Rozdział I
BRETTON
Moja chrzestna matka mieszkała w ładnym domu wiekowego schludnego miasta
Bretton. Rodzina jej męża osiadła tutaj od wielu pokoleń, nosząc nawet
nazwisko jednobrzmiące z nazwą kolebki jej rodu: Brettonowie z Bretton.
Czy stało się to jedynie dzięki osobliwemu zbiegowi okoliczności, czy
też jakiś daleki przodek był osobistością odpowiednio wybitną i dostatecznie doniosłego znaczenia, aby przekazać swoje nazwisko
zamieszkiwanej przez niego okolicy - nic mi o tym nie wiadomo.
Kiedy byłam małą dziewczynką, jeździłam do Bretton mniej więcej dwa razy
do roku, zawsze bardzo rada tym odwiedzinom. Dom i jego mieszkańcy
szczególnie przypadli mi do gustu. Obszerne, ciche pokoje, starannie
dobrane umeblowanie, wielkie, jasne okna, balkon zewnętrzny, wychodzący
na piękną, starą ulicę, na której zdawał się stale panować odświętny
niedzielnie nastrój - taka cicha i spokojna była jej atmosfera, takie
czyste chodniki i jezdnia. Wszystko to podobało mi się niezmiernie. W domu, zajmowanym wyłącznie przez ludzi dorosłych, przedmiotem ogólnego
zainteresowania bywa zazwyczaj jedyne znajdujące się wśród nich dziecko.
I mną również wielce interesowała się - w sposób zrównoważony - pani
Bretton, owdowiała, zanim jeszcze ją poznałam, i mająca tylko jedynego
syna. Jej mąż, lekarz, umarł, kiedy była jeszcze młodą i przystojną
kobietą.
Nie pamiętam jej młodą, była jednak w czasie, kiedy ją poznałam, wciąż
jeszcze przystojna, wysoka, dobrze zbudowana. Mimo że miała ciemną cerę
jak na Angielkę, jej smagłe policzki zawsze jaśniały rumieńcem zdrowia,
tryskającego również z jej pięknych, pogodnie patrzących w świat,
czarnych oczu. Uważano powszechnie za godny pożałowania fakt, że nie
przekazała cery synowi, którego oczy były niebieskie - jakkolwiek już
nawet w chłopięcym wieku nader przenikliwe - a także koloru jego długich
włosów, których barwy nie odważali się przyjaciele określać ściślej,
nazywając je złotymi, ilekroć padał na nie blask słońca. Odziedziczył
natomiast po matce rysy twarzy, jak również jej białe zęby, wzrost (a raczej zapowiedź wzrostu, nie był jeszcze bowiem rozwinięty w pełni), a nade wszystko, co znacznie lepsze, nieskazitelne zdrowie oraz
usposobienie równe i pogodne, warte więcej, aniżeli posiadanie
największej fortuny.
Na jesieni roku... bawiłam w Bretton, dokąd zabrała mnie moja matka
chrzestna, przyjechawszy po mnie do krewnych, u których stale mieszkałam
w owym czasie. Przypuszczam, że wówczas już musiała przewidywać przyszły
bieg wypadków, których ja osobiście nie podejrzewałam nawet, jakkolwiek
nieokreślone, mętne ich przeczuwanie wystarczało do omroczenia cieniem
smutku mojego ówczesnego życia: zadowolona też byłam z tej zmiany
środowiska i otaczających mnie osób.
Czas upływał dla mnie zawsze mile przy boku matki chrzestnej, nie z zawrotną szybkością wprawdzie, ale łagodnie niby wezbrana rzeka,
przepływająca przez równinę. Moje odwiedziny u niej podobne były do
pobytu Christiana i Hopeful nad pewnym miłym strumykiem, obsadzonym po
obu brzegach zielonymi drzewami i łąkami, pięknie pstrzącymi się przez
cały rok liliami i innym kwieciem. Nie było tu uroku urozmaicenia ani
podniety nieprzewidzianych wydarzeń; tak jednak lubiłam spokój i tak
mało żądna byłam podniet, że kiedy przyszły wreszcie, odczułam je raczej
jako niepożądane zakłócenie spokoju, żałując, że nie pozostały z dala
ode mnie.
Pewnego dnia nadszedł list, którego treść była dla pani Bretton
niespodzianką, a zarazem niemile ją zaskoczyła. Myślałam w pierwszej
chwili, że to wiadomość od moich krewnych, donoszących o Bóg wie jakiej
katastrofie; nie było jednak w liście żadnej wzmianki o mnie. Chmura
zdawała się rozpraszać.
Nazajutrz, kiedy po powrocie z długiej przechadzki weszłam do zajmowanej
przeze mnie sypialni, zastałam w niej niespodziewaną zmianę. Oprócz
mojego francuskiego łóżka, któremu charakter mile ocienionego ustronia
nadawały osłaniające je kotary, stało w rogu udrapowane na biało
łóżeczko, a oprócz mojej komody - mała komódka z różanego drewna.
Wpatrzyłam się zdumiona.
- Co oznaczają te sprzęty? - zapytałam.
Odpowiedź była wyraźna i jasna:
- Przybywa nowy gość. Pani Bretton oczekuje jeszcze kogoś.
Przy obiedzie, na który zeszłam niebawem, wyjaśniło się wszystko.
Otrzymam niedługo towarzyszkę, małą dziewczynkę, córeczkę przyjaciela i dalekiego krewnego nieboszczyka doktora Brettona. Dziewczynka ta -
wyjaśniono mi - straciła niedawno matkę, jakkolwiek - dodała pani
Bretton - strata nie była tak wielka, jak mogłoby zrazu się zdawać. Pani
Home (tak brzmiało nazwisko rodziców spodziewanego małego gościa) była
kobietą bardzo przystojną, ale płochą, zaniedbującą swoje dziecko i sprawiającą mężowi wiele rozczarowań i zawodów. Związek ich okazał się
tak bardzo daleki od małżeńskiej harmonii, że doszło wreszcie do
separacji, za zgodą obopólną, bez przeprowadzania tej sprawy przez sądy.
Rychło po tym pani Home, przemęczywszy się zbytnio na balu, zaziębiła
się, zapadła na gorączkową chorobę i wkrótce umarła. Mąż jej, człowiek
wielce uczuciowy i wrażliwy z natury, wstrząśnięty nagłym
zakomunikowaniem mu tej wiadomości, wmówił sobie - i niepodobna było
przekonać go, aby mogło być inaczej - że jego nadmierna surowość
względem żony, brak cierpliwości i wyrozumiałości dla niej przyczyniły
się do przyśpieszenia tragicznego końca. Tak bardzo trapił się tą myślą,
że oddziałało to w końcu ujemnie na jego psychikę. Lekarze zalecili mu
odbycie dłuższej podróży, licząc na skuteczny wpływ zupełnej zmiany
warunków i otoczenia. Pani Bretton zaofiarowała się zaopiekować na ten
czas jego małą córeczką.
- Mam nadzieję - rzekła moja chrzestna - że dziecko nie wda się w matkę
i nie będzie taką płochą, trzpiotowatą, o ptasim móżdżku zalotnicą, z jaką prawdziwie rozsądnemu człowiekowi nie wpadłoby na myśl się żenić.
Pan Home może być, co prawda, uważany za człowieka rozsądnego - po
swojemu - jakkolwiek niezbyt praktycznego. Rozmiłowany w nauce, spędza
pół życia w laboratorium na robieniu doświadczeń - czego jego
motylkowata żona nie była nigdy w stanie zrozumieć ani znieść. Muszę
przyznać - dodała szczerze moja chrzestna matka - że i mnie samej nie
bardzo podobałoby się to.
Na zadane jej przeze mnie w tej sprawie pytanie wyjaśniła mi w dalszym
ciągu, że, jak utrzymywał nieboszczyk mąż, pan Home odziedziczył naukowe
upodobania po wuju z linii macierzystej, znanym francuskim uczonym.
Albowiem pan Home był pochodzenia mieszanego: francuskiego i szkockiego,
i miał zamieszkałych we Francji krewnych, z których niejedni pisali
swoje nazwisko z poprzedzającym je arystokratycznym "de" i uważali swój
ród za szlachecki.
Tego samego wieczora został wysłany służący na spotkanie kolasy
pocztowej, którą miał przybyć nasz mały gość. Pani Bretton i ja
siedziałyśmy w salonie w oczekiwaniu na przyjazd dziecka, same, ze
względu na nieobecność Johna Grahama, który pojechał w odwiedziny do
jednego ze swoich kolegów szkolnych, mieszkającego na wsi. Moja matka
chrzestna skracała sobie czas oczekiwania czytaniem gazety wieczornej, a ja szyłam. Noc była burzliwa i słotna, deszcz siekł o szyby, wiatr dął
nieustannie, zawodząc żałośnie.
- Biedne dziecko! - wzdychała pani Bretton od czasu do czasu. - Jaka
okropna pogoda do podróżowania! Chciałabym, aby znalazła się już tutaj
bezpiecznie.
Na krótko przed dziesiątą jęknął dzwonek przy drzwiach wejściowych,
oznajmiając powrót Warrena (tak nazywał się wysłany po małą służący).
Gdy tylko zdążono otworzyć drzwi na dole, zbiegłam do holu, gdzie stał
już kufer oraz kilka tekturowych pudeł, przy nich młoda piastunka, u podnóża schodów zaś Warren, niosący na rękach i tulący do siebie jakiś
poowijany w szale tłumoczek.
- Czy to jest przywiezione dziecko? - zapytałam.
- Tak, proszę panienki.
Chciałam odwinąć szale, aby zobaczyć twarz małej, jednak pośpiesznie
odwróciła się i ukryła na ramieniu Warrena.
- Proszę mnie spuścić na podłogę - szepnęło dziecko cichutkim głosikiem
w chwili, kiedy Warren otwierał drzwi salonu - i zdjąć ze mnie ten szal
- dodało, usiłując jednocześnie wyciągnąć maleńką rączką szpilkę
przytrzymującą szal, aby z rodzajem kapryśnego pośpiechu zrzucić z siebie niezdarne opatulenie. Istotka, która wyłoniła się spod niego,
zrobiła umiejętną próbę złożenia szala, okazał się on jednak zbyt ciężki
i wielki, aby mogła mu sprostać siła drobniutkich rączek i ramion.
- Proszę to dać Harriet - rozkazała maleńka - już ona złoży go jak
trzeba.
Po wydaniu tego rozporządzenia zwróciła się ku pani Bretton, w której
twarzy utkwiła badawcze spojrzenie.
- Chodź, kochanie - zachęciła pani Bretton. - Muszę zobaczyć, czy nie
przemokłaś i nie przeziębłaś. Chodź, ogrzejesz się przy kominku.
Dziecko pośpieszyło na to wezwanie. Uwolniona z opatulenia figurka
okazała się niepomiernie drobna, zarazem zgrabniutka, lekka jak piórko,
przedziwnie kształtna i pociągająca. Siedząc na kolanach mojej matki
chrzestnej, sprawiała wrażenie lalki raczej niż dziecka. Podobieństwo do
lalki potęgowała w moich oczach jej szyjka, cieniuchna i delikatna jak
utoczona z wosku, a także główka, okryta gąszczem jedwabistych loków.
Pani Bretton, rozcierając rączki, nóżki i ramiona małej, przemawiała do
niej krótkimi, pieszczotliwymi zdaniami. Dziecko zrazu odpowiadało na
nie wpatrywaniem się w starszą kobietę z wnikliwą ciekawością, rychło
jednak opromienił jej twarzyczkę uśmiech pełen ujmującego wdzięku. Pani
Bretton nie należała na ogół do osób nazbyt łatwo i hojnie darzących
pieszczotami; nawet w stosunku do wielbionego przez nią jedynego syna
rzadko dawała powodować się sentymentem, często wręcz przeciwnie nawet,
była, czy udawała, oschła. Kiedy jednak ta drobna dziecina się
uśmiechnęła, pocałowała ją i zapytała:
- Jak cię zwą, ptaszyno?
- Panienką.
- A jak jeszcze, prócz panienki?
- Polly - nazywa ją ojczulek.
- A czy Polly chętnie zamieszka u mnie?
- Nie na zawsze; tylko dopóki nie powróci ojczulek. Odjechał - dodała,
potrząsając wymownie główką.
- Ojczulek powróci do swojej Polly albo przyśle po nią.
- Na pewno powróci, proszę pani? Czy pani wie o tym?
- Myślę, że tak.
- A Harriet myśli, że nie; przynajmniej, że nie tak prędko. Jest chory.
Oczy jej zaszkliły się łzami. Wysunęła rączkę z ręki pani Bretton i spróbowała zsunąć się z jej kolan, napotkawszy wszakże na opór, rzekła:
- Chciałabym zejść już, proszę pani. Mogę siedzieć na stołeczku.
Pani Bretton pozwoliła jej się ześlizgnąć, a wówczas mała wzięła
stołeczek i przeniosła go do kącika pogrążonego w najgłębszym cieniu, i tutaj usiadła pośpiesznie. Pani Bretton, jakkolwiek natura władcza, a w rzeczach poważnych nieubłaganie stanowcza nawet, bywała często bierna i ustępliwa w drobiazgach: nie sprzeciwiała się też dziecku, pozostawiając
małej wolną wolę.
- Nie zwracaj na nią uwagi na razie - ostrzegła mnie.
Ja jednak zwróciłam na małą uwagę, a raczej nie odwracałam ani na chwilę
uwagi od niej, obserwując ją - kiedy opierała drobny łokietek na
drobniuchnym kolanku, a główkę na rączce. Dostrzegłam, że wyjęła z kieszonki lalczynej spódniczki czworokątną, cieniuchną szmateczkę
batystu, która miała służyć jej za chustkę do nosa. Po chwili do
wyjątkowo wrażliwych moich uszu doleciał cichutki odgłos łkania. Inne
dzieci zwykły, kiedy je coś boli czy smuci, płakać głośno, hałaśliwie,
nie wstydząc się ani powstrzymując łez. Ta maleńka istotka natomiast
łkała prawie niedosłyszalnie, od czasu do czasu tylko zdradzając swoje
wzruszenie leciutkim pociąganiem noskiem. Pani Bretton nie słyszała
tego, na szczęście. Niebawem głosik, dochodzący z ciemnego kąta,
zapytał:
- Czy można zadzwonić na Harriet?
Zadzwoniłam. Wezwana piastunka przyszła niebawem.
- Trzeba mnie położyć do łóżka - rozkazała jej malutka pani. - Musisz
zapytać, gdzie będę spała.
Harriet wyjaśniła, że zdążyła już się tego dowiedzieć.
- Zapytaj, czy wolno ci będzie spać ze mną - powtórzyła mała.
- Nie, panienko - odparła Harriet. - Ma panieneczka spać w jednym pokoju
z tą panią. - Wskazała głową na mnie.
"Panieneczka" nie wyszła z ciemnego kąta, zauważyłam jednak, że jej oczy
mnie szukają. Po paru chwilach niemego badania wyłoniła się ze swojego
kącika.
- Życzę pani dobrej nocy - rzekła, zwracając się do pani Bretton, mnie
wszelako ominęła w milczeniu.
- Dobranoc ci, Polly - powiedziałam.
- Nie ma potrzeby mówić mi dobranoc; mamy przecież spać w tym samym
pokoju - odparła, po czym zniknęła za drzwiami salonu. Usłyszałyśmy
jeszcze tylko propozycję Harriet zaniesienia jej na górę.
- Nie ma potrzeby - brzmiała powtórnie ta sama odpowiedź. - Nie ma
potrzeby! Nie ma potrzeby! - wołała, wspinając się mozolnie po schodach,
o czym świadczył odgłos wleczenia za sobą wyraźnie znużonych drobnych
stópek.
Kiedy w godzinę później przyszłam do sypialni, żeby położyć się spać,
zastałam małą wciąż jeszcze czuwającą. Ułożyła poduszki w taki sposób,
aby mogły podtrzymać ją w pozycji siedzącej: obie rączki spoczywały na
kołdrze, splecione gestem osobliwie niedziecięcej cichej rezygnacji.
Przez jakiś czas nie odzywałam się do niej, przed samym wszakże
zgaszeniem świecy poradziłam, aby położyła się wygodniej.
- I to przyjdzie - brzmiała odpowiedź.
- Ale zaziębisz się w ten sposób, mała panienko.
Wzięła z krzesła stojącego przy łóżeczku drobną sztukę ubrania i narzuciła sobie na ramionka. Pozwoliłam jej robić, co chciała.
Wsłuchując się przez chwilę poprzez ciemności, zdałam sobie sprawę, że
maleńka wciąż jeszcze płacze, usiłuje jednak czynić to możliwie
najciszej i najpowściągliwiej.
Obudziwszy się o świcie, usłyszałam kapanie wody, ściekającej jak gdyby
cienką strużką. Spojrzałam w stronę, skąd dochodził ten odgłos, i ujrzałam małą Polly, która wstała już i wdrapawszy się na krzesło przy
umywalni, z wysiłkiem przechylała dzbanek (którego nie była w stanie
udźwignąć i podnieść), aby przelać jego zawartość do miski. Ciekawy był
jej widok myjącej się i ubierającej. Drobna figurka uwijała się przy
tych czynnościach tak żywo, a zarazem tak bezszelestnie! Widoczne było,
że nie przywykła obywać się przy ubieraniu bez cudzej pomocy: guziki,
haftki, wstążeczki, tasiemki i dziurki nastręczały jej wiele trudności,
które usiłowała pokonywać ze wzruszającą wytrwałością. Złożyła porządnie
koszulkę nocną, wygładziła jak tylko umiała najlepiej fałdy posłania, po
czym, cofnąwszy się do kącika, w którym ukrywały ją zwoje drapujących
łóżeczko białych muślinowych firanek, zachowywała się cichutko. Uniosłam
się na łóżku i wyciągnęłam głowę, aby zobaczyć, co robi. Klęczała,
oparłszy czoło na dłoniach. Widoczne było, że odmawia pacierze.
Piastunka zastukała do drzwi. Mała się zerwała.
- Jestem ubrana, Harriet - rzekła. - Sama się ubrałam, na pewno jednak
nie jestem pozapinana porządnie. Popraw na mnie wszystko.
- Dlaczego panieneczka ubrała się sama?
- Cicho, Harriet! Nie mów tak głośno, żeby nie obudzić tej dziewczyny
(oczywiste było, że mówi o mnie, przypuszczając, że śpię, ponownie
bowiem położyłam się i zamknęłam oczy). Ubrałam się umyślnie sama, żeby
umieć, gdy odjedziesz ode mnie.
- Czy panienka chce, żebym odjechała?
- Kiedy byłaś zła, nieraz chciałam, żebyś odeszła od nas, ale teraz nie.
Zawiąż mi porządnie szarfę w pasie i przygładź mi włosy jak się należy,
proszę cię.
- Szarfa panieneczki leży jak ulana. Jaka z panieneczki porządnicka.
- Nie, nie, trzeba zawiązać ją jeszcze raz. Proszę cię, zrób to.
- Dobrze już, dobrze. Ale gdy pojadę, musi panieneczka prosić tę młodą
panią, żeby dopomogła przy ubieraniu.
- Za nic w świecie.
- Dlaczego? Jest bardzo miła. Spodziewam się, że panieneczka będzie
grzeczna dla niej i nie będzie zadzierała na nią nosa po swojemu.
- Nie chcę, żeby mnie ubierała! Nie chcę, słyszysz? Za żadne skarby!
- Śmieszne z panieneczki stworzenie.
- Nie robisz mi równego przedziału, Harriet. Będzie znów pokręcony.
- Kto by tam kiedy dogodził panience. No, a teraz dobrze?
- Tak sobie. Dokąd mam iść teraz, kiedy jestem ubrana?
- Zaprowadzę panieneczkę do pokoju śniadaniowego.
- Dobrze. Chodźmy.
Skierowały się ku drzwiom. Nagle mała się zatrzymała.
- O, Harriet, dlaczego to nie jest dom ojczulka! Nie znam tych
wszystkich ludzi!
- Niech panieneczka będzie grzeczna. Nie kaprysi.
- Jestem grzeczna, ale boli mnie tutaj. - Dotknęła ręką okolicy serca i,
pojękując z cicha, wyszła z pokoju.
- Ojczulku! Ojczulku! - zawodziła płaczliwie.
Podniosłam się, aby położyć kres tej scenie, dopóki jeszcze można było
zapobiec gwałtownemu wybuchowi.
- Niech panienka powie dzień dobry młodej pani - nakazała Harriet.
Rzuciła pośpieszne "dzień dobry", po czym wyszła za piastunką z pokoju.
Harriet wyjechała tego samego dnia, udając się do znajomych,
mieszkających w sąsiedztwie.
Zszedłszy na dół, zastałam Paulinę (dziecko mówiło o sobie jako o Polly,
pełne jej wszakże, niezdrobniane imię brzmiało: Paulina Maria) siedzącą
tuż przy stole śniadaniowym obok pani Bretton. Stał przed nią kubek
mleka, a mała kromka chleba wypełniała rączkę, która leżała bezczynnie
na obrusie. Mała nie jadła.
- Nie mam pojęcia, jak damy sobie radę z tym stworzonkiem - zwróciła się
do mnie moja matka chrzestna po śniadaniu i odejściu Polly. - Nic nie
bierze do ust, a po jej oczach i po całej twarzy poznać wyraźnie, że nie
spała.
Uspokoiłam panią Bretton, wyrażając ufność w upływ czasu i serdeczne
obchodzenie się z dzieckiem.
- Gdyby polubiła kogoś w naszym domu, przyzwyczaiłaby się wkrótce, nie
wcześniej jednak - odparła pani Bretton.
Rozdział II
PAULINA
Upłynęło kilka dni i, jak się zdawało, trudno było liczyć, aby dziecko
miało polubić kogoś szczególniej w domu nowej opiekunki. Nie była
właściwie niegrzeczna ani kapryśna: niepodobna byłoby nawet nazwać ją
nieposłuszną, trudno wszakże znaleźć istotę, która mniej niż ona
nadawałaby się do ukojenia, kierowania, a chociażby do przystosowania
jej do nowych warunków. Była zgnębiona, tak wyraźnie zgnębiona, że żadna
osoba dorosła nie mogłaby równie bezsprzecznie wyrażać smutku układem
twarzy i całej postaci. Żadne pożłobione zmarszczkami oblicze dorosłego
wygnańca, tęskniącego za Europą i przebywającego na antypodach lądu
europejskiego, nie mogłoby zdradzać wyraźniejszych oznak tęsknoty za
domem rodzinnym aniżeli twarzyczka tego dziecka. Zdawała się starzeć,
szczupleć i marnieć w oczach. Ja osobiście, nieobdarzona udręką nazbyt
bujnej i przeczulonej wyobraźni, dziwnego zawsze doznawałam uczucia,
ilekroć otworzywszy drzwi, zastawałam małą samą jedną, przykucniętą w kącie i opierającą główkę na drobniuchnej rączce. Pokój, w którym
przebywała, wydawał mi się niezamieszkany, ale nawiedzony przez zjawę
upiorną.
A kiedy znów, budząc się w noc księżycową, dostrzegałam jej maleńką,
białą figurkę, wyraźnie odcinającą się w nocnej koszulce, klęczącą na
łóżku i modlącą się żarliwie jak gorąca katoliczka czy metodystka -
sprawiała na mnie wrażenie świętej w ekstazie zachwycenia. Nie
wiedziałam wówczas, co mam o tym myśleć, czułam jednak, że fantazjuję
tak samo niezdrowo i nielogicznie, jak ta, trawiona niedziecięcą
tęsknotą, mała dziewczynka.
Rzadko podchwytywało moje ucho pojedyncze słowa jej modlitwy, tak
cichuteńko ją szeptała; czasem nawet modlitwa była zupełnie niema,
niewypowiadana artykułowanymi dźwiękami. Jeżeli jednak w rzadkich
chwilach udawało mi się rozróżnić jakieś słowa, było nimi niezmienne
wezwanie: "Ojczulku, drogi mój ojczulku!".
Zrozumiałam, że mam przed sobą osobę zdradzającą skłonności maniakalne,
które uważałam zawsze za największą klęskę, jaką może być dotknięta
natura ludzka, bez różnicy mężczyzn czy kobiet nimi obciążonych.
Trudno przewidzieć, do czego mogłoby w końcu doprowadzić małą jej
samoudręczanie, gdyby trwało w dalszym ciągu, nieudaremnione przez
nikogo. Na szczęście wszakże nastrój dziecka uległ nagłemu,
niespodziewanemu zwrotowi.
Pewnego dnia pani Bretton, chcąc wydostać małą z kąta, w którym stale
zaszywała się, i zająć czymś umysł, posadziła ją na ławeczce pod oknem i poleciła policzyć, ile pań i panów przejdzie ulicą w ciągu określonego
czasu. Ale dziecko siedziało tępo, obojętnie, nie patrząc prawie, a już
na pewno nie licząc, kiedy nagle - nie spuszczałam z niej przez cały
czas oczu - dostrzegłam na jej twarzy błyskawiczną zmianę. Takie
niebezpiecznie przewrażliwione (jak to się zwie) natury nastręczają
wiele ciekawych spostrzeżeń obserwującym je osobom, szczęśliwie
chronionym - dzięki chłodniejszemu temperamentowi - przed podleganiem
nierównym nastrojom i czczemu fantazjowaniu. Wpatrzone w jeden punkt
oczy dziewczynki rozpaliły się, drobne, stale nachmurzone czółko
rozjaśniło się promiennie, wyraz smutku i zgnębienia znikł, jak gdyby
zdmuchnięty czarem z twarzyczki, ustępując miejsca nagłemu ożywieniu i podnieceniu.
- Tak! To on! - wyrwało się z jej ust.
I z szybkością ptaka czy wyrzuconej z cięciwy strzały pomknęła do
pokoju. W jaki sposób udało jej się otworzyć ciężkie drzwi wejściowe na
dole, nie mam pojęcia, chyba że szczęśliwym dla niej trafem były
uchylone. A może zetknęła się z Warrenem, który nie mógł oprzeć się jej
żądaniu - wyobrażam sobie, jak dalece natarczywemu i gwałtownemu! Faktem
jest w każdym razie, że wypatrując z zaciekawieniem przez okno, ujrzałam
maleńką figurkę w czarnej sukience i zgrabnym drobno zaplisowanym
fartuszku (niepodobna było skłonić Polly do noszenia ochraniających całą
sukienkę fartuchów, tak wielki żywiła do nich wstręt) biegnącą pędem
przez połowę długości jezdni i w chwili kiedy zamierzałam zwrócić się do
pani Bretton, aby ostrzec ją, że mała wybiegła jak oszalała na ulicę i że należałoby natychmiast pośpieszyć po nią, ujrzałam dziecko pochwycone
przez kogoś i ukryte na czyjejś piersi zarówno przed moim okiem, jak
przed zdumionymi spojrzeniami przechodniów. Porwania tego dokonał jakiś
pan, który teraz, osłoniwszy maleńką swoim płaszczem, skierował się wraz
z nią ku domowi, skąd wybiegła.
Przypuszczałam, że odda dziecko służącemu, a sam odejdzie, wbrew mojemu
przewidywaniu jednak wszedł i on także i po zatrzymaniu się przez chwilę
na dole, towarzyszył małej na górne piętro.
Sposób przyjęcia go przez panią Bretton ujawnił mi od razu, że osoba
jego była jej dobrze znana. Powitała go serdecznie, wydając się jednak
spłoszona, zdziwiona i nieco niemile zaskoczona. Niemy wyrzut, jaki
przybyły wyczytał znać w jej spojrzeniu, skłonił go do wyjaśnienia:
- Nie byłem w stanie oprzeć się, droga pani; nie mogłem opuścić kraju,
nie przekonawszy się osobiście, czy moja maleńka przyzwyczaiła się do
nowego otoczenia.
- Pańskie przybycie znów ją od niego odzwyczai.
- Mam nadzieję, że nie. I cóż, jak się ma i co porabia najsłodsza
kruszynka ojczusiowa?
Z zapytaniem tym zwrócił się do Pauliny, siadając na krześle i stawiając
ją na posadzce przed sobą.
- Jak się ma i co porabia kruszynka ojczusiowa? - powtórzyła pytanie,
przytulona do kolan ojca i wpatrzona w zachwyceniu w jego twarz.
Była to cicha i poza tymi kilkoma słowami niema scena, tak głęboka
wszakże, wzruszająca dzięki modlitewnemu nieledwie skupieniu, w jakim
się odbyła, że tym bardziej gnębiące sprawiała na mnie wrażenie. Przy
wszelkich niepowściąganych siłą woli, nieopanowanych wybuchach sprawia
widzowi ulgę poczucie pewnej ich śmieszności i stąd wzgardy dla nich; za
najbardziej przytłaczającą natomiast uważałam zawsze tego rodzaju
wrażliwość, która gnębi siłą własnej potęgi - olbrzym niewolnik
uginający się pod panowaniem trzeźwego rozsądku.
Pan Home był mężczyzną o surowych - może nawet powiedzieć należałoby -
twardych rysach; czoło miał pobrużdżone, kości policzkowe wystające.
Była to twarz typowo szkocka, w oczach jego wszakże malowała się
niezwykła u Szkotów głębia uczucia, w tej chwili ujawnionego wyraźnie w podnieceniu, jakiego niezdolny był pokonać. Jego północny akcent
harmonizował z całą fizjonomią. Wyglądem sprawiał zarazem wrażenie
człowieka dumnego i prostolinijnego.
Położył dłoń na podniesionej ku niemu główce dziecka, które szepnęło:
- Pocałuj swoją Polly, ojczulku!
Pocałował ją. Pragnęłam usłyszeć z ust dziecka jakiś okrzyk
spazmatyczny, który przyniósłby mi ulgę i przywróciłby spokój. Mała
zachowywała się wszakże zadziwiająco cicho: jak gdyby spełniło się
wszystko, czego pragnęła, i dlatego była upojona szczęściem i radością.
Nie przypominając rodzica ani rysami, ani wyrazem twarzy, była przecież
nieodrodną jego córką: usposobienie jej kształtowało się pod jego
wpływem, umysł zapełniony był treścią jego umysłu, niczym filiżanka
płynem wlanym do niej z dzbanka.
Pan Home umiał niewątpliwie po męsku panować nad sobą, niezależnie od
uczuć, jakie miotały nim w ukryciu.
- Polly - rzekł, wpatrzony w swoją małą córeczkę - zejdź do holu; leży
tam na krześle moje palto; przeszukaj jego kieszenie, znajdziesz w jednej z nich chustkę do nosa, którą przyniesiesz mi tutaj.
Usłuchała od razu, poszła i powróciła szybko, czekając posłusznie z chustką w rączce. Wyglądała prawdziwie jak obrazek z tą swoją zgrabną,
drobniutką figurką, opartą o kolana Home'a. Widząc jednak, że ojciec nie
przestaje rozmawiać, jak gdyby nieświadomy jej powrotu, ujęła jego rękę,
otworzyła nieopierające się temu gestowi palce, wsunęła pomiędzy nie
chustkę i zamknęła ponownie. Przez chwilę zdawał się w dalszym ciągu nie
widzieć małej i nie czuć jej obecności, rychło jednak pochylił się ku
niej i posadził na swoich kolanach, a ona przytuliła się do niego, i mimo że żadne z nich ani nie patrzyło na drugie, ani też nie zamieniło
słowa w ciągu godziny, byli, jak przypuszczam, oboje zadowoleni w pełni.
Podczas popołudniowej herbaty ruchy i zachowanie małej istotki
sprawiały, jak zazwyczaj, prawdziwą rozkosz oczom obecnych. Zaczęła od
pokierowania Warrenem, jak ma ustawić krzesła.
- Proszę ustawić krzesło mojego ojczulka tutaj, a moje tuż obok,
pomiędzy ojczulkiem a panią Bretton: muszę podać mu herbatę.
Usiadła i wskazała obok siebie miejsce ojcu.
- Usiądź obok mnie, jak gdybyśmy byli u nas w domu.
A potem, kiedy wzięła dla niego filiżankę napełnioną herbatą, którą
własnoręcznie osłodziła i do której wlała śmietankę, dodała:
- Zawsze w domu robiłam to dla ciebie; nikt nie umiał ci tak dogodzić
jak ja, nawet ty sam, ojczulku, nie umiałeś.
Przez cały czas posiłku uwijała się w dalszym ciągu, usługując ojcu w sposób chwilami zabawnie niedorzeczny. Szczypce do cukru były za wielkie
dla jednej rączki, musiała też użyć obu przy posługiwaniu się tym
instrumentem. Podźwignięcie srebrnego dzbanuszka do śmietanki, półmiska
z kromkami chleba z masłem, a nawet filiżanki i spodeczka było zadaniem
przerastającym jej siły i możność; odważnie jednak usiłowała mu
sprostać, manewrując każdym z tych przedmiotów po kolei, szczęśliwie też
podołała wszystkiemu, nie przelawszy nic ani nie uszkodziwszy. Prawdę
mówiąc, uważałam ją za małą kręcicką, ojciec jej wszakże, zaślepiony,
jak wszyscy rodzice, zdawał się z wielkim zadowoleniem przyjmować jej
usługi, cudownie nawet ukojony krzątaniem dookoła niego.
- To jedyna moja pociecha w życiu - nie mógł powstrzymać się od
uczynienia wyznania pani Bretton. Moja matka chrzestna miała taką samą
własną "pociechę", niezrównanie tylko większych rozmiarów, w danym
momencie nieobecną w domu, w zupełności też potrafiła zrozumieć i odczuć
słabą stronę gościa.
Ta druga "pociecha" ukazała się na widowni jeszcze tego samego wieczora.
Wiedziałam, że na ten dzień oznaczony był jego powrót, zdawałam też
sobie sprawę, że pani Bretton pozostawała od rana już w transie
oczekiwania. Siedzieliśmy wszyscy po herbacie dookoła kominka, kiedy
Graham przyłączył się do naszego koła. Należałoby raczej powiedzieć:
przerwał je i wprowadził zamieszanie; zjawienie się młodego chłopca
wywołało oczywiście nagły rozgwar, wobec tego zaś, że świeżo przybyły
pościł przez cały dzień, jak utrzymywał, trzeba było zakrzątnąć się
dookoła solidnego posiłku dla niego. On i pan Home przywitali się jako
dawni dobrzy znajomi; na małą dziewczynkę Graham nie zwrócił na razie
wcale uwagi.
Po ukończeniu posiłku i odpowiedzi na niezliczone pytania matki chłopiec
wstał od stołu i usiadł przy kominku. Naprzeciwko niego siedział pan
Home i tuż przy nim dziecko. Mówiąc o niej jako o dziecku, używam
niewłaściwego, bynajmniej nieokreślającego jej wyrażenia. Pojęcie
"dziecko" nasuwa wszystko inne raczej, aniżeli wizje poważnej, skupionej
małej osóbki w żałobnej sukience i białym fartuszku, mogącym nadawać się
równie dobrze na ubranie lalki większych rozmiarów. Osóbka ta
umieszczona była na wysokim krzesełku obok stolika z białą, z politurowanego drewna szkatułką do ręcznych robót i trzymała w rączce
kawałek batystu, który pilnie obrębiała, przekłuwając go raz w raz igłą,
podobną w jej paluszkach nieledwie do noża kuchennego. Manewrując nią
nieporadnie, kłuła się wciąż i pozostawiała na białym batyście szereg
maleńkich czerwonych plamek; od czasu do czasu wzdrygała się, ilekroć
przekorne narzędzie wymykało się spod jej władzy i wpijało się głębiej
niż zazwyczaj w maleńki paluszek. Nie ustawała jednak w pracy, cicha
wciąż, pilna, przejęta dokonywanym zadaniem, prawdziwa mała kobietka.
Graham był w owym czasie przystojnym szesnastoletnim wyrostkiem, którego
wygląd nie wzbudzał jednak nazbyt wielkiego zaufania do jego solidności.
Zaznaczam ten rys nie dlatego, aby chłopiec miał być w istocie
szczególnie przewrotny z natury, ale dlatego, że określenie to wydaje mi
się odpowiednie do opisania jego urody jasnej, celtyckiej
(niesaksońskiej), falujących jasnokasztanowych włosów, smukłej,
kształtnej postaci oraz często goszczącego na jego twarzy uśmiechu,
niepozbawionego ani pociągającego uroku, ani przebiegłości (nie w ujemnym sensie jednak). Był w owym okresie psutym, samowolnym chłopcem.
Przez dłuższy czas przyglądał się w milczeniu drobnej figurynce,
siedzącej naprzeciw niego z poważną skupioną minką, a kiedy chwilowa
nieobecność w pokoju pana Home'a przestała zmuszać go do nieśmiałego
półuśmiechu - jedynego u niego objawu onieśmielenia - zwrócił się do
pani Bretton.
- Mamo - rzekł - widzę w naszym towarzystwie młodą damę, której nie
miałem dotychczas zaszczytu być przedstawionym.
- Masz pewno na myśli małą córeczkę pana Home'a - odparła matka.
- Tak, w samej rzeczy, łaskawa pani - skłonił się syn. - Uważam jednak
sposób wyrażania się łaskawej pani nazbyt mało ceremonialny; mówiąc o młodej damie, którą mam na myśli, nazwałbym ją panną Home.
- Słuchaj, Grahamie, nie pozwolę ci droczyć się z dzieckiem. Nie
wyobrażaj sobie, że zgodzę się, abyś zrobił z niej swoją ofiarę.
- Łaskawa pani - zwrócił się do małej, niestropiony bynajmniej naganą z ust matki - czy mogę mieć zaszczyt przedstawienia się pani, skoro nikt
inny nie zdradza chęci wyświadczenia pani ani mnie tej uprzejmości?
Powolny sługa łaskawej pani, John Graham Bretton.
Spojrzała na niego, wstającego z krzesła i składającego przed nią
głęboki ukłon. Odłożyła rozważnie naparstek, nożyczki i robotę, zeszła
ostrożnie z wysokiego krzesła i dygając przed nim nisko z niewypowiedzianą powagą, przywitała go uprzejmym:
- Jak się pan ma?
- Cieszę się pozostawaniem w dobrym zdrowiu, nieco tylko znużony jestem
pośpieszną podróżą. Mam nadzieję, łaskawa pani, że i panią także widzę
dobrze się mającą.
- Wcale znoś...śnie - brzmiała ambitna odpowiedź małej kobietki, która
usiłowała zająć swoje uprzednie wysokie stanowisko; czując jednak, że
nie będzie mogła tego dokonać bez pewnego wysiłku i niezgrabnego
wspinania się pod górę - a nie mogła przecież narazić w ten sposób na
szwank swojej godności - z drugiej zaś strony nie decydując się za nic
na świecie na szukanie cudzej pomocy w obecności tego młodego panicza,
zrzekła się wysokiego krzesła na korzyść niskiego stołeczka. Ku
stołeczkowi temu przysunął Graham swoje krzesło.
- Mam nadzieję, łaskawa pani, że jej obecna rezydencja, dom mojej matki,
wydaje się pani odpowiednią siedzibą?
- Nie-nad-zwy-czaj-nie; chciałabym wrócić do domu.
- Zupełnie naturalne i godne pochwały dążenie, łaskawa pani; będę jednak
czynił, co tylko będzie w mojej mocy, aby mu się przeciwstawić. Liczę na
to, że uda mi się uzyskać dzięki pani odrobinę cennego pierwiastka,
zwanego zabawą, której matka moja i tu obecna panna Snowe nie były
zdolne mi zapewnić.
- Wyjadę z moim ojczulkiem i nie będę długo pozostawała u matki
łaskawego pana.
- Tak, tak, pozostanie pani u nas, ze mną, jestem pewien. Mam kucyka, na
którym będzie pani jeździła, i mnóstwo książek z obrazkami, które będę
pani pokazywał.
- Czy i pan będzie teraz tutaj mieszkał?
- Mieszkam tutaj. Jest pani z tego zadowolona? Podobam się pani?
- Nie.
- Dlaczego?
- Wydaje mi się pan jakiś dziwny.
- Moja twarz, łaskawa pani?
- Twarz pana i wszystko w panu. Ma pan długie czerwone włosy.
- Kasztanowe, jeśli łaska: mama nazywa je kasztanowymi czy złotymi. Tego
samego zdania są o nich wszystkie jej przyjaciółki. Ale nawet z moimi
"długimi czerwonymi włosami" (potrząsnął z rodzajem triumfu bujną
czupryną, o której on sam dobrze wiedział, że ma płowy odcień i dumny
był z tej lwiej barwy) nie mógłbym być dziwniejszy niż wasza łaskawość,
szanowna pani.
- Nazywa mnie pan dziwną?...
- Oczywiście.
(Po chwili milczenia).
- Myślę, że powinnam już iść spać.
- Takie małe stworzonko powinno od wielu godzin już być w łóżeczku, ale
czekała pani na pewno na mnie, aby przyjrzeć mi się, jak wyglądam,
prawda?
- Nie. Wcale nie.
- Jestem pewien, że powodem tego opóźnionego pójścia spać była chęć
korzystania z przyjemności, jaką darzy pani moje towarzystwo. Wiedziała
pani, że przyjadę dzisiaj, i stąd to czekanie na możność zobaczenia
mnie?
- Nie poszłam spać dlatego, że jest tutaj mój ojczulek, a nie kto inny.
- Ślicznie, łaskawa pani. Stanę się na pewno ulubieńcem pani: polubi
pani wkrótce moje towarzystwo bardziej jeszcze niż towarzystwo swojego
ojczulka, ośmielę się wyrazić przypuszczenie.
Powiedziała dobranoc pani Bretton i mnie; zawahała się, niepewna, czy
Graham zasługuje na te same względy, ale on w tej samej chwili pochwycił
ją i uniósł w górę jedną ręką, i trzymał wysoko ponad swoją głową.
Ujrzała w lustrze własne odbicie w tej pozycji. Nagłość i łobuzowska
bezceremonialność tego gestu, a nade wszystko okazany przez Grahama brak
szacunku dla jej osoby, były nie do zniesienia.
- Mógłby się pan wstydzić, panie Grahamie! - krzyknęła z oburzeniem -
proszę mnie opuścić! - A kiedy stanęła ponownie na podłodze, dodała z powagą: - Ciekawa jestem, co pomyślałby pan o mnie, gdybym chciała
zrobić to samo z panem i podniosła pana jedną ręką (pogroziła mu
imponującą górną kończyną) jak służący Warren podnosi małą kotkę.
Powiedziawszy to, wyszła z godnością z pokoju.
Rozdział III
TOWARZYSZE ZABAWY
Pan Home pozostał dwa dni. Przez cały czas pobytu niepodobna było
skłonić go do wyjścia z domu: siedział przez cały czas przy ogniu
kominkowym, chwilami w milczeniu, czasem znów słuchając uprzejmie uwag i zapytań pani Bretton i odpowiadając na nie. Gawędy pani Bretton były
odpowiednio dostrojone do chorobliwie zgnębionego nastroju jej gościa.
Umiała być nie nazbyt litującą się, zarazem jednak współczującą i rozsądną; zdobywała się nawet na ton macierzyński. Była o tyle starsza
od niego, że mogła sobie pozwolić na podobną rolę.
Co się tyczy małej Polly, była ona równocześnie uszczęśliwiona i milcząca, pochłonięta i czujna. Ojciec często sadzał ją sobie na kolana;
siedziała wówczas cichutko, przytulona do niego, dopóki nie poczuła, czy
też nie wyobraziła sobie, że zaczyna się kręcić niespokojnie. Zwracała
się wówczas do niego, mówiąc:
- Opuść mnie, ojczulku, na podłogę, zanadto ci ciążę.
Z tymi słowami zsuwał się potężny ciężar z ojcowskich kolan na dywan, na
którym przykucał przy samych nogach "ojczulka", wydostawszy z białej
skrzynki do robót ręcznych poplamiony krwią batystowy kwadracik. Miała
to być, jak się zdawało, chusteczka, przeznaczona na upominek dla
"ojczulka", musiała więc być obrębiona przed jego wyjazdem; stąd pilność
małej szwaczki, niezdolnej obrobić więcej niż kilkanaście ściegów w ciągu pół godziny.
Wieczór, sprowadzający Grahama pod dach macierzyński (cały dzień spędzał
chłopiec w szkole), był dla nas równocześnie hasłem wzmożonego ożywienia
- nieosłabionego bynajmniej scenami, jakie rozgrywały się nieodmiennie
pomiędzy nim a "panną Pauliną Home".
Wynikiem jej oburzenia na jego zachowanie pierwszego wieczora był pełen
wyniosłej obcości sposób traktowania zuchwalca: stałą jej odpowiedzią,
ilekroć zwracał się do niej, było:
- Nie mogę dotrzymać panu towarzystwa: mam o tylu innych rzeczach do
myślenia.
Na błagania, aby wyjawiła, o jakich rzeczach, odpowiadała:
- O ważnych interesach.
Graham próbował skusić ją otwieraniem swojego biurka i opróżnianiem go z niezmiernie różnorodnej zawartości: wyjmował śliczne pieczątki, barwne
pałeczki wosku, scyzoryki z rozmaitymi napisami, niektóre nawet wesoło
kolorowane i skrzętnie przez niego gromadzone. Nie można było nawet
utrzymywać, aby kuszenie to miało być zupełnie daremne: spojrzenia
małej, rzucane ukradkiem sponad roboty, zerkały z zaciekawieniem w stronę biurka, usianego pociągającymi obrazkami. Rycina z wizerunkiem
dziecka bawiącego się ze swoim wiernym towarzyszem, potulnym wyżłem,
upadła na podłogę jak gdyby przypadkiem.
- Ładny piesek! - zawołała zachwycona.
Graham przezornie udawał, że nie słyszał jej słów. Po chwili, wysunąwszy
się ze swojego kącika, podeszła bliżej, aby móc lepiej obejrzeć śliczny
obrazek. Nie była w stanie oprzeć się czarowi wielkich oczu psa i długich uszu, a także kapelusza i strojnej sukienki dziecka.
- Ładny obrazek! - przyznała łaskawie.
- Proszę go sobie wziąć, jeżeli się jaśnie panience podoba - rzekł
Graham.
Zdawała się wahać. Chęć posiadania ślicznego obrazka była przemożna,
przyjęcie byłoby jednak ustępstwem z krzywdą własnej godności. Nie.
Odłożyła rycinę i odeszła.
- Nie chcesz więc jej wziąć, Polly? - zapytał, przechodząc w zwracaniu
się do niej na ton naturalnie poufały, koleżeński.
- Nie. Wolę nie. Dziękuję.
- Chcesz wiedzieć, co zrobię z tą ryciną, jeśli jej nie weźmiesz?
Zawróciła w połowie drogi, aby wysłuchać.
- Potnę ją na fidibusy do zapalania świecy.
- Nie!
- Właśnie, że tak zrobię.
- Proszę, nie!
Graham pozostał jednak nieugięty pomimo jej błagalnego tonu i wyjął
nożyczki z koszyka do robót swojej matki.
- Uwaga, tnę! - rzekł, robiąc groźny gest. - Widzisz, tędy, przez sam
środek głowy Fida i przy tym odetnę połowę nosa małemu Harry'emu.
- Nie! Nie! Nie!
- To chodź do mnie! Ale prędziutko, bo inaczej zrobię, co mówię.
Zawahała się, ociągała się chwilkę i wreszcie uległa.
- A teraz, chcesz ją mieć?
- Proszę.
- Ale będę żądał zapłaty.
- Ile?
- Całusa.
- Proszę naprzód dać mi obrazek do ręki.
Teraz Polly z kolei sprawiała wrażenie podstępnej. Graham dał jej
rycinę. W tej samej chwili wymknęła się swojemu wierzycielowi i uciekła
do ojca, znajdując bezpieczne schronienie na jego kolanach. Graham udał
wielce zagniewanego i podskoczył za nią. W strachu przed nim ukryła
twarz w fałdach ojcowskiej kamizelki.
- Ojczulku!... Ojczulku!... Każ mu odejść!
- Nie odejdę! - zagroził Graham.
Z odwróconą twarzą wyciągnęła rączkę gestem odpychającym, aby nie
dopuścić go do siebie.
- W takim razie pocałuję cię w rękę - rzekł, w tej samej chwili jednak
rączka zacisnęła się w miniaturową piąstkę, która wymierzyła mu zapłatę
w drobnej monecie, niepodobnej bynajmniej do pocałunku.
Graham - na swój sposób nie ustępując przebiegłością małej towarzyszce
zabaw - odskoczył na pozór mocno skonfundowany i rzucił się na kanapę,
tuląc głowę do poduszki, jak gdyby w przystępie gwałtownego bólu. Polly,
zdumiona jego milczeniem, zerknęła na niego ukradkiem. Twarz chłopca i ręce ukryte były w dłoniach. Zaniepokojona, odwróciła się w jego stronę,
nie schodząc jednak z kolan ojca, i wpatrywała się z niepokojem w swojego przeciwnika. Graham jęknął.
- Ojczulku, co mu się stało? - szepnęła.
- Sama go lepiej zapytaj, Polly.
- Czy uderzyłam go tak mocno? - (Powtórny jęk).
- Sądząc z jego jęków, należałoby przypuścić, że bardzo mocno - odparł
pan Home.
- Mamo - jęknął Graham słabym głosem - myślę, że należy chyba posłać po
doktora. O! Moje oko! - (Ponowna cisza, zakłócona tylko jękami Grahama).
- Co będzie, jeżeli oślepnę?! - zawołał.
Krzywdzicielka jego nie była w stanie znieść podobnej myśli.
- Proszę mi pokazać oko; nie chciałam trafić w nie, tylko w usta. Nie
przypuszczałam, że uderzyłam tak bardzo mocno.
Odpowiedzią było milczenie. Twarzyczka jej zaczęła drgać.
- Tak mi przykro! Tak mi przykro...!
Wzruszenie znalazło ujście w łkaniu.
- Dość już dręczenia dziecka! - oburzyła się pani Bretton.
- To tylko żarty, moja pieszczotko - zawołał pan Home.
W tej chwili Graham podniósł się nagłym skokiem, raz jeszcze porwał ją
wysoko w górę, a ona powtórnie ukarała go, i targając za lwią czuprynę,
obsypywała go gradem wyzwisk:
- Ty najniegodziwszy, najgorszy, najniegrzeczniejszy człowieku! Ty
najstraszniejszy kłamczuchu, jaki tylko może być na całym świecie!
Z rana w dniu wyjazdu pana Home'a on i jego córka odbyli rozmowę sam na
sam, ukryci na ławeczce za firankami okiennymi.
- Czy nie mogłabym zapakować swojej skrzynki i pojechać razem z tobą,
ojczulku? - szepnęła zupełnie poważnie.
Potrząsnął przecząco głową.
- Sprawiłabym ci kłopot?
- Tak, Polly.
- Dlatego że jestem mała?
- Dlatego że jesteś mała i wątła. Podróżować mogą tylko dorośli, silni
ludzie. Nie miej jednak takiej smutnej minki, małe moje kochanie;
łamiesz mi tym serce. Ojczulek powróci wkrótce do swojej Polly.
- Nie jestem wcale smutna, wcale nie jestem smutna, ojczulku.
- Przykro byłoby mojej Polly, gdyby miała sprawić ból swojemu
ojczulkowi, prawda?
- Jeszcze przykrzej niż przykro.
- W takim razie moja Polly musi być wesoła: nie płakać przy pożegnaniu i nie smucić się po moim wyjeździe. Musi myśleć o tym, że będziemy znów
rychło razem, i starać się być wesołą do tego czasu. Czy mogę liczyć na
to, że moja ptaszyna będzie się starała być wesoła?
- Będzie się starała.
- Wierzę, że tak będzie. Żegnaj więc, kochanie. Czas już na mnie.
- Teraz?! Już teraz?!...
Podała ojcu drgające usteczka. Ojciec jej załkał, ale ona - zauważyłam
to - nie płakała. Zsunąwszy ją ze swoich kolan, uścisnął na pożegnanie
ręce wszystkich obecnych i odjechał.
Kiedy drzwi wejściowe do holu zamknęły się za nim, opadła na kolana przy
krześle z okrzykiem: "Ojczulku!".
Okrzyk był przyciszony, ale przeciągły. Brzmiało w nim bolesne pytanie:
"Dlaczego mnie opuściłeś...?" Widziałam, że przez pierwszych kilka minut
dziecko cierpi męki. W tym krótkim ułamku swojego dziecięctwa doznała
wzruszeń, jakich nigdy nie przeżywają niektórzy. Leżało to w jej
naturze, zapowiadając, że czeka ją więcej takich chwil, jeżeli będzie
żyła. Nikt nie przemówił ani słowa. Pani Bretton, jako matka, uroniła
kilka łez. Graham, zajęty pisaniem, podniósł głowę i utkwił wzrok w Polly. Ja, Lucy Snowe, nie zatraciłam równowagi.
Mała istotka, pozostawiona w ten sposób w spokoju i nienagabywana przez
nikogo, dokonała dla samej siebie tego, czego nikt inny nie mógłby dla
niej uczynić - pogodziła się z bólem nie do zniesienia, jak się zdawało,
i niebawem opanowała go nawet. Ani tego dnia, ani następnego nie byłaby
zdolna przyjąć pocieszenia przez nikogo. Stopniowo, z czasem, stała się
bardziej bierna.
Trzeciego wieczora, kiedy cicha i zgnębiona siedziała na podłodze,
Graham, który wszedł do pokoju, podniósł ją łagodnie, nie mówiąc ani
słowa. Nie opierała mu się, przytuliła się nawet do niego, jak gdyby
wyczerpana. Kiedy usiadł, złożyła główkę na jego ramieniu i po chwili
zasnęła; uśpioną zaniósł na górę do jej łóżeczka. Nie byłam wcale
zdziwiona, kiedy nazajutrz z rana pierwszym jej pytaniem było:
- Gdzie jest pan Graham?
Traf chciał, że Graham nie zszedł tego dnia na śniadanie. Miał do
napisania jakieś wypracowanie, które zmuszony był wręczyć tego rana
jeszcze nauczycielowi w klasie, poprosił więc matkę, aby przysłała mu
filiżankę herbaty do pokoju. Polly sama się zaofiarowała, że zaniesie
ją: musi przecież zająć się czymś, dbać o kogoś. Filiżanka, nalana po
brzegi, została jej powierzona; mimo że była małą kręcicką, odznaczała
się wielką starannością i ostrożnością. Pokój, w którym Graham odrabiał
lekcje, położony był naprzeciwko pokoju śniadaniowego, a że oba pokoje
miały drzwi jedne naprzeciwko drugich po obu stronach przedzielającego
je korytarza, mogłam łatwo śledzić małą.
- Co pan robi? - zapytała, wchodząc do pokoju Grahama.
- Piszę.
- Dlaczego nie przychodzi pan na śniadanie, żeby zjeść je razem ze swoją
mamą?
- Jestem zanadto zajęty.
- Chce pan dostać śniadanie?
- Naturalnie.
- Proszę, przyniosłam je.
Rzekłszy to, postawiła filiżankę na dywanie, niby dozorca więzienny
przynoszący więźniowi kubek wody do drzwi jego celi, i cofnęła się. Po
chwili powróciła.
- Co pan chciałby dostać do jedzenia... oprócz herbaty?
- Coś dobrego. Przynieś mi coś szczególnie dobrego, jak prawdziwa dobra
mała kobietka.
Polly powróciła do pani Bretton.
- Proszę, niech pani pośle swojemu synowi coś bardzo dobrego.
- Sama wybierz dla niego, Polly. Jak myślisz, co mamy mu posłać?
Mała wzięła po porcji ze wszystkiego, co było najlepsze na stole, ale
niebawem powróciła, prosząc szeptem o osobliwą jakąś marmoladę, której
tu nie było. Otrzymała żądany przysmak (pani Bretton nie odmawiała nigdy
niczego swojemu spadkobiercy) i wnet potem usłyszeliśmy Grahama,
wychwalającego pod niebiosa małą opiekunkę i przyrzekającego jej, że jak
będzie miał własny dom, przyjmie ją za gospodynię, a może nawet - jeżeli
okaże prawdziwy talent kulinarny - za kucharkę. Kiedy po zaniesieniu
Grahamowi owej żądanej marmolady nie powróciła do jadalni, poszłam po
nią i zastałam oboje, ją i Grahama, śniadających t?te-a-t?te. Stała obok
niego i dzieliła jego porcję, z wyjątkiem marmolady, której z wielkim
taktem nie chciała tknąć, w obawie, aby, jak przypuszczam, nie wydawało
się, że postarała się o nią zarówno ze względu na samą siebie, jak i na
niego. Stale ujawniała podobnie miłe porywy, świadczące o niezwykłej
delikatności uczuć.
Związek przyjaźni, zadzierzgnięty w ten sposób, nie rozwiał się już
pośpiesznie. Okazało się wprost przeciwnie, że czas i okoliczności
przyczyniły się raczej do umocnienia niż do osłabienia go. Mimo że oboje
byli, jak można najbardziej, niedobrani wiekiem, płcią, dążeniami i wszystkim w ogóle, w niewytłumaczony wszelako sposób mieli sobie wzajem
bardzo wiele do powiedzenia. Co się tyczy Polly, zauważyłam, że jej
właściwa natura ujawniała się w pełni jedynie w towarzystwie młodego
Brettona. Kiedy na dobre już oswoiła się i przywykła do domu pani
Bretton, okazała się dzieckiem łatwym do prowadzenia. Moja matka
chrzestna zupełnie dobrze dawała sobie z nią radę. Całymi dniami
siadywała dziewczynka na stołeczku u stóp pani Bretton, ucząc się
zadanych lekcji albo też szyjąc czy pisząc cyfry szyferkiem na
tabliczce, nigdy jednak nie odzywając się z niczym oryginalnym ani też
nie zdradzając żadnego przebłysku swojej osobliwej natury. Przestałam
też obserwować ją w tych warunkach, jako że nie mogła budzić w takich
chwilach większego zainteresowania. Kiedy wszakże wieczorem rozlegało
się pukanie do drzwi powracającego do domu Grahama, dokonywało się w małej momentalne przeistoczenie. W jednej sekundzie była na górnym
podeście klatki schodowej. Jej powitanie bywało stale wymówką albo
groźbą.
- Nie wytarłeś (tykała go już) jak się należy nóg o słomiankę. Powiem
twojej mamie!
- Już jesteś mała wiercipięto?!
- Tak, ale nie możesz mnie dosięgnąć. Stoję wyżej niż ty - chwaliła się,
wysuwając główkę przez pręty balustrady (nawet podnosząc się na czubki
palców, nie mogła przechylić się ponad nią).
- Polly!
- Co, drogi chłopcze? - (tak nazywała go często, przejąwszy od jego
matki ten sposób zwracania się do niego).
- Umieram ze zmęczenia - oświadczał Graham, opierając się o ścianę
pasażu i udając zupełne wyczerpanie. - Doktor Digby, nasz dyrektor,
pokonał mnie do reszty, zbijając mnie całkiem z nóg dodatkowymi
zadaniami. Zejdź na dół i dopomóż mi zanieść na górę książki i zeszyty.
- O, wiem! wiem! Chcesz mnie złapać!
- Wcale nie. Mówię najprawdziwszą prawdę. Jestem słaby jak trzcinka.
Zejdź dopomóc mi.
- Oczy twoje są spokojne, jak u burej kotki, ale boję się, że skoczysz
na mnie.
- Ja?! Skoczyć?! Nic podobnego! Nie mam sił do skakania. Zejdź, a się
przekonasz.
- Może nawet zeszłabym, jeżeli mi przyrzekniesz, że nie tkniesz mnie; że
nie porwiesz mnie w górę i nie będziesz kręcił mną jak wiatrakiem.
- O! Nie byłbym w stanie tego zrobić! - jęczał, osuwając się bezsilnie
na krzesło.
- No, dobrze; połóż książki na pierwszym schodku, a sam odejdź o trzy
kroki w tył.
Kiedy stawało się wedle jej życzenia, zbiegała na dół, nie spuszczając
oka z osłabionego Grahama. Oczywiście, że jej zbliżenie się
galwanizowało go od razu, budząc w nim nagły, gwałtowny przypływ sił:
zabawa musiała udać się w tych warunkach. Czasem wpadała w prawdziwy
gniew, czasem jednak odbywało się wszystko względnie gładko; słyszeliśmy
ją w takich razach mówiącą przy prowadzeniu go po schodach:
- A teraz, drogi chłopcze, chodź i napij się herbaty. Jestem pewna, że
potrzeba ci tego.
Zabawnie było obserwować ją siedzącą przy Grahamie podczas jego posiłku.
W jego nieobecności była cichą, milczącą osóbką; przy nim ożywiała się
od razu, zaaferowana, nadskakująca mu, ruchliwa jak żywe srebro.
Przychodziło mi nieraz na myśl, że lepiej byłoby, gdyby myślała więcej o sobie i była spokojniejsza. Nic z tego jednak: jej własna osoba
schodziła zupełnie na drugi plan; cała jej uwaga zaprzątnięta była nim
wyłącznie. W jej pojęciu nie mógł być ani dostatecznie, ani dość
starannie obsłużony; Wielki Mogoł był w jej oczach niczym w porównaniu z nim. Gromadziła dookoła niego jeden po drugim wszystkie półmiseczki i koszyki z pieczywem i ciastem, a kiedy należało już przypuścić, że miał
pod ręką wszystko, czego mógł zapragnąć, wpadała na nowy pomysł.
- Proszę pani - przybiegała, szepcząc na ucho pani Bretton. - Może syn
pani chciałby zjeść ciastko - wiem, że jest tutaj. - Wskazywała
paluszkiem na kredens. Pani Bretton była z zasady przeciwna jedzeniu
ciastek do herbaty, prośba Polly bywała jednak szczególnie natarczywa. -
Jedno maleńkie ciasteczko, proszę pani, tylko dla niego, musi przecież
jeszcze raz iść do szkoły - dziewczętom takim jak ja i panna Snowe nie
jest potrzebne dogadzanie, ale jemu - tak. Lubi tak bardzo ciastka...
Graham w istocie bardzo lubił ciastka i prawie stale je dostawał. Należy
oddać mu sprawiedliwość, że miał zawsze najszczersze intencje dzielenia
się nimi z tą, której je zawdzięczał. Nigdy jednak nie zgadzała się na
to. Naleganie na nią w tej mierze było niezawodnym sposobem zepsucia jej
humoru na cały wieczór. Jedyną nagrodą, jakiej pragnęła za swoje
starania, była możność krzątania się przy nim, stania przy jego kolanach
i zagarniania podczas tych posiłków na wyłączną własność całej jego
uwagi i towarzystwa, nie zaś dzielenia się z nim słodyczami.
Ze zdumiewającą gotowością przystosowywała się do tematów, które mogły
go interesować. Można było pomyśleć, że dziecko to nie ma własnego życia
ani zainteresowań, musi więc z konieczności żyć, poruszać się i istnieć
cudzymi. Teraz, kiedy ojciec jej był daleko, przylgnęła do Grahama,
zdając się zdolna do odczuwania jedynie jego wrażliwością. Umiała
wyliczać z pamięci nie tylko wszystkie nazwiska, ale i wszystkie
przezwiska jego kolegów szkolnych; przejęła od Grahama sposób określania
każdego z nich z osobna; jedno jego słówko wystarczało jej, aby domyślić
się, o kim mówi. Nigdy nie zapominała ani nie zamieniała
charakterystycznych cech żadnego, nie myląc się nigdy co do tego;
zdarzało jej się nieraz całymi wieczorami mówić z Grahamem o jego
kolegach i nauczycielach, których nie widziała ani razu w życiu, zdając
się najzupełniej świadoma ich wyglądu, gestów, sposobu zachowywania i upodobań. Potrafiła nawet naśladować ich: jeden z młodszych nauczycieli,
do którego Bretton czuł osobliwą odrazę, wyróżniał się jakimiś
słabostkami, które w mig podchwyciła z opowiadań Grahama i nauczyła się
przedrzeźniać ku wielkiej uciesze swojego towarzysza. Pani Bretton
zganiła ją jednak surowo i zakazała podobnej zabawy.
Młoda parka rzadko się sprzeczała. Raz wszakże wynikła pomiędzy obojgiem
scysja, która zadała dotkliwy cios jej uczuciom.
Pewnego dnia Graham miał z racji swoich urodzin przyjąć u siebie kilku
przyjaciół - chłopców w jego wieku. Pani Bretton zaprosiła ich na obiad.
Polly żywo zainteresowała się tą wizytą; tak często mówiła z Grahamem o jego spodziewanych gościach; należeli oni do tych, o których opowiadał
jej najczęściej. Po obiedzie pozostawiono młodych chłopców samych w jadalni, gdzie zrobiło się niebawem bardzo wesoło, jak świadczyły
dolatujące stamtąd hałasy. Przechodząc przypadkiem przez hol, zobaczyłam
małą Polly, siedzącą samotnie na najniższym stopniu schodów, wpatrzoną w połyskujące kolorowe szyby oszklonych drzwi stołowego pokoju, w których
odbijało się światło lampy z holu. Drobne czółko dziewczynki zasępione
było ponurym rozmyślaniem.
- O czym tak myślisz, Polly?
- O niczym nadzwyczajnym; chciałabym tylko, żeby ta szyba była
przezroczysta: mogłabym zajrzeć przez nią. Chłopcy są tacy weseli.
Chciałabym móc wejść do nich, chciałabym być z Grahamem i przyjrzeć się
jego kolegom.
- Cóż ci przeszkadza wejść?
- Boję się. Ale, jak pani myśli, czy mogłabym? Czy mogłabym zapukać do
drzwi i poprosić, żeby mnie wpuścili?
Przypuszczałam, że chłopcy nie będą mieli nic przeciwko dopuszczeniu jej
do swojego towarzystwa i dlatego zachęciłam ją do zapukania.
Zapukała zbyt słabo zrazu, aby można było usłyszeć przez zamknięte
drzwi, po ponowionej wszakże przez nią próbie drzwi zostały uchylone i w ich otworze ukazała się głowa Grahama, rozbawionego, zarazem jednak
zniecierpliwionego.
- Czego chcesz, mała małpko?
- Wejść do was.
- Tylko tyle? Bardzo nam tu jesteś potrzebna! Ciekaw jestem, co
zrobilibyśmy z tobą. Zmykaj do mamy i do panny Snowe i powiedz im, żeby
położyły cię spać.
Kasztanowa grzywa i zaczerwieniona twarz Grahama znikły; drzwi
zatrzasnęły się za nim z hałasem. Polly stała oszołomiona, oniemiała.
- Dlaczego mówił do mnie tak ostro? - szepnęła po chwili. - Nigdy nie
mówi do mnie w taki sposób. Co mu zrobiłam złego?
- Nie, Polly, nie zrobiłaś mu nic złego, tylko widzisz, Graham zajęty
jest swoimi kolegami.
- Tak. I lubi ich bardziej niż mnie! Odpędza mnie teraz, bo ma ich u siebie!
Chciałam ją pocieszyć, a zarazem skorzystać ze sposobności wpojenia w nią paru podstawowych maksym filozoficznych, których pokaźny zasób
miałam zawsze w pogotowiu. Powstrzymała mnie jednak przy pierwszym
wypowiedzianym słowie, zatkawszy sobie uszy paluszkami, i rzuciła się na
słomiankę, twarzą do fliz kamiennej posadzki. Ani Warrenowi, ani
kucharce nie udało się jej podnieść, pozostawiliśmy ją więc w spokoju i pozwoliliśmy leżeć, dopóki sama z własnej woli nie uważała za właściwe
wstać i odejść.
Graham tego samego jeszcze wieczora zapomniał o swoim zniecierpliwieniu
i po odejściu kolegów zwrócił się jak zwykle do małej towarzyszki zabaw.
Wyrwała mu się wszakże z ręki, oczy jej rozbłysły gniewem; nie chciała
powiedzieć mu dobranoc, nie chciała patrzeć na niego. Nazajutrz zachował
się wobec niej obojętnie, a ona była sztywna i zimna jak marmur. Kiedy
po przeminięciu w ten sposób jeszcze jednego dnia zaczął drażnić ją
dopytywaniem, jaki jest właściwie powód jej dąsania, nie otworzyła ust.
Nie mógł, oczywiście, gniewać się na nią prawdziwie; zbyt niedobraną
stanowili pod każdym względem parę; zrazu też próbował ułagodzić ją, a potem zadręczać dopytywaniem się:
- Dlaczego jesteś taka zagniewana na mnie? Co ci zrobiłem złego?
Za całą odpowiedź rozpłakała się, a wtedy ukoił ją pieszczotami, które
przywróciły dawną przyjaźń. Należała jednak do istot, po których podobne
wydarzenia nie prześlizgują się bez śladu. Zauważyłam, że po tym
odtrąceniu nigdy już więcej nie szukała go, nie wpraszała się do jego
towarzystwa ani też nie narzucała mu się w żaden inny sposób. Poleciłam
jej pewnego razu, aby zaniosła mu jakąś książkę, kiedy siedział
zamknięty w swoim pokoju do nauki.
- Poczekam, aż wyjdzie - odparła dumnie. - Nie chcę, żeby przeze mnie
wstawał od biurka i otwierał mi drzwi.
Młody Bretton miał ulubionego kucyka, na którym wyjeżdżał często na
spacer; Polly śledziła zawsze przez okno jego odjazd i przyjazd. Ambicją
jej było móc objechać na kucyku raz jeden chociażby podwórze dookoła,
nigdy jednak nie prosiła o dostąpienie tego zaszczytu. Pewnego dnia
zaszła na podwórze, aby być obecną przy zsiadaniu Grahama z konia. Kiedy
stała tak, oparta o furtkę, pragnienie przejechania się na kucyku
płonęło ogniem tęsknoty w jej oczach.
- Cóż, Polly, masz ochotę się przejechać? - zapytał Graham nieco
niedbale. Przypuszczam, że ton jego wydał jej się zbyt obojętny i lekceważący.
- Nie, dziękuję ci - odparła, odwracając się z doskonale udawaną
oziębłością.
- Radzę ci, przejedź się - powtórzył. - Wiem, że sprawi ci to
przyjemność.
- Nie wyobrażaj sobie, że dbam chociaż trochę o to - odparła wyniośle.
- Nieprawda. Powiedziałaś Lucy Snowe, że bardzo pragniesz móc się
przejechać.
- Lucy Snowe jest plotkarką - brzmiała jej odpowiedź (lekkie seplenienie
i przekręcanie liter w niektórych wyrazach było jedyną jej cechą
prawdziwie dziecięcą, najmniej przedwczesną). Powiedziawszy to, weszła
do domu. Graham, który powrócił wkrótce po niej, odezwał się do matki:
- Mamo, myślę, że to stworzenie musi być chyba pomylone; istny gabinet
osobliwości. Nudno jednak byłoby mi bez niej. Bawi mnie daleko więcej
aniżeli ty i Lucy Snowe.
- Panno Lucy - zwróciła się do mnie Polly (powoli przywykła wdawać się
ze mną w pogawędkę, kiedy byłyśmy same w naszym pokoju wieczorem) - wie
pani, którego dnia w tygodniu najbardziej lubię Grahama?
- Skądże mogłabym wiedzieć coś równie dziwnego? Czy możliwe, aby istniał
taki dzień spośród siedmiu, w którym Graham jest inny niż w pozostałe
sześć?
- Rozumie się, że jest! Jak to?! Czy pani tego nie rozumie? Nie wie pani
takiej prostej rzeczy? Jest najdoskonalszy w niedzielę, bo mamy go w niedzielę cały dzień, i jest wtenczas taki spokojny, a wieczorem jest
taki dobry.
Uwaga nie była bynajmniej bezpodstawna: chodzenie do kościoła i inne
tego rodzaju obowiązki nastrajały Grahama w niedzielę na nutę spokoju;
wieczory niedzielne poświęcał przeważnie niewinnym, może tylko nieco
gnuśnym rodzajom zabawy przy ogniu kominkowym. Najczęściej brał w posiadanie kanapkę i wzywał do siebie Polly.
Graham był chłopcem niezupełnie podobnym do innych rówieśników; nie
szukał wyłącznej rozkoszy w czynie; był skłonny do wpadania od czasu do
czasu w momenty zadumy; znajdował także przyjemność w czytaniu, a jego
lektura nie była dobierana dorywczo, byle jak, na oślep. Miał wyraźne,
charakterystyczne upodobania, a nawet przebłyski intuicyjnego gustu w wyborze. Rzadko, co prawda, robił uwagi o tym, co czytał,
niejednokrotnie jednak widywałam go siedzącego i rozmyślającego o przeczytanym dziele.
Polly klęczała przy nim na małej poduszeczce, umieszczonej na dywanie.
Rozmowa, która zawiązywała się pomiędzy obojgiem, rozpoczynała się
zazwyczaj szeptem, przyciszonym, ale dosłyszalnym. Tu i ówdzie
podchwytywałam jej urywki, w istocie też przyznać musiałam, że jakiś
lepszy i podnioślejszy nastrój aniżeli zwykły, z dni powszednich, zdawał
się usposabiać Grahama osobliwie łagodnie.
- Nauczyłaś się nowych hymnów w tym tygodniu, Polly?
- Nauczyłam się bardzo ładnego. Ma cztery wersety. Chcesz, abym je
wypowiedziała?
- Dobrze, ale mów ładnie. Nie śpiesz się.
Po wypowiedzeniu, a raczej po na wpół śpiewnym wyrecytowaniu przez nią
hymnu półgłosem, przystępował do wykazania błędów jej recytacji,
udzielając wsłuchanej w jego słowa dziewczynce formalnego wykładu na ten
temat. Uczyła się łatwo i z równą łatwością naśladowała podany wzór,
nade wszystko zaś przyjemność, jaką sprawiało jej poczucie, że
zadowoliła Grahama, czyniła z niej doskonały materiał na uczennicę. Po
hymnie następowało głośne czytanie - czasem rozdziału z Biblii: tutaj
rzadko potrzebne było poprawianie; dziecko czytało płynnie i wnikliwie
wszelkie ustępy opisowe, a kiedy natrafiła na temat, który była w stanie
zrozumieć, a zwłaszcza jeżeli mógł ją zainteresować, wyrazistość i głębia uczucia jej recytacji stawała się wręcz zdumiewająca. Józef
wrzucony do studni, Daniel w jaskini lwów - były najulubieńszymi jej
opowieściami: szczerze wzruszała ją zwłaszcza pierwsza.
- Biedny Jakub! - wołała często drżącymi usteczkami. - Jak bardzo kochał
swojego syna Józefa! Tak bardzo - dodała pewnego razu - tak bardzo,
Grahamie, jak ja kocham ciebie; gdybyś miał umrzeć - otworzyła ponownie
księgę, odszukała werset i odczytała go - "Odmawiałabym wszelkich słów
pociechy i zestąpiłabym do twojego grobu w żałobie".
Przy wypowiedzeniu tych słów objęła Grahama drobnymi ramionkami,
przyciągając ku sobie głowę okrytą gęstą grzywą włosów. Gest ten uderzył
mnie wówczas - dobrze to pamiętam - jako nieopanowanie porywczy;
sprawiało to wrażenie, jakiego można by doznać na widok zwierzęcia,
groźnego z natury, sztucznie wszakże na wpół oswojonego i nazbyt
nieostrożnie darzonego pieszczotami. Nie dlatego, abym miała obawiać
się, że Graham wyrządzić jej może istotną krzywdę albo też nazbyt
szorstko ją odtrącić, przychodziło mi jednak na myśl, że mała naraża się
na niecierpliwe czy obojętne potraktowanie jej, co byłoby gorsze dla
niej niemal aniżeli faktyczny cios.
Na ogół wszakże Graham przyjmował takie wybuchy miłości z jej strony
raczej biernie: czasem nawet wyraz zadowolonego zdumienia wobec jej
poważnych oświadczyn rozpalał wesołe błyski w oczach. Pewnego dnia
powiedział:
- Lubisz mnie prawie tak samo, jak gdybyś była moją małą siostrzyczką,
prawda, Polly?
- O, tak, lubię cię - odrzekła - lubię cię bardzo!
Nie było mi dane zabawiać się długo studiowaniem ciekawego charakteru
dziewczynki. Zaledwie od dwóch miesięcy przebywała w Bretton, kiedy
nadszedł list od pana Home'a, donoszącego, że osiedlił się obecnie na
kontynencie w pobliżu swojej rodziny z linii macierzystej. Wobec tego
zaś, że nic go nie ciągnie do Anglii, która stała mu się zdecydowanie
niemiła, nie myśli powrócić tutaj w ciągu długich lat, życzy sobie też
niezwłocznego powrotu małej córeczki.
- Ciekawa jestem, jak mała przyjmie tę wiadomość? - rzekła pani Bretton
po przeczytaniu listu. I ja także byłam ciekawa tego, podjęłam się też
zakomunikowania Polly ważkiej dla niej nowiny.
Udawszy się do salonu - gdzie, ze względu na jego ciszę i ozdobność,
lubiła przebywać sama i gdzie można było śmiało ją pozostawić, nie
dotykała bowiem niczego, a w każdym razie nie brudziła niczego
dotknięciem swoich paluszków - zastałam ją siedzącą w pozie odaliski na
kanapce, na wpół ocienionej opadającymi fałdami kotar sąsiedniego okna.
Wydawała się szczęśliwa; wszystkie jej narzędzia pracy umieszczone były
dookoła niej: biała drewniana skrzyneczka do robót, parę kawałków
batystu, trochę wstążeczek - słowem: wszystko, co mogło jej być
potrzebne do sfabrykowania kapelusza dla lalki. Lalka w nocnym stroju
spoczywała w łóżeczku; jej opiekunka usypiała ją nuceniem kołysanki,
zdając się najgłębiej przeświadczoną o usypiającym wpływie własnego
śpiewu. Równocześnie zajęte jej oczy były książką z obrazkami,
spoczywającą na kolanach.
- O, panno Lucy - szepnęła - to cudowna książka! Kandusia - lalka,
ochrzczona tym imieniem przez Grahama - usnęła teraz, mogę więc
opowiedzieć pani o książce, ale musimy obie mówić cichutko, żeby jej nie
obudzić. Dał mi tę książkę Graham; opisuje ona dalekie kraje, do których
trzeba bardzo długo jechać z Anglii; żaden podróżnik nie może dostać się
tam, nie przepływając tysięcy mil po morzach. W krajach tych mieszkają
dzicy ludzie, wie pani? Ubierają się zupełnie inaczej niż my, niektórzy
z nich nie noszą prawie żadnego ubrania, bo chcą, żeby im było chłodno.
Tam u nich, widzi pani, jest strasznie gorąco. Niech pani przyjrzy się -
tutaj, na tym obrazku, są ich tysiące na pustynnym miejscu - nic tylko
piaski i piaski. Wszyscy oni zebrali się dookoła jakiegoś pana w czarnym
ubraniu - dobrego, dobrego Anglika misjonarza, który ma do nich kazanie
pod drzewem palmowym - wskazała paluszkiem na kolorową rycinę. - A tutaj
- dodała - są obrazki jeszcze zadziwiajątsze - w zapale opowiadania
zapomniała o prawidłach gramatycznych. - O, tutaj, widzi pani, jest ten
cudowny Wielki Mur Chiński; a tutaj chińska pani; ma nóżki jeszcze
mniejsze niż moje. A tutaj dziki koń tatarski... O, a tutaj coś jeszcze
dziwniejszego niż wszystko - kraj samych śniegów i lodów, bez zielonych
pól, ogrodów i lasów. W tym kraju znaleziono - mówi Graham - kości
jakiegoś mamuta: teraz nie ma tam już mamutów. Jestem pewna, że pani nie
wie, panno Lucy, jak taki mamut wyglądał, ale ja wiem, mogę go pani
opisać, bo Graham opowiedział mi o nim. Strasznie wielki. Taki wysoki
jak ten pokój i taki długi jak nasz hol, ale niedrapieżny i niemięsożerny - tak myśli Graham. Mówi, że gdybym spotkała takiego
mamuta w lesie, nie pożarłby mnie, chyba że podeszłabym do niego bardzo,
ale to bardzo blisko. Wtedy mógłby stratować mnie swoimi wielkimi łapami
pośród krzewów, tak samo jak ja mogłabym stratować konika polnego wśród
łąki i nic nie wiedziałabym o tym.
Gwarzyłaby tak bez końca, gdybym nie przerwała jej pytaniem:
- Chciałabyś podróżować, Polly?
- Nie teraz jeszcze - odparła przezornie. - Może za jakie dwadzieścia
lat, kiedy będę dorosłą kobietą, taką dużą jak pani Bretton, będę mogła
podróżować z Grahamem. Chcemy pojechać do Szwajcarii i dostać się tam na
Mount Blanc - tak się nazywa ich największa góra. A kiedyś może nawet
popłyniemy do Ameryki Południowej i wdrapiemy się na Kim... kim...
borazo.
- A nie chciałabyś podróżować teraz z twoim ojczulkiem?
Odpowiedź, której udzieliła mi nie od razu, ale po dłuższej pauzie
dopiero, wykazała skłonność małej do niespodziewanych wybuchów
rozdrażnienia.
- Na co się zdało mówienie o takich niemożliwych głupstwach?! -
zawołała. - Dlaczego wspomniała pani o ojczulku? Co panią może obchodzić
mój ojczulek? Zaczęłam już właśnie się uspokajać i nie myśleć o nim tak
dużo, i znów wszystko zacznie się na nowo.
Usteczka jej drgały. Pospieszyłam zakomunikować wiadomość o liście
otrzymanym od jej ojca, który pisze, że ona i Harriet mają niezwłocznie
pojechać tam, gdzie zamieszkał teraz.
- I cóż, Polly, jesteś zadowolona? - dodałam.
Nic nie odpowiedziała. Upuściła książkę na podłogę i przestała kołysać
swoją lalkę, wlepiwszy we mnie oczy z niezwykłą nawet u niej powagą.
- Czyżbyś nie miała ochoty jechać do swojego ojczulka?
- Rozumie się, że mam ochotę - odcięła się zwykłym, ostrym, stanowczym
tonem przemawiania do mnie, zupełnie odmiennym od jej sposobu mówienia z panią Bretton i zasadniczo znów różniącym się od brzmienia jej głosu,
kiedy zwracała się do Grahama.
Pragnęłam poznać bliżej bieg jej myśli, nie chciała jednak rozmawiać ze
mną więcej na ten temat i pobiegła od razu do pani Bretton, aby zapytać,
czy wiadomość, której udzieliłam jej, jest prawdziwa. Usłyszała,
oczywiście, z ust mojej matki chrzestnej najzupełniejsze potwierdzenie
ścisłości mojej informacji. Doniosłe znaczenie tej nowiny utrzymało ją
przez cały dzień w poważnym nastroju. Wieczorem, w chwili otwierania
przez Grahama drzwi wejściowych do holu, podbiegła do mnie i zaczęła
niespodziewanie poprawiać rozluźnioną wstążkę, którą miałam dookoła
szyi, wyjmować i przekładać grzebyki, podtrzymujące moją fryzurę. Była
zajęta tym, kiedy wszedł do pokoju Graham.
- Niech go pani przygotuje powoli do tego, że odjeżdżam - szepnęła mi do
ucha.
Zakomunikowałam mu najświeższą nowinę w trakcie picia przez nas
wszystkich popołudniowej herbaty. Głowa chłopca była w danej chwili
zaprzątnięta pewnym, rozpisanym przez szkołę zadaniem konkursowym do
nagrody, o którą i Graham także zamierzał się ubiegać. Tak był
zamyślony, że musiałam powtórzyć mu dwa razy wiadomość, zanim dotarła
ona wreszcie w sposób właściwy do jego świadomości, a nawet i wówczas
przemknęła przez nią przelotnie tylko.
- Co takiego?! Polly ma odjechać?! Jaka szkoda! Droga, kochana Myszka.
Szkoda mi będzie ją utracić!... Ale musi przyjechać do nas znów, mamo!
I przełknąwszy pośpiesznie herbatę, wziął świecę, którą postawił wraz ze
swoimi książkami na małym stoliku, i po chwili pogrążył się
niepodzielnie w pracy.
"Kochana Myszka" przysunęła się do niego i przykucnęła na dywanie u nóg,
opuściwszy główkę tak nisko, że niemal dotykała nią dywanu. Niema i nieporuszona, utrzymała tę pozycję aż do chwili pójścia spać. W pewnym
momencie dostrzegłam, że Graham - prawdopodobnie zupełnie nieświadomy
jej obecności tak blisko - popchnął ją końcem będącej w nieustannym
ruchu nogi. W następnej chwili jedna rączka, wysunięta spod ukrywającej
się pod nią twarzyczki dziecka, czule pogłaskała nieuważną stopę. Na
zwróconą jej uwagę, że czas już iść spać, podniosła się i wyszła
posłusznie z pokoju, złożywszy wszystkim obecnym bardzo przyciszonym
głosem życzenia dobrej nocy.
Nie powiem, abym obawiała się pójścia w godzinę później na górę do
naszej wspólnej sypialni, poszłam jednak z wyraźnym uczuciem niepokoju,
przeczuwając, że nie zastanę małej uśpioną, jak należałoby. Przeczucia
nie omyliły mnie. Polly, zziębnięta i czuwająca, siedziała jak skulony
mały ptaszek na krawędzi łóżeczka. Nie wiedziałam, jak się do niej
zbliżyć, niepodobna było przecież postąpić z nią, jak należałoby
postąpić w takim wypadku z każdym innym dzieckiem. Ona sama jednak
zwróciła się do mnie pierwsza. W chwili, kiedy zamknąwszy za sobą drzwi
postawiłam na toalecie zapaloną świecę, jęknęła:
- Nie mogę... nie mogę spać... I tak samo nie mogę... nie mogę żyć!
Zapytałam, co jej dolega.
- Steraszne zmart...wienie - wysepleniła, jak zwykle w momentach
wielkiego wzruszenia.
- Czy mam poprosić tutaj panią Bretton?
- To byłoby zupełnie głupie - brzmiała zniecierpliwiona odpowiedź małej.
Ja sama, co prawda, wiedziałam, że na odgłos kroków pani Bretton
wsunęłaby się pod kołdrę cichutko jak myszka. Nie krępując się wcale z ujawnianiem swoich dziwactw wobec mnie - dla której nie siliła się
udawać nawet szacunku ani serdeczniejszych uczuć - nie zdradzała nigdy
wobec mojej matki chrzestnej ani cienia właściwej swojej istoty,
zachowując się zawsze jak grzeczne, posłuszne, może nieco tylko
niezwykłe dziewczątko. Spojrzałam na nią: policzki jej były szkarłatne,
oczy o rozszerzonych źrenicach płonęły, dręcząco rozbiegane. Zdałam
sobie sprawę, że nie można pozostawić dziecka w tym stanie przez całą
noc. Domyśliłam się, co tak strasznie jej doskwierało.
- Może chciałabyś powiedzieć raz jeszcze dobranoc Grahamowi - zapytałam.
- Nie poszedł jeszcze do swojego pokoju.
Wyciągnęła do mnie od razu oba drobne ramionka, aby ją podnieść.
Otuliwszy małą ciepłym szalem, zaniosłam ją z powrotem do salonu. Graham
wychodził właśnie stamtąd.
- Nie może zasnąć, dopóki się nie zobaczy i nie pomówi z panem raz
jeszcze - rzekłam. - Martwi się na myśl, że będzie musiała rozstać się z panem.
- Rozpieściłem ją - odparł, biorąc małą z moich rąk i całując jej
rozgorączkowaną twarzyczkę i płonące usteczka.
- Czy naprawdę miałabyś kochać mnie więcej niż swojego ojczulka?
- Tak, kocham cię, ale ty wcale mnie nie kochasz - szepnęła w odpowiedzi.
Zapewnił ją, że jest w błędzie, pocałował raz jeszcze, a potem oddał mi
dziecko ponownie, abym odniosła je z powrotem do łóżeczka, niestety,
wcale nieukojone.
Kiedy wydawało mi się, że zdolna jest mnie wysłuchać, powiedziałam:
- Nie powinnaś zamartwiać się, Polly, że Graham nie kocha cię tak bardzo
jak ty jego. Tak być musi.
Jej podniesione badawczo oczy wyraźnie pytały, dlaczego tak być musi.
- Dlatego że jest chłopcem, a ty dziewczynką; on ma szesnaście lat, a ty
sześć dopiero; on jest silny i wesoły z natury, a ty masz usposobienie
zupełnie odmienne.
- Ale ja kocham go tak bardzo; powinien kochać mnie choć troszeczkę.
- Kocha cię. Kocha cię prawdziwie. Jesteś jego ulubienicą.
- Naprawdę jestem ulubienicą Grahama?
- Tak. Bardziej niż którekolwiek z dzieci, które znam.
Zapewnienie to uspokoiło ją nieco. Uśmiechnęła się nawet.
- Nie żądaj jednak od niego zbyt wiele - dodałam - żeby mu się nie
uprzykrzyć, bo wtedy będzie po wszystkim.
- Po wszystkim - jęknęła słabym głosem. - O, w takim razie będę dobra i spokojna. Będę starała się być dobra i spokojna, panno Lucy.
Położyłam ją do łóżka.
- Czy tylko wybaczy mi ten jeden raz? - usłyszałam jej pytanie, kiedy
zaczęłam już się rozbierać. Zapewniłam, że jej wybaczy, że, jak
dotychczas, kocha ją po dawnemu i że musi być tylko ostrożna na
przyszłość.
- Nie będzie żadnej przyszłości - rzekła. - Odjeżdżam. Czy kiedyś...
jeszcze... zobaczę go, jak wyjadę z Anglii?
Uspokoiłam ją zapewnieniem, że niewątpliwie zobaczy go kiedyś ponownie.
Zgasiłam świecę. Upłynęło jeszcze pół godziny. Przypuszczałam, że Polly
usnęła, kiedy nagle maleńka biała postać uniosła się na łóżeczku i cichy
głosik zapytał:
- Lubi pani Grahama, panno Lucy?
- Tak. Dość go lubię.
- Tylko dość? Czy lubi go pani tak samo, jak ja go lubię?
- Myślę, że nie. Nie, nie tak jak ty.
- A czy lubi go pani bardzo?
- Powiedziałam ci przecież, że lubię go tylko dość. Tak sobie. Dlaczego
miałabym kochać go tak bardzo? Ma tak wiele wad.
- Naprawdę?
- Wszyscy chłopcy mają wiele wad.
- Więcej jeszcze niż dziewczynki?
- Tak mi się wydaje. Mądrzy ludzie mówią, że nierozsądkiem jest uważać
jakiegokolwiek człowieka za doskonałość, a co się tyczy lubienia i nielubienia powinniśmy być życzliwie i przyjacielsko usposobieni do
wszystkich, nie ubóstwiać jednak nikogo.
- Czy pani, panno Lucy, jest mądrą osobą?
- Chciałabym być nią. Ale teraz śpij.
- Nie mogę usnąć. Czy panią nie boli tutaj? - zapytała, kładąc maleńką,
ni to lalczyną rączkę na równie miniaturowej piersi. - Nie czuje pani
bólu tutaj na myśl, że będzie pani musiała opuścić Grahama? Bo przecież
to nie jest pani dom?
- Doprawdy, Polly, nie powinno cię to tak bardzo boleć; masz przecież
jechać do twojego ojczulka, z którym będziesz wkrótce razem. Czy nie
pragniesz już być jego małą towarzyszką?
Martwa cisza zapadła po tym pytaniu, na które nie otrzymałam odpowiedzi.
- Połóż się, maleńka, i uśnij - prosiłam.
- Tak wyziębło moje łóżko - jęknęła. - Nie mogę się ogrzać.
Widziałam, że mała istotnie drży z zimna.
- Chodź do mnie - rzekłam, pragnąc, zarazem jednak nie mając nadziei,
aby przyjęła moje zaproszenie. Była takim niesłychanie dziwnym,
kapryśnym, małym stworzonkiem, kapryśnym zwłaszcza i nierównym w stosunku do mojej osoby. Natychmiast wszakże przyszła do mnie,
prześlizgnąwszy się bezszelestnie po dywanie, niby drobny, biały duszek.
Przytuliłam ją do siebie. Była skostniała. Ogrzałam ją w moich
ramionach. Drżała nerwowo. Udało mi się uspokoić ją powoli. Ukojona
wreszcie i upieszczona przeze mnie, zasnęła.
Wyjątkowe dziecko, pomyślałam, przyglądając się jej uśpionej w mdłym
świetle księżyca i ostrożnie osuszając cienką batystową chusteczką mokre
od płaczu powieki i policzki.
W jaki sposób zdoła przejść przez życie i zwalczać jego przeciwności?
Jak będzie znosić jego ciosy i rozczarowania, upokorzenia i klęski,
które, jak pouczają mnie książki i jak podszeptuje mi mój własny rozum,
przeznaczone są każdej żyjącej istocie?
Odjechała nazajutrz, drżąc jak listek w momencie pożegnania, usiłując
wszakże opanować się, i względnie panując nad sobą.
Rozdział IV
PANNA MARCHMONT
Opuściwszy Bretton w parę tygodni po wyjeździe małej Polly - nie
przewidywałam wówczas, że nigdy już więcej nie odwiedzę miłej tej
siedziby i nigdy stąpać nie będę ponownie po cichych uliczkach wiekowego
miasteczka - powróciłam do domu po półrocznej nieobecności. Należałoby
przypuścić, że byłam zadowolona z powrotu na łono rodziny. W naturalnym
takim przypuszczeniu nie może w żadnym razie być niczego uwłaczającego
ani krzywdzącego, nie starajmy się więc zadawać temu kłamu. Nie myśląc
też bynajmniej czynić tego, pozwalam, aby Czytelnik wyobraził mnie sobie
drzemiącą w ciągu najbliższych ośmiu lat, niby łódź w pogodę bezwietrzną
na nieporuszonych jak szkło wodach przystani, gdy sternik leży
wyciągnięty na deskach pokładu z twarzą zwróconą ku niebu i zamkniętymi
oczami, pogrążony, można by przypuścić, w długiej modlitwie. Panuje
powszechne mniemanie, że wielki zastęp kobiet i dziewcząt spędza życie
swoje w taki właśnie sposób, dlaczegóż bym więc i ja nie miała iść ich
śladem?
Wyobraź mnie sobie, Czytelniku, pulchną i zadowoloną, pławiącą się
bezczynnie w słońcu, na wysłanym miękko pokładzie, stale ogrzewaną
słonecznymi promieniami i kołysaną na fali łagodnie poruszanej powiewem
lekkiego wietrzyka. Nie da się jednak zataić, że gdyby tak być miało,
należałoby wyobrazić sobie, że uległam znać w jakiś sposób katastrofie,
że zostałam wyrzucona poza burtę albo też, że łódź moja uległa rozbiciu.
I ja sama także pamiętam czas - długi okres - chłodu, niebezpieczeństw,
zwad. Do dnia dzisiejszego, ilekroć dławi mnie zmora nocna, doznaję
ponownie w krtani owego uczucia słoności, napływającej mi do przełyku
wody i jej mroźnego ucisku na płuca. Wiem nawet, że rozpętała się burza,
i to burza, która trwała nie godzinę czy tylko jeden dzień. W ciągu
wielu dni i nocy nie zajaśniało słońce ani też nie wybłysnęły na niebie
gwiazdy; własnymi rękami wyrzucaliśmy takielunek z naszego statku; nad
naszymi głowami srożył się sztorm, straciliśmy wszelką nadzieję, że uda
nam się uratować. W końcu statek uległ rozbiciu, a cała załoga poszła na
dno.
O ile mogę sięgnąć pamięcią, nie uskarżałam się nigdy przed nikim na
ciężkie przejścia. Przed kim właściwie miałabym się uskarżać? Panią
Bretton od dawna straciłam z oczu. Przeszkody, wzniesione przez osoby
trzecie, przed laty już stanęły pomiędzy nami, uniemożliwiając
porozumienie się. Nadto przyniósł czas zmiany i w jej życiu także:
pokaźna fortuna, na której straży stała, aby ją przekazać nietkniętą
synowi, umieszczona w pewnym przedsiębiorstwie jako jego kapitał
zakładowy, skurczyła się, jak utrzymywano, do drobnej cząstki pierwotnej
swojej wartości. Graham, o czym słyszałam ze źródeł postronnych, obrał
zawód lekarza i wraz z matką opuścił Bretton, aby, o ile było mi
wiadomo, osiedlić się w Londynie.
Nie istniała dla mnie w ten sposób możliwość liczenia na czyjąkolwiek
pomoc, musiałam sama myśleć o sobie. Nie wydaje mi się, abym należała do
natur samodzielnych czy przedsiębiorczych; zarówno jednak samodzielność,
jak przedsiębiorczość zostały mi narzucone przez warunki, w jakich się
znalazłam, na równi zresztą z tysiącami innych ludzi oprócz mnie. Kiedy
więc przysłała po mnie panna Marchmont, starsza niezamężna dama,
zamieszkała w naszej okolicy, posłuszna byłam z całą gotowością jej
wezwaniu w nadziei, że poruczy mi do pełnienia jakąś misję, której
potrafię podołać.
Panna Marchmont była osobą zamożną, zamieszkiwała piękną rezydencję,
była wszelako zreumatyzowaną, zniedołężniałą kaleką, pozbawioną od
dwudziestu lat władzy w rękach i nogach. Przebywała stale na górnym
piętrze swojej siedziby, nie schodząc nigdy na dół. Salon jej przytykał
do jej sypialni. Słyszałam wiele o niej i o dziwactwach (miała opinię
wielce ekscentrycznej), nigdy jednak jeszcze do owego czasu nie miałam
okazji widzenia jej ani mówienia z nią. Wprowadzona do jej pokoju,
znalazłam się wobec pomarszczonej, siwowłosej kobiety o poważnym
wyglądzie, który mógł być wynikiem zarówno jej długotrwałego
osamotnienia, jak jej dolegliwości fizycznych. Temu może również
należało przypisać jej drażliwość i kapryśność. Jak się okazało, jej
panna służąca, a właściwie towarzyszka, która pielęgnowała ją przez
wiele lat, miała wyjść za mąż, słysząc więc o osamotnieniu moim i o trudnych warunkach, w jakich się znalazłam, posłała panna Marchmont po
mnie w nadziei, że potrafię może zastąpić przy niej tamtą. Kiedy więc po
wypiciu pospołu popołudniowej herbaty siedziałyśmy obie przy kominku,
zrobiła mi odpowiednią propozycję.
- Nie będzie to łatwe życie - uprzedziła mnie lojalnie - wymagam wiele
obsługi, będzie też pani przez większą część dnia zamknięta tutaj ze
mną; może jednak, w przeciwstawieniu do życia, jakie wiodła pani
dotychczas, wyda się pani zajęcie u mnie dość znośne.
Rozważyłam w myśli uczynioną mi propozycję; ofiarowane mi stanowisko
powinno byłoby oczywiście wydać mi się znośne - usiłowałam przekonać
sama siebie - okazało się jednak, że wskutek szczególnego ciążącego na
mnie fatum przewidywania te nie ziściły się. Nie mogły, co prawda,
uśmiechać mi się osobliwe widoki stałego przebywania tutaj, w tym
szczelnie zamkniętym pokoju, będąc świadkiem nieustannych cierpień -
czasem może ofiarą złego humoru - i spędzenia w ten sposób reszty mojej
młodości, wiedząc, że wszystko, co było, minęło, wyrażając się
najoględniej, nie nazbyt szczęśliwie! Zabrakło mi na chwilę odwagi, wnet
jednak odzyskałam ją, jakkolwiek bowiem zmuszałam się do uprzytomnienia
sobie złych stron, byłam jednak zbyt przyziemna, aby idealizować je, a tym samym wyolbrzymiać nadmiernie.
- Nie jestem pewna, czy starczy mi sił potrzebnych do pełnienia tych
zadań - rzekłam.
- I ja także mam ten skrupuł - zgodziła się. - Sprawia pani wrażenie
zmizerowanej, wyczerpanej.
Byłam zmizerowana i wyczerpana. Zajrzałam do lustra i zobaczyłam w nim
siebie samą w sukni żałobnej, dziwnie wyblakłą, z głęboko wpadniętymi,
podkrążonymi oczami. Tak. Nie był to widok obiecujący. Te oznaki
przywiędnięcia były jednak tylko zewnętrzne, tak wydawało mi się
przynajmniej: czułam wciąż jeszcze w sobie życie, tętniące, niezamarłe w jego źródle.
- Czy ma pani coś innego na widoku?
- Jak dotychczas nic wyraźnego, mogłabym jednak znaleźć, przypuszczam.
- Tak sobie pani wyobraża, może nie bez słuszności. Dobrze. Niech więc
pani próbuje w dalszym ciągu poszukiwań na własną rękę. Jeśli jednak
zawiodą one panią, proszę powrócić do mojej oferty. Pozostawiam pani
otwartą możność przyjęcia jej w ciągu trzech miesięcy.
Było to wielce uprzejme z jej strony postawienie sprawy. Powiedziałam,
co o tym myślę, i wyraziłam moją wdzięczność. W tej samej chwili
schwycił ją ostry atak bólu. Zajęłam się cierpiącą, zastosowałam
wskazane mi przez nią środki, i zanim jeszcze zdążyły one przynieść
ulgę, zawiązał się pomiędzy nami obiema rodzaj poufniejszego stosunku.
Co się mnie tyczy, przekonałam się ze sposobu, w jaki zniosła ten ostry
atak, że mam przed sobą dzielną, cierpliwą kobietę (cierpliwą wobec
dolegliwości fizycznych, czasem tylko może podrażnioną pod wpływem
toczącego ją moralnego raka), ona zaś, widząc moją dobrą wolę,
przekonała się, że może wzbudzić we mnie współczujący odzew na swoje
cierpienia. Przysłała po mnie zaraz nazajutrz, powtarzając te wezwania
pięć czy sześć dni z rzędu. Bliższe poznanie jej, mimo że ujawniło mi
niektóre cechujące ją dziwactwa i wady, przekonało zarazem, że mam do
czynienia z charakterem zdolnym wzbudzić szczery szacunek. Bywała, co
prawda, surowa czasem, a nawet ponura, nie przeszkadzało mi to jednak
pielęgnować jej i siedzieć przy niej ze spokojem, jaki dany jest nam
zawsze zachować, ilekroć czujemy, że nasza obecność, nasze bezpośrednie
zetknięcie, nasz sposób zachowania podobają się i sprawiają ulgę osobom,
którym oddajemy usługi. Nawet kiedy łajała mnie, i to dość cierpko - co
zdarzało się od czasu do czasu - czyniła to w sposób, który nie
upokarzał mnie i nie pozostawiał dokuczliwego żądła. Przypominała raczej
rozgniewaną matkę karcącą córkę, aniżeli surową chlebodawczynię,
czyniącą ostre wyrzuty opłacanej przez nią pracownicy. Nie umiała
zrzędzić, czasem tylko wpadała w gwałtowny gniew. Co najważniejsze
jednak, umiała opamiętać się w chwilach największej pasji: logika nie
zawodziła jej nawet w roznamiętnieniu. Rychło też wzrastające uczucie
szczerego przywiązania pozwoliło mi w nowym zupełnie świetle rozważać
myśl pozostania przy niej w charakterze towarzyszki: po tygodniu
zgodziłam się na objęcie tego stanowiska.
W ten sposób światem moim stały się dwa rozprażone, szczelnie pozamykane
pokoje, a zniedołężniała, schorowana, stara kobieta moją panią, moją
przyjaciółką, wszystkim dla mnie. Pełnienie służby przy niej było moim
obowiązkiem; jej ból - moim cierpieniem; myśl o uldze, którą mogłam jej
przynieść - jedynym moim zadaniem; jej niezadowolenie - moją karą; jej
uśmiech - moją nagrodą. Zapomniałam o istnieniu pól, lasów, rzek,
jezior, mórz i wciąż zmieniającego się nieba poza oślepłymi,
zachodzącymi wciąż od nowa parą szybami okiennymi pokoju chorej. Rada
byłam prawie temu zapomnieniu. Całe moje nastawienie zacieśniło się,
wtłoczone w ramy obecnej mojej misji. Cicha i łagodna z natury,
zahartowana przez los, nie tęskniłam za spacerami na otwartym powietrzu;
mój głód nasycały w zupełności skromne, mikroskopijne posiłki, podawane
mi w zależności od apetytu i wymagań pacjentki; co najważniejsze
wszakże, dawała mi ona sama możność studiowania niezwykłości jej
charakteru; podziwiania niewzruszonej stałości jej cnót, potęgi pasji,
ufania szczerości uczuć. Posiadała wszystkie te cechy i z tego powodu
właśnie przywiązałam się do niej.
Dla tych cech gotowa byłam pozostać przy niej przez dwadzieścia lat
jeszcze, gdyby udręka jej życia miała trwać jeszcze dwadzieścia lat.
Inny los wszakże przeznaczony był nam obu. Co się mnie tyczy, zdawać się
mogło, że przeznaczenie moje pcha mnie nieustannie do wysiłku płodnego.
Że z umysłu podnieca, pobudza, zacina biczem utajoną drzemiącą we mnie
energię czynu. Drobnej kruszynie przywiązania ludzkiego, która przypadła
mi w udziale i którą ceniłam niby perłę wartościową, przeznaczone były
tajeć w moich rękach i przeciekać przez palce, jak gdyby była skroplonym
w cieple sopelkiem gradowym. Skromne obowiązki, jakie przyjmowałam na
siebie, wyrywane musiały być przemocą z mojego, zadowolonego tak małym,
sumienia. Chciałam wchodzić w układy z losem: w celu uniknięcia mogących
spaść na mnie wielkich klęsk, gotowa byłam przyjąć z poddaniem życie
całe, na które składałyby się same wyrzeczenia i drobne dokuczliwości.
Ale los nie dał się ułagodzić przeze mnie w ten sposób ani też nie
zgodziła się opatrzność na usankcjonowanie gnuśnego, tchórzliwego
unikania czynu.
Pewnej nocy lutowej - pamiętam dobrze ten moment - rozległ się w pobliżu
siedziby panny Marchmont głos słyszany przez wszystkich mieszkańców
domu, zrozumiany wszakże przez jedną tylko osobę. Po względnie zacisznej
zimie przyszły burze wiosenne. Ułożyłam pannę Marchmont do łóżka, a sama
usiadłam z robótką ręczną przy ogniu kominkowym. Wiatr wył i zawodził
pod oknami: przez cały dzień wyprawiał swoje harce, w nocy wszakże wycie
jego przybrało głębszy, surowszy ton - dziwnie przejmujący, wpadający do
ucha niemal wyraźnie artykułowanymi dźwiękami ni to skargi jękliwej,
boleśnie szarpiącej nerwy, drgającej w każdym nowym poświście.
O! Ucisz się! Ucisz się! - powtarzałam w duchu zgnębiona, upuszczając na
kolana moją robotę i daremnie usiłując zatkać uszy, aby nie docierał do
nich błagalny ten, jak gdyby wzywający pomocy, jękliwy szloch. Już
dawniej słyszałam ten sam złowieszczy głos; przygodna obserwacja
narzuciła mi teorię związanych z nim przepowiedni. Trzykrotnie w czasie
mojego życia pouczył mnie bieg wypadków, że dziwne owe odgłosy burzy -
ów nieustannie powtarzający jęk beznadziejny zapowiada stan atmosfery
niesprzyjającej życiu. Doświadczenie wszczepiło mi wiarę w to, że
wybuchy epidemii zapowiadane bywają często przez taki boleśnie jękliwy,
łkający, zawodzący wiatr wschodni. Stąd może, jak wywnioskowałam,
powstała legenda o Banshee1. Stwierdziłam nadto - tak sobie
wyobrażałam, nie posiadałam wszelako dostatecznej wiedzy, aby uchwycić
związek, który mógłby zachodzić pomiędzy tymi okolicznościami -
docierające do nas równocześnie ze srożeniem się takiego wichru wieści o wstrząsach wulkanicznych w dalekich częściach świata; o rzekach, które
nagle wzbierały gwałtownie, wychodząc z brzegów i zalewając całą
okolicę, a także o niezwykle wysoko spiętrzonych falach, wściekle
zatapiających nizinne wybrzeża morskie.
Kula ziemska, mówiłam sobie wówczas, wydaje się w takich okresach
szarpana i rozdzierana na części; słabsi spośród nas giną w podmuchach
rozsrożonego oddechu, który wyrzuca na powierzchnię ognistą lawę jej
dymiących kraterów!
Wsłuchiwałam się z zamieraniem serca w wycie wichru.
Około północy burza w ciągu pół godziny przycichła stopniowo, ustępując
wreszcie miejsca imponującej ciszy. Ogień na kominku, dotychczas słabo
zaledwie tlejący, buchnął żywszym płomieniem. Wyczułam od razu zmianę
powietrza i wraz z nią powróciła mi otucha. Rozsunąwszy nieco firanki,
wyjrzałam na zewnątrz i dostrzegłam migotanie gwiazd występujące
zazwyczaj podczas ostrego mrozu.
W momencie odwrócenia się od okna moje spojrzenie padło na pannę
Marchmont, zbudzoną, unoszącą głowę sponad poduszki i wpatrzoną we mnie
z niezwykłą uwagą.
- Piękna dzisiaj noc? - zagadnęła mnie.
Na pytanie to dałam potakującą odpowiedź.
- Przypuszczałam, że tak być musi. Czuję się wyjątkowo silna i zdrowa.
Niech mi pani pomoże podnieść się. Wydaje mi się - dodała - że jestem
dziwnie odmłodzona. Tak, jestem po dawnemu młoda i tak niezwykle lekko
mi na sercu; czuję się szczęśliwa. A może naprawdę nastąpił zwrot w stanie mojego zdrowia i przeznaczono mi jeszcze cieszyć się pełnią sił?
Byłby to cud!
Nie, nie, to nie są dni cudów, przemknęło mi przez myśl. Zdziwiły mnie
jej słowa. W dalszym ciągu skierowała rozmowę ku przeszłości,
szczególnie żywo odtwarzając w pamięci wszelkie wydarzenia, sceny i osoby.
- Przyjemność sprawia mi dzisiaj wspominanie o tym wszystkim - rzekła. -
Cenię pamięć, uważam ją za najlepszą przyjaciółkę. Dostarcza mi ona w tej chwili głębokiej rozkoszy; od nowa wyczarowuje w sercu rzeczywistość
tętniącą minionym pięknym życiem, wszystko to, co, jak sądziłam,
zmurszałe, zamarłe od dawna, wsiąkło w glinę i piasek mogiły. Odzyskałam
ponownie godziny, myśli i nadzieję mojej młodości. Wskrześ w sercu moim
jedyną miłość - jedyne tkliwe uczucie - jedyne przywiązanie w moim
życiu... Bo widzisz, dziecko, nie jestem kobietą szczególnie dobrą, nie
należę do istot, które dają się kochać.
A przecież i ja także kochałam uczuciem silnym, zogniskowanym na jedynej
osobie, równie drogiej mojemu sercu w bezwzględnej wyłączności, jak
drogie są dla większości ludzi, mężczyzn i kobiet, wszystkie te
niezliczone istoty i rzeczy, którym poświęcają oni rozproszone względy.
Wówczas, kiedy kochałam i byłam kochana, jakże cudowne wiodłam życie,
jak upojnie cieszyłam się nim! Jaki wspaniały rok przypominam sobie -
jak promiennie jaśnieje on teraz w moim wspomnieniu. Jaka urocza wiosna,
jakie ciepłe, radosne lato, jakie srebrzyste noce księżycowe, jakie
nieziemsko owiane mgłą wieczory jesienne, jaka potęga nadziei pod
wodami, skutymi lodowym pancerzem i pod skibami niw zwarzonych zamrozem
zimowym! Przez cały ten rok serce moje biło dla Franka pospołu z jego
sercem. O, mój szlachetny Franku - mój wierny Franku - mój dobry Franku!
O tyle lepszy niż ja! Teraz dopiero rozumiem to i mówię o tym: jeśli
nawet niewiele kobiet cierpiało tak straszliwie, jak bolałam ja nad jego
utratą, niewielu danym było zaznać tyle rozkoszy, ile ja zaznałam w jego
miłości. Była to miłość niezrównanie wyższa i czyściejsza od pospolitej.
Nie żywiłam żadnych wątpliwości co do niego i co do naszych wzajemnych
uczuć: łączyła nas miłość nieskalana, opiekuńcza, szlachetna,
uszczęśliwiająca tę, której stała się darem. Pragnęłabym rozważyć teraz,
kiedy umysł mój odzyskał tak niezwykłą jasność - pragnęłabym zrozumieć,
dlaczego została mi ona odebrana? Za jaką zbrodnię zostałam potępiona i skazana po jednym roku błogosławionego szczęścia na trzydzieści lat
smutku i udręki?
Nie wiem - odpowiedziała samej sobie po dłuższym milczeniu. - Nie mogę,
nie mogę dopatrzyć się powodu. A jednak w tej godzinie mogę powiedzieć
szczerze to, czego nie próbowałam mówić nigdy dawniej: Boże, Ty, którego
wyroki są niezbadane, niech się dzieje wola Twoja! W tej chwili wierzę,
że śmierć zwróci mnie Frankowi, zwróci mi jego miłość. Nigdy dotychczas
nie wierzyłam w to.
- Nie żyje więc? - zapytałam przyciszonym głosem.
- Słuchaj, drogie dziecko - zaczęła. - W pewną radosną Wigilię Bożego
Narodzenia ubierałam się i stroiłam w oczekiwaniu na przybycie mojego
ukochanego, który niebawem miał zostać moim mężem. Usiadłam, czekając.
Widzę przed sobą ponownie tę chwilę. Widzę ośnieżony zmierzch
przesączający się przez okno, którego firanki nie były opuszczone,
chciałam bowiem dostrzec go z daleka, nadjeżdżającego konno białą
ścieżką. Widzę i czuję przyćmione światło kominka, tak mile
rozgrzewające mnie, rzucające tak wesołe iskierki na moją jedwabną
suknię i ukazujące mi w zwierciadle odbicie młodej, promiennej postaci.
Widzę księżyc, płynący po niebie w cichą noc zimową, jaśniejący zimnym
światłem ponad atramentowoczarnym gąszczem krzewów i nad ośnieżonym,
osrebrzonym jego blaskiem piaszczystym gruntem mojej posiadłości.
Czekałam z przyspieszającym nieco mój puls zniecierpliwieniem, nie
budziły się jednak w sercu moim żadne obawy ani wątpliwości. Ogień
przygasł na palenisku kominka, wciąż jednak żarzyły się zwęglone
szczapy; księżyc był już wysoko na niebie, widziany jednak jeszcze przez
obramowanie okna. Była już blisko dziesiąta. Rzadko dawał czekać na
siebie dłużej, a właściwie raz tylko czy dwa zatrzymany był aż do tej
godziny.
Czyżby miał zrobić mi zawód?! Nie, nie mogłoby to się zdarzyć! Ani razu!
O, oto przybywa!... Nadjeżdża pędem, aby wynagrodzić mi stracony czas.
Franku! Szalony jeźdźcze! - wołałam w myśli, wsłuchując się z radością i niepokojem zarazem w coraz bliższy tętent galopu, wyłaję cię za to.
Powiem ci, że to mój kark narażasz na niebezpieczeństwo, bo przecież
wszystko, co twoje, jest w stokrotnie droższym i tkliwszym znaczeniu
moje własne. Nadjeżdżał już: widziałam go pędzącego ku mnie, były jednak
widocznie w oczach moich łzy, zaćmił się bowiem mój wzrok. Ujrzałam
konia, słyszałam tętent kopyt... spostrzegłam jakąś masę... uszy moje
ogłuszył niesamowity hałas... Czy był to koń?! Cóż to za ciężkie, dziwne
ciemne ciało wlokło się po ośnieżonej murawie?!... Czy mogłam rozpoznać
je w świetle księżyca? Czy podobieństwem było dla mnie dać wyraz
uczuciu, jakie zrodziło się nagle w mojej piersi?
Jedyne, co mogłam czynić, to wybiec koniowi na spotkanie. Wielkie
zwierzę, czarny wierzchowiec Franka, stał przede mną, dygocąc całym
ciałem, ciężko, chrapliwie dysząc. Trzymał go mężczyzna - Frank, jak mi
się wydało.
- Co się stało? - zawołałam.
Zamiast niego jednak odpowiedział mi urywanym głosem mój służący,
Tomasz:
- Niech pani wejdzie do domu!
A potem, zawezwawszy jedną ze służących, która wybiegła pędem z kuchni,
jak gdyby gnana instynktownym strachem, rozkazał jej:
- Ruth, zabierz panią natychmiast do domu!
Nie pozwoliłam jednak tknąć się i padłam na kolana w śniegu obok czegoś
leżącego przede mną, czegoś, co przed chwilą widziałam ciągnione po
ziemi, czegoś ciężko oddychającego i jęczącego na mojej piersi, kiedy
uniosłam tę nieruchomą, bezwładną masę i przytuliłam ją do siebie. Żył
jeszcze; zachował nawet resztkę przytomności. Kazałam wnieść go do domu,
nie dając się odciągnąć od niego ani na chwilę. Moje otoczenie próbowało
traktować mnie jak dziecko, jak to zazwyczaj robi się w stosunku do
ludzi, na których spadła karząca dłoń Boża. Nie ustąpiłam jednak miejsca
przy nim nikomu poza chirurgiem, a kiedy zrobił on wszystko, co było do
zrobienia, zajęłam się umierającym Frankiem osobiście. Miał jeszcze dość
sił, aby objąć mnie ramieniem, zdobył się jeszcze na wymówienie mojego
imienia, słyszał mnie modlącą się szeptem przy nim, czuł pieszczotliwe
ruchy i gesty, jakimi usiłowałam przynieść mu ulgę.
- Mario - szepnął drętwiejącymi ustami - umieram z rajskim uczuciem...
Ostatnie tchnienie oddał ze słowami wiernej miłości do mnie. O świtaniu
dnia Bożego Narodzenia był już mój Frank u wrót Bożych.
Stało się to - dodała - trzydzieści lat temu. Od tego czasu cierpiałam
męki. Nie sądzę, abym umiała jak należy wykorzystać cios, który mnie
spotkał. Natury miękkie i tkliwe wzniosłyby się pod wpływem podobnego
nieszczęścia do wyżyn świętości, z umysłów silnych, ale opornych,
zrobiłoby ono demony, co się zaś mnie tyczy, stałam się zgnębioną bólem
i wyłącznie nim pochłoniętą samolubną kobietą.
- Robiła pani wiele dobrego - rzekłam, znana była bowiem panna Marchmont
z hojności, z jaką udzielała wsparć i zapomóg.
- Chce pani powiedzieć, że nie skąpiłam pieniędzy tam, gdzie mogły one
przynieść ulgę? I cóż z tego? Nie kosztowało mnie to żadnego wysiłku.
Mam jednak nadzieję, że od dzisiaj rozpocznę lepsze życie, aby
przygotować się godnie do spotkania z moim Frankiem. Bo widzi pani,
wciąż jeszcze myślę o Franku więcej niż o Bogu, jeśli też to oddanie się
jednemu człowiekowi tak bezmierne, tak wyłączne i przez tak długie lata
będzie mi poczytane za bluźnienie Bogu, słabe będą moje szanse
zbawienia. A co sądzi pani o tych rzeczach, kochana panno Lucy? Niech
pani weźmie na siebie rolę mojego spowiednika i powie mi szczerze swoje
zdanie.
Nie byłam w stanie jej odpowiedzieć: brakło mi słów. Okazało się to
wszakże zbędne. Mówiła w dalszym ciągu, jak gdyby otrzymała ode mnie
odpowiedź.
- Bardzo słusznie, moje dziecko. Powinnibyśmy uznać Boga za
miłosiernego, mimo że wyroki Jego nie zawsze są zrozumiałe dla nas.
Musimy przyjmować z poddaniem los, jaki nam zsyła, jakikolwiek byłby on,
i starać się, jeśli to jest w naszej mocy, ulżyć losowi innych. Prawda?
Otóż od jutra zacznę od pani, moje dziecko, i uczynię, co będę mogła,
aby uszczęśliwić panią. A przynajmniej postaram się zrobić coś dla pani,
coś takiego, z czego pani będzie mogła korzystać, kiedy nie stanie mnie
już na tym świecie. Głowa mnie rozbolała z nadmiernego mówienia, jestem
jednak zadowolona i szczęśliwa. Niech już się pani położy spać. Bije
druga. O, do tak późnej godziny przesiaduje pani przy mnie, a raczej do
tak późnej godziny przetrzymuję panią przy sobie w moim samolubstwie!
Ale teraz niech już pani idzie spać. Może pani być zupełnie spokojna o mnie; czuję, że będę spała doskonale.
Ułożyła się do snu. I ja także położyłam się spać w pokoiku sąsiadującym
z jej sypialnią. Noc przeszła spokojnie. Bardzo spokojny być musiał jej
koniec: spokojny i bezbolesny. Z rana znaleźliśmy ją w łóżku nieżywą;
trup jej był zimny już prawie. Na twarzy zastygł wyraz niezmąconego
spokoju. Niezwykłe podniecenie i zmiana nastroju, jakie ujawniła
poprzedniego wieczora, były widocznie zapowiedzią napadu tak silnego, że
wystarczył do ostatecznego zerwania wątłej nici, na jakiej trzymało się
przez tak długi czas jej życie, podkopywane nieustannie głębokim
cierpieniem moralnym.
Rozdział V
ODWRÓCENIE NOWEJ KARTY
Pozostawszy zupełnie sama na świecie po śmierci ostatniej mojej
chlebodawczyni, zmuszona byłam poszukać nowego miejsca. Nerwy moje
niewątpliwie nadszarpnięte były doznanymi przeżyciami. Musiało to
oczywiście odbić się ujemnie na moim wyglądzie. Byłam w istocie
wychudzona, blada, z wpadniętymi głęboko oczami, sprawiając typowe
wrażenie osoby zmuszonej czuwać wiele po nocach, przepracowywać się czy
zamartwiać niemożnością wyplątania się ze swoich zobowiązań i długów.
Czuwałam w rzeczywistości po nocach, bywałam nieraz przepracowana,
długów nie miałam jednak. Nie byłam też zupełnie pozbawiona środków,
jakkolwiek bowiem panna Marchmont nie zdążyła zrobić zamierzonego zapisu
na moją korzyść, wypłacił mi daleki kuzyn, który został jej
spadkobiercą, całą zaległą pensję. Już wówczas zdradzał jego krogulczo
zaostrzony nos i osobliwie zwężona przy skroniach czaszka naturę skąpca,
którym okazał się w następstwie. Stanowił pod tym względem biegunowe
przeciwieństwo szczodrej, wspaniałomyślnej swojej krewnej i tym samym
przyczynił się do błogosławienia po dzień dzisiejszy jej pamięci przez
wszystkich korzystających z jej pomocy biedaków.
Jako posiadaczka piętnastu funtów, zdrowia nadszarpniętego wprawdzie,
niezałamanego jednak w zupełności oraz podobnego mniej więcej stanu
ducha, mogłam, w porównaniu z wieloma innymi ludźmi, być uważana za
osobę będącą w położeniu godnym zazdrości. Zarazem jednak było to
położenie dość kłopotliwe. W przededniu opuszczenia dotychczasowego
miejsca schronienia nie miałam jeszcze zapewnionego żadnego innego dachu
nad głową.
W tych warunkach nie pozostawało mi inne wyjście poza zasięgnięciem
porady jedynej bliskiej mi obecnie istoty, dawnej naszej służącej, mojej
piastunki niegdyś, a obecnie gospodyni u właściciela jednego z większych
majątków w bliskim sąsiedztwie siedziby zmarłej panny Marchmont.
Spędziłam u poczciwej mojej piastunki kilka godzin, upieszczona przez
nią i ukojona, i ona jednak także nie miała pojęcia, jaką mogłaby dać mi
radę. O zmierzchu, mając uczucie pustki i mroku dookoła siebie i w sobie, opuściłam ją, czekał mnie bowiem jeszcze dwukilometrowy spacer do
odbycia, a noc zapowiadała się mroźna, chociaż jasna. Pomimo
osamotnienia, braku widoków na najbliższą przyszłość i naturalnego,
zdawałoby się, zgnębienia tym wszystkim serce moje, podtrzymywane
ufnością i energią młodości - liczyłam wówczas dwadzieścia trzy lata
niespełna - biło równomiernie i wcale niesłabo. Że nie biło słabo,
poznawałam po odwadze, z jaką bez drżenia puściłam się w samotną tę
drogę prowadzącą przez pustynne pola, na których obszarze nie widać było
nigdzie wiosek, domów mieszkalnych ani zabudowań folwarcznych. Gwiazdy
jedynie, w braku księżyca, wskazywały mi słabo majaczącą w ich świetle
ścieżkę. Odwaga moja i hart duszy tym bardziej godne były podziwu, że
znajdowałam się w niezwykłej obecności jaśniejącej w stronie północnej
ruchomej tajemnicy - w obecności Aurory Borealis. Zamiast lęku
ujawniła ona w inny sposób swój wpływ na mnie - natchnęła nową siłą, jak
się zdawało. Wraz z surowym, mroźnym tchnieniem wciągałam w płuca
ożywczy przypływ nowej energii, aż wreszcie, opanowana nią, odważyłam
się dać wyraz myśli zrodzonej w dziwnie okrzepłym intelekcie.
- Opuść tę pustkę - podszepnął mi głos wewnętrzny - i udaj się tam!
Dokąd? - zagadnęłam samą siebie.
Nie miałam potrzeby szukać odpowiedzi daleko; kierując oko mojej duszy z pustynnej okolicy ku bogatej płaszczyźnie środkowej Anglii, ujrzałam
przed sobą wizję tego, czego nigdy nie oglądałam w rzeczywistości -
wizję Londynu.
Nazajutrz powróciłam do mojej dawnej piastunki, aby wyjawić jej powzięty
plan.
Pani Barrett - tak brzmiało jej nazwisko - była poważną, rozsądną
kobietą, znającą jednak świat równie mało jak ja. Mimo całego swojego
rozsądku i powagi nie zaprotestowała z oburzeniem, że musiałam chyba
postradać zmysły, aby ważyć się na podobny projekt. W moim postępowaniu
widać było dużo stateczności, która służyła mi zawsze za
najbezpieczniejszą ostoję i przewodniczkę, skoro umożliwiła mi ona
bezkarne, a bodaj nawet popierane przez nią, urzeczywistnienie zamierzeń
mogących, jeśli przystąpiłabym z mniejszą równowagą i spokojem do ich
wykonania, ściągnąć na mnie zarzut, że jestem marzycielką fantastką.
Pani Barrett, zajęta przygotowywaniem skórek pomarańczowych na
marmoladę, próbowała zwrócić uwagę na trudności, związane z wprowadzeniem w czyn pomysłu, kiedy nagle do pokoju wpadł w podskokach
mały chłopczyna. Śliczne to stworzonko, które nie było dla mnie obce,
znałam bowiem jego matkę, młodą zamężną córkę chlebodawców byłej mojej
piastunki, podbiegło ku mnie z czarownym uśmiechem, pośpieszyłam też
wziąć je na kolana. Mimo wielkiej różnicy naszych pozycji towarzyskich
matka chłopczyka i ja kształciłyśmy się na tej samej pensji. Miałam
wówczas dziesięć lat, a ona szesnaście, mimo to uczęszczała do klasy
niższej niż moja. Pamiętam, że była bardzo przystojna, wyglądała
pospolicie wszakże i mało interesująco.
Wpatrywałam się z podziwem w przepiękne ciemne oczy malca, kiedy do
pokoju weszła jego matka, pani Leigh. W jak dorodną, imponującą, a zarazem pańsko uprzejmą młodą kobietę przeistoczyła się poczciwa i dobroduszna za czasów szkolnych, ale mało rozgarnięta, tępa dziewczyna!
Tak dodatnio i korzystnie wpłynęło na nią zamęście i macierzyństwo.
Miałam niejednokrotnie okazję stwierdzić dobroczynny wpływ obu tych
czynników na gorzej jeszcze niż ona zapowiadające się osobniki. Pani
Leigh nie przypomniała mnie sobie zupełnie. I ja także się zmieniłam,
obawiałam się jednak, że nie na korzyść, niestety. Nie próbowałam wcale
narzucić mojej osoby jej pamięci. W jakim celu miałabym to czynić?
Przyszła po swojego małego synka, aby zabrać go na przechadzkę, a tuż za
nią szła piastunka, niosąca na ręku niemowlę. Wspominam o tym dlatego
jedynie, że pani Leigh, zwracając się do piastunki, mówiła po francusku,
bardzo lichą francuszczyzną zresztą, fatalnym akcentem, który żywo
przypomniał mi nasze szkolne czasy. Mały chłopczyk natomiast paplał
biegle po francusku. Kiedy cała kompania wyszła z pokoju, pani Barrett
opowiedziała mi, że córka jej chlebodawców przywiozła z sobą przed dwoma
laty z podróży, którą odbyła po kontynencie, cudzoziemską piastunkę,
którą traktowano w domu jak guwernantkę prawie, nie każąc jej nic robić
poza wynoszeniem niemowlęcia na spacer i paplaniem po francusku z małym
Karolkiem.
- Pani Leigh utrzymuje - dodała zacna pani Barrett - że spotkała za
granicą wiele Angielek, które zajmują takie same posady w zamożnych
domach cudzoziemskich na kontynencie i są tak samo dobrze traktowane jak
ta Francuzka.
Zapisałam sobie w pamięci tę przypadkową informację. Zanim rozstałam się
z moją zacną przyjaciółką, dała mi adres godnego zaufania, przyzwoitego
zajazdu w Londynie, w którym, jak zapamiętała, zwykli zatrzymywać się
niegdyś moi stryjowie.
Podróż do Londynu była mniej awanturniczym przedsięwzięciem i narażała
mnie na mniejsze ryzyko, aniżeli mógłby Czytelnik sądzić. Cała odległość
wynosiła nie więcej niż pięćdziesiąt kilometrów. Środki moje, jak
obliczyłam, wystarczą na podróż do stolicy, na pokrycie wydatków
związanych z utrzymaniem w ciągu kilku dni oraz na ewentualną drogę
powrotną, jeżeli nie znalazłabym możności pozostania w Londynie, to
znaczy, gdyby nie udało mi się znaleźć tam żadnego zajęcia. Uważałam
wycieczkę za rodzaj krótkich wakacji raczej, na które postanowiłam
pozwolić sobie w celu rozejrzenia się, aniżeli za szukanie ostatniej
deski ratunku. Nie ma nic lepszego nad skromne poczynanie sobie w życiu
i krojenie na umiarkowaną skalę. Jest to najniezawodniejszy sposób
utrzymania równowagi cielesnej i duchowej, gdy, przeciwnie, nieopatrzne
rzucanie się na szerokie wody wielkich, zawrotnych pomysłów naraża na
zbyt rychłe spalenie się ciała i ducha w nadmiernej gorączce.
Przebycie pięćdziesięciu kilometrów wymagało w owym czasie całodziennej
podróży (mówię o dawno minionych czasach: włosy moje, które do niedawna
jeszcze opierały się zwycięsko mrożącemu upływowi lat, są już teraz
zupełnie białe pod białym czepeczkiem, niby śnieg pod śniegiem). Około
dziewiątej w słotny wieczór lutowy stanęłam w Londynie.
Wiem, że Czytelnik mój nie będzie mi wdzięczny za poskąpienie mu
szczegółowego, kunsztownego zdania sprawy z pierwszych moich wrażeń.
Sądzę jednak, że słusznie postępuję z tego względu chociażby, iż nie
miałam czasu ani też nie byłam odpowiednio usposobiona do notowania ich
i przejmowania się nimi. Nie mogło w istocie natchnąć mnie szczególną
wrażliwością w tym kierunku przybycie o późnej godzinie w chłodny,
słotny, ciemny wieczór do Babilonu, którego obcość i przerażająca
rozległość wystawiły na najcięższą próbę jasność i trzeźwość sądu, jak
również zdolność panowania nad sobą, jakimi, w braku świetniejszych
talentów, mogło podobać się naturze obdarzyć mnie.
Z chwilą kiedy wysiadłam z dyliżansu, uderzył mnie osobliwy sposób
mówienia londyńskich dorożkarzy i innych osób zgromadzonych w oczekiwaniu przybycia karetki pocztowej. Mowa ich wydała mi się w pierwszym momencie jakaś obca, jak gdyby cudzoziemska. Nigdy do owego
czasu nie słyszałam języka angielskiego siekanego w ten sposób. Udało mi
się jednak zrozumieć zdania, z jakimi zwracano się do mnie, i być wzajem
zrozumiana przez moich rozmówców o tyle przynajmniej, aby zostać
bezpiecznie przewieziona wraz z moim bagażem do wskazanego mi przez
dawną naszą piastunkę zajazdu. O, jak nieskończenie nudna, gnębiąca i zastraszająca wydała mi się moja eskapada! Znalazłam się po raz pierwszy
w życiu w Londynie, po raz pierwszy w zajeździe; zmęczona podróżą,
spłoszona ciemnością, zdrętwiała chłodem; pozbawiona wszelkich
wskazówek, a tym bardziej doświadczenia, jak zabrać się do rzeczy, co
przedsięwziąć, a przecież byłam zmuszona działać samotnie.
Postanowiłam kierować się nade wszystko własnym zdrowym rozsądkiem. Mój
zdrowy rozsądek był wszelako równie zmrożony i oszołomiony, jak
wszystkie inne moje cechy duchowe, jedynie też pod presją nieubłaganej
konieczności dał się pobudzić do pierwszych nerwowych podrygów jakiego
takiego działania. Zacięta w ten sposób biczem surowych wymagań,
podyktowała mi owa właściwość mojego ducha obowiązek zapłacenia
tragarzowi, przy czym trudno było wziąć jej za złe, że w takim
krytycznym momencie dała się grubo oszukać; kazała mi następnie zapytać
portiera zajazdu o pokój, z kolei trwożliwie zawezwać pokojówkę, i co
więcej, znieść z godnością wyniosłe traktowanie mnie przez młodą tę
damę, kiedy raczyła wreszcie się zjawić.
O ile sobie przypominam, pokojówka ta była wzorem miejskiego szyku i elegancji. Taką zręczną, szczupłą miała figurkę, taki zgrabny, wytworny
był czepeczek, tak umiejętnie skrojona i uszyta sukienka, że
przyglądałam się jej ze szczerym zdziwieniem i zaciekawieniem. Mowę jej
cechował osobliwy akcent, który wraz z łatwością i płynnością
przesadnego wysławiania się, wzgardliwie niejako urągały mojemu
sposobowi mówienia, tak samo jak sztuczna nieco, wymuszona wytworność
jej stroju zdawała się z szyderstwem podkreślać wiejską prostotę mojego
ubrania.
Trudno, nie ma na to rady, pomyślałam. A zresztą i środowisko, i okoliczności są nowe. Jakoś to będzie.
Zachowaniem zupełnego spokoju i godności osobistej wobec aroganckiej
dziewczyny, a potem wobec wyglądającego jak ksiądz, ubranego na czarno z białym halsztukiem kelnera, wymogłam rychło na obojgu grzeczniejszy
sposób traktowania mnie. Przypuszczam, iż pierwotnie wzięli mnie oboje
za służącą, wnet jednak zmienili zdanie, niezdecydowani, czy mają
odzywać się do mnie w sposób wyniośle protekcjonalny, czy służalczo
uprzejmy.
Trzymałam się wcale godnie, dopóki, pokrzepiona nieco jedzeniem i ogrzana przy ogniu, nie zamknęłam się bezpiecznie we własnym pokoju.
Kiedy jednak usiadłam na krawędzi łóżka, oparłszy głowę na poduszce,
doznałam uczucia straszliwego zgnębienia. Od razu stanęła przede mną
cała upiorność mojej sytuacji. Uświadomiłam sobie jej nienormalność,
rozpaczliwe osamotnienie, beznadziejność nieledwie. Co robię tu sama w tym wielkim Londynie? Co mam przedsięwziąć następnego dnia? Co czeka
mnie w życiu? Jakich mam przyjaciół na świecie? Skąd przybywam? Dokąd
dążę? Co mam czynić?
Łzami, które trysnęły mi z oczu, zrosiłam poduszkę, własne ramiona i włosy. Po wybuchu tym nastąpił ponury moment najbardziej gorzkich myśli,
mimo wszystko jednak nie żałowałam podjętego kroku ani też nie pragnęłam
cofnąć się w pół drogi. Ponad wszystkimi innymi uczuciami górowało
silne, jakkolwiek mętne przeświadczenie, że lepiej jest iść naprzód,
aniżeli cofać się i że mogę iść naprzód, że droga jakaś - najciaśniejsza
bodaj i najtrudniejsza - otworzy się przede mną. Pod wpływem tej myśli
uspokoiłam się w takim stopniu, że zdolna byłam odmówić pacierze
wieczorne i przygotować się do snu. Zgasiłam właśnie świecę i położyłam
się, kiedy nagle wśród nocnej ciszy zawibrował głęboki, niski potężny
dźwięk. Zrazu nie wiedziałam, co mogłoby to być, gdy jednak dźwięk ten
powtórzył się dwanaście razy, zrozumiałam jego znaczenie i, po
przebrzmieniu długim, drżącym echem ostatniego uderzenia dzwonu,
powiedziałam sobie: Leżę w cieniu katedry Świętego Pawła.
Rozdział VI
LONDYN
Nazajutrz przypadł pierwszy dzień marca i kiedy po obudzeniu wstałam i rozsunęłam zasłony okienne, ujrzałam przedzierające się poprzez mgłę
promienie wschodzącego słońca. Ponad moją głową, ponad szczytami domów,
ujrzałam sięgający obłoków nieledwie, potężny, kopulasty masyw, ciemno
niebieszczący się i niewyraźny - KATEDRĘ. W momencie ujrzenia jej
poruszyło się coś we mnie: moja istota duchowa wstrząsnęła na wpół
rozwijając spętane zawsze swoje skrzydła; i równocześnie olśniło mnie
nagłe poczucie, jakobym ja, która nigdy dotychczas nie żyłam naprawdę,
miała wreszcie zakosztować życia. Tego rana dusza moja rozrastała się i pęczniała tak szybko jak bania, która wyrosła nad Jonaszem.
Dobrze uczyniłam, przybywając tutaj - powiedziałam sobie i zaczęłam się
pośpiesznie ubierać.
Podoba mi się nastrój tego wielkiego Londynu, który czuję dookoła
siebie. Kto, prócz zdecydowanych tchórzów, poprzestałby na spędzeniu
całego życia w nędznej chacie, wyrzekając się na zawsze rozwinięcia
swoich zdolności, pozostawionych na łup przeżerającej je rdzy mroku?
Ubrawszy się, zeszłam na dół, nie wyczerpana i zdrożona jak poprzedniego
wieczora, ale świeża, ochędożona i wypoczęta. Kiedy kelner przyniósł mi
śniadanie, zdołałam zwrócić się do niego stanowczo, ale pogodnie;
dziesięciominutowa rozmowa, którą odbyliśmy, zbliżyła nas z sobą i zapoznała w sposób wystarczający.
Kelner był starszym, siwym mężczyzną, który, jak się okazało, pozostawał
na obecnej służbie od dwudziestu lat. Stwierdziwszy to, pewna byłam, że
przypomni sobie obu moich stryjów: Karola i Wilmota, którzy przed
piętnastu laty bywali tutaj częstymi gośćmi. Wymieniłam ich imiona i nazwisko, które przypomniał sobie w istocie od razu, powtarzając je z szacunkiem. Z chwilą ujawnienia w ten sposób moich stosunków rodzinnych
zyskałam dla siebie w oczach kelnera należne, zupełnie wyraźne
stanowisko. Uważał, że jestem podobna do stryja Karola: myślę nawet, że
mówił prawdę, i pani Barrett bowiem także zwykła utrzymywać to samo.
Uprzejma usłużność zastąpiła teraz jego niedawny, wyraźnie lekceważący
sposób zachowania się wobec mnie, nie miałam też już odtąd wątpliwości,
że otrzymam grzeczną odpowiedź na każde moje rozsądne pytanie.
Ulica, na którą wychodziło okno pokoiku, była wąska, bardzo cicha i niezbyt brudna: nieliczni przechodnie przypominali wyglądem tych,
których widuje się w prowincjonalnych miastach; nie było tu nic
potężnego ani olśniewającego - czułam, że mogę odważyć się wyjść sama.
Po śniadaniu wyszłam istotnie. W sercu moim zagościło miłe, podniosłe
uczucie: samodzielna przechadzka po ulicach Londynu wydała mi się sama
przez się już nie byle przygodą. Niebawem znalazłam się na klasycznym
gruncie - w alei noszącej nazwę Paternoster Row. Weszłam tu do
księgarni, prowadzonej przez niejakiego Jonesa, i nabyłam książeczkę -
marnotrawstwo, na które nie mogłam właściwie sobie pozwolić, przyszło mi
wszelako na myśl, że będę mogła ofiarować ją - czy posłać - pani
Barrett. Pan Jones, zasuszony stary kupiec stojący za ladą, wydał mi się
jedną z najwspanialszych, a ja sama jedną z najszczęśliwszych istot na
świecie.
Zdumiewająca była żywotność, jaka kipiała we mnie tego rana. Znalazłszy
się przed katedrą Świętego Piotra, weszłam do środka i wdrapałam się aż
pod szczyt jej kopuły, skąd roztoczył się przede mną Londyn ze
wszystkimi kościołami, z rzeką i mostami na niej; ujrzałam odwieczny
Westminster i zielone ogrody - Temple Gardens - oświetlone słońcem,
które radośnie jaśniało na gładkim niebieskim niebie, zasnutym tu i ówdzie niezbyt gęstym obłoczkiem mgły.
Zszedłszy ponownie na dół, puściłam się w dalszą wędrówkę na los trafu,
zachwycona, rozradowana poczuciem swobody, jakiej zaznałam w pełni. Po
dłuższym wędrowaniu dotarłam - sama nie wiem, w jaki sposób - do serca
miasta z jego tętniącym życiem. Ujrzałam nareszcie i poczułam prawdziwy
Londyn. Znalazłam się na pobrzeżu Tamizy - na Strandzie - przeszłam
przez Cornhill, wsiąknąwszy tutaj w ruch i gwar uliczny, odważając się
nawet na niebezpieczeństwo przechodzenia na przełaj przez jezdnię.
Świadomość, że zdobyłam się na odwagę uczynienia tego, w dodatku
uczynienia tego bez niczyjej pomocy ani opieki, dała mi niewspółmierne
może do wyczynu, ale prawdziwe uczucie zadowolenia. Po owym dniu
oglądałam West End, parki, piękne place, nieporównanie bardziej wszakże
podobało mi się serce miasta: City. Wydaje mi się ono o wiele bardziej
tchnące powagą: jego ruch, panujący tu zgiełk, wszystkie te skłócone
dźwięki i odgłosy są tak pełne rzeczywistego, doniosłego znaczenia. City
pracuje na utrzymanie własne i całej stolicy, West End korzysta jedynie
z uciech życia. West End dostarcza tylko rozrywek, City natomiast -
podnieca i porusza do głębi.
Omdlewająca ze zmęczenia i głodna (od lat już nie doświadczałam równie
zdrowego głodu), powróciłam około drugiej po południu do cichego,
ciemnego, staroświeckiego zajazdu. Obiad, który mi podano, składał się z dwóch potraw - ze sporego plastra pieczeni i z jarzyn. Obie wydały mi
się wyborne; o ileż smaczniejsze od maleńkich, wyszukanych porcyjek
posiłków, które przysyłała stara kucharka panny Marchmont dla mojej
drogiej zmarłej chlebodawczyni i dla mnie. Rozkosznie zmęczona,
urządziłam sobie posłanie z trzech krzesełek (w pokoju nie było kanapki)
i wnet usnęłam, a po przebudzeniu rozmyślałam przez dwie godziny.
Mój stan ducha wraz ze wszystkimi towarzyszącymi mu okolicznościami
sprzyjał nowej, śmiałej, może i ryzykownej - bodaj rozpaczliwej nawet -
linii postępowania. Nie miałam nic do stracenia. Niewypowiedziana
pogarda dla mojej dotychczasowej egzystencji nie dopuszczała możliwości
cofnięcia się i powrotu do niej. Jeżeli nie powiedzie mi się plan, który
zamierzałam urzeczywistnić, któż, poza mną jedynie, ucierpi na tym?
Gdybym umarła - z dala od domu, chciałam powiedzieć, nie miałam jednak
domu - z dala od Anglii, kto płakałby po mnie?
Możliwe, że czekają mnie cierpienia, przywykłam wszelako do cierpień,
śmierć nawet, przyszło mi na myśl, nie jest dla mnie tak straszna, jak
dla większości ludzi, bardziej niż ja szczędzonych przez los. Dotychczas
myślałam o śmierci ze spokojem i bez lęku. Uzbrojona w ten sposób
przeciwko wszelkim przeciwnościom i porażkom, obmyśliłam mój projekt.
Tegoż jeszcze wieczora zdobyłam od przyjaciela mojego - starego kelnera
- potrzebne informacje dotyczące terminu odpłynięcia statku do
upatrzonego portu na kontynencie - zwanego Boue-Marine. Uważałam, że nie
mogę tracić czasu: tej nocy jeszcze muszę zająć kabinę. Mogłam,
oczywiście, zaczekać z tym do rana, nie chciałam jednak narazić się na
spóźnienie.
- Radzę pani zająć kabinę od razu - ostrzegł mnie kelner.
Uznając słuszność tej rady, pośpieszyłam uiścić rachunek, wynagrodziwszy
przy tym usługi okazane mi przez mojego przyjaciela w sposób, który, jak
obliczam teraz, był królewski nieledwie, a który w jego oczach wydał się
na pewno niedorzecznym. Wsuwając do kieszeni wręczone mu przeze mnie
monety, uśmiechnął się z lekka, jak gdyby chcąc dać wyraz swojej opinii
o znajomości życia, jaką wykazała hojna ofiarodawczyni, po czym wyszedł,
aby sprowadzić mi wehikuł. Nie poprzestał jednak na tym i polecił mnie
woźnicy, nakazawszy mu, aby dojechał ze mną do samej przystani, nie
pozostawiając mnie na łup przewoźników. Woźnica przyobiecał wywiązać się
uczciwie z danego mu polecenia, oczywiście jednak nie dotrzymał
przyrzeczenia, traktując mnie wprost przeciwnie, jak ofiarę ciągnioną na
rzeź, każąc mi wysiąść pośrodku gromady przewoźników i zdając mnie na
ich łaskę i niełaskę.
Naraziło mnie to na fatalne przejście. Noc była ciemna, woźnica odjechał
czym prędzej z chwilą, gdy wręczyłam mu zapłatę za przejazd, i od razu
rozpoczęła się zażarta walka przewoźników o moją osobę i o mój bagaż.
Jeszcze teraz brzmią mi w uszach przekleństwa rzucane przez nich w trakcie tej walki: podziałały one na mój filozoficzny spokój bardziej
niż ciemna noc, osamotnienie i niezwykłość sytuacji, w jakiej się
znalazłam. Pochwycono mój bagaż; przyglądałam się temu z bezradną
biernością, kiedy jednak inny przewoźnik chciał w taki sam sposób
pochwycić mnie samą, obruszyłam się, odepchnęłam go i wsiadłam od razu
do jednej z łodzi, nakazawszy władczym tonem, aby umieszczono w niej
kufer obok mnie, co zostało natychmiast zrobione, jako że właściciel
łodzi stał się z tą chwilą moim sojusznikiem. Odpłynęłam.
Rzeka była czarna niczym atrament; tu i ówdzie tylko ślizgały się po
niej światła rzucane z okien gmachów nadbrzeżnych; na jej powierzchni
kołysało się mnóstwo statków. Załoga łodzi podwoziła mnie kolejno do
każdego z nich, których nazwy, wypisane wielkimi białymi literami na
ciemnym tle, odczytać mogłam przy świetle latarni. "Ocean", "Feniks",
"Książę Małżonek", "Delfin" - nie, nie, to nie ten! "Iskra", tak
brzmiała nazwa mojego statku, który jednak, jak się zdawało, stał na
kotwicy znacznie dalej.
Owa wodna podróż nasunęła mi porównanie ze Styksem i z Charonem,
przewożącym samotną duszę do Krainy cieni. W dziwnej tej sytuacji, wobec
wichru dmącego mi prosto w twarz i bryzgów deszczu strącanych przez
ciężkie chmury ponad moją głową, mając za towarzyszy dwóch brutalnych
przewoźników, dręczących moje uszy dzikimi, ciskanymi przez nich
przekleństwami, pytałam samą siebie, czy jestem bardziej wystraszona niż
zgnębiona. Nie byłam jednak w rzeczywistości ani wystraszona, ani
zgnębiona.
Jak to możliwe? - zadałam sobie pytanie. Wydaje mi się, że jestem raczej
podniecona i czujna, zamiast być wystraszona i zgnębiona?
Nie umiałam sobie tego wyjaśnić.
Wreszcie zarysował się w oddali kadłub "Iskry", bielejący wyraźnie na
tle czarnej nocy.
- Jesteśmy! - oznajmił przewoźnik, zażądawszy równocześnie zapłacenia mu
sześciu szylingów.
- Żąda pan za wiele - rzekłam, w odpowiedzi jednak na mój protest
odepchnął energicznie łódź od statku, oświadczając, że nie wysadzi mnie
na pokład, dopóki nie otrzyma żądanej zapłaty. Na pokładzie, oparty o balustradę, stał młody mężczyzna - jak dowiedziałam się później - jeden
ze stewardów okrętowych. W przewidywaniu walki, która zapowiadała się
pomiędzy mną a przewoźnikiem, wyszczerzył już zęby w złośliwym uśmiechu,
aby więc rozczarować go, pośpieszyłam zapłacić. Trzykrotnie w ciągu tego
popołudnia dawałam korony tam, gdzie należało dawać szylingi, pocieszyła
mnie jednak myśl, że za tę drogą cenę zdobywam tak niezbędne w moich
warunkach doświadczenie.
- Oszukał panią! - zatriumfował steward, kiedy dostałam się wreszcie na
pokład.
- Wiem o tym - odpowiedziałam z flegmą i zeszłam na dół do kajuty.
Zastałam tam korpulentną, przystojną, dobrze prezentującą się niewiastę,
którą zapytałam o moją kajutę. Spojrzała na mnie ostro, mruknąwszy coś o niezwykłości przybywania pasażerów na statek o tej godzinie, skłonna,
jak zdawało się, do potraktowania mnie niezbyt uprzejmie. Dziwną miała
twarz - taką przystojną, a zarazem taką zuchwałą i samolubną!
- Trudno; teraz, kiedy jestem już na pokładzie, pozostanę tu, oczywiście
- odpowiedziałam. - Poproszę panią o łaskawe wskazanie mi mojej kabiny.
Zastosowała się, acz z wyraźną niechęcią, do mojej prośby. Zdjęłam
kapelusz, ustawiłam rzeczy i położyłam się. Miałam już za sobą wiele
trudności, przy których pokonaniu odniosłam do pewnego stopnia
zwycięstwo. Moja bezdomność i brak bezpiecznej ostoi w życiu mogły znów
na krótki czas przestać mnie dręczyć. Dopóki "Iskra" nie zarzuci kotwicy
w przystani, nie będę zmuszona zdobywać się na żaden dalszy krok. Potem
jednak... O, nie byłam w stanie myśleć, co nastąpi potem. Wyczerpana,
oszołomiona, leżałam w półśnie czy półodrętwieniu.
Stewardka gadała przez całą noc; nie ze mną, ale z młodym stewardem,
który, jak się okazało, był jej synem, łudząco do niej podobnym.
Wchodził do kabiny i wychodził nieustannie: dysputowali, kłócili się i znów się godzili, powtarzając to niezliczone razy w ciągu nocy.
Powiedziała mu, że pisze list do domu - do ojca swojego - i odczytywała
głośno synowi ustępy tego listu, nie zwracając najmniejszej uwagi na
mnie, jak gdybym była martwą kłodą: przypuszczała prawdopodobnie, że
śpię. Niektóre z tych odczytywanych głośno ustępów zawierały tajemnice
rodzinne, dotyczące zwłaszcza niejakiej Charlotty, młodszej siostry,
która, sądząc z brzmienia listu, była w przededniu zawarcia
romantycznego, nierozważnego związku: starsza niewiasta protestowała z głośnym oburzeniem przeciwko ohydnemu postępkowi młodszej. Syn wyśmiewał
szyderczo ton korespondencji matki, ona zaś wściekle broniła zajętego
przez siebie stanowiska. Tworzyli osobliwą parę. Matka mogła mieć
najwyżej trzydzieści dziewięć lub czterdzieści lat i musiała być
kwitnącą, urodziwą dziewoją, kiedy miała lat dwadzieścia. Krzykliwa,
próżna, despotyczna i ambitna, zdawała się niezmożona zarówno cieleśnie,
jak duchowo. Przypuszczam, że od najmłodszych lat przywykła żyć i obracać się w miejscach publicznych; za młodu była prawdopodobnie
kelnerką w barze.
Nad ranem przeszła w rozmowie swojej na inny temat: Watsonów -
spodziewanej rodziny pasażerów, których znała już, jak się zdawało, i wielce ceniła ze względu na poważne napiwki, jakie jej zawsze
pozostawiali. Wyraziła się, że liczyć może na wcale pokaźną sumkę,
ilekroć rodzina ta odbywa podróż na ich statku.
O świcie zapanował na pokładzie wielki ruch, ponieważ wraz ze wschodem
słońca przybywać zaczęli pasażerowie. Powitanie Watsonów przez stewardkę
było niezmiernie hałaśliwe i wylewne; cała załoga kręciła się i uwijała
tylko dookoła nich. Towarzystwo Watsonów składało się z czterech osób:
dwóch mężczyzn i dwóch kobiet. Oprócz nich była jedna tylko jeszcze
młoda pasażerka, którą odprowadzał na pokład wytworny, ale nieco
chorowicie wyglądający pan. Obie te grupy różniły się wzajem zasadniczo,
stanowiąc wybitny kontrast. Watsonowie byli niewątpliwie ludźmi
bogatymi; zdradzała to pewność siebie i świadomość potęgi posiadanego
majątku, cechująca cały ich sposób bycia. Kobiety ich - obie wyglądające
młodo, przy czym jedna była skończoną pięknością - w sensie urody
fizycznej - ubrane były szykownie i bogato, może tylko zbyt jaskrawo i niedorzecznie nieodpowiednio do okoliczności. Ich kapelusze przybrane
suto kwiatami, ich aksamitne narzutki i jedwabne suknie nadawały się
raczej do przechadzki po alejach parkowych, aniżeli do krążenia w nich
po mokrych deskach pokładu statku. Mężczyźni byli otyli, przysadziści,
brzydcy i pospolici.
Najstarszy, najbrzydszy, najbardziej otyły i krępy, był, jak rychło
zmiarkowałam, mężem, a raczej narzeczonym chyba, pięknej dziewczyny,
zbyt młodziutkiej, aby mogła już być mężatką. Zdumienie moje z tego
powodu było niezmierne, zwłaszcza kiedy stwierdziłam, że zamiast czuć
się bezgranicznie nieszczęśliwą z racji tak nieodpowiedniego związku,
zdawała się niemal upojona wesołością.
Jej śmiech, przyszło mi zrazu na myśl, musi być zapamiętaniem jeno,
podyktowanym rozpaczą.
W tej samej chwili wszakże, kiedy olśniła mnie ta myśl - stałam wówczas,
milcząca i samotna, oparta o balustradę statku - podbiegła do mnie ta
śliczna dziewczyna, mimo że zupełnie mi obca, z krzesełkiem składanym w ręku i, uśmiechnięta beztrosko w sposób iście zagadkowy dla mnie,
odsłaniający wszakże dwa rzędy nieskazitelnych ząbków, zaofiarowała mi
skorzystanie ze stołeczka. Odmówiłam, oczywiście, przyjęcia go z największą grzecznością, na jaką potrafiłam się zdobyć, a ona oddaliła
się tanecznym krokiem, wesoła i lekka jak ptaszek. Przypuszczałam, że
musi być dobra z natury; co jednak mogło ją skłonić do poślubienia tego
osobnika, podobnego raczej do beczki tłuszczu aniżeli do mężczyzny?
Pasażerka, którą przywiózł na statek wytwornie wyglądający pan, była
zupełnie młodą jeszcze dziewczyną, jasnowłosą i przystojną. Jej skromna
gładka suknia, niczym nieprzybrany słomkowy kapelusz i duży, zręcznie
zarzucony na ramiona szal przypominały strój kwakierski w swojej
prostocie, było jej w nim jednak bardzo do twarzy.
Zauważyłam, że zanim towarzyszący jej mężczyzna ją opuścił, rozejrzał
się badawczo po wszystkich pozostałych podróżnych, jak gdyby chciał
przekonać się, w jakim towarzystwie ją pozostawia. Oko jego odwróciło
się z nieukrywanym niesmakiem od obu pań w jasnych kwiecistych strojach,
po czym spoczęło na mnie. Równocześnie powiedział coś swojej córce,
siostrzenicy czy kimkolwiek była ona, dziewczyna zaś wyraźnie zerknęła w moją stronę i z lekka odęła ładne małe usteczka. Nie wiem, czy moja
osoba, czy też niewybredne, w domu uszyte moje żałobne ubranie wywołały
ten grymas pogardy: przypuszczam, że jedno i drugie pospołu. Rozległ się
dźwięk gongu okrętowego, ojciec (dowiedziałam się potem, że był to jej
ojciec) uściskał ją i powrócił na ląd. Statek rozwinął żagle i odpłynął.
Cudzoziemcy są zdania, że jedynie angielskie młode dziewczęta można
puścić bez opieki w podróż. Tych samych cudzoziemców niezmiernie dziwi
jednak lekkomyślna ufność angielskich rodziców i opiekunów. Co się tyczy
młodych miss, są one za nieustraszoność swoją uważane przez niektórych
za nazbyt męskie i "nieprzyzwoite"; inni znów widzą w nich bierne ofiary
systemu wychowawczego oraz religijnego, uznającego surveillance, czyli
wszelki nadzór za zbędny. Nie wiem, a raczej nie wiedziałam wówczas, czy
owa młoda dama należała do rzędu tych, które mogą być pozostawione
bezpiecznie bez opieki, rychło wszakże miało się okazać, że dostojeństwo
samotności nie przypadało jej szczególnie do gustu. Zaczęła spacerować
tam i z powrotem po pokładzie, spoglądając z lekkim odcieniem pogardy na
szeleszczące jedwabie i aksamity, a także na nadskakujące im niezdarne
niedźwiedziowate postacie opasłych mężczyzn, wreszcie zbliżyła się do
mnie, pytając:
- Jest pani amatorką morskich podróży?
Wyjaśniłam jej, że moje amatorstwo w tym kierunku musi zostać wystawione
dopiero na próbę pierwszego doświadczenia, dotychczas bowiem nie miałam
pod tym względem żadnego.
- O, jakie to ciekawe! - zawołała. - Zazdroszczę pani nowości wrażenia:
pierwsze przeżycia tego rodzaju są zawsze bardzo miłe. Co się mnie
tyczy, mam ich tyle już za sobą, że zdołałam zapomnieć zupełnie o pierwszym. Jestem całkowicie zblazowana na punkcie morza i wielu innych
tym podobnych doznań.
Nie mogłam powstrzymać mimowolnego uśmiechu.
- Dlaczego śmieje się pani ze mnie? - zapytała ze szczerością, która
bardziej podobała mi się niż poprzednie jej odezwania.
- Dlatego że jest pani zbyt młoda, aby być zblazowaną na jakimkolwiek
punkcie.
- Mam siedemnaście lat - oznajmiła tonem z lekka urażonym.
- Wygląda pani co najwyżej na szesnaście. Chętnie podróżuje pani sama?
- O, jest mi to najzupełniej obojętne! Przepłynęłam już kanał jakieś
dziesięć razy bez niczyjej asysty i opieki; staram się jednak być
możliwie najkrócej sama; udaje mi się zwykle zawierać miłe znajomości.
- Wątpię, czy uda się pani zawrzeć je tym razem - zauważyłam, zerknąwszy
na grupę Watsonów, głośno śmiejących się teraz i czyniących niesłychany
zamęt i hałas na pokładzie.
- Oczywiście z nikim spośród tych wstrętnych mężczyzn i kobiet - rzekła.
- Tego rodzaju ludzie powinni byliby właściwie być pasażerami najniższej
klasy. Jedzie pani na pensję?
- Nie.
- Dokąd więc w takim razie?
- Nie mam o tym najmniejszego pojęcia, poza tym, że najbliższym celem
mojej obecnej podróży jest port Boue-Marine.
Spojrzała na mnie ze zdumieniem, nie przestając jednak w dalszym ciągu
paplać beztrosko.
- Jadę na pensję. O, na ilu już cudzoziemskich pensjach byłam w moim
życiu! Mimo to jestem zupełną ignorantką. Nie umiem nic, ale to
absolutnie nic - zapewniam panią - poza tym, że pięknie gram i tańczę,
umiem także naturalnie szwargotać po francusku i po niemiecku, chociaż
nieosobliwie czytam i piszę w tych językach. Parę dni temu kazano mi
przetłumaczyć stroniczkę łatwej niemieckiej książki na angielski, nie
potrafiłam tego zrobić. Ojciec mój był bardzo zmartwiony i powiedział,
że pan de Bassompierre - mój ojciec chrzestny, który płaci wszystkie
rachunki za moją pensję - wyrzuca pieniądze w błoto. Bo muszę przyznać
się pani, że co do historii, geografii, arytmetyki i innych podobnie
nudnych przedmiotów jestem zupełnie nierozwiniętym dzieckiem jeszcze, a po angielsku piszę bardzo źle - robię pełno błędów gramatycznych i ortograficznych. W dodatku zdążyłam zapomnieć już wszystko, czego
nauczono mnie z religii. Nazywają mnie protestantką, wie pani? Ale tak
Bogiem a prawdą nie mam pewności, czy jestem nią, czy nie. Niezupełnie
zdaję sobie sprawę z różnicy pomiędzy katolicyzmem a protestantyzmem.
Jest mi to zresztą najdoskonalej obojętne. Kiedyś w Bonn - kochane,
czarujące Bonn - gdzie tylu jest przystojnych młodych studentów! - byłam
luteranką. Każda ładna dziewczyna na naszej pensji w Bonn miała
wielbiciela. Każdy z takich panów wiedział, w jakich godzinach
wychodzimy na spacer, urządzał się też tak, aby spotkać się ze swoją
bogdanką i przejść tuż obok niej. Schönes Mädchen - mówił każdy damie
swojego serca, a mówił to tak głośno, że wyraźnie mogłyśmy słyszeć jego
słowa. Byłam rajsko szczęśliwa w Bonn!
- A gdzie jest pani teraz? - zapytałam.
- O, w... w chose2 - rzekła.
Panna Ginevra Fanshave (tak brzmiało imię i nazwisko młodej osoby)
zastąpiła oczywiście wyrazem chose istotną nazwę miejscowości.
Używanie co chwila wyrazu chose stało się jej utartym zwyczajem,
powtarzane przy każdej okazji jako bardzo wygodne słówko zastępcze
zamiast brakującego właściwego słowa w każdym języku, którym mówiła w danym momencie. Dziewczęta francuskie pomagają sobie często w ten sposób
i od nich właśnie przejęła panna Ginevra Fanshave ten nawyk. W danym
wypadku, jak dowiedziałam się w następstwie, miało owo chose zastąpić
Villette - wielką stolicę wielkiego królestwa Labassecour.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki