Wstęp
Słynący z niezwykłej erudycji, wiedzy i niebywale dosadnych, ale także
bardzo trafnych komentarzy Jerzy Waldorff powiedział kiedyś, że Violetta
Villas to największy, a jednocześnie najbardziej zmarnowany talent, jaki
mieliśmy po drugiej wojnie światowej. I niestety miał rację. Rację mają
też ci, którzy widzą w życiu artystki urzeczywistnienie baśni o Kopciuszku, aczkolwiek jest to bardzo smutna baśń, w której zabrakło
zakochanego bez pamięci królewicza, dobrych wróżek, miłości aż po grób,
a przede wszystkim - szczęśliwego zakończenia. A przecież ta niesamowit
artystka, o której talencie mówiono, że jest "niezwykły", to "biały kruk
wokalistyki światowej", a jej fenomenalny głos, w najlepszym okresie
przekraczający cztery i pół oktawy, słusznie określano głosem "ery
atomowej", mogła mieć u stóp cały świat, śpiewać na najbardziej
prestiżowych scenach. Zwłaszcza że wobec jej niebanalnej urody i niezaprzeczalnego seksapilu żaden mężczyzna nie mógł pozostać obojętny.
Tak się nieszczęśliwie złożyło dla Villas, a właściwie dla Czesławy
Gospodarek, bo właśnie tak brzmiało prawdziwe imię i nazwisko
wokalistki, o której losach opowiada ta publikacja, że żyła w niewłaściwym miejscu i czasie. Bo chociaż przyszła na świat w Belgii, to
za sprawą rodziców wychowywała się i dorastała w Polsce, a jej kariera
zaczęła się w latach sześćdziesiątych, kiedy w siermiężnym PRL-u dopiero
rodził się nasz rodzimy show-biznes, będący karykaturalną formą swojego
zachodnioeuropejskiego odpowiednika. Marnowanie talentów, zawiść i zaściankowość to była codzienność, z którą musiała się mierzyć skromna,
niepewna siebie, ale obdarzona wspaniałym głosem i talentem, jak również
spektakularną urodą, młoda dziewczyna z Lewina Kłodzkiego, sama bez
niczyjej pomocy kreująca, mniej lub bardziej umiejętnie, swoją karierę.
Trzeba przyznać, że w sumie i tak miała wiele szczęścia, bo stosunkowo
szybko udało jej się zaistnieć w paryskiej Olympii, a potem wyjechać do
Stanów Zjednoczonych, gdzie potrafiono wykorzystać jej talent znacznie
lepiej niż nad Wisłą. Ale sukces, bo występy przed amerykańską
publicznością w Las Vegas, która przecież widziała i słyszała niejedną
utalentowaną wokalistkę, trzeba uznać za sukces, miał swoją cenę.
Violetta wprawdzie nauczyła się tam, jak być gwiazdą z prawdziwego
zdarzenia, ale jednocześnie uzależniła się od narkotyków, którymi,
wzorem swoich kolegów i koleżanek z branży, leczyła swoje lęki,
zmęczenie, a przede wszystkim tęsknotę za krajem i bliskimi, także za
synem, któremu nigdy nie potrafiła dać tyle macierzyńskiej miłości, ile
powinna.
Do Polski wróciła odmieniona, otoczona legendą o zarobionej w Stanach
fortunie, w czym było sporo przesady, z jeszcze większą burzą włosów i podrasowana zabiegami medycyny estetycznej, którym tam się poddała.
Zmienił się też jej sceniczny image: na koncertach uwodziła publiczność
nie tylko śpiewem, dawała też niezwykły show w iście amerykańskim stylu:
ubrana w olśniewające kreacje, podczas wykonywania swojego sztandarowego
szlagieru Oczy czarne zrzucała na scenie pantofelki. Była jak
wspaniały rajski ptak, który przypadkiem wpadł w stado pospolitych
wróbli, i zupełnie nie przystawała do socjalistycznej rzeczywistości, w której żyła reszta społeczeństwa. Ta "inność", barwność i nieszablonowość była jej największą wadą, to właśnie z tego powodu
wylano na nią morze hejtu i krytyki. W owych czasach każdy, kto nie
mieścił się w obowiązującej sztampie, na scenie i poza nią, wzbudzał
agresję. A Villas z uporem godnym lepszej sprawy usiłowała przekonać
Polaków nie tyle do amerykańskiego stylu życia, ile do amerykańskiej
rozrywki, a to było niezgodne z wytycznymi partii, "wiodącej siły
narodu".
Artystki nie lubiły ówczesne władze, bo nie wiedziały, jak ją
wykorzystać, nie mogła śpiewać na koncertach z okazji Święta Pracy czy
Narodowego Święta Odrodzenia Polski, niezbyt pasowała także do występów
w hucznie obchodzonym Dniu Górnika czy Hutnika. Nie kochali jej też
krytycy, widząc w niej uosobienie kiczu. Być może, gdyby wybrała karierę
śpiewaczki operowej lub operetkowej, jej losy potoczyłyby się inaczej,
ale ona zawsze powtarzała, że swoim śpiewem chce dawać radość
"zwyczajnym" ludziom, takim, którzy nigdy nie byli w operze i którym
nazwiska Puccini, Wagner czy Verdi niewiele mówiły. I konsekwentnie
realizowała swój cel, a publiczność odpłacała jej prawdziwym
uwielbieniem.
Wprawdzie jej talent sam się bronił, ale nigdy nie zrobiła kariery na
miarę swoich możliwości, i to nie tylko dlatego, że nad Wisłą nikt nie
miał na nią pomysłu ani że nie miała impresaria czy menedżera z prawdziwego zdarzenia. Z pewnością gdyby urodziła się pod inną
szerokością geograficzną albo w innym czasie, znaleźliby się fachowcy,
którzy umieliby nią pokierować i znacznie lepiej wykorzystać jej atuty.
Trzeba przyznać, że i Villas nie była bez winy - artystka naiwnie dawała
się wykorzystywać, a jednocześnie marnowała szanse, które podsuwał jej
los.
Prawdziwą tragedią Violetty Villas było pragnienie miłości, temu uczuciu
było poświęcone wiele piosenek, które wykonywała na scenie i nagrywała
na płytach. Rozpaczliwie pragnęła być kochana, ale nie potrafiła kochać,
unieszczęśliwiając nie tylko swoich partnerów, ale także syna. Co
więcej, nawet swoim ukochanym zwierzętom, które przytuliła najpierw w Magdalence, a potem w Lewinie Kłodzkim, przysporzyła więcej cierpień niż
szczęścia, a przecież chciała im dać tylko dom i opiekę.
Zmierzenie się z biografią tej niezwykłej artystki, wymykającej się
wszelkim schematom i próbom zaszufladkowania, nie jest zadaniem łatwym,
nie tylko ze względu na "białe plamy" w jej życiorysie, ale przede
wszystkim dlatego, że Villas kreowała swoją rzeczywistość, opowiadała o sobie nieprawdziwe historie, konfabulowała w wywiadach, przekazując
dziennikarzom różne, często rozbieżne wersje wydarzeń ze swojego życia,
które nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Co więcej, była w tym
tak przekonująca, że w końcu sama uwierzyła w te historie, mieszając
fakty z wytworami swojej wybujałej wyobraźni. Dziennikarz muzyczny
Bohdan Gadomski nazwał ją nawet "wielką mitomanką". I właśnie dlatego,
pisząc o Villas, należy oddzielić fakty od tworzonych przez nią
konfabulacji i wymyślonych historyjek, a to jest niebywale trudne.
Rozdział 1. Dziewczęce marzenia
1
Dziewczęce marzenia
Na obczyźnie
Najsłynniejszy dom w niewielkim, bo liczącym niespełna dwa tysiące
mieszkańców, Lewinie Kłodzkim, wygląda na pierwszy rzut oka dość
niepozornie. I z pewnością w niczym nie przypomina rezydencji wielkiej
diwy, gdyż zupełnie nie przystaje do wyobrażeń o tym, jak mieszka
gwiazda sceny, którą niewątpliwie była Violetta Villas, jego
właścicielka i najsłynniejsza lokatorka. Nie jest okolony pięknym
parkiem ani nawet zadbanym ogrodem ze starannie wystrzyżonym trawnikiem,
próżno tam też szukać basenu z podgrzewaną wodą czy garażu, w którym
stoją luksusowe limuzyny słynnych zagranicznych marek. Wręcz przeciwnie
- dom jest zaniedbany, na ścianach widać charakterystyczne czarne smugi
wszechobecnego grzyba. Puste okna, w których światło pojawia się
sporadycznie przy okazji wizyt rodziny zmarłej gwiazdy, ponuro patrzą w dal. Teren otaczający dom porastają chwasty. Dom, w którym nikt nie
mieszka, umiera, niszczeje, powoli obraca się w ruinę. Wprawdzie
pojawiają się informacje, jakoby syn Violetty planował utworzyć w nim
muzeum z pamiątkami po słynnej matce, które zapewne przyciągnęłoby do
sennego Lewina tłumy turystów, ale na razie nic się w tej sprawie nie
dzieje. Dobrze chociaż, że dom opuściła na zawsze Elżbieta Budzyńska,
zły duch nieżyjącej gwiazdy, kobieta, która wiele złego uczyniła zarówno
samej Villas, jak i jej najbliższym.
A przecież kiedyś, przed wieloma laty, to ponure obecnie domostwo było
obrośnięte różami i tętniło życiem, rozbrzmiewało śmiechem dzieci,
mieszkała w nim bowiem dość liczna, bo sześcioosobowa rodzina Cieślaków:
Bolesław i Janina oraz czwórka ich potomstwa. Dzisiaj uchodziliby za
rodzinę wielodzietną, jednak w czasach, w których rozpoczyna się
historia naszej bohaterki, czworo potomstwa nie było niczym niezwykłym,
zwłaszcza w środowiskach robotniczych, a do takiego właśnie należała
rodzina Cieślaków. To raczej rodzice jedynaków budzili zdziwienie, a często nawet dezaprobatę.
Villas w wywiadach często mówiła o Lewinie Kłodzkim jako o swojej
rodzinnej miejscowości, jednak nie tam się urodziła. Przyszła na świat
10 czerwca 1938 roku w belgijskim miasteczku Heusy, które obecnie jest
dzielnicą miasta Verviers, położonego we wschodniej Belgii w prowincji
Li?ge. Jej matka nie zdecydowała się na powszechny w owych czasach poród
domowy, ale swoją najmłodszą córeczkę powiła w Clinique
Sainte-Elisabeth, czyli klinice św. Elżbiety, pod opieką zakonnic
prowadzących ten szpital. Nowo narodzona dziewczynka była trzecim z kolei dzieckiem Cieślaków, a jednocześnie pierwszym urodzonym na
obczyźnie - jej starsze rodzeństwo, Wanda i Jerzy, przyszli na świat w Polsce, w Dąbrowie Górniczej, odpowiednio w 1931 i 1933 roku.
Córeczka pani Janiny musiała budzić w opiekujących się noworodkami i położnicami zakonnicach wyjątkowo ciepłe uczucia, skoro to właśnie one
wybrały dla niej imię Violetta, pod którym po wielu latach będzie
święcić triumfy na scenie. Zapewne dziewczynka urodziła się już z dość
obfitą czupryną, skoro po latach wspominała, że siostry kręciły jej loki
na czole; musiała to zapewne usłyszeć od matki, bo pamiętać nie mogła.
Jednak wybrane przez siostry imię, które nadano jej wkrótce na chrzcie
świętym, nie przypadło do gustu Bolesławowi, zwolennikowi tradycyjnych,
swojskich imion. Kto to widział, żeby córka polskiego, bogobojnego
górnika nosiła takie dziwne imię, pasujące raczej do jakiejś hrabiny czy
księżniczki? Dlatego kiedy rejestrował swoją pociechę w urzędzie, podał
dwa inne, które jego zdaniem znacznie bardziej nadawały się dla jego
córki: Czesława Maria.
Rodzina Cieślaków, podobnie jak tysiące innych emigrantów z Polski, do
Belgii trafiła za chlebem. Był to czas, kiedy do pracy w kopalniach
belgijskich sprowadzano robotników cudzoziemskich, i to nie tylko z Rzeczpospolitej, mierzącej się z niełatwą sytuacją państwa, które
niedawno odzyskało niepodległość, ale także z Włoch, Holandii czy
Francji. Zapewne ze względu na trudne warunki panujące w tamtejszych
kopalniach: częste zawaliska i wydobywający się metan, Belgowie jakoś
nie palili się do pracy w górnictwie i trzeba było sięgnąć po
zagraniczną siłę roboczą. Z kolei polscy górnicy chętnie korzystali z możliwości emigracji do Belgii, wiązało się to bowiem ze stabilną i z dobrze opłacaną pracą, o co w ówczesnej Polsce łatwo nie było, a tym
samym z poprawą bytu rodziny. Emigranci bowiem od razu po przybyciu na
miejsce docelowe mogli liczyć na własne cztery kąty, z reguły niewielki
domek z ogródkiem, gdzie z powodzeniem mogła pomieścić się kilkuosobowa
rodzina. A zarobki były na tyle dobre, że kobiety nie musiały pracować,
realizując wyniesiony z domu model rodziny, w którym matka opiekowała
się dziećmi, a ojciec pracował na ich utrzymanie. I co ważniejsze - nikt
nie musiał za bardzo liczyć się z groszem.
Do Belgii za chlebem w 1934 roku wyemigrował najpierw sam Bolesław, nie
będąc pewnym, co zastanie na miejscu, a trzy lata później, kiedy już
zdołał zapuścić korzenie, ściągnął do Belgii żonę i dwójkę dzieci.
Wkrótce rodzina powiększyła się o kolejną dwójkę: Czesię oraz urodzonego
w 1940 roku Ryszarda. Zarówno Janina, jak i jej najstarsze dzieci szybko
zaaklimatyzowały się w Heusy, bo w miasteczku, podobnie jak w innych
miejscowościach belgijskich, gdzie mieszkali polscy emigranci,
środowisko polonijne było zżyte i tworzyło zwartą społeczność, której
członkowie wzajemnie się wspierali. Dla Czesi i Ryszarda to właśnie
Heusy było rodzinnym gniazdem, bo Polski nie znali. W rodzinnym domu
Cieślaków mówiono oczywiście po polsku, ale dzieci znały też francuski i waloński, a także podstawy niemieckiego. Jak głosi rodzinna legenda,
Bolesław pracował w kopalni z Edwardem Gierkiem i mówiono nawet o jakimś
zdjęciu, na którym sfotografowano ich razem. Niestety owa fotografia
przepadła gdzieś w zamęcie dziejów. W rodzinnym archiwum Cieślaków
zachowało się zresztą tylko jedno zdjęcie z okresu ich pobytu w Belgii,
na którym widnieją matka i dwoje najstarszych dzieci.
W Belgii rodzina Cieślaków przetrwała wojnę. Los na szczęście oszczędził
im drastycznych przeżyć, bo ani Violetta, ani jej starsze rodzeństwo i młodszy brat nigdy nie opowiadali o żadnych dramatycznych wydarzeniach w tym okresie. Inaczej niż Adam, syn Edwarda Gierka, który zapamiętał
chwile grozy w domowej piwnicy, zmienionej naprędce przez jego ojca w schron, podczas ataku aliantów na opanowane przez Niem-ców miasteczko, w którym mieszkali. Niewykluczone jednak, że mali Cieślakowie po prostu
nie pamiętali takich niebezpiecznych momentów, a może z czasem
skutecznie wyparli je z pamięci.
Gdy tylko skończyła się wojna, Cieślakowie podjęli decyzję o powrocie do
kraju. Nie byli wyjątkami, wielu górników, którym w Belgii dobrze się
wiodło, zdecydowało się wracać, by w rodzinnej ziemi złożyć swoje kości,
chociaż część z nich obawiała się komunizmu i rządów Bieruta, zresztą
słusznie. Tak się jednak składa, że wśród górników polskich zarówno we
Francji, gdzie także byli licznie reprezentowani, jak i w Belgii prężnie
działały związki zawodowe i organizacje o lewicowym, a często wręcz
komunistycznym rodowodzie. Górnicy szczególnie chętnie wstępowali do
związków zawodowych. Tym ludziom związki zawodowe, nawet te o proweniencji komunistycznej, nie kojarzyły się z niczym złym czy
nagannym, wręcz przeciwnie: członkowie tych organizacji mogli liczyć na
świadczenia socjalne, pomoc w przypadku konfliktu z pracodawcą czy
usunięcia z pracy.
Przejęcie w ojczyźnie władzy przez komunistów nie budziło w nich zatem
obaw, wręcz przeciwnie: wierzyli, że dopiero teraz Polska stanie się
krajem dobrobytu dla uczciwie pracujących ludzi. I właśnie ta wiara
powodowała, że wracali do Polski, a potem bez zastrzeżeń akceptowali
zastaną tu rzeczywistość i władzę, wstępując w szeregi PPR, a nawet do
milicji, a ich rodacy, nie bez powodu, uznali ich za zwolenników
komunizmu. A komuniści w kraju nie próżnowali - uruchomiono wielką
maszynę propagandową, mamiącą mieszkających na Zachodzie Polaków
świetlanym obrazem ojczyzny, która pod rządami komunistycznymi oferuje
godną pracę każdemu obywatelowi. Wielu dało się nabrać na szczytne hasła
i obietnice.
Polska młodzież zaś, znająca Polskę jedynie z opowiadań rodziców i dziadków, myślała tak jak Krystyna Zadecka, córka polskiego górnika
pracującego we francuskich kopalniach, która wraz z rodzicami wróciła w 1946 roku do Polski: "Jak mówi przysłowie francuskie, każdy ma dwie
ojczyzny, swoją i Francję. Moi rodzice przyjechali do Francji
dwadzieścia lat temu. To tam mój tato poznał moją mamę, młodą Polkę
pracującą w rolnictwie. [...] Kiedy we Francji wybuchła wojna, miałam
zaledwie dziesięć lat. Po trudnych latach wojny osiągnęliśmy zwycięstwo.
[...] Pomimo mojego młodego wieku wiedziałam, że mam kilka obowiązków do
wypełnienia: wspierać odbudowę mojej zniszczonej ojczyzny i współpracować z moimi braćmi w konstrukcji nowej, demokratycznej
Polski"1. Nową, demokratyczną Polskę zapewne chciał także
budować Bolesław Cieślak, chociaż ani jego, ani tym bardziej Janiny nie
można uznać za komunistów, skoro religia zajmowała ważne miejsce w ich
życiu, ale z całą pewnością nie żywili żadnych obaw co do nowej władzy w ich ojczyźnie.
Wśród emigrantów osiadłych w Belgii byli jednak i tacy, którzy zdawali
sobie sprawę, co oznacza przejęcie władzy przez protegowanych Stalina z Bierutem na czele. Ludzi odnoszących się sceptycznie do poczynań nowej
władzy nie brakowało także w otoczeniu rodziny przyszłej gwiazdy. I właśnie oni usiłowali im wybić z głowy ich zdaniem niezbyt rozsądny
pomysł powrotu. Najmłodszy potomek Janiny i Bolesława, zaledwie
sześcioletni Rysiek, stanowczo odmówił wyjazdu, a nawet zdobył się na
czynny protest, uciekając z domu i ukrywając się przez pewien czas w opuszczonej kopalni. I niemal udało mu się zostać w Belgii, gdyż
bezdzietni znajomi Cieślaków zaproponowali jego adopcję, aby mógł
pozostać w kraju, który uważał za ojczyznę, ale jego rodzice się nie
zgodzili. Ostatecznie więc Cieślakowie nie zmienili swego postanowienia
i mimo wszelkich ostrzeżeń zdecydowali się na powrót do Polski.
Co ciekawe, z ustaleń współczesnych badaczy wynika, że to głównie
kobiety opowiadały się za pozostaniem w Belgii, w kraju, którym dał im
przed laty schronienie i pracę, zapewniając im i ich potomstwu godziwe
warunki bytu. Tymczasem w rodzinie Cieślaków motorem wyjazdu była
Janina, której ktoś powiedział, że przesiedleńcom w Polsce dają kozy, i właśnie ta wiadomość sprawiła, że zaczęła marzyć o podróży do ojczyzny.
Najwyraźniej to poczciwe zwierzę budziło w niej jakieś dobre
wspomnienia, kto wie, może dorastała w domu, w którym kozy należały do
inwentarza, i dlatego miała skojarzenia z bezpieczną przystanią. I w końcu postawiła na swoim, jej mąż zresztą też marzył o powrocie do
ojczystego kraju.
Ci, którzy zdecydowali się zostać, żegnali Bolesława i Janinę, jak
również czwórkę ich dzieci z zapewne zasmuconym Rysiem na czele słowami:
"Jedźcie, jeźdźcie tam Bierut. Pojedziemy, jak będzie dajut", ale nawet
najbardziej złośliwe drwiny i docinki nie zmieniły decyzji Czesława i jego żony. Cała rodzina zabrała rzeczy, które mogli zabrać ze sobą, i zapakowała się do wagonu towarowego wyściełanego słomą i kocami, by
wyruszyć w nieznane. Ciekawe, jakie myśli roiły się w głowie
ośmioletniej Czesi, kiedy pociąg wreszcie dotarł do celu?
"W Lewinie koło Kudowy jest dom mych dziecinnych dni"
Cieślakowie po przybyciu do ojczystego kraju osiedlili się w Lewinie
Kłodzkim, miejscowości włączonej do Polski w 1945 roku. Wówczas było to
jeszcze miasto, ale rok później Lewin stracił prawa miejskie. Ludność
dotychczas zamieszkującą tę miejscowość wysiedlono w głąb Niemiec, a na
jej miejsce napłynęli polscy osadnicy zza Bugu, ze Śląska oraz
repatrianci wracający z różnych państw Europy. I właśnie w takim
opuszczonym, poniemieckim domu zamieszkała rodzina Cieślaków. Budynek
był stosunkowo nowy, bo zbudowany w 1925 roku, w porządnym, niemieckim
stylu z pruskiego muru, otaczały go też doskonale utrzymane zabudowania
gospodarcze.
Dzieci, które bardzo szybko zaaklimatyzowały się w nowym miejscu, chyba
były szczęśliwe, chociażby dlatego, że w nowym domu każde z nich miało
własny pokój, a małej Czesi przypadł ten na dole, po lewej stronie przy
wejściu. Największy zachwyt dziewczynki wzbudził jednak stojący w salonie fortepian, na którym podobno próbowała grać. Niestety nie dane
jej było długo cieszyć się owym instrumentem, na którego klawiaturze
usiłowała wystukać jakieś melodie: po wprowadzeniu się Cieślaków grupa
szabrowników, którzy podawali się za pracowników konserwatorium z Poznania, zażądała oddania instrumentu, a gospodarz posłusznie go im
wydał, gdyż nie podejrzewał podstępu. Niewykluczone też, że bał się
sprzeciwić kilku rosłym, krzepkim mężczyznom, mającym nad nim fizyczną
przewagę, gdyż do siłaczy trudno go było zaliczyć. Taka zuchwała
kradzież nie była w tym czasie na tak zwanych ziemiach odzyskanych
niczym niezwykłym. Mienie pozostawione przez poprzednich mieszkańców
uważano za niczyje, nawet jeśli już jacyś Polacy zdążyli zająć
pozostawione nieruchomości wraz ze znajdującymi się tam dobrami. Ich
przejęcie zależało jedynie od sprytu, determinacji i odpowiedniego
pomysłu szabrowników, których ofiarą padli także Cieślakowie. Wprawdzie
stracili cenny instrument, ale i tak mogli uważać się za szczęściarzy,
pozostały im bowiem meble i wyposażenie kuchni.
Bez wątpienia rodzice Czesi musieli być zadowoleni z odmiany losu, jaka
spotkała ich w powojennej Polsce. Przed wyjazdem mieszkali bowiem w zadymionej Dąbrowie Górniczej, gdzie większość ludności zasiedlała
familoki, wielorodzinne budynki z ciemnoczerwonej cegły, nieotynkowane,
na ogół pozbawione kanalizacji. Teraz zamieszkali w przestronnym
wygodnym domu, a ich dzieci nie musiały już wdychać powietrza
zanieczyszczonego dymem i pyłem z pobliskich kopalni.
A okolica była wręcz bajeczna: Lewin Kłodzki leży w otulinie
istniejącego od 1993 roku Parku Narodowego Gór Stołowych, wśród Wzgórz
Lewińskich obfitujących w zapierające dech w piersiach panoramy,
ciekawą, często unikatową roślinność i, co istotne ze względów
zdrowotnych, czyste powietrze. Janina, która podjęła pracę w miejscowej
restauracji jako bufetowa, nie miała żadnych problemów, aby pogodzić
zatrudnienie z prowadzeniem domu i opieką nad czwórką dzieci.
Korzystając z dobrze wyposażonej kuchni, kiedy miała czas i ochotę, coś
gotowała lub piekła, a ponieważ była dobrą gospodynią, gości wchodzących
do domu już od progu nęciły zapachy smakowitych potraw i wspaniałych
ciast.
Bolesławowi też nieźle się wiodło; tuż po przyjeździe wstąpił do milicji
i został nawet komendantem na lokalnym posterunku, ale w organach
ścigania nie zrobił kariery. I to na własne życzenie, gdyż wkrótce po
objęciu tej odpowiedzialnej funkcji wdał się w jakieś nielegalne
interesy, wchodząc w kolizję z prawem, któremu przecież miał służyć.
Biografom Villas nie udało się ustalić, dlaczego jej ojciec stracił
pracę, a w konsekwencji także dobre imię. W Lewinie i okolicy mówiono,
że miał układy z przemytnikami, podobno przepuścił przez granicę
transport butów marki Bata. Nie są to jednak zweryfikowane wiadomości.
Inna wersja, podana przez przyjaciółkę Czesi, Krystynę, mówi o przekręcie, a może kawale Bolesława, którego dopuścił się wraz z innym
milicjantem o imieniu Ignac oraz niejakim Pienieckim z pobliskiego
Jarkowa: "Popili sobie i na furmankę tego Pienieckiego nakładli broni i amunicji wojska, co tam stacjonowało. Z jakiegoś magazynu czy składu,
wtedy było dużo broni. Potem darli się, że złapali przemyt. Ale wojsko
się kapnęło"2. Z całą pewnością Bolesław musiał wejść w konflikt z prawem, skoro na prawie dwa lata trafił do więzienia. I to
jest dość dobrze udokumentowane.
Po wyjściu na wolność nie mógł pracować w milicji ze względu na
karalność, ale znalazł zatrudnienie na kolei, gdzie wciąż mógł nosić
mundur, tym razem kolejarski. Trudno powiedzieć, czy był dobrym mężem i ojcem, bo wprawdzie przynosił do domu pieniądze, zarobione tym razem już
uczciwie, i dbał na swój despotyczny sposób o rozwój i wykształcenie
dzieci, ale miał niełatwy charakter i życie z nimi nie było usłane
różami. Zwłaszcza dla prostolinijnej, głęboko wierzącej w Boga Janiny,
która musiała tolerować również jego zdrady, przygodne romanse, od
których nie stronił. Na domiar złego miał wyjątkowo wybujałą wyobraźnię
i skłonność do konfabulacji, co zdaniem pani Janiny odziedziczyła po nim
najmłodsza córka.
Mała Czesia miała po kim odziedziczyć talent muzyczny, bo Bolesław był
uzdolnionym muzykiem samoukiem. Zdolności i pasji mu nie brakowało, sam
nauczył się trudnej gry na skrzypcach, i to na tyle dobrze, by grać w amatorskim zespole muzycznym, który założył z kolegą Zygmuntem Pedelem.
Przygrywali na weselach i podczas innych uroczystości. Muzycy z jego
zespołu występowali czasami w muszli koncertowej w Parku Zdrojowym w Lewinie. W tej niewielkiej miejscowości państwo Cieślakowie byli
doskonale znani i pomimo więziennego epizodu Bolesława powszechnie
szanowani. Przyjaciółka Czesi z lat szkolnych o ojcu przyszłej gwiazdy
mówiła: "Był to pan poważny, nosił zegarek na łańcuszku, po wsi chodził
ze skrzypcami w futerale, a na powitanie dotykał daszka kolejarskiej
czapki. Matka Janina pracowała w bufecie przy głównej ulicy, miała słabe
oczy, okulary grubości denka słoikowego"3. Dużą wadę wzroku
odziedziczyła po matce Czesia, ale odziedziczyła również wspaniały głos,
gdyż pani Cieślak dysponowała równie imponującymi warunkami głosowymi.
Tylko Janina, w przeciwieństwie do swojej sławnej córki, nigdy nie
szkoliła głosu pod okiem profesjonalistów.
Jak na wielkiego miłośnika muzyki i muzyka amatora przystało, Bolesław
chciał uczynić z czworga swoich dzieci muzyków, najlepiej skrzypków, i sam udzielał im lekcji gry na tym instrumencie. Ale Czesia nie
wspominała tego najlepiej: "Godzinami ćwiczyłam grę na skrzypcach. Gdy
mi nie wychodziło, bił mnie smyczkiem po palcach"4 - opowiadała
w jednym z wywiadów, krytycznie odnosząc się do zdolności pedagogicznych
ojca, o którym zresztą w wywiadach nigdy nie wypowiadała się dobrze.
Stosowane przez niego metody skutecznie zraziły przyszłą diwę do gry na
skrzypcach.
Trzeba przyznać, że wszystkie dzieci państwa Cieślaków były muzycznie
wybitnie utalentowane. Na przykład Wanda, najstarsza z gromadki, pięknie
grała na pianinie oraz akordeonie. Ale to mała pyzata Czesia, obdarzona
bujnymi włosami, okrągłą buzią i zadartym noskiem, zwracała największą
uwagę, nie tyle urodą, ile niebanalnym zachowaniem. Z pewnością była
najbardziej kolorowym członkiem rodziny i niejeden raz bulwersowała
bliskich. Jej siostra wspomina chociażby, że zazwyczaj zamiast na
krześle siadała na stole i zawsze miała inne zdanie niż reszta rodziny,
z przekory, bo nie lubiła, by ktoś jej narzucał swoje poglądy. Jej
rodzeństwo, przyzwyczajone do wyskoków siostry, mawiało, że wszyscy
normalni ludzie chodzą na nogach, z wyjątkiem Czesi, która chadza na
głowie. Ubierała się też inaczej niż jej rówieśniczki, bardzo lubiła
stroje w kolorze czerwonym. W dodatku od najmłodszych lat marzyła się
jej wielka kariera sceniczna, a może nawet filmowa. Jedna z jej
koleżanek wspomina, że Czesia często powtarzała, iż w przyszłości będzie
ją można oglądać w kinie, a na pytanie, skąd ma tę pewność, odpowiadała,
jakoby taką informację przekazała jej Matka Boska.
Z relacji rodziny wynika jednak, że bohaterka naszej opowieści
początkowo śniła o balecie. Jej bratowa, żona Jerzego, wspominała, że w dzieciństwie razem ze swą siostrą Zosią biegały na łąkę na wzgórzach, by
wspólnie z Czesią i pod jej komendą robić mostki, gwiazdy i szpagaty,
jak na przyszłe baletnice przystało. Początkowo rzeczywiście jeździła na
zajęcia do szkoły baletowej w Kłodzku, ale z czasem zdecydowała się
jednak na śpiew, gdyż zawsze lubiła śpiewać, a rodzeństwo nieraz
słuchało jej "koncertów" w domowej łazience. Grała w szkolnym zespole, a ojciec uczył ją gry na skrzypcach, akordeonie i wiolonczeli, ale także
na tak osobliwym instrumencie, jakim jest piła. Kiedy miała chwilę czasu
dla siebie, biegła na wzgórze i leżąc na trawie, obserwowała pociągi
jadące gdzieś hen, w wielki nieznany świat. Była przekonana, że
podróżnych czeka po przybyciu do celu nowe lepsze życie. Z pewnością o wiele ciekawsze od tego, które można wieść w zapyziałym Lewinie.
Czas mijał. Z uroczej dziewczynki o wyglądzie porcelanowej laleczki
wyrastała młoda dziewczyna, za którą oglądali się chłopcy. Zachowane
zdjęcia z wczesnej młodości przyszłej diwy skłaniają do opinii, że
uwieczniona na nich młoda panna nie jest bynajmniej posągową pięknością,
ale niewątpliwie przyciąga wzrok i może się podobać. Ma okrągłą twarz, w której zwracają uwagę perkaty nosek i śmiało patrzące na świat oczy,
oraz bujne, starannie upięte włosy. Jest też stanowczo zbyt pulchna, by
mieścić się w kanonach piękna, zwłaszcza obowiązujących współcześnie. A jednak nie da się ukryć, że ma w sobie to "coś", co przykuwa uwagę i co
przyciąga wzrok mężczyzn, zapewne ku utrapieniu dużo ładniejszych
koleżanek. Zwłaszcza że miała niemałe atuty: "Jasna, włosy jak len, a ich gęstość jak sznur z konopi - opowiadała po latach koleżanka szkolna
Violetty - a ciało zdrowe, nabite, nie to, co teraz, dziewczyny są jak
wieszaki"5. I chyba zawsze lubiła zwracać na siebie uwagę, co
widać na zachowanych zdjęciach z jej wczesnej młodości. "Violetta zawsze
była inna - przyznaje Małgorzata Gospodarek, synowa Villas. - To widać
nawet na starych fotografiach. Kobiety w Lewinie ubrane w sandały i długie spódnice. A Violetta - pasek, dekolt. Ludzie w tych czasach stali
na baczność, gdy robiono im zdjęcie. U mamy Krzysia całe ciało grało.
Ręka, nóżka w różne strony. Wyróżniała się z tłumu"6.
Czesia stosunkowo szybko odkryła, że podoba się chłopcom, i stopniowo
uczyła się, jak to wykorzystać. Jako nastolatka razem ze swoją
przyjaciółką Krysią Chabrówną umawiały się z chłopakami, czasem kilkoma
naraz i w tym samym miejscu. Jak można się domyślić, dziewczyny nie
miały zamiaru pojawić się na randce. Chłopaków, którzy przyszli na
spotkanie, obserwowały z ukrycia i śmiały się z nich. Matki obu
dziewcząt, dowiedziawszy się o tym, załamały ręce, ojcu Czesi także nie
podobało się takie zachowanie, zwłaszcza że nie uszło jego uwadze, jak
jego córka działa na mężczyzn. Doskonale wiedział, jak to się może
skończyć. Nie podobały mu się także rojenia Czesławy o sławie i scenie,
ponieważ miał tradycyjne poglądy, opowiadał się za zwyczajowym podziałem
ról mężczyzn i kobiet. Miał też określoną wizję dotyczącą przyszłości
swego potomstwa: chłopcy powinni wykonywać konkretny zawód - górnika,
elektryka, mechanika - a dziewczynki miały być żonami przy mężach,
gospodyniami i matkami. A tymczasem jego młodsza córka, której
zakonnice nadały na chrzcie tak ekscentryczne imię, śniła na jawie o występach na scenie. Bolesław wiedział, jak zaradzić tym mrzonkom i skutecznie ściągnąć Czesię na ziemię - należało ją czym prędzej wydać za
jakiegoś porządnego chłopaka, który jak najszybciej uczyni ją matką. I wkrótce znalazł się odpowiedni kandydat. W dodatku Czesi bardzo się
spodobał.
Rozdział 2
2
Żona, matka, artystka...
Za mundurem panny sznurem, czyli historia pewnej miłosnej fascynacji
"Mój ojciec Bolesław Cieślak, który był prostym skromnym człowiekiem -
górnikiem, a potem kolejarzem - uznał, że dla mojego dobra najlepsze
jest, bym szybko wyszła za mąż i miała dom. Gdy miałam 15 lat, byłam już
bardzo rozwinięta, wyglądałam na co najmniej 17. Upodobał mnie sobie
wtedy pewien porucznik po szkole oficerskiej na służbie WOP w Kudowie.
Miał 27 lat. Wpadłam mu w oko. Ale ja nie chciałam wychodzić za mąż. W tym czasie marzyłam już, żeby wyjechać z Lewina do szkoły muzycznej do
Wrocławia. Pragnęłam zostać piosenkarką. Ojciec jednak nie chciał się na
to zgodzić. - Strach cię puścić do Wrocławia! Kto cię tam przypilnuje!
Lepiej będzie, jak wyjdziesz za mąż! - mówił. I zmusił mnie do
małżeństwa z tym porucznikiem. Buntowałam się. Nie chciałam go. Ale
ojciec przekonywał, że z czasem go pokocham i przyzwyczaję się do niego.
Dopiął swego i za pozwoleniem sądu, bo byłam nieletnia, wydał mnie za
mąż w wieku 16 lat. Wzięliśmy ślub cywilny i zamieszkaliśmy z moimi
rodzicami w Lewinie. W dniu ceremonii przyrzekłam sobie, że jak tylko
skończę 18 lat, to ucieknę od porucznika Gospodarka, zostawię go. W międzyczasie urodził się nasz syn Krzysztof. Ale ja rozpaczałam. Stale
płakałam i modliłam się w kościele, żeby Bóg pozwolił mi zostać
śpiewaczką i uciec od męża. Jak postanowiłam, tak zrobiłam"7.
Taką wersję okoliczności swojego pierwszego ślubu Violetta Villas przez
lata sprzedawała dziennikarzom w wywiadach i wierzono jej bez
zastrzeżeń. Nikomu nie przyszło do głowy, by zweryfikować nieustannie
powtarzaną wersję o małżeństwie bez miłości, zaaranżowanym przez ojca
niewierzącego w talent młodziutkiej Czesławy. A wystarczyło sprawdzić
datę zawarcia związku małżeńskiego i datę urodzin Piotra Gospodarka, bo
tak właśnie nazywał się pierwszy mąż naszej bohaterki, by się przekonać,
że historia o wymuszonym małżeństwie bez miłości, mówiąc delikatnie, nie
do końca jest zgodna z prawdą.
Bolesław Cieślak odetchnął zapewne z ulgą, kiedy w otoczeniu jego
młodszej córki pojawił się twardo stąpający po ziemi i wcześniej
doświadczony przez los, przystojny mężczyzna, w dodatku wojskowy. Jego
zdaniem małżeństwo i rodzina to było najlepsze remedium na dziewczyńskie
fanaberie, za jakie niewątpliwie uznawał zachowanie Czesi i jej rojenia
o sławie. Z pewnością dziewczyna była bardzo rozwinięta i przyciągała
wzrok mężczyzn, a niestroniący od kobiet Bolesław zdawał sobie sprawę,
że może to ściągnąć na nią kłopoty. Prawdą jest więc, że to on optował
za tym, by jego córka jak najszybciej wyszła za mąż. Podobnie postąpił w przypadku Wandy, starszej siostry przyszłej gwiazdy. To właśnie ją
zmusił do ślubu z niekochanym, sporo starszym mężczyzną, co zresztą
fatalnie się dla niej skończyło. Mąż bowiem okazał się tyranem domowym i damskim bokserem. Na szczęście Wanda znalazła w sobie tyle siły, by
odejść od swojego oprawcy; znalazła nową miłość i stworzyła znacznie
szczęśliwszy związek.
Tymczasem Czesia, wbrew temu, co potem uparcie powtarzała w wywiadach,
nie miała nic przeciwko wyjściu za Piotra Gospodarka. I tak naprawdę to
on pierwszy wpadł jej w oko, był zresztą przystojnym, wysokim,
jasnowłosym chłopakiem, około dwudziestopięcioletnim, i podobał się
niemal wszystkim dziewczętom w Lewinie, na czele z najlepszą
przyjaciółką Czesi, Krysią Chabrówną. "Najbardziej mi się podobał, jak
chodził w galowym mundurze z lampasami i w oficerkach - wspominała po
wielu latach Krystyna. - Jak mu on, ten mundur, pasował! Dobry był z niego kąsek"8. I to ona pierwsza miała chrapkę na ten "dobry
kąsek". Piotr był kolegą jej starszego brata i za jego sprawą go
poznała.
I pewnie to ona nosiłaby nazwisko Gospodarek, gdyby szyków nie popsuła
jej panna Cieślakówna, która uznała, że przystojny podporucznik to
idealny kawaler dla niej. W efekcie doszło między nimi do konfliktu i dziewczęta nawet się o niego pobiły, a Czesia straciła w bójce dwa zęby
(do czego potem nigdy nie chciała się przyznać). Bójka chyba zakończyła
się remisem, ale to Czesława uznała przystojniaka za swoją zdobycz.
Zresztą bez problemu go w sobie rozkochała i okręciła wokół palca.
Bardzo prawdopodobne, że ona również była w nim zakochana. A może tak
się jej tylko wydawało, może wmówiła sobie to uczucie, bo chciała uciec
spod kurateli despotycznego ojca? Na pewno ten przystojny podporucznik,
świetnie prezentujący się na koniu, bardzo się jej podobał. A rodzice z pewnością nie mieli nic przeciwko tej znajomości, widząc w Piotrze
dobrego kandydata na męża, bo był wojskowym o stałych dochodach. Poza
tym wydawał się spokojnym i skromnym człowiekiem. Zapewne także wydawało
im się, że skoro sam był sierotą i wychowywał się jako syn pułku,
potrafi docenić dom, który, jak uważali Cieślakowie, stworzy mu ich
córka.
Warto dodać, że wbrew temu, co uparcie powtarzała w wywiadach nasza
bohaterka, Piotr był starszy od niej nie o dwanaście, ale o cztery lata,
gdyż urodził się 10 kwietnia 1934 roku. Dlaczego więc później, kiedy
została gwiazdą pierwszej wielkości, uparcie go postarzała w wywiadach i wypowiedziach? Czyżby wstydziła się tego młodzieńczego zauroczenia, pod
którego wpływem podjęła stanowczo zbyt pochopną i nierozważną decyzję o ślubie? Przyglądając się ślubnym zdjęciom tej pary, odnosi się wrażenie,
że patrzy się na szczęśliwą pannę młodą. Widzimy na nich bardzo młodych
ludzi, chciałoby się powiedzieć dzieciaków, bo Czesława w chwili
zawarcia małżeństwa była rzeczywiście bardzo młoda, choć nieco starsza,
niż twierdziła później w wywiadach. Z dokumentów wynika, że ślub odbył
się 21 lutego 1955 roku, co oznacza, że Violetta miała wtedy niecałe
siedemnaście lat, a nie szesnaście. Ponieważ zgodnie z obowiązującymi w ówczesnej Polsce przepisami kobieta mogła wyjść za mąż po ukończeniu
siedemnastu lat, Czesi potrzebna więc była zgoda sądu na zawarcie
małżeństwa.
Panna Cieślak nie była jedyną młodą kobietą decydującą się na ślub w tak
młodym wieku. W tych trudnych powojennych czasach ludzie marzyli o założeniu rodziny, mając w pamięci okrucieństwa wojny i pragnąc
stabilizacji. Nikogo zatem nie dziwiły małżeństwa młodych dziewczyn,
które według współczesnych standardów powinny jeszcze chodzić do szkoły.
Kościół był w tym względzie jeszcze bardziej liberalny - kobieta mogła
zawrzeć związek małżeński po ukończeniu szesnastego roku życia.
Na ceremonii zaślubin Czesława wystąpiła w błękitnej sukience
przystrojonej mnóstwem falbanek i ozdóbek, była więc całkowicie w stylu
Czesi, pan młody natomiast brał ślub w galowym mundurze. A wesele odbyło
się w domu Cieślaków, podobnie zresztą jak wcześniej wesele Wandy,
starszej córki Janiny i Bolesława.
Wkrótce po tym radosnym wydarzeniu proza życia dopadła bujającą w obłokach Czesławę, która najwyraźniej bardzo szybko rozczarowała się
małżeństwem. Piotr Gospodarek nie był muzykalny, nie przepadał za
muzyką, a zwłaszcza był przeciwny planom swojej żony - muzykowaniu i śpiewaniu. Rajski ptak, jakim była Wioletta, nie mógł żyć u boku
wojskowego, skromnego i spokojnego mężczyzny, którego jedynym powołaniem
jest utrzymywanie żony i dzieci. 8 stycznia 1956 roku, rok po ślubie,
przyszedł na świat ich syn Krzysztof. Czesia przywitała dziecko z radością i nie mamy powodów, by przypuszczać, że nie kochała synka czy
że dopadła ją depresja porodowa, skoro mieszkańcy Lewina pamiętają, jak
z dumą spacerowała z wózkiem po tamtejszych ulicach. Zapewne więc jej
późniejsza decyzja musiała być dla nich równie wielkim zaskoczeniem jak
dla Piotra.
Czesia bowiem, zaledwie po kilku miesiącach w roli matki, kiedy tylko
zrobiło się nieco cieplej, zabrała synka oraz pensję Piotra i wyjechała
do Szczecina, gdzie wcześniej wraz z mężem zamieszkała jej siostra. Ale
celem wyjazdu nie były odwiedziny u Wandy - Czesława chciała zdać
egzamin na wydział wokalny szczecińskiej szkoły muzycznej, gdyż, wbrew
nadziejom ojca, małżeństwo nie wybiło jej z głowy marzeń o karierze
scenicznej. Problem polegał jednak na tym, że czas składania podań już
minął i Czesia musiała dokonać cudu, żeby się dostać do wymarzonej
szkoły. I trzeba przyznać, że dokonała, była bowiem bardzo
zdeterminowana. "Pamiętam, że stałam sama wystraszona na szkolnym
korytarzu i prosiłam o przesłuchanie - zapisze potem w swoim pamiętniku
odnalezionym po jej śmierci przez syna. - Co chwilę do komisji wzywany
był ktoś, kto wcześniej już złożył podanie. Ja tego nie zrobiłam. Nie
wiedziałam, czy dostanę się na egzamin. W końcu wysiadłam wprost z pociągu z Lewina! Siedziałam w kącie i potwornie się bałam. [...] Kiedy
wszyscy zostali przeegzaminowani, na końcu poproszono jednak i mnie. -
Pani chce zostać śpiewaczką? A dlaczego? A co nam pani zaśpiewa? -
zapytała komisja. Zaśpiewałam hiszpańską pieśń o torreadorze i pieśń
włoską. Włożyłam w to całe serce, aż łzy leciały mi po policzkach.
Profesorowie zrobili mi specjalne badanie i stwierdzili, że mam słuch
absolutny. I przyjęto mnie na pierwszy rok. Płakałam z radości!"9.
Przyjęcie do wymarzonej szkoły było w zasadzie jedynym powodem do
radości ambitnej dziewczyny, która musiała zadbać nie tylko o siebie,
ale także o swoje maleńkie dziecko. Na pomoc siostry, nieszczęśliwej w małżeństwie i znoszącej tyranię despotycznego męża, nie mogła liczyć,
nie mogła nawet u niej zamieszkać. Musiała też z czegoś żyć, wprawdzie
przyznano jej stypendium, ale nie były to środki wystarczające do
utrzymania jej i dziecka, z którym przecież nie mogła zamieszkać w szkolnym internacie. Przeprowadziła się do bardzo skromnego mieszkanka,
a w zasadzie pokoiku na poddaszu pozbawionego ogrzewania. Takie warunki
z pewnością nie sprzyjają zdrowiu kilkumiesięcznego dziecka, nic zatem
dziwnego, że Krzysio po dwóch tygodniach zachorował na zapalenie płuc.
Zrozpaczona Czesia nie miała innego wyjścia, jak tylko zawieźć dziecko
do Lewina, by oddać je pod opiekę matki, na którą zawsze mogła liczyć.
Obiecała jej oczywiście, że później zabierze syna do siebie, ale
najpierw musi skończyć szkołę muzyczną, a przynajmniej tak twierdziła w wywiadach wiele lat później, gdy już była sławna. Spodziewała się, że
jej mąż, ojciec Krzysia, będzie miał udział w jego wychowaniu, a tymczasem chłopiec nie miał z nim żadnego kontaktu. Nawet jeśli ojciec
na początku się nim zajmował, to chłopiec tego nie zapamiętał, bo był za
mały. A potem właściwie na dobre zniknął z jego życia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki