­gość geo­gra­ficz­ną oraz pod­po­wie­dzi kur­su i od­le­gło­ści do ce­lu. Tę funk­cję stwo­rzo­no z my­ślą o ta­kich wła­śnie sy­tu­acjach. Te­raz wie­dzia­łem do­kład­nie, gdzie są Ira­kij­czy­cy - i jak ich za­ata­ko­wać.

W od­le­gło­ści sied­miu ki­lo­me­trów od ce­lu wznio­słem się na sześć­set me­trów i od­sze­dłem na pół­noc. Chcia­łem le­cieć łu­kiem, do­pó­ki nie znaj­dę dro­gi, a po­tem za­ata­ko­wać tył kon­wo­ju przy po­mo­cy dział­ka. W ży­ciu nie za­uwa­żą, jak nad­la­tu­ję w tej ku­rza­wie.

- RO­MAN 2... 1 na VIC­TOR. - Zdła­wi­łem prze­pust­ni­cę i spoj­rza­łem na ma­le­ją­cy od­czyt sta­nu pa­li­wa.

- Słu­cham, 1 - mój skrzy­dło­wy na­dal był gdzieś tam w gó­rze, na szczę­ście.

- We­zwij LU­GER-a i niech spro­wa­dzi tan­ko­wiec moż­li­wie naj­da­lej na pół­noc. Spo­tkaj się z nim i zo­stań w po­bli­żu.

LU­GER był krą­żą­cym AWACS-em (air­bor­ne war­ning and con­trol sys­tem, lot­ni­cze sta­no­wi­sko wcze­sne­go ostrze­ga­nia i kie­ro­wa­nia). Teo­re­tycz­nie wie­dział, gdzie ope­ru­ją w da­nej chwi­li wszyst­kie my­śliw­ce i tan­kow­ce. Teo­re­tycz­nie.

- 2 przyj­mu­je - zuch chło­pak. Żad­nych py­tań i ga­dek. Do­dał je­dy­nie: "Tu w gó­rze ro­bi się lek­kie gów­no".

- 1 przyj­mu­je... Mu­szę po­no­wić atak. Spo­tkaj tan­ko­wiec. Masz zgo­dę, zjeż­dżaj.

Te­raz na­praw­dę by­łem sam. Mój skrzy­dło­wy prze­no­sił po­ci­ski prze­ciw­ra­dio­lo­ka­cyj­ne, zu­peł­nie bez­u­ży­tecz­ne w tej sy­tu­acji, więc mógł rów­nie do­brze po­le­cieć po pa­li­wo. Nie spo­dzie­wa­łem się, że­by tan­ko­wiec wle­ciał na te­ren Ira­ku, lecz war­to by­ło spró­bo­wać. Od­pi­na­jąc prze­po­co­ną ma­skę, któ­ra opa­dła mi na po­li­czek, ro­zej­rza­łem się do­oko­ła. Co ja bym dał za łyk wo­dy.

- RO­MAN... RO­MAN... tu CHIE­FTA­IN... - ra­dio znów za­hu­cza­ło. - Po­ru­sza­ją­ce się... po­jaz­dy... dro­ga. Trans­por­te­ry opan­ce­rzo­ne i cię­ża­rów­ki... w si­le ba­ta­lio­nu...

Był zdy­sza­ny, a gdy się roz­łą­czył, sły­sza­łem od­głos strza­łów z cięż­kiej bro­ni. Jed­nej z na­szych, mia­łem na­dzie­ję.

Nie­ca­łe osiem ki­lo­me­trów.

Cel mia­łem te­raz z ty­łu za le­wym ra­mie­niem, cał­ko­wi­cie prze­sło­nię­ty ku­rzem. Tro­chę mnie też rzu­ca­ło na bo­ki - na fron­cie bu­rzy wiał po­ry­wi­sty wiatr. Aha, i zie­mia znów znik­nę­ła.

Świet­nie, kur­wa, po pro­stu świet­nie.

Nie mo­głem jed­nak cze­kać ani chwi­li dłu­żej. Wzno­sząc się, wy­ko­na­łem ostry zwrot z du­żym prze­cią­że­niem i wy­sze­dłem na po­łu­dnio­wy wschód. Wie­dzia­łem, że prze­tnę dro­gę pod ką­tem, ale je­śli Ira­kij­czy­cy mnie za­uwa­żą, mo­że na chwi­lę zo­sta­wią ma­ri­nes w spo­ko­ju.

Wy­ko­nu­jąc becz­kę, wy­świe­tli­łem sym­bo­lo­gię dział­ka i przy­pią­łem ma­skę tle­no­wą.

- CHIE­FTA­IN... RO­MAN pod­cho­dzi od pół­no­cy... trzy­dzie­ści se­kund.

- RO­MAN... bo­ską... po­spiesz...

I znów się roz­łą­czył. Na mi­łość bo­ską, po­spiesz się.

Le­cę, ko­le­go... trzy­maj się.

Za­go­to­wa­łem się i ca­łe zmę­cze­nie ule­cia­ło. Tam na do­le by­li ame­ry­kań­scy ma­ri­nes wal­czą­cy o swo­je ży­cie. Go­ście jak ja, z miast ta­kich jak mo­je, któ­rzy mie­li mat­ki, dziew­czy­ny i dzie­ci.

Pie­przyć to.

Pchną­łem prze­pust­ni­cę i po­chy­li­łem sa­mo­lot na nos.

Na wy­so­ko­ści trzy­stu me­trów wciąż nie wi­dzia­łem zie­mi, gdyż po­go­da ca­ły czas się po­gar­sza­ła. Od­cho­dząc lek­ko na le­wo, opa­dłem na sto pięć­dzie­siąt me­trów i zwol­ni­łem do sied­miu­set pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Brą­zo­wy tu­man wa­lił o ka­bi­nę, a pia­sek ob­le­piał każ­dą część sa­mo­lo­tu, któ­ra nie by­ła opły­wo­wa. Jak lód. Brą­zo­wy, su­chy lód. Co za dziw­ne miej­sce.

Trzy ki­lo­me­try od ce­lu zni­ży­łem się na sześć­dzie­siąt me­trów, mo­dląc się, że­by nie by­ło tam żad­nych wież ani prze­wo­dów, w któ­re mógł­bym ude­rzyć. Dział­ko by­ło go­to­we, a ja...

Mam cię!

Dro­ga.

Trzy­ma­jąc się pro­sto, prze­krzy­wi­łem szy­ję w bok, że­by spoj­rzeć po­za HUD i zrów­na­łem się z dro­gą.

- RO­MAN... RO­MAN... wię­cej cię­ża­ró­wek... z pół­no­cy... my... oto­cze­ni - ma­ri­ne brzmiał tak, jak­by był tuż obok mnie. Wy­da­wał się wy­stra­szo­ny.

- Da­waj... da­waj... - wy­mru­cza­łem, sta­ra­jąc się coś zo­ba­czyć.

Na­gle na skra­ju wzro­ku po­ja­wił się kan­cia­sty kształt... i na­stęp­ny. Cię­ża­rów­ki! Wiel­kie woj­sko­we cię­ża­rów­ki! Ze dwa­dzie­ścia, zmie­rza­ją­cych jed­na za dru­gą na po­łu­dnie ku ma­ri­nes. Wy­pa­dłem z ku­rza­wy ni­czym anioł ze­msty.

Na­dal uważ­nie ob­ser­wu­jąc wskaź­ni­ki, le­wą rę­ką do­tkną­łem głów­ne­go prze­łącz­ni­ka uzbro­je­nia. Daw­no za­ko­rze­nio­ne zwy­cza­je wzię­ły gó­rę, a ja usta­wi­łem się na sa­mym koń­cu sze­re­gu po­jaz­dów. By­łem mniej niż trzy ki­lo­me­try od naj­bliż­sze­go.

Po­chy­la­jąc sa­mo­lot na nos, po­zwo­li­łem, że­by okrąg śle­dze­nia ce­lu po­ko­ły­sał się w do­le mo­je­go HUD-a. Po­mysł był ta­ki, że­by opa­dać ku zie­mi, pod­czas gdy kół­ko - prze­wi­dy­wa­ny punkt tra­fie­nia, zwa­ny "pe­pe­te" - bę­dzie uno­sić się w stro­nę ce­lu. Na­le­ża­ło z chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją ko­ry­go­wać ce­lo­wa­nie oraz pręd­kość lo­tu i umie­ścić go na ty­le bli­sko, by zli­kwi­do­wać obiekt. By­ło też do­brze nie za­bić sa­me­go sie­bie, ude­rza­jąc w zie­mię z pręd­ko­ścią dwu­stu pięć­dzie­się­ciu me­trów na se­kun­dę.

Gdy zsze­dłem po­ni­żej trzy­dzie­stu me­trów, "pe­pe­te" wciąż jesz­cze spo­ro bra­ko­wa­ło do cię­ża­rów­ki, więc od­chy­li­łem się lek­ko i, ste­ru­jąc ręcz­nie, unio­słem nie­co nos sa­mo­lo­tu - a za­ra­zem dział­ko - w kie­run­ku ce­lu. W chwi­li, gdy ma­ły zie­lo­ny okrąg do­tknął wiel­kiej tyl­nej kla­py, wci­sną­łem spust pra­wym pal­cem wska­zu­ją­cym.

"BU­URR­RPPP".

Sa­mo­lot prze­chy­la się na skrzy­dła, gdy dział­ko Ga­tlin­ga wy­plu­wa kil­ka­set 20-mi­li­me­tro­wych po­ci­sków. Na­tych­miast wy­rwa­łem, a po­tem za­nur­ko­wa­łem, mie­rząc w śro­dek kon­wo­ju.

"BU­URR­RPPP".

Wy­ko­nu­jąc becz­kę na wzno­sze­niu, za­krę­ci­łem w pra­wo i prze­chy­li­łem się na jed­no skrzy­dło, le­cąc na ży­let­kę wzdłuż ko­lum­ny. Syl­wet­ki zbie­ga­ły z dro­gi w obie stro­ny, ska­cząc za krza­ki al­bo do ro­wów. By­łem tak ni­sko, że wi­dzia­łem ma­łe irac­kie fla­gi na­ma­lo­wa­ne na drzwiach po­jaz­dów.

I wte­dy za­czę­ło się ro­bić na­praw­dę go­rą­co.

Gru­py żoł­nie­rzy od­wró­ci­ły się, a ja wy­raź­nie wi­dzia­łem, jak pod­no­szą broń. Pa­rę se­kund póź­niej za­czę­li do mnie strze­lać - jak nic by­łem w ich za­się­gu.

"BIN­GO... BIN­GO... BIN­GO...". VMS, czy­li układ ostrze­ga­nia gło­sem, zwa­ny też Zrzę­dli­wą Zu­zą, za­czął na mnie krzy­czeć z po­wo­du ni­skie­go po­zio­mu pa­li­wa.

W tym sa­mym mo­men­cie wy­bu­chły dwie cię­ża­rów­ki na ty­łach kon­wo­ju. Śmi­ga­jąc wzdłuż dro­gi na le­d­wie trzy­dzie­stu me­trach, wdep­ną­łem pe­dał ster kie­run­ku, znów prze­chy­li­łem sa­mo­lot na skrzy­dło i wznio­słem się na ja­kieś dzie­więć­dzie­siąt me­trów.

- CHIE­FTA­IN... RO­MAN 75 od­la­tu­je na po­łu­dnie i za­chód... po­jaz­dy pło­ną. Ko­lum­na sta­nę­ła w miej­scu.

- RO­MAN... za­ata­kuj ich jesz­cze raz ... uderz... Tur­ba­ny są... - i znów za­marł w trzesz­czą­cym szu­mie.

Wie­dzia­łem, że nie zo­sta­ło mi dość pa­li­wa, że­by znów od­le­cieć tak da­le­ko i po­no­wić atak. Mi­mo to, kie­dy czo­ło kon­wo­ju mi­nę­ło mo­je le­we skrzy­dło, od­wró­ci­łem się i wbi­łem w nie wzrok, wpa­tru­jąc się tak moc­no, że łza­wi­ły mi oczy. Gdy za­czę­ło zni­kać w ciem­nym sza­le­ją­cym pia­sku, pchną­łem prze­pust­ni­cę do przo­du, wy­rwa­łem pro­sto w gó­rę i od­bi­łem na pra­wo nie­mal na ple­cach. Wy­ko­rzy­stu­jąc sześć­dzie­siąt me­trów, któ­re zy­ska­łem, za­nur­ko­wa­łem ku zie­mi i po­jaz­do­wi na cze­le irac­kiej ko­lum­ny. To był trans­por­ter opan­ce­rzo­ny pro­duk­cji ro­syj­skiej.

On też mnie zo­ba­czył.

Co­fa­jąc prze­pust­ni­cę, wy­ko­na­łem ślizg na skrzy­dło i wy­rów­na­łem lot, a to coś otwo­rzy­ło do mnie ogień. Po­dwój­na li­nia zie­lo­nych smu­ga­czy prze­szła łu­kiem po mo­jej le­wej i za­czę­ła się wstrze­li­wać, kie­dy strze­lec le­piej mi się przyj­rzał.

Zi­gno­ro­wa­łem to i usta­wi­łem skrzy­dła po­zio­mo, po­zwa­la­jąc "pe­pe­te" zbli­żyć się do ce­lu. By­łem dość bli­sko, by za­uwa­żyć, że strze­lec nie no­si heł­mu i ma wą­sy. Gdy "pe­pe­te" do­się­gło przed­nie­go zde­rza­ka trans­por­te­ra, znów na­ci­sną­łem spust.

"BU­URR­RPPP". Po­jazd znik­nął w na­głym roz­pry­sku zie­mi i iskier. Gdy wznio­słem się i znów wy­ko­na­łem wy­wrót, zer­k­ną­łem na licz­nik PO­ZO­STA­ŁA ILOŚĆ AMU­NI­CJI, a po­tem na ra­dio­wy­so­ko­ścio­mierz. Zo­sta­ło mniej niż sto na­boi, a ja by­łem nie­ca­łe czter­dzie­ści pięć me­trów nad zie­mią.

Nie by­ło cza­su na fi­ne­zję, więc po pro­stu prze­su­ną­łem ręcz­nie "pe­pe­te" na czo­ło­wą cię­ża­rów­kę i po raz ostat­ni otwo­rzy­łem ogień.

"BU­URRP". I dział­ko za­trzy­ma­ło się z dy­go­tem, gdy zsze­dłem po­ni­żej pięt­na­stu me­trów.

Za­krę­ca­jąc ostro na za­chód, kop­ną­łem pe­dał ste­ru, że­by utrud­nić wszyst­kim ce­lo­wa­nie. Ścią­gną­łem drą­żek, spoj­rza­łem przez pra­we ra­mię i wła­śnie wte­dy cię­ża­rów­ka wy­bu­chła, try­ska­jąc ty­sią­ca­mi po­ci­sków. Wzdry­gną­łem się in­stynk­tow­nie. Je­den po­cisk z dział­ka mu­siał tra­fić na­stęp­ną cię­ża­rów­kę w rzę­dzie, bo ona też po­szła z dy­mem. Gdy zie­mia roz­pły­nę­ła się w brą­zo­wej po­mro­ce, wi­dzia­łem po­zo­sta­łe cię­ża­rów­ki sta­cza­ją­ce się z dro­gi do ro­wu.

Kil­ka ra­zy prze­łkną­łem śli­nę, że­by choć tro­chę zwil­żyć gar­dło, wy­bra­łem punkt w ko­ry­ta­rzu tan­ko­wa­nia TWITCH i roz­po­czą­łem sta­łe wzno­sze­nie.

- CHIE­FTA­IN... RO­MAN od­la­tu­je na za­chód... Bin­go... Win­che­ster i RTB.

To skró­to­wy spo­sób po­zwa­la­ją­cy po­wie­dzieć, że opusz­czam re­jon ce­lu bez pa­li­wa i uzbro­je­nia, i wra­cam do ba­zy (RTB, re­turn to ba­se). To jed­nak by­ło bez zna­cze­nia, bo nikt nie od­po­wie­dział, a ja mia­łem in­ne zmar­twie­nia na gło­wie.

Po­nad sie­dem­set ki­lo­gra­mów pa­li­wa.

By­łem tak znacz­nie po­ni­żej Bin­go, że nie mia­łem pew­no­ści, czy do­trę do gra­ni­cy, a co do­pie­ro do wy­su­nię­tej ba­zy za­pa­so­wej w Ku­wej­cie. Za­bez­pie­cza­jąc uzbro­je­nie i ob­ser­wu­jąc wskaź­ni­ki sil­ni­ka, że­by upew­nić się, że nie zła­pa­łem zbłą­ka­nej ku­li czy dwóch, czu­łem zim­ny pot.

Wzno­sząc się po­wy­żej dwóch ty­się­cy czte­ry­stu me­trów, wzią­łem kurs na po­łu­dnio­wy za­chód ku gra­ni­cy i prze­bi­łem się do czy­ste­go nie­ba. Nie­wie­le rze­czy w mo­im ży­ciu wy­glą­da­ło le­piej niż te pu­ste prze­stwo­rza. Znów opusz­cza­jąc ma­skę, po­tar­łem oczy i nie­go­lo­ną od kil­ku dni bro­dę.

- RO­MAN 2... 1 na Vic­tor - włą­czy­łem mi­kro­fon i cze­ka­łem.

Bez od­po­wie­dzi. Zmie­ni­łem czę­sto­tli­wo­ści i spró­bo­wa­łem z AWACS-em.

- LU­GER... tu RO­MAN 75.

I znów, bez od­po­wie­dzi.

Mu­sia­łem pod­jąć de­cy­zję. Mo­że ostat­nią. Ko­ry­tarz tan­ko­wa­nia był ja­kieś dwie­ście dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów przede mną, ale nie mia­łem gwa­ran­cji, że znaj­dę tam tan­ko­wiec, któ­ry - gdy­by w ogó­le uda­ło mi się do­trzeć - bę­dzie mieć za­pas pa­li­wa w zbior­ni­kach. A wte­dy bę­dę miał prze­sra­ne.

Mniej wię­cej w ta­kiej sa­mej od­le­gło­ści, na le­wo ode mnie był Ku­wejt, a w nim kil­ka baz, do któ­rych mo­głem praw­do­po­dob­nie do­le­cieć i wy­lą­do­wać, bez kon­tak­tu z AWACS-em nie mo­głem jed­nak wie­dzieć, któ­re by­ły otwar­te lub przy­naj­mniej w na ty­le do­brym sta­nie, że­by wy­lą­do­wać. Za­tem tak czy owak mia­łem prze­sra­ne.

Co za gów­nia­ny dzień.

By­łem przy­pię­ty w ka­bi­nie my­śliw­ca od prze­szło ośmiu go­dzin i pięć ra­zy uzu­peł­nia­łem pa­li­wo. Spo­dzie­wa­łem się nor­mal­nej sze­ścio­go­dzin­nej mi­sji i nie za­bra­łem wy­star­cza­ją­co du­żo je­dze­nia ani wo­dy. Bo­lał mnie ty­łek, a oczy szczy­pa­ły. Pod­krę­ci­łem ogrze­wa­nie, bo prze­po­co­ny kom­bi­ne­zon lot­ni­czy przy­pra­wiał mnie o dresz­cze.

Zdję­cie zro­bio­ne w cza­sie ope­ra­cji Pu­styn­na bu­rza

La­ta­łem w po­nad stu mi­sjach, za­nim ta woj­na się za­czę­ła, a wal­ka nie by­ła dla mnie pierw­szy­zną. Mia­łem garść wstęg i me­da­li (łącz­nie z Pur­pu­ro­wym Ser­cem) z kam­pa­nii w po­przed­nich kon­flik­tach, a do cza­su przej­ścia w stan spo­czyn­ku przy­zna­no mi czte­ry Za­szczyt­ne Krzy­że Lot­ni­cze z od­zna­cze­niem za wa­lecz­ność - je­den za I woj­nę nad Za­to­ką Per­ską i trzy za mo­je za­słu­gi pod­czas II woj­ny w Ira­ku. To wszyst­ko by­ła jed­nak prze­szłość al­bo do­pie­ro przy­szłość. Na ra­zie, nie­opo­dal na za­cho­dzie, nad­cią­gał pręd­ko je­den z praw­dzi­wych kosz­ma­rów na­tu­ry. Ham­sin, bu­rza pia­sko­wa, zło­wiesz­cza fa­la roz­cią­ga­ją­ca się na pół­noc i po­łu­dnie jak okiem się­gnąć. Nie­bo nad bu­rzą znik­nę­ło.

To by­ło prze­ra­ża­ją­ce.

Ulga, któ­rą przez chwi­lę czu­łem, ule­cia­ła. Bu­rza ta­ka jak ta mo­gła uzie­mić każ­dy sa­mo­lot na kon­ty­nen­cie, a ja uświa­do­mi­łem so­bie, że mo­że to przez nią nikt się do mnie nie ode­zwał. Nie­przy­jem­na myśl. Znów prze­ły­ka­jąc śli­nę, wy­sze­dłem na po­nad czte­ry i pół ty­sią­ca me­trów i uj­rza­łem roz­po­star­ty przede mną brą­zo­wy dy­wan. Gdy­bym osią­gnął osiem lub dzie­więć ty­się­cy me­trów, mógł­bym po­szy­bo­wać do gra­ni­cy i w osta­tecz­no­ści ka­ta­pul­to­wać się nad przy­ja­znym ob­sza­rem.

Jak już wspo­mi­na­łem, to był gów­nia­ny dzień.

A jesz­cze się nie skoń­czył.

 

Vi­per. Pi­lot F-16 Da­na Hamp­to­na na­praw­dę zro­bił na mnie wra­że­nie - je­śli je­steś we­te­ra­nem, znów bę­dziesz miał spo­co­ne dło­nie; je­śli nie, za­pnij pa­sy i przy­go­tuj się. To peł­ne ak­cji, praw­dzi­we spoj­rze­nie z bli­ska na współ­cze­sną wal­kę my­śliw­ską, opo­wie­dzia­ne pro­sto z ka­bi­ny. Fan­ta­stycz­na lek­tu­ra, pa­sjo­nu­ją­ca od po­cząt­ku do koń­ca.

JACK­SEL BRO­UGH­TON (eme­ry­to­wa­ny puł­kow­nik USAF), od­zna­czo­ny Krzy­żem Sił Po­wietrz­nych za nad­zwy­czaj­ne bo­ha­ter­stwo, au­tor Ru­pert Red Two: A Fi­gh­ter's Pi­lot Li­fe

Vi­per. Pi­lot F-16 jest fan­ta­stycz­ny. Pod­puł­kow­nik Dan Hamp­ton ofe­ru­je oso­bi­sty, szcze­ry do bó­lu, bez­kom­pro­mi­so­wy wgląd w ży­cie pi­lo­ta my­śliw­ca Wojsk Lot­ni­czych. Czy­ta się świet­nie!

DA­LE BROWN (by­ły ka­pi­tan USAF), au­tor Ti­ger's Claw, be­st­sel­le­ra "New York Ti­me­sa"

Vi­per. Pi­lot F-16 Da­na Hamp­to­na od­da­je isto­tę ope­ra­cji my­śliw­skich Dzi­kich Ła­sic. Je­go wspo­mnie­nia i po­ry­wa­ją­ce przed­sta­wie­nie mi­sji bo­jo­wych spra­wi­ły, że nie mo­głem się od nich ode­rwać. Je­stem dum­ny, że wal­czy­łem z "Two Dogs": to od­waż­ny, zdol­ny, in­te­li­gent­ny pi­lot my­śliw­ca - wy­traw­ny wo­jow­nik.

DA­VID L. MO­ODY (eme­ry­to­wa­ny ge­ne­rał bry­ga­dy USAF), pseu­do­nim "Mo­oMan"

 

DAN HAMP­TON, Vi­per. Pi­lot F-16

151 mi­sji bo­jo­wych 21 po­twier­dzo­nych znisz­czeń sta­no­wisk zie­mia-po­wie­trze 4 Za­szczyt­ne Krzy­że Lot­ni­cze z Od­zna­ką Wa­lecz­no­ści 1 Pur­pu­ro­we Ser­ce

Z pew­no­ścią jed­ne z naj­lep­szych wspo­mnień lot­ni­czych, ja­kie na­pi­sa­no do tej po­ry - Vi­per. Pi­lot F-16 au­tor­stwa le­gen­dy Wojsk Lot­ni­czych, Da­na Hamp­to­na, jest pa­sjo­nu­ją­cą re­la­cją z pierw­szej rę­ki, któ­ra po­ka­zu­je współ­cze­sną wal­kę po­wietrz­ną.

W la­tach 1986-2006 ppłk Dan Hamp­ton był jed­nym z klu­czo­wych pi­lo­tów Dzi­kich Ła­sic, eli­tar­nych eskadr my­śliw­skich Wojsk Lot­ni­czych, któ­rych za­da­nia uzna­je się za naj­nie­bez­piecz­niej­sze we współ­cze­snej wal­ce po­wietrz­nej. Ła­si­ce to pierw­sze sa­mo­lo­ty, któ­re wy­sy­ła się do stre­fy dzia­łań wo­jen­nych. La­ta­ją da­le­ko za li­nie wro­ga, ce­lo­wo sta­ra­jąc się ścią­gnąć na sie­bie ogień po­ci­sków zie­mia-po­wie­trze i ar­ty­le­rii. Mu­szą zręcz­nie uni­kać ze­strze­le­nia - a po­tem wró­cić i znisz­czyć za­gro­że­nie, zo­sta­wia­jąc nie­bo bez­piecz­ne dla tych, któ­rzy na­dej­dą po nich. Dzi­siaj te nie­zwy­kle waż­ne mi­sje są bar­dziej ry­zy­kow­ne niż bez­po­śred­nia wal­ka w po­wie­trzu z wro­gi­mi sa­mo­lo­ta­mi. Re­kor­do­wa licz­ba ata­ków na ce­le o du­żym zna­cze­niu czy­ni z Hamp­to­na naj­bar­dziej sku­tecz­ne­go pi­lo­ta Dzi­kich Ła­sic w ame­ry­kań­skiej hi­sto­rii. Oto je­go nie­zwy­kła opo­wieść.

Na­uczo­ny pi­lo­ta­żu w mło­dym wie­ku przez oj­ca, Hamp­ton spę­dził dwa­dzie­ścia lat i set­ki go­dzin bo­jo­wych w naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nym my­śliw­cu świa­ta: F-16, "Wal­czą­cym So­ko­le" czy też "Vi­pe­rze" (Żmii), jak na­zy­wa­ją go je­go pi­lo­ci. Hamp­ton za­po­cząt­ko­wał in­wa­zję na Irak w 2003, pro­wa­dząc pierw­szy klucz my­śliw­ców do ata­ku na Bag­dad. Pod­czas woj­ny uczest­ni­czył w licz­nych wzo­ro­wo prze­pro­wa­dzo­nych mi­sjach, za któ­re otrzy­mał czte­ry Za­szczyt­ne Krzy­że Lot­ni­cze z Od­zna­ką Wa­lecz­no­ści, Pur­pu­ro­we Ser­ce, osiem Me­da­li Lot­ni­czych z Od­zna­ką Wa­lecz­no­ści, pięć Me­da­li za Chwa­leb­ną Służ­bę i wie­le in­nych wy­róż­nień; ura­to­wał przed pew­ną śmier­cią od­dział pie­cho­ty mor­skiej, nisz­cząc ota­cza­ją­ce ich si­ły wro­ga pod Na­si­rij­ją. Dwa la­ta wcze­śniej, 11 wrze­śnia 2001, oj­ciec Hamp­to­na znaj­do­wał się w Pen­ta­go­nie w chwi­li ata­ku; nie wie­dząc o tym, Hamp­ton zo­stał wy­sła­ny na ame­ry­kań­skie nie­bo, otrzy­mu­jąc bez­pre­ce­den­so­wy roz­kaz: ze­strze­lić wszel­kie nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne sa­mo­lo­ty. Hamp­ton la­tał rów­nież w klu­czo­wych mi­sjach pierw­szej woj­ny w Za­to­ce, słu­żył w szta­bie Do­wódz­twa Wal­ki Po­wietrz­nej pod­czas woj­ny w Ko­so­wie i zo­stał ran­ny w ata­kach ter­ro­ry­stycz­nych na Wie­że Al-Chu­bar w 1996.

Po­nie­waż zdal­nie ste­ro­wa­ne dro­ny szyb­ko wy­pie­ra­ją mi­sje za­ło­go­we, Vi­per. Pi­lot F-16 mo­że być ostat­nim pa­mięt­ni­kiem praw­dzi­we­go bo­ha­te­ra prze­stwo­rzy. Wcią­ga­ją­cy i bez­kom­pro­mi­so­wo za­baw­ny, da­je wgląd w her­me­tycz­ny świat pi­lo­tów my­śliw­ców i współ­cze­sną wal­kę po­wietrz­ną.

Eme­ry­to­wa­ny pod­puł­kow­nik Wojsk Lot­ni­czych USA DAN HAMP­TON ukoń­czył Szko­łę Uzbro­je­nia My­śliw­skie­go Wojsk Lot­ni­czych USA, Szko­łę Top Gun Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej USA oraz Szko­łę Ope­ra­cji Spe­cjal­nych Wojsk Lot­ni­czych USA. Zdo­byw­ca licz­nych na­gród za in­no­wa­cje tak­tycz­ne, był pio­nie­rem tak­ty­ki wal­ki po­wietrz­nej, któ­ra sta­ła się obec­nie stan­dar­dem, sze­ścio­krot­nie wy­bra­ny Pi­lo­tem-In­struk­to­rem Ro­ku w swo­jej eska­drze. Hamp­ton słu­żył w szta­bie Do­wódz­twa Wal­ki Po­wietrz­nej w Lan­gley (w sta­nie Wir­gi­nia) pod­czas woj­ny w Ko­so­wie w 1999 i za­pla­no­wał kam­pa­nię NA­TO, któ­ra znisz­czy­ła obro­nę prze­ciw­lot­ni­czą ju­go­sło­wiań­skiej ar­mii wo­kół Sa­ra­je­wa. Ab­sol­went Tek­sań­skie­go Uni­wer­sy­te­tu Rol­ni­czo-Tech­nicz­ne­go, opu­bli­ko­wał ar­ty­ku­ły w "The Jo­ur­nal of Elec­tro­nic De­fen­se", "Air For­ce Ma­ga­zi­ne" i cza­so­pi­śmie "Air­po­wer", a tak­że kil­ka utaj­nio­nych prac tak­tycz­nych w "Fi­gh­ter We­apons Re­view" Wojsk Lot­ni­czych USA.

Copyright ? 2012 by Ascalon, LLC. All rights reserved.

Copyright for the Polish edition ? Wydawnictwo Pascal. Wszelkie prawa zastrzeżone

Opublikowano na podstawie umowy z HarperCollins Publishers. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment niniejszej publikacji nie może być reprodukowany, przechowywany bądź rozpowszechniany bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, za  wyjątkiem krótkich fragmentów publikowanych w celach reklamowych lub w recenzjach.

 

Autor:

Dan Hampton

Tytuł:

Viper Pilot F-16

Tytuł oryginału:

Viper Pilot. A Memoir of Air Combat

Tłumaczenie:

Kamil Lesiew

Redakcja:

Magdalena Łobodzińska

Korekta:

Katarzyna Zioła-Zemczak

Konsultacja/słowniczek:

Bartosz Głowacki

Okładka:

Mill Studio

Zdjęcie na okładce:

Nikontiger/iStockphoto,

Opracowanie wersji polskiej mapy:

Wiesław Sadłek

Zdjęcia:

archiwum prywatne autora

Redaktor prowadząca:

Małgorzata Jasińska-Kowynia

Redaktor naczelna:

Agnieszka Hetnał

Redakcja i korekta:

Imię Nazwisko

 

Bielsko-Biała 2014 ISBN 978-83-7642-366-1

 

Wydawca:

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o. ul. Zapora 25 43-382 Bielsko-Biała tel. 338282828, fax 338282829 pascal@pascal.pl www.pascal.pl

eBook mastered by:

Dominik Trzebiński Du Châteaux atelier@duchateaux.pl