Vindolanda (#2). Złowrogie morze - Adrian Goldsworthy

Kup ebooka

44.99 zł
35.09 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

W kwe­stii swego pochówku wydała bar­dzo ści­słe instruk­cje. Te ostat­nie dni upły­nęły pod zna­kiem doj­mu­ją­cego bólu, od któ­rego zmarszczki na jej twa­rzy tak się wyostrzyły, że wyglą­dała na dwa razy wię­cej niż swoje trzy­dzie­ści dzie­więć lat. Do końca była jed­nak przy­tomna i kon­kretna. Gdy ode­szła, postą­pił, jak mu naka­zała, choć nie rozu­miał, dla­czego aku­rat to kar­ło­wate drzewo i ten przy­lą­dek były dla niej tak ważne.

Przez ich wspólne lata czę­sto tak bywało. Ona mówiła mu, co robić, a on się pod­po­rząd­ko­wy­wał, ufał jej bowiem bez­gra­nicz­nie. Widziała i wie­działa rze­czy ukryte przed innymi śmier­tel­ni­kami. Tak to już z nią było; to jej moc i wie­dza trzy­mały ich przy życiu i pozwo­liły pro­spe­ro­wać tak daleko od stron ojczy­stych. Inni nie słu­chali i zgi­nęli lub na powrót stali się nie­wol­ni­kami. Tylko jego ludzie prze­trwali i zna­leźli nowe miej­sce do życia, gdzie sąsie­dzi się ich boją i płacą daninę. Przez ponad dzie­sięć lat nikt nie odwa­żył się ich zaata­ko­wać - i to było jej zasługą, gdyż roz­nio­sła się fama o jej magicz­nej mocy i w miej­sco­wych budziło to więk­szy strach niż dzi­kość i stal jego wojow­ni­ków.

Jakże mała teraz mu się jawiła! Przez jej nie­zwy­kły hart czę­sto zapo­mi­nał, że jest tak drobną kobietą. Grób wyko­pali dla niej kwa­dra­towy, o bokach dłu­go­ści włóczni i takoż głę­boki. Napra­co­wali się, zie­mia była bowiem kamie­ni­sta i spod kilo­fów gęsto try­skały iskry. Zaczął sam, ale swój wkład mieli też wszy­scy bra­cia z tam­tych pierw­szych lat, ludzie przy­sięgi, i rzecz była skoń­czona, nim słońce wze­szło następ­nego ranka. Zanie­śli ją tam spo­witą w białe płótno zabrane z kupiec­kiego statku. Twarz została nie­za­sło­nięta, z wło­sami upię­tymi na skro­niach. Może spra­wiło to blade świa­tło poranka, ale nie widział już w nich siwi­zny. Wyda­wała się znowu młoda i spo­kojna, z kre­do­wo­białą skórą gładką jak u dziecka. Skoń­czyło się jej cier­pie­nie od stop­niowo gni­ją­cych wnętrz­no­ści. Mie­sią­cami trzy­mała się przy życiu jedy­nie siłą woli; nie liczyła, że wygra, tylko wycze­ki­wała znaku. Na zawsze zapa­mię­tał uśmiech wykwi­ta­jący na jej twa­rzy, gdy dotarły do nich wie­ści. Powie­działa mu jesz­cze, co musi zro­bić, po czym jej duch odszedł, pozo­sta­wia­jąc pustą sko­rupę ciała.

Przy­kryw­szy zwłoki kocem, zaczęli zasy­py­wać grób. Stał wypro­sto­wany z czarną tar­czą w jed­nej ręce i włócz­nią w dru­giej. Nie poru­szył się, kiedy skoń­czyli. Trudno było osza­co­wać upływ czasu, ale gdy uznał, że minęła kolejna godzina, sie­dem razy okrą­żał niski kur­han. Cza­sem w czu­wa­niu towa­rzy­szyli mu inni, ni­gdy jed­nak na dłu­żej i kiedy zaszło słońce, został sam.

Wró­cili o świ­cie. Trzech wojow­ni­ków w kol­czu­gach i z mie­czami u pasa przy­pro­wa­dziło kapi­tana zdo­by­tego statku.

- Wiesz, dla­czego tu jesteś?

Męż­czy­zna kiw­nął głową. Był Bry­tem z dale­kiego połu­dnia, który przy­jął rzym­skie zwy­czaje i utrzy­my­wał się z prze­wozu towa­rów wzdłuż wybrzeża. W sztor­mie zdry­fo­wał z kursu i tak go dopa­dli.

Nie był to przy­pa­dek. Pierw­szy raz wyszli wtedy w morze, by wypró­bo­wać okręt po remon­cie, który zajął wiele lat, jako że w tych dzi­kich stro­nach nie­ła­two o dobre drewno. Rok wcze­śniej ich łodzie zagar­nęły unie­ru­cho­miony przez flautę sta­tek; traf chciał, że wiózł on ładu­nek dębiny.

Od tam­tego momentu wszystko zaczęło się pre­cy­zyj­nie ukła­dać, jak gdyby według pro­jektu świet­nego rze­mieśl­nika.

- Twój syn wie, co musi zro­bić?

Syn kapi­tana miał być zwol­niony i zatrzy­mać ich sta­te­czek wraz z resztą załogi, pod warun­kiem jed­nak, że przy­rzek­nie pomoc w zała­twia­niu spraw.

- Tak, panie.

- Uklęk­nij.

Męż­czy­zna wypeł­nił pole­ce­nie. Miał kasz­ta­nowe włosy rzed­nące już na czubku głowy. Jeden z wojow­ni­ków chwy­cił za zwi­sa­jący z tyłu war­kocz i uniósł go, by nie zawa­dzał.

Świ­snął miecz. Dobrze naostrzona klinga prze­cięła skórę, mię­śnie i kręgi. Odcięta głowa stuk­nęła o zie­mię i na grób try­snęła struga krwi, bły­ska­wicz­nie wsią­ka­jąc w glebę.

- Wszystko gotowe?

- Tak jest - odpo­wie­dział mu wojow­nik naj­więk­szego wzro­stu, z dłu­gimi jasnymi wło­sami i brodą.

- Zatem nie zwle­kaj ani chwili.

Czuł wokół sie­bie jej moc. Ich histo­ria się nie skoń­czyła. Otrzyma nowe siły, które popro­wa­dzą go przez przy­szłe lata. Mimo ogromu smutku z powodu straty czuł się jak odro­dzony, nie­mal znów młody. Miał dru­żynę, dobry sta­tek i już wkrótce ujrzy nową, prze­wod­nią moc w dzia­ła­niu. Nad­szedł czas krwi i zemsty.

Ludzie ode­szli i znów pod­jął czu­wa­nie. Uśmiech­nął się, wie­dział bowiem, że jej duch go nawie­dził. "Teraz już nie­długo", zda­wał się szep­tać mu do ucha.

I

Flawiusz Feroks czule pokle­pał Szrona po karku, zdjął mu uzdę i puścił wolno. Śnieg, drugi koń bliź­nia­czo podobny, sku­bał już trawę opo­dal. Cen­tu­rion ufał, że zwie­rzęta nie uciekną. Oba nie wyglą­dały na zmę­czone, cho­ciaż nocą dał im w kość, wspi­na­jąc się wysoko w góry, gdzie placki brud­nego śniegu prze­szły w bez­kre­sne białe pole. Cza­sem pro­wa­dził je pie­szo, jak teraz, gdy stromą, nie­równą ścieżką scho­dził w tę dolinę z ciem­nym jezio­rem i z ulgą się prze­ko­nał, że pamięć go nie zawio­dła. Stru­mień był tam, gdzie zapa­mię­tał; hała­śli­wie spły­wał zbo­czem, tak wez­brany od top­nie­ją­cego śniegu, że po tej stro­nie jeziora dało się go bez­piecz­nie prze­kro­czyć tylko w jed­nym miej­scu. Był tam przed­tem zale­d­wie raz, może pięć lat wcze­śniej, ale tę posępną taflę wody dobrze sobie zako­no­to­wał, jak gdyby wie­dział, że pew­nego dnia tam powróci.

To była ostat­nia szansa. Jeżeli nie skie­ro­wali się na pół­noc, to będą musieli prze­jeż­dżać wła­śnie tędy. Wtedy on tu będzie cze­kał i może zgi­nie, a może nie. Jeśli zaś już go minęli, to wie­czo­rem dotrą na wła­sne zie­mie i będą bez­pieczni wśród swych sta­wia­ją­cych wieże ziom­ków. Feroks nie znał tych tere­nów ani tutej­szych wodzów wystar­cza­jąco dobrze, by się łudzić nadzieją na pomoc ze strony któ­re­goś z nich, a że naj­bliż­sza rzym­ska pla­cówka znaj­do­wała się o dobre dwie­ście mil stąd, raczej nie mógł liczyć, że zlękną się potęgi impe­rium. Tu i teraz ta potęga spro­wa­dzała się do jed­nego cen­tu­riona... Feroks wąt­pił, by cesarz i Rzym kie­dy­kol­wiek się dowie­dzieli, co tu się wyda­rzyło, ani też by kogoś tam obe­szło, gdyby zawró­cił i odje­chał, pozwa­la­jąc awan­tur­ni­kom ujść bez­kar­nie. Nikt by go za to nie winił, on zaś nie zło­żył przy­sięgi tej nie­szczę­snej rodzi­nie wią­żą­cej koniec z koń­cem na swym gospo­dar­stewku. Obie­cał im tylko, że zrobi, co w jego mocy, żeby odszu­kać i odsta­wić do domu ich córeczkę. To jed­nak wystar­czyło, by sie­dem­na­ście dni ści­gał napast­ni­ków i w końcu dotarł do tego miej­sca, a potem tu waro­wał. Do połu­dnia powi­nien już wie­dzieć, czy traf­nie odgadł ich zamiary.

Cen­tu­rion wyjął z juków tro­chę pod­pałki, nazbie­rał, ile się dało, gałęzi i roz­pa­lił nie­wiel­kie ogni­sko na skar­pie nad bro­dem. Wsta­wił wodę na wrzą­tek; na pła­skim kamie­niu roz­kru­szył trzon­kiem noża tro­chę sucha­rów i wrzu­cił je na mosiężną patel­nię, po czym dodał pla­stry cebuli i ostatni kawa­łek solo­nego boczku. Odsta­wił ją obok ognia, posta­no­wił się bowiem umyć i ogo­lić, nim się zabie­rze do pich­ce­nia.

Mgła rze­dła, roz­pra­szana przez poranne słońce, więc pasterz ze swym chłop­cem zoba­czyli go już z daleka: postawny, ciem­no­włosy męż­czy­zna o ponu­rej twa­rzy, odziany tylko w spodnie i buty, z obna­żo­nym tor­sem pochy­lał się nad stru­mie­niem i skro­bał brzy­twą pod­bró­dek.

Pasterz był stary, z dłu­gimi bia­łymi wło­sami i brodą w sta­nie wska­zu­ją­cym, że nie za wiele ma do czy­nie­nia z wodą i uten­sy­liami higie­nicz­nymi. Jed­nak to nie obca mu czyn­ność wzbu­dziła w nim nie­uf­ność, lecz budowa nie­zna­jo­mego, bli­zny na piersi i leżący w zasięgu ręki miecz w pochwie. Jeśli dodać konie i rzu­coną na stertę sakw kol­czugę, nie było wąt­pli­wo­ści, że ma się do czy­nie­nia z wojow­ni­kiem.

Feroks poma­chał przy­by­szom i wró­cił do prze­rwa­nego zaję­cia, nie zwra­ca­jąc na nich wię­cej uwagi. Po chwili pasterz gwizd­nął i ruszył przed sie­bie, a za nim kudłaty pies i chło­piec pędzący kilka owiec. Wojow­nik zaciął się i zaklął; psi­sko zaczęło war­czeć i nie prze­sta­wało, nawet gdy wzru­szył ramio­nami i spo­koj­nie wytarł twarz ręcz­ni­kiem.

- Dzień dobry, ojcze - rzu­cił na powi­ta­nie, przy­kła­da­jąc dłoń do czoła.

Oby­czaj był tutej­szy, lecz akcent wyraź­nie obcy.

- Rzy­mia­nin? - spy­tał pasterz po namy­śle. Nie­wiele wie­dział o tych żela­znych ludziach z połu­dnia, gdyż ni­gdy nie poja­wiali się na wyso­czy­znach w więk­szej licz­bie.

- Zga­dza się - odrzekł wysoki. Wstał już, ale nie zamie­rzał pod­nieść mie­cza. - Nazy­wam się Feroks i nie mam złych zamia­rów. Gotuję sobie polewkę. Może się do mnie przy­łą­czy­cie?

Sta­rzec patrzył nań z nie­pew­no­ścią, jeżeli można było to oce­nić poprzez zmierz­wiony zarost i brud. Bez wąt­pie­nia bał się go ura­zić odmową, z dru­giej zaś strony pra­gnął jak naj­szyb­ciej odda­lić się od wojow­nika. Pies znów zawar­czał i pasterz uci­szył go kuk­sań­cem.

- Dzię­kuję, panie, ale spie­szy się nam. - Chwilę wpa­try­wał się w obcego. - Prze­pu­ścisz nas? - dodał ner­wowo.

- To twoje zie­mie, nie moje. - Feroks zato­czył ręką sze­roki łuk.

Odsu­nął się od mie­cza, by poka­zać, że go nie użyje. Stary skwa­pli­wie podrep­tał przez bród. Pies poszcze­ki­wał na owce, zaga­nia­jąc je w wodę. Dwie były w zaawan­so­wa­nej ciąży, trze­cia z małym, naj­wy­żej paro­ty­go­dnio­wym jagnię­ciem. Chło­piec wyglą­dał bar­dziej na zacie­ka­wio­nego niż wystra­szo­nego; gapił się na wojow­nika sze­roko otwar­tymi oczyma. Nie­po­koił go tylko widok dwóch siw­ków.

- Kel­pie! - zapisz­czał, gdy jeden z nich pod­szedł bli­żej.

Sta­ro­wina trzep­nął go po czu­pry­nie i popchnął naprzód. Uzbro­jony Rzy­mia­nin sta­no­wił więk­sze zagro­że­nie niż wodne duchy przy­bie­ra­jące kształt jasno umasz­czo­nych koni.

Feroks się uśmiech­nął. Odkąd śniegi stop­niały, nie­wielu ludzi zosta­wiło ślady wokół brodu i w więk­szo­ści byli to wła­śnie paste­rze. Ni­gdzie nie widział koń­skiego tropu, była to bowiem uboga kra­ina. W pro­mie­niu dzie­się­ciu mil nikt nie miesz­kał, a i dalej z rzadka tylko tra­fiały się chaty i gospo­dar­stwa. Oko­lica sta­wała się lud­niej­sza dopiero niżej, w kie­runku morza.

Cen­tu­rion schy­lił się i raz jesz­cze ochla­pał policzki lodo­watą wodą. Obok mie­cza leżała sakwa, z któ­rej wyjął kol­czatkę - cztery żela­zne kolce zespa­wane razem tak, że jak­kol­wiek upa­dały na zie­mię, zawsze jeden ster­czał ku górze. Wszedł­szy po kolana w wodę, cisnął ją, a potem kil­ka­na­ście innych w paru rzę­dach w poprzek brodu. Znik­nęły w spie­nio­nym nur­cie; miał nadzieję, że nie zostaną wepchnięte głę­biej w muł i speł­nią zada­nie. Raz jesz­cze opłu­kał twarz wodą. Odświe­żony, wziął broń, wró­cił do ogni­ska i wło­żył tunikę, wato­wany kaftan i kol­czugę. Wyli­czył, że tamci zja­wią się tu nie wcze­śniej niż za kilka godzin, usiadł więc ze skrzy­żo­wa­nymi nogami i wziął się do kucha­rze­nia.

Słońce wspięło się wyżej i mgła roz­pły­nęła się do reszty. Wysoko na nie­bie krą­żył orzeł, z tej odle­gło­ści mały jak wró­bel, choć Feroks wie­dział, że to wiel­kie pta­szy­sko wypa­tru­jące na sto­kach nowo naro­dzo­nych jagniąt. To był dobry czas dla dra­pież­ców. Cen­tu­rion modlił się, by łowiec­kie szczę­ście dopi­sało i jemu. Cie­kaw był, czy ofiary, na które cze­kał, są w zasięgu wzroku bystro­okiego ptaka. Jeżeli w ogóle zmie­rzają w tę stronę, mógł się bowiem mylić - choć miał pew­ność, że tak nie jest. Mieli tylko dwie moż­liwe drogi; ta była trud­niej­sza, ale za to szyb­ciej można się nią było dostać do kraju Kre­onów - on zaś nie miał już wąt­pli­wo­ści, że tam wła­śnie się kie­rują. Win­deks nie podzie­lał jego opi­nii i z dwoma zwia­dow­cami poje­chał na pół­noc, ufny, że dzięki lep­szej dro­dze szyb­ciej dogo­nią ści­ga­nych. Feroks nato­miast wybrał szlak wyso­ko­gór­ski, aby wysfo­ro­wać się przed nich, gdyby jed­nak trzy­mali się innego kie­runku. Było ich pię­ciu lub sze­ściu - trop jed­nego z wierz­chow­ców wyglą­dał dziw­nie i trudno było orzec, czy wiózł wojow­nika czy jeńca - pro­por­cja sił nie wyglą­dała więc naj­le­piej, jeżeli domysł cen­tu­riona oka­załby się słuszny.

- Weź jed­nego z chło­pa­ków - zasu­ge­ro­wał Win­deks. - Miał­byś więk­sze szanse, gdy­byś się natknął na tam­tych.

- Nie. - Feroks nie musiał się przy­glą­dać zwia­dow­com, żeby mieć pew­ność. Jeden był zbyt młody i nie­prze­wi­dy­walny, drugi spra­wiał solidne wra­że­nie, lecz żaden z niego zabójca. - Trzy­maj ich przy sobie. Jeśli to ja się mylę, obaj będą ci potrzebni.

Bry­gant chwilę się weń wpa­try­wał. Przed­wie­czorne cie­nie wydłu­żały mu twarz, przez co jesz­cze bar­dziej przy­po­mi­nała tru­pią czaszkę.

- Aha, znowu zgry­wamy boha­tera - ode­zwał się wresz­cie. - Ale wiesz, że w tych histo­riach oni z reguły mar­nie koń­czą.

- Jak my wszy­scy.

- Niby racja. - Win­deks wes­tchnął. - Tylko nie ma sensu się do tego tak spie­szyć. Zwłasz­cza w twoim przy­padku. - Zamilkł i wzru­szył ramio­nami. Po chwili zła­pał za łęk i wsko­czył na sio­dło. - Jak trop nam wyga­śnie, to za dnia do cie­bie dołą­czymy. Tyle przy­naj­mniej mogę zro­bić dla przy­ja­ciela, że spalę jego zwłoki. Natu­ral­nie jeżeli uda się pozbie­rać wszyst­kie kawałki.

- Kła­miesz jak najęty. Chcesz po pro­stu ukraść, co tamci zosta­wią.

- To też. Fajne te twoje buty.

Feroks wyszcze­rzył się w uśmie­chu.

- Zjeż­dżaj już. Może masz rację, że oni suną na pół­noc. W takim razie ja się zja­wię po twoje. - Pokle­pał się po pochwie mie­cza, jak to jest w zwy­czaju u Kar­we­tiów, ludu Win­deksa. - Niech wam szczę­ście sprzyja.

- Zro­bimy, co w naszej mocy.

- Aha. - Cen­tu­rion splu­nął na trawę. - Czyli nawet nie spró­bu­je­cie.

Trzej Bry­gan­to­wie ruszyli przed sie­bie. Dowódca odwró­cił się jesz­cze, nim znik­nął za szczy­tem wzgó­rza, i krzyk­nął:

- Powo­dze­nia!

To było poprzed­niego dnia. Teraz Feroks zasta­na­wiał się, czy zwia­dowcy tra­fili już na miej­sce, gdzie trop ucie­ka­ją­cych skrę­cił na zachód, ku wybrzeżu - jak to sam prze­wi­dy­wał. Win­deks powi­nien już zdą­żać w tę stronę, lecz będą mieli kawał drogi do prze­łę­czy, a potem jezioro do okrą­że­nia, by się dostać w to miej­sce. Jeśli ich wierz­chow­com nie wyro­sną nagle skrzy­dła, dotrą tu za późno, by miało to zna­cze­nie.

Cen­tu­rion znów pod­niósł wzrok, by śle­dzić lot orła. Musiał zmru­żyć oczy, słońce świe­ciło bowiem jasno i cie­płem zapo­wia­dało nad­cho­dzącą wio­snę. Inny ruch przy­kuł jego uwagę: nieco dalej zaczer­niała druga skrzy­dlata syl­wetka, jed­nak dopiero osło­niw­szy oczy ron­dem kape­lu­sza, Feroks roz­po­znał w niej kruka. A więc się nie myli­łem, pomy­ślał. Ptak Mor­ri­gan ni­gdy nie zja­wia się przy­pad­kiem. Bogini wie, że w tej oko­licy doj­dzie do walki i roz­lewu krwi wojow­ni­ków.

- No i dobrze - powie­dział na głos i od razu poczuł do sie­bie pogardę.

Od małego uczono go war­to­ści mil­cze­nia i opa­no­wa­nia. Sylu­ro­wie to lud wilka, łowcy tak zwie­rząt, jak i ludzi; dra­pieżcy świa­domi, że naj­mniej­szy ruch czy dźwięk może zdra­dzić zasadzkę. Chłop­com wpa­jają prze­ko­na­nie, że bez­ruch to naj­więk­sza przy­jem­ność, a gadul­stwo - naj­gor­sza przy­wara. Feroks zbyt wiele lat spę­dził wśród Rzy­mian, któ­rzy nie­ustan­nie paplają, bez skrę­po­wa­nia śmieją się lub pła­czą, jak gdyby potrze­bo­wali hałasu, by wie­dzieć, że żyją. Opu­ścił swo­ich dawno temu, ode­słany jako jeden z zakład­ni­ków, kiedy Sylu­ro­wie ska­pi­tu­lo­wali przed rzym­skim impe­rium. Po praw­dzie dłu­żej był Tytu­sem Fla­wiu­szem Ferok­sem, zaprzy­się­żo­nym ofi­ce­rem w służ­bie cesa­rza, niż kim­kol­wiek innym - ale w duszy pozo­stał Sylu­rem, wnu­kiem Pana Wzgórz, czło­wieka, który wal­czył z Rzy­mianami dłu­żej i ostrzej od wszyst­kich, nim uległ i zawarł pokój.

Wicher się wzma­gał, trawa sze­le­ściła coraz gło­śniej. Cen­tu­rion sły­szał w dzie­ciń­stwie, że wiatr nie­sie cza­sem głosy tych, któ­rzy ode­szli na tam­ten świat i teraz żyją w cie­niu. Nasłu­chi­wał uważ­nie; przez chwilę gorąco pra­gnął, aby dzia­dek doń prze­mó­wił, jeśli jed­nak w szu­mie powie­trza kryły się słowa, to albo nie potra­fił ich wyła­pać, albo też były skie­ro­wane do kogoś innego. Moż­liwe, że zbyt dużo już w nim było Rzy­mia­nina, by rozu­mieć takie prze­kazy. Jego ziom­ko­wie uwa­żali też, że w wod­nych nur­tach pobrzmie­wają echa daw­nej magii i daw­nych łez, słowa bogów i duchów się­ga­jące do początku wszech­rze­czy, on jed­nak sły­szał tylko deli­katny szum stru­mie­nia. Był z dala od ojczy­stych stron i od swo­jej armii. Feroks peł­nił funk­cję regio­na­riusa, ofi­cera odpo­wie­dzial­nego za utrzy­ma­nie pax Romana na zie­miach wokół bazy Vin­do­landa, teraz jed­nak ze swymi zwia­dow­cami zapu­ścił się daleko poza swój rejon dzia­ła­nia.

Orzeł bły­ska­wicz­nie zanur­ko­wał. Cen­tu­rion śle­dził go wzro­kiem, dopóki skrzy­dlaty dra­pież­nik nie znik­nął za górami. Kruk leni­wie krą­żył dalej na wyso­ko­ści i Ferok­sowi wyda­wało się, że czuje obser­wu­jące go zimne czarne oczy. Cóż, teraz i ptak, i on muszą cze­kać, bo nie ma nic innego do roboty. Otwo­rzył mie­szek i spraw­dził, czy rze­mie­nie procy nie stward­niały. Zwa­żył na dłoni dwa oło­wiane poci­ski i po raz kolejny zasta­no­wiło go, dla­czego są odlane na kształt żołę­dzia. Prze­szło mu przez myśl, by poćwi­czyć, była to jed­nak jego ostat­nia para i nie chciał ryzy­ko­wać utraty któ­re­goś, zwłasz­cza że nie miał zaufa­nia do cel­no­ści strza­łów z uży­ciem zwy­kłych kamieni. Pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio posłu­żył się procą, i nie mógł - czyli było to bar­dzo dawno i kto wie, czy nie wyszedł z wprawy. Roz­my­ślał o tym i o paru innych rze­czach, któ­rych nie zro­bił, a powi­nien, i na odwrót. Poza tym po pro­stu cze­kał, sta­ra­jąc się myśleć jak naj­mniej.

Jeżeli Win­deks miał rację, zarzu­ca­jąc mu zgry­wa­nie boha­tera, to zasadzka nad stru­mie­niem do tego paso­wała. W legen­dach herosi w rodzaju Ogiera zawsze strze­gli bro­dów przed najeźdź­czymi armiami, wyzy­wali kolejno wojow­ni­ków na poje­dynki, zabi­jali każ­dego i odci­nali im głowy. Cza­sem sami ginęli i wtedy miej­sca akcji nazy­wano ich imio­nami. Feroks nie umiał sobie wyobra­zić, że kogo­kol­wiek w tym zakątku świata mogłaby obcho­dzić jego osoba, nie mówiąc już o zapa­mię­ta­niu jego nazwi­ska czy zda­rze­nia, które tu miało nastą­pić. Tam­ten pasterz z pew­no­ścią miał to gdzieś, a jego chłopcu w pamięci zostaną tylko upiorne siwe konie.

Kruk zakra­kał aku­rat w chwili, gdy o milę od brodu z jed­nego z płyt­kich jarów wychy­nęli w dolinę jeźdźcy. Zbli­żali się jed­no­staj­nie, prze­szedł­szy na pła­skim tere­nie w kłus. Feroks nie musiał wsta­wać, by ich widzieć, sie­dział więc spo­koj­nie przy ogni­sku i mie­szał zupę, delek­tu­jąc się jej zapa­chem.

W gru­pie było sie­dem wierz­chow­ców - jeden solid­nej postury kasz­tan i sześć zwy­kłych kudła­tych kuców. Kie­ro­wała się pro­sto ku bro­dowi. Na mniej­szych koni­kach jechali męż­czyźni w płasz­czach z kap­tu­rami; czte­rej dzier­żyli włócz­nie. Na grzbie­cie dużego wid­niały dwie syl­wetki. Ta na prze­dzie miała dłu­gie włosy, nie­mi­ło­sier­nie tar­gane przez wiatr. Z daleka wyglą­dały na ciemne, cen­tu­rion wie­dział jed­nak, że to tylko efekt brudu i wil­goci i że naprawdę są ogni­ście rude, jak w całej rodzi­nie dziew­czyny.

Po prze­by­ciu pół mili jeźdźcy się zatrzy­mali - zapewne go zauwa­żyw­szy. Dwaj pod­je­chali do sie­bie, by poroz­ma­wiać. Feroks siorb­nął łyżkę wywaru, skrzy­wił się, bo smak w niczym nie przy­po­mi­nał tak obie­cu­ją­cego aro­matu, ale oczy­wi­ście teraz to był naj­mniej­szy z jego pro­ble­mów. Niech się wahają, zwle­kają, pomy­ślał. Win­deks będzie miał ociu­pinkę wię­cej czasu, by się zja­wić i zastać trupa jesz­cze cie­płego.

Ruszyli naprzód. Tamci dwaj, wysfo­ro­waw­szy się przed resztę, roz­je­chali się lekko na boki, by spraw­dzić, czy nie­zna­jomy jest sam. Nie nacią­gnęli kap­tu­rów i widać było, że wszy­scy wojow­nicy mają wygo­lone skro­nie, a pozo­sta­wione na czub­kach głów włosy sple­cione w długi war­kocz. To świad­czyło, że są miesz­kań­cami pół­nocy, naj­dal­szych kre­sów Bry­ta­nii - co z kolei ozna­czało, że histo­rie powta­rzane przez wystra­szo­nych rol­ni­ków nie mijają się z prawdą. Dziwna z nich ferajna; nie­któ­rzy twier­dzą, że wywo­dzi się ze Sta­rego Ludu, pra­daw­nych ple­mion krze­mie­nia i monu­men­tal­nych kamien­nych krę­gów. Mówi się też, że czczą okrutne bóstwa, dawno zapo­mniane w innych regio­nach, jed­nak tam, na krańcu świata, wciąż wła­da­jące potęgą mrocz­nej magii.

Przy­by­sze byli coraz bli­żej, już na strze­le­nie z łuku - choć to broń rzadko spo­ty­kana w tych stro­nach i Feroks ucie­szył się, że żaden z nich też go nie posiada. Zoba­czył, że jeden z męż­czyzn ma ręce zwią­zane z przodu, podob­nie jak obie kobiety na kasz­ta­nie. Nie znał jego twa­rzy, widać jed­nak było, że to czło­wiek młody i włosy ma krót­kie jak u Rzy­mia­nina. To wyja­śniało zagadkę dziw­nych tro­pów, które obser­wo­wał przez minione tygo­dnie: jakby jeden z jeźdź­ców nie dawał sobie rady z koniem, a cza­sem ktoś musiał go pro­wa­dzić. Cen­tu­rion zasta­na­wiał się wtedy, czy nie cho­dzi o jeńca, ale głę­bo­kie odci­ski kopyt świad­czyły o spo­rym obcią­że­niu - a rabu­sie rzadko biorą do nie­woli męż­czyzn, ponie­waż trzeba ich sta­ran­niej pil­no­wać i mniej­szy jest na nich zaro­bek - toteż uznał, że to jeden ze zbó­jów, tylko ranny.

Toż­sa­mość jeńca to jed­nak sprawa na potem (jeżeli będzie jakieś potem). Na razie liczyło się tylko, że wro­gów będzie pię­ciu, nie sze­ściu. Feroks nie­mal usły­szał iro­niczny komen­tarz Win­deksa: "A, no to łatwi­zna" i z tru­dem powstrzy­my­wał uśmiech. Dwaj zwia­dowcy zawró­cili do głów­nej grupy, już pewni, że czło­wiek przy ogni­sku jest naprawdę sam - na tej deli­kat­nie pofa­lo­wa­nej łące nie było gdzie się scho­wać. Któ­ryś z kom­pa­nów coś do nich krzyk­nął i obaj poga­lo­po­wali rozej­rzeć się wzdłuż brzegu potoku.

Cen­tu­rion wstał. Procę trzy­mał zwi­niętą w pra­wej dłoni, w lewej cho­wał oba poci­ski. Leni­wie się prze­cią­gnął, jakby grzbiet mu zesztyw­niał od sie­dze­nia, po czym ruszył ku bro­dowi.

- Kim jesteś? - zawo­łał naj­bliż­szy z wojow­ni­ków.

Jego włócz­nia miała solidne drzewce; mała kwa­dra­towa tar­cza z nie­ma­lo­wa­nych desek była nabi­jana żela­znymi ćwie­kami.

Feroks zigno­ro­wał pyta­nie. Doszedł do miej­sca, gdzie brzeg po tej stro­nie nachy­lał się ku rzeczce, przy­bie­ra­jąc formę łagod­nego stoku o róż­nicy pozio­mów rap­tem paru stóp.

- Powiedz nam swoje imię! - zażą­dał znowu przy­bysz.

Feroks przy­sta­nął. Jego kape­lusz z sze­ro­kim ron­dem, typowy dla rol­ni­ków znad Morza Śród­ziem­nego, na tej wyspie pozo­sta­wał prak­tycz­nie nie­znany. W jego rejo­nie był już roz­po­zna­walny dla wszyst­kich, nie sądził jed­nak, że ci ludzie zaba­wili tam dosta­tecz­nie długo, by o tym lub o nim samym usły­szeć. Uśmiech­nął się do woła­ją­cego, ale nie odpo­wie­dział.

- Zabić go i spo­kój! - krzyk­nął drugi zwia­dowca, potrzą­sa­jąc włócz­nią, lecz nie zamie­rzył się do rzutu.

Jego kolega wyszcze­rzył zęby, sycząc i wyma­chu­jąc bro­nią w stronę Rzy­mia­nina. Obaj mieli nie­wiele ponad dwa­dzie­ścia lat, acz­kol­wiek Feroks wąt­pił, by była to ich pierw­sza zbó­jecka wyprawa. Wyglą­dali na wystar­cza­jąco spraw­nych, choć przy­po­mi­nali mu dwójkę pod­ko­mend­nych Win­deksa - nie­bez­piecz­nych tylko wtedy, gdy ktoś im mówił, co robić.

- Chcę poroz­ma­wiać - rzekł w końcu cen­tu­rion, widząc, że żaden się nie kwapi, by pod­je­chać bli­żej. - Ale nie z mło­ko­sami.

Na tę oczy­wi­stą znie­wagę włócz­nia drgnęła w ręku wojow­nika po pra­wej, na­dal jed­nak nie pró­bo­wał nią miot­nąć. Po chwili splu­nął tylko w stronę nie­zna­jo­mego.

Feroks wię­cej się nie odzy­wał. Dwaj inni jeźdźcy wysu­nęli się do przodu i zajęli pozy­cję mię­dzy mło­dymi. Widać było, że to oni rzą­dzą w gru­pie. Niż­szy wyróż­niał się czer­wo­nym zna­mie­niem na policzku i pod­bródku. Wraz z wple­cio­nym w war­kocz żbi­czym ogo­nem iden­ty­fi­ko­wało go jako Czer­wo­nego Kota, konio- i bydło­krada, któ­rego zła sława się­gała daleko poza jego wła­sne ple­mię z pół­nocy. Cen­tu­rion nie miał dotąd oka­zji go spo­tkać, paro­krot­nie jed­nak widział tropy jego i zra­bo­wa­nych prze­zeń zwie­rząt. Ludzie mówili, że Czer­wony Kot nikomu jesz­cze nie dał się schwy­tać i nawet jego praw­dziwe imię nikomu nie było znane. Jeżeli to on, pomy­ślał Rzy­mia­nin, to w takim razie ten więk­szy obok niego musi być jego star­szym bra­tem Sego­wak­sem. Gość miał oczy tak czarne, że przy­wo­dziły na myśl kruka bogini Mor­ri­gan. Paso­wało to do cha­rak­teru tego czło­wieka - bez­li­to­snego mor­dercy, któ­remu za jedno, czy uśmierca męż­czy­znę, czy kobietę lub dziecko.

Piąty z wojow­ni­ków, naj­młod­szy, pozo­stał przy jeń­cach.

- Mów, Rzy­mia­ni­nie - rzu­cił chra­pli­wie Sego­waks.

- Wiesz, kim jestem?

- A powinno mnie to obcho­dzić?

- Nazy­wam się Fla­wiusz Feroks, cen­tu­rio regio­na­rius, i przy­by­wam w imie­niu naszego wiel­kiego pana i prin­cepsa Tra­jana, władcy świata, aby zapro­po­no­wać wam wymianę.

Cen­tu­rion sam się sobie dzi­wił, że przy­wo­łał auto­ry­tet cesa­rza, uznał jed­nak, że w niczym to nie zaszko­dzi.

Na Sego­wak­sie nie zro­biło to więk­szego wra­że­nia.

- Powiem jesz­cze raz: mam gdzieś cie­bie i two­jego zasy­fio­nego cezarka. On tu nie rzą­dzi, a ty jesteś sam jeden.

- Cho­dzi o waszych brań­ców.

Kątem oka Feroks dostrzegł kruka kołu­ją­cego znacz­nie niżej niż poprzed­nio.

- Żad­nych wymian nie będzie. Zejdź nam z drogi, Rzy­mia­ni­nie.

- Na pomoc! - krzyk­nął w tej chwili młody wię­zień. Kop­nię­ciem w boki zmu­sił wierz­chowca do biegu w kie­runku brodu. - Ratuj mnie! Jestem Rzy­mia­ni­nem i doma­gam się obrony!

Mło­dziutki wojow­nik spiął konia i ruszył w pościg. Dogo­niw­szy ucie­ka­ją­cego, drzew­cem włóczni grzmot­nął go w głowę i strą­cił z sio­dła. Męż­czy­zna zwa­lił się ciężko na zie­mię, ale zaraz zaczął się pod­no­sić na zwią­za­nych rękach. Kolejny cios, tym razem tępym koń­cem broni w głowę, roz­cią­gnął go na pła­sko.

Sego­waks nawet się nie obej­rzał; ani on, ani Feroks nie dali po sobie poznać, że w ogóle zauwa­żyli incy­dent.

- Chcę waszych jeń­ców - powtó­rzył cen­tu­rion. - Mam wiele do zaofe­ro­wa­nia.

- Nie masz nic, czego byśmy chcieli - rzu­cił Czer­wony Kot, dotąd słu­cha­jący w mil­cze­niu. On jeden nie miał włóczni. Na jego pra­wym bio­drze widać było ręko­jeść dłu­giego noża.

- Nic, czego byśmy sami sobie nie wzięli, gdyby nam się spodo­bało - dodał jego brat.

- A wasze życie?

Sego­waks skwi­to­wał to pogar­dli­wym splu­nię­ciem.

- Zna­la­złeś się daleko od Rzymu. Czy może jesteś spo­krew­niony z któ­rąś z tych dziew­czyn? Damy ci, którą zechcesz, w zamian za jed­nego z two­ich koni.

Brat spoj­rzał na niego spod oka. Nie przy­wykł pła­cić za jakie­kol­wiek zwie­rzę.

- Chcę ich wszyst­kich.

Czer­wony Kot par­sk­nął śmie­chem.

Feroks strzep­nął procą tak, że zwi­sła swo­bod­nie, wło­żył oło­wia­nego żołę­dzia w jej skó­rzaną miseczkę i zaczął krę­cić nią nad głową.

- Sukin­syn! - zaklął Sego­waks.

Czwórka wojow­ni­ków spięła konie i sko­czyła do szarży. Cen­tu­rion wypu­ścił pocisk, celu­jąc w ich wodza, jed­nak wystra­szony szu­mem pędzą­cego nurtu wierz­cho­wiec roz­bój­nika cof­nął się w ostat­niej chwili i został tra­fiony w szczękę. Zwie­rzę z bole­snym rże­niem sta­nęło dęba i ześli­znęło się po błot­ni­stym stoku. Zrzu­cony przez nie jeź­dziec prze­le­ciał nad koń­skim łbem i grzmot­nął o zie­mię, a w następ­nej chwili wrza­snął z bólu, gdy kuc prze­to­czył się po nim całym cię­ża­rem, gru­cho­cząc mu żebra.

Jeden z prze­ciw­ni­ków gwał­tow­nym skrę­tem zdo­łał unik­nąć naje­cha­nia na upa­da­ją­cych i zatrzy­mał się na brzegu, lecz dwaj pozo­stali z plu­skiem wpa­dli na bród. Feroks zała­do­wał procę, zakrę­cił nią i miot­nął kawał­kiem oło­wiu z taką siłą, że pocisk wbił się w czoło wojow­nika pędzą­cego u boku sław­nego konio­krada. Męż­czy­zna zwa­lił się w rzekę, wzbi­ja­jąc fon­tannę wody.

Czer­wony Kot już docie­rał do brzegu, gdy nagle jego koń wierz­gnął z bólu, nastą­piw­szy kopy­tem na kol­czatkę. Feroks poża­ło­wał, że nie nazbie­rał odpo­wied­nich kamieni; miałby szansę oddać jesz­cze przy­naj­mniej jeden strzał. Odrzu­cił procę i ujął kościaną ręko­jeść mie­cza. Broń gładko wysu­nęła się z pochwy: długi, sta­ro­modny brzesz­czot tak ide­al­nie wywa­żony, że z przy­jem­no­ścią się go trzy­mało. Konio­krad zle­ciał z sio­dła. Męż­czy­zna obok niego zgi­nął bądź umie­rał. Ostatni z roz­bój­ni­ków sam zesko­czył na zie­mię, wyczu­wa­jąc, że w wodzie czyha nie­znane nie­bez­pie­czeń­stwo, i jął pie­szo brnąć przez bród. Cen­tu­rion lewą ręką dobył szty­letu i zszedł nad samą rzeczkę.

- Chodź­cie tu, kun­dle! - krzyk­nął.

Czer­wony Kot pozbie­rał się na nogi, wycią­gnął zza pasa długi nóż i poświę­cił chwilę na owi­nię­cie lewego przed­ra­mie­nia płasz­czem, przy upadku zgu­bił bowiem tar­czę. Jego kom­pan skrę­cił w prawo, chcąc zajść Rzy­mia­nina od dru­giej strony. Włócz­nię dzier­żył wysoko, lecz Feroks nie sądził, by powa­żył się na rzut - poza nią zbój miał tylko mały szty­let u pasa; jak więk­szość wojow­ni­ków z dale­kiej pół­nocy nie posia­dał mie­cza.

Czer­wony Kot zamach­nął się luźną połą płasz­cza, by zmy­lić prze­ciw­nika, i zaraz potem wypro­wa­dził cię­cie. W tej samej chwili ten z włócz­nią posko­czył naprzód i pchnął z całej siły. Cen­tu­rion pró­bo­wał odpa­ro­wać, lecz pośli­znął się na błocku i chy­bił; poczuł tylko, że ostrze zagłę­bia się w prawe ramię prze­ciw­nika. Jed­no­cze­śnie lewą ręką pró­bo­wał ode­pchnąć drzewce, zabra­kło mu jed­nak pew­nego gruntu pod sto­pami, ruch pozba­wiony był więc siły i grot tra­fił go w bok. Pod mocar­nym ude­rze­niem pękło kilka ogniw kol­czugi, a czu­bek prze­bił wato­wany kaftan pod spodem.

Feroks syk­nął z bólu i zato­czył się do tyłu, sta­ra­jąc się odzy­skać rów­no­wagę. Czer­wony Kot znów użył płasz­cza: usi­ło­wał zarzu­cić go na Rzy­mia­nina niczym sieć, namok­nięta wełna oka­zała się jed­nak zbyt ciężka i nie dosię­gła celu. Męż­czy­zna prze­ło­żył nóż do nie­zra­nio­nej lewej ręki. Jego pod­ko­mendny chciał pono­wić atak włócz­nią; postą­pił krok naprzód, bio­rąc zamach do pchnię­cia, lecz nagle zatrzy­mał się z bole­snym okrzy­kiem. Woda wokół jego nogi poczer­wie­niała od krwi. Było jasne, że nadep­nął na jedną z kol­cza­tek. Zasko­czony i zły Bryt spoj­rzał w dół, uno­sząc stopę z wbi­tym w pode­szwę żela­znym szpi­kul­cem.

Wyko­rzy­stu­jąc tę chwilę odwró­ce­nia uwagi, Feroks zadał cios szty­chem ponad kra­wę­dzią jego tar­czy i prze­bił mu gar­dło. Gdy Czer­wony Kot wzno­wił atak, cen­tu­rion obró­cił klingę w ranie, by łatwiej ją uwol­nić, i lewą pię­ścią, w któ­rej ści­skał szty­let, ude­rzył umie­ra­ją­cego w szczękę, posy­ła­jąc go wprost pod nogi konio­krada.

Na prze­ciw­le­głym brzegu poja­wił się jeź­dziec sunący galo­pem ku rzece, z unie­sioną do rzutu włócz­nią i piskli­wym krzy­kiem na ustach. Był to ów mło­dzie­niec pozo­sta­wiony na straży jeń­ców. Dopiero w ostat­niej chwili spo­strzegł Sego­waksa przy­gnie­cio­nego przez wciąż wiją­cego się z bólu wierz­chowca, zdo­łał jed­nak spiąć konia do skoku i prze­le­ciał nad prze­szkodą, lądu­jąc z gło­śnym plu­skiem w wodzie. Zwie­rzę się potknęło i chło­pak omal nie stra­cił rów­no­wagi, utrzy­mał się jed­nak w sio­dle i parł dalej.

- Ucie­kaj! - krzyk­nął do niego Czer­wony Kot.

Feroks pró­bo­wał zmie­nić pozy­cję, ostroż­nie posu­wa­jąc się po kamie­ni­stym dnie, świa­domy obec­no­ści puła­pek. Ciął mie­czem na odlew, zmu­sza­jąc roz­bój­nika do odsko­cze­nia.

- Ucie­kaj, mały! - wrza­snął znowu Kot.

Mło­dzie­niec nie posłu­chał i pędził pro­sto na Rzy­mia­nina. Cen­tu­rion zręcz­nie się uchy­lił i pchnął szty­le­tem w koń­ski łeb. Rumak sta­nął dęba i zasko­czony jeź­dziec spadł w wodę, gubiąc włócz­nię. Nie­znie­chę­cony dźwi­gnął się i usi­ło­wał chwy­cić prze­ciw­nika za nogi.

Feroks się cof­nął poza jego zasięg i uniósł miecz do ciosu.

- Nie! - zawo­łał konio­krad i odrzu­cił nóż. - Pod­da­jemy się. - Zbli­żył się, lewą dło­nią ści­ska­jąc zra­nione ramię, i wymie­rzył kop­niaka chło­pa­kowi, który nie­ustę­pli­wie brnął w stronę wroga. - To koniec, dzie­ciaku - wysa­pał i spoj­rzał na cen­tu­riona. - Pod­da­jemy się, Rzy­mia­ni­nie. Oszczędź go.

Feroks ski­nął głową. Na nie­bie zakra­kał czar­no­skrzy­dły wysła­niec Mor­ri­gan.

Dwaj wojow­nicy zgi­nęli; nurt niósł ich krew ku jezioru. Sego­waks leżał nie­przy­tomny ze zła­ma­nymi pra­wymi koń­czy­nami i praw­do­po­dob­nie rów­nież innymi kon­tu­zjami. Feroks pozwo­lił chłopcu oban­da­żo­wać ranę star­szego towa­rzy­sza, po czym zwią­zał im ręce w prze­gu­bach, uży­wa­jąc do tego sznura zdję­tego z więź­niów. Męż­czy­zna nie odzy­skał jesz­cze przy­tom­no­ści, dziew­częta sie­działy przy ogniu i w mil­cze­niu zaja­dały się zupą.

- Czy oni cię skrzyw­dzili? - Feroks zwró­cił się do rudo­wło­sej naj­ła­god­niej, jak umiał.

Pokrę­ciła głową, kiedy więc poszedł pomóc Sego­wak­sowi, zajął się tym deli­kat­nie, przy­wo­łu­jąc całą sto­sowną wie­dzę i doświad­cze­nie. Wycią­gnął go na brzeg, z prze­rą­ba­nej włóczni zmaj­stro­wał łubki i spraw­nie unie­ru­cho­mił uszko­dzone kości. Męż­czy­zna był przy­tomny, nie odzy­wał się jed­nak i tylko patrzył nań z zimną nie­na­wi­ścią w oczach.

Ciszę nad dolinką prze­ciął nagle prze­raź­liwy krzyk, od któ­rego spło­szył się kruk dobie­ra­jący się już do jed­nego z tru­pów. Feroks pode­rwał głowę i zoba­czył, że jeniec się ock­nął, pod­niósł czy­jąś włócz­nię, pod­szedł do obu poj­ma­nych i nim kto­kol­wiek zdą­żył zare­ago­wać, wbił ją chłopcu w plecy. Zaata­ko­wany upadł twa­rzą ku ziemi, napast­nik dźgał go zaś raz po raz, postę­ku­jąc z wysiłku.

Feroks rzu­cił się w jego stronę, w biegu doby­wa­jąc mie­cza.

- Sukin­syn! - zaklął Czer­wony Kot i prze­to­czył się na bok, gdyż grot celo­wał teraz w niego.

- Jest mój! - wykrzyk­nął po łaci­nie młody zabójca tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu.

Cen­tu­rion zdzie­lił go gło­wicą mie­cza w czoło i powa­lił na zie­mię.

Czer­wony Kot odwró­cił się na brzuch, pod­parł na łok­ciach i wstał.

- Lepiej mnie zabij - rzekł głu­cho. - Bo ina­czej, klnę się na słońce i księ­życ, to ja kie­dyś dopadnę cie­bie.

Feroks zmie­rzył go spoj­rze­niem, lecz wsu­nął miecz do pochwy.

- Chęt­nych jest tylu, że będziesz musiał usta­wić się w kolejce - odmruk­nął.

Pół godziny póź­niej zauwa­żył nad jezio­rem dwóch jeźdź­ców. Nie roz­po­zna­wał ich, oni trzy­mali zaś dystans i obser­wo­wali go. Minęła jesz­cze godzina i z dru­giego końca doliny nad­je­chało kil­ku­na­stu innych; dopiero wtedy owa dwójka zawró­ciła i znik­nęła mu z pola widze­nia. Nowa grupa kie­ro­wała się wprost na niego. Jeden z nich wysfo­ro­wał się naprzód.

- Spo­tka­łem kilku przy­ja­ciół - oznaj­mił Win­deks, on to był bowiem, wska­zu­jąc na towa­rzy­szy.

Ich przy­wódca, postawny, bro­daty męż­czy­zna, uniósł dłoń w pozdro­wie­niu.

- Nie wie­dzia­łem, że jakichś masz - odrzekł Feroks zamiast powi­ta­nia.

- Widzę, że tro­chę popra­co­wa­łeś - sko­men­to­wał Bry­gant, przy­glą­da­jąc się efek­tom potyczki.

- Tro­chę.

Win­deks zer­k­nął na bok przy­ja­ciela, gdzie wzrok przy­cią­gało roz­dar­cie kol­czugi. Cen­tu­rion nie miał dotąd czasu, by ją zdjąć i opa­trzyć ranę.

- Coś poważ­nego?

- Nie.

- Szkoda... Naprawdę przy­da­łaby mi się para dobrych butów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki