Villette - Charlotte Bronte

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

BRET­TON

Moja chrzestna matka miesz­kała w ład­nym domu wie­ko­wego schlud­nego mia­sta Bret­ton. Rodzina jej męża osia­dła tutaj od wielu poko­leń, nosząc nawet nazwi­sko jed­no­brz­miące z nazwą kolebki jej rodu: Bret­tonowie z Bret­ton. Czy stało się to jedy­nie dzięki oso­bli­wemu zbie­gowi oko­licz­no­ści, czy też jakiś daleki przo­dek był oso­bi­sto­ścią odpo­wied­nio wybitną i dosta­tecz­nie donio­słego zna­cze­nia, aby prze­ka­zać swoje nazwi­sko zamiesz­ki­wa­nej przez niego oko­licy - nic mi o tym nie wia­domo.

Kiedy byłam małą dziew­czynką, jeź­dzi­łam do Bret­ton mniej wię­cej dwa razy do roku, zawsze bar­dzo rada tym odwie­dzi­nom. Dom i jego miesz­kańcy szcze­gól­nie przy­pa­dli mi do gustu. Obszerne, ciche pokoje, sta­ran­nie dobrane ume­blo­wa­nie, wiel­kie, jasne okna, bal­kon zewnętrzny, wycho­dzący na piękną, starą ulicę, na któ­rej zda­wał się stale pano­wać odświętny nie­dziel­nie nastrój - taka cicha i spo­kojna była jej atmos­fera, takie czy­ste chod­niki i jezd­nia. Wszystko to podo­bało mi się nie­zmier­nie. W domu, zaj­mo­wa­nym wyłącz­nie przez ludzi doro­słych, przed­mio­tem ogól­nego zain­te­re­so­wa­nia bywa zazwy­czaj jedyne znaj­du­jące się wśród nich dziecko. I mną rów­nież wielce inte­re­so­wała się - w spo­sób zrów­no­wa­żony - pani Bret­ton, owdo­wiała, zanim jesz­cze ją pozna­łam, i mająca tylko jedy­nego syna. Jej mąż, lekarz, umarł, kiedy była jesz­cze młodą i przy­stojną kobietą.

Nie pamię­tam jej młodą, była jed­nak w cza­sie, kiedy ją pozna­łam, wciąż jesz­cze przy­stojna, wysoka, dobrze zbu­do­wana. Mimo że miała ciemną cerę jak na Angielkę, jej sma­głe policzki zawsze jaśniały rumień­cem zdro­wia, try­ska­ją­cego rów­nież z jej pięk­nych, pogod­nie patrzą­cych w świat, czar­nych oczu. Uwa­żano powszech­nie za godny poża­ło­wa­nia fakt, że nie prze­ka­zała cery synowi, któ­rego oczy były nie­bie­skie - jak­kol­wiek już nawet w chło­pię­cym wieku nader prze­ni­kliwe - a także koloru jego dłu­gich wło­sów, któ­rych barwy nie odwa­żali się przy­ja­ciele okre­ślać ści­ślej, nazy­wa­jąc je zło­tymi, ile­kroć padał na nie blask słońca. Odzie­dzi­czył nato­miast po matce rysy twa­rzy, jak rów­nież jej białe zęby, wzrost (a raczej zapo­wiedź wzro­stu, nie był jesz­cze bowiem roz­wi­nięty w pełni), a nade wszystko, co znacz­nie lep­sze, nie­ska­zi­telne zdro­wie oraz uspo­so­bie­nie równe i pogodne, warte wię­cej, ani­żeli posia­da­nie naj­więk­szej for­tuny.

Na jesieni roku... bawi­łam w Bret­ton, dokąd zabrała mnie moja matka chrzestna, przy­je­chaw­szy po mnie do krew­nych, u któ­rych stale miesz­ka­łam w owym cza­sie. Przy­pusz­czam, że wów­czas już musiała prze­wi­dy­wać przy­szły bieg wypad­ków, któ­rych ja oso­bi­ście nie podej­rze­wa­łam nawet, jak­kol­wiek nie­okre­ślone, mętne ich prze­czu­wa­nie wystar­czało do omro­cze­nia cie­niem smutku mojego ówcze­snego życia: zado­wo­lona też byłam z tej zmiany śro­do­wi­ska i ota­cza­ją­cych mnie osób.

Czas upły­wał dla mnie zawsze mile przy boku matki chrzest­nej, nie z zawrotną szyb­ko­ścią wpraw­dzie, ale łagod­nie niby wez­brana rzeka, prze­pły­wa­jąca przez rów­ninę. Moje odwie­dziny u niej podobne były do pobytu Chri­stiana i Hope­ful nad pew­nym miłym stru­my­kiem, obsa­dzo­nym po obu brze­gach zie­lo­nymi drze­wami i łąkami, pięk­nie pstrzą­cymi się przez cały rok liliami i innym kwie­ciem. Nie było tu uroku uroz­ma­ice­nia ani pod­niety nie­prze­wi­dzia­nych wyda­rzeń; tak jed­nak lubi­łam spo­kój i tak mało żądna byłam pod­niet, że kiedy przy­szły wresz­cie, odczu­łam je raczej jako nie­po­żą­dane zakłó­ce­nie spo­koju, żału­jąc, że nie pozo­stały z dala ode mnie.

Pew­nego dnia nad­szedł list, któ­rego treść była dla pani Bret­ton nie­spo­dzianką, a zara­zem nie­mile ją zasko­czyła. Myśla­łam w pierw­szej chwili, że to wia­do­mość od moich krew­nych, dono­szą­cych o Bóg wie jakiej kata­stro­fie; nie było jed­nak w liście żad­nej wzmianki o mnie. Chmura zda­wała się roz­pra­szać.

Naza­jutrz, kiedy po powro­cie z dłu­giej prze­chadzki weszłam do zaj­mo­wa­nej przeze mnie sypialni, zasta­łam w niej nie­spo­dzie­waną zmianę. Oprócz mojego fran­cu­skiego łóżka, któ­remu cha­rak­ter mile ocie­nio­nego ustro­nia nada­wały osła­nia­jące je kotary, stało w rogu udra­po­wane na biało łóżeczko, a oprócz mojej komody - mała komódka z róża­nego drewna.

Wpa­trzy­łam się zdu­miona.

- Co ozna­czają te sprzęty? - zapy­ta­łam.

Odpo­wiedź była wyraźna i jasna:

- Przy­bywa nowy gość. Pani Bret­ton ocze­kuje jesz­cze kogoś.

Przy obie­dzie, na który zeszłam nie­ba­wem, wyja­śniło się wszystko. Otrzy­mam nie­długo towa­rzyszkę, małą dziew­czynkę, córeczkę przy­ja­ciela i dale­kiego krew­nego nie­bosz­czyka dok­tora Bret­tona. Dziew­czynka ta - wyja­śniono mi - stra­ciła nie­dawno matkę, jak­kol­wiek - dodała pani Bret­ton - strata nie była tak wielka, jak mogłoby zrazu się zda­wać. Pani Home (tak brzmiało nazwi­sko rodzi­ców spo­dzie­wa­nego małego gościa) była kobietą bar­dzo przy­stojną, ale pło­chą, zanie­dbu­jącą swoje dziecko i spra­wia­jącą mężowi wiele roz­cza­ro­wań i zawo­dów. Zwią­zek ich oka­zał się tak bar­dzo daleki od mał­żeń­skiej har­mo­nii, że doszło wresz­cie do sepa­ra­cji, za zgodą obo­pólną, bez prze­pro­wa­dza­nia tej sprawy przez sądy. Rychło po tym pani Home, prze­mę­czyw­szy się zbyt­nio na balu, zazię­biła się, zapa­dła na gorącz­kową cho­robę i wkrótce umarła. Mąż jej, czło­wiek wielce uczu­ciowy i wraż­liwy z natury, wstrzą­śnięty nagłym zako­mu­ni­ko­wa­niem mu tej wia­do­mo­ści, wmó­wił sobie - i nie­po­dobna było prze­ko­nać go, aby mogło być ina­czej - że jego nad­mierna suro­wość wzglę­dem żony, brak cier­pli­wo­ści i wyro­zu­mia­ło­ści dla niej przy­czy­niły się do przy­śpie­sze­nia tra­gicz­nego końca. Tak bar­dzo tra­pił się tą myślą, że oddzia­łało to w końcu ujem­nie na jego psy­chikę. Leka­rze zale­cili mu odby­cie dłuż­szej podróży, licząc na sku­teczny wpływ zupeł­nej zmiany warun­ków i oto­cze­nia. Pani Bret­ton zaofia­ro­wała się zaopie­ko­wać na ten czas jego małą córeczką.

- Mam nadzieję - rze­kła moja chrzestna - że dziecko nie wda się w matkę i nie będzie taką pło­chą, trzpio­to­watą, o pta­sim móżdżku zalot­nicą, z jaką praw­dzi­wie roz­sąd­nemu czło­wie­kowi nie wpa­dłoby na myśl się żenić. Pan Home może być, co prawda, uwa­żany za czło­wieka roz­sąd­nego - po swo­jemu - jak­kol­wiek nie­zbyt prak­tycz­nego. Roz­mi­ło­wany w nauce, spę­dza pół życia w labo­ra­to­rium na robie­niu doświad­czeń - czego jego motyl­ko­wata żona nie była ni­gdy w sta­nie zro­zu­mieć ani znieść. Muszę przy­znać - dodała szcze­rze moja chrzestna matka - że i mnie samej nie bar­dzo podo­ba­łoby się to.

Na zadane jej przeze mnie w tej spra­wie pyta­nie wyja­śniła mi w dal­szym ciągu, że, jak utrzy­my­wał nie­bosz­czyk mąż, pan Home odzie­dzi­czył naukowe upodo­ba­nia po wuju z linii macie­rzy­stej, zna­nym fran­cu­skim uczo­nym. Albo­wiem pan Home był pocho­dze­nia mie­sza­nego: fran­cu­skiego i szkoc­kiego, i miał zamiesz­ka­łych we Fran­cji krew­nych, z któ­rych nie­jedni pisali swoje nazwi­sko z poprze­dza­ją­cym je ary­sto­kra­tycz­nym "de" i uwa­żali swój ród za szla­checki.

Tego samego wie­czora został wysłany słu­żący na spo­tka­nie kolasy pocz­to­wej, którą miał przy­być nasz mały gość. Pani Bret­ton i ja sie­dzia­ły­śmy w salo­nie w ocze­ki­wa­niu na przy­jazd dziecka, same, ze względu na nie­obec­ność Johna Gra­hama, który poje­chał w odwie­dziny do jed­nego ze swo­ich kole­gów szkol­nych, miesz­ka­ją­cego na wsi. Moja matka chrzestna skra­cała sobie czas ocze­ki­wa­nia czy­ta­niem gazety wie­czor­nej, a ja szy­łam. Noc była burz­liwa i słotna, deszcz siekł o szyby, wiatr dął nie­ustan­nie, zawo­dząc żało­śnie.

- Biedne dziecko! - wzdy­chała pani Bret­ton od czasu do czasu. - Jaka okropna pogoda do podró­żo­wa­nia! Chcia­ła­bym, aby zna­la­zła się już tutaj bez­piecz­nie.

Na krótko przed dzie­siątą jęk­nął dzwo­nek przy drzwiach wej­ścio­wych, oznaj­mia­jąc powrót War­rena (tak nazy­wał się wysłany po małą słu­żący). Gdy tylko zdą­żono otwo­rzyć drzwi na dole, zbie­głam do holu, gdzie stał już kufer oraz kilka tek­tu­ro­wych pudeł, przy nich młoda pia­stunka, u pod­nóża scho­dów zaś War­ren, nio­sący na rękach i tulący do sie­bie jakiś poowi­jany w szale tłu­mo­czek.

- Czy to jest przy­wie­zione dziecko? - zapy­ta­łam.

- Tak, pro­szę panienki.

Chcia­łam odwi­nąć szale, aby zoba­czyć twarz małej, jed­nak pośpiesz­nie odwró­ciła się i ukryła na ramie­niu War­rena.

- Pro­szę mnie spu­ścić na pod­łogę - szep­nęło dziecko cichut­kim gło­si­kiem w chwili, kiedy War­ren otwie­rał drzwi salonu - i zdjąć ze mnie ten szal - dodało, usi­łu­jąc jed­no­cze­śnie wycią­gnąć maleńką rączką szpilkę przy­trzy­mu­jącą szal, aby z rodza­jem kapry­śnego pośpie­chu zrzu­cić z sie­bie nie­zdarne opa­tu­le­nie. Istotka, która wyło­niła się spod niego, zro­biła umie­jętną próbę zło­że­nia szala, oka­zał się on jed­nak zbyt ciężki i wielki, aby mogła mu spro­stać siła drob­niut­kich rączek i ramion.

- Pro­szę to dać Har­riet - roz­ka­zała maleńka - już ona złoży go jak trzeba.

Po wyda­niu tego roz­po­rzą­dze­nia zwró­ciła się ku pani Bret­ton, w któ­rej twa­rzy utkwiła badaw­cze spoj­rze­nie.

- Chodź, kocha­nie - zachę­ciła pani Bret­ton. - Muszę zoba­czyć, czy nie prze­mo­kłaś i nie prze­zię­błaś. Chodź, ogrze­jesz się przy kominku.

Dziecko pośpie­szyło na to wezwa­nie. Uwol­niona z opa­tu­le­nia figurka oka­zała się nie­po­mier­nie drobna, zara­zem zgrab­niutka, lekka jak piórko, prze­dziw­nie kształtna i pocią­ga­jąca. Sie­dząc na kola­nach mojej matki chrzest­nej, spra­wiała wra­że­nie lalki raczej niż dziecka. Podo­bień­stwo do lalki potę­go­wała w moich oczach jej szyjka, cie­niuchna i deli­katna jak uto­czona z wosku, a także główka, okryta gąsz­czem jedwa­bi­stych loków.

Pani Bret­ton, roz­cie­ra­jąc rączki, nóżki i ramiona małej, prze­ma­wiała do niej krót­kimi, piesz­czo­tli­wymi zda­niami. Dziecko zrazu odpo­wia­dało na nie wpa­try­wa­niem się w star­szą kobietę z wni­kliwą cie­ka­wo­ścią, rychło jed­nak opro­mie­nił jej twa­rzyczkę uśmiech pełen ujmu­ją­cego wdzięku. Pani Bret­ton nie nale­żała na ogół do osób nazbyt łatwo i hoj­nie darzą­cych piesz­czo­tami; nawet w sto­sunku do wiel­bio­nego przez nią jedy­nego syna rzadko dawała powo­do­wać się sen­ty­men­tem, czę­sto wręcz prze­ciw­nie nawet, była, czy uda­wała, oschła. Kiedy jed­nak ta drobna dzie­cina się uśmiech­nęła, poca­ło­wała ją i zapy­tała:

- Jak cię zwą, pta­szyno?

- Panienką.

- A jak jesz­cze, prócz panienki?

- Polly - nazywa ją ojczu­lek.

- A czy Polly chęt­nie zamieszka u mnie?

- Nie na zawsze; tylko dopóki nie powróci ojczu­lek. Odje­chał - dodała, potrzą­sa­jąc wymow­nie główką.

- Ojczu­lek powróci do swo­jej Polly albo przy­śle po nią.

- Na pewno powróci, pro­szę pani? Czy pani wie o tym?

- Myślę, że tak.

- A Har­riet myśli, że nie; przy­naj­mniej, że nie tak prędko. Jest chory.

Oczy jej zaszkliły się łzami. Wysu­nęła rączkę z ręki pani Bret­ton i spró­bo­wała zsu­nąć się z jej kolan, napo­tkaw­szy wszakże na opór, rze­kła:

- Chcia­ła­bym zejść już, pro­szę pani. Mogę sie­dzieć na sto­łeczku.

Pani Bret­ton pozwo­liła jej się ześli­zgnąć, a wów­czas mała wzięła sto­łe­czek i prze­nio­sła go do kącika pogrą­żo­nego w naj­głęb­szym cie­niu, i tutaj usia­dła pośpiesz­nie. Pani Bret­ton, jak­kol­wiek natura wład­cza, a w rze­czach poważ­nych nie­ubła­ga­nie sta­now­cza nawet, bywała czę­sto bierna i ustę­pliwa w dro­bia­zgach: nie sprze­ci­wiała się też dziecku, pozo­sta­wia­jąc małej wolną wolę.

- Nie zwra­caj na nią uwagi na razie - ostrze­gła mnie.

Ja jed­nak zwró­ci­łam na małą uwagę, a raczej nie odwra­ca­łam ani na chwilę uwagi od niej, obser­wu­jąc ją - kiedy opie­rała drobny łokie­tek na drob­niuch­nym kolanku, a główkę na rączce. Dostrze­głam, że wyjęła z kie­szonki lal­czy­nej spód­niczki czwo­ro­kątną, cie­niuchną szma­teczkę baty­stu, która miała słu­żyć jej za chustkę do nosa. Po chwili do wyjąt­kowo wraż­li­wych moich uszu dole­ciał cichutki odgłos łka­nia. Inne dzieci zwy­kły, kiedy je coś boli czy smuci, pła­kać gło­śno, hała­śli­wie, nie wsty­dząc się ani powstrzy­mu­jąc łez. Ta maleńka istotka nato­miast łkała pra­wie nie­do­sły­szal­nie, od czasu do czasu tylko zdra­dza­jąc swoje wzru­sze­nie leciut­kim pocią­ga­niem noskiem. Pani Bret­ton nie sły­szała tego, na szczę­ście. Nie­ba­wem gło­sik, docho­dzący z ciem­nego kąta, zapy­tał:

- Czy można zadzwo­nić na Har­riet?

Zadzwo­ni­łam. Wezwana pia­stunka przy­szła nie­ba­wem.

- Trzeba mnie poło­żyć do łóżka - roz­ka­zała jej malutka pani. - Musisz zapy­tać, gdzie będę spała.

Har­riet wyja­śniła, że zdą­żyła już się tego dowie­dzieć.

- Zapy­taj, czy wolno ci będzie spać ze mną - powtó­rzyła mała.

- Nie, panienko - odparła Har­riet. - Ma panie­neczka spać w jed­nym pokoju z tą panią. - Wska­zała głową na mnie.

"Panie­neczka" nie wyszła z ciem­nego kąta, zauwa­ży­łam jed­nak, że jej oczy mnie szu­kają. Po paru chwi­lach nie­mego bada­nia wyło­niła się ze swo­jego kącika.

- Życzę pani dobrej nocy - rze­kła, zwra­ca­jąc się do pani Bret­ton, mnie wsze­lako omi­nęła w mil­cze­niu.

- Dobra­noc ci, Polly - powie­dzia­łam.

- Nie ma potrzeby mówić mi dobra­noc; mamy prze­cież spać w tym samym pokoju - odparła, po czym znik­nęła za drzwiami salonu. Usły­sza­ły­śmy jesz­cze tylko pro­po­zy­cję Har­riet zanie­sie­nia jej na górę.

- Nie ma potrzeby - brzmiała powtór­nie ta sama odpo­wiedź. - Nie ma potrzeby! Nie ma potrzeby! - wołała, wspi­na­jąc się mozol­nie po scho­dach, o czym świad­czył odgłos wle­cze­nia za sobą wyraź­nie znu­żo­nych drob­nych stó­pek.

Kiedy w godzinę póź­niej przy­szłam do sypialni, żeby poło­żyć się spać, zasta­łam małą wciąż jesz­cze czu­wa­jącą. Uło­żyła poduszki w taki spo­sób, aby mogły pod­trzy­mać ją w pozy­cji sie­dzą­cej: obie rączki spo­czy­wały na koł­drze, sple­cione gestem oso­bli­wie nie­dzie­cię­cej cichej rezy­gna­cji. Przez jakiś czas nie odzy­wa­łam się do niej, przed samym wszakże zga­sze­niem świecy pora­dzi­łam, aby poło­żyła się wygod­niej.

- I to przyj­dzie - brzmiała odpo­wiedź.

- Ale zazię­bisz się w ten spo­sób, mała panienko.

Wzięła z krze­sła sto­ją­cego przy łóżeczku drobną sztukę ubra­nia i narzu­ciła sobie na ramionka. Pozwo­li­łam jej robić, co chciała. Wsłu­chu­jąc się przez chwilę poprzez ciem­no­ści, zda­łam sobie sprawę, że maleńka wciąż jesz­cze pła­cze, usi­łuje jed­nak czy­nić to moż­li­wie naj­ci­szej i naj­pow­ścią­gli­wiej.

Obu­dziw­szy się o świ­cie, usły­sza­łam kapa­nie wody, ście­ka­ją­cej jak gdyby cienką strużką. Spoj­rza­łam w stronę, skąd docho­dził ten odgłos, i ujrza­łam małą Polly, która wstała już i wdra­paw­szy się na krze­sło przy umy­walni, z wysił­kiem prze­chy­lała dzba­nek (któ­rego nie była w sta­nie udźwi­gnąć i pod­nieść), aby prze­lać jego zawar­tość do miski. Cie­kawy był jej widok myją­cej się i ubie­ra­ją­cej. Drobna figurka uwi­jała się przy tych czyn­no­ściach tak żywo, a zara­zem tak bez­sze­lest­nie! Widoczne było, że nie przy­wy­kła oby­wać się przy ubie­ra­niu bez cudzej pomocy: guziki, haftki, wstą­żeczki, tasiemki i dziurki nastrę­czały jej wiele trud­no­ści, które usi­ło­wała poko­ny­wać ze wzru­sza­jącą wytrwa­ło­ścią. Zło­żyła porząd­nie koszulkę nocną, wygła­dziła jak tylko umiała naj­le­piej fałdy posła­nia, po czym, cof­nąw­szy się do kącika, w któ­rym ukry­wały ją zwoje dra­pu­ją­cych łóżeczko bia­łych muśli­no­wych fira­nek, zacho­wy­wała się cichutko. Unio­słam się na łóżku i wycią­gnę­łam głowę, aby zoba­czyć, co robi. Klę­czała, oparł­szy czoło na dło­niach. Widoczne było, że odma­wia pacie­rze.

Pia­stunka zastu­kała do drzwi. Mała się zerwała.

- Jestem ubrana, Har­riet - rze­kła. - Sama się ubra­łam, na pewno jed­nak nie jestem poza­pi­nana porząd­nie. Popraw na mnie wszystko.

- Dla­czego panie­neczka ubrała się sama?

- Cicho, Har­riet! Nie mów tak gło­śno, żeby nie obu­dzić tej dziew­czyny (oczy­wi­ste było, że mówi o mnie, przy­pusz­cza­jąc, że śpię, ponow­nie bowiem poło­ży­łam się i zamknę­łam oczy). Ubra­łam się umyśl­nie sama, żeby umieć, gdy odje­dziesz ode mnie.

- Czy panienka chce, żebym odje­chała?

- Kiedy byłaś zła, nie­raz chcia­łam, żebyś ode­szła od nas, ale teraz nie. Zawiąż mi porząd­nie szarfę w pasie i przy­gładź mi włosy jak się należy, pro­szę cię.

- Szarfa panie­neczki leży jak ulana. Jaka z panie­neczki porząd­nicka.

- Nie, nie, trzeba zawią­zać ją jesz­cze raz. Pro­szę cię, zrób to.

- Dobrze już, dobrze. Ale gdy pojadę, musi panie­neczka pro­sić tę młodą panią, żeby dopo­mo­gła przy ubie­ra­niu.

- Za nic w świe­cie.

- Dla­czego? Jest bar­dzo miła. Spo­dzie­wam się, że panie­neczka będzie grzeczna dla niej i nie będzie zadzie­rała na nią nosa po swo­jemu.

- Nie chcę, żeby mnie ubie­rała! Nie chcę, sły­szysz? Za żadne skarby!

- Śmieszne z panie­neczki stwo­rze­nie.

- Nie robisz mi rów­nego prze­działu, Har­riet. Będzie znów pokrę­cony.

- Kto by tam kiedy dogo­dził panience. No, a teraz dobrze?

- Tak sobie. Dokąd mam iść teraz, kiedy jestem ubrana?

- Zapro­wa­dzę panie­neczkę do pokoju śnia­da­nio­wego.

- Dobrze. Chodźmy.

Skie­ro­wały się ku drzwiom. Nagle mała się zatrzy­mała.

- O, Har­riet, dla­czego to nie jest dom ojczulka! Nie znam tych wszyst­kich ludzi!

- Niech panie­neczka będzie grzeczna. Nie kaprysi.

- Jestem grzeczna, ale boli mnie tutaj. - Dotknęła ręką oko­licy serca i, poję­ku­jąc z cicha, wyszła z pokoju.

- Ojczulku! Ojczulku! - zawo­dziła płacz­li­wie.

Pod­nio­słam się, aby poło­żyć kres tej sce­nie, dopóki jesz­cze można było zapo­biec gwał­tow­nemu wybu­chowi.

- Niech panienka powie dzień dobry mło­dej pani - naka­zała Har­riet.

Rzu­ciła pośpieszne "dzień dobry", po czym wyszła za pia­stunką z pokoju.

Har­riet wyje­chała tego samego dnia, uda­jąc się do zna­jo­mych, miesz­ka­ją­cych w sąsiedz­twie.

Zszedł­szy na dół, zasta­łam Pau­linę (dziecko mówiło o sobie jako o Polly, pełne jej wszakże, nie­zdrob­niane imię brzmiało: Pau­lina Maria) sie­dzącą tuż przy stole śnia­da­nio­wym obok pani Bret­ton. Stał przed nią kubek mleka, a mała kromka chleba wypeł­niała rączkę, która leżała bez­czyn­nie na obru­sie. Mała nie jadła.

- Nie mam poję­cia, jak damy sobie radę z tym stwo­rzon­kiem - zwró­ciła się do mnie moja matka chrzestna po śnia­da­niu i odej­ściu Polly. - Nic nie bie­rze do ust, a po jej oczach i po całej twa­rzy poznać wyraź­nie, że nie spała.

Uspo­ko­iłam panią Bret­ton, wyra­ża­jąc ufność w upływ czasu i ser­deczne obcho­dze­nie się z dziec­kiem.

- Gdyby polu­biła kogoś w naszym domu, przy­zwy­cza­iłaby się wkrótce, nie wcze­śniej jed­nak - odparła pani Bret­ton.

Roz­dział II

PAU­LINA

Upły­nęło kilka dni i, jak się zda­wało, trudno było liczyć, aby dziecko miało polu­bić kogoś szcze­gól­niej w domu nowej opie­kunki. Nie była wła­ści­wie nie­grzeczna ani kapry­śna: nie­po­dobna byłoby nawet nazwać ją nie­po­słuszną, trudno wszakże zna­leźć istotę, która mniej niż ona nada­wa­łaby się do uko­je­nia, kie­ro­wa­nia, a cho­ciażby do przy­sto­so­wa­nia jej do nowych warun­ków. Była zgnę­biona, tak wyraź­nie zgnę­biona, że żadna osoba doro­sła nie mogłaby rów­nie bez­sprzecz­nie wyra­żać smutku ukła­dem twa­rzy i całej postaci. Żadne pożło­bione zmarszcz­kami obli­cze doro­słego wygnańca, tęsk­nią­cego za Europą i prze­by­wa­ją­cego na anty­po­dach lądu euro­pej­skiego, nie mogłoby zdra­dzać wyraź­niejszych oznak tęsk­noty za domem rodzin­nym ani­żeli twa­rzyczka tego dziecka. Zda­wała się sta­rzeć, szczu­pleć i mar­nieć w oczach. Ja oso­bi­ście, nie­ob­da­rzona udręką nazbyt buj­nej i prze­czu­lo­nej wyobraźni, dziw­nego zawsze dozna­wa­łam uczu­cia, ile­kroć otwo­rzyw­szy drzwi, zasta­wa­łam małą samą jedną, przy­kuc­niętą w kącie i opie­ra­jącą główkę na drob­niuch­nej rączce. Pokój, w któ­rym prze­by­wała, wyda­wał mi się nie­za­miesz­kany, ale nawie­dzony przez zjawę upiorną.

A kiedy znów, budząc się w noc księ­ży­cową, dostrze­ga­łam jej maleńką, białą figurkę, wyraź­nie odci­na­jącą się w noc­nej koszulce, klę­czącą na łóżku i modlącą się żar­li­wie jak gorąca kato­liczka czy meto­dystka - spra­wiała na mnie wra­że­nie świę­tej w eks­ta­zie zachwy­ce­nia. Nie wie­dzia­łam wów­czas, co mam o tym myśleć, czu­łam jed­nak, że fan­ta­zjuję tak samo nie­zdrowo i nie­lo­gicz­nie, jak ta, tra­wiona nie­dzie­cięcą tęsk­notą, mała dziew­czynka.

Rzadko pod­chwy­ty­wało moje ucho poje­dyn­cze słowa jej modli­twy, tak cichu­teńko ją szep­tała; cza­sem nawet modli­twa była zupeł­nie niema, nie­wy­po­wia­dana arty­ku­ło­wa­nymi dźwię­kami. Jeżeli jed­nak w rzad­kich chwi­lach uda­wało mi się roz­róż­nić jakieś słowa, było nimi nie­zmienne wezwa­nie: "Ojczulku, drogi mój ojczulku!".

Zro­zu­mia­łam, że mam przed sobą osobę zdra­dza­jącą skłon­no­ści mania­kalne, które uwa­ża­łam zawsze za naj­więk­szą klę­skę, jaką może być dotknięta natura ludzka, bez róż­nicy męż­czyzn czy kobiet nimi obcią­żo­nych.

Trudno prze­wi­dzieć, do czego mogłoby w końcu dopro­wa­dzić małą jej samo­udrę­cza­nie, gdyby trwało w dal­szym ciągu, nie­uda­rem­nione przez nikogo. Na szczę­ście wszakże nastrój dziecka uległ nagłemu, nie­spo­dzie­wa­nemu zwro­towi.

Pew­nego dnia pani Bret­ton, chcąc wydo­stać małą z kąta, w któ­rym stale zaszy­wała się, i zająć czymś umysł, posa­dziła ją na ławeczce pod oknem i pole­ciła poli­czyć, ile pań i panów przej­dzie ulicą w ciągu okre­ślo­nego czasu. Ale dziecko sie­działo tępo, obo­jęt­nie, nie patrząc pra­wie, a już na pewno nie licząc, kiedy nagle - nie spusz­cza­łam z niej przez cały czas oczu - dostrze­głam na jej twa­rzy bły­ska­wiczną zmianę. Takie nie­bez­piecz­nie prze­wraż­li­wione (jak to się zwie) natury nastrę­czają wiele cie­ka­wych spo­strze­żeń obser­wu­ją­cym je oso­bom, szczę­śli­wie chro­nio­nym - dzięki chłod­niej­szemu tem­pe­ra­men­towi - przed pod­le­ga­niem nie­rów­nym nastro­jom i czczemu fan­ta­zjo­wa­niu. Wpa­trzone w jeden punkt oczy dziew­czynki roz­pa­liły się, drobne, stale nachmu­rzone czółko roz­ja­śniło się pro­mien­nie, wyraz smutku i zgnę­bie­nia znikł, jak gdyby zdmuch­nięty cza­rem z twa­rzyczki, ustę­pu­jąc miej­sca nagłemu oży­wie­niu i pod­nie­ce­niu.

- Tak! To on! - wyrwało się z jej ust.

I z szyb­ko­ścią ptaka czy wyrzu­co­nej z cię­ciwy strzały pomknęła do pokoju. W jaki spo­sób udało jej się otwo­rzyć cięż­kie drzwi wej­ściowe na dole, nie mam poję­cia, chyba że szczę­śli­wym dla niej tra­fem były uchy­lone. A może zetknęła się z War­re­nem, który nie mógł oprzeć się jej żąda­niu - wyobra­żam sobie, jak dalece natar­czy­wemu i gwał­tow­nemu! Fak­tem jest w każ­dym razie, że wypa­tru­jąc z zacie­ka­wie­niem przez okno, ujrza­łam maleńką figurkę w czar­nej sukience i zgrab­nym drobno zapli­so­wa­nym far­tuszku (nie­po­dobna było skło­nić Polly do nosze­nia ochra­nia­ją­cych całą sukienkę far­tu­chów, tak wielki żywiła do nich wstręt) bie­gnącą pędem przez połowę dłu­go­ści jezdni i w chwili kiedy zamie­rza­łam zwró­cić się do pani Bret­ton, aby ostrzec ją, że mała wybie­gła jak osza­lała na ulicę i że nale­ża­łoby natych­miast pośpie­szyć po nią, ujrza­łam dziecko pochwy­cone przez kogoś i ukryte na czy­jejś piersi zarówno przed moim okiem, jak przed zdu­mio­nymi spoj­rze­niami prze­chod­niów. Porwa­nia tego doko­nał jakiś pan, który teraz, osło­niw­szy maleńką swoim płasz­czem, skie­ro­wał się wraz z nią ku domowi, skąd wybie­gła.

Przy­pusz­cza­łam, że odda dziecko słu­żą­cemu, a sam odej­dzie, wbrew mojemu prze­wi­dy­wa­niu jed­nak wszedł i on także i po zatrzy­ma­niu się przez chwilę na dole, towa­rzy­szył małej na górne pię­tro.

Spo­sób przy­ję­cia go przez panią Bret­ton ujaw­nił mi od razu, że osoba jego była jej dobrze znana. Powi­tała go ser­decz­nie, wyda­jąc się jed­nak spło­szona, zdzi­wiona i nieco nie­mile zasko­czona. Niemy wyrzut, jaki przy­były wyczy­tał znać w jej spoj­rze­niu, skło­nił go do wyja­śnie­nia:

- Nie byłem w sta­nie oprzeć się, droga pani; nie mogłem opu­ścić kraju, nie prze­ko­naw­szy się oso­bi­ście, czy moja maleńka przy­zwy­cza­iła się do nowego oto­cze­nia.

- Pań­skie przy­by­cie znów ją od niego odzwy­czai.

- Mam nadzieję, że nie. I cóż, jak się ma i co pora­bia naj­słod­sza kru­szynka ojczu­siowa?

Z zapy­ta­niem tym zwró­cił się do Pau­liny, sia­da­jąc na krze­śle i sta­wia­jąc ją na posadzce przed sobą.

- Jak się ma i co pora­bia kru­szynka ojczu­siowa? - powtó­rzyła pyta­nie, przy­tu­lona do kolan ojca i wpa­trzona w zachwy­ce­niu w jego twarz.

Była to cicha i poza tymi kil­koma sło­wami niema scena, tak głę­boka wszakże, wzru­sza­jąca dzięki modli­tew­nemu nie­le­d­wie sku­pie­niu, w jakim się odbyła, że tym bar­dziej gnę­biące spra­wiała na mnie wra­że­nie. Przy wszel­kich nie­po­wścią­ga­nych siłą woli, nie­opa­no­wa­nych wybu­chach spra­wia widzowi ulgę poczu­cie pew­nej ich śmiesz­no­ści i stąd wzgardy dla nich; za najbar­dziej przy­tła­cza­jącą nato­miast uwa­ża­łam zawsze tego rodzaju wraż­li­wość, która gnębi siłą wła­snej potęgi - olbrzym nie­wol­nik ugi­na­jący się pod pano­wa­niem trzeź­wego roz­sądku.

Pan Home był męż­czy­zną o suro­wych - może nawet powie­dzieć nale­ża­łoby - twar­dych rysach; czoło miał pobruż­dżone, kości policz­kowe wysta­jące. Była to twarz typowo szkocka, w oczach jego wszakże malo­wała się nie­zwy­kła u Szko­tów głę­bia uczu­cia, w tej chwili ujaw­nio­nego wyraź­nie w pod­nie­ce­niu, jakiego nie­zdolny był poko­nać. Jego pół­nocny akcent har­mo­ni­zo­wał z całą fizjo­no­mią. Wyglą­dem spra­wiał zara­zem wra­że­nie czło­wieka dum­nego i pro­sto­li­nij­nego.

Poło­żył dłoń na pod­nie­sio­nej ku niemu główce dziecka, które szep­nęło:

- Poca­łuj swoją Polly, ojczulku!

Poca­ło­wał ją. Pra­gnę­łam usły­szeć z ust dziecka jakiś okrzyk spa­zma­tyczny, który przy­niósłby mi ulgę i przy­wró­ciłby spo­kój. Mała zacho­wy­wała się wszakże zadzi­wia­jąco cicho: jak gdyby speł­niło się wszystko, czego pra­gnęła, i dla­tego była upo­jona szczę­ściem i rado­ścią.

Nie przy­po­mi­na­jąc rodzica ani rysami, ani wyra­zem twa­rzy, była prze­cież nie­odrodną jego córką: uspo­so­bie­nie jej kształ­to­wało się pod jego wpły­wem, umysł zapeł­niony był tre­ścią jego umy­słu, niczym fili­żanka pły­nem wla­nym do niej z dzbanka.

Pan Home umiał nie­wąt­pli­wie po męsku pano­wać nad sobą, nie­za­leż­nie od uczuć, jakie mio­tały nim w ukry­ciu.

- Polly - rzekł, wpa­trzony w swoją małą córeczkę - zejdź do holu; leży tam na krze­śle moje palto; prze­szu­kaj jego kie­sze­nie, znaj­dziesz w jed­nej z nich chustkę do nosa, którą przy­nie­siesz mi tutaj.

Usłu­chała od razu, poszła i powró­ciła szybko, cze­ka­jąc posłusz­nie z chustką w rączce. Wyglą­dała praw­dzi­wie jak obra­zek z tą swoją zgrabną, drob­niutką figurką, opartą o kolana Home'a. Widząc jed­nak, że ojciec nie prze­staje roz­ma­wiać, jak gdyby nie­świa­domy jej powrotu, ujęła jego rękę, otwo­rzyła nie­opie­ra­jące się temu gestowi palce, wsu­nęła pomię­dzy nie chustkę i zamknęła ponow­nie. Przez chwilę zda­wał się w dal­szym ciągu nie widzieć małej i nie czuć jej obec­no­ści, rychło jed­nak pochy­lił się ku niej i posa­dził na swo­ich kola­nach, a ona przy­tu­liła się do niego, i mimo że żadne z nich ani nie patrzyło na dru­gie, ani też nie zamie­niło słowa w ciągu godziny, byli, jak przy­pusz­czam, oboje zado­wo­leni w pełni.

Pod­czas popo­łu­dnio­wej her­baty ruchy i zacho­wa­nie małej istotki spra­wiały, jak zazwy­czaj, praw­dziwą roz­kosz oczom obec­nych. Zaczęła od pokie­ro­wa­nia War­re­nem, jak ma usta­wić krze­sła.

- Pro­szę usta­wić krze­sło mojego ojczulka tutaj, a moje tuż obok, pomię­dzy ojczul­kiem a panią Bret­ton: muszę podać mu her­batę.

Usia­dła i wska­zała obok sie­bie miej­sce ojcu.

- Usiądź obok mnie, jak gdy­by­śmy byli u nas w domu.

A potem, kiedy wzięła dla niego fili­żankę napeł­nioną her­batą, którą wła­sno­ręcz­nie osło­dziła i do któ­rej wlała śmie­tankę, dodała:

- Zawsze w domu robi­łam to dla cie­bie; nikt nie umiał ci tak dogo­dzić jak ja, nawet ty sam, ojczulku, nie umia­łeś.

Przez cały czas posiłku uwi­jała się w dal­szym ciągu, usłu­gu­jąc ojcu w spo­sób chwi­lami zabaw­nie nie­do­rzeczny. Szczypce do cukru były za wiel­kie dla jed­nej rączki, musiała też użyć obu przy posłu­gi­wa­niu się tym instru­men­tem. Podźwi­gnię­cie srebr­nego dzba­nuszka do śmie­tanki, pół­mi­ska z krom­kami chleba z masłem, a nawet fili­żanki i spodeczka było zada­niem prze­ra­sta­ją­cym jej siły i moż­ność; odważ­nie jed­nak usi­ło­wała mu spro­stać, manew­ru­jąc każ­dym z tych przed­mio­tów po kolei, szczę­śli­wie też podo­łała wszyst­kiemu, nie prze­law­szy nic ani nie uszko­dziw­szy. Prawdę mówiąc, uwa­ża­łam ją za małą krę­cicką, ojciec jej wszakże, zaśle­piony, jak wszy­scy rodzice, zda­wał się z wiel­kim zado­wo­le­niem przyj­mo­wać jej usługi, cudow­nie nawet uko­jony krzą­ta­niem dookoła niego.

- To jedyna moja pocie­cha w życiu - nie mógł powstrzy­mać się od uczy­nie­nia wyzna­nia pani Bret­ton. Moja matka chrzestna miała taką samą wła­sną "pocie­chę", nie­zrów­na­nie tylko więk­szych roz­mia­rów, w danym momen­cie nie­obecną w domu, w zupeł­no­ści też potra­fiła zro­zu­mieć i odczuć słabą stronę gościa.

Ta druga "pocie­cha" uka­zała się na widowni jesz­cze tego samego wie­czora. Wie­dzia­łam, że na ten dzień ozna­czony był jego powrót, zda­wa­łam też sobie sprawę, że pani Bret­ton pozo­sta­wała od rana już w tran­sie ocze­ki­wa­nia. Sie­dzie­li­śmy wszy­scy po her­ba­cie dookoła kominka, kiedy Gra­ham przy­łą­czył się do naszego koła. Nale­ża­łoby raczej powie­dzieć: prze­rwał je i wpro­wa­dził zamie­sza­nie; zja­wie­nie się mło­dego chłopca wywo­łało oczy­wi­ście nagły roz­gwar, wobec tego zaś, że świeżo przy­były pościł przez cały dzień, jak utrzy­my­wał, trzeba było zakrząt­nąć się dookoła solid­nego posiłku dla niego. On i pan Home przy­wi­tali się jako dawni dobrzy zna­jomi; na małą dziew­czynkę Gra­ham nie zwró­cił na razie wcale uwagi.

Po ukoń­cze­niu posiłku i odpo­wie­dzi na nie­zli­czone pyta­nia matki chło­piec wstał od stołu i usiadł przy kominku. Naprze­ciwko niego sie­dział pan Home i tuż przy nim dziecko. Mówiąc o niej jako o dziecku, uży­wam nie­wła­ści­wego, by­naj­mniej nie­okre­śla­ją­cego jej wyra­że­nia. Poję­cie "dziecko" nasuwa wszystko inne raczej, ani­żeli wizje poważ­nej, sku­pio­nej małej osóbki w żałob­nej sukience i bia­łym far­tuszku, mogą­cym nada­wać się rów­nie dobrze na ubra­nie lalki więk­szych roz­mia­rów. Osóbka ta umiesz­czona była na wyso­kim krze­sełku obok sto­lika z białą, z poli­tu­ro­wa­nego drewna szka­tułką do ręcz­nych robót i trzy­mała w rączce kawa­łek baty­stu, który pil­nie obrę­biała, prze­kłu­wa­jąc go raz w raz igłą, podobną w jej palusz­kach nie­le­d­wie do noża kuchen­nego. Manew­ru­jąc nią nie­po­rad­nie, kłuła się wciąż i pozo­sta­wiała na bia­łym baty­ście sze­reg maleń­kich czer­wo­nych pla­mek; od czasu do czasu wzdry­gała się, ile­kroć prze­korne narzę­dzie wymy­kało się spod jej wła­dzy i wpi­jało się głę­biej niż zazwy­czaj w maleńki palu­szek. Nie usta­wała jed­nak w pracy, cicha wciąż, pilna, prze­jęta doko­ny­wa­nym zada­niem, praw­dziwa mała kobietka.

Gra­ham był w owym cza­sie przy­stoj­nym szes­na­sto­let­nim wyrost­kiem, któ­rego wygląd nie wzbu­dzał jed­nak nazbyt wiel­kiego zaufa­nia do jego solid­no­ści. Zazna­czam ten rys nie dla­tego, aby chło­piec miał być w isto­cie szcze­gól­nie prze­wrotny z natury, ale dla­tego, że okre­śle­nie to wydaje mi się odpo­wied­nie do opi­sa­nia jego urody jasnej, cel­tyc­kiej (nie­sak­soń­skiej), falu­ją­cych jasno­kasz­ta­no­wych wło­sów, smu­kłej, kształt­nej postaci oraz czę­sto gosz­czą­cego na jego twa­rzy uśmie­chu, nie­po­zba­wio­nego ani pocią­ga­ją­cego uroku, ani prze­bie­gło­ści (nie w ujem­nym sen­sie jed­nak). Był w owym okre­sie psu­tym, samo­wol­nym chłop­cem.

Przez dłuż­szy czas przy­glą­dał się w mil­cze­niu drob­nej figu­rynce, sie­dzą­cej naprze­ciw niego z poważną sku­pioną minką, a kiedy chwi­lowa nie­obec­ność w pokoju pana Home'a prze­stała zmu­szać go do nie­śmia­łego pół­u­śmie­chu - jedy­nego u niego objawu onie­śmie­le­nia - zwró­cił się do pani Bret­ton.

- Mamo - rzekł - widzę w naszym towa­rzy­stwie młodą damę, któ­rej nie mia­łem dotych­czas zaszczytu być przed­sta­wio­nym.

- Masz pewno na myśli małą córeczkę pana Home'a - odparła matka.

- Tak, w samej rze­czy, łaskawa pani - skło­nił się syn. - Uwa­żam jed­nak spo­sób wyra­ża­nia się łaska­wej pani nazbyt mało cere­mo­nialny; mówiąc o mło­dej damie, którą mam na myśli, nazwał­bym ją panną Home.

- Słu­chaj, Gra­ha­mie, nie pozwolę ci dro­czyć się z dziec­kiem. Nie wyobra­żaj sobie, że zgo­dzę się, abyś zro­bił z niej swoją ofiarę.

- Łaskawa pani - zwró­cił się do małej, nie­stro­piony by­naj­mniej naganą z ust matki - czy mogę mieć zaszczyt przed­sta­wie­nia się pani, skoro nikt inny nie zdra­dza chęci wyświad­cze­nia pani ani mnie tej uprzej­mo­ści? Powolny sługa łaska­wej pani, John Gra­ham Bret­ton.

Spoj­rzała na niego, wsta­ją­cego z krze­sła i skła­da­ją­cego przed nią głę­boki ukłon. Odło­żyła roz­waż­nie napar­stek, nożyczki i robotę, zeszła ostroż­nie z wyso­kiego krze­sła i dyga­jąc przed nim nisko z nie­wy­po­wie­dzianą powagą, przy­wi­tała go uprzej­mym:

- Jak się pan ma?

- Cie­szę się pozo­sta­wa­niem w dobrym zdro­wiu, nieco tylko znu­żony jestem pośpieszną podróżą. Mam nadzieję, łaskawa pani, że i panią także widzę dobrze się mającą.

- Wcale znoś...śnie - brzmiała ambitna odpo­wiedź małej kobietki, która usi­ło­wała zająć swoje uprzed­nie wyso­kie sta­no­wi­sko; czu­jąc jed­nak, że nie będzie mogła tego doko­nać bez pew­nego wysiłku i nie­zgrab­nego wspi­na­nia się pod górę - a nie mogła prze­cież nara­zić w ten spo­sób na szwank swo­jej god­no­ści - z dru­giej zaś strony nie decy­du­jąc się za nic na świe­cie na szu­ka­nie cudzej pomocy w obec­no­ści tego mło­dego pani­cza, zrze­kła się wyso­kiego krze­sła na korzyść niskiego sto­łeczka. Ku sto­łecz­kowi temu przy­su­nął Gra­ham swoje krze­sło.

- Mam nadzieję, łaskawa pani, że jej obecna rezy­den­cja, dom mojej matki, wydaje się pani odpo­wied­nią sie­dzibą?

- Nie-nad-zwy-czaj-nie; chcia­ła­bym wró­cić do domu.

- Zupeł­nie natu­ralne i godne pochwały dąże­nie, łaskawa pani; będę jed­nak czy­nił, co tylko będzie w mojej mocy, aby mu się prze­ciw­sta­wić. Liczę na to, że uda mi się uzy­skać dzięki pani odro­binę cen­nego pier­wiastka, zwa­nego zabawą, któ­rej matka moja i tu obecna panna Snowe nie były zdolne mi zapew­nić.

- Wyjadę z moim ojczul­kiem i nie będę długo pozo­sta­wała u matki łaska­wego pana.

- Tak, tak, pozo­sta­nie pani u nas, ze mną, jestem pewien. Mam kucyka, na któ­rym będzie pani jeź­dziła, i mnó­stwo ksią­żek z obraz­kami, które będę pani poka­zy­wał.

- Czy i pan będzie teraz tutaj miesz­kał?

- Miesz­kam tutaj. Jest pani z tego zado­wo­lona? Podo­bam się pani?

- Nie.

- Dla­czego?

- Wydaje mi się pan jakiś dziwny.

- Moja twarz, łaskawa pani?

- Twarz pana i wszystko w panu. Ma pan dłu­gie czer­wone włosy.

- Kasz­ta­nowe, jeśli łaska: mama nazywa je kasz­ta­no­wymi czy zło­tymi. Tego samego zda­nia są o nich wszyst­kie jej przy­ja­ciółki. Ale nawet z moimi "dłu­gimi czer­wo­nymi wło­sami" (potrzą­snął z rodza­jem triumfu bujną czu­pryną, o któ­rej on sam dobrze wie­dział, że ma płowy odcień i dumny był z tej lwiej barwy) nie mógł­bym być dziw­niej­szy niż wasza łaska­wość, sza­nowna pani.

- Nazywa mnie pan dziwną?...

- Oczy­wi­ście.

(Po chwili mil­cze­nia).

- Myślę, że powin­nam już iść spać.

- Takie małe stwo­rzonko powinno od wielu godzin już być w łóżeczku, ale cze­kała pani na pewno na mnie, aby przyj­rzeć mi się, jak wyglą­dam, prawda?

- Nie. Wcale nie.

- Jestem pewien, że powo­dem tego opóź­nio­nego pój­ścia spać była chęć korzy­sta­nia z przy­jem­no­ści, jaką darzy pani moje towa­rzy­stwo. Wie­działa pani, że przy­jadę dzi­siaj, i stąd to cze­ka­nie na moż­ność zoba­cze­nia mnie?

- Nie poszłam spać dla­tego, że jest tutaj mój ojczu­lek, a nie kto inny.

- Ślicz­nie, łaskawa pani. Stanę się na pewno ulu­bień­cem pani: polubi pani wkrótce moje towa­rzy­stwo bar­dziej jesz­cze niż towa­rzy­stwo swo­jego ojczulka, ośmielę się wyra­zić przy­pusz­cze­nie.

Powie­działa dobra­noc pani Bret­ton i mnie; zawa­hała się, nie­pewna, czy Gra­ham zasłu­guje na te same względy, ale on w tej samej chwili pochwy­cił ją i uniósł w górę jedną ręką, i trzy­mał wysoko ponad swoją głową. Ujrzała w lustrze wła­sne odbi­cie w tej pozy­cji. Nagłość i łobu­zow­ska bez­ce­re­mo­nial­ność tego gestu, a nade wszystko oka­zany przez Gra­hama brak sza­cunku dla jej osoby, były nie do znie­sie­nia.

- Mógłby się pan wsty­dzić, panie Gra­ha­mie! - krzyk­nęła z obu­rze­niem - pro­szę mnie opu­ścić! - A kiedy sta­nęła ponow­nie na pod­ło­dze, dodała z powagą: - Cie­kawa jestem, co pomy­ślałby pan o mnie, gdy­bym chciała zro­bić to samo z panem i pod­nio­sła pana jedną ręką (pogro­ziła mu impo­nu­jącą górną koń­czyną) jak słu­żący War­ren pod­nosi małą kotkę.

Powie­dziaw­szy to, wyszła z god­no­ścią z pokoju.

Roz­dział III

TOWA­RZY­SZE ZABAWY

Pan Home pozo­stał dwa dni. Przez cały czas pobytu nie­po­dobna było skło­nić go do wyj­ścia z domu: sie­dział przez cały czas przy ogniu komin­ko­wym, chwi­lami w mil­cze­niu, cza­sem znów słu­cha­jąc uprzej­mie uwag i zapy­tań pani Bret­ton i odpo­wia­da­jąc na nie. Gawędy pani Bret­ton były odpo­wied­nio dostro­jone do cho­ro­bli­wie zgnę­bio­nego nastroju jej gościa. Umiała być nie nazbyt litu­jącą się, zara­zem jed­nak współ­czu­jącą i roz­sądną; zdo­by­wała się nawet na ton macie­rzyń­ski. Była o tyle star­sza od niego, że mogła sobie pozwo­lić na podobną rolę.

Co się tyczy małej Polly, była ona rów­no­cze­śnie uszczę­śli­wiona i mil­cząca, pochło­nięta i czujna. Ojciec czę­sto sadzał ją sobie na kolana; sie­działa wów­czas cichutko, przy­tu­lona do niego, dopóki nie poczuła, czy też nie wyobra­ziła sobie, że zaczyna się krę­cić nie­spo­koj­nie. Zwra­cała się wów­czas do niego, mówiąc:

- Opuść mnie, ojczulku, na pod­łogę, zanadto ci ciążę.

Z tymi sło­wami zsu­wał się potężny cię­żar z ojcow­skich kolan na dywan, na któ­rym przy­ku­cał przy samych nogach "ojczulka", wydo­staw­szy z bia­łej skrzynki do robót ręcz­nych popla­miony krwią baty­stowy kwa­dra­cik. Miała to być, jak się zda­wało, chu­s­teczka, prze­zna­czona na upo­mi­nek dla "ojczulka", musiała więc być obrę­biona przed jego wyjaz­dem; stąd pil­ność małej szwaczki, nie­zdol­nej obro­bić wię­cej niż kil­ka­na­ście ście­gów w ciągu pół godziny.

Wie­czór, spro­wa­dza­jący Gra­hama pod dach macie­rzyń­ski (cały dzień spę­dzał chło­piec w szkole), był dla nas rów­no­cze­śnie hasłem wzmo­żo­nego oży­wie­nia - nie­osła­bio­nego by­naj­mniej sce­nami, jakie roz­gry­wały się nie­odmien­nie pomię­dzy nim a "panną Pau­liną Home".

Wyni­kiem jej obu­rze­nia na jego zacho­wa­nie pierw­szego wie­czora był pełen wynio­słej obco­ści spo­sób trak­to­wa­nia zuchwalca: stałą jej odpo­wie­dzią, ile­kroć zwra­cał się do niej, było:

- Nie mogę dotrzy­mać panu towa­rzy­stwa: mam o tylu innych rze­czach do myśle­nia.

Na bła­ga­nia, aby wyja­wiła, o jakich rze­czach, odpo­wia­dała:

- O waż­nych inte­re­sach.

Gra­ham pró­bo­wał sku­sić ją otwie­ra­niem swo­jego biurka i opróż­nia­niem go z nie­zmier­nie róż­no­rod­nej zawar­to­ści: wyj­mo­wał śliczne pie­czątki, barwne pałeczki wosku, scy­zo­ryki z roz­ma­itymi napi­sami, nie­które nawet wesoło kolo­ro­wane i skrzęt­nie przez niego gro­ma­dzone. Nie można było nawet utrzy­my­wać, aby kusze­nie to miało być zupeł­nie daremne: spoj­rze­nia małej, rzu­cane ukrad­kiem spo­nad roboty, zer­kały z zacie­ka­wie­niem w stronę biurka, usia­nego pocią­ga­ją­cymi obraz­kami. Rycina z wize­run­kiem dziecka bawią­cego się ze swoim wier­nym towa­rzy­szem, potul­nym wyżłem, upa­dła na pod­łogę jak gdyby przy­pad­kiem.

- Ładny pie­sek! - zawo­łała zachwy­cona.

Gra­ham prze­zor­nie uda­wał, że nie sły­szał jej słów. Po chwili, wysu­nąw­szy się ze swo­jego kącika, pode­szła bli­żej, aby móc lepiej obej­rzeć śliczny obra­zek. Nie była w sta­nie oprzeć się cza­rowi wiel­kich oczu psa i dłu­gich uszu, a także kape­lu­sza i stroj­nej sukienki dziecka.

- Ładny obra­zek! - przy­znała łaska­wie.

- Pro­szę go sobie wziąć, jeżeli się jaśnie panience podoba - rzekł Gra­ham.

Zda­wała się wahać. Chęć posia­da­nia ślicz­nego obrazka była prze­można, przy­ję­cie byłoby jed­nak ustęp­stwem z krzywdą wła­snej god­no­ści. Nie. Odło­żyła rycinę i ode­szła.

- Nie chcesz więc jej wziąć, Polly? - zapy­tał, prze­cho­dząc w zwra­ca­niu się do niej na ton natu­ral­nie poufały, kole­żeń­ski.

- Nie. Wolę nie. Dzię­kuję.

- Chcesz wie­dzieć, co zro­bię z tą ryciną, jeśli jej nie weź­miesz?

Zawró­ciła w poło­wie drogi, aby wysłu­chać.

- Potnę ją na fidi­busy do zapa­la­nia świecy.

- Nie!

- Wła­śnie, że tak zro­bię.

- Pro­szę, nie!

Gra­ham pozo­stał jed­nak nie­ugięty pomimo jej bła­gal­nego tonu i wyjął nożyczki z koszyka do robót swo­jej matki.

- Uwaga, tnę! - rzekł, robiąc groźny gest. - Widzisz, tędy, przez sam śro­dek głowy Fida i przy tym ode­tnę połowę nosa małemu Harry'emu.

- Nie! Nie! Nie!

- To chodź do mnie! Ale prę­dziutko, bo ina­czej zro­bię, co mówię.

Zawa­hała się, ocią­gała się chwilkę i wresz­cie ule­gła.

- A teraz, chcesz ją mieć?

- Pro­szę.

- Ale będę żądał zapłaty.

- Ile?

- Całusa.

- Pro­szę naprzód dać mi obra­zek do ręki.

Teraz Polly z kolei spra­wiała wra­że­nie pod­stęp­nej. Gra­ham dał jej rycinę. W tej samej chwili wymknęła się swo­jemu wie­rzy­cie­lowi i ucie­kła do ojca, znaj­du­jąc bez­pieczne schro­nie­nie na jego kola­nach. Gra­ham udał wielce zagnie­wa­nego i pod­sko­czył za nią. W stra­chu przed nim ukryła twarz w fał­dach ojcow­skiej kami­zelki.

- Ojczulku!... Ojczulku!... Każ mu odejść!

- Nie odejdę! - zagro­ził Gra­ham.

Z odwró­coną twa­rzą wycią­gnęła rączkę gestem odpy­cha­ją­cym, aby nie dopu­ścić go do sie­bie.

- W takim razie poca­łuję cię w rękę - rzekł, w tej samej chwili jed­nak rączka zaci­snęła się w minia­tu­rową piąstkę, która wymie­rzyła mu zapłatę w drob­nej mone­cie, nie­po­dob­nej by­naj­mniej do poca­łunku.

Gra­ham - na swój spo­sób nie ustę­pu­jąc prze­bie­gło­ścią małej towa­rzyszce zabaw - odsko­czył na pozór mocno skon­fun­do­wany i rzu­cił się na kanapę, tuląc głowę do poduszki, jak gdyby w przy­stę­pie gwał­tow­nego bólu. Polly, zdu­miona jego mil­cze­niem, zer­k­nęła na niego ukrad­kiem. Twarz chłopca i ręce ukryte były w dło­niach. Zanie­po­ko­jona, odwró­ciła się w jego stronę, nie scho­dząc jed­nak z kolan ojca, i wpa­try­wała się z nie­po­ko­jem w swo­jego prze­ciw­nika. Gra­ham jęk­nął.

- Ojczulku, co mu się stało? - szep­nęła.

- Sama go lepiej zapy­taj, Polly.

- Czy ude­rzy­łam go tak mocno? - (Powtórny jęk).

- Sądząc z jego jęków, nale­ża­łoby przy­pu­ścić, że bar­dzo mocno - odparł pan Home.

- Mamo - jęk­nął Gra­ham sła­bym gło­sem - myślę, że należy chyba posłać po dok­tora. O! Moje oko! - (Ponowna cisza, zakłó­cona tylko jękami Gra­hama). - Co będzie, jeżeli oślepnę?! - zawo­łał.

Krzyw­dzi­cielka jego nie była w sta­nie znieść podob­nej myśli.

- Pro­szę mi poka­zać oko; nie chcia­łam tra­fić w nie, tylko w usta. Nie przy­pusz­cza­łam, że ude­rzy­łam tak bar­dzo mocno.

Odpo­wie­dzią było mil­cze­nie. Twa­rzyczka jej zaczęła drgać.

- Tak mi przy­kro! Tak mi przy­kro...!

Wzru­sze­nie zna­la­zło ujście w łka­niu.

- Dość już drę­cze­nia dziecka! - obu­rzyła się pani Bret­ton.

- To tylko żarty, moja piesz­czotko - zawo­łał pan Home.

W tej chwili Gra­ham pod­niósł się nagłym sko­kiem, raz jesz­cze porwał ją wysoko w górę, a ona powtór­nie uka­rała go, i tar­ga­jąc za lwią czu­prynę, obsy­py­wała go gra­dem wyzwisk:

- Ty naj­nie­go­dziw­szy, naj­gor­szy, naj­nie­grzecz­niej­szy czło­wieku! Ty naj­strasz­niej­szy kłam­czu­chu, jaki tylko może być na całym świe­cie!

Z rana w dniu wyjazdu pana Home'a on i jego córka odbyli roz­mowę sam na sam, ukryci na ławeczce za firan­kami okien­nymi.

- Czy nie mogła­bym zapa­ko­wać swo­jej skrzynki i poje­chać razem z tobą, ojczulku? - szep­nęła zupeł­nie poważ­nie.

Potrzą­snął prze­cząco głową.

- Spra­wi­ła­bym ci kło­pot?

- Tak, Polly.

- Dla­tego że jestem mała?

- Dla­tego że jesteś mała i wątła. Podró­żo­wać mogą tylko doro­śli, silni ludzie. Nie miej jed­nak takiej smut­nej minki, małe moje kocha­nie; łamiesz mi tym serce. Ojczu­lek powróci wkrótce do swo­jej Polly.

- Nie jestem wcale smutna, wcale nie jestem smutna, ojczulku.

- Przy­kro byłoby mojej Polly, gdyby miała spra­wić ból swo­jemu ojczul­kowi, prawda?

- Jesz­cze przy­krzej niż przy­kro.

- W takim razie moja Polly musi być wesoła: nie pła­kać przy poże­gna­niu i nie smu­cić się po moim wyjeź­dzie. Musi myśleć o tym, że będziemy znów rychło razem, i sta­rać się być wesołą do tego czasu. Czy mogę liczyć na to, że moja pta­szyna będzie się sta­rała być wesoła?

- Będzie się sta­rała.

- Wie­rzę, że tak będzie. Żegnaj więc, kocha­nie. Czas już na mnie.

- Teraz?! Już teraz?!...

Podała ojcu drga­jące usteczka. Ojciec jej załkał, ale ona - zauwa­ży­łam to - nie pła­kała. Zsu­nąw­szy ją ze swo­ich kolan, uści­snął na poże­gna­nie ręce wszyst­kich obec­nych i odje­chał.

Kiedy drzwi wej­ściowe do holu zamknęły się za nim, opa­dła na kolana przy krze­śle z okrzy­kiem: "Ojczulku!".

Okrzyk był przy­ci­szony, ale prze­cią­gły. Brzmiało w nim bole­sne pyta­nie: "Dla­czego mnie opu­ści­łeś...?" Widzia­łam, że przez pierw­szych kilka minut dziecko cierpi męki. W tym krót­kim ułamku swo­jego dzie­cięc­twa doznała wzru­szeń, jakich ni­gdy nie prze­ży­wają nie­któ­rzy. Leżało to w jej natu­rze, zapo­wia­da­jąc, że czeka ją wię­cej takich chwil, jeżeli będzie żyła. Nikt nie prze­mó­wił ani słowa. Pani Bret­ton, jako matka, uro­niła kilka łez. Gra­ham, zajęty pisa­niem, pod­niósł głowę i utkwił wzrok w Polly. Ja, Lucy Snowe, nie zatra­ci­łam rów­no­wagi.

Mała istotka, pozo­sta­wiona w ten spo­sób w spo­koju i nie­na­ga­by­wana przez nikogo, doko­nała dla samej sie­bie tego, czego nikt inny nie mógłby dla niej uczy­nić - pogo­dziła się z bólem nie do znie­sie­nia, jak się zda­wało, i nie­ba­wem opa­no­wała go nawet. Ani tego dnia, ani następ­nego nie byłaby zdolna przy­jąć pocie­sze­nia przez nikogo. Stop­niowo, z cza­sem, stała się bar­dziej bierna.

Trze­ciego wie­czora, kiedy cicha i zgnę­biona sie­działa na pod­ło­dze, Gra­ham, który wszedł do pokoju, pod­niósł ją łagod­nie, nie mówiąc ani słowa. Nie opie­rała mu się, przy­tu­liła się nawet do niego, jak gdyby wyczer­pana. Kiedy usiadł, zło­żyła główkę na jego ramie­niu i po chwili zasnęła; uśpioną zaniósł na górę do jej łóżeczka. Nie byłam wcale zdzi­wiona, kiedy naza­jutrz z rana pierw­szym jej pyta­niem było:

- Gdzie jest pan Gra­ham?

Traf chciał, że Gra­ham nie zszedł tego dnia na śnia­da­nie. Miał do napi­sa­nia jakieś wypra­co­wa­nie, które zmu­szony był wrę­czyć tego rana jesz­cze nauczy­cie­lowi w kla­sie, popro­sił więc matkę, aby przy­słała mu fili­żankę her­baty do pokoju. Polly sama się zaofia­ro­wała, że zanie­sie ją: musi prze­cież zająć się czymś, dbać o kogoś. Fili­żanka, nalana po brzegi, została jej powie­rzona; mimo że była małą krę­cicką, odzna­czała się wielką sta­ran­no­ścią i ostroż­no­ścią. Pokój, w któ­rym Gra­ham odra­biał lek­cje, poło­żony był naprze­ciwko pokoju śnia­da­nio­wego, a że oba pokoje miały drzwi jedne naprze­ciwko dru­gich po obu stro­nach prze­dzie­la­ją­cego je kory­ta­rza, mogłam łatwo śle­dzić małą.

- Co pan robi? - zapy­tała, wcho­dząc do pokoju Gra­hama.

- Piszę.

- Dla­czego nie przy­cho­dzi pan na śnia­da­nie, żeby zjeść je razem ze swoją mamą?

- Jestem zanadto zajęty.

- Chce pan dostać śnia­da­nie?

- Natu­ral­nie.

- Pro­szę, przy­nio­słam je.

Rze­kł­szy to, posta­wiła fili­żankę na dywa­nie, niby dozorca wię­zienny przy­no­szący więź­niowi kubek wody do drzwi jego celi, i cof­nęła się. Po chwili powró­ciła.

- Co pan chciałby dostać do jedze­nia... oprócz her­baty?

- Coś dobrego. Przy­nieś mi coś szcze­gól­nie dobrego, jak praw­dziwa dobra mała kobietka.

Polly powró­ciła do pani Bret­ton.

- Pro­szę, niech pani pośle swo­jemu synowi coś bar­dzo dobrego.

- Sama wybierz dla niego, Polly. Jak myślisz, co mamy mu posłać?

Mała wzięła po por­cji ze wszyst­kiego, co było naj­lep­sze na stole, ale nie­ba­wem powró­ciła, pro­sząc szep­tem o oso­bliwą jakąś mar­mo­ladę, któ­rej tu nie było. Otrzy­mała żądany przy­smak (pani Bret­ton nie odma­wiała ni­gdy niczego swo­jemu spad­ko­biercy) i wnet potem usły­sze­li­śmy Gra­hama, wychwa­la­ją­cego pod nie­biosa małą opie­kunkę i przy­rze­ka­ją­cego jej, że jak będzie miał wła­sny dom, przyj­mie ją za gospo­dy­nię, a może nawet - jeżeli okaże praw­dziwy talent kuli­narny - za kucharkę. Kiedy po zanie­sie­niu Gra­ha­mowi owej żąda­nej mar­mo­lady nie powró­ciła do jadalni, poszłam po nią i zasta­łam oboje, ją i Gra­hama, śnia­da­ją­cych t?te-a-t?te. Stała obok niego i dzie­liła jego por­cję, z wyjąt­kiem mar­mo­lady, któ­rej z wiel­kim tak­tem nie chciała tknąć, w oba­wie, aby, jak przy­pusz­czam, nie wyda­wało się, że posta­rała się o nią zarówno ze względu na samą sie­bie, jak i na niego. Stale ujaw­niała podob­nie miłe porywy, świad­czące o nie­zwy­kłej deli­kat­no­ści uczuć.

Zwią­zek przy­jaźni, zadzierz­gnięty w ten spo­sób, nie roz­wiał się już pośpiesz­nie. Oka­zało się wprost prze­ciw­nie, że czas i oko­licz­no­ści przy­czy­niły się raczej do umoc­nie­nia niż do osła­bie­nia go. Mimo że oboje byli, jak można naj­bar­dziej, nie­do­brani wie­kiem, płcią, dąże­niami i wszyst­kim w ogóle, w nie­wy­tłu­ma­czony wsze­lako spo­sób mieli sobie wza­jem bar­dzo wiele do powie­dze­nia. Co się tyczy Polly, zauwa­ży­łam, że jej wła­ściwa natura ujaw­niała się w pełni jedy­nie w towa­rzy­stwie mło­dego Bret­tona. Kiedy na dobre już oswo­iła się i przy­wy­kła do domu pani Bret­ton, oka­zała się dziec­kiem łatwym do pro­wa­dze­nia. Moja matka chrzestna zupeł­nie dobrze dawała sobie z nią radę. Całymi dniami sia­dy­wała dziew­czynka na sto­łeczku u stóp pani Bret­ton, ucząc się zada­nych lek­cji albo też szy­jąc czy pisząc cyfry szy­fer­kiem na tabliczce, ni­gdy jed­nak nie odzy­wa­jąc się z niczym ory­gi­nal­nym ani też nie zdra­dza­jąc żad­nego prze­bły­sku swo­jej oso­bli­wej natury. Prze­sta­łam też obser­wo­wać ją w tych warun­kach, jako że nie mogła budzić w takich chwi­lach więk­szego zain­te­re­so­wa­nia. Kiedy wszakże wie­czo­rem roz­le­gało się puka­nie do drzwi powra­ca­ją­cego do domu Gra­hama, doko­ny­wało się w małej momen­talne prze­isto­cze­nie. W jed­nej sekun­dzie była na gór­nym pode­ście klatki scho­do­wej. Jej powi­ta­nie bywało stale wymówką albo groźbą.

- Nie wytar­łeś (tykała go już) jak się należy nóg o sło­miankę. Powiem two­jej mamie!

- Już jesteś mała wier­ci­pięto?!

- Tak, ale nie możesz mnie dosię­gnąć. Stoję wyżej niż ty - chwa­liła się, wysu­wa­jąc główkę przez pręty balu­strady (nawet pod­no­sząc się na czubki pal­ców, nie mogła prze­chy­lić się ponad nią).

- Polly!

- Co, drogi chłop­cze? - (tak nazy­wała go czę­sto, prze­jąw­szy od jego matki ten spo­sób zwra­ca­nia się do niego).

- Umie­ram ze zmę­cze­nia - oświad­czał Gra­ham, opie­ra­jąc się o ścianę pasażu i uda­jąc zupełne wyczer­pa­nie. - Dok­tor Digby, nasz dyrek­tor, poko­nał mnie do reszty, zbi­ja­jąc mnie cał­kiem z nóg dodat­ko­wymi zada­niami. Zejdź na dół i dopo­móż mi zanieść na górę książki i zeszyty.

- O, wiem! wiem! Chcesz mnie zła­pać!

- Wcale nie. Mówię naj­praw­dziw­szą prawdę. Jestem słaby jak trzcinka. Zejdź dopo­móc mi.

- Oczy twoje są spo­kojne, jak u burej kotki, ale boję się, że sko­czysz na mnie.

- Ja?! Sko­czyć?! Nic podob­nego! Nie mam sił do ska­ka­nia. Zejdź, a się prze­ko­nasz.

- Może nawet zeszła­bym, jeżeli mi przy­rzek­niesz, że nie tkniesz mnie; że nie porwiesz mnie w górę i nie będziesz krę­cił mną jak wia­tra­kiem.

- O! Nie był­bym w sta­nie tego zro­bić! - jęczał, osu­wa­jąc się bez­sil­nie na krze­sło.

- No, dobrze; połóż książki na pierw­szym schodku, a sam odejdź o trzy kroki w tył.

Kiedy sta­wało się wedle jej życze­nia, zbie­gała na dół, nie spusz­cza­jąc oka z osła­bio­nego Gra­hama. Oczy­wi­ście, że jej zbli­że­nie się gal­wa­ni­zo­wało go od razu, budząc w nim nagły, gwał­towny przy­pływ sił: zabawa musiała udać się w tych warun­kach. Cza­sem wpa­dała w praw­dziwy gniew, cza­sem jed­nak odby­wało się wszystko względ­nie gładko; sły­sze­li­śmy ją w takich razach mówiącą przy pro­wa­dze­niu go po scho­dach:

- A teraz, drogi chłop­cze, chodź i napij się her­baty. Jestem pewna, że potrzeba ci tego.

Zabaw­nie było obser­wo­wać ją sie­dzącą przy Gra­ha­mie pod­czas jego posiłku. W jego nie­obec­no­ści była cichą, mil­czącą osóbką; przy nim oży­wiała się od razu, zaafe­ro­wana, nad­ska­ku­jąca mu, ruchliwa jak żywe sre­bro. Przy­cho­dziło mi nie­raz na myśl, że lepiej byłoby, gdyby myślała wię­cej o sobie i była spo­koj­niej­sza. Nic z tego jed­nak: jej wła­sna osoba scho­dziła zupeł­nie na drugi plan; cała jej uwaga zaprząt­nięta była nim wyłącz­nie. W jej poję­ciu nie mógł być ani dosta­tecz­nie, ani dość sta­ran­nie obsłu­żony; Wielki Mogoł był w jej oczach niczym w porów­na­niu z nim. Gro­ma­dziła dookoła niego jeden po dru­gim wszyst­kie pół­mi­seczki i koszyki z pie­czy­wem i cia­stem, a kiedy nale­żało już przy­pu­ścić, że miał pod ręką wszystko, czego mógł zapra­gnąć, wpa­dała na nowy pomysł.

- Pro­szę pani - przy­bie­gała, szep­cząc na ucho pani Bret­ton. - Może syn pani chciałby zjeść ciastko - wiem, że jest tutaj. - Wska­zy­wała palusz­kiem na kre­dens. Pani Bret­ton była z zasady prze­ciwna jedze­niu cia­stek do her­baty, prośba Polly bywała jed­nak szcze­gól­nie natar­czywa. - Jedno maleń­kie cia­steczko, pro­szę pani, tylko dla niego, musi prze­cież jesz­cze raz iść do szkoły - dziew­czę­tom takim jak ja i panna Snowe nie jest potrzebne doga­dza­nie, ale jemu - tak. Lubi tak bar­dzo ciastka...

Gra­ham w isto­cie bar­dzo lubił ciastka i pra­wie stale je dosta­wał. Należy oddać mu spra­wiedliwość, że miał zawsze naj­szczer­sze inten­cje dzie­le­nia się nimi z tą, któ­rej je zawdzię­czał. Ni­gdy jed­nak nie zga­dzała się na to. Nale­ga­nie na nią w tej mie­rze było nie­za­wod­nym spo­so­bem zepsu­cia jej humoru na cały wie­czór. Jedyną nagrodą, jakiej pra­gnęła za swoje sta­ra­nia, była moż­ność krzą­ta­nia się przy nim, sta­nia przy jego kola­nach i zagar­nia­nia pod­czas tych posił­ków na wyłączną wła­sność całej jego uwagi i towa­rzy­stwa, nie zaś dzie­le­nia się z nim sło­dy­czami.

Ze zdu­mie­wa­jącą goto­wo­ścią przy­sto­so­wy­wała się do tema­tów, które mogły go inte­re­so­wać. Można było pomy­śleć, że dziecko to nie ma wła­snego życia ani zain­te­re­so­wań, musi więc z koniecz­no­ści żyć, poru­szać się i ist­nieć cudzymi. Teraz, kiedy ojciec jej był daleko, przy­lgnęła do Gra­hama, zda­jąc się zdolna do odczu­wa­nia jedy­nie jego wraż­li­wo­ścią. Umiała wyli­czać z pamięci nie tylko wszyst­kie nazwi­ska, ale i wszyst­kie prze­zwi­ska jego kole­gów szkol­nych; prze­jęła od Gra­hama spo­sób okre­śla­nia każ­dego z nich z osobna; jedno jego słówko wystar­czało jej, aby domy­ślić się, o kim mówi. Ni­gdy nie zapo­mi­nała ani nie zamie­niała cha­rak­te­ry­stycz­nych cech żad­nego, nie myląc się ni­gdy co do tego; zda­rzało jej się nie­raz całymi wie­czo­rami mówić z Gra­ha­mem o jego kole­gach i nauczy­cie­lach, któ­rych nie widziała ani razu w życiu, zda­jąc się naj­zu­peł­niej świa­doma ich wyglądu, gestów, spo­sobu zacho­wy­wa­nia i upodo­bań. Potra­fiła nawet naśla­do­wać ich: jeden z młod­szych nauczy­cieli, do któ­rego Bret­ton czuł oso­bliwą odrazę, wyróż­niał się jaki­miś sła­bost­kami, które w mig pod­chwy­ciła z opo­wia­dań Gra­hama i nauczyła się prze­drzeź­niać ku wiel­kiej ucie­sze swo­jego towa­rzy­sza. Pani Bret­ton zga­niła ją jed­nak surowo i zaka­zała podob­nej zabawy.

Młoda parka rzadko się sprze­czała. Raz wszakże wyni­kła pomię­dzy oboj­giem scy­sja, która zadała dotkliwy cios jej uczu­ciom.

Pew­nego dnia Gra­ham miał z racji swo­ich uro­dzin przy­jąć u sie­bie kilku przy­ja­ciół - chłop­ców w jego wieku. Pani Bret­ton zapro­siła ich na obiad. Polly żywo zain­te­re­so­wała się tą wizytą; tak czę­sto mówiła z Gra­hamem o jego spo­dzie­wa­nych gościach; nale­żeli oni do tych, o któ­rych opo­wia­dał jej naj­czę­ściej. Po obie­dzie pozo­sta­wiono mło­dych chłop­ców samych w jadalni, gdzie zro­biło się nie­ba­wem bar­dzo wesoło, jak świad­czyły dola­tu­jące stam­tąd hałasy. Prze­cho­dząc przy­pad­kiem przez hol, zoba­czy­łam małą Polly, sie­dzącą samot­nie na naj­niż­szym stop­niu scho­dów, wpa­trzoną w poły­sku­jące kolo­rowe szyby oszklo­nych drzwi sto­ło­wego pokoju, w któ­rych odbi­jało się świa­tło lampy z holu. Drobne czółko dziew­czynki zasę­pione było ponu­rym roz­my­śla­niem.

- O czym tak myślisz, Polly?

- O niczym nad­zwy­czaj­nym; chcia­ła­bym tylko, żeby ta szyba była prze­zro­czy­sta: mogła­bym zaj­rzeć przez nią. Chłopcy są tacy weseli. Chcia­ła­bym móc wejść do nich, chcia­ła­bym być z Gra­ha­mem i przyj­rzeć się jego kole­gom.

- Cóż ci prze­szka­dza wejść?

- Boję się. Ale, jak pani myśli, czy mogła­bym? Czy mogła­bym zapu­kać do drzwi i popro­sić, żeby mnie wpu­ścili?

Przy­pusz­cza­łam, że chłopcy nie będą mieli nic prze­ciwko dopusz­cze­niu jej do swo­jego towa­rzy­stwa i dla­tego zachę­ci­łam ją do zapu­ka­nia.

Zapu­kała zbyt słabo zrazu, aby można było usły­szeć przez zamknięte drzwi, po pono­wio­nej wszakże przez nią pró­bie drzwi zostały uchy­lone i w ich otwo­rze uka­zała się głowa Gra­hama, roz­ba­wio­nego, zara­zem jed­nak znie­cier­pli­wio­nego.

- Czego chcesz, mała małpko?

- Wejść do was.

- Tylko tyle? Bar­dzo nam tu jesteś potrzebna! Cie­kaw jestem, co zro­bi­li­by­śmy z tobą. Zmy­kaj do mamy i do panny Snowe i powiedz im, żeby poło­żyły cię spać.

Kasz­ta­nowa grzywa i zaczer­wie­niona twarz Gra­hama zni­kły; drzwi zatrza­snęły się za nim z hała­sem. Polly stała oszo­ło­miona, onie­miała.

- Dla­czego mówił do mnie tak ostro? - szep­nęła po chwili. - Ni­gdy nie mówi do mnie w taki spo­sób. Co mu zro­bi­łam złego?

- Nie, Polly, nie zro­bi­łaś mu nic złego, tylko widzisz, Gra­ham zajęty jest swo­imi kole­gami.

- Tak. I lubi ich bar­dziej niż mnie! Odpę­dza mnie teraz, bo ma ich u sie­bie!

Chcia­łam ją pocie­szyć, a zara­zem sko­rzy­stać ze spo­sob­no­ści wpo­je­nia w nią paru pod­sta­wo­wych mak­sym filo­zo­ficz­nych, któ­rych pokaźny zasób mia­łam zawsze w pogo­to­wiu. Powstrzy­mała mnie jed­nak przy pierw­szym wypo­wie­dzia­nym sło­wie, zatkaw­szy sobie uszy palusz­kami, i rzu­ciła się na sło­miankę, twa­rzą do fliz kamien­nej posadzki. Ani War­re­nowi, ani kucharce nie udało się jej pod­nieść, pozo­sta­wi­li­śmy ją więc w spo­koju i pozwo­li­li­śmy leżeć, dopóki sama z wła­snej woli nie uwa­żała za wła­ściwe wstać i odejść.

Gra­ham tego samego jesz­cze wie­czora zapo­mniał o swoim znie­cier­pli­wie­niu i po odej­ściu kole­gów zwró­cił się jak zwy­kle do małej towa­rzyszki zabaw. Wyrwała mu się wszakże z ręki, oczy jej roz­bły­sły gnie­wem; nie chciała powie­dzieć mu dobra­noc, nie chciała patrzeć na niego. Naza­jutrz zacho­wał się wobec niej obo­jęt­nie, a ona była sztywna i zimna jak mar­mur. Kiedy po prze­mi­nię­ciu w ten spo­sób jesz­cze jed­nego dnia zaczął draż­nić ją dopy­ty­wa­niem, jaki jest wła­ści­wie powód jej dąsa­nia, nie otwo­rzyła ust. Nie mógł, oczy­wi­ście, gnie­wać się na nią praw­dzi­wie; zbyt nie­do­braną sta­no­wili pod każ­dym wzglę­dem parę; zrazu też pró­bo­wał uła­go­dzić ją, a potem zadrę­czać dopy­ty­wa­niem się:

- Dla­czego jesteś taka zagnie­wana na mnie? Co ci zro­bi­łem złego?

Za całą odpo­wiedź roz­pła­kała się, a wtedy ukoił ją piesz­czo­tami, które przy­wró­ciły dawną przy­jaźń. Nale­żała jed­nak do istot, po któ­rych podobne wyda­rze­nia nie prze­śli­zgują się bez śladu. Zauwa­ży­łam, że po tym odtrą­ce­niu ni­gdy już wię­cej nie szu­kała go, nie wpra­szała się do jego towa­rzy­stwa ani też nie narzu­cała mu się w żaden inny spo­sób. Pole­ci­łam jej pew­nego razu, aby zanio­sła mu jakąś książkę, kiedy sie­dział zamknięty w swoim pokoju do nauki.

- Pocze­kam, aż wyj­dzie - odparła dum­nie. - Nie chcę, żeby przeze mnie wsta­wał od biurka i otwie­rał mi drzwi.

Młody Bret­ton miał ulu­bio­nego kucyka, na któ­rym wyjeż­dżał czę­sto na spa­cer; Polly śle­dziła zawsze przez okno jego odjazd i przy­jazd. Ambi­cją jej było móc obje­chać na kucyku raz jeden cho­ciażby podwó­rze dookoła, ni­gdy jed­nak nie pro­siła o dostą­pie­nie tego zaszczytu. Pew­nego dnia zaszła na podwó­rze, aby być obecną przy zsia­da­niu Gra­hama z konia. Kiedy stała tak, oparta o furtkę, pra­gnie­nie prze­je­cha­nia się na kucyku pło­nęło ogniem tęsk­noty w jej oczach.

- Cóż, Polly, masz ochotę się prze­je­chać? - zapy­tał Gra­ham nieco nie­dbale. Przy­pusz­czam, że ton jego wydał jej się zbyt obo­jętny i lek­ce­wa­żący.

- Nie, dzię­kuję ci - odparła, odwra­ca­jąc się z dosko­nale uda­waną ozię­bło­ścią.

- Radzę ci, prze­jedź się - powtó­rzył. - Wiem, że sprawi ci to przy­jem­ność.

- Nie wyobra­żaj sobie, że dbam cho­ciaż tro­chę o to - odparła wynio­śle.

- Nie­prawda. Powie­dzia­łaś Lucy Snowe, że bar­dzo pra­gniesz móc się prze­je­chać.

- Lucy Snowe jest plot­karką - brzmiała jej odpo­wiedź (lek­kie seple­nie­nie i prze­krę­ca­nie liter w nie­któ­rych wyra­zach było jedyną jej cechą praw­dzi­wie dzie­cięcą, naj­mniej przed­wcze­sną). Powie­dziaw­szy to, weszła do domu. Gra­ham, który powró­cił wkrótce po niej, ode­zwał się do matki:

- Mamo, myślę, że to stwo­rze­nie musi być chyba pomy­lone; istny gabi­net oso­bli­wo­ści. Nudno jed­nak byłoby mi bez niej. Bawi mnie daleko wię­cej ani­żeli ty i Lucy Snowe.

- Panno Lucy - zwró­ciła się do mnie Polly (powoli przy­wy­kła wda­wać się ze mną w poga­wędkę, kiedy były­śmy same w naszym pokoju wie­czo­rem) - wie pani, któ­rego dnia w tygo­dniu naj­bar­dziej lubię Gra­hama?

- Skądże mogła­bym wie­dzieć coś rów­nie dziw­nego? Czy moż­liwe, aby ist­niał taki dzień spo­śród sied­miu, w któ­rym Gra­ham jest inny niż w pozo­stałe sześć?

- Rozu­mie się, że jest! Jak to?! Czy pani tego nie rozu­mie? Nie wie pani takiej pro­stej rze­czy? Jest naj­do­sko­nal­szy w nie­dzielę, bo mamy go w nie­dzielę cały dzień, i jest wten­czas taki spo­kojny, a wie­czo­rem jest taki dobry.

Uwaga nie była by­naj­mniej bez­pod­stawna: cho­dze­nie do kościoła i inne tego rodzaju obo­wiązki nastra­jały Gra­hama w nie­dzielę na nutę spo­koju; wie­czory nie­dzielne poświę­cał prze­waż­nie nie­win­nym, może tylko nieco gnu­śnym rodza­jom zabawy przy ogniu komin­ko­wym. Naj­czę­ściej brał w posia­da­nie kanapkę i wzy­wał do sie­bie Polly.

Gra­ham był chłop­cem nie­zu­peł­nie podob­nym do innych rówie­śni­ków; nie szu­kał wyłącz­nej roz­ko­szy w czy­nie; był skłonny do wpa­da­nia od czasu do czasu w momenty zadumy; znaj­do­wał także przy­jem­ność w czy­ta­niu, a jego lek­tura nie była dobie­rana doryw­czo, byle jak, na oślep. Miał wyraźne, cha­rak­te­ry­styczne upodo­ba­nia, a nawet prze­bły­ski intu­icyj­nego gustu w wybo­rze. Rzadko, co prawda, robił uwagi o tym, co czy­tał, nie­jed­no­krot­nie jed­nak widy­wa­łam go sie­dzą­cego i roz­my­śla­ją­cego o prze­czy­ta­nym dziele.

Polly klę­czała przy nim na małej podu­szeczce, umiesz­czo­nej na dywa­nie. Roz­mowa, która zawią­zy­wała się pomię­dzy oboj­giem, roz­po­czy­nała się zazwy­czaj szep­tem, przy­ci­szo­nym, ale dosły­szal­nym. Tu i ówdzie pod­chwy­ty­wa­łam jej urywki, w isto­cie też przy­znać musia­łam, że jakiś lep­szy i pod­nio­ślej­szy nastrój ani­żeli zwy­kły, z dni powsze­dnich, zda­wał się uspo­sa­biać Gra­hama oso­bli­wie łagod­nie.

- Nauczy­łaś się nowych hym­nów w tym tygo­dniu, Polly?

- Nauczy­łam się bar­dzo ład­nego. Ma cztery wer­sety. Chcesz, abym je wypo­wie­działa?

- Dobrze, ale mów ład­nie. Nie śpiesz się.

Po wypo­wie­dze­niu, a raczej po na wpół śpiew­nym wyre­cy­to­wa­niu przez nią hymnu pół­gło­sem, przy­stę­po­wał do wyka­za­nia błę­dów jej recy­ta­cji, udzie­la­jąc wsłu­cha­nej w jego słowa dziew­czynce for­mal­nego wykładu na ten temat. Uczyła się łatwo i z równą łatwo­ścią naśla­do­wała podany wzór, nade wszystko zaś przy­jem­ność, jaką spra­wiało jej poczu­cie, że zado­wo­liła Gra­hama, czy­niła z niej dosko­nały mate­riał na uczen­nicę. Po hym­nie nastę­po­wało gło­śne czy­ta­nie - cza­sem roz­działu z Biblii: tutaj rzadko potrzebne było popra­wia­nie; dziecko czy­tało płyn­nie i wni­kli­wie wszel­kie ustępy opi­sowe, a kiedy natra­fiła na temat, który była w sta­nie zro­zu­mieć, a zwłasz­cza jeżeli mógł ją zain­te­re­so­wać, wyra­zi­stość i głę­bia uczu­cia jej recy­ta­cji sta­wała się wręcz zdu­mie­wa­jąca. Józef wrzu­cony do studni, Daniel w jaskini lwów - były naj­ulu­bień­szymi jej opo­wie­ściami: szcze­rze wzru­szała ją zwłasz­cza pierw­sza.

- Biedny Jakub! - wołała czę­sto drżą­cymi ustecz­kami. - Jak bar­dzo kochał swo­jego syna Józefa! Tak bar­dzo - dodała pew­nego razu - tak bar­dzo, Gra­ha­mie, jak ja kocham cie­bie; gdy­byś miał umrzeć - otwo­rzyła ponow­nie księgę, odszu­kała wer­set i odczy­tała go - "Odma­wia­ła­bym wszel­kich słów pocie­chy i zestą­pi­ła­bym do two­jego grobu w żało­bie".

Przy wypo­wie­dze­niu tych słów objęła Gra­hama drob­nymi ramion­kami, przy­cią­ga­jąc ku sobie głowę okrytą gęstą grzywą wło­sów. Gest ten ude­rzył mnie wów­czas - dobrze to pamię­tam - jako nie­opa­no­wa­nie poryw­czy; spra­wiało to wra­że­nie, jakiego można by doznać na widok zwie­rzę­cia, groź­nego z natury, sztucz­nie wszakże na wpół oswo­jo­nego i nazbyt nie­ostroż­nie darzo­nego piesz­czo­tami. Nie dla­tego, abym miała oba­wiać się, że Gra­ham wyrzą­dzić jej może istotną krzywdę albo też nazbyt szorstko ją odtrą­cić, przy­cho­dziło mi jed­nak na myśl, że mała naraża się na nie­cier­pliwe czy obo­jętne potrak­to­wa­nie jej, co byłoby gor­sze dla niej nie­mal ani­żeli fak­tyczny cios.

Na ogół wszakże Gra­ham przyj­mo­wał takie wybu­chy miło­ści z jej strony raczej bier­nie: cza­sem nawet wyraz zado­wo­lo­nego zdu­mie­nia wobec jej poważ­nych oświad­czyn roz­pa­lał wesołe bły­ski w oczach. Pew­nego dnia powie­dział:

- Lubisz mnie pra­wie tak samo, jak gdy­byś była moją małą sio­strzyczką, prawda, Polly?

- O, tak, lubię cię - odrze­kła - lubię cię bar­dzo!

Nie było mi dane zaba­wiać się długo stu­dio­wa­niem cie­ka­wego cha­rak­teru dziew­czynki. Zale­d­wie od dwóch mie­sięcy prze­by­wała w Bret­ton, kiedy nad­szedł list od pana Home'a, dono­szą­cego, że osie­dlił się obec­nie na kon­ty­nen­cie w pobliżu swo­jej rodziny z linii macie­rzy­stej. Wobec tego zaś, że nic go nie cią­gnie do Anglii, która stała mu się zde­cy­do­wa­nie nie­miła, nie myśli powró­cić tutaj w ciągu dłu­gich lat, życzy sobie też nie­zwłocz­nego powrotu małej córeczki.

- Cie­kawa jestem, jak mała przyj­mie tę wia­do­mość? - rze­kła pani Bret­ton po prze­czy­ta­niu listu. I ja także byłam cie­kawa tego, pod­ję­łam się też zako­mu­ni­ko­wa­nia Polly waż­kiej dla niej nowiny.

Udaw­szy się do salonu - gdzie, ze względu na jego ciszę i ozdob­ność, lubiła prze­by­wać sama i gdzie można było śmiało ją pozo­sta­wić, nie doty­kała bowiem niczego, a w każ­dym razie nie bru­dziła niczego dotknię­ciem swo­ich palusz­ków - zasta­łam ją sie­dzącą w pozie oda­li­ski na kanapce, na wpół ocie­nio­nej opa­da­ją­cymi fał­dami kotar sąsied­niego okna. Wyda­wała się szczę­śliwa; wszyst­kie jej narzę­dzia pracy umiesz­czone były dookoła niej: biała drew­niana skrzy­neczka do robót, parę kawał­ków baty­stu, tro­chę wstą­że­czek - sło­wem: wszystko, co mogło jej być potrzebne do sfa­bry­ko­wa­nia kape­lu­sza dla lalki. Lalka w noc­nym stroju spo­czy­wała w łóżeczku; jej opie­kunka usy­piała ją nuce­niem koły­sanki, zda­jąc się naj­głę­biej prze­świad­czoną o usy­pia­ją­cym wpły­wie wła­snego śpiewu. Rów­no­cze­śnie zajęte jej oczy były książką z obraz­kami, spo­czy­wa­jącą na kola­nach.

- O, panno Lucy - szep­nęła - to cudowna książka! Kan­du­sia - lalka, ochrzczona tym imie­niem przez Gra­hama - usnęła teraz, mogę więc opo­wie­dzieć pani o książce, ale musimy obie mówić cichutko, żeby jej nie obu­dzić. Dał mi tę książkę Gra­ham; opi­suje ona dale­kie kraje, do któ­rych trzeba bar­dzo długo jechać z Anglii; żaden podróż­nik nie może dostać się tam, nie prze­pły­wa­jąc tysięcy mil po morzach. W kra­jach tych miesz­kają dzicy ludzie, wie pani? Ubie­rają się zupeł­nie ina­czej niż my, nie­któ­rzy z nich nie noszą pra­wie żad­nego ubra­nia, bo chcą, żeby im było chłodno. Tam u nich, widzi pani, jest strasz­nie gorąco. Niech pani przyj­rzy się - tutaj, na tym obrazku, są ich tysiące na pustyn­nym miej­scu - nic tylko pia­ski i pia­ski. Wszy­scy oni zebrali się dookoła jakie­goś pana w czar­nym ubra­niu - dobrego, dobrego Anglika misjo­na­rza, który ma do nich kaza­nie pod drze­wem pal­mo­wym - wska­zała palusz­kiem na kolo­rową rycinę. - A tutaj - dodała - są obrazki jesz­cze zadzi­wia­jąt­sze - w zapale opo­wia­da­nia zapo­mniała o pra­wi­dłach gra­ma­tycz­nych. - O, tutaj, widzi pani, jest ten cudowny Wielki Mur Chiń­ski; a tutaj chiń­ska pani; ma nóżki jesz­cze mniej­sze niż moje. A tutaj dziki koń tatar­ski... O, a tutaj coś jesz­cze dziw­niej­szego niż wszystko - kraj samych śnie­gów i lodów, bez zie­lo­nych pól, ogro­dów i lasów. W tym kraju zna­le­ziono - mówi Gra­ham - kości jakie­goś mamuta: teraz nie ma tam już mamu­tów. Jestem pewna, że pani nie wie, panno Lucy, jak taki mamut wyglą­dał, ale ja wiem, mogę go pani opi­sać, bo Gra­ham opo­wie­dział mi o nim. Strasz­nie wielki. Taki wysoki jak ten pokój i taki długi jak nasz hol, ale nie­dra­pieżny i nie­mię­so­żerny - tak myśli Gra­ham. Mówi, że gdy­bym spo­tkała takiego mamuta w lesie, nie pożarłby mnie, chyba że pode­szła­bym do niego bar­dzo, ale to bar­dzo bli­sko. Wtedy mógłby stra­to­wać mnie swo­imi wiel­kimi łapami pośród krze­wów, tak samo jak ja mogła­bym stra­to­wać konika polnego wśród łąki i nic nie wie­dzia­ła­bym o tym.

Gwa­rzy­łaby tak bez końca, gdy­bym nie prze­rwała jej pyta­niem:

- Chcia­ła­byś podró­żo­wać, Polly?

- Nie teraz jesz­cze - odparła prze­zor­nie. - Może za jakie dwa­dzie­ścia lat, kiedy będę doro­słą kobietą, taką dużą jak pani Bret­ton, będę mogła podró­żo­wać z Gra­ha­mem. Chcemy poje­chać do Szwaj­ca­rii i dostać się tam na Mount Blanc - tak się nazywa ich naj­więk­sza góra. A kie­dyś może nawet popły­niemy do Ame­ryki Połu­dnio­wej i wdra­piemy się na Kim... kim... borazo.

- A nie chcia­ła­byś podró­żo­wać teraz z twoim ojczul­kiem?

Odpo­wiedź, któ­rej udzie­liła mi nie od razu, ale po dłuż­szej pau­zie dopiero, wyka­zała skłon­ność małej do nie­spo­dzie­wa­nych wybu­chów roz­draż­nie­nia.

- Na co się zdało mówie­nie o takich nie­moż­li­wych głup­stwach?! - zawo­łała. - Dla­czego wspo­mniała pani o ojczulku? Co panią może obcho­dzić mój ojczu­lek? Zaczę­łam już wła­śnie się uspo­ka­jać i nie myśleć o nim tak dużo, i znów wszystko zacznie się na nowo.

Usteczka jej drgały. Pospie­szy­łam zako­mu­ni­ko­wać wia­do­mość o liście otrzy­ma­nym od jej ojca, który pisze, że ona i Har­riet mają nie­zwłocz­nie poje­chać tam, gdzie zamiesz­kał teraz.

- I cóż, Polly, jesteś zado­wo­lona? - doda­łam.

Nic nie odpo­wie­działa. Upu­ściła książkę na pod­łogę i prze­stała koły­sać swoją lalkę, wle­piw­szy we mnie oczy z nie­zwy­kłą nawet u niej powagą.

- Czyż­byś nie miała ochoty jechać do swo­jego ojczulka?

- Rozu­mie się, że mam ochotę - odcięła się zwy­kłym, ostrym, sta­now­czym tonem prze­ma­wia­nia do mnie, zupeł­nie odmien­nym od jej spo­sobu mówie­nia z panią Bret­ton i zasad­ni­czo znów róż­nią­cym się od brzmie­nia jej głosu, kiedy zwra­cała się do Gra­hama.

Pra­gnę­łam poznać bli­żej bieg jej myśli, nie chciała jed­nak roz­ma­wiać ze mną wię­cej na ten temat i pobie­gła od razu do pani Bret­ton, aby zapy­tać, czy wia­do­mość, któ­rej udzie­li­łam jej, jest praw­dziwa. Usły­szała, oczy­wi­ście, z ust mojej matki chrzest­nej naj­zu­peł­niej­sze potwier­dze­nie ści­sło­ści mojej infor­ma­cji. Donio­słe zna­cze­nie tej nowiny utrzy­mało ją przez cały dzień w poważ­nym nastroju. Wie­czo­rem, w chwili otwie­ra­nia przez Gra­hama drzwi wej­ścio­wych do holu, pod­bie­gła do mnie i zaczęła nie­spo­dzie­wa­nie popra­wiać roz­luź­nioną wstążkę, którą mia­łam dookoła szyi, wyj­mo­wać i prze­kła­dać grze­byki, pod­trzy­mu­jące moją fry­zurę. Była zajęta tym, kiedy wszedł do pokoju Gra­ham.

- Niech go pani przy­go­tuje powoli do tego, że odjeż­dżam - szep­nęła mi do ucha.

Zako­mu­ni­ko­wa­łam mu naj­śwież­szą nowinę w trak­cie picia przez nas wszyst­kich popo­łu­dnio­wej her­baty. Głowa chłopca była w danej chwili zaprząt­nięta pew­nym, roz­pi­sa­nym przez szkołę zada­niem kon­kur­so­wym do nagrody, o którą i Gra­ham także zamie­rzał się ubie­gać. Tak był zamy­ślony, że musia­łam powtó­rzyć mu dwa razy wia­do­mość, zanim dotarła ona wresz­cie w spo­sób wła­ściwy do jego świa­do­mo­ści, a nawet i wów­czas prze­mknęła przez nią prze­lot­nie tylko.

- Co takiego?! Polly ma odje­chać?! Jaka szkoda! Droga, kochana Myszka. Szkoda mi będzie ją utra­cić!... Ale musi przy­je­chać do nas znów, mamo!

I prze­łknąw­szy pośpiesz­nie her­batę, wziął świecę, którą posta­wił wraz ze swo­imi książ­kami na małym sto­liku, i po chwili pogrą­żył się nie­po­dziel­nie w pracy.

"Kochana Myszka" przy­su­nęła się do niego i przy­kuc­nęła na dywa­nie u nóg, opu­ściw­szy główkę tak nisko, że nie­mal doty­kała nią dywanu. Niema i nie­po­ru­szona, utrzy­mała tę pozy­cję aż do chwili pój­ścia spać. W pew­nym momen­cie dostrze­głam, że Gra­ham - praw­do­po­dob­nie zupeł­nie nie­świa­domy jej obec­no­ści tak bli­sko - popchnął ją koń­cem będą­cej w nie­ustan­nym ruchu nogi. W następ­nej chwili jedna rączka, wysu­nięta spod ukry­wa­ją­cej się pod nią twa­rzyczki dziecka, czule pogła­skała nie­uważną stopę. Na zwró­coną jej uwagę, że czas już iść spać, pod­nio­sła się i wyszła posłusz­nie z pokoju, zło­żyw­szy wszyst­kim obec­nym bar­dzo przy­ci­szo­nym gło­sem życze­nia dobrej nocy.

Nie powiem, abym oba­wiała się pój­ścia w godzinę póź­niej na górę do naszej wspól­nej sypialni, poszłam jed­nak z wyraź­nym uczu­ciem nie­po­koju, prze­czu­wa­jąc, że nie zastanę małej uśpioną, jak nale­ża­łoby. Prze­czu­cia nie omy­liły mnie. Polly, zzięb­nięta i czu­wa­jąca, sie­działa jak sku­lony mały pta­szek na kra­wę­dzi łóżeczka. Nie wie­dzia­łam, jak się do niej zbli­żyć, nie­po­dobna było prze­cież postą­pić z nią, jak nale­ża­łoby postą­pić w takim wypadku z każ­dym innym dziec­kiem. Ona sama jed­nak zwró­ciła się do mnie pierw­sza. W chwili, kiedy zamknąw­szy za sobą drzwi posta­wi­łam na toa­le­cie zapa­loną świecę, jęk­nęła:

- Nie mogę... nie mogę spać... I tak samo nie mogę... nie mogę żyć!

Zapy­ta­łam, co jej dolega.

- Ste­raszne zmart...wie­nie - wyse­ple­niła, jak zwy­kle w momen­tach wiel­kiego wzru­sze­nia.

- Czy mam popro­sić tutaj panią Bret­ton?

- To byłoby zupeł­nie głu­pie - brzmiała znie­cier­pli­wiona odpo­wiedź małej. Ja sama, co prawda, wie­dzia­łam, że na odgłos kro­ków pani Bret­ton wsu­nę­łaby się pod koł­drę cichutko jak myszka. Nie krę­pu­jąc się wcale z ujaw­nia­niem swo­ich dzi­wactw wobec mnie - dla któ­rej nie siliła się uda­wać nawet sza­cunku ani ser­decz­niej­szych uczuć - nie zdra­dzała ni­gdy wobec mojej matki chrzest­nej ani cie­nia wła­ści­wej swo­jej istoty, zacho­wu­jąc się zawsze jak grzeczne, posłuszne, może nieco tylko nie­zwy­kłe dziew­czątko. Spoj­rza­łam na nią: policzki jej były szkar­łatne, oczy o roz­sze­rzo­nych źre­ni­cach pło­nęły, drę­cząco roz­bie­gane. Zda­łam sobie sprawę, że nie można pozo­sta­wić dziecka w tym sta­nie przez całą noc. Domy­śli­łam się, co tak strasz­nie jej doskwie­rało.

- Może chcia­ła­byś powie­dzieć raz jesz­cze dobra­noc Gra­ha­mowi - zapy­ta­łam. - Nie poszedł jesz­cze do swo­jego pokoju.

Wycią­gnęła do mnie od razu oba drobne ramionka, aby ją pod­nieść. Otu­liw­szy małą cie­płym sza­lem, zanio­słam ją z powro­tem do salonu. Gra­ham wycho­dził wła­śnie stam­tąd.

- Nie może zasnąć, dopóki się nie zoba­czy i nie pomówi z panem raz jesz­cze - rze­kłam. - Mar­twi się na myśl, że będzie musiała roz­stać się z panem.

- Roz­pie­ści­łem ją - odparł, bio­rąc małą z moich rąk i cału­jąc jej roz­go­rącz­ko­waną twa­rzyczkę i pło­nące usteczka.

- Czy naprawdę mia­ła­byś kochać mnie wię­cej niż swo­jego ojczulka?

- Tak, kocham cię, ale ty wcale mnie nie kochasz - szep­nęła w odpo­wie­dzi.

Zapew­nił ją, że jest w błę­dzie, poca­ło­wał raz jesz­cze, a potem oddał mi dziecko ponow­nie, abym odnio­sła je z powro­tem do łóżeczka, nie­stety, wcale nie­uko­jone.

Kiedy wyda­wało mi się, że zdolna jest mnie wysłu­chać, powie­dzia­łam:

- Nie powin­naś zamar­twiać się, Polly, że Gra­ham nie kocha cię tak bar­dzo jak ty jego. Tak być musi.

Jej pod­nie­sione badaw­czo oczy wyraź­nie pytały, dla­czego tak być musi.

- Dla­tego że jest chłop­cem, a ty dziew­czynką; on ma szes­na­ście lat, a ty sześć dopiero; on jest silny i wesoły z natury, a ty masz uspo­so­bie­nie zupeł­nie odmienne.

- Ale ja kocham go tak bar­dzo; powi­nien kochać mnie choć tro­szeczkę.

- Kocha cię. Kocha cię praw­dzi­wie. Jesteś jego ulu­bie­nicą.

- Naprawdę jestem ulu­bie­nicą Gra­hama?

- Tak. Bar­dziej niż któ­re­kol­wiek z dzieci, które znam.

Zapew­nie­nie to uspo­ko­iło ją nieco. Uśmiech­nęła się nawet.

- Nie żądaj jed­nak od niego zbyt wiele - doda­łam - żeby mu się nie uprzy­krzyć, bo wtedy będzie po wszyst­kim.

- Po wszyst­kim - jęk­nęła sła­bym gło­sem. - O, w takim razie będę dobra i spo­kojna. Będę sta­rała się być dobra i spo­kojna, panno Lucy.

Poło­ży­łam ją do łóżka.

- Czy tylko wyba­czy mi ten jeden raz? - usły­sza­łam jej pyta­nie, kiedy zaczę­łam już się roz­bie­rać. Zapew­ni­łam, że jej wyba­czy, że, jak dotych­czas, kocha ją po daw­nemu i że musi być tylko ostrożna na przy­szłość.

- Nie będzie żad­nej przy­szło­ści - rze­kła. - Odjeż­dżam. Czy kie­dyś... jesz­cze... zoba­czę go, jak wyjadę z Anglii?

Uspo­ko­iłam ją zapew­nie­niem, że nie­wąt­pli­wie zoba­czy go kie­dyś ponow­nie. Zga­si­łam świecę. Upły­nęło jesz­cze pół godziny. Przy­pusz­cza­łam, że Polly usnęła, kiedy nagle maleńka biała postać unio­sła się na łóżeczku i cichy gło­sik zapy­tał:

- Lubi pani Gra­hama, panno Lucy?

- Tak. Dość go lubię.

- Tylko dość? Czy lubi go pani tak samo, jak ja go lubię?

- Myślę, że nie. Nie, nie tak jak ty.

- A czy lubi go pani bar­dzo?

- Powie­dzia­łam ci prze­cież, że lubię go tylko dość. Tak sobie. Dla­czego mia­ła­bym kochać go tak bar­dzo? Ma tak wiele wad.

- Naprawdę?

- Wszy­scy chłopcy mają wiele wad.

- Wię­cej jesz­cze niż dziew­czynki?

- Tak mi się wydaje. Mądrzy ludzie mówią, że nie­roz­sąd­kiem jest uwa­żać jakie­go­kol­wiek czło­wieka za dosko­na­łość, a co się tyczy lubie­nia i nielubie­nia powin­ni­śmy być życz­li­wie i przy­ja­ciel­sko uspo­so­bieni do wszyst­kich, nie ubó­stwiać jed­nak nikogo.

- Czy pani, panno Lucy, jest mądrą osobą?

- Chcia­ła­bym być nią. Ale teraz śpij.

- Nie mogę usnąć. Czy panią nie boli tutaj? - zapy­tała, kła­dąc maleńką, ni to lal­czyną rączkę na rów­nie minia­tu­ro­wej piersi. - Nie czuje pani bólu tutaj na myśl, że będzie pani musiała opu­ścić Gra­hama? Bo prze­cież to nie jest pani dom?

- Doprawdy, Polly, nie powinno cię to tak bar­dzo boleć; masz prze­cież jechać do two­jego ojczulka, z któ­rym będziesz wkrótce razem. Czy nie pra­gniesz już być jego małą towa­rzyszką?

Mar­twa cisza zapa­dła po tym pyta­niu, na które nie otrzy­ma­łam odpo­wie­dzi.

- Połóż się, maleńka, i uśnij - pro­si­łam.

- Tak wyzię­bło moje łóżko - jęk­nęła. - Nie mogę się ogrzać.

Widzia­łam, że mała istot­nie drży z zimna.

- Chodź do mnie - rze­kłam, pra­gnąc, zara­zem jed­nak nie mając nadziei, aby przy­jęła moje zapro­sze­nie. Była takim nie­sły­cha­nie dziw­nym, kapry­śnym, małym stwo­rzon­kiem, kapry­śnym zwłasz­cza i nie­rów­nym w sto­sunku do mojej osoby. Natych­miast wszakże przy­szła do mnie, prze­śli­zgnąw­szy się bez­sze­lest­nie po dywa­nie, niby drobny, biały duszek. Przy­tu­li­łam ją do sie­bie. Była skost­niała. Ogrza­łam ją w moich ramio­nach. Drżała ner­wowo. Udało mi się uspo­koić ją powoli. Uko­jona wresz­cie i upiesz­czona przeze mnie, zasnęła.

Wyjąt­kowe dziecko, pomy­śla­łam, przy­glą­da­jąc się jej uśpio­nej w mdłym świe­tle księ­życa i ostroż­nie osu­sza­jąc cienką baty­stową chu­s­teczką mokre od pła­czu powieki i policzki.

W jaki spo­sób zdoła przejść przez życie i zwal­czać jego prze­ciw­no­ści? Jak będzie zno­sić jego ciosy i roz­cza­ro­wa­nia, upo­ko­rze­nia i klę­ski, które, jak pouczają mnie książki i jak pod­szep­tuje mi mój wła­sny rozum, prze­zna­czone są każ­dej żyją­cej isto­cie?

Odje­chała naza­jutrz, drżąc jak listek w momen­cie poże­gna­nia, usi­łu­jąc wszakże opa­no­wać się, i względ­nie panu­jąc nad sobą.

Roz­dział IV

PANNA MARCH­MONT

Opu­ściw­szy Bret­ton w parę tygo­dni po wyjeź­dzie małej Polly - nie prze­wi­dy­wa­łam wów­czas, że ni­gdy już wię­cej nie odwie­dzę miłej tej sie­dziby i ni­gdy stą­pać nie będę ponow­nie po cichych ulicz­kach wie­ko­wego mia­steczka - powró­ci­łam do domu po pół­rocz­nej nie­obec­no­ści. Nale­ża­łoby przy­pu­ścić, że byłam zado­wo­lona z powrotu na łono rodziny. W natu­ral­nym takim przy­pusz­cze­niu nie może w żad­nym razie być niczego uwła­cza­ją­cego ani krzyw­dzą­cego, nie sta­rajmy się więc zada­wać temu kłamu. Nie myśląc też by­naj­mniej czy­nić tego, pozwa­lam, aby Czy­tel­nik wyobra­ził mnie sobie drze­miącą w ciągu naj­bliż­szych ośmiu lat, niby łódź w pogodę bez­wietrzną na nie­po­ru­szo­nych jak szkło wodach przy­stani, gdy ster­nik leży wycią­gnięty na deskach pokładu z twa­rzą zwró­coną ku niebu i zamknię­tymi oczami, pogrą­żony, można by przy­pu­ścić, w dłu­giej modli­twie. Panuje powszechne mnie­ma­nie, że wielki zastęp kobiet i dziew­cząt spę­dza życie swoje w taki wła­śnie spo­sób, dla­cze­góż bym więc i ja nie miała iść ich śla­dem?

Wyobraź mnie sobie, Czy­tel­niku, pulchną i zado­wo­loną, pła­wiącą się bez­czyn­nie w słońcu, na wysła­nym miękko pokła­dzie, stale ogrze­waną sło­necz­nymi pro­mie­niami i koły­saną na fali łagod­nie poru­sza­nej powie­wem lek­kiego wie­trzyka. Nie da się jed­nak zataić, że gdyby tak być miało, nale­ża­łoby wyobra­zić sobie, że ule­głam znać w jakiś spo­sób kata­stro­fie, że zosta­łam wyrzu­cona poza burtę albo też, że łódź moja ule­gła roz­bi­ciu. I ja sama także pamię­tam czas - długi okres - chłodu, nie­bez­pie­czeństw, zwad. Do dnia dzi­siej­szego, ile­kroć dławi mnie zmora nocna, doznaję ponow­nie w krtani owego uczu­cia sło­no­ści, napły­wa­ją­cej mi do prze­łyku wody i jej mroź­nego uci­sku na płuca. Wiem nawet, że roz­pę­tała się burza, i to burza, która trwała nie godzinę czy tylko jeden dzień. W ciągu wielu dni i nocy nie zaja­śniało słońce ani też nie wybły­snęły na nie­bie gwiazdy; wła­snymi rękami wyrzu­ca­li­śmy takie­lu­nek z naszego statku; nad naszymi gło­wami sro­żył się sztorm, stra­ci­li­śmy wszelką nadzieję, że uda nam się ura­to­wać. W końcu sta­tek uległ roz­bi­ciu, a cała załoga poszła na dno.

O ile mogę się­gnąć pamię­cią, nie uskar­ża­łam się ni­gdy przed nikim na cięż­kie przej­ścia. Przed kim wła­ści­wie mia­ła­bym się uskar­żać? Panią Bret­ton od dawna stra­ci­łam z oczu. Prze­szkody, wznie­sione przez osoby trze­cie, przed laty już sta­nęły pomię­dzy nami, unie­moż­li­wia­jąc poro­zu­mie­nie się. Nadto przy­niósł czas zmiany i w jej życiu także: pokaźna for­tuna, na któ­rej straży stała, aby ją prze­ka­zać nie­tkniętą synowi, umiesz­czona w pew­nym przed­się­bior­stwie jako jego kapi­tał zakła­dowy, skur­czyła się, jak utrzy­my­wano, do drob­nej cząstki pier­wot­nej swo­jej war­to­ści. Gra­ham, o czym sły­sza­łam ze źró­deł postron­nych, obrał zawód leka­rza i wraz z matką opu­ścił Bret­ton, aby, o ile było mi wia­domo, osie­dlić się w Lon­dy­nie.

Nie ist­niała dla mnie w ten spo­sób moż­li­wość licze­nia na czy­ją­kol­wiek pomoc, musia­łam sama myśleć o sobie. Nie wydaje mi się, abym nale­żała do natur samo­dziel­nych czy przed­się­bior­czych; zarówno jed­nak samo­dziel­ność, jak przed­się­bior­czość zostały mi narzu­cone przez warunki, w jakich się zna­la­złam, na równi zresztą z tysią­cami innych ludzi oprócz mnie. Kiedy więc przy­słała po mnie panna March­mont, star­sza nie­za­mężna dama, zamiesz­kała w naszej oko­licy, posłuszna byłam z całą goto­wo­ścią jej wezwa­niu w nadziei, że poru­czy mi do peł­nie­nia jakąś misję, któ­rej potra­fię podo­łać.

Panna March­mont była osobą zamożną, zamiesz­ki­wała piękną rezy­den­cję, była wsze­lako zreu­ma­ty­zo­waną, znie­do­łęż­niałą kaleką, pozba­wioną od dwu­dzie­stu lat wła­dzy w rękach i nogach. Prze­by­wała stale na gór­nym pię­trze swo­jej sie­dziby, nie scho­dząc ni­gdy na dół. Salon jej przy­ty­kał do jej sypialni. Sły­sza­łam wiele o niej i o dzi­wac­twach (miała opi­nię wielce eks­cen­trycz­nej), ni­gdy jed­nak jesz­cze do owego czasu nie mia­łam oka­zji widze­nia jej ani mówie­nia z nią. Wpro­wa­dzona do jej pokoju, zna­la­złam się wobec pomarsz­czo­nej, siwo­wło­sej kobiety o poważ­nym wyglą­dzie, który mógł być wyni­kiem zarówno jej dłu­go­trwa­łego osa­mot­nie­nia, jak jej dole­gli­wo­ści fizycz­nych. Temu może rów­nież nale­żało przy­pi­sać jej draż­li­wość i kapry­śność. Jak się oka­zało, jej panna słu­żąca, a wła­ści­wie towa­rzyszka, która pie­lę­gno­wała ją przez wiele lat, miała wyjść za mąż, sły­sząc więc o osa­mot­nie­niu moim i o trud­nych warun­kach, w jakich się zna­la­złam, posłała panna March­mont po mnie w nadziei, że potra­fię może zastą­pić przy niej tamtą. Kiedy więc po wypi­ciu pospołu popo­łu­dnio­wej her­baty sie­dzia­ły­śmy obie przy kominku, zro­biła mi odpo­wied­nią pro­po­zy­cję.

- Nie będzie to łatwe życie - uprze­dziła mnie lojal­nie - wyma­gam wiele obsługi, będzie też pani przez więk­szą część dnia zamknięta tutaj ze mną; może jed­nak, w prze­ciw­sta­wie­niu do życia, jakie wio­dła pani dotych­czas, wyda się pani zaję­cie u mnie dość zno­śne.

Roz­wa­ży­łam w myśli uczy­nioną mi pro­po­zy­cję; ofia­ro­wane mi sta­no­wi­sko powinno byłoby oczy­wi­ście wydać mi się zno­śne - usi­ło­wa­łam prze­ko­nać sama sie­bie - oka­zało się jed­nak, że wsku­tek szcze­gól­nego cią­żą­cego na mnie fatum prze­wi­dy­wa­nia te nie ziściły się. Nie mogły, co prawda, uśmie­chać mi się oso­bliwe widoki sta­łego prze­by­wa­nia tutaj, w tym szczel­nie zamknię­tym pokoju, będąc świad­kiem nie­ustan­nych cier­pień - cza­sem może ofiarą złego humoru - i spę­dze­nia w ten spo­sób reszty mojej mło­do­ści, wie­dząc, że wszystko, co było, minęło, wyra­ża­jąc się naj­oględ­niej, nie nazbyt szczę­śli­wie! Zabra­kło mi na chwilę odwagi, wnet jed­nak odzy­ska­łam ją, jak­kol­wiek bowiem zmu­sza­łam się do uprzy­tom­nie­nia sobie złych stron, byłam jed­nak zbyt przy­ziemna, aby ide­ali­zo­wać je, a tym samym wyol­brzy­miać nad­mier­nie.

- Nie jestem pewna, czy star­czy mi sił potrzeb­nych do peł­nie­nia tych zadań - rze­kłam.

- I ja także mam ten skru­puł - zgo­dziła się. - Spra­wia pani wra­że­nie zmi­ze­ro­wa­nej, wyczer­pa­nej.

Byłam zmi­ze­ro­wana i wyczer­pana. Zaj­rza­łam do lustra i zoba­czy­łam w nim sie­bie samą w sukni żałob­nej, dziw­nie wybla­kłą, z głę­boko wpad­nię­tymi, pod­krą­żo­nymi oczami. Tak. Nie był to widok obie­cu­jący. Te oznaki przy­więd­nię­cia były jed­nak tylko zewnętrzne, tak wyda­wało mi się przy­naj­mniej: czu­łam wciąż jesz­cze w sobie życie, tęt­niące, nie­za­marłe w jego źró­dle.

- Czy ma pani coś innego na widoku?

- Jak dotych­czas nic wyraź­nego, mogła­bym jed­nak zna­leźć, przy­pusz­czam.

- Tak sobie pani wyobraża, może nie bez słusz­no­ści. Dobrze. Niech więc pani pró­buje w dal­szym ciągu poszu­ki­wań na wła­sną rękę. Jeśli jed­nak zawiodą one panią, pro­szę powró­cić do mojej oferty. Pozo­sta­wiam pani otwartą moż­ność przy­ję­cia jej w ciągu trzech mie­sięcy.

Było to wielce uprzejme z jej strony posta­wie­nie sprawy. Powie­dzia­łam, co o tym myślę, i wyra­zi­łam moją wdzięcz­ność. W tej samej chwili schwy­cił ją ostry atak bólu. Zaję­łam się cier­piącą, zasto­so­wa­łam wska­zane mi przez nią środki, i zanim jesz­cze zdą­żyły one przy­nieść ulgę, zawią­zał się pomię­dzy nami obiema rodzaj pouf­niej­szego sto­sunku. Co się mnie tyczy, prze­ko­na­łam się ze spo­sobu, w jaki znio­sła ten ostry atak, że mam przed sobą dzielną, cier­pliwą kobietę (cier­pliwą wobec dole­gli­wo­ści fizycz­nych, cza­sem tylko może podraż­nioną pod wpły­wem toczą­cego ją moral­nego raka), ona zaś, widząc moją dobrą wolę, prze­ko­nała się, że może wzbu­dzić we mnie współ­czu­jący odzew na swoje cier­pie­nia. Przy­słała po mnie zaraz naza­jutrz, powta­rza­jąc te wezwa­nia pięć czy sześć dni z rzędu. Bliż­sze pozna­nie jej, mimo że ujaw­niło mi nie­które cechu­jące ją dzi­wac­twa i wady, prze­ko­nało zara­zem, że mam do czy­nie­nia z cha­rak­te­rem zdol­nym wzbu­dzić szczery sza­cu­nek. Bywała, co prawda, surowa cza­sem, a nawet ponura, nie prze­szka­dzało mi to jed­nak pie­lę­gno­wać jej i sie­dzieć przy niej ze spo­ko­jem, jaki dany jest nam zawsze zacho­wać, ile­kroć czu­jemy, że nasza obec­ność, nasze bez­po­śred­nie zetknię­cie, nasz spo­sób zacho­wa­nia podo­bają się i spra­wiają ulgę oso­bom, któ­rym odda­jemy usługi. Nawet kiedy łajała mnie, i to dość cierpko - co zda­rzało się od czasu do czasu - czy­niła to w spo­sób, który nie upo­ka­rzał mnie i nie pozo­sta­wiał dokucz­li­wego żądła. Przy­po­mi­nała raczej roz­gnie­waną matkę kar­cącą córkę, ani­żeli surową chle­bo­daw­czy­nię, czy­niącą ostre wyrzuty opła­ca­nej przez nią pra­cow­nicy. Nie umiała zrzę­dzić, cza­sem tylko wpa­dała w gwał­towny gniew. Co naj­waż­niej­sze jed­nak, umiała opa­mię­tać się w chwi­lach naj­więk­szej pasji: logika nie zawo­dziła jej nawet w roz­na­mięt­nie­niu. Rychło też wzra­sta­jące uczu­cie szcze­rego przy­wią­za­nia pozwo­liło mi w nowym zupeł­nie świe­tle roz­wa­żać myśl pozo­sta­nia przy niej w cha­rak­te­rze towa­rzyszki: po tygo­dniu zgo­dzi­łam się na obję­cie tego sta­no­wi­ska.

W ten spo­sób świa­tem moim stały się dwa roz­pra­żone, szczel­nie poza­my­kane pokoje, a znie­do­łęż­niała, scho­ro­wana, stara kobieta moją panią, moją przy­ja­ciółką, wszyst­kim dla mnie. Peł­nie­nie służby przy niej było moim obo­wiąz­kiem; jej ból - moim cier­pie­niem; myśl o uldze, którą mogłam jej przy­nieść - jedy­nym moim zada­niem; jej nie­za­do­wo­le­nie - moją karą; jej uśmiech - moją nagrodą. Zapo­mnia­łam o ist­nie­niu pól, lasów, rzek, jezior, mórz i wciąż zmie­nia­ją­cego się nieba poza ośle­płymi, zacho­dzą­cymi wciąż od nowa parą szy­bami okien­nymi pokoju cho­rej. Rada byłam pra­wie temu zapo­mnie­niu. Całe moje nasta­wie­nie zacie­śniło się, wtło­czone w ramy obec­nej mojej misji. Cicha i łagodna z natury, zahar­to­wana przez los, nie tęsk­ni­łam za spa­ce­rami na otwar­tym powie­trzu; mój głód nasy­cały w zupeł­no­ści skromne, mikro­sko­pijne posiłki, poda­wane mi w zależ­no­ści od ape­tytu i wyma­gań pacjentki; co naj­waż­niej­sze wszakże, dawała mi ona sama moż­ność stu­dio­wa­nia nie­zwy­kło­ści jej cha­rak­teru; podzi­wia­nia nie­wzru­szo­nej sta­ło­ści jej cnót, potęgi pasji, ufa­nia szcze­ro­ści uczuć. Posia­dała wszyst­kie te cechy i z tego powodu wła­śnie przy­wią­za­łam się do niej.

Dla tych cech gotowa byłam pozo­stać przy niej przez dwa­dzie­ścia lat jesz­cze, gdyby udręka jej życia miała trwać jesz­cze dwa­dzie­ścia lat. Inny los wszakże prze­zna­czony był nam obu. Co się mnie tyczy, zda­wać się mogło, że prze­zna­cze­nie moje pcha mnie nie­ustan­nie do wysiłku płod­nego. Że z umy­słu pod­nieca, pobu­dza, zacina biczem uta­joną drze­miącą we mnie ener­gię czynu. Drob­nej kru­szy­nie przy­wią­za­nia ludz­kiego, która przy­pa­dła mi w udziale i którą ceni­łam niby perłę war­to­ściową, prze­zna­czone były tajeć w moich rękach i prze­cie­kać przez palce, jak gdyby była skro­plo­nym w cie­ple sopel­kiem gra­do­wym. Skromne obo­wiązki, jakie przyj­mo­wa­łam na sie­bie, wyry­wane musiały być prze­mocą z mojego, zado­wo­lo­nego tak małym, sumie­nia. Chcia­łam wcho­dzić w układy z losem: w celu unik­nię­cia mogą­cych spaść na mnie wiel­kich klęsk, gotowa byłam przy­jąć z pod­da­niem życie całe, na które skła­da­łyby się same wyrze­cze­nia i drobne dokucz­li­wo­ści. Ale los nie dał się uła­go­dzić przeze mnie w ten spo­sób ani też nie zgo­dziła się opatrz­ność na usank­cjo­no­wa­nie gnu­śnego, tchórz­li­wego uni­ka­nia czynu.

Pew­nej nocy luto­wej - pamię­tam dobrze ten moment - roz­legł się w pobliżu sie­dziby panny March­mont głos sły­szany przez wszyst­kich miesz­kań­ców domu, zro­zu­miany wszakże przez jedną tylko osobę. Po względ­nie zacisz­nej zimie przy­szły burze wio­senne. Uło­ży­łam pannę March­mont do łóżka, a sama usia­dłam z robótką ręczną przy ogniu komin­ko­wym. Wiatr wył i zawo­dził pod oknami: przez cały dzień wypra­wiał swoje harce, w nocy wszakże wycie jego przy­brało głęb­szy, surow­szy ton - dziw­nie przej­mu­jący, wpa­da­jący do ucha nie­mal wyraź­nie arty­ku­ło­wa­nymi dźwię­kami ni to skargi jękli­wej, bole­śnie szar­pią­cej nerwy, drga­ją­cej w każ­dym nowym poświ­ście.

O! Ucisz się! Ucisz się! - powta­rza­łam w duchu zgnę­biona, upusz­cza­jąc na kolana moją robotę i darem­nie usi­łu­jąc zatkać uszy, aby nie docie­rał do nich bła­galny ten, jak gdyby wzy­wa­jący pomocy, jękliwy szloch. Już daw­niej sły­sza­łam ten sam zło­wiesz­czy głos; przy­godna obser­wa­cja narzu­ciła mi teo­rię zwią­za­nych z nim prze­po­wiedni. Trzy­krot­nie w cza­sie mojego życia pouczył mnie bieg wypad­ków, że dziwne owe odgłosy burzy - ów nie­ustan­nie powta­rza­jący jęk bez­na­dziejny zapo­wiada stan atmos­fery nie­sprzy­ja­ją­cej życiu. Doświad­cze­nie wsz­cze­piło mi wiarę w to, że wybu­chy epi­de­mii zapo­wiadane bywają czę­sto przez taki bole­śnie jękliwy, łka­jący, zawo­dzący wiatr wschodni. Stąd może, jak wywnio­sko­wa­łam, powstała legenda o Ban­shee1. Stwier­dzi­łam nadto - tak sobie wyobra­ża­łam, nie posia­da­łam wsze­lako dosta­tecz­nej wie­dzy, aby uchwy­cić zwią­zek, który mógłby zacho­dzić pomię­dzy tymi oko­licz­no­ściami - docie­ra­jące do nas rów­no­cze­śnie ze sro­że­niem się takiego wichru wie­ści o wstrzą­sach wul­ka­nicz­nych w dale­kich czę­ściach świata; o rze­kach, które nagle wzbie­rały gwał­tow­nie, wycho­dząc z brze­gów i zale­wa­jąc całą oko­licę, a także o nie­zwy­kle wysoko spię­trzo­nych falach, wście­kle zata­pia­ją­cych nizinne wybrzeża mor­skie.

Kula ziem­ska, mówi­łam sobie wów­czas, wydaje się w takich okre­sach szar­pana i roz­dzie­rana na czę­ści; słabsi spo­śród nas giną w podmu­chach roz­sro­żo­nego odde­chu, który wyrzuca na powierzch­nię ogni­stą lawę jej dymią­cych kra­te­rów!

Wsłu­chi­wa­łam się z zamie­ra­niem serca w wycie wichru.

Około pół­nocy burza w ciągu pół godziny przy­ci­chła stop­niowo, ustę­pu­jąc wresz­cie miej­sca impo­nu­ją­cej ciszy. Ogień na kominku, dotych­czas słabo zale­d­wie tle­jący, buch­nął żyw­szym pło­mie­niem. Wyczu­łam od razu zmianę powie­trza i wraz z nią powró­ciła mi otu­cha. Roz­su­nąw­szy nieco firanki, wyj­rza­łam na zewnątrz i dostrze­głam migo­ta­nie gwiazd wystę­pu­jące zazwy­czaj pod­czas ostrego mrozu.

W momen­cie odwró­ce­nia się od okna moje spoj­rze­nie padło na pannę March­mont, zbu­dzoną, uno­szącą głowę spo­nad poduszki i wpa­trzoną we mnie z nie­zwy­kłą uwagą.

- Piękna dzi­siaj noc? - zagad­nęła mnie.

Na pyta­nie to dałam pota­ku­jącą odpo­wiedź.

- Przy­pusz­cza­łam, że tak być musi. Czuję się wyjąt­kowo silna i zdrowa. Niech mi pani pomoże pod­nieść się. Wydaje mi się - dodała - że jestem dziw­nie odmło­dzona. Tak, jestem po daw­nemu młoda i tak nie­zwy­kle lekko mi na sercu; czuję się szczę­śliwa. A może naprawdę nastą­pił zwrot w sta­nie mojego zdro­wia i prze­zna­czono mi jesz­cze cie­szyć się peł­nią sił? Byłby to cud!

Nie, nie, to nie są dni cudów, prze­mknęło mi przez myśl. Zdzi­wiły mnie jej słowa. W dal­szym ciągu skie­ro­wała roz­mowę ku prze­szło­ści, szcze­gól­nie żywo odtwa­rza­jąc w pamięci wszel­kie wyda­rze­nia, sceny i osoby.

- Przy­jem­ność spra­wia mi dzi­siaj wspo­mi­na­nie o tym wszyst­kim - rze­kła. - Cenię pamięć, uwa­żam ją za naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Dostar­cza mi ona w tej chwili głę­bo­kiej roz­ko­szy; od nowa wycza­ro­wuje w sercu rze­czy­wi­stość tęt­niącą minio­nym pięk­nym życiem, wszystko to, co, jak sądzi­łam, zmur­szałe, zamarłe od dawna, wsią­kło w glinę i pia­sek mogiły. Odzy­ska­łam ponow­nie godziny, myśli i nadzieję mojej mło­do­ści. Wskrześ w sercu moim jedyną miłość - jedyne tkliwe uczu­cie - jedyne przy­wią­za­nie w moim życiu... Bo widzisz, dziecko, nie jestem kobietą szcze­gól­nie dobrą, nie należę do istot, które dają się kochać.

A prze­cież i ja także kocha­łam uczu­ciem sil­nym, zogni­sko­wa­nym na jedy­nej oso­bie, rów­nie dro­giej mojemu sercu w bez­względ­nej wyłącz­no­ści, jak dro­gie są dla więk­szo­ści ludzi, męż­czyzn i kobiet, wszyst­kie te nie­zli­czone istoty i rze­czy, któ­rym poświę­cają oni roz­pro­szone względy. Wów­czas, kiedy kocha­łam i byłam kochana, jakże cudowne wio­dłam życie, jak upoj­nie cie­szy­łam się nim! Jaki wspa­niały rok przy­po­mi­nam sobie - jak pro­mien­nie jaśnieje on teraz w moim wspo­mnie­niu. Jaka uro­cza wio­sna, jakie cie­płe, rado­sne lato, jakie sre­brzy­ste noce księ­ży­cowe, jakie nie­ziem­sko owiane mgłą wie­czory jesienne, jaka potęga nadziei pod wodami, sku­tymi lodo­wym pan­ce­rzem i pod ski­bami niw zwa­rzo­nych zamro­zem zimo­wym! Przez cały ten rok serce moje biło dla Franka pospołu z jego ser­cem. O, mój szla­chetny Franku - mój wierny Franku - mój dobry Franku! O tyle lep­szy niż ja! Teraz dopiero rozu­miem to i mówię o tym: jeśli nawet nie­wiele kobiet cier­piało tak strasz­li­wie, jak bola­łam ja nad jego utratą, nie­wielu danym było zaznać tyle roz­ko­szy, ile ja zazna­łam w jego miło­ści. Była to miłość nie­zrów­na­nie wyż­sza i czy­ściej­sza od pospo­li­tej. Nie żywi­łam żad­nych wąt­pli­wo­ści co do niego i co do naszych wza­jem­nych uczuć: łączyła nas miłość nie­ska­lana, opie­kuń­cza, szla­chetna, uszczę­śli­wia­jąca tę, któ­rej stała się darem. Pra­gnę­ła­bym roz­wa­żyć teraz, kiedy umysł mój odzy­skał tak nie­zwy­kłą jasność - pra­gnę­ła­bym zro­zu­mieć, dla­czego została mi ona ode­brana? Za jaką zbrod­nię zosta­łam potę­piona i ska­zana po jed­nym roku bło­go­sła­wio­nego szczę­ścia na trzy­dzie­ści lat smutku i udręki?

Nie wiem - odpo­wie­działa samej sobie po dłuż­szym mil­cze­niu. - Nie mogę, nie mogę dopa­trzyć się powodu. A jed­nak w tej godzi­nie mogę powie­dzieć szcze­rze to, czego nie pró­bo­wa­łam mówić ni­gdy daw­niej: Boże, Ty, któ­rego wyroki są nie­zba­dane, niech się dzieje wola Twoja! W tej chwili wie­rzę, że śmierć zwróci mnie Fran­kowi, zwróci mi jego miłość. Ni­gdy dotych­czas nie wie­rzy­łam w to.

- Nie żyje więc? - zapy­ta­łam przy­ci­szo­nym gło­sem.

- Słu­chaj, dro­gie dziecko - zaczęła. - W pewną rado­sną Wigi­lię Bożego Naro­dze­nia ubie­ra­łam się i stro­iłam w ocze­ki­wa­niu na przy­by­cie mojego uko­cha­nego, który nie­ba­wem miał zostać moim mężem. Usia­dłam, cze­ka­jąc. Widzę przed sobą ponow­nie tę chwilę. Widzę ośnie­żony zmierzch prze­są­cza­jący się przez okno, któ­rego firanki nie były opusz­czone, chcia­łam bowiem dostrzec go z daleka, nad­jeż­dża­ją­cego konno białą ścieżką. Widzę i czuję przy­ćmione świa­tło kominka, tak mile roz­grze­wa­jące mnie, rzu­ca­jące tak wesołe iskierki na moją jedwabną suk­nię i uka­zu­jące mi w zwier­cia­dle odbi­cie mło­dej, pro­mien­nej postaci. Widzę księ­życ, pły­nący po nie­bie w cichą noc zimową, jaśnie­jący zim­nym świa­tłem ponad atra­men­to­wo­czar­nym gąsz­czem krze­wów i nad ośnie­żonym, osre­brzo­nym jego bla­skiem piasz­czy­stym grun­tem mojej posia­dło­ści. Cze­ka­łam z przy­spie­sza­ją­cym nieco mój puls znie­cier­pli­wie­niem, nie budziły się jed­nak w sercu moim żadne obawy ani wąt­pli­wo­ści. Ogień przy­gasł na pale­ni­sku kominka, wciąż jed­nak żarzyły się zwę­glone szczapy; księ­życ był już wysoko na nie­bie, widziany jed­nak jesz­cze przez obra­mo­wa­nie okna. Była już bli­sko dzie­siąta. Rzadko dawał cze­kać na sie­bie dłu­żej, a wła­ści­wie raz tylko czy dwa zatrzy­many był aż do tej godziny.

Czyżby miał zro­bić mi zawód?! Nie, nie mogłoby to się zda­rzyć! Ani razu! O, oto przy­bywa!... Nad­jeż­dża pędem, aby wyna­gro­dzić mi stra­cony czas.

Franku! Sza­lony jeźdź­cze! - woła­łam w myśli, wsłu­chu­jąc się z rado­ścią i nie­po­ko­jem zara­zem w coraz bliż­szy tętent galopu, wyłaję cię za to. Powiem ci, że to mój kark nara­żasz na nie­bez­pie­czeń­stwo, bo prze­cież wszystko, co twoje, jest w sto­krot­nie droż­szym i tkliw­szym zna­cze­niu moje wła­sne. Nad­jeż­dżał już: widzia­łam go pędzą­cego ku mnie, były jed­nak widocz­nie w oczach moich łzy, zaćmił się bowiem mój wzrok. Ujrza­łam konia, sły­sza­łam tętent kopyt... spo­strze­głam jakąś masę... uszy moje ogłu­szył nie­sa­mo­wity hałas... Czy był to koń?! Cóż to za cięż­kie, dziwne ciemne ciało wlo­kło się po ośnie­żo­nej mura­wie?!... Czy mogłam roz­po­znać je w świe­tle księ­życa? Czy podo­bień­stwem było dla mnie dać wyraz uczu­ciu, jakie zro­dziło się nagle w mojej piersi?

Jedyne, co mogłam czy­nić, to wybiec koniowi na spo­tka­nie. Wiel­kie zwie­rzę, czarny wierz­cho­wiec Franka, stał przede mną, dygo­cąc całym cia­łem, ciężko, chra­pli­wie dysząc. Trzy­mał go męż­czy­zna - Frank, jak mi się wydało.

- Co się stało? - zawo­ła­łam.

Zamiast niego jed­nak odpo­wie­dział mi ury­wa­nym gło­sem mój słu­żący, Tomasz:

- Niech pani wej­dzie do domu!

A potem, zawe­zwaw­szy jedną ze słu­żą­cych, która wybie­gła pędem z kuchni, jak gdyby gnana instynk­tow­nym stra­chem, roz­ka­zał jej:

- Ruth, zabierz panią natych­miast do domu!

Nie pozwo­li­łam jed­nak tknąć się i padłam na kolana w śniegu obok cze­goś leżą­cego przede mną, cze­goś, co przed chwilą widzia­łam cią­gnione po ziemi, cze­goś ciężko oddy­cha­ją­cego i jęczą­cego na mojej piersi, kiedy unio­słam tę nie­ru­chomą, bez­władną masę i przy­tu­li­łam ją do sie­bie. Żył jesz­cze; zacho­wał nawet resztkę przy­tom­no­ści. Kaza­łam wnieść go do domu, nie dając się odcią­gnąć od niego ani na chwilę. Moje oto­cze­nie pró­bo­wało trak­to­wać mnie jak dziecko, jak to zazwy­czaj robi się w sto­sunku do ludzi, na któ­rych spa­dła karząca dłoń Boża. Nie ustą­pi­łam jed­nak miej­sca przy nim nikomu poza chi­rur­giem, a kiedy zro­bił on wszystko, co było do zro­bie­nia, zaję­łam się umie­ra­ją­cym Fran­kiem oso­bi­ście. Miał jesz­cze dość sił, aby objąć mnie ramie­niem, zdo­był się jesz­cze na wymó­wie­nie mojego imie­nia, sły­szał mnie modlącą się szep­tem przy nim, czuł piesz­czo­tliwe ruchy i gesty, jakimi usi­ło­wa­łam przy­nieść mu ulgę.

- Mario - szep­nął drę­twie­ją­cymi ustami - umie­ram z raj­skim uczu­ciem...

Ostat­nie tchnie­nie oddał ze sło­wami wier­nej miło­ści do mnie. O świ­ta­niu dnia Bożego Naro­dze­nia był już mój Frank u wrót Bożych.

Stało się to - dodała - trzy­dzie­ści lat temu. Od tego czasu cier­pia­łam męki. Nie sądzę, abym umiała jak należy wyko­rzy­stać cios, który mnie spo­tkał. Natury mięk­kie i tkliwe wznio­słyby się pod wpły­wem podob­nego nie­szczę­ścia do wyżyn świę­to­ści, z umy­słów sil­nych, ale opor­nych, zro­bi­łoby ono demony, co się zaś mnie tyczy, sta­łam się zgnę­bioną bólem i wyłącz­nie nim pochło­niętą samo­lubną kobietą.

- Robiła pani wiele dobrego - rze­kłam, znana była bowiem panna March­mont z hoj­no­ści, z jaką udzie­lała wsparć i zapo­móg.

- Chce pani powie­dzieć, że nie ską­pi­łam pie­nię­dzy tam, gdzie mogły one przy­nieść ulgę? I cóż z tego? Nie kosz­to­wało mnie to żad­nego wysiłku. Mam jed­nak nadzieję, że od dzi­siaj roz­pocznę lep­sze życie, aby przy­go­to­wać się god­nie do spo­tka­nia z moim Fran­kiem. Bo widzi pani, wciąż jesz­cze myślę o Franku wię­cej niż o Bogu, jeśli też to odda­nie się jed­nemu czło­wie­kowi tak bez­mierne, tak wyłączne i przez tak dłu­gie lata będzie mi poczy­tane za bluź­nie­nie Bogu, słabe będą moje szanse zba­wie­nia. A co sądzi pani o tych rze­czach, kochana panno Lucy? Niech pani weź­mie na sie­bie rolę mojego spo­wied­nika i powie mi szcze­rze swoje zda­nie.

Nie byłam w sta­nie jej odpo­wie­dzieć: bra­kło mi słów. Oka­zało się to wszakże zbędne. Mówiła w dal­szym ciągu, jak gdyby otrzy­mała ode mnie odpo­wiedź.

- Bar­dzo słusz­nie, moje dziecko. Powin­ni­by­śmy uznać Boga za miło­sier­nego, mimo że wyroki Jego nie zawsze są zro­zu­miałe dla nas. Musimy przyj­mo­wać z pod­da­niem los, jaki nam zsyła, jaki­kol­wiek byłby on, i sta­rać się, jeśli to jest w naszej mocy, ulżyć losowi innych. Prawda? Otóż od jutra zacznę od pani, moje dziecko, i uczy­nię, co będę mogła, aby uszczę­śli­wić panią. A przy­naj­mniej posta­ram się zro­bić coś dla pani, coś takiego, z czego pani będzie mogła korzy­stać, kiedy nie sta­nie mnie już na tym świe­cie. Głowa mnie roz­bo­lała z nad­mier­nego mówie­nia, jestem jed­nak zado­wo­lona i szczę­śliwa. Niech już się pani położy spać. Bije druga. O, do tak póź­nej godziny prze­sia­duje pani przy mnie, a raczej do tak póź­nej godziny prze­trzy­muję panią przy sobie w moim samo­lub­stwie! Ale teraz niech już pani idzie spać. Może pani być zupeł­nie spo­kojna o mnie; czuję, że będę spała dosko­nale.

Uło­żyła się do snu. I ja także poło­ży­łam się spać w poko­iku sąsia­du­ją­cym z jej sypial­nią. Noc prze­szła spo­koj­nie. Bar­dzo spo­kojny być musiał jej koniec: spo­kojny i bez­bo­le­sny. Z rana zna­leź­li­śmy ją w łóżku nie­żywą; trup jej był zimny już pra­wie. Na twa­rzy zastygł wyraz nie­zmą­co­nego spo­koju. Nie­zwy­kłe pod­nie­ce­nie i zmiana nastroju, jakie ujaw­niła poprzed­niego wie­czora, były widocz­nie zapo­wie­dzią napadu tak sil­nego, że wystar­czył do osta­tecz­nego zerwa­nia wątłej nici, na jakiej trzy­mało się przez tak długi czas jej życie, pod­ko­py­wane nie­ustan­nie głę­bo­kim cier­pie­niem moral­nym.

Roz­dział V

ODWRÓ­CE­NIE NOWEJ KARTY

Pozo­staw­szy zupeł­nie sama na świe­cie po śmierci ostat­niej mojej chle­bo­daw­czyni, zmu­szona byłam poszu­kać nowego miej­sca. Nerwy moje nie­wąt­pli­wie nad­szarp­nięte były dozna­nymi prze­ży­ciami. Musiało to oczy­wi­ście odbić się ujem­nie na moim wyglą­dzie. Byłam w isto­cie wychu­dzona, blada, z wpad­nię­tymi głę­boko oczami, spra­wia­jąc typowe wra­że­nie osoby zmu­szo­nej czu­wać wiele po nocach, prze­pra­co­wy­wać się czy zamar­twiać nie­moż­no­ścią wyplą­ta­nia się ze swo­ich zobo­wią­zań i dłu­gów. Czu­wa­łam w rze­czy­wi­sto­ści po nocach, bywa­łam nie­raz prze­pra­co­wana, dłu­gów nie mia­łam jed­nak. Nie byłam też zupeł­nie pozba­wiona środ­ków, jak­kol­wiek bowiem panna March­mont nie zdą­żyła zro­bić zamie­rzo­nego zapisu na moją korzyść, wypła­cił mi daleki kuzyn, który został jej spad­ko­biercą, całą zale­głą pen­sję. Już wów­czas zdra­dzał jego kro­gul­czo zaostrzony nos i oso­bli­wie zwę­żona przy skro­niach czaszka naturę skąpca, któ­rym oka­zał się w następ­stwie. Sta­no­wił pod tym wzglę­dem bie­gu­nowe prze­ci­wień­stwo szczo­drej, wspa­nia­ło­myśl­nej swo­jej krew­nej i tym samym przy­czy­nił się do bło­go­sła­wie­nia po dzień dzi­siej­szy jej pamięci przez wszyst­kich korzy­sta­ją­cych z jej pomocy bie­da­ków.

Jako posia­daczka pięt­na­stu fun­tów, zdro­wia nad­szarp­nię­tego wpraw­dzie, nie­za­ła­ma­nego jed­nak w zupeł­no­ści oraz podob­nego mniej wię­cej stanu ducha, mogłam, w porów­na­niu z wie­loma innymi ludźmi, być uwa­żana za osobę będącą w poło­że­niu god­nym zazdro­ści. Zara­zem jed­nak było to poło­że­nie dość kło­po­tliwe. W przeded­niu opusz­cze­nia dotych­cza­so­wego miej­sca schro­nie­nia nie mia­łam jesz­cze zapew­nio­nego żad­nego innego dachu nad głową.

W tych warun­kach nie pozo­sta­wało mi inne wyj­ście poza zasię­gnię­ciem porady jedy­nej bli­skiej mi obec­nie istoty, daw­nej naszej słu­żą­cej, mojej pia­stunki nie­gdyś, a obec­nie gospo­dyni u wła­ści­ciela jed­nego z więk­szych mająt­ków w bli­skim sąsiedz­twie sie­dziby zmar­łej panny March­mont. Spę­dzi­łam u poczci­wej mojej pia­stunki kilka godzin, upiesz­czona przez nią i uko­jona, i ona jed­nak także nie miała poję­cia, jaką mogłaby dać mi radę. O zmierz­chu, mając uczu­cie pustki i mroku dookoła sie­bie i w sobie, opu­ści­łam ją, cze­kał mnie bowiem jesz­cze dwu­ki­lo­me­trowy spa­cer do odby­cia, a noc zapo­wia­dała się mroźna, cho­ciaż jasna. Pomimo osa­mot­nie­nia, braku wido­ków na naj­bliż­szą przy­szłość i natu­ral­nego, zda­wa­łoby się, zgnę­bie­nia tym wszyst­kim serce moje, pod­trzy­my­wane ufno­ścią i ener­gią mło­do­ści - liczy­łam wów­czas dwa­dzie­ścia trzy lata nie­spełna - biło rów­no­mier­nie i wcale nie­słabo. Że nie biło słabo, pozna­wa­łam po odwa­dze, z jaką bez drże­nia puści­łam się w samotną tę drogę pro­wa­dzącą przez pustynne pola, na któ­rych obsza­rze nie widać było ni­gdzie wio­sek, domów miesz­kal­nych ani zabu­do­wań fol­warcz­nych. Gwiazdy jedy­nie, w braku księ­życa, wska­zy­wały mi słabo maja­czącą w ich świe­tle ścieżkę. Odwaga moja i hart duszy tym bar­dziej godne były podziwu, że znaj­do­wa­łam się w nie­zwy­kłej obec­no­ści jaśnie­ją­cej w stro­nie pół­noc­nej rucho­mej tajem­nicy - w obec­no­ści Aurory Bore­alis. Zamiast lęku ujaw­niła ona w inny spo­sób swój wpływ na mnie - natchnęła nową siłą, jak się zda­wało. Wraz z suro­wym, mroź­nym tchnie­niem wcią­ga­łam w płuca ożyw­czy przy­pływ nowej ener­gii, aż wresz­cie, opa­no­wana nią, odwa­ży­łam się dać wyraz myśli zro­dzo­nej w dziw­nie okrze­płym inte­lek­cie.

- Opuść tę pustkę - pod­szep­nął mi głos wewnętrzny - i udaj się tam!

Dokąd? - zagad­nę­łam samą sie­bie.

Nie mia­łam potrzeby szu­kać odpo­wie­dzi daleko; kie­ru­jąc oko mojej duszy z pustyn­nej oko­licy ku boga­tej płasz­czyź­nie środ­ko­wej Anglii, ujrza­łam przed sobą wizję tego, czego ni­gdy nie oglą­da­łam w rze­czy­wi­sto­ści - wizję Lon­dynu.

Naza­jutrz powró­ci­łam do mojej daw­nej pia­stunki, aby wyja­wić jej powzięty plan.

Pani Bar­rett - tak brzmiało jej nazwi­sko - była poważną, roz­sądną kobietą, zna­jącą jed­nak świat rów­nie mało jak ja. Mimo całego swo­jego roz­sądku i powagi nie zapro­te­sto­wała z obu­rze­niem, że musia­łam chyba postra­dać zmy­sły, aby ważyć się na podobny pro­jekt. W moim postę­po­wa­niu widać było dużo sta­tecz­no­ści, która słu­żyła mi zawsze za naj­bez­piecz­niej­szą ostoję i prze­wod­niczkę, skoro umoż­li­wiła mi ona bez­karne, a bodaj nawet popie­rane przez nią, urze­czy­wist­nie­nie zamie­rzeń mogą­cych, jeśli przy­stą­pi­ła­bym z mniej­szą rów­no­wagą i spo­ko­jem do ich wyko­na­nia, ścią­gnąć na mnie zarzut, że jestem marzy­cielką fan­tastką.

Pani Bar­rett, zajęta przy­go­to­wy­wa­niem skó­rek poma­rań­czo­wych na mar­mo­ladę, pró­bo­wała zwró­cić uwagę na trud­no­ści, zwią­zane z wpro­wa­dze­niem w czyn pomy­słu, kiedy nagle do pokoju wpadł w pod­sko­kach mały chłop­czyna. Śliczne to stwo­rzonko, które nie było dla mnie obce, zna­łam bowiem jego matkę, młodą zamężną córkę chle­bo­daw­ców byłej mojej pia­stunki, pod­bie­gło ku mnie z cza­row­nym uśmie­chem, pośpie­szy­łam też wziąć je na kolana. Mimo wiel­kiej róż­nicy naszych pozy­cji towa­rzy­skich matka chłop­czyka i ja kształ­ci­ły­śmy się na tej samej pen­sji. Mia­łam wów­czas dzie­sięć lat, a ona szes­na­ście, mimo to uczęsz­czała do klasy niż­szej niż moja. Pamię­tam, że była bar­dzo przy­stojna, wyglą­dała pospo­li­cie wszakże i mało inte­re­su­jąco.

Wpa­try­wa­łam się z podzi­wem w prze­piękne ciemne oczy malca, kiedy do pokoju weszła jego matka, pani Leigh. W jak dorodną, impo­nu­jącą, a zara­zem pań­sko uprzejmą młodą kobietę prze­isto­czyła się poczciwa i dobro­duszna za cza­sów szkol­nych, ale mało roz­gar­nięta, tępa dziew­czyna! Tak dodat­nio i korzyst­nie wpły­nęło na nią zamę­ście i macie­rzyń­stwo. Mia­łam nie­jed­no­krot­nie oka­zję stwier­dzić dobro­czynny wpływ obu tych czyn­ni­ków na gorzej jesz­cze niż ona zapo­wia­da­jące się osob­niki. Pani Leigh nie przy­po­mniała mnie sobie zupeł­nie. I ja także się zmie­ni­łam, oba­wia­łam się jed­nak, że nie na korzyść, nie­stety. Nie pró­bo­wa­łam wcale narzu­cić mojej osoby jej pamięci. W jakim celu mia­ła­bym to czy­nić? Przy­szła po swo­jego małego synka, aby zabrać go na prze­chadzkę, a tuż za nią szła pia­stunka, nio­sąca na ręku nie­mowlę. Wspo­mi­nam o tym dla­tego jedy­nie, że pani Leigh, zwra­ca­jąc się do pia­stunki, mówiła po fran­cu­sku, bar­dzo lichą fran­cusz­czy­zną zresztą, fatal­nym akcen­tem, który żywo przy­po­mniał mi nasze szkolne czasy. Mały chłop­czyk nato­miast paplał bie­gle po fran­cu­sku. Kiedy cała kom­pa­nia wyszła z pokoju, pani Bar­rett opo­wie­działa mi, że córka jej chle­bo­daw­ców przy­wio­zła z sobą przed dwoma laty z podróży, którą odbyła po kon­ty­nen­cie, cudzo­ziem­ską pia­stunkę, którą trak­to­wano w domu jak guwer­nantkę pra­wie, nie każąc jej nic robić poza wyno­sze­niem nie­mowlęcia na spa­cer i papla­niem po fran­cu­sku z małym Karol­kiem.

- Pani Leigh utrzy­muje - dodała zacna pani Bar­rett - że spo­tkała za gra­nicą wiele Angie­lek, które zaj­mują takie same posady w zamoż­nych domach cudzo­ziem­skich na kon­ty­nen­cie i są tak samo dobrze trak­to­wane jak ta Fran­cuzka.

Zapi­sa­łam sobie w pamięci tę przy­pad­kową infor­ma­cję. Zanim roz­sta­łam się z moją zacną przy­ja­ciółką, dała mi adres god­nego zaufa­nia, przy­zwo­itego zajazdu w Lon­dy­nie, w któ­rym, jak zapa­mię­tała, zwy­kli zatrzy­my­wać się nie­gdyś moi stry­jo­wie.

Podróż do Lon­dynu była mniej awan­tur­ni­czym przed­się­wzię­ciem i nara­żała mnie na mniej­sze ryzyko, ani­żeli mógłby Czy­tel­nik sądzić. Cała odle­głość wyno­siła nie wię­cej niż pięć­dzie­siąt kilo­me­trów. Środki moje, jak obli­czy­łam, wystar­czą na podróż do sto­licy, na pokry­cie wydat­ków zwią­za­nych z utrzy­ma­niem w ciągu kilku dni oraz na ewen­tu­alną drogę powrotną, jeżeli nie zna­la­zła­bym moż­no­ści pozo­sta­nia w Lon­dy­nie, to zna­czy, gdyby nie udało mi się zna­leźć tam żad­nego zaję­cia. Uwa­ża­łam wycieczkę za rodzaj krót­kich waka­cji raczej, na które posta­no­wi­łam pozwo­lić sobie w celu rozej­rze­nia się, ani­żeli za szu­ka­nie ostat­niej deski ratunku. Nie ma nic lep­szego nad skromne poczy­na­nie sobie w życiu i kro­je­nie na umiar­ko­waną skalę. Jest to naj­nie­za­wod­niej­szy spo­sób utrzy­ma­nia rów­no­wagi cie­le­snej i ducho­wej, gdy, prze­ciw­nie, nie­opatrzne rzu­ca­nie się na sze­ro­kie wody wiel­kich, zawrot­nych pomy­słów naraża na zbyt rychłe spa­le­nie się ciała i ducha w nad­mier­nej gorączce.

Prze­by­cie pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów wyma­gało w owym cza­sie cało­dzien­nej podróży (mówię o dawno minio­nych cza­sach: włosy moje, które do nie­dawna jesz­cze opie­rały się zwy­cię­sko mro­żą­cemu upły­wowi lat, są już teraz zupeł­nie białe pod bia­łym cze­pecz­kiem, niby śnieg pod śnie­giem). Około dzie­wią­tej w słotny wie­czór lutowy sta­nę­łam w Lon­dy­nie.

Wiem, że Czy­tel­nik mój nie będzie mi wdzięczny za poską­pie­nie mu szcze­gó­ło­wego, kunsz­tow­nego zda­nia sprawy z pierw­szych moich wra­żeń. Sądzę jed­nak, że słusz­nie postę­puję z tego względu cho­ciażby, iż nie mia­łam czasu ani też nie byłam odpo­wied­nio uspo­so­biona do noto­wa­nia ich i przej­mo­wa­nia się nimi. Nie mogło w isto­cie natchnąć mnie szcze­gólną wraż­li­wo­ścią w tym kie­runku przy­by­cie o póź­nej godzi­nie w chłodny, słotny, ciemny wie­czór do Babi­lonu, któ­rego obcość i prze­ra­ża­jąca roz­le­głość wysta­wiły na naj­cięż­szą próbę jasność i trzeź­wość sądu, jak rów­nież zdol­ność pano­wa­nia nad sobą, jakimi, w braku świet­niej­szych talen­tów, mogło podo­bać się natu­rze obda­rzyć mnie.

Z chwilą kiedy wysia­dłam z dyli­żansu, ude­rzył mnie oso­bliwy spo­sób mówie­nia lon­dyń­skich doroż­ka­rzy i innych osób zgro­ma­dzo­nych w ocze­ki­wa­niu przy­by­cia karetki pocz­to­wej. Mowa ich wydała mi się w pierw­szym momen­cie jakaś obca, jak gdyby cudzo­ziem­ska. Ni­gdy do owego czasu nie sły­sza­łam języka angiel­skiego sie­ka­nego w ten spo­sób. Udało mi się jed­nak zro­zu­mieć zda­nia, z jakimi zwra­cano się do mnie, i być wza­jem zro­zu­miana przez moich roz­mów­ców o tyle przy­naj­mniej, aby zostać bez­piecz­nie prze­wie­ziona wraz z moim baga­żem do wska­za­nego mi przez dawną naszą pia­stunkę zajazdu. O, jak nie­skoń­cze­nie nudna, gnę­biąca i zastra­sza­jąca wydała mi się moja eska­pada! Zna­la­złam się po raz pierw­szy w życiu w Lon­dy­nie, po raz pierw­szy w zajeź­dzie; zmę­czona podróżą, spło­szona ciem­no­ścią, zdrę­twiała chło­dem; pozba­wiona wszel­kich wska­zó­wek, a tym bar­dziej doświad­cze­nia, jak zabrać się do rze­czy, co przed­się­wziąć, a prze­cież byłam zmu­szona dzia­łać samot­nie.

Posta­no­wi­łam kie­ro­wać się nade wszystko wła­snym zdro­wym roz­sąd­kiem. Mój zdrowy roz­są­dek był wsze­lako rów­nie zmro­żony i oszo­ło­miony, jak wszyst­kie inne moje cechy duchowe, jedy­nie też pod pre­sją nie­ubła­ga­nej koniecz­no­ści dał się pobu­dzić do pierw­szych ner­wo­wych podry­gów jakiego takiego dzia­ła­nia. Zacięta w ten spo­sób biczem suro­wych wyma­gań, podyk­to­wała mi owa wła­ści­wość mojego ducha obo­wią­zek zapła­ce­nia tra­ga­rzowi, przy czym trudno było wziąć jej za złe, że w takim kry­tycz­nym momen­cie dała się grubo oszu­kać; kazała mi następ­nie zapy­tać por­tiera zajazdu o pokój, z kolei trwoż­li­wie zawe­zwać poko­jówkę, i co wię­cej, znieść z god­no­ścią wynio­słe trak­to­wa­nie mnie przez młodą tę damę, kiedy raczyła wresz­cie się zja­wić.

O ile sobie przy­po­mi­nam, poko­jówka ta była wzo­rem miej­skiego szyku i ele­gan­cji. Taką zręczną, szczu­płą miała figurkę, taki zgrabny, wytworny był cze­pe­czek, tak umie­jęt­nie skro­jona i uszyta sukienka, że przy­glą­da­łam się jej ze szcze­rym zdzi­wie­niem i zacie­ka­wie­niem. Mowę jej cecho­wał oso­bliwy akcent, który wraz z łatwo­ścią i płyn­no­ścią prze­sad­nego wysła­wia­nia się, wzgar­dli­wie nie­jako urą­gały mojemu spo­so­bowi mówie­nia, tak samo jak sztuczna nieco, wymu­szona wytwor­ność jej stroju zda­wała się z szy­der­stwem pod­kre­ślać wiej­ską pro­stotę mojego ubra­nia.

Trudno, nie ma na to rady, pomy­śla­łam. A zresztą i śro­do­wi­sko, i oko­licz­no­ści są nowe. Jakoś to będzie.

Zacho­wa­niem zupeł­nego spo­koju i god­no­ści oso­bi­stej wobec aro­ganc­kiej dziew­czyny, a potem wobec wyglą­da­ją­cego jak ksiądz, ubra­nego na czarno z bia­łym halsz­tu­kiem kel­nera, wymo­głam rychło na obojgu grzecz­niej­szy spo­sób trak­to­wa­nia mnie. Przy­pusz­czam, iż pier­wot­nie wzięli mnie oboje za słu­żącą, wnet jed­nak zmie­nili zda­nie, nie­zde­cy­do­wani, czy mają odzy­wać się do mnie w spo­sób wynio­śle pro­tek­cjo­nalny, czy słu­żal­czo uprzejmy.

Trzy­ma­łam się wcale god­nie, dopóki, pokrze­piona nieco jedze­niem i ogrzana przy ogniu, nie zamknę­łam się bez­piecz­nie we wła­snym pokoju. Kiedy jed­nak usia­dłam na kra­wę­dzi łóżka, oparł­szy głowę na poduszce, dozna­łam uczu­cia strasz­li­wego zgnę­bie­nia. Od razu sta­nęła przede mną cała upior­ność mojej sytu­acji. Uświa­do­mi­łam sobie jej nie­nor­mal­ność, roz­pacz­liwe osa­mot­nie­nie, bez­na­dziej­ność nie­le­d­wie. Co robię tu sama w tym wiel­kim Lon­dy­nie? Co mam przed­się­wziąć następ­nego dnia? Co czeka mnie w życiu? Jakich mam przy­ja­ciół na świe­cie? Skąd przy­by­wam? Dokąd dążę? Co mam czy­nić?

Łzami, które try­snęły mi z oczu, zro­si­łam poduszkę, wła­sne ramiona i włosy. Po wybu­chu tym nastą­pił ponury moment naj­bar­dziej gorz­kich myśli, mimo wszystko jed­nak nie żało­wa­łam pod­ję­tego kroku ani też nie pra­gnę­łam cof­nąć się w pół drogi. Ponad wszyst­kimi innymi uczu­ciami góro­wało silne, jak­kol­wiek mętne prze­świad­cze­nie, że lepiej jest iść naprzód, ani­żeli cofać się i że mogę iść naprzód, że droga jakaś - naj­cia­śniej­sza bodaj i naj­trud­niej­sza - otwo­rzy się przede mną. Pod wpły­wem tej myśli uspo­ko­iłam się w takim stop­niu, że zdolna byłam odmó­wić pacie­rze wie­czorne i przy­go­to­wać się do snu. Zga­si­łam wła­śnie świecę i poło­ży­łam się, kiedy nagle wśród noc­nej ciszy zawi­bro­wał głę­boki, niski potężny dźwięk. Zrazu nie wie­dzia­łam, co mogłoby to być, gdy jed­nak dźwięk ten powtó­rzył się dwa­na­ście razy, zro­zu­mia­łam jego zna­cze­nie i, po prze­brzmie­niu dłu­gim, drżą­cym echem ostat­niego ude­rze­nia dzwonu, powie­dzia­łam sobie: Leżę w cie­niu kate­dry Świę­tego Pawła.

Roz­dział VI

LON­DYN

Naza­jutrz przy­padł pierw­szy dzień marca i kiedy po obu­dze­niu wsta­łam i roz­su­nę­łam zasłony okienne, ujrza­łam prze­dzie­ra­jące się poprzez mgłę pro­mie­nie wscho­dzą­cego słońca. Ponad moją głową, ponad szczy­tami domów, ujrza­łam się­ga­jący obło­ków nie­le­d­wie, potężny, kopu­la­sty masyw, ciemno nie­biesz­czący się i nie­wy­raźny - KATE­DRĘ. W momen­cie ujrze­nia jej poru­szyło się coś we mnie: moja istota duchowa wstrzą­snęła na wpół roz­wi­ja­jąc spę­tane zawsze swoje skrzy­dła; i rów­no­cze­śnie olśniło mnie nagłe poczu­cie, jako­bym ja, która ni­gdy dotych­czas nie żyłam naprawdę, miała wresz­cie zakosz­to­wać życia. Tego rana dusza moja roz­ra­stała się i pęcz­niała tak szybko jak bania, która wyro­sła nad Jona­szem.

Dobrze uczy­ni­łam, przy­by­wa­jąc tutaj - powie­dzia­łam sobie i zaczę­łam się pośpiesz­nie ubie­rać.

Podoba mi się nastrój tego wiel­kiego Lon­dynu, który czuję dookoła sie­bie. Kto, prócz zde­cy­do­wa­nych tchó­rzów, poprze­stałby na spę­dze­niu całego życia w nędz­nej cha­cie, wyrze­ka­jąc się na zawsze roz­wi­nię­cia swo­ich zdol­no­ści, pozo­sta­wio­nych na łup prze­że­ra­ją­cej je rdzy mroku?

Ubraw­szy się, zeszłam na dół, nie wyczer­pana i zdro­żona jak poprzed­niego wie­czora, ale świeża, ochę­do­żona i wypo­częta. Kiedy kel­ner przy­niósł mi śnia­da­nie, zdo­ła­łam zwró­cić się do niego sta­now­czo, ale pogod­nie; dzie­się­cio­mi­nu­towa roz­mowa, którą odby­li­śmy, zbli­żyła nas z sobą i zapo­znała w spo­sób wystar­cza­jący.

Kel­ner był star­szym, siwym męż­czy­zną, który, jak się oka­zało, pozo­sta­wał na obec­nej służ­bie od dwu­dzie­stu lat. Stwier­dziw­szy to, pewna byłam, że przy­po­mni sobie obu moich stry­jów: Karola i Wil­mota, któ­rzy przed pięt­na­stu laty bywali tutaj czę­stymi gośćmi. Wymie­ni­łam ich imiona i nazwi­sko, które przy­po­mniał sobie w isto­cie od razu, powta­rza­jąc je z sza­cun­kiem. Z chwilą ujaw­nie­nia w ten spo­sób moich sto­sun­ków rodzin­nych zyska­łam dla sie­bie w oczach kel­nera należne, zupeł­nie wyraźne sta­no­wi­sko. Uwa­żał, że jestem podobna do stryja Karola: myślę nawet, że mówił prawdę, i pani Bar­rett bowiem także zwy­kła utrzy­my­wać to samo. Uprzejma usłuż­ność zastą­piła teraz jego nie­dawny, wyraź­nie lek­ce­wa­żący spo­sób zacho­wa­nia się wobec mnie, nie mia­łam też już odtąd wąt­pli­wo­ści, że otrzy­mam grzeczną odpo­wiedź na każde moje roz­sądne pyta­nie.

Ulica, na którą wycho­dziło okno poko­iku, była wąska, bar­dzo cicha i nie­zbyt brudna: nie­liczni prze­chod­nie przy­po­mi­nali wyglą­dem tych, któ­rych widuje się w pro­win­cjo­nal­nych mia­stach; nie było tu nic potęż­nego ani olśnie­wa­ją­cego - czu­łam, że mogę odwa­żyć się wyjść sama.

Po śnia­da­niu wyszłam istot­nie. W sercu moim zago­ściło miłe, pod­nio­słe uczu­cie: samo­dzielna prze­chadzka po uli­cach Lon­dynu wydała mi się sama przez się już nie byle przy­godą. Nie­ba­wem zna­la­złam się na kla­sycz­nym grun­cie - w alei noszą­cej nazwę Pater­no­ster Row. Weszłam tu do księ­garni, pro­wa­dzo­nej przez nie­ja­kiego Jonesa, i naby­łam ksią­żeczkę - mar­no­traw­stwo, na które nie mogłam wła­ści­wie sobie pozwo­lić, przy­szło mi wsze­lako na myśl, że będę mogła ofia­ro­wać ją - czy posłać - pani Bar­rett. Pan Jones, zasu­szony stary kupiec sto­jący za ladą, wydał mi się jedną z naj­wspa­nial­szych, a ja sama jedną z naj­szczę­śliw­szych istot na świe­cie.

Zdu­mie­wa­jąca była żywot­ność, jaka kipiała we mnie tego rana. Zna­la­zł­szy się przed kate­drą Świę­tego Pio­tra, weszłam do środka i wdra­pa­łam się aż pod szczyt jej kopuły, skąd roz­to­czył się przede mną Lon­dyn ze wszyst­kimi kościo­łami, z rzeką i mostami na niej; ujrza­łam odwieczny West­min­ster i zie­lone ogrody - Tem­ple Gar­dens - oświe­tlone słoń­cem, które rado­śnie jaśniało na gład­kim nie­bie­skim nie­bie, zasnu­tym tu i ówdzie nie­zbyt gęstym obłocz­kiem mgły.

Zszedł­szy ponow­nie na dół, puści­łam się w dal­szą wędrówkę na los trafu, zachwy­cona, roz­ra­do­wana poczu­ciem swo­body, jakiej zazna­łam w pełni. Po dłuż­szym wędro­wa­niu dotar­łam - sama nie wiem, w jaki spo­sób - do serca mia­sta z jego tęt­nią­cym życiem. Ujrza­łam naresz­cie i poczu­łam praw­dziwy Lon­dyn. Zna­la­złam się na pobrzeżu Tamizy - na Stran­dzie - prze­szłam przez Corn­hill, wsiąk­nąw­szy tutaj w ruch i gwar uliczny, odwa­ża­jąc się nawet na nie­bez­pie­czeń­stwo prze­cho­dze­nia na prze­łaj przez jezd­nię. Świa­do­mość, że zdo­by­łam się na odwagę uczy­nie­nia tego, w dodatku uczy­nie­nia tego bez niczy­jej pomocy ani opieki, dała mi nie­współ­mierne może do wyczynu, ale praw­dziwe uczu­cie zado­wo­le­nia. Po owym dniu oglą­da­łam West End, parki, piękne place, nie­po­rów­na­nie bar­dziej wszakże podo­bało mi się serce mia­sta: City. Wydaje mi się ono o wiele bar­dziej tchnące powagą: jego ruch, panu­jący tu zgiełk, wszyst­kie te skłó­cone dźwięki i odgłosy są tak pełne rze­czy­wi­stego, donio­słego zna­cze­nia. City pra­cuje na utrzy­ma­nie wła­sne i całej sto­licy, West End korzy­sta jedy­nie z uciech życia. West End dostar­cza tylko roz­ry­wek, City nato­miast - pod­nieca i poru­sza do głębi.

Omdle­wa­jąca ze zmę­cze­nia i głodna (od lat już nie doświad­cza­łam rów­nie zdro­wego głodu), powró­ci­łam około dru­giej po połu­dniu do cichego, ciem­nego, sta­ro­świec­kiego zajazdu. Obiad, który mi podano, skła­dał się z dwóch potraw - ze spo­rego pla­stra pie­czeni i z jarzyn. Obie wydały mi się wyborne; o ileż smacz­niej­sze od maleń­kich, wyszu­ka­nych por­cy­jek posił­ków, które przy­sy­łała stara kucharka panny March­mont dla mojej dro­giej zmar­łej chle­bo­daw­czyni i dla mnie. Roz­kosz­nie zmę­czona, urzą­dzi­łam sobie posła­nie z trzech krze­se­łek (w pokoju nie było kanapki) i wnet usnę­łam, a po prze­bu­dze­niu roz­my­śla­łam przez dwie godziny.

Mój stan ducha wraz ze wszyst­kimi towa­rzy­szą­cymi mu oko­licz­no­ściami sprzy­jał nowej, śmia­łej, może i ryzy­kow­nej - bodaj roz­pacz­li­wej nawet - linii postę­po­wa­nia. Nie mia­łam nic do stra­ce­nia. Nie­wy­po­wie­dziana pogarda dla mojej dotych­cza­so­wej egzy­sten­cji nie dopusz­czała moż­li­wo­ści cof­nię­cia się i powrotu do niej. Jeżeli nie powie­dzie mi się plan, który zamie­rza­łam urze­czy­wist­nić, któż, poza mną jedy­nie, ucierpi na tym? Gdy­bym umarła - z dala od domu, chcia­łam powie­dzieć, nie mia­łam jed­nak domu - z dala od Anglii, kto pła­kałby po mnie?

Moż­liwe, że cze­kają mnie cier­pie­nia, przy­wy­kłam wsze­lako do cier­pień, śmierć nawet, przy­szło mi na myśl, nie jest dla mnie tak straszna, jak dla więk­szo­ści ludzi, bar­dziej niż ja szczę­dzo­nych przez los. Dotych­czas myśla­łam o śmierci ze spo­ko­jem i bez lęku. Uzbro­jona w ten spo­sób prze­ciwko wszel­kim prze­ciw­no­ściom i poraż­kom, obmy­śli­łam mój pro­jekt.

Tegoż jesz­cze wie­czora zdo­by­łam od przy­ja­ciela mojego - sta­rego kel­nera - potrzebne infor­ma­cje doty­czące ter­minu odpły­nię­cia statku do upa­trzo­nego portu na kon­ty­nen­cie - zwa­nego Boue-Marine. Uwa­ża­łam, że nie mogę tra­cić czasu: tej nocy jesz­cze muszę zająć kabinę. Mogłam, oczy­wi­ście, zacze­kać z tym do rana, nie chcia­łam jed­nak nara­zić się na spóź­nie­nie.

- Radzę pani zająć kabinę od razu - ostrzegł mnie kel­ner.

Uzna­jąc słusz­ność tej rady, pośpie­szy­łam uiścić rachu­nek, wyna­gro­dziw­szy przy tym usługi oka­zane mi przez mojego przy­ja­ciela w spo­sób, który, jak obli­czam teraz, był kró­lew­ski nie­le­d­wie, a który w jego oczach wydał się na pewno nie­do­rzecz­nym. Wsu­wa­jąc do kie­szeni wrę­czone mu przeze mnie monety, uśmiech­nął się z lekka, jak gdyby chcąc dać wyraz swo­jej opi­nii o zna­jo­mo­ści życia, jaką wyka­zała hojna ofia­ro­daw­czyni, po czym wyszedł, aby spro­wa­dzić mi wehi­kuł. Nie poprze­stał jed­nak na tym i pole­cił mnie woź­nicy, naka­zaw­szy mu, aby doje­chał ze mną do samej przy­stani, nie pozo­sta­wia­jąc mnie na łup prze­woź­ni­ków. Woź­nica przy­obie­cał wywią­zać się uczci­wie z danego mu pole­ce­nia, oczy­wi­ście jed­nak nie dotrzy­mał przy­rze­cze­nia, trak­tu­jąc mnie wprost prze­ciw­nie, jak ofiarę cią­gnioną na rzeź, każąc mi wysiąść pośrodku gro­mady prze­woź­ni­ków i zda­jąc mnie na ich łaskę i nie­ła­skę.

Nara­ziło mnie to na fatalne przej­ście. Noc była ciemna, woź­nica odje­chał czym prę­dzej z chwilą, gdy wrę­czy­łam mu zapłatę za prze­jazd, i od razu roz­po­częła się zażarta walka prze­woź­ni­ków o moją osobę i o mój bagaż. Jesz­cze teraz brzmią mi w uszach prze­kleń­stwa rzu­cane przez nich w trak­cie tej walki: podzia­łały one na mój filo­zo­ficzny spo­kój bar­dziej niż ciemna noc, osa­mot­nie­nie i nie­zwy­kłość sytu­acji, w jakiej się zna­la­złam. Pochwy­cono mój bagaż; przy­glą­da­łam się temu z bez­radną bier­no­ścią, kiedy jed­nak inny prze­woź­nik chciał w taki sam spo­sób pochwy­cić mnie samą, obru­szy­łam się, ode­pchnę­łam go i wsia­dłam od razu do jed­nej z łodzi, naka­zaw­szy wład­czym tonem, aby umiesz­czono w niej kufer obok mnie, co zostało natych­miast zro­bione, jako że wła­ści­ciel łodzi stał się z tą chwilą moim sojusz­ni­kiem. Odpły­nę­łam.

Rzeka była czarna niczym atra­ment; tu i ówdzie tylko śli­zgały się po niej świa­tła rzu­cane z okien gma­chów nad­brzeż­nych; na jej powierzchni koły­sało się mnó­stwo stat­ków. Załoga łodzi pod­wo­ziła mnie kolejno do każ­dego z nich, któ­rych nazwy, wypi­sane wiel­kimi bia­łymi lite­rami na ciem­nym tle, odczy­tać mogłam przy świe­tle latarni. "Ocean", "Feniks", "Książę Mał­żo­nek", "Del­fin" - nie, nie, to nie ten! "Iskra", tak brzmiała nazwa mojego statku, który jed­nak, jak się zda­wało, stał na kotwicy znacz­nie dalej.

Owa wodna podróż nasu­nęła mi porów­na­nie ze Styk­sem i z Cha­ro­nem, prze­wo­żą­cym samotną duszę do Kra­iny cieni. W dziw­nej tej sytu­acji, wobec wichru dmą­cego mi pro­sto w twarz i bry­zgów desz­czu strą­ca­nych przez cięż­kie chmury ponad moją głową, mając za towa­rzy­szy dwóch bru­tal­nych prze­woź­ni­ków, drę­czą­cych moje uszy dzi­kimi, ciska­nymi przez nich prze­kleń­stwami, pyta­łam samą sie­bie, czy jestem bar­dziej wystra­szona niż zgnę­biona. Nie byłam jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści ani wystra­szona, ani zgnę­biona.

Jak to moż­liwe? - zada­łam sobie pyta­nie. Wydaje mi się, że jestem raczej pod­nie­cona i czujna, zamiast być wystra­szona i zgnę­biona?

Nie umia­łam sobie tego wyja­śnić.

Wresz­cie zary­so­wał się w oddali kadłub "Iskry", bie­le­jący wyraź­nie na tle czar­nej nocy.

- Jeste­śmy! - oznaj­mił prze­woź­nik, zażą­daw­szy rów­no­cze­śnie zapła­ce­nia mu sze­ściu szy­lin­gów.

- Żąda pan za wiele - rze­kłam, w odpo­wie­dzi jed­nak na mój pro­test ode­pchnął ener­gicz­nie łódź od statku, oświad­cza­jąc, że nie wysa­dzi mnie na pokład, dopóki nie otrzyma żąda­nej zapłaty. Na pokła­dzie, oparty o balu­stradę, stał młody męż­czy­zna - jak dowie­dzia­łam się póź­niej - jeden ze ste­war­dów okrę­to­wych. W prze­wi­dy­wa­niu walki, która zapo­wia­dała się pomię­dzy mną a prze­woź­ni­kiem, wyszcze­rzył już zęby w zło­śli­wym uśmie­chu, aby więc roz­cza­ro­wać go, pośpie­szy­łam zapła­cić. Trzy­krot­nie w ciągu tego popo­łu­dnia dawa­łam korony tam, gdzie nale­żało dawać szy­lingi, pocie­szyła mnie jed­nak myśl, że za tę drogą cenę zdo­by­wam tak nie­zbędne w moich warun­kach doświad­cze­nie.

- Oszu­kał panią! - zatrium­fo­wał ste­ward, kiedy dosta­łam się wresz­cie na pokład.

- Wiem o tym - odpo­wie­dzia­łam z flegmą i zeszłam na dół do kajuty.

Zasta­łam tam kor­pu­lentną, przy­stojną, dobrze pre­zen­tu­jącą się nie­wia­stę, którą zapy­ta­łam o moją kajutę. Spoj­rzała na mnie ostro, mruk­nąw­szy coś o nie­zwy­kło­ści przy­by­wa­nia pasa­że­rów na sta­tek o tej godzi­nie, skłonna, jak zda­wało się, do potrak­to­wa­nia mnie nie­zbyt uprzej­mie. Dziwną miała twarz - taką przy­stojną, a zara­zem taką zuchwałą i samo­lubną!

- Trudno; teraz, kiedy jestem już na pokła­dzie, pozo­stanę tu, oczy­wi­ście - odpo­wie­dzia­łam. - Popro­szę panią o łaskawe wska­za­nie mi mojej kabiny.

Zasto­so­wała się, acz z wyraźną nie­chę­cią, do mojej prośby. Zdję­łam kape­lusz, usta­wi­łam rze­czy i poło­ży­łam się. Mia­łam już za sobą wiele trud­no­ści, przy któ­rych poko­na­niu odnio­słam do pew­nego stop­nia zwy­cię­stwo. Moja bez­dom­ność i brak bez­piecz­nej ostoi w życiu mogły znów na krótki czas prze­stać mnie drę­czyć. Dopóki "Iskra" nie zarzuci kotwicy w przy­stani, nie będę zmu­szona zdo­by­wać się na żaden dal­szy krok. Potem jed­nak... O, nie byłam w sta­nie myśleć, co nastąpi potem. Wyczer­pana, oszo­ło­miona, leża­łam w pół­śnie czy pół­odrę­twie­niu.

Ste­wardka gadała przez całą noc; nie ze mną, ale z mło­dym ste­war­dem, który, jak się oka­zało, był jej synem, łudząco do niej podob­nym. Wcho­dził do kabiny i wycho­dził nie­ustan­nie: dys­pu­to­wali, kłó­cili się i znów się godzili, powta­rza­jąc to nie­zli­czone razy w ciągu nocy. Powie­działa mu, że pisze list do domu - do ojca swo­jego - i odczy­ty­wała gło­śno synowi ustępy tego listu, nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwagi na mnie, jak gdy­bym była mar­twą kłodą: przy­pusz­czała praw­do­po­dob­nie, że śpię. Nie­które z tych odczy­ty­wa­nych gło­śno ustę­pów zawie­rały tajem­nice rodzinne, doty­czące zwłasz­cza nie­ja­kiej Char­lotty, młod­szej sio­stry, która, sądząc z brzmie­nia listu, była w przeded­niu zawar­cia roman­tycz­nego, nie­roz­waż­nego związku: star­sza nie­wia­sta pro­te­sto­wała z gło­śnym obu­rze­niem prze­ciwko ohyd­nemu postęp­kowi młod­szej. Syn wyśmie­wał szy­der­czo ton kore­spon­den­cji matki, ona zaś wście­kle bro­niła zaję­tego przez sie­bie sta­no­wi­ska. Two­rzyli oso­bliwą parę. Matka mogła mieć naj­wy­żej trzy­dzie­ści dzie­więć lub czter­dzie­ści lat i musiała być kwit­nącą, uro­dziwą dzie­woją, kiedy miała lat dwa­dzie­ścia. Krzy­kliwa, próżna, despo­tyczna i ambitna, zda­wała się nie­zmo­żona zarówno cie­le­śnie, jak duchowo. Przy­pusz­czam, że od naj­młod­szych lat przy­wy­kła żyć i obra­cać się w miej­scach publicz­nych; za młodu była praw­do­po­dob­nie kel­nerką w barze.

Nad ranem prze­szła w roz­mo­wie swo­jej na inny temat: Wat­so­nów - spo­dzie­wa­nej rodziny pasa­że­rów, któ­rych znała już, jak się zda­wało, i wielce ceniła ze względu na poważne napiwki, jakie jej zawsze pozo­sta­wiali. Wyra­ziła się, że liczyć może na wcale pokaźną sumkę, ile­kroć rodzina ta odbywa podróż na ich statku.

O świ­cie zapa­no­wał na pokła­dzie wielki ruch, ponie­waż wraz ze wscho­dem słońca przy­by­wać zaczęli pasa­że­ro­wie. Powi­ta­nie Wat­so­nów przez ste­wardkę było nie­zmier­nie hała­śliwe i wylewne; cała załoga krę­ciła się i uwi­jała tylko dookoła nich. Towa­rzy­stwo Wat­so­nów skła­dało się z czte­rech osób: dwóch męż­czyzn i dwóch kobiet. Oprócz nich była jedna tylko jesz­cze młoda pasa­żerka, którą odpro­wa­dzał na pokład wytworny, ale nieco cho­ro­wi­cie wyglą­da­jący pan. Obie te grupy róż­niły się wza­jem zasad­ni­czo, sta­no­wiąc wybitny kon­trast. Wat­so­no­wie byli nie­wąt­pli­wie ludźmi boga­tymi; zdra­dzała to pew­ność sie­bie i świa­do­mość potęgi posia­da­nego majątku, cechu­jąca cały ich spo­sób bycia. Kobiety ich - obie wyglą­da­jące młodo, przy czym jedna była skoń­czoną pięk­no­ścią - w sen­sie urody fizycz­nej - ubrane były szy­kow­nie i bogato, może tylko zbyt jaskrawo i nie­do­rzecz­nie nie­od­po­wied­nio do oko­licz­no­ści. Ich kape­lu­sze przy­brane suto kwia­tami, ich aksa­mitne narzutki i jedwabne suk­nie nada­wały się raczej do prze­chadzki po ale­jach par­ko­wych, ani­żeli do krą­że­nia w nich po mokrych deskach pokładu statku. Męż­czyźni byli otyli, przy­sa­dzi­ści, brzydcy i pospo­lici.

Naj­star­szy, naj­brzyd­szy, naj­bar­dziej otyły i krępy, był, jak rychło zmiar­ko­wa­łam, mężem, a raczej narze­czo­nym chyba, pięk­nej dziew­czyny, zbyt mło­dziut­kiej, aby mogła już być mężatką. Zdu­mie­nie moje z tego powodu było nie­zmierne, zwłasz­cza kiedy stwier­dzi­łam, że zamiast czuć się bez­gra­nicz­nie nie­szczę­śliwą z racji tak nie­od­po­wied­niego związku, zda­wała się nie­mal upo­jona weso­ło­ścią.

Jej śmiech, przy­szło mi zrazu na myśl, musi być zapa­mię­ta­niem jeno, podyk­to­wa­nym roz­pa­czą.

W tej samej chwili wszakże, kiedy olśniła mnie ta myśl - sta­łam wów­czas, mil­cząca i samotna, oparta o balu­stradę statku - pod­bie­gła do mnie ta śliczna dziew­czyna, mimo że zupeł­nie mi obca, z krze­seł­kiem skła­da­nym w ręku i, uśmiech­nięta bez­tro­sko w spo­sób iście zagad­kowy dla mnie, odsła­nia­jący wszakże dwa rzędy nie­ska­zi­tel­nych ząb­ków, zaofia­ro­wała mi sko­rzy­sta­nie ze sto­łeczka. Odmó­wi­łam, oczy­wi­ście, przy­ję­cia go z naj­więk­szą grzecz­no­ścią, na jaką potra­fi­łam się zdo­być, a ona odda­liła się tanecz­nym kro­kiem, wesoła i lekka jak pta­szek. Przy­pusz­cza­łam, że musi być dobra z natury; co jed­nak mogło ją skło­nić do poślu­bie­nia tego osob­nika, podob­nego raczej do beczki tłusz­czu ani­żeli do męż­czy­zny?

Pasa­żerka, którą przy­wiózł na sta­tek wytwor­nie wyglą­da­jący pan, była zupeł­nie młodą jesz­cze dziew­czyną, jasno­włosą i przy­stojną. Jej skromna gładka suk­nia, niczym nie­przy­brany słom­kowy kape­lusz i duży, zręcz­nie zarzu­cony na ramiona szal przy­po­mi­nały strój kwa­kier­ski w swo­jej pro­sto­cie, było jej w nim jed­nak bar­dzo do twa­rzy.

Zauwa­ży­łam, że zanim towa­rzy­szący jej męż­czy­zna ją opu­ścił, rozej­rzał się badaw­czo po wszyst­kich pozo­sta­łych podróż­nych, jak gdyby chciał prze­ko­nać się, w jakim towa­rzy­stwie ją pozo­sta­wia. Oko jego odwró­ciło się z nie­ukry­wa­nym nie­sma­kiem od obu pań w jasnych kwie­ci­stych stro­jach, po czym spo­częło na mnie. Rów­no­cze­śnie powie­dział coś swo­jej córce, sio­strze­nicy czy kim­kol­wiek była ona, dziew­czyna zaś wyraź­nie zer­k­nęła w moją stronę i z lekka odęła ładne małe usteczka. Nie wiem, czy moja osoba, czy też nie­wy­bredne, w domu uszyte moje żałobne ubra­nie wywo­łały ten gry­mas pogardy: przy­pusz­czam, że jedno i dru­gie pospołu. Roz­legł się dźwięk gongu okrę­to­wego, ojciec (dowie­dzia­łam się potem, że był to jej ojciec) uści­skał ją i powró­cił na ląd. Sta­tek roz­wi­nął żagle i odpły­nął.

Cudzo­ziemcy są zda­nia, że jedy­nie angiel­skie młode dziew­częta można puścić bez opieki w podróż. Tych samych cudzo­ziem­ców nie­zmier­nie dziwi jed­nak lek­ko­myślna ufność angiel­skich rodzi­ców i opie­ku­nów. Co się tyczy mło­dych miss, są one za nie­ustra­szo­ność swoją uwa­żane przez nie­któ­rych za nazbyt męskie i "nie­przy­zwo­ite"; inni znów widzą w nich bierne ofiary sys­temu wycho­waw­czego oraz reli­gij­nego, uzna­ją­cego surve­il­lance, czyli wszelki nad­zór za zbędny. Nie wiem, a raczej nie wie­dzia­łam wów­czas, czy owa młoda dama nale­żała do rzędu tych, które mogą być pozo­sta­wione bez­piecz­nie bez opieki, rychło wszakże miało się oka­zać, że dosto­jeń­stwo samot­no­ści nie przy­pa­dało jej szcze­gól­nie do gustu. Zaczęła spa­ce­ro­wać tam i z powro­tem po pokła­dzie, spo­glą­da­jąc z lek­kim odcie­niem pogardy na sze­lesz­czące jedwa­bie i aksa­mity, a także na nad­ska­ku­jące im nie­zdarne niedź­wie­dzio­wate posta­cie opa­słych męż­czyzn, wresz­cie zbli­żyła się do mnie, pyta­jąc:

- Jest pani ama­torką mor­skich podróży?

Wyja­śni­łam jej, że moje ama­tor­stwo w tym kie­runku musi zostać wysta­wione dopiero na próbę pierw­szego doświad­cze­nia, dotych­czas bowiem nie mia­łam pod tym wzglę­dem żad­nego.

- O, jakie to cie­kawe! - zawo­łała. - Zazdrosz­czę pani nowo­ści wra­że­nia: pierw­sze prze­ży­cia tego rodzaju są zawsze bar­dzo miłe. Co się mnie tyczy, mam ich tyle już za sobą, że zdo­ła­łam zapo­mnieć zupeł­nie o pierw­szym. Jestem cał­ko­wi­cie zbla­zo­wana na punk­cie morza i wielu innych tym podob­nych doznań.

Nie mogłam powstrzy­mać mimo­wol­nego uśmie­chu.

- Dla­czego śmieje się pani ze mnie? - zapy­tała ze szcze­ro­ścią, która bar­dziej podo­bała mi się niż poprzed­nie jej ode­zwa­nia.

- Dla­tego że jest pani zbyt młoda, aby być zbla­zo­waną na jakim­kol­wiek punk­cie.

- Mam sie­dem­na­ście lat - oznaj­miła tonem z lekka ura­żo­nym.

- Wygląda pani co naj­wy­żej na szes­na­ście. Chęt­nie podró­żuje pani sama?

- O, jest mi to naj­zu­peł­niej obo­jętne! Prze­pły­nę­łam już kanał jakieś dzie­sięć razy bez niczy­jej asy­sty i opieki; sta­ram się jed­nak być moż­li­wie naj­kró­cej sama; udaje mi się zwy­kle zawie­rać miłe zna­jo­mo­ści.

- Wąt­pię, czy uda się pani zawrzeć je tym razem - zauwa­ży­łam, zer­k­nąw­szy na grupę Wat­so­nów, gło­śno śmie­ją­cych się teraz i czy­nią­cych nie­sły­chany zamęt i hałas na pokła­dzie.

- Oczy­wi­ście z nikim spo­śród tych wstręt­nych męż­czyzn i kobiet - rze­kła. - Tego rodzaju ludzie powinni byliby wła­ści­wie być pasa­że­rami naj­niż­szej klasy. Jedzie pani na pen­sję?

- Nie.

- Dokąd więc w takim razie?

- Nie mam o tym naj­mniej­szego poję­cia, poza tym, że naj­bliż­szym celem mojej obec­nej podróży jest port Boue-Marine.

Spoj­rzała na mnie ze zdu­mie­niem, nie prze­sta­jąc jed­nak w dal­szym ciągu paplać bez­tro­sko.

- Jadę na pen­sję. O, na ilu już cudzo­ziem­skich pen­sjach byłam w moim życiu! Mimo to jestem zupełną igno­rantką. Nie umiem nic, ale to abso­lut­nie nic - zapew­niam panią - poza tym, że pięk­nie gram i tań­czę, umiem także natu­ral­nie szwar­go­tać po fran­cu­sku i po nie­miecku, cho­ciaż nie­oso­bli­wie czy­tam i piszę w tych języ­kach. Parę dni temu kazano mi prze­tłu­ma­czyć stro­niczkę łatwej nie­miec­kiej książki na angiel­ski, nie potra­fi­łam tego zro­bić. Ojciec mój był bar­dzo zmar­twiony i powie­dział, że pan de Bas­som­pierre - mój ojciec chrzestny, który płaci wszyst­kie rachunki za moją pen­sję - wyrzuca pie­nią­dze w błoto. Bo muszę przy­znać się pani, że co do histo­rii, geo­gra­fii, aryt­me­tyki i innych podob­nie nud­nych przed­mio­tów jestem zupeł­nie nie­roz­wi­nię­tym dziec­kiem jesz­cze, a po angiel­sku piszę bar­dzo źle - robię pełno błę­dów gra­ma­tycz­nych i orto­gra­ficz­nych. W dodatku zdą­ży­łam zapo­mnieć już wszystko, czego nauczono mnie z reli­gii. Nazy­wają mnie pro­te­stantką, wie pani? Ale tak Bogiem a prawdą nie mam pew­no­ści, czy jestem nią, czy nie. Niezupeł­nie zdaję sobie sprawę z róż­nicy pomię­dzy kato­li­cy­zmem a pro­te­stan­ty­zmem. Jest mi to zresztą naj­do­sko­na­lej obo­jętne. Kie­dyś w Bonn - kochane, cza­ru­jące Bonn - gdzie tylu jest przy­stoj­nych mło­dych stu­den­tów! - byłam lute­ranką. Każda ładna dziew­czyna na naszej pen­sji w Bonn miała wiel­bi­ciela. Każdy z takich panów wie­dział, w jakich godzi­nach wycho­dzimy na spa­cer, urzą­dzał się też tak, aby spo­tkać się ze swoją bog­danką i przejść tuż obok niej. Schönes Mädchen - mówił każdy damie swo­jego serca, a mówił to tak gło­śno, że wyraź­nie mogły­śmy sły­szeć jego słowa. Byłam raj­sko szczę­śliwa w Bonn!

- A gdzie jest pani teraz? - zapy­ta­łam.

- O, w... w chose2 - rze­kła.

Panna Gine­vra Fan­shave (tak brzmiało imię i nazwi­sko mło­dej osoby) zastą­piła oczy­wi­ście wyra­zem chose istotną nazwę miej­sco­wo­ści. Uży­wa­nie co chwila wyrazu chose stało się jej utar­tym zwy­cza­jem, powta­rzane przy każ­dej oka­zji jako bar­dzo wygodne słówko zastęp­cze zamiast bra­ku­ją­cego wła­ści­wego słowa w każ­dym języku, któ­rym mówiła w danym momen­cie. Dziew­częta fran­cu­skie poma­gają sobie czę­sto w ten spo­sób i od nich wła­śnie prze­jęła panna Gine­vra Fan­shave ten nawyk. W danym wypadku, jak dowie­dzia­łam się w następ­stwie, miało owo chose zastą­pić Vil­lette - wielką sto­licę wiel­kiego kró­le­stwa Labas­se­cour.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki