Vinnlieg - K. A. Piersa

Reflow text when sidebars are open.
Runo sporej leśnej polanki lśniło jak klejnot. Rosa pokrywała trawę, polne kwiaty i śliskie w dotyku kapelusze grzybów, a na niebie świecił teraz Prism, jeden z dwóch księżyców Laateilis, krainy niemal całkowicie pokrytej lasami. Kiedy światło Prisma padało na powierzchnie pokryte kropelkami wody, uwalniała się z nich tęcza i w ten sposób polana - otoczona ze wszystkich stron suchymi, bezlistnymi drzewami o powyginanych i rachitycznych gałęziach - wyglądała jak kryształ osadzony w wiadrze smoły. Takie widoki nie były rzadko spotykane w tej części roku; z tego właśnie słynął Laateilis. Kontrast między kalejdoskopową polaną a upiorną ciemnością lasu był powodem, dla którego warto było odwiedzić leśną krainę właśnie w ułamie Prisma.
Można było odnieść wrażenie, że las świeci pustką. Jednak w pewnym momencie na polanę z lewej strony weszła zakapturzona postać w przylegającym do ciała kombinezonie, wyposażonym w pas z przypiętymi dwoma sztyletami, twarz zaś ginęła w obszernym kapturze wszytym w długą ciemnoczerwoną pelerynę. Na ramieniu kołysała się wypchana do granic możliwości skórzana torba - musiała być dość ciężka, a mimo to krok postaci był cichy, wartki, sprężysty. U jej boku maszerowała czworonożna pantera o białych ślepiach, czarnym, aksamitnym futrze i nietoperzych skrzydłach, złożonych lekko na tułowiu. Wyglądały na solidne i wytrzymałe.
Ich ruch byłby niemal niemożliwy do zarejestrowania dla nieuważnego ucha, gdyby nie odgłos jedzonego jabłka. Mijało chrupnięcie za chrupnięciem, aż w końcu odezwał się głos - mocny, dźwięczny i zdecydowanie kobiecy:
- Ogryzek?
To było pytanie do pantery, która teraz biegła przez polanę, udając, że poluje na malutkie tęcze z kropel rosy. Momentalnie się zatrzymała, skoczyła w górę, rozkładając instynktownie majestatyczne skrzydła, a tam już nadlatywała do niej resztka owocu. Zwierzę pochwyciło ją w locie, dając popis swojej zręczności.
- Dobra Raileigh - pochwaliła ją dziewczyna.
Zachowywały się swobodnie, jak gdyby przemierzanie ciemnych zakamarków krainy nie budziło w nich zupełnie żadnych obaw. Przeszły już prawie całą polanę i za chwilę miały zniknąć w lesie.
Za oddalonym o dziesięć metrów drzewem czaił się trefrykt. Jego białe ślepia wyzierały spod gałęzi, badyli i drewienek, uszytych w tkankę stwora. Był wyższy niż przeciętny człowiek, miał nogi, ręce i tułów, a każda część składała się z wysuszonych, splątanych patyków. Patrzył nieśmiało na zbliżające się postaci. Wyglądał jak koszmar senny, a Raileigh, która wyczuła go z daleka, obnażyła zęby i zawarczała; spięła ciało w gotowości do skoku.
- Spokojnie, Raileigh. Zostaw go. Nic nam nie zrobi.
W krainie Lasu, w której przez prawie cały rok trwała noc, łatwo było bać się własnego cienia. Jedną ze sztuk przetrwania było odróżnianie niebezpiecznych bestii od tych, które po prostu zamieszkiwały swój teren. I przyglądały się przybyszom z ciekawością - jak trefrykt.
Dziewczyna sięgnęła do torby, wyjęła z niej drugie jabłko i rzuciła trefryktowi. Wiedziała, że ten go nie zje, tylko użyje go do zabawy; i rzeczywiście, patyczak zaczął podrzucać owoc jak piłkę. Łapał ją niezdarnie w swoje palce-rózgi i wydawał dźwięk, jakby śmiał się i cieszył. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, kiedy razem z Raileigh go mijały.
Szły już dość długo przez względnie spokojny Suchy Las. Tej nocy w Laateilis obchodzono święto Vintern?tter - polegało ono na oddawaniu czci zmarłym. Z tej okazji wyprawiano celebracje o różnorakim charakterze: od tych najbardziej gorliwych i modlitewnych, przez neutralne, czysto dziękczynne, aż po obrzędy zupełnie hipnotyzujące, transowe, nie tylko oddające szacunek śmierci, ale też zmysłowo i z pasją wielbiące życie. Vintern?tter odbywało się zwykle pod gołym niebem, w większych i mniejszych grupkach ludzi palących ogniska, do których wrzucano elementy garderoby w rozmaitych intencjach - im bardziej skomplikowana intencja, tym bogatszy ubiór ginął w płomieniach, oczywiście zależenie od możliwości świętujących. Pragnące miłości kobiety potrafiły poświęcić niejedną bogato haftowaną suknię, aby bardziej przypodobać się Aniołom, za to mężczyźni szukający rzemiosła najczęściej palili rękawice lub nakrycia głowy.
Stwory i bestie, takie jak skrzydlata pantera, nie przepadały jednak za tą szczególną nocą, gdyż oprócz składania hołdu zmarłym przodkom w wielu miejscach próbowano ich też przywołać, od czego magiczne istoty wolały się trzymać z daleka. Zmarli, którzy przekraczali tej nocy barierę życia, wywoływali w nich niepokój; najlepszą bronią bestii jest bowiem zadawanie śmierci, a zdaje się to broń wysoce nieskuteczna wobec nieżywych.
Dziewczyna rozejrzała się po lesie, który wydawał się w każdym miejscu wyglądać tak samo, jednak ona potrafiła rozróżnić jego charakterystyczne elementy, jak na przykład unoszący się przed nimi rój świetlików czy symbol wyryty w korze drzewa.
- Już niedaleko - orzekła, komunikując się z panterą dość oszczędnie.
Maszerowały jeszcze około pół godziny, zanim dojrzały w głębi lasu ledwie widoczną, całkowicie porośniętą mchem bramę. Dziewczyna spojrzała na swoją czworonożną towarzyszkę i zawyrokowała krótko:
- Jesteśmy.
Pantera wzdrygnęła się, jakby to wcale nie była dobra wiadomość. Brama ani drgnęła, kiedy spróbowały ją otworzyć.
- To nic - zapewniła zakapturzona podróżniczka (chyba bardziej siebie niż Raileigh, której najwyraźniej było wszystko jedno).
Stanęła w niewielkim rozkroku naprzeciwko pokaźnej furtki i dwa razy stuknęła złączonymi palcami serdecznym i środkowym o otwartą dłoń lewej ręki. Następnie prawy kciuk uformował z palcem serdecznym koło, obracając nadgarstek tak, aby kciuk znajdował się u góry. Teraz prawa dłoń oderwała się od lewej, tym razem z palcami wyprostowanymi w dół - obie dłonie były skierowane wewnętrznymi stronami do siebie. Kciuki połączyły się z palcami środkowymi, a następnie oba punkty styku dotknęły się, tworząc coś na kształt znaku nieskończoności, po czym dziewczyna obróciła dłonie w przeciwnych kierunkach i brama lekko syknęła znajomym dźwiękiem, który wydawała z siebie magia.
Ze zmurszałego zamka poleciała iskra, za chwilę brzęknął i po chwili przejście stało otworem.
- Valluku.
"Dziękuję ci". Magii zawsze wypadało podziękować.
Prześlizgnęły się do środka i ich oczom ukazał się niewielki cmentarz, na którym panowała bezwzględna cisza. Jasne kamienie wybijały się na tle ciemnej, niemal czarnej ściółki, a nad ziemią unosiła się delikatna mgła. Jedne nagrobki były niewielkie, skromne, inne bardziej okazałe, prawie wszystkie jednak zaniedbane, porośnięte mchem tak samo jak brama. Tylko nieliczne błyszczały w księżycowej, rozproszonej przez mgłę poświacie.
Dziewczyna przez chwilę wyglądała, jakby nie do końca wiedziała, czego szuka, ale za chwilę jej wzrok padł na płytę nagrobną w głębi, na przeciwległym krańcu cmentarza, w środku alejki. U jej szczytu widniał nagrobek, którego z daleka nie mogła przeczytać, jednak z boku zbudowano wieżyczkę z wykutym zegarem i słowami w starodawnym języku.
Czarodziejka przetłumaczyła na głos:
Księżyc ten sam, który dobrze znam,
Blask z morza łez, gdym u śmierci bram.
- To ten, Raileigh. - Przyspieszyła kroku. - To ten!
Oczy zaświeciły jej się jak dziecku, które znalazło skarb. Była już tak blisko, że bez problemu mogła odczytać napis na nagrobku:
NISSARA I TINCOMMIUS
Skrzydlata pantera mruknęła, jakby z aprobatą.
- Dobrze, do roboty - zarządziła. - Raileigh, zbierz trochę chrustu i patyków na ognisko.
Pantera posłusznie wybrała się na poszukiwania materiału opałowego, o co na szczęście w Suchym Lesie było szczególnie łatwo, dziewczyna zaś z pewną ulgą zdjęła wreszcie torbę i zaczęła rozmasowywać sobie ramię, które musiało już być lekko nadwyrężone. Zawartość tobołu okazała się zaskakująca, ponieważ składała się niemal wyłącznie z pożywienia: w papierowych torbach zawinięty był kawał świeżego chleba, porcja wołowiny w ziołach, jeden apetyczny ziemniak w mundurku z rozmarynowym masłem, aromatyczne ciasto cynamonowe, a nawet szklane słoiczki z odrobiną zupy cebulowej i sosu pieczeniowego.
Wszystko to zostało rozłożone na porcelanowych talerzach z inkrustowanymi brzegami w kształcie gałęzi z listkami; w górnej części naczyń widniało jadeitowe "L" jak Laateilis - znak rozpoznawczy zastawy pochodzącej z pałacu. Uczta wyglądała co najmniej groteskowo: najlepsze kąski z królewskiego stołu podane na śnieżnobiałym obrusie wśród cmentarnego otoczenia.
Kilkoma sprawnymi ruchami dłoni dziewczyna wznieciła ogień na przygotowanym przez panterę stosie drewna i wrzuciła do niego niechętnie jedwabną chustę, wzdychając ciężko. Było jej żal pięknego kaledońskiego materiału, ale liczyła na to, że Aniołowie wynagrodzą jej poświęcenie łaską sukcesu w całym tym przedsięwzięciu. Przywołanie zjawy z krainy wiecznego snu to była pestka w porównaniu z tym, o co trzeba było ją poprosić.
- Prawie gotowe. - Dziewczyna spojrzała na Raileigh. - Ale muszę jeszcze zdjąć kamień z grobu. Przez kamień się nie uda.
Pantera spojrzała na nią, jakby chciała swoimi białymi, błyszczącymi oczami zapytać: "Nie masz na to jakiejś magii?".
- Wolę nie używać za dużo czarów, żeby nie osłabić wezwania. - Wyciągnęła z torby dwie liny; obwiązała nimi kamień po obu stronach. Podała jedną końcówkę liny panterze, a ta pochwyciła ją pyskiem. - Na trzy. Raz, dwa...
Płyta poruszyła się o kilka centymetrów po stronie dziewczyny i dobre pół metra po stronie pantery; zwierzę musiało być niezwykle silne. Chwilę jeszcze siłowały się z ciężarem, choć większość pracy wykonała Raileigh i później ciągnęła już obie liny jednocześnie. W końcu się udało i płyta opadła z głuchym łoskotem na ziemię.
Dziewczyna odrobinę się spociła, ale bynajmniej nie z wysiłku. Potarła delikatnie czoło i wzięła głęboki oddech; teraz po raz pierwszy widać było po niej lekkie zdenerwowanie.
- W porządku - powtarzała szeptem jakby sama do siebie. - W porządku.
Uklękła na jedno kolano, wyciągnęła rękę i położyła ją pewnie na nagrobku.
- Mi galneku, Nissara-kall.
"Przyzywam cię, Nissaro".
Jej głos był miękki, senny.
- Mi vrampe datku gverinsp?. Vyllan, galneku pomi ä Vintern?tter, Nissara-kall.
"Mam dla ciebie dary. Proszę, przybądź do mnie w święto Vintern?tter, Nissaro".
Język starodawny brzmiał przepięknie, był szczególnie melodyjny ze względu na swoje akcentowanie - każda sylaba wymagała innej modulacji głosu, a spółgłoski takie jak "l" czy "k" były uroczo wyróżniane, odrobinę przeciągane, jakby mówczyni chciała je zatrzymać trochę dłużej na języku.
Nad grobem, który teraz był odsłonięty, tak że widać było wijące się w ziemi robaki, zaczęły zbierać się cienie. Dziewczyna podniosła głowę, żeby się im przyjrzeć; jej usta rozchyliły się w lekkim, wyrażającym zafascynowanie uśmiechu. Pantera zaś odeszła dalej, niby mimochodem, ale jednak nieco skulona, jakby odczuwała spory dyskomfort. Cienie zaczynały powolnie wirować wokół siebie, gęstnieć, przybierać srebrzystą barwę, zapewne odbitą od światła księżyca, który wisiał wysoko ponad wierzchołkami wysuszonych drzew, aż w końcu uformowały sylwetkę kobiety odzianej w długie szaty, jednak z pustką ziejącą w miejscu, w którym powinna znajdować się twarz.
- Arkee ordebiemi ä Vintern?tter?
"Kto mnie budzi w święto Vintern?tter?".
Dziewczyna wstała z kolana i spojrzała na szepczącą zjawę, która nie brzmiała na rozgniewaną.
Odchrząknęła.
- Sige Solvay-kall, Krüne Haxa, kman ottule feerigorku.
"Jestem Solvay, Krüne Haxa, i przyszłam zadać ci pytanie".
*
Sía Ravalazza, Roczniki
Związki ludzi pospolicie urodzonych z tymi, którzy wykazują moc magii, nie są zabronione ani piętnowane. Historia notuje wiele takich przypadków, w tym na przykład małżeństwo Gustava i Käthe czy - o wiele mniej pocieszająca, acz owiana legendą - więź Nissary i Tincommiusa.
Opowieść ta zaczyna się, gdy czarodziejka o drzemiącej w niej magii rozporządzania czasem, Nissara, napotkała na swej drodze miasteczko, w którym wiódł żywot młodzieniec imieniem Tincommius. Strudzona wędrówką kobieta otrzymała schronienie w domu matki Tincommiusa, gdzie zapukała z prośbą o nocleg. Otrzymała to, o co prosiła, a także została pobłogosławiona darem miłości. Nissara bowiem zakochała się w swym wybranku od pierwszego wejrzenia, zamieszkała w wiosce i czyniła w niej dobro dzięki swej magicznej mocy.
Czas upływał, a dwoje zakochanych upewniało się, że ich miłość jest prawdziwa i długowieczna. Oglądali wespół gwiazdy na nocnym nieboskłonie, zbierali zioła do uzdrawiających naparów, spacerowali wśród leśnych zagajników i cieszyli się sobą nawzajem. Wkrótce Tincommius poprosił o rękę Nissary, a ona przyjęła oświadczyny z największą radością. W oczekiwaniu na wielki dzień zajmowali się swoimi sprawami, jednak któregoś razu nad wioskę nadciągnęła burza od strony mórz. Zwykle spokojne niebo rozbłysło piorunami, a ulewa podtopiła niektóre domy. Tincommius postanowił sprawdzić, czy jego ukochana jest bezpieczna; wybiegł z domu i choć nie miał do pokonania długiej drogi, tuż przed domem Nissary raził go jeden z piorunów.
Czarodziejka wybiegła przed chatę, zaniepokojona głośnym wystrzałem. Kiedy zobaczyła dymiące się ciało Tincommiusa i pojęła, co się wydarzyło, jej lament usłyszano w całej okolicy. Tincommius został pochowany następnego dnia, ale Nissara zdecydowana była przywrócić życie lubemu. Jako władająca rzadką mocą czasu przeczytała wszystkie księgi i rozpytała wszystkich czarowników, którzy mogli jej pomóc w opracowaniu czaru, którego nikt wcześniej nie odważył się użyć - czaru cofającego czas.
Minęło siedem lat od śmierci Tincommiusa, kiedy Nissara była gotowa przeprowadzić magiczną próbę. W swoim pokoleniu nie miała sobie równych, a jej potęga zadziwiła nawet ją samą, kiedy czar się powiódł i nagle ocknęła się siedem lat wcześniej, w noc burzy, która zgubiła Tincommiusa. Czas jednak ostrzegł ją, że wróci odebrać swoje siedem lat, albowiem materia czasu jest delikatna i musi być w ostatecznym rozrachunku w równowadze. Co zostało przedłużone, skraca się gdzieś w innym swym kawałku lub wymiarze, nie dając magii szans na oszukanie fundamentów wszechrzeczy. Nissara pobiegła do domu Tincommiusa, zanim niebo na powrót usłało się piorunami, a mężczyzna tej nocy został bezpieczny.
Nissara i Tincommius pobrali się i doczekali potomka. Kobieta powiła chłopca imieniem Kalum. Nissara już więcej nie korzystała ze swoich najpotężniejszych mocy, jedynie leczyła chorych w wiosce i pomagała sąsiadom, używając pospolitej magii. Któregoś dnia wieszała w niewielkim ogrodzie świeżo wypraną pierzynę, gdy w blasku księżyca ujrzała Tincommiusa, prowadzącego Kaluma do domu z miejscowej szkoły. Pomachała im, a oni uśmiechnęli się do niej - i był to ostatni raz, kiedy ich widziała.
Materia czasu zafalowała przed nią, przenosząc ją siedem lat do przodu. Nissara obudziła się w swej chacie, lecz nie mogła nigdzie znaleźć małżonka ani syna. W wiosce nie było wielu znajomych jej twarzy, ale w końcu rozpoznała w jednej z kobiet matkę Tincommiusa. Zapytała ją, gdzie może go znaleźć, na co kobieta z pustką w oczach odparła, że na cmentarzu - tam, gdzie trzy lata wcześniej zabrała jej syna i wnuka zaraza.
Nissara spędziła resztę życia w izolacji. Studiowała zagadnienie czasu do końca swych dni, żyjąc w odosobnieniu. Nigdy już nie odważyła się manipulować nicią kontinuum.
Historia ta, choć tragiczna, dowodzi, że czarownicy i ludzie mogą więc zawierać małżeństwa, a także wychowywać wspólne potomstwo bez napiętnowań. Jest to zupełnie powszechne zjawisko, sięgające czasów.
*
- A więc rozumiesz staromowę Sía Ravalazzy - zauważyła Nissara.
Jej sylwetka wyglądała upiornie, ale zjawa nie sprawiała wrażenia wściekłej. To jednak mogło się w mgnieniu oka zmienić; towarzystwo duchów bywało kapryśne i nieprzewidywalne, zwłaszcza kiedy nie przybywało się do nich bezinteresownie.
- Tak, moja matka uczyła mnie tego języka od dziecka - odparła Solvay, wyciągając jabłko z torby. Już miała je ugryźć, ale zapytała najpierw: - Nie masz nic przeciwko?
Zjawa tylko przesunęła zachęcająco dłonią.
- Nie jesteś zła, że cię przyzwałam?
- Nie... jeszcze nie - dodała po namyśle Nissara. - Zobaczymy, jak mi się spodoba twoje pytanie. I twoje dary. Co mi przyniosłaś z okazji Vintern?tter?
- Ofiaruję ci najlepsze specjały z dworu królewskiego: pieczeń, zupa cebulowa, ciasto cynamonowe... Ochmistrzyni chciała upiec dyniowe, ale uważam, że cynamonowe jest znacznie lepsze, ma taki pyszny krem na wierzchu. - Solvay opowiadała o przysmakach, pokazując, co gdzie jest. Brzmiała trochę jak przekupka na targu, ale chciała odwlec moment, w którym będzie musiała przejść do sedna. - Wszystko podane na królewskich talerzach, inkrustowanych masą perłową i przyozdobionych jadeitem, o tu, w kształcie tych małych listków.
- Hmm - zamruczała zjawa. - Jestem zadowolona, ale rozbudziłaś też moją ciekawość. Królewskie talerze... - Gdyby Nissara miała oczy, z pewnością wodziłaby teraz nimi po uczcie, a potem przeniosłaby spojrzenie na Solvay. - Nie jesteś przypadkową czarodziejką. Przybywasz z dworu, wybudzasz mnie w Vintern?tter i masz pytanie. Czego więc chce ode mnie król?
Solvay przełknęła kęs jabłka. Rozumowanie Nissary było bez zarzutu, przybyła bowiem z królewskiego polecenia, jednak mimo to Solvay wiedziała, że trudno będzie nakłonić zjawę do wyjawienia potrzebnych jej informacji.
- Wiemy, że nikt w historii czarowników nie władał czasem tak, jak ty. - Solvay ściszyła głos, na co Nissara w odpowiedzi wydała z siebie niskie, ostrzegawcze warknięcie. Jej srebrne szaty zafalowały gniewnie, mimo braku wiatru. To był znak, że część bankietowa spotkania dobiegła końca. - Ja też jestem... ja też potrafię robić rzeczy z czasem, tylko nad nimi nie panuję.
- Zatem ich nie rób. - Nissara podniosła głos. - Po co w ogóle interesujesz się tą mocą?
Reakcja zjawy utwierdziła Solvay w przekonaniu, że misja płynnie weszła w fazę komplikacji.
- Interesuję się nią, ponieważ ją posiadam. A to, z jakim skutkiem się nią posługuję, zależy tylko od tego, na ile potrafię ją kontrolować. Dar ujawnia się mimowolnie, czy tego chcę, czy nie.
- Dar... - prychnęła Nissara. - Raczej przekleństwo.
- Wiem, że nie spodoba ci się moja prośba, ale przynajmniej mnie wysłuchaj. - Dziewczyna wyrzuciła ogryzek za siebie, wycierając ręce o spodnie kombinezonu. Ogryzkiem przez chwilę zainteresowała się pantera, ale ostatecznie postanowiła tkwić dalej w swoim półukryciu. - Chcę... muszę nauczyć się zatrzymywania czyjejś indywidualnej linii czasu.
Powietrze wokół Nissary huknęło głuchym dźwiękiem tak głośno, że Solvay bezwiednie cofnęła się o pół kroku, a Raileigh zaskomlała krótko, zanim zdążyła się opanować.
- Jak śmiesz wzywać mnie w święto zmarłych i wypytywać o czar czasu! - Zjawa po raz pierwszy zmieniła pozycję: schyliła się, przysunęła pustą twarz do Solvay i sączyła swoje słowa, wyraźnie rozzłoszczona.
Dziewczyna stłumiła w sobie cały lęk, który w niej wezbrał, i przybliżyła się w stronę zjawy. Wiedziała, że to próba sił, starcie charakterów.
- Kraina jest w niebezpieczeństwie.
Cisza. Brak odpowiedzi.
- Grozi nam wojna, jeśli nie pomogę królowi.
Dalej nic.
- Mogę pomóc tylko w ten sposób. Tylko manewr czasem nas ocali.
Nissara zaśmiała się gorzko.
- Tylko manewr czasem was ocali, tak? Kto tak twierdzi?
- Król.
- W takim razie król jest głupcem - zaszydziła Nissara.
Solvay zesztywniała. Pierwszy raz słyszała, żeby ktoś w ten sposób wypowiadał się o monarsze Laateilis. Zjawa wręcz ją zirytowała.
- Król jest...
- Głupcem! - zagrzmiała ponownie Nissara, jeszcze dobitniej podkreślając wybrany epitet. - Każdy, kto próbuje maczać palce w biegu czasu, jest głupcem. Ty również.
W porządku, pomyślała Solvay. Przełknę to.
- Wiesz w ogóle, jaki jest plan króla? Jakie jest niebezpieczeństwo? Komu będziesz musiała zatrzymać linię czasu?
Solvay milczała. Nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań, ponieważ tak się złożyło, że dopiero co zakończyła misję handlową w innej krainie, której wynikiem było zaopatrzenie laboratoryjnego apotekarium w spory zapas srebrzystego lotosu. Nowy rozkaz otrzymała zaledwie kilka godzin wcześniej, natychmiast po powrocie do pałacu, a że wybudzenia Nissary można było dokonać jedynie w święto Vintern?tter, musiała ruszać prawie od razu, bez marnowania cennego czasu na pytania - była podwładną i przede wszystkim wypełniała polecenia. Po pierwsze, udać się na grób Nissary, po drugie, otrzymać instrukcję przeprowadzenia czaru, po trzecie, w odpowiednim czasie, dokonać magii. To wszystko, czego zdążyła się dowiedzieć.
Czarodziejka nie miała pomysłu na to, jak sensownie przerwać ciszę, nie zdradzając się bezmyślnie z faktem, że brakowało jej znajomości kontekstu misji, z którą przybyła. Miała nadzieję, że argument o potencjalnej zgubie krainy będzie dla zjawy bardziej przekonujący, tymczasem nie wyglądało na to, żeby zrobił na niej jakieś piorunujące wrażenie.
Zanim zdążyła się odezwać, Nissara przemówiła pierwsza, tym razem miękko, tak jak na początku:
- Ach, jak dawno nie widziałam światła księżyca. Mój ukochany Prism. - Przez chwilę tkwiła zawieszona w powietrzu ze swym srebrnym kapturem uniesionym ku niebu. - Dziękuję, że mnie odwiedziłaś; nawet jeśli tylko dlatego, że czegoś ode mnie potrzebowałaś. Talerze są piękne.
Solvay zaczęły gryźć wyrzuty sumienia.
- Przepraszam, jeśli cię uraziłam, Nissaro. Znam twoją historię, studiowałam twój życiorys na podstawie Roczników. Rozmowa z tobą to dla mnie wielki zaszczyt. Czuję, że za sprawą naszej... niespotykanej mocy jesteśmy w pewnym sensie sobie pokrewne.
- Chronos to bardzo rzadka moc - przyznała niechętnie Nissara, teraz brzmiała łagodniej.
- Wiem, jak ryzykowne jest manipulowanie czasem, i rozumiem, jak fatalnie może się skończyć. Ale dopuszczam też możliwość, że można obejść się z magią czasu mądrze, wykorzystać ją właściwie. W końcu została nam ona przekazana... w jakimś celu. - Dziewczyna nie była pewna, czy bardziej przekonuje Nissarę, czy samą siebie.
- Mówiłaś, że twój czar już się ujawnił. Co potrafisz z nim zrobić?
Solvay wbiła wzrok w ziemię i zaczerwieniła się ze wstydu.
- Właściwie to nic. Nic ważnego. Parę razy moc po prostu ujawniła się przypadkowo; po raz pierwszy, kiedy byłam dzieckiem, i stąd wiedzieliśmy, że nią władam. Długo uczyłam się kontrolować ją tak, aby po prostu pozostawała w uśpieniu, ale w szkole przestało to być możliwe. Moc za bardzo wychodziła na wierzch magii, którą operowałam na co dzień na zajęciach.
- I co wtedy zrobiłaś? - drążyła Nissara.
Solvay wzruszyła ramionami.
- Podjęłam naukę wchodzenia w czar czasu, ale głównie po to, by potrafić z niego w porę wyjść. - Dziewczyna zacisnęła mocniej poły swojej peleryny. Nawet nie zauważyła, kiedy zrobiło się tak zimno. - Widzisz, pomimo dzisiejszej wizyty, którą ci składam, sama jestem raczej przekonana o tym, że czasem powinno się manipulować ostrożnie. Spałabym spokojniej, gdybym była po prostu zwyczajnym magiem.
- Ale zgaduję, że wtedy nie pracowałabyś w królewskim pałacu?
Solvay wzruszyła ramionami; właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiała. Do tej pory nie było potrzeby skorzystania z pełnego potencjału jej magii, więc zakładała, że ceni się ją z innych względów: doskonale znała topografię niemal całego Laateilis, świetnie walczyła, była klasycznie wykształcona. W pałacu pełniła również funkcję gestorki królewskiego laboratorium alchemicznego; była odpowiedzialna za całokształt jego funkcjonowania, w tym uzupełnianie zapasów magicznych naparów, zbiory ziół, przechowywanie kamieni o magicznych właściwościach. Przydawała się wszędzie po trochu.
Magia czasu wydawała się barwnym dodatkiem, ale nie kluczowym atrybutem decydującym o tym, czy warto utrzymywać ją w pałacu.
Zanim zdołała przekazać te wszystkie rozważania Nissarze, ta odezwała się ponownie:
- Powiem ci, jak wykonać czar, który cię interesuje, bo zbyt dobrze znam ludzką naturę. Wiem, że inni nie spoczną, dopóki nie wymuszą na tobie skorzystania z twojej mocy. Takim czy innym sposobem, metodą prób i błędów... A to może okazać się dalece bardziej niebezpieczne. Ale ty, Solvay, Krüne Haxa, jak się mianujesz, naucz się zadawać odpowiednie pytania. Jeśli planujesz wykonać czar z czyjegoś polecenia, wiedz dokładnie, co bierzesz na swoje barki. Konsekwencje czasu ponosi ten, kto zleca urok, a więc w tym wypadku laatejski monarcha, ale moralnie odpowiedzialność za czyn zawsze ciążyć będzie głównie na tym, czyje usta wyszeptają inkantację.
Solvay odetchnęła z ulgą i jednocześnie dostała gęsiej skórki. Słowa Nissary zabrzmiały złowrogo; miały ją przestraszyć, aby wzbudzić w niej szczególną ostrożność. Zabieg zdecydowanie się udał.
- Czar jest skomplikowany, a ponieważ zostanie użyty na drugim człowieku, jak mniemam bez jego wiedzy i zgody, być może nawet wbrew jego woli, kwalifikować się będzie jako czarna magia. To wymaga wzmocnienia artefaktami.
Dziewczyna zdusiła w sobie odruch przewrócenia oczami, ponieważ wspomnienie artefaktów, na dodatek w liczbie mnogiej, nie wróżyło absolutnie nic dobrego.
- Musisz przede wszystkim zdobyć zegar słoneczny z piaskowca. - Zjawa zawiesiła na chwilę głos. - Drugi artefakt niezbędny do czaru czasu pozostawię w tajemnicy, będziesz musiała się o tę informację postarać.
Solvay pomyślała, że przywołanie zjawy z grobu samo w sobie wydawało jej się "staraniem", ale widocznie Nissara była innego zdania.
- Znajdź chimerę. Tam, gdzie plazma tańczy we mgle na pianie.
- Gdzie? - Dziewczyna uniosła brwi.
- Tam, gdzie plazma tańczy we mgle na pianie. - Nissara podkreśliła ową osobliwą lokalizację tonem, który sugerował, że trzeci raz się nie powtórzy. - Ona powie ci, jaki jest drugi artefakt. Może... może zrobicie dla siebie coś jeszcze - dodała po namyśle.
Solvay nie miała bladego pojęcia, co to może znaczyć; przeczuwała, że Nissara nie mówi jej wszystkiego i że wizyta u chimery, cokolwiek oznaczała, będzie formą dodatkowego testu, zabezpieczenia przed niepowołanym użyciem magii. Westchnęła w myślach, bo całe to przedsięwzięcie nagle przybrało nieoczekiwane rozmiary.
- Na tarczy słonecznej umieść dwie gałązki szałwii nasączonej olejkiem z pędów sosny, najlepiej z Fikka-Lasu, gdyż są najbardziej esencjonalne i dadzą pewność czaru. Jedną gałązkę umieść na godzinie, o której czas ma się zatrzymać, a drugą na tej, o której ma powrócić do swego rytmu. Czar zacznie się, kiedy piaskowy gnomon rzuci cień na pierwszą gałązkę i, analogicznie, skończy się, kiedy przejdzie przez drugą z nich - wyjaśniła Nissara. - Ostatni artefakt... ten, o którym opowie ci chimera... Jeśli go zdobędziesz, będziesz wiedzieć, co z nim zrobić. Kiedy cień na zegarze dogoni pierwszą gałązkę szałwii, promienie słońca muszą odbić się od lustra w kierunku osoby, którą ma objąć czar. Przygotuj więc również lustro.
Solvay notowała każde słowo w swojej głowie. Nissara uniosła dłonie, sięgając tam, gdzie powinna się znajdować jej głowa, i spod srebrzystego kaptura wyciągnęła cienką, błyszczącą nić. Wysunęła ją w stronę dziewczyny.
- Proszę. Jeśli dobrze ci pójdzie u chimery, przyda ci się.
Solvay przejęła nić i ze zdumieniem stwierdziła, że to musiał być włos zjawy. Chłodna magia przepłynęła między nimi w krótkim momencie, w którym obie trzymały migoczącą nitkę. Nie przestawała błyszczeć srebrzystym światłem, kiedy Solvay chowała ją do woreczka, a woreczek do torby.
- Valluku diku f?lelsen.
"Dziękuję ci za twoją pomoc".
- Vyllan.
"Proszę".
- Pójdę już - powiedziała Nissara. - Nie mogę zbyt długo przebywać w świecie żywych. Rozmowa z tobą, widok nocnego nieba, zapach cynamonu... to wszystko budzi moją tęsknotę za światem, do którego już nie należę.
Solvay zrobiło się żal zjawy; dziewczyna była dla niej symbolem tego, co kiedyś ją rozczarowało, czego miała już nie zaznać i czego nie mogła już naprawić. Srebrzyste szaty znów zaczęły ciemnieć od dołu i przypominać pląsające cienie, jednak Nissara odwróciła się jeszcze ostatni raz do Solvay i powiedziała:
- Czas wróci odebrać swoje minuty. Przekaż to królowi Laateilis.
Cienie pochłonęły ją niczym języki czarnego ognia. Nissara zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Solvay patrzyła jeszcze przez chwilę na jej grób, a właściwie ich grób: Nissary i jej ukochanego, Tincommiusa. Dopiero teraz zwróciła uwagę, że obok dużego nagrobka stał drugi, mniejszy, należący do ich syna Kaluma.
Oby tym razem Aniołowie dali im, ludziom, więcej szczęścia i rozumu w użyciu zamierzonego czaru.
Z zadumy wyrwało ją miauknięcie Raileigh, która wreszcie podeszła bliżej. Chciała już wracać do domu, więc Solvay podała jej linę przyczepioną do kamiennej płyty.
- Musimy ich przykryć. Żeby mieli spokój. - Po chwili rzuciła jeszcze w powietrze, dziękując magii: - Valluku.
Solvay i Raileigh wyruszyły w podróż powrotną, podczas której nikt już ich nie niepokoił - nie licząc trzech jadowitych nietoperzy, które upolowała Raileigh i które dumnie niosła w pysku do pałacu. Jad nietoperza cienkoskórego był składnikiem niektórych mikstur oraz mógł służyć w walce, jeśli zanurzyło się w nim groty strzał lub ostrze miecza.
W oddali zaczął wreszcie majaczyć pałac w całym swoim strzelistym majestacie. Błonia wokół niego usłane były teraz dogasającymi ogniskami oraz stołami z jedzeniem lub jego resztkami. Prism widoczny był już z prawej strony pałacu, co zwiastowało świt, który w Laateilis był umowny, ponieważ w krainie panowała ciemność przez prawie cały czas. Wyjątek stanowiły dwa dni w roku, kiedy słońce wschodziło na nieboskłon, wymieniając się z Prismem lub Nanną - ten drugi księżyc, w odróżnieniu od Prisma, symbolizował energię żeńską i dawał światło i ciepło, które sprzyjały rozkwitowi. Korzystali z niego agronomowie, specjalizujący się w zagospodarowywaniu leśnych terenów tak, aby możliwa była uprawa roślin i warzyw, gdyż przez brak światła słonecznego Laateilis polegał niemal całkowicie na właściwościach księżyca oraz innych magicznych sposobach uprawy roli i hodowli.
Solvay mijała grupki świętujących Vintern?tter. Wielu z nich pogrążonych było w modlitwach, transach, łzach; inni oddawali się śpiewom, półerotycznym tańcom i euforycznym uniesieniom, które niewątpliwie miały wkrótce skończyć się innego rodzaju celebracją życia. Zakapturzona, wyprostowana jak struna czarodziejka ze skrzydlatym ogromnym kotem u boku zwracała uwagę niemal wszystkich, ale nikt jej nie zaczepiał. Prawie nikt.
Gwardziści otworzyli jej wrota, odebrała oślinione nietoperze z pyska Raileigh ("Obrzydliwe..." - mruknęła) i odesłała ją na spoczynek. Wchodziła już po trawertynowych schodach, gdy usłyszała przeciągłe gwizdnięcie. Stanęła, zaklęta na ułamek sekundy w miejscu i czasie z ręką na marmurowej poręczy i prawą stopą na wyższym schodku, aż przez jej twarz przebiegł uśmiech. Odwróciła się, choć nie potrzebowała żadnych dodatkowych wskazówek - wiedziała, że na dole schodów stoi Thömmy.
Pierwsze, co zarejestrował jej wzrok, to jasnoniebieskie oczy mężczyzny; tak jasne, że gdyby jeszcze trochę je rozjaśnić, stałyby się przezroczyste. Lekko niepokojące, hipnotyzujące. Jasną, mocno zarumienioną twarz okalały blond włosy, ułożone w nienaganną falę tuż nad prawym uchem. Ta twarz była tak piękna i doskonała, że wydawała się nieludzka, chociaż Thömmy jak najbardziej był człowiekiem - po prostu okazał się bardzo udanym egzemplarzem.
- Wywołałaś dzisiaj jakiegoś ducha? - zapytał zaczepnie.
Jego głos brzmiał aksamitnie, ale co jakiś czas powietrze jakby podrażniało którąś strunę głosową i wtedy chłopak lekko chrypiał. Solvay w swoim subiektywnym rankingu wszystkich atutów Thömmy'ego uważała jego głos za ten największy.
- Idź spać, Thömmy. - Dziewczyna odwróciła się i kontynuowała wspinaczkę po schodach.
Mężczyzna dogonił ją w kilku susach.
- No nie bądź taka, opowiedz mi coś ciekawego... czy jakiś duch stanął dzisiaj z martwych na twój widok? - Zachichotał szczeniacko.
- Przysięgam, potrafisz czasem być taki prymitywny... - wypaliła z udawaną irytacją, ale kąciki ust ją zdradziły.
Miała słabość do tego, w jaki sposób Thömmy potrafił z każdej sytuacji wyciągnąć seksualną aluzję, nawet jeśli ową sytuacją było przywoływanie martwych z grobu. Abstrahując od oczywistej gry słownej, Solvay zastanawiała się, na ile Thömmy wie coś o jej misji; jako królewski gwardzista, a od niedawna dowódca jednego z legionów Gwardii, miał dostęp do pewnych poufnych informacji, ale na wszelki wypadek postanowiła o niczym mu nie wspominać.
- Wybieram się do spania - rzekła znacząco, ale Thömmy nadal szedł razem z nią.
- Nic mi nie powiesz o swojej nocnej misji? Co takiego robiłaś z daleka od pałacu w noc Vintern?tter? - ciągnął temat, gdy zbliżali się już do komnaty Solvay. - Szukałem cię - syknął uwodzicielsko, obrócił ją i przyparł do drzwi jej sypialni.
- Masz jakiś... masz jakiś problem, który nie może czekać? - zapytała z udawaną niewinnością, wodząc wzrokiem w dół, w okolice jego pasa od spodni.
Wypoczynek powoli spadał na sam dół jej listy priorytetów, kiedy Thömmy napierał na nią całym swoim ciałem, nie pozwalając na żadne wątpliwości co do swoich intencji.
- Mam dla ciebie jeszcze jedną misję tej nocy. - Zaśmiał się z błyskiem w oku.
Próbował ją pocałować, chociaż przekornie odwracała głowę od jego ust. Gonił ją swoimi pełnymi wargami, aż nagle otworzyła komnatę, wślizgnęła się do środka i rozległ się huk zatrzaskiwanych drzwi, na które Thömmy praktycznie wpadł, szczerze zdziwiony.
Przez chwilę nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.
- Solvay?
Upłynął moment bez odpowiedzi, ale po chwili dziewczyna otworzyła drzwi i była już w samej bieliźnie. Kasztanowe włosy, okolone złotą opaską, swobodnie opadały na jej zebrane gorsetem piersi, a usta tym razem wabiły go zalotnym półuśmiechem. Thömmy przysunął ją do siebie i objął silnymi ramionami, aż ich usta się spotkały. Zaczął całować Solvay mocno, zmysłowo. Jego ręce wędrowały wzdłuż jej pleców w kierunku pośladków, które muskał dłońmi z nieukrywaną przyjemnością. Uniósł ją silnym chwytem, na co Solvay odpowiedziała błyskawicznie, oplatając jego biodra nogami, jakby to była ich przećwiczona choreografia. Thömmy jedną nogą wprawił drzwi w ruch i te już po chwili zamknęły się, zostawiając ich samych.
*
Pobudka nie należała do najprzyjemniejszych, chociaż nieodespane zmęczenie osłodziło jej wspomnienie tego, jak doskonale Thömmy potrafił obchodzić się z jej ciałem, zwłaszcza najbardziej strategicznymi jego miejscami. Zawsze zostawiał na niej jakiś znak; tym razem zauważyła na żebrach, pod piersią, delikatnego, malinowego krwiaka. Na jego widok - i retrospekcję tego, w jakich okolicznościach powstał - lekko się zarumieniła, choć nie był to dobry moment na oddawanie się zmysłowym fantazjom. Czekała ją królewska rada, na której miała zdać raport z nocnej wyprawy.
Gdyby to był zwykły dzień, zaczęłaby go od filiżanki jakiegoś ziołowego naparu i powolnej, porannej toalety. Zamiast kombinezonu, który był jej królewskim mundurem zakładanym na oficjalne wyprawy, założyłaby coś luźniejszego - być może koszulę i płócienne spodnie. Chwilę zastanowiłaby się, co zrobić z włosami, choć i tak najczęściej padało na luźny warkocz albo w ogóle nic z nimi nie robiła, pozwalając im opaść swobodnie. Na śniadanie zjadłaby dwie magdalenki, których zapas jakimś cudem zawsze sam się uzupełniał, oraz jabłko, po czym udałaby się do laboratorium alchemicznego, mieszczącego się w budynku nieopodal pałacu, we wschodniej części błoni. Sprawdzała tam między innymi, czego brakuje w kredensie z gotowymi do użycia składnikami, które mikstury są obecnie ważone, czy odpowiednio zaplanowano zbiory i tym podobne. Tym właśnie zajmowała się pomiędzy wyprawami; jej czarodziejski potencjał był wykorzystywany na co dzień w dużo bardziej przyziemnych okolicznościach. Specjalne misje, które zlecał jej Erling, raczej nie zdarzały się jedna po drugiej - często bywały między nimi dość spore przerwy.
W pałacu było jednak co robić: królewskie laboratorium dbało o rezerwy wszelakiej maści eliksirów uzdrawiających, środków przeciwbólowych, past i maści o różnorakim zastosowaniu, które zasilały lecznice i apteki w całej krainie. Kiedy tylko miała wolniejszą chwilę, Solvay zostawała z laborantami - innymi czarodziejami wykształconymi w Haxälla - i sama warzyła mikstury; praca nad kotłem była dla niej jak medytacja. Tępiła hałas i wyostrzała zmysły. Nie zniechęcały jej drażniące zapachy ani skrupulatność, jakiej wymagała alchemiczna sztuka łączenia składników; jej palce często pachniały mieszanką ziół, ekstraktów czy suszonych zwierzęcych organów, a postępowanie zgodnie z receptami pozwalało wyłączyć różne męczące procesy myślowe, od których nie mogła uwolnić się w większości sytuacji. Właściwie, w pewnym sensie, praca w laboratorium pozwalała jej mózgowi odpocząć: dziewczyna wypełniała instrukcje mechanicznie, niemal o nich nie myśląc, nie martwiąc się o żadne potencjalne zewnętrzne zagrożenia. Mogła uspokoić swój przeczulony szósty zmysł, który przechodził w stan najwyższej czujności, gdy Solvay ruszała w lasy, by wypełniać bardziej wymagające królewskie polecenia.
To wszystko nie było jednak jej scenariuszem "na dziś". Po kąpieli ubrała się i usiadła przy biurku, przy którym robiła notatki z ksiąg, wypraw i obserwacji - ze wszystkiego, czym zajmowała się w pałacu. Na blacie świeciła blado lampa plazmowa; laatejski wynalazek, który pozwalał zamykać światło słoneczne dwa razy w roku za pomocą specjalnych ultraczarnych paneli, wysyłających wiązki złotego blasku do korpusu z naładowanej magią, wysokociśnieniowej plazmy. Plazma, zależnie od swojej jakości, potrafiła przechować i emitować schwytane światło przez mniej więcej cztery miesiące, po czym jego intensywność malała, a więc po samym natężeniu blasku można było rozpoznać, czy zbliża się Dzień Słońca (Solvay z radością pomyślała, że wyczekiwany przez mieszkańców krainy dzień miał nadejść już niedługo). Lampy plazmowe zrewolucjonizowały mroczny Laateilis i, choć były drogie w produkcji ze względu na niską dostępność materiałów - i wyspecjalizowanych magów, którzy potrafili je skonstruować - umożliwiały między innymi naświetlanie pól uprawnych. Posiadała je również garstka uprzywilejowanych szczęśliwców, w tym królewscy radcy, a wśród nich Solvay.
Notatki pisała zaczarowanym piórem, które otrzymała od króla w pierwszym dniu swojej oficjalnej pracy w pałacu; jego magia polegała na tym, że tusz odbijał się dokładnie na tylu kartkach, ile znajdowało się pod stalówką. Dzięki temu można było zrobić nawet kilkaset kopii jednocześnie, choć oczywiście rzadko było to konieczne. Ale Solvay zawsze pisała na dwóch kartkach - jedna dla króla, jedna dla siebie. Skrzętnie segregowała swoje dokumenty i dbała o ich porządek. Skończyła pisać raport i wyjęła jedną kartkę spod pióra - pozostała wersja była tylko dla niej - i zapisała tam dwa dodatkowe pytania.
Jakie niebezpieczeństwo grozi krainie?
Jaki inny sposób na obronę Laateilis?
I po chwili dodała trzecie pytanie:
Oś czasu - czyja?
Zwinęła obie kopie w rulony, zgasiła lampę sekwencją dwóch ułożeń palców prawej dłoni i wyszła z komnaty.
*
- Ach, Solvay. - Na jej widok twarz króla Erlinga pojaśniała z nadzieją. Zapewne miał nadzieję na dobre wieści, a ona rzadko kiedy go zawodziła, zwłaszcza w tak ważnych sprawach jak bezpieczeństwo krainy.
W sali Kolegium stał długi stół z orzecha o nieregularnym kształcie, z widocznymi na blacie słojami, po którego jednej stronie znajdowały się tylko dwa fotele, przeznaczone dla króla Erlinga i królowej Yady. Po drugiej zaś stronie zasiadała cała reszta Kolegium, które zbierało się raz w tygodniu na omówienie najważniejszych spraw krainy.
Solvay spóźniła się nieznacznie, wszyscy inni radcy już tam byli. Omiotła wzrokiem salę i szybko zrobiła mentalną listę obecności radców: kanclerz krainy, rachmistrz Izaak - jej bliski przyjaciel z czasów szkolnych, generał Gwardii Królewskiej oraz Karl Ove, czyli lekko ekstrawagancki mędrzec i osobisty doradca króla. Zaskoczyła ją jednak obecność dwóch szpiegów królewskich, a także dwóch dowódców legionów u boku generała. Jednym z nich był Thömmy, który mrugnął do niej niepostrzeżenie, a drugiego kojarzyła tylko z widzenia.
No i ona, Krüne Haxa, czyli Królewska Czarodziejka w staromowie Sía Ravalazzy. W sali był komplet.
- Wasza Wysokość. - Solvay skłoniła się, raz przed królem i raz przed królową.
- Dobrze, zatem możemy zaczynać. - Król był już starszy i jego włosy przybrały siwy kolor, gdzieniegdzie ukazując jeszcze nieco ciemniejsze kosmyki, pozostałość po jego młodości. - Chyba najbardziej czekamy na twój raport, miss Solvay - zwrócił się do niej.
Dziewczyna wstała z krzesła, które dopiero co zajęła, i rozpoczęła sprawozdanie:
- Mam dobre wieści. Mimo dużego pośpiechu wszystko poszło względnie gładko i udało mi się porozmawiać ze zjawą. - Kątem oka spojrzała na stojącego w oddali Thömmy'ego, żeby zarejestrować zdziwienie lub jego brak. Trudno było jednak coś wyczytać z twarzy wyszkolonego wojskowego. - Wiem, jak rzucić czar zatrzymania osi czasu... to znaczy w pewnym sensie wiem.
- W pewnym sensie? - Król Erling uniósł brwi, nieusatysfakcjonowany, choć wciąż łagodny.
Solvay streściła swoją rozmowę ze zjawą, ograniczając się do najważniejszych informacji, czyli w zasadzie do tego, czego dowiedziała się o artefaktach i o tym, jak ich użyć.
Karl Ove, królewski mędrzec, prychnął, kiedy skończyła. Okryty był granatową aksamitną peleryną, która opadała do samej podłogi, a także przydługim kapturem zakrywającym górną część jego twarzy tak, aby nie było widać oczu, które wyhaftowano w tym miejscu na tkaninie. Erling spojrzał na niego pytająco.
- Czy Wasza Wysokość zdaje sobie sprawę z tego, jak trudne będzie zdobycie zegara słonecznego? Jak niewiele osób uchodzi z życiem w starciu z chimerami? Ile rzeczy może pójść po drodze nie tak? - perorował wątpiąco. - To nie...
- Wydaje... - Solvay zaczęła mówić w tym samym momencie, w którym kontynuował Karl Ove, ponieważ myślała, że skończył już swoją wypowiedź.
- Kontynuuj - powiedział król do dziewczyny, uciszając chwilowo swojego osobistego doradcę.
Solvay odchrząknęła.
- Wydaje mi się, że poszczególne kroki nie są aż tak dużym wyzwaniem, jak to, że... - Zawahała się. - Planujemy użyć czarnej magii. - Przełknęła głośno ślinę. - Czy to na pewno dobry pomysł?
- Przecież mamy ciebie. Ty nam powiesz, jak przeprowadzić czar w bezpieczny sposób, prawda? - warknął na nią Karl Ove.
Nie cierpiała tego starego capa.
- Oczywiście, ale ta magia ma swoje konsekwencje, na które nie mam wpływu ani o których nie decyduję - wyparowała i zwróciła się znów do króla. - Konsekwencje dotkną tego, kto zleca urok, czyli w tym przypadku ciebie, Wasza Wysokość. Nissara powiedziała wyraźnie, że czas przyjdzie odebrać swoje minuty tobie, królu Erlingu, i jak się domyślam, nie wybierze chwili odbioru spłaty na twoją korzyść. - Pochyliła głowę, jakby w przeprosinach za poufałość.
Król chwilę się zastanawiał.
- Potrzebujemy zaledwie siedmiu minut. Jestem skłonny zaryzykować. Siedem minut nie brzmi, jakby miało zmienić moje życie.
- Zmieni życie tego, komu ty je odbierzesz - zauważyła celnie.
Król spojrzał na nią ostro, ale nie skarcił jej. Poczuła, że to jest ten moment. Teraz musi zapytać o to, czego nie wiedziała w rozmowie z Nissarą.
- Wasza Wysokość, z oddaniem wykonuję twoje polecenia i od razu ofiaruję siebie i swoje kompetencje do zdobycia artefaktów. Wybacz mi śmiałość, jednak uważam, że byłoby dobrze, gdybym na tym etapie poznała szczegóły. Co się dzieje w Laateilis? Jakie niebezpieczeństwo nam grozi?
W sali zaległa cisza. Wszyscy wpatrywali się w swoje ręce albo krzesła i Solvay natychmiast pojęła to, co do tej pory jej umykało - że każdy był wtajemniczony w tę intrygę. Każdy oprócz niej. Nawet Thömmy znał okoliczności jej misji; widziała to po tym, jak nagle zaczął unikać jej wzroku.
W jednej chwili straciła całą pewność siebie. Dlaczego została wykluczona? Temat musiał być już omawiany przez Kolegium, skoro ewidentnie jako jedyna nie miała pojęcia, co jest grane. Poczuła, jak zalewa ją fala trudnej do opanowania frustracji. To ona miała odegrać kluczową rolę w tym zadaniu, a jednocześnie już na wstępie musiała działać po omacku.
Król kiwnął lekko głową, uznając zasadność jej pytań, i westchnął.
- Dobrze. Wydaje mi się, że masz rację. Generale... - zachęcił dowódcę swoich wojsk, sir Logana, do przemówienia w jego imieniu.
- Dwa miesiące temu złożył nam wizytę król równin - zaczął mężczyzna, mówiąc w żołnierskich słowach.
Ferguson - notowała w głowie Solvay. Dwa miesiące temu towarzyszyła rachmistrzowi, który siedział teraz dwa krzesła dalej, w jego misji dyplomatycznej na Wyspie. Dlatego ominęło ją przybycie Fergusona do Laateilis.
- Król Ferguson... nie pała do nas sympatią - kontynuował oszczędnie generał, wygładzając małym palcem brew. - Poinformował nas, że przez ostatnie lata mobilizował swoje wojska, aby naruszyć granice Laateilis.
- Wyznaczone podczas rozpadu Sía Ravalazzy? - spytała zdziwiona Solvay.
- Tak - potwierdził rzeczowo.
- Przecież terytoria zostały podzielone według magii, a później przypieczętowane pokojowym traktatem, uznanym przez rządy tymczasowe wszystkich nowo utworzonych krain.
Tak rzeczywiście było. Wszystkie krainy w ich świecie były kiedyś połączone w jedną krainę zwaną Sía Ravalazzą. Panowanie przejął jednak po swoim ojcu zwierzchnik imieniem Magne, którego rządy były okrutne i nierozsądne. Ze szczęśliwej krainy Sía Ravalazza przeistoczyła się w terytorium terroru, a gdy Magne przekazał koronę swemu synowi, równie niekompetentnemu jak on, wybuchła wojna domowa. Po sześciu latach krwawych walk eskalacja wrogiego użycia magii po obu stronach doprowadziła do symbolicznego pęknięcia skorupy świata, który od tamtej pory dzielił się na pięć krain: cztery kontynentalne oraz oddzieloną wodami Wyspę.
Granice zaakceptowano i potwierdzono w specjalnym traktacie, a każdy z regionów od tamtej pory rozwijał swój własny system polityczny, próbując - z różnym skutkiem - egzystować w nowej rzeczywistości, która nie zawsze okazywała się sprawiedliwa. O ile Wyspa przetrwała rozpad Sía Ravalazzy w relatywnie nienaruszonym stanie i ogromnym bogactwie, o tyle na przykład Laateilis przez stulecia próbował poradzić sobie z funkcjonowaniem w niemal całkowitym braku słońca. Konsekwencje rozpadu Sía Ravalazzy ciągnęły się dla poszczególnych krain nieskończenie długą listą.
Czyli to była ta zła wiadomość. Kraina równinna, Balfour, szykowała się na wojnę z Lasem. Dziewczyna zadała kolejne pytanie:
- W jaki jednak sposób pomoże nam w wojnie zatrzymanie osi czasu jednostki?
Król spojrzał na królową Yadę i zmienił pozycję w swoim fotelu. Solvay dopiero teraz zauważyła, że twarz Yady była blada jak papier, jej oczy wiały pustką, a gorset sukni odstawał od dekoltu, jakby straciła na wadze.
- Król Ferguson zaproponował nam rozwiązanie, a raczej ultimatum, które uchroni nas od wojny - rzekł król, lecz nie brzmiał, jakby miał powiedzieć za chwilę coś optymistycznego. - Zażądał ręki mojej pierworodnej córki dla swojego syna, księcia Kendrika.
To nie była trudna zagadka. Solvay w mgnieniu oka pojęła, w czym był problem.
Król i królowa mieli dwie córki bliźniaczki: Allegrę i Allorę. Moc dziedziczenia tronu dawała starszej z nich, Allegrze, prawo do przejęcia korony po śmierci ojca. Starodawna, pierwotna magia wybierała tego z królewskiego potomstwa, kto najdłużej żył na świecie. To oznaczało, że po śmierci króla Erlinga książę Kendrik, jako małżonek prawowitej laatejskiej dziedziczki, rządziłby nie tylko krainą równinną, lecz także leśną. Wszyscy wiedzieli, że zwiastowałoby to fatalny los dla Laateilis, nawet mimo Allegry u jego boku.
Dwór króla Fergusona i Kendrika, który był jego jedynym synem, choć pozostawał w jakich takich sojuszach pokojowych z zagranicznymi sąsiadami, realnie miał z nimi fatalne stosunki. Stosowali przestarzałe metody upraw ziemi, ich polityka wobec poddanych była agresywna i opresyjna, Balfourski Kodeks Praw był nieśmiesznym żartem, a legislatorzy nadużywali przepisów do stosowania środków przymusu wobec tych, którzy próbowali się zbuntować. Poddani krainy równinnej byli zastraszeni, karmieni kłamstwami i właściwie utrzymywani w stanie wegetatywnym - nie brakowało im na najbardziej podstawowe potrzeby, ale nie było mowy o rozwoju czy poprawie warunków życia. Magiczna moc czarowników z tamtych rejonów była albo zduszona pod groźbą śmierci, albo trzymana pod ścisłą kontrolą Zakonu Tolheim.
Rozwój Balfouru zasadniczo nie różnił się od "postępu" Sía Ravalazzy pod rządami Magnego.
- Oś czasu... - wyszeptała Solvay, patrząc przed siebie. - Król Ferguson zażądał ręki pierworodnej córki? - zapytała króla. - Nie starszej? - uściśliła.
Król pokiwał twierdząco głową.
Jedna chwila wystarczyła, aby połączyć wszystkie kropki. Zatrzymanie osi czasu nie było wymierzone we wroga; czarem miała zostać objęta...
- Allegra - wyszeptała Solvay.
Król i królowa patrzyli tępo w podłogę. Właściwie nikt z zebranych nie wiedział, gdzie podziać wzrok. Solvay układała w myślach kolejne fakty. Jeśli zgodzić się na ultimatum Fergusona, ziemie Lasu będą bezpieczne od wrogiego najazdu. Jednocześnie jego syn nie zawładnie Laateilis, jeśli Allegra będzie młodsza niż Allora. Umowa wciąż będzie ważna, ponieważ poprosił on o pierworodną córkę, a nie starszą, którą magia naznacza następczynią. To był techniczny szczegół, prawny kruczek, ale gdyby magia zadziałała, gdyby oś czasu Allegry naprawdę się zatrzymała... Bliźniaczki urodziły się w odstępie sześciu minut. Po siedmiu minutach Allora stałaby się starszą z nich. Wiedziała bez pytania, kto w tej sali mógł wpaść na taki pomysł.
- Sir Sigur? - Zacisnęła pięści i spojrzała wściekle w stronę kanclerza. Ten zmrużył tylko cynicznie oczy. - Wasza Wysokość... Allegra... ona będzie musiała z nim zostać. Jeśli go poślubi, ocalisz Laateilis od najazdu, ale twoja córka zostanie wydana wrogowi. Rozwścieczonemu wrogowi.
Zapadła cisza. Yada patrzyła w przeciwną stronę, a po jej policzku spływała łza. Przez jeden krótki moment kropla uchwyciła wpadający przez okno blask Prisma i zalśniła kolorowo, jednak szybko popłynęła dalej w dół i opadła na gorset sukni. Solvay nie mogła uwierzyć w to, czego właśnie się dowiedziała.
Rozejrzała się po sali, jakby widziała tych ludzi po raz pierwszy.
- Czy ktoś tutaj w ogóle uważa ten pomysł za sensowny? - zapytała z niedowierzaniem. - Czy...
- Wystarczy - wysyczał król. - Nie mamy zmobilizowanych wojsk, nasz arsenał jest prawie pusty.
- Jak to? - zapytała zdziwiona Solvay. Spojrzała na sir Logana, a potem na Thömmy'ego. - Czym zatem zajmowała się Gwardia przez ostatnie lata? Gdzie są te legiony, których dowódcy stoją tu przed nami?
Twarz Thömmy'ego pociemniała. Musiał poczuć się dotknięty tą personalną uwagą, ale nie przejmowała się tym. Zwłaszcza że wzrok reszty Kolegium powędrował ukradkowo w stronę Karla Ovego. Starzec jedynie nerwowo odchrząknął.
- Nie przygotowywaliśmy się na wojnę w najbliższym czasie - tłumaczył spokojnie sir Logan, nie dając się wyprowadzić z równowagi. - Mamy kilka legionów, mamy rozsądny zapas broni, ale nie możemy stawać do walki z wojskiem, które przygotowywało się do ataku od lat.
- Mamy magię.
- Tak samo jak i oni. To nie daje nam prawie żadnej przewagi.
- A wy? - zwróciła się do królewskich szpiegów. - Nie zauważyliście, że równina się zbroi, że dzieje się u nich coś niedobrego?
- U nich zawsze dzieje się coś niedobrego... - wymamrotał jeden z nich.
Do kurwy nędzy, pomyślała Solvay. Zalał ją gniew na myśl o tym, jak wielkiego zaniedbania dopuszczono się w krainie, jak wszyscy rozluźnili się, myśląc głupio, że pokój będzie trwać wiecznie.
- Wasza Wysokość, doprawdy nie odpowiadamy przed wiedźmą. Nie należy nam się tego typu przesłuchanie - powiedział poirytowany kanclerz.
Ta intryga, ta luka w umowie... to było jego dzieło i Solvay wiedziała, że ani przez chwilę nie żałował losu księżniczki; dbał tylko o własny tyłek i cieszył się na myśl o tym, że uniknie wojny i związanych z nią strat.
- Zadaje te same pytania co ja - odezwała się lodowatym tonem Yada. - Dziwisz się, że uznaje ten plan za szaleństwo?
- Wasza Miłość...
- Milcz. - Yada zmroziła go wzrokiem. - Nie chcę tego słuchać po raz kolejny.
Oparła się z powrotem na swoim fotelu i odwróciła głowę. Generał pierwszy przerwał grobową ciszę, jedną z wielu, które wyznaczały rytm tych obrad.
- Wasza Wysokość, legion Thömmy'ego jest do dyspozycji i przyszykujemy wyprawę po zegar słoneczny.
Solvay prychnęła po swojej stronie stołu. Nieco głośniej, niż planowała.
- Miss Solvay, chciałabyś się czymś podzielić? - Generał miał anielską cierpliwość i potrafił rozbrajać temperament młodej czarodziejki jak nikt inny.
- Przepraszam. Chciałam zapytać... czy wiecie w ogóle, gdzie się znajduje zegar słoneczny?
Generał podrapał się po głowie i odrzekł niepewnie:
- Zdobędziemy informację, w którym jest lesie...
Edukacja, pomyślała Solvay złośliwie, nie była mocną stroną gwardzistów.
- Zegar słoneczny to słynny pradawny artefakt, stworzony przez potężnego czarnoksiężnika - przerwała mu Solvay. - Wiecie, z czego jest zrobiony?
Odpowiedziała jej cisza.
- Z piaskowca.
Sir Logan zesztywniał.
- Znajduje się w siedzibie krainy pustynnej. W Malo.
W niewielkim jeziorze Nami Radd, w Wierzbowym Gaju, kąpały się dwie dziewczyny, na oko wchodzące niedługo w dorosłość. Postronny obserwator mógłby jednak równie dobrze pomyśleć, że stracił zmysły - wyglądały bowiem jednakowo: jednakowe proste jasne włosy, jednakowe niebiańskie oczy, jednakowa rumiana cera, jednakowe pełne usta. Nie różniły się wzrostem ani posturą; nawet inicjał na leżących nieopodal, w trawie, diademach był ten sam: A.
Diademy były misterną siecią cieniutkich perłowych gałązek, utkanych jadeitowymi listkami; litera zaś, umieszczona na środku, wykonana była z czarnego złota najwyższej próby. W tej chwili biżuteryjne piękno nie zwracało jednak niczyjej uwagi, ponieważ Allegra i Allora opryskiwały się wodą z jeziora, ciesząc się promieniami słonecznymi jednego z dwóch takich dni w roku.
Była to ich tradycja. W dni, w które na niebo wschodziło słońce, ojciec bliźniaczek, król Erling, pozwalał córkom zwiedzać Laateilis i korzystać z jego uroków - oczywiście w towarzystwie dwóch wyszkolonych gwardzistów. Sam Erling nie mógł do nich tym razem dołączyć ze względu na niecierpiące zwłoki sprawy dyplomatyczne krainy.
Choć dziewczęta mogły wybrać dowolny rejon w zasięgu możliwości podróżniczych - tak, aby zdążyć powrócić przed zachodem - zawsze prosiły o wycieczkę do Wierzbowego Gaju. Mimo że większość laatejskich lasów była niezwykle urokliwa (może z wyjątkiem Suchego Lasu), ten zakątek był niezwykły, prawdziwie magiczny - do tego stopnia, że objęty był specjalną ochroną i nie można było go odwiedzać bez specjalnej przepustki.
- Ani się waż! - ostrzegała siostrę Allegra, słaniając się ze śmiechu. - Ani się waż rzucać we mnie tą lussą!
W tym momencie rozległo się pacnięcie i różowy kwiat, wypełniony wodą jak balonik, wylądował na głowie księżniczki. Lussa pękła i woda spłynęła po włosach i twarzy dziewczyny, która na moment zamilkła. Przez myśl Allory przemknęło, że może trochę przesadziła, ale chwilę później obie śmiały się do rozpuku.
- Pożałujesz tego! - odgrażała się Allegra. - Niech tylko cię dopadnę...
Allora zaczęła z piskiem uciekać w stronę brzegu, co nie było wcale takie proste ze względu na stawiającą opór wodę. Allegra bez trudu ją dogoniła i zanurkowała razem z nią w jeziorze. Siostry otworzyły oczy i spojrzały na siebie pod wodą, widząc niemalże swoje lustrzane odbicia, włosy miękko opływające ich twarze w niebieskozielonej poświacie i wśród bąbelków upuszczonego w szerokich uśmiechach powietrza. Wypłynęły na powierzchnię i przez ułamek sekundy przestraszyły się na widok górującej nad nimi sylwetki. Na pomoście stał sir Logan, dowódca jednego z legionów Gwardii.
Sir Logan udawał czasem groźnego, żeby się go słuchały, ale w rzeczywistości był dla nich łagodny i lubiły go. Teraz chichotały z siebie nawzajem, że tak łatwo się wystraszyły.
- Tak, sir Loganie? - zapytała niewinnie Allegra.
- Na jaki kolor świeci słońce? - zapytał, jakby komenderował gwardzistami ze swojego legionu.
Dziewczęta rozejrzały się.
- Na pomarańczowy - powiedziała smętnie Allegra. Była bardziej śmiała od Allory i częściej się odzywała.
- I co to oznacza?
- Że musimy już wracać.
- Tak jest - przyznał sir Logan. - Zapraszam Ich Królewskie Wysokości do osuszenia się i przebrania. - Nie musiał ich tak oficjalnie tytułować, król na to nie naciskał, ale czasem specjalnie droczył się z nimi w ten sposób. - Wracam za dziesięć minut.
Bliźniaczki wyszły na brzeg, ociekały wodą. Ich błękitne stroje kąpielowe były jednoczęściowe, zabudowane pod szyję przy dekolcie i z nogawkami sięgającymi tuż nad kolano. Allegra przytrzymała siostrze obszerny ręcznik, aby ta mogła zmienić strój na luźną morelową suknię z falbaną na dole.
- Nie mogę uwierzyć, że znowu będziemy czekać pół roku na tę wycieczkę - narzekała Allegra.
Mokry materiał opadł na porośnięty różowym kryształem pień drzewa. Kryształy w Wierzbowym Gaju mieniły się w słońcu tak pięknie! Starsza siostra zaciskała oczy, aby dokładnie uchwycić i zatrzymać ten obraz w pamięci aż do następnego razu, do następnego słońca.
- Nie będzie tak źle. Zobaczysz, że czas minie w mgnieniu oka - pocieszała ją Allora.
- Nie wiem, czy podoba mi się koncepcja czasu mijającego w mgnieniu oka - odburknęła i oddała siostrze ręcznik, aby teraz ta go potrzymała.
Było bardzo ciepło, ale po wyjściu z chłodnej wody zaczęła szczękać zębami. Allora sama wyglądała jak kryształ w swojej zwiewnej pastelowej sukni.
- Oj, wiesz, co mam na myśli. - Młodsza bliźniaczka nie chciała się poddać nostalgicznemu nastrojowi. - Jeszcze czeka nas droga powrotna, więc skorzystamy z widoków.
Strój Allegry upadł na ziemię z mokrym plaśnięciem.
- Szkoda, że nie ma z nami taty... Jest o wiele spokojniejszy, odkąd Laateilis zawarł sojusz z Wyspą, nie sądzisz? - zagadnęła Allora.
- To fakt... Ciekawe, co było ich warunkiem. My dostaliśmy możliwość połowu pereł, co uzupełniło znacznie nasz skarbiec, ale bardziej ciekawi mnie... - Allegra zniknęła w warstwach materiału swojej sukni, a kiedy ponownie się wyłoniła, przysunęła nad ręcznikiem twarz do twarzy siostry - ...co takiego oni dostali od nas.
- Może wojska? - zapytała przytomnie Allora.
Siostra popatrzyła na nią znacząco i uniosła brwi.
- Co? Nie myślisz chyba, że...
Allegra uśmiechnęła się tajemniczo.
- Myślisz, że w ramach sojuszu ojciec oddał twoją rękę synowi królowej? - wykrzyczała Allora z wytrzeszczonymi oczami, a siostra zatkała jej buzię dłonią, uśmiechając się szeroko.
- Ciiicho! - upomniała ją, ale była widocznie podekscytowana. - Wyobrażasz to sobie? - wyszeptała.
Allora aż usiadła z wrażenia. Wyspa, inaczej zwana Kaledonią, była bezsprzecznie najbogatszą krainą dawnej Sía Ravalazzy. Bogactwo regionów pochodziło bowiem z pereł; masa perłowa była cennym kruszcem i walutą zarazem. Naturalnie otoczony wodami teren sprzyjał łowieniu pereł. Mało tego. Ponieważ wody wokół Kaledonii należały, technicznie rzecz biorąc, do ich terytorium, nie można było ot tak wypłynąć w morze i zarzucić sieci. Potrzebna była zgoda królowej Wyspy, której ona chętnie udzielała, ale tylko tym, którzy posiadali coś, na czym jej zależało.
Z pięciu krain tylko trzy miały dostęp do wybrzeża: Wyspa, naturalnie, oraz Laateilis i kraina równinna, Balfour. Pustynia i Góry nie uzyskały zgody królowej na połowy. Te regiony od lat popadały w coraz bardziej skrajną biedę i prawie nie prowadziły handlu z pozostałymi krainami, ponieważ nie miały im czym płacić - całkowite odcięcie Malo i Kevlenu od możliwości zdobycia masy perłowej było powodem rosnącej niechęci między tymi dwiema krainami a resztą terytoriów.
- Gdyby Kaledonia i Laateilis połączyły się pod jednym dowództwem... - zaczęła Allora.
- ...to w przyszłości zostałabym królową najbogatszego i największego terytorium od czasów podziału Sía Ravalazzy - dokończyła za nią Allegra, kłaniając się nisko.
Bliźniaczki patrzyły na siebie przez chwilę i nagle zaczęły skakać, piszczeć i śmiać się z podekscytowania.
- Wielcy Aniołowie! Wystraszycie wszystkie glasandry. - Sir Logan, który właśnie po nie przyszedł, przewrócił oczami, słysząc te ultrawysokie dźwięki.
Rzeczywiście, przezroczyste motyle, które mieniły się barwą tła, na jakim się akurat znajdowały, odleciały na drugą stronę Nami Radd. Dziewczęta przywołały się do porządku i wygładziły suknie.
- Gotowe! - rzekła śpiewnie Allegra, z szerokim uśmiechem:.
- A to? - Sir Logan brodą wskazał diademy.
Powietrze znów wypełniło się gromkim śmiechem bliźniaczek. Jak mogły o nich zapomnieć! Ale trudno było im teraz myśleć o czymkolwiek innym niż o Kaledonii i o tym, że Allegra prawdopodobnie zasiądzie kiedyś na perłowym tronie jako królowa obu krain.
W diademach nie wyglądały już jak zwykłe nastolatki. Błyszczące nakrycia głowy sprawiały, że ich oczy bardziej lśniły, ich skóra wydawała się gładsza, ich sylwetka elegantsza. Teraz przypadkowy obserwator wiedziałby bez wątpienia, że te dwa Anioły mają królewskie pochodzenie.
Szli powoli, napawając się promieniami słonecznymi - sir Logan z drugim gwardzistą imieniem Casper na przodzie, a za nimi księżniczki. Okolica była naprawdę niezwykła. Już same wierzby płaczące robiły ogromne wrażenie. Rozłożyste, z długimi, wiotkimi gałęziami opadającymi w listnych wodospadach ku ziemi wyglądały pięknie, eterycznie i przede wszystkim nostalgicznie. Tylko w tej części Lasu rosły też magnolie, a przy wydeptanych ścieżkach kwitły pojedynczo wielkie maki o opalowych płatkach, które mieniły się bielą, różem, fioletem i niebieskością. Bliźniaczki podbiegały do nich i sprawdzały, czy są wyższe od kwiatu, zwykle jednak brakowało im z dziesięciu centymetrów.
W oddali szumiał niewielki wodospad wpadający w strumyk, a z ostatnich promieni słońca korzystały też latające pomiędzy całą czwórką glasandry.
- W myślach widzę...
- Wierzbę?
- Nie!
- Strumień?
- Nie!
- Lussę?
- Nie!
- Sir Caspera?
- TAK!
Dziewczęta bawiły się w zgadywankę, która wprawiła gwardzistę w zakłopotanie. Sir Loganowi drgnął kącik ust na widok rumieńca, którym spłonął młodzieniec. Już miał wygłosić na ten temat jakąś zaczepkę, ale w tym momencie usłyszał zza pleców głos, który nie należał do żadnego z uczestników ich małej wyprawy.
- Witajcie, wędrowcy.
Sir Logan odwrócił się i ujrzał siedmiu mężczyzn, którzy właśnie wyłonili się spomiędzy drzew i otoczyli ich półkolem. Nie usłyszał, jak się do nich zbliżają, podkradli się w bezwzględnej ciszy. Dwóch z nich trzymało w rękach sztylety, jeden miał przewiązaną w pasie linę, pozostali też niewątpliwie byli uzbrojeni. Ubrani w wełniane kamizele i czapki, wskazujące na ich balfourskie pochodzenie, musieli ukraść przepustkę - krystobalitową kostkę - patrolującym pobliski teren strażnikom.
Gwardzista błyskawicznie analizował sytuację, sięgając odruchowo do rękojeści swojego ostrza.
- Czego chcecie?
- Myśleliśmy o jakiejś sakiewce pereł - powiedział przywódca, po czym wyszczerzył zęby w lubieżnym uśmiechu. - Ale widzę, że mamy tutaj o wiele cenniejsze klejnoty.
Diademy. Trzeba je było zostawić w cholerę nad Nami Radd. Chociaż czy to by w czymś pomogło? Wszyscy wiedzieli, że córki króla to bliźniaczki; nawet bez królewskich ozdób można było domyślić się, kim są.
- Mamy sakiewkę pereł i dorzucimy coś jeszcze - przemówił spokojnie Logan. Największą szansą na zdobycie przewagi było teraz zdominowanie intruzów, choćby werbalnie. - Nie chcemy rozlewu waszej krwi.
Ich przywódca zaśmiał się i odparł:
- Wy nie chcecie rozlewu naszej krwi? Jest nas więcej i jesteśmy wszyscy uzbrojeni, w przeciwieństwie do was. - Wskazał swoją pijacką mordą księżniczki.
Logan aż zatrząsł się z gniewu, że w ogóle śmie na nie patrzeć.
- Więc to chyba my podyktujemy warunki, prawda? - kontynuował tamten.
Cała grupa zaśmiała się durnowato, prezentując swój rynsztunek w całej okazałości.
- Zrobimy tak... Księżniczki są identyczne, więc na chuj wam dwie? - ryknął chrapliwym, głupkowatym rechotem i rozejrzał się po kompanach, którzy w ślad za nim również zanieśli się śmiechem. - Dobra, dobra - uciszył ich. - Bierzemy jedną z nich. I wszystkie drogocenne przedmioty, które ze sobą macie.
Na te słowa Allora poczuła zimny przedmiot za swoimi plecami. Zerknęła za siebie i zaniemówiła; Allegra trzymała w ręku sztylet i patrzyła na nią porozumiewawczo, jakby chciała powiedzieć, że obie wyjdą z tego cało.
W tym czasie sir Logan obliczał swoje szanse na zwycięstwo i niestety mimo wszelkich wysiłków nie potrafił obmyślić planu, który pozwoliłby im wygrać pojedynek dwóch na siedmiu, jednocześnie przez cały czas ochraniając księżniczki. Już miał rzucić się na przeciwników w wielkiej improwizacji, kiedy z lewej strony, z której otaczało ich trzech bandytów, wydobył się znajomy syk magii i owiała ich czarna mgła.
Przywódca spojrzał na nich i zanim zdążył się zorientować, co się dzieje, jego pierś przebił precyzyjnie rzucony sztylet Logana. Królewski dowódca nie wiedział, co lub kto im pomaga, ale był na tyle przytomny, by skorzystać z zamieszania.
Mgła opadła, odsłaniając trzy martwe ciała z h?sselgerami - rzadko spotykanymi płaskimi dyskami o ośmiu ostrzach - wbitymi w ich szyje. Ośmielony Casper skoczył ku pozostałym bandytom i zdecydowanym ruchem poderżnął gardło jednemu z nich. Broń jednak wytrącił mu z ręki drugi i Casper rozpoczął walkę wręcz.
Kątem oka Logan dostrzegł, że ostatni, siódmy, idzie ku bliźniaczkom. Balfourczyk wiedział już, że nie ujdzie żywo z tego starcia, i postanowił zostawić po sobie krzywdę.
- Dziewczęta! - ryknął Logan i rzucił się w ich kierunku.
Nie miał szans, by zdążyć. Wrogowi został jeden duży sus, aby znaleźć się przy Allegrze i Allorze. Mężczyzna usłyszał trzy dźwięki jednocześnie: świst powietrza, wrzask jednej z księżniczek oraz ostrze wpijające się w wilgotne ludzkie tkanki. Potrzebował chwili, żeby poprawnie zinterpretować te odgłosy.
Szyję bandyty przeszył kolejny h?sselger, jednak ostrze noża... trzymała Allegra. I to właśnie na jej sztylet nadział się balfourski łotr. Krew tryskała obficie z jego szyi i trzewi, plamiąc nieskazitelne księżniczki i obciążając szkarłatem ich zwiewne stroje.
Sir Logan rozejrzał się - wszyscy bandyci z pewnością byli martwi. Trójka, którą spowiła tajemnicza mgła, jeden zabity przez Logana, dwóch przez Caspera i jeden przez Allegrę oraz ich nieznajomego pomocnika. Casper przeszukiwał teraz kurty martwych Balfourczyków w poszukiwaniu magicznej przepustki, którą musieli przy sobie mieć, aby wtargnąć do Wierzbowego Gaju, a w międzyczasie Logan, upewniwszy się, że są bezpieczni, rzucił głośno w eter:
- Kto tu jest?
Nikt nie odpowiadał.
- Jeśli miałeś dobre intencje, ujawnij się, inaczej będę cię tropić i nie zawaham się użyć broni.
Praktycznie od razu zza jednej z wierzb wyłoniła się postać w pelerynie z odsuniętym kapturem. Była to kobieta uzbrojona w co najmniej dwa sztylety oraz pas z pochwami na h?sselgery, teraz już pusty. Logan zauważył również torbę, z której z pewnością pochodziło to, co wywołało magiczną mgłę. On i Casper wyciągnęli miecz w pozycji gotowej do ataku, ale im bliżej podchodziła kobieta, tym bardziej stawało się oczywiste, że jest niewiele starsza od bliźniaczek. Miała ciemne włosy, raczej rozpuszczone, ale ginące pod peleryną, jej głowę zaś okalała złota opaska, lekko zaśniedziała. Na nosie miała ledwo widoczne piegi.
- Przedstaw się - poprosił łagodniej sir Logan.
Solvay dygnęła przed nim z szacunkiem, ale nie służalczo.
- Jestem czarodziejką, uczennicą Haxälla.
*
Pałac Laateilis naprawdę robił wrażenie, zwłaszcza jeśli ktoś wychowywał się na przedmieściach, z dala od dworu. Nie przypominał też zupełnie szkoły Haxälla, która budziła raczej grozę niż szczery podziw. W każdym razie pałac wyglądał z zewnątrz na duży; dowodziła tego liczba imponujących wieżyczek, zakończonych ostro jak odwrócone sople lodu, a także błonia i wysokie schody prowadzące do jego wrót - nie mówiąc o pięknym, usłanym trawnikami ogrodzie przed wejściem. Na jego środku tkwiła fontanna, która w ułamie Prisma zapewne dawała piękne, tęczowe światło, co byłoby widoczne od razu po zachodzie słońca. Jego resztki wciąż jeszcze rozświetlały krainę, rozpaczliwie nie chcąc dopuścić księżyca do zajęcia swego stałego miejsca na niebie.
Solvay siedziała przed jakąś salą i otrzymała instrukcje, aby czekać, aż zostanie wezwana. Trochę się już niecierpliwiła; miała następnego dnia zajęcia z herbologii - zresztą właśnie w tym celu otrzymała swoją przepustkę do Wierzbowego Gaju; kryształ żywicy wierzbowej był jej potrzebny do opracowania skuteczniejszego przepisu na eliksir odtruwający. Mógł on - w odpowiednich konfiguracjach z innymi ingrediencjami - niwelować działanie wilczych jagód, oleandryny, jadu niektórych zwierząt, na przykład nietoperza lub skorpiona...
- Miss? - Ktoś wyrwał ją z zamyślenia. - Król prosi.
"Król prosi" - dwa słowa, których nie spodziewała się usłyszeć, kiedy dziś rano opuszczała szkołę.
Wygładziła dłońmi włosy na czubku głowy i wyciągnęła całą ich długość spod okrycia wierzchniego, po czym weszła do środka i ogarnęła wzrokiem zebranych. W oczywistym miejscu, na tronach, siedzieli król Erling i królowa Yada; rozpoznała też stojącego z lewej strony królewskiego tronu starszego gwardzistę, który przedstawił jej się jako Logan. Tym razem towarzyszył mu również inny wojskowy w pełnym umundurowaniu, z odznaczeniem, po którym Solvay domyśliła się, że oznacza dowódcę Gwardii (leśna jagoda przebita mieczem na tle tarczy z masy perłowej). Oprócz tego zarejestrowała jeszcze dwójkę: starego mężczyznę w szacie, na której wyhaftowane były otwarte oczy, oraz kanciastego blondyna o chujkowatym spojrzeniu, który patrzył na nią spode łba, jakby zaraz miał wytoczyć jej rozprawę sądową. To musi być jakiś kanclerz czy coś - skonstatowała w myślach.
- Wykazałaś się dziś odwagą i sprytem - przemówił król. - Pomogłaś sir Loganowi - wskazał na niego lewą ręką, nie odrywając od niej wzroku - i ochroniłaś nasze córki.
Solvay nie wiedziała za bardzo, jak odpowiedzieć na to oczywiste stwierdzenie faktu, więc po prostu kiwnęła głową.
- Co sprowadziło cię na południową stronę Laateilis?
- Poszukiwania składnika do eliksiru, Wasza Wysokość. - Odchrząknęła i postanowiła zadać pytanie: - Wasza Wysokość, to był zaszczyt przyczynić się do ochrony księżniczek i ich świty, choć jeśli mam być zupełnie szczera, był to czysty przypadek...
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.