I
Flawiusz Feroks czule poklepał Szrona po karku, zdjął mu uzdę i puścił
wolno. Śnieg, drugi koń bliźniaczo podobny, skubał już trawę opodal.
Centurion ufał, że zwierzęta nie uciekną. Oba nie wyglądały na zmęczone,
chociaż nocą dał im w kość, wspinając się wysoko w góry, gdzie placki
brudnego śniegu przeszły w bezkresne białe pole. Czasem prowadził je
pieszo, jak teraz, gdy stromą, nierówną ścieżką schodził w tę dolinę z ciemnym jeziorem i z ulgą się przekonał, że pamięć go nie zawiodła.
Strumień był tam, gdzie zapamiętał; hałaśliwie spływał zboczem, tak
wezbrany od topniejącego śniegu, że po tej stronie jeziora dało się go
bezpiecznie przekroczyć tylko w jednym miejscu. Był tam przedtem
zaledwie raz, może pięć lat wcześniej, ale tę posępną taflę wody dobrze
sobie zakonotował, jak gdyby wiedział, że pewnego dnia tam powróci.
To była ostatnia szansa. Jeżeli nie skierowali się na północ, to będą
musieli przejeżdżać właśnie tędy. Wtedy on tu będzie czekał i może
zginie, a może nie. Jeśli zaś już go minęli, to wieczorem dotrą na
własne ziemie i będą bezpieczni wśród swych stawiających wieże ziomków.
Feroks nie znał tych terenów ani tutejszych wodzów wystarczająco dobrze,
by się łudzić nadzieją na pomoc ze strony któregoś z nich, a że
najbliższa rzymska placówka znajdowała się o dobre dwieście mil stąd,
raczej nie mógł liczyć, że zlękną się potęgi imperium. Tu i teraz ta
potęga sprowadzała się do jednego centuriona... Feroks wątpił, by cesarz i Rzym kiedykolwiek się dowiedzieli, co tu się wydarzyło, ani też by kogoś
tam obeszło, gdyby zawrócił i odjechał, pozwalając awanturnikom ujść
bezkarnie. Nikt by go za to nie winił, on zaś nie złożył przysięgi tej
nieszczęsnej rodzinie wiążącej koniec z końcem na swym gospodarstewku.
Obiecał im tylko, że zrobi, co w jego mocy, żeby odszukać i odstawić do
domu ich córeczkę. To jednak wystarczyło, by siedemnaście dni ścigał
napastników i w końcu dotarł do tego miejsca, a potem tu warował. Do
południa powinien już wiedzieć, czy trafnie odgadł ich zamiary.
Centurion wyjął z juków trochę podpałki, nazbierał, ile się dało, gałęzi
i rozpalił niewielkie ognisko na skarpie nad brodem. Wstawił wodę na
wrzątek; na płaskim kamieniu rozkruszył trzonkiem noża trochę sucharów i wrzucił je na mosiężną patelnię, po czym dodał plastry cebuli i ostatni
kawałek solonego boczku. Odstawił ją obok ognia, postanowił się bowiem
umyć i ogolić, nim się zabierze do pichcenia.
Mgła rzedła, rozpraszana przez poranne słońce, więc pasterz ze swym
chłopcem zobaczyli go już z daleka: postawny, ciemnowłosy mężczyzna o ponurej twarzy, odziany tylko w spodnie i buty, z obnażonym torsem
pochylał się nad strumieniem i skrobał brzytwą podbródek.
Pasterz był stary, z długimi białymi włosami i brodą w stanie
wskazującym, że nie za wiele ma do czynienia z wodą i utensyliami
higienicznymi. Jednak to nie obca mu czynność wzbudziła w nim nieufność,
lecz budowa nieznajomego, blizny na piersi i leżący w zasięgu ręki miecz
w pochwie. Jeśli dodać konie i rzuconą na stertę sakw kolczugę, nie było
wątpliwości, że ma się do czynienia z wojownikiem.
Feroks pomachał przybyszom i wrócił do przerwanego zajęcia, nie
zwracając na nich więcej uwagi. Po chwili pasterz gwizdnął i ruszył
przed siebie, a za nim kudłaty pies i chłopiec pędzący kilka owiec.
Wojownik zaciął się i zaklął; psisko zaczęło warczeć i nie przestawało,
nawet gdy wzruszył ramionami i spokojnie wytarł twarz ręcznikiem.
- Dzień dobry, ojcze - rzucił na powitanie, przykładając dłoń do czoła.
Obyczaj był tutejszy, lecz akcent wyraźnie obcy.
- Rzymianin? - spytał pasterz po namyśle. Niewiele wiedział o tych
żelaznych ludziach z południa, gdyż nigdy nie pojawiali się na
wysoczyznach w większej liczbie.
- Zgadza się - odrzekł wysoki. Wstał już, ale nie zamierzał podnieść
miecza. - Nazywam się Feroks i nie mam złych zamiarów. Gotuję sobie
polewkę. Może się do mnie przyłączycie?
Starzec patrzył nań z niepewnością, jeżeli można było to ocenić poprzez
zmierzwiony zarost i brud. Bez wątpienia bał się go urazić odmową, z drugiej zaś strony pragnął jak najszybciej oddalić się od wojownika.
Pies znów zawarczał i pasterz uciszył go kuksańcem.
- Dziękuję, panie, ale spieszy się nam. - Chwilę wpatrywał się w obcego.
- Przepuścisz nas? - dodał nerwowo.
- To twoje ziemie, nie moje. - Feroks zatoczył ręką szeroki łuk.
Odsunął się od miecza, by pokazać, że go nie użyje. Stary skwapliwie
podreptał przez bród. Pies poszczekiwał na owce, zaganiając je w wodę.
Dwie były w zaawansowanej ciąży, trzecia z małym, najwyżej
parotygodniowym jagnięciem. Chłopiec wyglądał bardziej na zaciekawionego
niż wystraszonego; gapił się na wojownika szeroko otwartymi oczyma.
Niepokoił go tylko widok dwóch siwków.
- Kelpie! - zapiszczał, gdy jeden z nich podszedł bliżej.
Starowina trzepnął go po czuprynie i popchnął naprzód. Uzbrojony
Rzymianin stanowił większe zagrożenie niż wodne duchy przybierające
kształt jasno umaszczonych koni.
Feroks się uśmiechnął. Odkąd śniegi stopniały, niewielu ludzi zostawiło
ślady wokół brodu i w większości byli to właśnie pasterze. Nigdzie nie
widział końskiego tropu, była to bowiem uboga kraina. W promieniu
dziesięciu mil nikt nie mieszkał, a i dalej z rzadka tylko trafiały się
chaty i gospodarstwa. Okolica stawała się ludniejsza dopiero niżej, w kierunku morza.
Centurion schylił się i raz jeszcze ochlapał policzki lodowatą wodą.
Obok miecza leżała sakwa, z której wyjął kolczatkę - cztery żelazne
kolce zespawane razem tak, że jakkolwiek upadały na ziemię, zawsze jeden
sterczał ku górze. Wszedłszy po kolana w wodę, cisnął ją, a potem
kilkanaście innych w paru rzędach w poprzek brodu. Zniknęły w spienionym
nurcie; miał nadzieję, że nie zostaną wepchnięte głębiej w muł i spełnią
zadanie. Raz jeszcze opłukał twarz wodą. Odświeżony, wziął broń, wrócił
do ogniska i włożył tunikę, watowany kaftan i kolczugę. Wyliczył, że
tamci zjawią się tu nie wcześniej niż za kilka godzin, usiadł więc ze
skrzyżowanymi nogami i wziął się do kucharzenia.
Słońce wspięło się wyżej i mgła rozpłynęła się do reszty. Wysoko na
niebie krążył orzeł, z tej odległości mały jak wróbel, choć Feroks
wiedział, że to wielkie ptaszysko wypatrujące na stokach nowo
narodzonych jagniąt. To był dobry czas dla drapieżców. Centurion modlił
się, by łowieckie szczęście dopisało i jemu. Ciekaw był, czy ofiary, na
które czekał, są w zasięgu wzroku bystrookiego ptaka. Jeżeli w ogóle
zmierzają w tę stronę, mógł się bowiem mylić - choć miał pewność, że tak
nie jest. Mieli tylko dwie możliwe drogi; ta była trudniejsza, ale za to
szybciej można się nią było dostać do kraju Kreonów - on zaś nie miał
już wątpliwości, że tam właśnie się kierują. Windeks nie podzielał jego
opinii i z dwoma zwiadowcami pojechał na północ, ufny, że dzięki lepszej
drodze szybciej dogonią ściganych. Feroks natomiast wybrał szlak
wysokogórski, aby wysforować się przed nich, gdyby jednak trzymali się
innego kierunku. Było ich pięciu lub sześciu - trop jednego z wierzchowców wyglądał dziwnie i trudno było orzec, czy wiózł wojownika
czy jeńca - proporcja sił nie wyglądała więc najlepiej, jeżeli domysł
centuriona okazałby się słuszny.
- Weź jednego z chłopaków - zasugerował Windeks. - Miałbyś większe
szanse, gdybyś się natknął na tamtych.
- Nie. - Feroks nie musiał się przyglądać zwiadowcom, żeby mieć pewność.
Jeden był zbyt młody i nieprzewidywalny, drugi sprawiał solidne
wrażenie, lecz żaden z niego zabójca. - Trzymaj ich przy sobie. Jeśli to
ja się mylę, obaj będą ci potrzebni.
Brygant chwilę się weń wpatrywał. Przedwieczorne cienie wydłużały mu
twarz, przez co jeszcze bardziej przypominała trupią czaszkę.
- Aha, znowu zgrywamy bohatera - odezwał się wreszcie. - Ale wiesz, że w tych historiach oni z reguły marnie kończą.
- Jak my wszyscy.
- Niby racja. - Windeks westchnął. - Tylko nie ma sensu się do tego tak
spieszyć. Zwłaszcza w twoim przypadku. - Zamilkł i wzruszył ramionami.
Po chwili złapał za łęk i wskoczył na siodło. - Jak trop nam wygaśnie,
to za dnia do ciebie dołączymy. Tyle przynajmniej mogę zrobić dla
przyjaciela, że spalę jego zwłoki. Naturalnie jeżeli uda się pozbierać
wszystkie kawałki.
- Kłamiesz jak najęty. Chcesz po prostu ukraść, co tamci zostawią.
- To też. Fajne te twoje buty.
Feroks wyszczerzył się w uśmiechu.
- Zjeżdżaj już. Może masz rację, że oni suną na północ. W takim razie ja
się zjawię po twoje. - Poklepał się po pochwie miecza, jak to jest w zwyczaju u Karwetiów, ludu Windeksa. - Niech wam szczęście sprzyja.
- Zrobimy, co w naszej mocy.
- Aha. - Centurion splunął na trawę. - Czyli nawet nie spróbujecie.
Trzej Brygantowie ruszyli przed siebie. Dowódca odwrócił się jeszcze,
nim zniknął za szczytem wzgórza, i krzyknął:
- Powodzenia!
To było poprzedniego dnia. Teraz Feroks zastanawiał się, czy zwiadowcy
trafili już na miejsce, gdzie trop uciekających skręcił na zachód, ku
wybrzeżu - jak to sam przewidywał. Windeks powinien już zdążać w tę
stronę, lecz będą mieli kawał drogi do przełęczy, a potem jezioro do
okrążenia, by się dostać w to miejsce. Jeśli ich wierzchowcom nie
wyrosną nagle skrzydła, dotrą tu za późno, by miało to znaczenie.
Centurion znów podniósł wzrok, by śledzić lot orła. Musiał zmrużyć oczy,
słońce świeciło bowiem jasno i ciepłem zapowiadało nadchodzącą wiosnę.
Inny ruch przykuł jego uwagę: nieco dalej zaczerniała druga skrzydlata
sylwetka, jednak dopiero osłoniwszy oczy rondem kapelusza, Feroks
rozpoznał w niej kruka. A więc się nie myliłem, pomyślał. Ptak Morrigan
nigdy nie zjawia się przypadkiem. Bogini wie, że w tej okolicy dojdzie
do walki i rozlewu krwi wojowników.
- No i dobrze - powiedział na głos i od razu poczuł do siebie pogardę.
Od małego uczono go wartości milczenia i opanowania. Sylurowie to lud
wilka, łowcy tak zwierząt, jak i ludzi; drapieżcy świadomi, że
najmniejszy ruch czy dźwięk może zdradzić zasadzkę. Chłopcom wpajają
przekonanie, że bezruch to największa przyjemność, a gadulstwo -
najgorsza przywara. Feroks zbyt wiele lat spędził wśród Rzymian, którzy
nieustannie paplają, bez skrępowania śmieją się lub płaczą, jak gdyby
potrzebowali hałasu, by wiedzieć, że żyją. Opuścił swoich dawno temu,
odesłany jako jeden z zakładników, kiedy Sylurowie skapitulowali przed
rzymskim imperium. Po prawdzie dłużej był Tytusem Flawiuszem Feroksem,
zaprzysiężonym oficerem w służbie cesarza, niż kimkolwiek innym - ale w duszy pozostał Sylurem, wnukiem Pana Wzgórz, człowieka, który walczył z Rzymianami dłużej i ostrzej od wszystkich, nim uległ i zawarł pokój.
Wicher się wzmagał, trawa szeleściła coraz głośniej. Centurion słyszał w dzieciństwie, że wiatr niesie czasem głosy tych, którzy odeszli na
tamten świat i teraz żyją w cieniu. Nasłuchiwał uważnie; przez chwilę
gorąco pragnął, aby dziadek doń przemówił, jeśli jednak w szumie
powietrza kryły się słowa, to albo nie potrafił ich wyłapać, albo też
były skierowane do kogoś innego. Możliwe, że zbyt dużo już w nim było
Rzymianina, by rozumieć takie przekazy. Jego ziomkowie uważali też, że w wodnych nurtach pobrzmiewają echa dawnej magii i dawnych łez, słowa
bogów i duchów sięgające do początku wszechrzeczy, on jednak słyszał
tylko delikatny szum strumienia. Był z dala od ojczystych stron i od
swojej armii. Feroks pełnił funkcję regionariusa, oficera
odpowiedzialnego za utrzymanie pax Romana na ziemiach wokół bazy
Vindolanda, teraz jednak ze swymi zwiadowcami zapuścił się daleko poza
swój rejon działania.
Orzeł błyskawicznie zanurkował. Centurion śledził go wzrokiem, dopóki
skrzydlaty drapieżnik nie zniknął za górami. Kruk leniwie krążył dalej
na wysokości i Feroksowi wydawało się, że czuje obserwujące go zimne
czarne oczy. Cóż, teraz i ptak, i on muszą czekać, bo nie ma nic innego
do roboty. Otworzył mieszek i sprawdził, czy rzemienie procy nie
stwardniały. Zważył na dłoni dwa ołowiane pociski i po raz kolejny
zastanowiło go, dlaczego są odlane na kształt żołędzia. Przeszło mu
przez myśl, by poćwiczyć, była to jednak jego ostatnia para i nie chciał
ryzykować utraty któregoś, zwłaszcza że nie miał zaufania do celności
strzałów z użyciem zwykłych kamieni. Próbował sobie przypomnieć, kiedy
ostatnio posłużył się procą, i nie mógł - czyli było to bardzo dawno i kto wie, czy nie wyszedł z wprawy. Rozmyślał o tym i o paru innych
rzeczach, których nie zrobił, a powinien, i na odwrót. Poza tym po
prostu czekał, starając się myśleć jak najmniej.
Jeżeli Windeks miał rację, zarzucając mu zgrywanie bohatera, to zasadzka
nad strumieniem do tego pasowała. W legendach herosi w rodzaju Ogiera
zawsze strzegli brodów przed najeźdźczymi armiami, wyzywali kolejno
wojowników na pojedynki, zabijali każdego i odcinali im głowy. Czasem
sami ginęli i wtedy miejsca akcji nazywano ich imionami. Feroks nie
umiał sobie wyobrazić, że kogokolwiek w tym zakątku świata mogłaby
obchodzić jego osoba, nie mówiąc już o zapamiętaniu jego nazwiska czy
zdarzenia, które tu miało nastąpić. Tamten pasterz z pewnością miał to
gdzieś, a jego chłopcu w pamięci zostaną tylko upiorne siwe konie.
Kruk zakrakał akurat w chwili, gdy o milę od brodu z jednego z płytkich
jarów wychynęli w dolinę jeźdźcy. Zbliżali się jednostajnie,
przeszedłszy na płaskim terenie w kłus. Feroks nie musiał wstawać, by
ich widzieć, siedział więc spokojnie przy ognisku i mieszał zupę,
delektując się jej zapachem.
W grupie było siedem wierzchowców - jeden solidnej postury kasztan i sześć zwykłych kudłatych kuców. Kierowała się prosto ku brodowi. Na
mniejszych konikach jechali mężczyźni w płaszczach z kapturami; czterej
dzierżyli włócznie. Na grzbiecie dużego widniały dwie sylwetki. Ta na
przedzie miała długie włosy, niemiłosiernie targane przez wiatr. Z daleka wyglądały na ciemne, centurion wiedział jednak, że to tylko efekt
brudu i wilgoci i że naprawdę są ogniście rude, jak w całej rodzinie
dziewczyny.
Po przebyciu pół mili jeźdźcy się zatrzymali - zapewne go zauważywszy.
Dwaj podjechali do siebie, by porozmawiać. Feroks siorbnął łyżkę wywaru,
skrzywił się, bo smak w niczym nie przypominał tak obiecującego aromatu,
ale oczywiście teraz to był najmniejszy z jego problemów. Niech się
wahają, zwlekają, pomyślał. Windeks będzie miał ociupinkę więcej czasu,
by się zjawić i zastać trupa jeszcze ciepłego.
Ruszyli naprzód. Tamci dwaj, wysforowawszy się przed resztę, rozjechali
się lekko na boki, by sprawdzić, czy nieznajomy jest sam. Nie naciągnęli
kapturów i widać było, że wszyscy wojownicy mają wygolone skronie, a pozostawione na czubkach głów włosy splecione w długi warkocz. To
świadczyło, że są mieszkańcami północy, najdalszych kresów Brytanii - co
z kolei oznaczało, że historie powtarzane przez wystraszonych rolników
nie mijają się z prawdą. Dziwna z nich ferajna; niektórzy twierdzą, że
wywodzi się ze Starego Ludu, pradawnych plemion krzemienia i monumentalnych kamiennych kręgów. Mówi się też, że czczą okrutne bóstwa,
dawno zapomniane w innych regionach, jednak tam, na krańcu świata, wciąż
władające potęgą mrocznej magii.
Przybysze byli coraz bliżej, już na strzelenie z łuku - choć to broń
rzadko spotykana w tych stronach i Feroks ucieszył się, że żaden z nich
też go nie posiada. Zobaczył, że jeden z mężczyzn ma ręce związane z przodu, podobnie jak obie kobiety na kasztanie. Nie znał jego twarzy,
widać jednak było, że to człowiek młody i włosy ma krótkie jak u Rzymianina. To wyjaśniało zagadkę dziwnych tropów, które obserwował
przez minione tygodnie: jakby jeden z jeźdźców nie dawał sobie rady z koniem, a czasem ktoś musiał go prowadzić. Centurion zastanawiał się
wtedy, czy nie chodzi o jeńca, ale głębokie odciski kopyt świadczyły o sporym obciążeniu - a rabusie rzadko biorą do niewoli mężczyzn, ponieważ
trzeba ich staranniej pilnować i mniejszy jest na nich zarobek - toteż
uznał, że to jeden ze zbójów, tylko ranny.
Tożsamość jeńca to jednak sprawa na potem (jeżeli będzie jakieś potem).
Na razie liczyło się tylko, że wrogów będzie pięciu, nie sześciu. Feroks
niemal usłyszał ironiczny komentarz Windeksa: "A, no to łatwizna" i z trudem powstrzymywał uśmiech. Dwaj zwiadowcy zawrócili do głównej grupy,
już pewni, że człowiek przy ognisku jest naprawdę sam - na tej
delikatnie pofalowanej łące nie było gdzie się schować. Któryś z kompanów coś do nich krzyknął i obaj pogalopowali rozejrzeć się wzdłuż
brzegu potoku.
Centurion wstał. Procę trzymał zwiniętą w prawej dłoni, w lewej chował
oba pociski. Leniwie się przeciągnął, jakby grzbiet mu zesztywniał od
siedzenia, po czym ruszył ku brodowi.
- Kim jesteś? - zawołał najbliższy z wojowników.
Jego włócznia miała solidne drzewce; mała kwadratowa tarcza z niemalowanych desek była nabijana żelaznymi ćwiekami.
Feroks zignorował pytanie. Doszedł do miejsca, gdzie brzeg po tej
stronie nachylał się ku rzeczce, przybierając formę łagodnego stoku o różnicy poziomów raptem paru stóp.
- Powiedz nam swoje imię! - zażądał znowu przybysz.
Feroks przystanął. Jego kapelusz z szerokim rondem, typowy dla rolników
znad Morza Śródziemnego, na tej wyspie pozostawał praktycznie nieznany.
W jego rejonie był już rozpoznawalny dla wszystkich, nie sądził jednak,
że ci ludzie zabawili tam dostatecznie długo, by o tym lub o nim samym
usłyszeć. Uśmiechnął się do wołającego, ale nie odpowiedział.
- Zabić go i spokój! - krzyknął drugi zwiadowca, potrząsając włócznią,
lecz nie zamierzył się do rzutu.
Jego kolega wyszczerzył zęby, sycząc i wymachując bronią w stronę
Rzymianina. Obaj mieli niewiele ponad dwadzieścia lat, aczkolwiek Feroks
wątpił, by była to ich pierwsza zbójecka wyprawa. Wyglądali na
wystarczająco sprawnych, choć przypominali mu dwójkę podkomendnych
Windeksa - niebezpiecznych tylko wtedy, gdy ktoś im mówił, co robić.
- Chcę porozmawiać - rzekł w końcu centurion, widząc, że żaden się nie
kwapi, by podjechać bliżej. - Ale nie z młokosami.
Na tę oczywistą zniewagę włócznia drgnęła w ręku wojownika po prawej,
nadal jednak nie próbował nią miotnąć. Po chwili splunął tylko w stronę
nieznajomego.
Feroks więcej się nie odzywał. Dwaj inni jeźdźcy wysunęli się do przodu
i zajęli pozycję między młodymi. Widać było, że to oni rządzą w grupie.
Niższy wyróżniał się czerwonym znamieniem na policzku i podbródku. Wraz
z wplecionym w warkocz żbiczym ogonem identyfikowało go jako Czerwonego
Kota, konio- i bydłokrada, którego zła sława sięgała daleko poza jego
własne plemię z północy. Centurion nie miał dotąd okazji go spotkać,
parokrotnie jednak widział tropy jego i zrabowanych przezeń zwierząt.
Ludzie mówili, że Czerwony Kot nikomu jeszcze nie dał się schwytać i nawet jego prawdziwe imię nikomu nie było znane. Jeżeli to on, pomyślał
Rzymianin, to w takim razie ten większy obok niego musi być jego
starszym bratem Segowaksem. Gość miał oczy tak czarne, że przywodziły na
myśl kruka bogini Morrigan. Pasowało to do charakteru tego człowieka -
bezlitosnego mordercy, któremu za jedno, czy uśmierca mężczyznę, czy
kobietę lub dziecko.
Piąty z wojowników, najmłodszy, pozostał przy jeńcach.
- Mów, Rzymianinie - rzucił chrapliwie Segowaks.
- Wiesz, kim jestem?
- A powinno mnie to obchodzić?
- Nazywam się Flawiusz Feroks, centurio regionarius, i przybywam w imieniu naszego wielkiego pana i princepsa Trajana, władcy świata, aby
zaproponować wam wymianę.
Centurion sam się sobie dziwił, że przywołał autorytet cesarza, uznał
jednak, że w niczym to nie zaszkodzi.
Na Segowaksie nie zrobiło to większego wrażenia.
- Powiem jeszcze raz: mam gdzieś ciebie i twojego zasyfionego cezarka.
On tu nie rządzi, a ty jesteś sam jeden.
- Chodzi o waszych brańców.
Kątem oka Feroks dostrzegł kruka kołującego znacznie niżej niż
poprzednio.
- Żadnych wymian nie będzie. Zejdź nam z drogi, Rzymianinie.
- Na pomoc! - krzyknął w tej chwili młody więzień. Kopnięciem w boki
zmusił wierzchowca do biegu w kierunku brodu. - Ratuj mnie! Jestem
Rzymianinem i domagam się obrony!
Młodziutki wojownik spiął konia i ruszył w pościg. Dogoniwszy
uciekającego, drzewcem włóczni grzmotnął go w głowę i strącił z siodła.
Mężczyzna zwalił się ciężko na ziemię, ale zaraz zaczął się podnosić na
związanych rękach. Kolejny cios, tym razem tępym końcem broni w głowę,
rozciągnął go na płasko.
Segowaks nawet się nie obejrzał; ani on, ani Feroks nie dali po sobie
poznać, że w ogóle zauważyli incydent.
- Chcę waszych jeńców - powtórzył centurion. - Mam wiele do
zaoferowania.
- Nie masz nic, czego byśmy chcieli - rzucił Czerwony Kot, dotąd
słuchający w milczeniu. On jeden nie miał włóczni. Na jego prawym
biodrze widać było rękojeść długiego noża.
- Nic, czego byśmy sami sobie nie wzięli, gdyby nam się spodobało -
dodał jego brat.
- A wasze życie?
Segowaks skwitował to pogardliwym splunięciem.
- Znalazłeś się daleko od Rzymu. Czy może jesteś spokrewniony z którąś z tych dziewczyn? Damy ci, którą zechcesz, w zamian za jednego z twoich
koni.
Brat spojrzał na niego spod oka. Nie przywykł płacić za jakiekolwiek
zwierzę.
- Chcę ich wszystkich.
Czerwony Kot parsknął śmiechem.
Feroks strzepnął procą tak, że zwisła swobodnie, włożył ołowianego
żołędzia w jej skórzaną miseczkę i zaczął kręcić nią nad głową.
- Sukinsyn! - zaklął Segowaks.
Czwórka wojowników spięła konie i skoczyła do szarży. Centurion wypuścił
pocisk, celując w ich wodza, jednak wystraszony szumem pędzącego nurtu
wierzchowiec rozbójnika cofnął się w ostatniej chwili i został trafiony
w szczękę. Zwierzę z bolesnym rżeniem stanęło dęba i ześliznęło się po
błotnistym stoku. Zrzucony przez nie jeździec przeleciał nad końskim
łbem i grzmotnął o ziemię, a w następnej chwili wrzasnął z bólu, gdy kuc
przetoczył się po nim całym ciężarem, gruchocząc mu żebra.
Jeden z przeciwników gwałtownym skrętem zdołał uniknąć najechania na
upadających i zatrzymał się na brzegu, lecz dwaj pozostali z pluskiem
wpadli na bród. Feroks załadował procę, zakręcił nią i miotnął kawałkiem
ołowiu z taką siłą, że pocisk wbił się w czoło wojownika pędzącego u boku sławnego koniokrada. Mężczyzna zwalił się w rzekę, wzbijając
fontannę wody.
Czerwony Kot już docierał do brzegu, gdy nagle jego koń wierzgnął z bólu, nastąpiwszy kopytem na kolczatkę. Feroks pożałował, że nie
nazbierał odpowiednich kamieni; miałby szansę oddać jeszcze przynajmniej
jeden strzał. Odrzucił procę i ujął kościaną rękojeść miecza. Broń
gładko wysunęła się z pochwy: długi, staromodny brzeszczot tak idealnie
wyważony, że z przyjemnością się go trzymało. Koniokrad zleciał z siodła. Mężczyzna obok niego zginął bądź umierał. Ostatni z rozbójników
sam zeskoczył na ziemię, wyczuwając, że w wodzie czyha nieznane
niebezpieczeństwo, i jął pieszo brnąć przez bród. Centurion lewą ręką
dobył sztyletu i zszedł nad samą rzeczkę.
- Chodźcie tu, kundle! - krzyknął.
Czerwony Kot pozbierał się na nogi, wyciągnął zza pasa długi nóż i poświęcił chwilę na owinięcie lewego przedramienia płaszczem, przy
upadku zgubił bowiem tarczę. Jego kompan skręcił w prawo, chcąc zajść
Rzymianina od drugiej strony. Włócznię dzierżył wysoko, lecz Feroks nie
sądził, by poważył się na rzut - poza nią zbój miał tylko mały sztylet u pasa; jak większość wojowników z dalekiej północy nie posiadał miecza.
Czerwony Kot zamachnął się luźną połą płaszcza, by zmylić przeciwnika, i zaraz potem wyprowadził cięcie. W tej samej chwili ten z włócznią
poskoczył naprzód i pchnął z całej siły. Centurion próbował odparować,
lecz pośliznął się na błocku i chybił; poczuł tylko, że ostrze zagłębia
się w prawe ramię przeciwnika. Jednocześnie lewą ręką próbował odepchnąć
drzewce, zabrakło mu jednak pewnego gruntu pod stopami, ruch pozbawiony
był więc siły i grot trafił go w bok. Pod mocarnym uderzeniem pękło
kilka ogniw kolczugi, a czubek przebił watowany kaftan pod spodem.
Feroks syknął z bólu i zatoczył się do tyłu, starając się odzyskać
równowagę. Czerwony Kot znów użył płaszcza: usiłował zarzucić go na
Rzymianina niczym sieć, namoknięta wełna okazała się jednak zbyt ciężka
i nie dosięgła celu. Mężczyzna przełożył nóż do niezranionej lewej ręki.
Jego podkomendny chciał ponowić atak włócznią; postąpił krok naprzód,
biorąc zamach do pchnięcia, lecz nagle zatrzymał się z bolesnym
okrzykiem. Woda wokół jego nogi poczerwieniała od krwi. Było jasne, że
nadepnął na jedną z kolczatek. Zaskoczony i zły Bryt spojrzał w dół,
unosząc stopę z wbitym w podeszwę żelaznym szpikulcem.
Wykorzystując tę chwilę odwrócenia uwagi, Feroks zadał cios sztychem
ponad krawędzią jego tarczy i przebił mu gardło. Gdy Czerwony Kot
wznowił atak, centurion obrócił klingę w ranie, by łatwiej ją uwolnić, i lewą pięścią, w której ściskał sztylet, uderzył umierającego w szczękę,
posyłając go wprost pod nogi koniokrada.
Na przeciwległym brzegu pojawił się jeździec sunący galopem ku rzece, z uniesioną do rzutu włócznią i piskliwym krzykiem na ustach. Był to ów
młodzieniec pozostawiony na straży jeńców. Dopiero w ostatniej chwili
spostrzegł Segowaksa przygniecionego przez wciąż wijącego się z bólu
wierzchowca, zdołał jednak spiąć konia do skoku i przeleciał nad
przeszkodą, lądując z głośnym pluskiem w wodzie. Zwierzę się potknęło i chłopak omal nie stracił równowagi, utrzymał się jednak w siodle i parł
dalej.
- Uciekaj! - krzyknął do niego Czerwony Kot.
Feroks próbował zmienić pozycję, ostrożnie posuwając się po kamienistym
dnie, świadomy obecności pułapek. Ciął mieczem na odlew, zmuszając
rozbójnika do odskoczenia.
- Uciekaj, mały! - wrzasnął znowu Kot.
Młodzieniec nie posłuchał i pędził prosto na Rzymianina. Centurion
zręcznie się uchylił i pchnął sztyletem w koński łeb. Rumak stanął dęba
i zaskoczony jeździec spadł w wodę, gubiąc włócznię. Niezniechęcony
dźwignął się i usiłował chwycić przeciwnika za nogi.
Feroks się cofnął poza jego zasięg i uniósł miecz do ciosu.
- Nie! - zawołał koniokrad i odrzucił nóż. - Poddajemy się. - Zbliżył
się, lewą dłonią ściskając zranione ramię, i wymierzył kopniaka
chłopakowi, który nieustępliwie brnął w stronę wroga. - To koniec,
dzieciaku - wysapał i spojrzał na centuriona. - Poddajemy się,
Rzymianinie. Oszczędź go.
Feroks skinął głową. Na niebie zakrakał czarnoskrzydły wysłaniec
Morrigan.
Dwaj wojownicy zginęli; nurt niósł ich krew ku jezioru. Segowaks leżał
nieprzytomny ze złamanymi prawymi kończynami i prawdopodobnie również
innymi kontuzjami. Feroks pozwolił chłopcu obandażować ranę starszego
towarzysza, po czym związał im ręce w przegubach, używając do tego
sznura zdjętego z więźniów. Mężczyzna nie odzyskał jeszcze przytomności,
dziewczęta siedziały przy ogniu i w milczeniu zajadały się zupą.
- Czy oni cię skrzywdzili? - Feroks zwrócił się do rudowłosej
najłagodniej, jak umiał.
Pokręciła głową, kiedy więc poszedł pomóc Segowaksowi, zajął się tym
delikatnie, przywołując całą stosowną wiedzę i doświadczenie. Wyciągnął
go na brzeg, z przerąbanej włóczni zmajstrował łubki i sprawnie
unieruchomił uszkodzone kości. Mężczyzna był przytomny, nie odzywał się
jednak i tylko patrzył nań z zimną nienawiścią w oczach.
Ciszę nad dolinką przeciął nagle przeraźliwy krzyk, od którego spłoszył
się kruk dobierający się już do jednego z trupów. Feroks poderwał głowę
i zobaczył, że jeniec się ocknął, podniósł czyjąś włócznię, podszedł do
obu pojmanych i nim ktokolwiek zdążył zareagować, wbił ją chłopcu w plecy. Zaatakowany upadł twarzą ku ziemi, napastnik dźgał go zaś raz po
raz, postękując z wysiłku.
Feroks rzucił się w jego stronę, w biegu dobywając miecza.
- Sukinsyn! - zaklął Czerwony Kot i przetoczył się na bok, gdyż grot
celował teraz w niego.
- Jest mój! - wykrzyknął po łacinie młody zabójca tonem nieznoszącym
sprzeciwu.
Centurion zdzielił go głowicą miecza w czoło i powalił na ziemię.
Czerwony Kot odwrócił się na brzuch, podparł na łokciach i wstał.
- Lepiej mnie zabij - rzekł głucho. - Bo inaczej, klnę się na słońce i księżyc, to ja kiedyś dopadnę ciebie.
Feroks zmierzył go spojrzeniem, lecz wsunął miecz do pochwy.
- Chętnych jest tylu, że będziesz musiał ustawić się w kolejce -
odmruknął.
Pół godziny później zauważył nad jeziorem dwóch jeźdźców. Nie
rozpoznawał ich, oni trzymali zaś dystans i obserwowali go. Minęła
jeszcze godzina i z drugiego końca doliny nadjechało kilkunastu innych;
dopiero wtedy owa dwójka zawróciła i zniknęła mu z pola widzenia. Nowa
grupa kierowała się wprost na niego. Jeden z nich wysforował się
naprzód.
- Spotkałem kilku przyjaciół - oznajmił Windeks, on to był bowiem,
wskazując na towarzyszy.
Ich przywódca, postawny, brodaty mężczyzna, uniósł dłoń w pozdrowieniu.
- Nie wiedziałem, że jakichś masz - odrzekł Feroks zamiast powitania.
- Widzę, że trochę popracowałeś - skomentował Brygant, przyglądając się
efektom potyczki.
- Trochę.
Windeks zerknął na bok przyjaciela, gdzie wzrok przyciągało rozdarcie
kolczugi. Centurion nie miał dotąd czasu, by ją zdjąć i opatrzyć ranę.
- Coś poważnego?
- Nie.
- Szkoda... Naprawdę przydałaby mi się para dobrych butów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki