Viktor Orbán - József Debreczeni

Reflow text when sidebars are open.
Moja książka o Viktorze Orbánie ukazała się na Węgrzech w listopadzie 2009 r. Blisko pół roku przed wyborami do parlamentu, które przyniosły Fideszowi[1] zdecydowane zwycięstwo. "Kiedyś musimy wreszcie zwyciężyć, ale wtedy już definitywnie" - mówił Orbán w 2007 r. W wyniku wygranej partia Orbána uzyskała parlamentarną większość dwóch trzecich głosów, o której tak marzyła. To zapewniło jej pełne prawo ustawodawcze, a co za tym idzie, nieograniczoną władzę.
W ostatnich dwóch rozdziałach książki (U progu władzy, Nekrolog) przedstawiłem swoją prognozę. Zdobycie w wyborach 2010 r. większości dwóch trzecich głosów uważałem za nieuchronne fatum, które przyniesie kres powstałemu na drodze demokratycznej transformacji ustrojowej 1989-1990 węgierskiemu państwu konstytucyjnemu i prężnie rozwijającemu się parlamentaryzmowi (zachęcam - być może niedowierzającego - czytelnika, żeby bez obaw przeskoczył kilka rozdziałów w przód, do dwóch wyżej wspomnianych: Nekrolog jest niewątpliwie ostatecznym pożegnaniem z demokratyczną Republiką Węgierską - na pół roku przed jej pogrzebem). Mimo że mroczny obraz przyszłości, rysujący się w mojej książce, można było łatwo przewidzieć na podstawie ówczesnych badań opinii publicznej i węgierskiego systemu wyborczego oraz kierunku dotychczasowych działań politycznych Orbána, to moje prognozy (zawarte także w licznych wcześniejszych artykułach prasowych) uznano w większości za przesadzone, bezzasadnie pesymistyczne. W ówczesnej prasie (nie tylko tej sprzyjającej Fideszowi) regularnie określano mnie "dyżurnym fatalistą", który stał się zakładnikiem własnych urojeń i swojej "orbánofobii".
W spotkaniu podczas promocji książki wzięło udział dwoje czołowych polityków dwóch pierwszoplanowych partii okresu transformacji ustrojowej 1989-1990: Ibolya Dávid, przewodnicząca Węgierskiego Forum Demokratycznego (MDF)[2] oraz Gábor Kuncze, dawny przewodniczący Związku Wolnych Demokratów (SZDSZ)[3]. Oboje wyrazili się o książce z uznaniem, Kuncze jednak dodał: ostatnie, wróżące mroczną przyszłość, rozdziały, ze swymi dyskusyjnymi prognozami, niestety osłabiają - doskonałe poza tym - analizy i opisy zachodzących procesów, zawarte w książce; bez tego zakończenia mogłaby ona zyskać na wiarygodności i znaczeniu. Jednak już latem 2010 r. były przewodniczący SZDSZ, z właściwym sobie humorem i autoironią, odniósł się do mojej książki i własnych słów wypowiedzianych podczas wspomnianej promocji w ten sposób: szkoda, że Debreczeni nazbyt optymistycznie ocenił przewidywany rozwój sytuacji na Węgrzech po zwycięstwie Fideszu, bo rzeczywistość okazała się czarniejsza od jego przepowiedni - które wtedy Kuncze, jak sam przyznał, naiwnie ocenił jako zbyt pesymistyczne...
O sobie powinienem powiedzieć polskiemu czytelnikowi tyle, że po pierwszych wolnych wyborach w 1990 r. byłem obecny w parlamencie jako konserwatywno-liberalny poseł MDF, popierający rząd Antalla[4]. Orbán stał wówczas po przeciwnej stronie: był liderem opozycji. Ze swej pozycji (zdecydowanie liberalnej) na lewicy surowo oceniał centroprawicowy rząd. Później, około roku 1993, przesunął się ku centrum, w kierunku umiarkowanego narodowego liberalizmu. Po wyborach w 1994 r. (bez wątpienia pechowych dla Fideszu) znalazł się natomiast tam, gdzie trafili także inni dawni przeciwnicy MDF: w zwycięskiej koalicji socjalistów z liberałami - Węgierskiej Partii Socjalistycznej (MSZP)[5] ze Związkiem Wolnych Demokratów (SZDSZ).
Znalazłem się wtedy w bezpośrednim otoczeniu Viktora Orbána. Kiedy poprosiłem go o udzielenie wywiadu do mojej książki o Józsefie Antallu, ku mojemu miłemu zaskoczeniu poprosił mnie, żebym został jego doradcą. I tak stałem się członkiem pięcioosobowej grupy, która mniej więcej raz w miesiącu prowadziła wielogodzinne rozmowy z przewodniczącym Fideszu. W praktyce oznaczało to dla mnie tyle, że w okresie między latem 1995 a wiosną 1996 r. (po dłuższym pobycie w USA) regularnie spotykałem się z Orbánem. W maju 1996 r. pożegnałem się z nim jednak, kiedy zauważyłem, że coraz bardziej oddala się od liberalizmu i prowadzi swoją partię na drogę klasycznej prawicy. Kiedy wygrał wybory w 1998 r., nie miałem już z nim kontaktu, ale w pierwszym okresie jego rządów śledziłem jego działania z - wtedy jeszcze - raczej optymistycznymi oczekiwaniami.
Zachęcone sukcesem wydanej w międzyczasie książki o Antallu wydawnictwo nakłoniło mnie do napisania biografii Orbána. Ukończyłem ją w 2002 r., nie zamieniwszy z nim ani słowa. Odciął się od niej: była mu nie w smak. Widział jedynie gotowy rękopis (którym zainteresował się dopiero wtedy, gdy okazało się, że znów musi przejść do opozycji).
Wtedy to Orbán ostatecznie się zdeprawował. Zepsuła go nie władza, ale jej utrata. Po roku 2002 stał się politykiem antyliberalnym, antyparlamentarnym, wręcz antydemokratycznym - wrogiem powstałej po transformacji ustrojowej, Republiki Węgierskiej. Stawało się to dla mnie coraz bardziej oczywiste. Od tej pory zacząłem się zastanawiać, kto może zatrzymać go na drodze prowadzącej do objęcia władzy autokratycznej. I tak zainteresowałem się bliżej Ferencem Gyurcsányem[6], któremu w 2006 r. udało się pokonać Orbána. Swoją trzecią biografię polityczną napisałem o nim.
*
Tom, ukazujący się właśnie w Polsce, jest tłumaczeniem książki wydanej na Węgrzech w 2009 r. Tekst oddaję do publikacji - po ponad pięciu latach - w wersji skróconej, ale bez zmian w treści. Jako że nie mogę jednak pozwolić, żeby czytelnik, w 2015 r., dostał do rąk całą historię, bez zapoznania się z niezwykle ważnymi wydarzeniami, które zaszły od tamtej pory na Węgrzech, zredagowałem kronikę lat, które od tamtej pory upłynęły. Opisuję nie tylko wydarzenia, ale i ważniejsze zależności między nimi; następnie przedstawiam charakter i sposób funkcjonowania reżimu Orbána, budowanego od 2010 r.
Obie części różnią się pod względem treści, sposobu i tonu opowiadania. Tekst drugiej, pisanej później, jest bardziej zwięzły, zdystansowany i wyważony. Podczas powstawania pierwszej części moment upadku węgierskiej demokracji i powstania systemu autokratycznego był dopiero przed nami.
Dziś już w nim żyjemy - od niemal pół dekady. Jak długo jeszcze? Nie mamy pojęcia. W 2009 r. było wyraźnie widać, co się dzieje. Teraz nie ma już nikogo, kto mógłby przewidzieć, co stanie się dalej.
Przyjaciele i wrogowie Orbána, jego entuzjaści i zatwardziali krytycy w jednej kwestii są zgodni. Viktor Orbán odegrał decydującą rolę w węgierskiej polityce ostatnich dwudziestu lat. Obecny stan spraw pozwala sądzić, że będzie tak też w przyszłości i to w dalece większym stopniu.
Myślę, że wszyscy zgadzamy się także co do tego, że w nowej epoce, która nastała po transformacji ustrojowej, na węgierskiej scenie politycznej wystąpiło trzech ważnych polityków, trzech liderów, trzech premierów: József Antall, Viktor Orbán i Ferenc Gyurcsány. Lecz spośród tej trójki to Orbán najtrwalej i najsilniej odcisnął - i dalej odciska - swoje piętno na Węgrzech. Już choćby ze względu na okres działalności politycznej, ponieważ podczas gdy Antall tylko trzy, a Gyurcsány - pięć, to Orbán już dwadzieścia lat gra pierwsze skrzypce w węgierskiej polityce.
Czyli od czasu transformacji. A jeśli sprawy przyjmą zły obrót, to na koniec epoki rozpoczętej wraz ze zmianą ustroju dalej będzie głównym - lub jedynym - graczem politycznym. Gdyż wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że Viktor Orbán rozmontuje narodzony w latach 1989-1990 ustrój parlamentarny.
W obliczu tej sytuacji, a raczej zaistniałego zagrożenia, postanowiłem, że po biografiach trzech wspomnianych polityków napiszę i opublikuję nową książkę o Viktorze Orbánie, w której nie tylko postaram się odmalować jego dzisiejszą twarz i karierę polityczną po 2002 r., ale także ocenić na nowo wcześniejszy okres. Muszę nanieść pewne poprawki na mój wcześniejszy portret Orbána, ponieważ ostatnie siedem lat, które minęło od 2002 r., wiele wątków ukazało w całkiem nowym świetle. Nieistotnym, jak się wcześniej wydawało, wydarzeniom późniejsze odkrycia nadały ogromną wagę.
Książka, którą trzyma w rękach czytelnik, prezentuje niezwykłą i sprzeczną, a jednak w dziwny sposób spójną karierę polityczną pewnego człowieka. Kreśli portret, który pod wpływem czasu bardzo się zmienił, według mnie - na gorsze.
W przeciwieństwie do moich wcześniejszych książek tym razem prezentuję biografię w chwili, kiedy jeszcze nie znamy końca kariery opisywanego polityka lub bodaj jej etapu. To jest przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi, które wszystko rozstrzygną.
Moja książka o Józsefie Antallu opisywała działalność polityczną przerwaną przez śmierć. Pierwszy raz o Orbánie pisałem pod koniec jego pierwszych rządów, kiedy sporządzałem bilans po przegranych w 2002 r. wyborach. Portret socjalisty Ferenca Gyurcsánya powstał w świetle nowo odzyskanego fotela premiera, cztery lata po wyborach. Niniejszy proces zaś opisuję, nie znając nadchodzącego rozstrzygnięcia. A czynię to z nieukrywanym zamiarem (choć bez iluzji, a nawet nadziei), aby przy użyciu dostępnych mi ułomnych narzędzi uniemożliwić nadejście najgorszego.
A przynajmniej spróbować. Choćby dla siebie samego.
To nie tajemnica, że kiedyś wiązałem z Viktorem Orbánem wielkie nadzieje. Widziałem w nim przyszłego męża stanu, politycznego następcę Józsefa Antalla, odnowiciela liberalnego konserwatyzmu. Do dziś jestem przekonany, że była na to szansa, choć jak widzę - utracona na zawsze.
Ostatecznie i bezpowrotnie.
Gdzie, kiedy i jak wykoleiła się ścieżka politycznej kariery Orbána - po raz pierwszy, drugi, ostatecznie?
A może o przyjęciu tej roli zadecydowały jego skłonności, temperament, wychowanie, doświadczenia, okoliczności? Środowisko: Węgry, na których działał, do których się przystosował, które sam także kształtował? Czyżby w jednym z budowniczych potransformacyjnej Republiki Węgierskiej od początku drzemał jej późniejszy burzyciel? Byłoby uzasadnione, gdyby - cytując samego Orbána - "ze starcia zamieszkującego go dobra i zła" właśnie to drugie miało wyjść zwycięsko?
Na takie pytania będę szukał odpowiedzi w tej książce. W dużej mierze podjąłem się jej po to, by jaśniej zobaczyć, co, jak i dlaczego się stało. Jak można się domyślić, ta książka będzie mniej obiektywna.
Ale szczerze wierzę, że nie będzie mniej uczciwa.
Bo choć niewiele dobrego potrafię napisać o Viktorze Orbánie, to w żadnym wypadku nie chcę pisać o nim nieprawdy. Niezmiennie przyświeca mi zaczerpnięte od węgierskiego pisarza, Zsigmonda Keménya, motto, do którego stosowałem się także przy poprzednich trzech książkach:
"Nie składam moim czytelnikom wielkich obietnic. Prawdopodobnie zbłądzę nieraz, ale niczego nie sfałszuję umyślnie".
József Debreczeni
Co jest dźwignią historii?
Wielu zadawało sobie to pytanie, i wiele padło na nie odpowiedzi. Koncentrowały się one - zwłaszcza w XIX wieku - wokół dwóch pojęć: jednostki i zbiorowości. W związku z powyższym nasze pytanie mogłoby brzmieć: jaką rolę w historii odgrywa jednostka, wielka indywidualność?
Jeden biegun wyznacza stanowisko Thomasa Carlyle'a uważającego, że siłą napędową historii są wielcy ludzie, "bohaterowie", drugi zaś współczesnego mu Karola Marksa, w którego opinii o historii decydują prawa niezależne od woli pojedynczego człowieka: wolność jednostki jedynie egzekwuje kryjącą się w tych prawach obiektywną konieczność. Słowa Lucyfera z Tragedii człowieka dziewiętnastowiecznego dramaturga Imre Madácha zdają się potwierdzać to przekonanie: "Czas to jest rzeka: niesie bądź pochłania, człowiek w niej płynie, ale nią nie rządzi"[7].
Lecz prawda kryje się gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Choć wola jednostki nie może zaistnieć wbrew epoce (okolicznościom, warunkom i społeczeństwu), kształtuje ona koryto rzeki, przez co nadaje jej kierunek. U progu XIX wieku we francuskich stosunkach tkwił już ten potencjał, który później wykorzystał Napoleon (bohater), jednakże bez jego udziału efekt nie przybrałby tak imponujących rozmiarów. To samo tyczy się dwudziestowiecznych Niemiec i Hitlera (lecz jego nazwalibyśmy potworem).
Relację jednostki i ogółu trafnie określił współczesny Carlyle'owi i Marksowi Paul de Lagarde, który powiedział, że stosunek wielkiego człowieka i zbiorowości jest podobny do cyfry i stojących za nią zer. Ta pierwsza ma swoją wartość, ale tylko na czele tych drugich osiąga prawdziwą wielkość.
Jaki ma to związek z Viktorem Orbánem? Dlaczego na początku jego biografii znalazł się zręczny, choć zdecydowanie dziewiętnastowieczny i romantyczny wzór de Lagarde'a? Dlatego, że na początku XXI wieku, w czasach demokracji masowej i mass mediów, w epoce ponownej personalizacji polityki przestrzeń publiczną znów wypełnili "bohaterowie". "Bohaterowie" i "potwory", którzy na swój wirtualny sposób są całkiem realni, gdyż realnie wpływają na nasze czasy. Podobnie jak masy, które dzięki wykorzystaniu współczesnych narzędzi masowej komunikacji działają dalece efektywniej niż ich przodkowie z XIX i XX wieku.
Orbán znakomicie wpasowuje się we wzór Lagarde'a. On także jest cyfrą na czele zer, razem z nimi - i dzięki nim - uzyskał ogromną władzę i stał się, w ścisłym tego słowa znaczeniu, postacią epokową.
Bohaterem czy potworem?
Obydwoma po trosze. Na drodze od jednego do drugiego, coraz bliżej celu.
Po tym nieco pompatycznym wstępie przejdźmy do rzeczy. Powróćmy do początków, do czasów sprzed kariery politycznej, czyli do dzieciństwa i młodości Viktora Orbána.
Na rozwój osobowości człowieka mają wpływ trzy czynniki: predyspozycje psychiczne, środowisko i wychowanie. Na pierwszy składają się odziedziczone genetycznie cechy, właściwości fizyczne i psychiczne, uwarunkowania systemu nerwowego. Drugi obejmuje więzi rodzinne, związki z dalszymi krewnymi i przyjaciółmi. Trzeci czynnik realizuje się poprzez socjalizację w szkole i na poszczególnych płaszczyznach życia społecznego.
"Rozwój osobowości to proces trwający od narodzin aż po śmierć, w czasie którego człowiek uczy się żyć w różnych wspólnotach, dzięki czemu uświadamia sobie własne możliwości i ograniczenia, czyli poznaje samego siebie. Napięcie, które rodzi się pod wpływem sprzeczności zewnętrznych bodźców i stanów wewnętrznych, pobudza go do działania".
Do powyższej podręcznikowej definicji możemy od razu dodać, że pod wpływem tego procesu zmienia się nie tylko osobowość. Zmianie ulegają także - głównie w przypadku szczególnie silnych osobowości - wspomniane wspólnoty. Tam, gdzie napotykamy silny oddźwięk, tam majaczy przed naszymi oczami postać przyszłego polityka. Śmiałego założyciela partii, jej energicznego przewodniczącego i surowego prezesa, wpływowego ministra, charyzmatycznego przywódcy o wręcz nieograniczonej władzy w obrębie swojego kręgu (...)
Nie chcę się bawić w (pseudo)naukowe psychologizowanie. Nie zamierzam tworzyć portretu psychologicznego Viktora Orbána. Chciałbym tylko zwrócić uwagę czytelników na kilka faktów z jego dzieciństwa i młodości, które mogły wpłynąć na charakter polityczny późniejszego premiera. Po pierwsze na to, że wszyscy mężczyźni w jego rodzinie byli twardymi, zdecydowanymi, upartymi, a nawet agresywnymi - czy autokratycznymi, jak kto woli - osobowościami.
Spośród znanych nam przodków Orbána jako pierwszego należy wymienić jego dziadka, Mihály'ego Orbána. Miał on decydujący wpływ na kształtujący się umysł wnuka, który mieszkał z nim pod jednym dachem do dziesiątego roku życia, a w czasie nieobecności pracujących rodziców właśnie w jego towarzystwie spędzał najwięcej czasu. Mihály Orbán był wyjątkowo silną osobowością: "Większość rodzin ma swoją legendę, u nas z pewnością był nią dziadek. (...) Bardzo zdecydowany, porywczy człowiek (...) może czasem nazbyt uparty, rzadko odpuszczał (...)". O jego sile woli i determinacji świadczy choćby to, że w wieku czterdziestu ośmiu lat zdał maturę i to nie zmuszony przez zewnętrzne okoliczności, takie jak praca, ale tylko dlatego, żeby pokazać, że potrafi.
Patrząc na jego syna, możemy stwierdzić, że niedaleko padło jabłko od jabłoni. Całe życie Győző Orbána charakteryzowały silna wola, ciężka praca, wytrwałość i popędliwość. W domu, w miejscu pracy, a później także w interesach. Typ człowieka, któremu niestraszna żadna przeszkoda, bo jeśli trzeba - każdą sforsuje.
"Győző to szorstki, energiczny człowiek" - powiedziała o nim sąsiadka. Dzieci wychowywał według tradycyjnego wzorca, synowi - aż do czasów nastoletnich - często spuszczał lanie: "Kiedyś w wąskim gronie Viktor Orbán powiedział, że aż do siedemnastego roku życia był regularnie bity przez ojca, za co nienawidził go przez jakiś czas. (...) Ostatni raz zapadł mu głęboko w pamięć. Wracał do domu z Budapesztu, przed stacją w Székesfehérvár zerwał jakiś kwiatek, za co został spisany przez policjanta. Ojciec ukarał go szlabanem. On jednak chciał się spotkać z przyjaciółmi. Kiedy się szykował, ojciec dał mu ostrą reprymendę, lecz on postanowił na przekór wyjść z domu. Nigdzie nie pójdziesz! Pójdę. Nigdzie nie pójdziesz! - przekrzykiwali się w progu. W czasie lania ojciec nawet go kopał (...)".
Zresztą to powszechne przeświadczenie potwierdził sam Győző Orbán w wywiadzie z 2001 r.: "Krąży o panu pogłoska, że jest pan bardzo twardym, czasem grubiańskim człowiekiem. - Nie przeczę. Górnicze przedsiębiorstwo można prowadzić tylko twardą ręką. - Mówią, że twardą rękę okazywał pan także rodzinie, czy to prawda? - Tak, w dzisiejszym świecie inaczej się nie da (...) - Czy to prawda, że pobił pan najstarszego syna, obecnego premiera, kiedy jako licealista chciał wyjść na zabawę bez pańskiego pozwolenia? - Tak, to prawda. Z jednej strony dlatego, że odszczekiwał się matce, z drugiej dlatego, że mi się postawił. - I długo trwała ta dyscyplina? - Aż wystarczyło, że powiedziałem mu, żeby się nie ośmieszał. Kiedy nabrał rozumu, nie musiałem już robić mu krzywdy".
Według László Kériego[8], w czasach gimnazjalnych Orbán uciekał przed ojcem w treningi piłki nożnej. "Viktor nie przepadał za ojcem, na początku garnął się do piłki dlatego, żeby później wracać do domu (...) Nigdy nie przyznał tego otwarcie, ale z jego słów wyczytałem, że wprost uciekł do drużyny "Előre" MÁV, żeby popołudnia spędzać poza domem. A jego późniejszy bunt przeciwko systemowi był także buntem wobec ojca".
"Lecz jako dziecko nie tylko w domu doświadczał przemocy fizycznej. Dyrektora szkoły w Alcsútdobozie chłopcy nazywali "Pejsem", bo jego ulubioną metodą wychowawczą było ciągnięcie porośniętej włosami skóry nad uchem. "Policzki i pogębki od dyrektora były na porządku dziennym (...) ja też swoje oberwałem, taka jest prawda".
Nie tylko dostawał, ale i rozdawał.
Bo ten, kto przywykł do znoszenia kar cielesnych, nie unika męskich prób siły i odwagi. Viktor Orbán też od nich nie stronił. Nie był przy tym wielkim bokserem - choćby ze względu na niewysoki wzrost, na lekcjach wychowania fizycznego stał w rzędzie jako przedostatni - "mocniejszy był w gębie niż w rękach". Dwóch nauczycieli zapamiętało go - oprócz pojętności - także ze względu na porywczość. W wojsku Orbán brał udział w dużo bardziej dramatycznych incydentach niż szkolne przepychanki. O ich rozmiarach i jego zaciekłości świadczy choćby to, że raz prawie pobił się z podporucznikiem, a starszego szeregowca spoliczkował. Za to ostatnie dostał dziesięć dni aresztu koszarowego, choć równie dobrze mógł stanąć przed sądem wojskowym. Starszym żołnierzom z dwuletnim stażem, którzy świeżo przyjętych na studia chłopaków, zmobilizowanych na jedenaście miesięcy, uważali za wymuskanych paniczyków, oświadczył już na wstępie: "Ja też jestem z krwi i kości (...) na każdy cios odpowiadam dwoma". Jeden z jego klasowych kolegów, który razem z nim trafił do wojska, a który w 2001 r. wolał zachować anonimowość, opisał go tymi słowami: "W gimnazjum wyczuwałem w Viktorze mentalność wiejskiego zawadiaki. Reagował agresywnie nawet w sytuacjach, które tego nie wymagały. Po demobilizacji stał się jeszcze bardziej impulsywny. Tylko szukał zaczepki (...) Osiemnastego sierpnia 1982 r. z okazji końca służby urządziliśmy w Hági imprezę, która zakończyła się libacją, aferą i bijatyką".
W tym wszystkim możemy dostrzec przejawy agresji człowieka, który pod wpływem otaczającego go okrucieństwa sam staje się okrutny i agresywny. Taka interpretacja ma rację bytu, lecz w powyższej formie jest niedostateczna, bo chodzi o znacznie więcej. Viktor Orbán wychował się w środowisku, które niezwykłym szacunkiem darzyło walkę, wytrwałość, męską niezłomność. To ostatnie zaś ściśle wiązało się z siłą fizyczną. Jedno było warunkiem drugiego. W zależności od tego, czego akurat wymagała sytuacja. "Tężyzna fizyczna do dziś jest bardzo ważna w naszej rodzinie. Mój najmłodszy brat amatorsko uprawia kulturystykę, młodszy trenuje zapasy, walczył w reprezentacji juniorów, (...) ojciec nawet w wieku czterdziestu pięciu lat wyciskał 160 kg na leżąco. Inaczej nie traktuje się u nas człowieka poważnie".
Dekadę później sam Orbán, już jako premier, nazwał ten świat twardym: "Dużo w naszej rodzinie mężczyzn, było nas trzech braci, porządek musiał być. I to dla mnie nowość, całkiem inny świat, że (...) mam żonę i trzy córki [teraz już cztery - J.D.]. To życie jest dużo łagodniejsze, cieplejsze, trochę bardziej kocie niż moje, które ze względu na wieś, przyrodę, ciężką pracę i towarzystwo braci - musiało być twarde".
Nie da się ukryć, że Viktor Orbán odziedziczył charakter po dziadku i ojcu. "W dzieciństwie często popadał w konflikty, miał problemy z dyscypliną, musiał zmieniać szkołę; właściwie kursował pomiędzy szkołami w Alcsúcie, Felcsúcie i Vértesacsy, albo go wyrzucali, albo ratowała go matka".
Miał buntowniczą naturę, na każde ograniczenie reagował sprzeciwem, powoli zmieniał się w rebelianta. Sam to zresztą potwierdził, mówiąc "byłem bystrym dzieckiem, ale bardzo niegrzecznym, z moim zachowaniem zawsze były problemy (...) Nie lubiłem dorosłych, a oni nie lubili mnie (...) Znosiłem pewne ograniczenia, ale zawsze brałem się z nimi za bary".
Popularna stała się historia makowca o wydźwięku prawie parabolicznym. Chłopiec miał wówczas karę, z powodu jakiegoś przewinienia nie dostawał dokładki w stołówce. Ale próbował przechytrzyć ten zakaz: jeden z jego kolegów stanął w kolejce po dodatkowy kawałek ciasta i kiedy go dostał, podał Orbánowi. Dyżurująca w stołówce nauczycielka zaraz to zauważyła i zażądała zwrotu zdobytego wbrew zakazowi makowca. Orbán zaprotestował i wdał się z nauczycielką w ostrą utarczkę słowną, na końcu której zamiast oddać ciasto, rzucił nim o ścianę, zwracając się do nauczycielki per ty: "Masz!".
Można założyć, że dzieckiem powodowały nie tylko pobudki osobiste (żarłoczność, zachłanność), ale i poczucie sprawiedliwości. Przecież nawet rabusia czy mordercy nie pozbawia się jedzenia. Poza tym akcja zdobycia makowca odbyła się "legalnie", przecież kolega nie miał kary, pełnoprawnie otrzymał dokładkę, którą mógł swobodnie rozporządzać. Protest i bunt były zatem uzasadnione, mierzyły bowiem w despotyczną "władzę".
Jednak najpierw musimy przyznać, że powyższa analogia nieco kuleje. Ponieważ w tym przypadku chodziło wyłącznie o pozbawienie dodatkowej porcji, dokładki, quasi-nagrody, nie doszło zatem do naruszenia "praw człowieka". Następnie przyjrzyjmy się rozmiarom sprzeciwu, które wypływały z osobistego poczucia sprawiedliwości chłopca. Wybuchowi niepohamowanego gniewu. Ekstremalnemu stopniu pogwałcenia norm postępowania, które tylko krok dzieli od rękoczynu w stosunku do nauczyciela.
Dobrze to znamy.
Bo później często będziemy mogli zobaczyć u Orbána, jak w imię doznanej krzywdy i domniemanej prawdy gotów jest zawsze posunąć się (niemal) do ostateczności. Do sięgnięcia po najsilniejsze, najbardziej brutalne środki. Do przekroczenia ostatnich granic. W jego polityce także daje się wyczuć syndrom rzuconego o ścianę makowca. Podniesione do ekstremum poczucie krzywdy, absolutyzacja i uprawomocnienie własnej prawdy (przeobrażonej w prawdę państwową, narodową) za wszelką cenę. W tym miejscu zdradzę jeszcze tylko, że ten wzorzec zdominował węgierską politykę od lata 2002 r. Gyurcsány "dzięki kłamstwom" pokonał wtedy Orbána w przeklętej debacie telewizyjnej, a następnie "kłamstwem i podstępem" wygrał wybory. Przez co całe jego rządy są nieważne, a decyzje bezprawne, uprawnione jest za to każde narzędzie sprzeciwu. Dozwolony jest zatem bojkot, sianie nienawiści, uliczne ultimatum, bunt. Dozwolone jest też referendum paraliżujące rządy parlamentarne, niezgodne z prawem przerywanie kordonów policyjnych, potajemne gromadzenie informacji na temat szefa Urzędu Bezpieczeństwa Narodowego itd.
Tyle rzuconych o ścianę makowców!
Wtedy w Felcsúcie natychmiast zawiadomiono pracującą w tej samej szkole matkę rozszalałego dziecka, która zbiegła do stołówki i porządnie złoiła mu skórę. To z jego powodu - jak w 1993 r. przyznała się gazecie "Kiskegyed" - kupiła książkę pt. Trudne dziecko, dodając, że: "Viktor był krnąbrnym dzieckiem, taki też pozostał".
Sam zresztą potwierdził, że nawet jako polityk zachował dawne dziecięce cechy, kiedy także w 1993 r. tymi słowami opisywał swój charakter: "uważa się mnie za stanowczego człowieka, lubię racjonalne argumenty [na to drugie Orbán od dawna nie daje, przynajmniej publicznie, żadnych dowodów - J.D.] i politykę, której ważnym elementem jest stanowczość. Umożliwia mi to moja mentalność, nie jestem wyrafinowanym inteligentem w dwudziestym pokoleniu, moje pochodzenie determinuje mój charakter: jest we mnie (...) pewna szorstkość (...) Myślę, że w przypadku pewnych zatargów należy dążyć nie do kompromisu, ale konfrontacji, by dzięki temu zapobiec późniejszym, znacznie większym konfliktom".
(Aby dopełnić obrazu męskiej linii rodziny Orbánów, pozwolę sobie wspomnieć w nawiasie o jej czwartym pokoleniu: "Gazsiego, syna Viktora, który chodzi do trzeciej klasy szkoły podstawowej, cechuje silne poczucie sprawiedliwości, gdy uważa coś za niesprawiedliwe, natychmiast protestuje i ściąga łopatki, żeby wyglądać na silniejszego").
*
Viktor Orbán rzeczywiście nie jest "wyrafinowanym inteligentem w dwudziestym pokoleniu", tylko, powiedzmy otwarcie, parweniuszem w pierwszym pokoleniu - i to pod wieloma względami. Według terminologii marksistowskiej jest razem ze swoimi rodzicami intelektualnym, materialnym i politycznym akumulatorem pierwotnego kapitału. Po dekadach zmagań i ciężkiej pracy jego rodzice uzyskali pewien półinteligencki status. Ojciec objął stanowisko kierownicze, a dzięki potencjałowi prywatyzacyjnemu po transformacji ustrojowej i szansom, które pojawiły się pod koniec lat 90., został także kapitalistycznym przedsiębiorcą. Rodzina wzbogaciła się. Również synowie. Ale kiedy urodził się Viktor, nie było jeszcze o tym mowy, wydawało się to nierealne. Pionierski los chłopaka dobrze ilustruje chwila, kiedy rodzina dowiaduje się o jego pomyślnie zdanym egzaminie na studia. "Wielka radość w domu. W życiu rodziny była to pierwsza tego typu chwila".
Wracając do dzieciństwa głównego bohatera naszej powieści, wiemy, że Orbánowie po dziesięciu latach wspólnego życia (i po ostatniej kłótni) z dziadkami musieli wszystko zacząć od nowa, praktycznie od zera. Przeprowadzili się z Alcsútu do Felcsútu, do zakupionego za kredyt, lichego wiejskiego domu. Zwykłe przeżycie czy wyjście z biedy były możliwe tylko za cenę wytężonej pracy - w domu wszyscy harowali w pocie czoła. Także synowie. Obrządek zwierząt gospodarczych, prace w ogrodzie przebiegały ściśle według ustalonego porządku, w sposób zdyscyplinowany i obowiązkowy. To była naturalna kolej rzeczy i nikomu nie przyszło do głowy, żeby się buntować.
To środowisko, pochodzące z niego bodźce, połączone z odziedziczonymi predyspozycjami psychicznymi Orbána stały się jednym z głównych źródeł je-go politycznej siły, wytrwałości, sukcesów. Pochodził z dołów, z prowincji, był pierwszym wykształconym pokoleniem, a to ogromna siła napędowa, motywacja, energia. Wytrwałość i dyscyplina, przed którą Orbán czasem się buntował, ale raczej tylko w szkole, weszły mu w krew. W pewnym sensie stał się swoim ojcem: "Czasem łapię się na tym, że pewne zdania mówię z takim samym naciskiem, jak mój ojciec. Często dopiero po chwili uświadamiam sobie, jak bardzo nienawidziłem niektóre te ojcowskie akcenty, zdania".
Ciężkie życie na wsi ma jeszcze jedną ważną - z punktu widzenia dzisiejszej kariery politycznej - cechę. Wiąże się bowiem z pewnym brakiem wątpliwości. Nie ma w nim miejsca na rozmyślania, trzeba robić swoje. To nie przypadek, że Orbána nie dotknął tak częsty u innych nastolatków ból istnienia. "Nie miałem takich rozterek (...) Raz, kiedy do moich rąk trafiły nowele Hajnóczyego[9] (...) trochę mną to wstrząsnęło. Jakbym dostał obuchem w głowę, nie mogłem uwierzyć, że tak też można żyć. Mój świat był uporządkowany. Składał się z zadań, które należało wykonać, i celów, które należało osiągnąć (...) Skończyć gimnazjum, pójść na studia, zrobić dyplom, przebiec 400 metrów w ciągu 60 sekund, zaliczyć test Coopera z lepszym wynikiem - czy to nie były dobre cele? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem".
Taka stabilizacja psychiczna wiąże się z pewnego rodzaju ograniczeniem. Jako ilustracja znów mogą posłużyć słowa Orbána, który tak opisuje swoich kolegów ze szkolnej ławy: "oni wówczas czytali Schopenhauera albo Nietzschego. Ja też próbowałem, ale połamałem sobie na nich zęby... Długo nie rozumiałem piosenek Tamása Cseha[10], za którymi wszyscy wtedy szaleli. Nie czułem tej atmosfery. Nie czułem tej aury cierpienia, którą roztaczał wokół siebie".
Żeby nie doszło do nieporozumienia: problem nie dotyczył intelektualnych możliwości Orbána. Jego psychika, środowisko socjokulturowe, uformowana przez nie zwarta osobowość, twardo stąpający po ziemi racjonalizm uodporniły go na taki światopogląd i mieszczańską dekadencję, którą symbolizowały wspomniane wcześniej nazwiska.
To zarazem cechy charakterystyczne polityka. Znaczące dokonania polityczne nie biorą się z medytacji, rozważań filozoficznych, teoretyzowania na temat istoty i sensu rzeczy. Polityk z krwi i kości zawsze ma pewną klapkę na oczach, której nie należy utożsamiać z lenistwem intelektualnym. Dobrego polityka cechuje nie tylko działanie, ale także wzmożone myślenie - nad sposobami, narzędziami, skutecznością, konsekwencjami tego działania. Ale nigdy nad jego sensem. Polityk nie zastanawia się nad tym, czy warto działać. To nie ulega wątpliwości i nie ulegało także dla Orbána, nigdy.
Bycie pierwszym inteligentem w rodzinie poza niezaprzeczalnymi zaletami ma także poważne wady. Zarówno pod względem psychicznym, jak i politycznym. Viktor Orbán urodził się i wychował w środowisku sterylnie apolitycznym. W domu nie mówiło się o polityce (członkostwo ojca w MSZMP[11] jest w tym kontekście bez znaczenia - przynależność do partii pozwoliła mu na awans w miejscu pracy i tyle). Przyszłemu premierowi nie przekazano zatem żadnego politycznego ukierunkowania, systemu wartości, wiedzy, motywacji ani choćby zainteresowania polityką. Był białą kartą, która pod wpływem późniejszego otoczenia, pojawiających się w różnym czasie i w różnych okolicznościach bodźców oraz wartości, wypełniła się różnorodną zawartością polityczną.
Najprzeróżniejszą. Orbán przeszedł z lewa na prawo. Z lewicowego liberała zmienił się w pragmatycznego centrystę, potem w prawicowego liberała. W konserwatystę. Następnie zwrócił się przeciwko liberalizmowi, a później - nie otwarcie wprawdzie, ale w praktyce - także przeciwko konserwatyzmowi. W końcu doszedł do radykalnego populizmu, a nawet fundamentalizmu. Z żarliwego zwolennika demokracji parlamentarnej przeistoczył się w jej coraz bardziej zagorzałego przeciwnika.
Wszystko to przeanalizuję później, teraz chciałbym jedynie zasygnalizować pewną zależność wynikającą z braku politycznych bodźców w środowisku rodzinnym. Aby lepiej zrozumieć rolę tego czynnika, porównajmy przywódcę Fideszu z kilkoma szefami MDF. W przeciwieństwie do rodziny Orbánów w domu Antallów - dzięki ojcu, byłemu posłowi, przewodniczącemu partii i ministrowi, oraz dziadkowi: posłowi i (według dzisiejszej terminologii) podsekretarzowi stanu, nieustannie mówiło się o polityce. Od rana do wieczora. Późniejszy premier okresu transformacji ustrojowej wyniósł z domu taki niewzruszony system wartości i zaangażowanie, które raz na zawsze zdeterminowały jego charakter polityczny i karierę. József Antall powiedział: "Uważam się za wybrańca losu, który oszczędził mi tego, bym od czasów dzieciństwa musiał jakkolwiek zmieniać swoje poglądy polityczne. Nie mówię tego przez samochwalstwo, bo to nie moja zasługa. Tylko szczęście, które zawdzięczam przede wszystkim urodzeniu i wychowaniu". Znaczenie tych słów dobrze ilustruje kolejny cytat: "Do dziś pamiętam każde słowo z tego, co w wieku sześciu, siedmiu lat usłyszałem od ojca na temat demokracji. Byliśmy na wycieczce w górach w komitacie[12] Veszprém, to musiał być 1937 albo 1938 rok. Ojciec tłumaczył mi, czym jest demokracja przedstawicielska i że trzeba być jej wiernym, cokolwiek będą o niej mówić".
Orbán nie miał za sobą podobnego zaplecza. Sam zresztą porównał się kiedyś z Antallem: "nasze osobowości, wychowanie, kultura i środowisko rodzinne są jak niebo i ziemia. Gdyby narysować drzewa naszych rodzin, jego i moje, zobaczylibyśmy, że wprawdzie wyrosły one w jednym kraju, ale w dwóch różnych światach".
József Antall w żadnym wypadku nie pochodził z nizin społecznych, nie zaczynał od zera. Odziedziczył po przodkach nie tylko twardy system wartości politycznych i wiedzę, ale także cnoty obywatelskie i szlacheckie, status społeczny klasy średniej i obycie. Pozycję elity pod względem socjalnym, kulturalnym i politycznym. To pozwalało mu na elegancję, powściągliwość, szeroki gest - również w polityce. Orbán pochodził z dołów, był "pierwszym akumulującym". Nie mógł pozwolić sobie na wstrzemięźliwość i arystokratyczność, tylko obiema rękami chwytał za kark każdą nadarzającą się okazję, również finansową. Stanowczo i konsekwentnie, gdy trzeba - agresywnie. Brakowało mu tego mieszczańskiego systemu wartości, na rzecznika politycznego którego później pozował. A jednak nigdy nie potrafił zamaskować jego braku. Pomimo wszystkich sukcesów i zdobytej pozycji Orbána niedostatki te przejawiały się w jego kurczowości, skrytości, podejrzliwości. W czasie każdego wystąpienia publicznego widać po nim pewne zmieszanie, napięcie, jakąś sztywność.
Na początki jego działalności politycznej wpłynęło także coś, co pewnie nazwalibyśmy wyobcowaniem socjokulturalnym. Pod względem statusu społecznego Orbán wywodził się znikąd. Nie tylko z biedy, małej wioski, ale wręcz z samego jej krańca. Ze skraju wiejskiej społeczności. Jego rodzice uwijali się nie tylko wokół własnego domu, ale i na ziemi innych. Nie była to jednak praca najemna: "Już w wieku pięciu, sześciu lat chodziłem z rodzicami zbierać resztki. Mam dwóch braci i wyraźnie pamiętam, jak z jednym z nich wrzucamy kolby do worka".
Tylko bardzo biedni ludzkie chodzili po polach zbierać resztki. Na wsi panowała niepisana zasada, że po tym, jak gospodarz zebrał plon, jego ziemia była wolna dla wszystkich. To, co po zbiorach zostało na polach na przykład przez nieuwagę - kolby kukurydzy, ziemniaki, kiście winogron, orzechy - mógł zerwać i zabrać każdy. I nie traktowano tego jako kradzież (w czasie zbiorów żartowano nawet: "zostawiać resztki" i "niech coś zostanie dla zbieraczy"). W ten sposób dochodziła do głosu pewna wrażliwość społeczna: niech najbardziej potrzebujący i ubodzy też coś dostaną. Ci, którzy chodzili zbierać po polach, znajdowali się na samym dole wiejskiej hierarchii. Gospodarze patrzyli na nich z góry, tę część mieszkańców wsi uważano za niższą kastę. Do niej należeli też Orbánowie.
Warto tu wspomnieć, że od lat sześćdziesiątych nastały lepsze czasy dla zbieraczy, po żniwach na wielkich polach spółdzielni produkcyjnych leżały całe worki na przykład kukurydzy. Zapewne nie należy przypisywać tego działalności charytatywnej, a raczej niedbalstwu, z jakim wiązało się wspólne gospodarowanie. Wówczas krąg zbieraczy nieco się poszerzył. Z jednej strony dlatego, że wspomniana działalność nęciła większym zyskiem, z drugiej zaś dlatego, że ziemia spółdzielni nie należała do drugiego gospodarza: bez większego skrępowania mógł na nią chodzić także ten, którego bieda nie zmuszała do zbierania resztek.
Orbánowie pojawili się w Felcsúcie jako przyjezdni, jak to się mówi na wsi: "przyszli poszli". Zamieszkali na końcu wsi, za ich domem była już tylko łąka i chaszcze. Nie mieli w okolicy żadnych krewnych. Matka pochodziła z daleka, z Mezőtúrru, ale i rodzina ojca była tu obca. Mihály Orbán, zanim osiadł z małżonką w Alcsútdobozie, mieszkał w Dadzie, Kecskédzie, Budapeszcie i Tabajdzie. Rodzina nie była zakorzeniona w wiejskiej społeczności, ani w chłopskiej kulturze. Jako dziecko Viktor nie brał udziału w wielkich rodzinnych zjazdach, imieninach, świniobiciach, nie słuchał męskich rozmów i śpiewów w zimowe wieczory. Może to właśnie poczucie wyobcowania sprawiło, że później z łatwością ulegał prądom polityczno-intelektualnym reprezentującym najróżniejsze wartości. I kiedy je przyswajał i praktykował - zwłaszcza powołany do pielęgnowania tradycji konserwatyzm - to, co reprezentował, wydawało się powierzchowne, miałkie i koniunkturalne, on sam zaś był homo novus, parweniuszem.
Jako ilustrację przywołam pewną historię z lat późniejszych. Orbán (już jako premier) po jakimś koncercie Tamása Cseha słyszy od niego przy piwie wojenne żołnierskie piosenki. Wiele z nich z pewnością po raz pierwszy życiu. Rozentuzjazmowany zaczyna gromadzić piosenki i namawiać piosenkarza, żeby wydał je na płycie. Tamás Cseh dotrzymuje słowa i w końcu (przy wsparciu rządowym) wychodzi podwójna płyta CD i kaseta. Premiera odbywa się latem 2000 r. w Muzeum Historii Wojskowości w zamku budańskim, gdzie zjawia się też premier. Siedzi w pierwszym rzędzie, podczas gdy skrzypek przygrywa mu, że "jestem żołnierzem Miklósa Horthyego[13], jego najpiękniejszym żołnierzem". Siedzę z tyłu (byłem tam z powodu Tamása Cseha) i myślę sobie: dobry Boże, nie uwierzyłbym w to jeszcze kilka lat temu, kiedy Orbán w imię nowoczesnego liberalizmu (na melodię Listen to your heart) wyśmiewał się z rzekomego horthyowskiego rozumowania MDF.
Musimy wspomnieć, że Orbánowie nie byli wierzący. W najmniejszej choćby mierze. Nie chodzili do kościoła, według jednego z kolegów Orbána: "Viktor widywał kościół tylko wtedy, gdy potoczyła się tam piłka". Wprawdzie pod wpływem dziadków Orbánowie ochrzcili syna, ale o bierzmowaniu nie było mowy, tak samo o ślubie kościelnym, kiedy Viktor żenił się z Anikó Lévai, a przez pewien czas nawet o ochrzczeniu dzieci.
Na koniec pierwszego rozdziału warto wspomnieć parę słów o piłce nożnej, która także odegrała znaczącą rolę w kształtowaniu się charakteru późniejszego polityka. Viktor Orbán od czasów gimnazjum trenował piłkę i to nawet zawodowo - w pierwszoligowej drużynie "Előre" MÁV Székesfehérvár. "Prowadziłem purytański tryb życia (...) miałem cztery treningi tygodniowo w "Előre" MÁV. Zajmowało mi to praktycznie całe popołudnia. Wracałem do domu o siódmej wieczór (...) Szkoła kończyła się na początku czerwca, ale w połowie lipca zaczynał się już obóz szkoleniowy. W tym czasie mieliśmy zazwyczaj 6-8 treningów w tygodniu (...) I tak przez cztery lata. Miałem wiecznie napięty grafik".
Ale to tylko jedna strona medalu. Drugą jest pragnienie wygranej, umiejętność podporządkowania wszystkiego zwycięstwu, ich wpływ na kształtowanie osobowości i wspólnoty. Według socjologia Miklósa Hadasa "uczestnicy meczów piłki nożnej w sposób cywilizowany i unormowany zaspokajają swoją najbardziej pierwotną potrzebę rywalizacji. Pokazywana na meczu rozgrywka uwypuklająca cechy charakteru jej uczestników, późniejsze pijatyki oraz dyskretny (homo)erotyczny świat męskiej szatni odgrywają decydującą rolę w ustaleniu samczej hierarchii".
Orbán grał w piłkę także w wojsku, ilekroć nadarzała się ku temu okazja. Potem w uniwersyteckich mistrzostwach piłki nożnej sześcioosobowej, w każdy weekend. Nie przestał nawet jako parlamentarzysta czy premier, grał w oficjalnej drużynie Felcsútu, dopóki mógł (a nawet nieco dłużej).
Wspólna gra w piłkę pełniła funkcję spajającą wśród młodych mężczyzn: od koszar, przez uniwersytet aż po kolegium, założenie Fideszu itd. Jednoczyła, formowała, mobilizowała do działania. I w dużej mierze wpłynęła na charakter Orbána, nabierającego z czasem cech wodzowskich. Oto garść wspomnień jego niegdysiejszych kolegów z drużyny:
Zsolt Incze: "W piłce także przejawiał się charakter Viktora: trzeba zakasać rękawy i walczyć do końca".
István Kukorelli[14]: "Na boisku każdy był sobą, jestem tego pewien na 95 procent. Grałem zarówno z Viktorem, jak i przeciwko niemu, ale nigdy oko w oko, bo obaj byliśmy napastnikami. Jest twardym zawodnikiem, zdecydowanym, wytrwałym i świadomym. Zasuwa, walczy do końca. Ciężko znosi porażkę. Pisali, że próbuje zniszczyć przeciwnika. To przesada (...)".
Andor Nagy[15]: "Każdy mecz traktowaliśmy bardzo poważnie, może nawet zbyt poważnie. Viktor Orbán był niezwykle sprawny fizycznie, brał na siebie ciężar gry. Zawsze zapewniał dobre wyniki, umiał odnaleźć się na boisku, dobrze kopał, twardy zawodnik, czasem bez powodu twardy (...) Nie był mistrzem, ale ciągnął do przodu całą drużynę".
László Kéri: "Nie lubiliśmy grać z drużyną Viktora, bo byli strasznie zaciekli. Przeszkadzało mi to na tyle, że kiedy przygotowywałem zbiór wywiadów z nim, zapytałem, czemu u licha robicie z meczu walkę na śmierć i życie? Odpowiedział coś w stylu "dla nas wy byliście władzą (...)". Viktor nie zna czegoś takiego, jak stracona piłka (...) podbiera piłkę od tyłu, utrzymuje ją, biegnie do bramki, jeśli trzeba, strzela, buduje grę. Nie można odebrać mu piłki, a jeśli mimo wszystko ją straci, jesteś w biedzie, bo odtąd nieustannie czujesz jego oddech na karku. Jeśli prowadzisz piłkę i Viktor jest za tobą, wcześniej czy później tracisz chęć do gry, brzydnie ci życie, bo nawet na moment nie daje ci spokoju. Popycha cię, próbuje podebrać piłkę z lewej, próbuje z prawej - nieprzyjemny przeciwnik, który nie odpuszcza nawet na chwilę. Jego drużyna była najlepsza w mistrzostwach wydziału humanistycznego (...) To była część życia (...) dziesięć-piętnaście drużyn (...) zamknięta grupa 60-90 kolesiów, w każdy piątek od drugiej do siódmej wieczór".
Szilárd Németh[16]: "Chociaż i my staraliśmy się ze wszystkich sił, żeby wygrać, nie wynik był najważniejszy, ale to, żeby trochę się poruszać, pogadać. Drużyna Viktora była najlepsza: nie było mowy, żeby kogoś przyjęli tylko dlatego, że jest sympatyczny".
Péter Domonkos: "My graliśmy dla zabawy, oni walczyli z zaciśniętymi zębami, traktowali grę bardzo poważnie. My przyjmowaliśmy też tych, którzy lubili piłkę nożną, ale nie potrafili grać".
Na koniec historia, którą usłyszałem od jednego z zawodników. Miejsce akcji to rządowy kurort w Balatonőszöd, czas: lato 2000 r. Spontaniczny mecz przed kolacją. Pomieszani ze sobą politycy Fideszu - między innymi Orbán, Áder[17], Stumpf[18] - i wysocy urzędnicy państwowi. Gra przeradza się w coraz bardziej zaciekłą walkę, wynik nierozstrzygnięty. Powoli nadchodzi pora kolacji, kiedy drużyna przeciwna (gra w niej Áder) zdobywa prowadzenie. Premier chce za wszelką cenę odwrócić wynik, ale mu się nie udaje. Nawet wyrównać. W żaden sposób. Atmosfera jest coraz bardziej nieznośna, powoli mija czas kolacji, trzeba wziąć prysznic, skończyć grę, już dawno powinni byli skończyć (...) Orbán zaś z płomiennym wzrokiem ucisza wszystkich, chodźcie, chodźcie, gramy. Zaczyna się ściemniać, kiedy z wielkim trudem remisują. Każdy oddycha z ulgą (po cichu nawet drużyna przeciwna), ale Orbán wydaje werdykt: grajmy do zwycięskiego gola! Wszyscy patrzą po sobie sztywno, nikt nie śmie się sprzeciwić. W końcu kłopotliwą sytuację kończy Áder: no, nie, Viktor, wszystko ma swoje granice, ja odpadam, i schodzi z boiska. Za nim powoli ruszają pozostali - wreszcie też Orbán.
"Viktor interesował się tylko piłką nożną i polityką, reszta niewiele go obchodziła" - ocenił Gábor Fodor[19].
Tak, obie te sfery mają ze sobą dużo wspólnego. Łączy je pragnienie zwycięstwa za wszelką cenę. Duża samoświadomość, dążenie do celu, bezwzględny profesjonalizm w doborze odpowiednich narzędzi. Piłka nożna dalej hartuje psychikę Viktora Orbána, który także w polityce wszystko podporządkowuje zwycięstwu. Nie tylko na boisku, ale i w polityce nie potrafi przegrywać. Jest przekonany, że dla zwycięstwa może sięgnąć po każde narzędzie i złamać każdy przepis, za który nie ukarze go sędzia. Dlatego sięga i łamie.
*
Kiedy analizujemy konstrukcję psychiczną, otoczenie rodzinne i socjalizujące go środowisko, naszym oczom ukazują się kolejne wyraziste, a zarazem ambiwalentne cechy osobowościowe Viktora Orbána. Cechy pozytywne i negatywne. Z jednej strony: siła, stanowczość, determinacja, odwaga, wytrwałość, pilność, świadomość celu, z drugiej zaś: buntowniczość, upór, agresja, brak hamulców, bezwzględność, ograniczenie, autokratyczne zapędy. Może drzemią w nim dwie ścieżki życiowe, dwa polityczne charaktery i dwa typy kariery.
Już u progu kariery był oceniany bardzo ambiwalentnie przez swoich towarzyszy.
Péter Domonkos z wydziału prawa: "Chyba czułem (a teraz odczuwam dość często), że jest dwóch Viktorów Orbánów. Jeden z nich gotów skoczyć w ogień za sprawiedliwość; drugi przepełniony ambicją jak bohaterowie Balzaca, którzy, jeśli zachodzi taka potrzeba, odrzucają wszelkie skrupuły, żeby się wybić (...)".
Gábor Fodor z kolegium: "Reprezentowaliśmy różne światy. Viktor pochodził "z ludu": niezwykle utalentowany, bystry człowiek o niezbyt silnym zapleczu kulturowym, zroszony potem, który towarzyszy twardej walce o społeczny awans. Dam przykład, który dobrze obrazuje różnicę naszych usposobień: nie wyobrażam sobie, że idę z Viktorem do kina, bo wydaje mi się, że trudno byłoby znaleźć film, który obydwu by nam się spodobał (...)
Nie wierzę, że ludzkie życie jest prostoliniowym, z góry ustalonym procesem. Myślę, że każdy człowiek kryje w sobie różnorodny potencjał i od wielu czynników zależy to, kim się ostatecznie stanie. Nie sądzę na przykład, że Viktor Orbán, którego widzimy dzisiaj, a który według mnie jest dość przygnębiającą figurą polityczną [Fodor mówi to w 2001 r.! - J.D.], jest bezwarunkowym następstwem Viktora Orbána z lat 80. Choć niewątpliwie już wtedy Viktor przejawiał ten despotyczny, nietolerancyjny sposób myślenia i postawę, którą prezentuje dzisiaj. Miał w sobie też bezideowe wyrachowanie. Ale nie tylko to. Jednocześnie był otwarty, szczery i sympatyczny (...) Viktor był fajnym gościem i bardzo go lubiłem. Taka jest prawda".
A więc doszliśmy do czasów kolegium uniwersyteckiego - decydującego etapu w rozwoju osobowościowym i socjalizacji politycznej Orbána. Czas zatem rozpocząć nowy rozdział, który pozwoli nam prześledzić, jak kształtowała się osobowość i meandrowała ścieżka życia młodego polityka, powoli wkraczającego na obszar polityki.
Oprócz środowiska domowego można wyróżnić cztery etapy kształtowania się osobowości i socjalizacji politycznej Viktora Orbána: 1. "kółko samokształceniowe" w gimnazjum; 2. wojsko; 3. kolegium; 4. redakcja czasopisma "Századvég". Z perspektywy jego późniejszej politycznej kariery i charakteru, trzeci etap wybija się przed pozostałe, dlatego przyjrzymy mu się dokładniej.
Chłopakowi, który wcześniej mieszkał na (skraju) wsi, Székesfehérvár wydał się dużym miastem. To tutaj, po tym jak rodzina wprowadziła się do bloku, poznał, czym jest wanna, ciepła woda w kranie i centralne ogrzewanie. W uważanym za najlepsze w całym komitacie Gimnazjum im. Blanki Teleki rozszerzał swoje horyzonty nie tylko pod względem intelektualnym, ale również społecznym: dzięki kolegom z klasy mógł zapoznać się ze światem mieszczańskiej kultury. Wielu rzeczy spróbował, wielu się dziwił, ale te, jak widzieliśmy w poprzednim rozdziale (Schopenhauer, Hajnóczy, Tamás Cseh), nie wywarły na niego większego wpływu.
W Székesfehérvárze po raz pierwszy zetknął się z polityką. Dzięki Miklósowi Inczemu poznał mieszczańską awersję do systemu jednopartyjnego, a dzięki Lajosowi Simicsce[20] - bunt wrogiego komunizmowi plebejusza, ale żadna z nich nie wycisnęła na nim trwałego piętna. Członkostwo w Węgierskim Związku Młodzieży Komunistycznej (KISZ) oraz pełniona w nim funkcja sekretarza także nie miały większego znaczenia: były częścią tamtejszej epoki. Nie wymagały politycznego zaangażowania, wystarczył jego brak - w tym przypadku pochodzenie z rodziny, której nie cechowały świadome wybory polityczne. Ten okres wywarł tylko przelotne wrażenie na pojętnym i otwartym gimnazjaliście, który wobec systemu okazywał zrozumiałą lojalność, wobec polityki zaś właściwą obojętność.
Wojsko także - mimo silnego wpływu - nie wywołało w nim politycznego "oświecenia". Raczej rzutowało na jego ducha, psychikę: pogłębiło buntownicze skłonności Orbána. Miało to swoje przyczyny. Musimy zauważyć, że pokolenie Orbána uczyło się w gimnazjum w drugiej połowie lat 70., kiedy ściśle ideologiczna rola oświaty zeszła na drugi plan. Szkoła średnia nie służyła już "ukształtowaniu socjalisty", ale wpojeniu wiedzy, przydatnej w kontekście dalszej edukacji. Dżinsy i długie włosy były na porządku dziennym, regulamin nie był tak restrykcyjny, życie pozaszkolne coraz bardziej wymykało się spod kontroli instytucji.
I po tym okresie względnej swobody na osiemnastoletnich młodzieńców nałożono kajdany pod postacią zamkniętego świata koszar, sztywnej hierarchii władzy. W tym przypadku chodziło na dodatek o studentów, których z tego właśnie powodu czekało w wojsku wrogie i brutalne przyjęcie ze strony starszych o kilka lat żołnierzy, kulturalnie i socjalnie stojących niżej, jednakże górujących nad nimi w wojskowej - zarówno oficjalnej, jak i nieoficjalnej - hierarchii. Ci żołnierze musieli odbyć służbę pół roku dłuższą, co podsycało w nich nienawiść i chęć odegrania się. "Nie miałem pojęcia o takim życiu. Już powitanie było ostre (...) od samego przyjazdu wiedzieliśmy, że (...) są nastawieni bojowo i tylko czekają, żeby dać nam popalić (...) Ale jeszcze okropniejsze było wojsko jako instytucja. To niewyobrażalne, że można żyć w systemie, który reguluje ci cały dzień, od pobudki do zaśnięcia. Dobijało mnie takie ograbienie człowieka z wolności i niezależności (...) Z trudem znosiłem (...) to podporządkowanie. Najgorsze było to, że kiedy dużo ode mnie uboższy intelektualnie człowiek, którym moralnie pogardzałem, mówił mi: padnij!, ja musiałem się położyć, a kiedy mówił: wstań!, musiałem wstać. Nieustannie wdawałem się w pyskówki (...) obrywałem karę za karą, dlatego rzadko jeździłem do domu".
Świadkowie zgodnie przyznają, że konflikty, w które Orbán popadał z przełożonymi, nie miały tła politycznego (w przeciwieństwie do Lajosa Simicski, który wielokrotnie wdawał się w ideologiczne spory z oficerami). Mimo to wojsko miało wymiar polityczny. Wojsko, które po względnej swobodzie w szkole średniej wzięło ich w obroty niczym bezwzględny aparat ucisku, przypuściło wobec nich także ofensywę polityczno-ideologiczną, której Orbán i jego koledzy wcześniej nie zaznali. Prymitywna, przez co tym skuteczniejsza, propaganda socjalistyczna prężnie działała w wojsku nawet wówczas, kiedy zaczęła znikać z życia cywilnego. Wciąż była żywa w szkoleniowych pogadankach politycznych, zwyczajowych pochwałach sowieckiej armii i Układu Warszawskiego, frazesach wojskowych przysiąg i regulaminów, komunistycznym zacięciu oficerów i nomenklaturze. To właśnie ideologiczny ucisk obudził w tych chłopakach oprócz buntu także potrzebę politycznego przewartościowania. Przeciwstawieniu się władzy towarzyszyły odruchy sprzeciwu wobec systemu. Jak wspomina László Kövér[21]: "Zacząłem podejrzewać, że wszystko to nic innego, jak projekcja świata zewnętrznego. Tutaj dzieje się to samo, co tam, tyle że (...) skrajnie wyolbrzymione (...) Wówczas to obudziły się we mnie wątpliwości, pod wpływem których przewartościowałem później całe swoje myślenie".
*
Jednakże dopiero na studiach, a dokładniej w kolegium, polityczne rozważania zmieniły się w świadomy sprzeciw przeciwko systemowi. Wraz z poznaniem, przyswojeniem i wyćwiczeniem technik i narzędzi politycznych. Z jednej strony kolegium było przyczółkiem demokracji na morzu kadarowskiej[22] dyktatury, który odkryli i urządzili po swojemu młodzi rozbitkowie z tonącego okrętu zwanego socjalizmem.
Rozpoczęte przez László Kériego w ogromnym akademiku przy ulicy Budaörs przedsięwzięcie odżyło dzięki - koordynowanej już przez Istvána Stumpfa - przeprowadzce do osobnej willi przy ulicy Ménesi. Utworzenie osobnego kolegium Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Loránda Eötvösa (ELTE) miało na celu poszerzanie wiedzy i budowanie autonomicznej wspólnoty. Z czasem to drugie zadanie zaczęło dominować i przyjęło otwarcie polityczny charakter. Stumpf przyznawał pierwszeństwo działalności edukacyjnej (kursy uzupełniające z nauk społecznych, seminaria, wspólne lektury, pisanie prac akademickich), dla studentów ważniejsza była sama autonomia. Dla niektórych liczyły się tylko związane z nią przywileje - lepsze warunki mieszkaniowe, większa swoboda, imprezy. Jednak część mieszkańców doceniała przede wszystkim jej polityczny, opozycyjny potencjał. I to właśnie oni utworzyli w 1988 r. Fidesz.
Kolegium z ulicy Ménesi miało fundamentalny wpływ na losy i polityczny debiut Viktora Orbána oraz pozostałych założycieli Fideszu, co więcej, zdeterminowało całą ich późniejszą działalność polityczną. Lecz żeby to zrozumieć, musimy bliżej przyjrzeć się wspomnianej społeczności.
Ramy konstytucyjne kolegium wytyczał Statut ułożony przez jego założycieli i zatwierdzony przez walne zgromadzenie. Najwyższym organem decyzyjnym było walne zgromadzenie, którego członkami o prawie podmiotowym byli wszyscy mieszkańcy kolegium. Kolegium przy ulicy Ménesi działało zatem nie jak współczesna demokracja przedstawicielska, ale antyczna demokracja bezpośrednia, np. ateńska. Walne zgromadzenie wybierało organ o władzy decyzyjnej - sześcioosobowe prezydium, w którym zasiadał także dyrektor kolegium. Dyrektora wyznaczał lub usuwał na wniosek dziekana Wydziału Prawa rektor uniwersytetu, ale wyłącznie za zgodą walnego zgromadzenia, które dysponowało w tej kwestii prawem weta. W sprawach dotyczących życia kolegium dyrektor mógł podejmować decyzje tylko za zgodą prezydium. Jego obrady były jawne, każdy mógł wziąć w nich udział. Jawność "władzy" zajmującej się sprawami kolegium gwarantowały także dostępna wszystkim bez ograniczeń gazetka ścienna oraz "Kurier Kolegium" wydawany przez obieralną redakcję.
Kolegium było zatem politycznym inkubatorem, który, odizolowany i wyjęty spod działania dyktatury, umożliwiał w skali mikro uprawianie różnych form demokratycznej działalności politycznej - miał konstytucję, władzę wykonawczą, prawa do przedstawicielstwa, zgromadzeń, słowa, prasy itd. Prowadzili nawet politykę "międzynarodową" i "obronną" wobec uniwersytetu, Wydziału Prawa, KISZ, partii komunistycznej. Nieustannie toczone debaty wymagały umiejętności argumentowania, udowadniania i dementowania, przekonywania i kwestionowania, działania na racjach i uczuciach. Decyzje podejmowano większością głosów i tę większość należało zdobyć, utrzymać poprzez namowę, wewnętrzne uzgodnienia, stosowanie nacisku, ustępstwa, siłą lub na drodze kompromisów. Trzeba było nauczyć się zwyciężać, a czasem także znosić porażkę. I tego, jak podnieść się po upadku i znów sięgnąć po zwycięstwo. Słowem: uczono się tam polityki i sztuki manipulacji.
W tym inkubatorze, eksperymentalnej instytucji, Viktor Orbán poznał i opanował do perfekcji demokratyczne metody i narzędzia kształtowania woli politycznej. Tutaj objawił się jego wielki talent polityczny. Viktor Orbán mógł w tym świecie osiągnąć niemal wszystko, nie istniała przeszkoda, której nie zdołałby pokonać.
Gábor Fodor powiedział, że "Viktor miał genialny zmysł do polityki. Zresztą ma go do dziś. Już kiedy wybrano go na przewodniczącego prezydium kolegialnego samorządu, uważałem, że jest do tego stworzony. Uwielbiał to. Bardzo się angażował. Ja byłem innym typem, interesowałem się wieloma rzeczami, miałem sporo przyjaciół w mieście (...) Ale dużo się nauczyłem od Viktora, bo podchodził do spraw z ogromnym wyczuciem. Swoje posunięcia planował z góry bardzo świadomie i logicznie, czym silnie oddziaływał także na mnie".
Warto przeanalizować, jak późniejszy premier i jego towarzysze wpływali na kształtowanie się kolegialnej polityki. Posłużą nam do tego dwa bezpośrednie źródła z 1985 r., i to pochodzące od głównych bohaterów ówczesnych rozgrywek o władzę: z jednej strony László Kövéra i Viktora Orbána (dalej: K-O), z drugiej zaś Zoltána Kisa (KIS), przedstawiciela opozycji wobec grupy skoncentrowanej wokół Kövéra i Orbána. Mimo że autorzy są bezpośrednio związani z opisywanymi wydarzeniami, analizują je z zaskakującym obiektywizmem, rzeczowością, w oparciu na faktach i uczciwie. Przy zachowaniu pełnej wierności tytułowi zbioru Bez kłamstw złożonemu z dawnych roczników "Kuriera Kolegium". Poniższe teksty przywołują historię ówczesnej walki o władzę w kolegium.
W kolegium dało się wyróżnić 5 grup: 1. dwóch nauczycieli inicjatorów; 2. "twardy rdzeń" z drugiego roku; 3. "grupa eksperymentalna" z roku trzeciego; 4. "mohikanie" z czwartego i piątego roku i na koniec 5. pierwszoroczni.
1. Dyrektor István Stumpf i jego dawny kolega z grupy, pierwszy senior kolegium. "Główny akcent kładli na edukację, nigdy nie poruszali kwestii otwartej polityki" (K-O). Jak już zasygnalizowaliśmy, dyrektor posiadał status primus inter pares i od samego początku ściśle współpracował z grającym pierwsze skrzypce "twardym rdzeniem" (K-O).
"Twardy rdzeń tworzyli studenci, którzy we wrześniu 1983 r. rozpoczęli drugi rok studiów" (K-O). "Trzon grupy pochodził z Székesfehérváru (...) wspólnie przeżyte lata ukształtowały jego członków pod względem socjalizacji politycznej (...) Wojsko (...) zjednoczyło ich jeszcze bardziej. Stabilna jedność rdzenia, jego absolutna zgodność w kwestii poglądów stały się wzorcem dla zindywidualizowanej, pozbawionej poczucia wspólnoty społeczności kolegium" (KIS). "Członkowie tej grupy świadomie sprzeciwiali się nie tylko uniwersytetowi, ale także (...) w szerszym sensie systemowi społecznych instytucji (...)" (K-O). Najważniejszymi reprezentantami twardego rdzenia byli Viktor Orbán i Lajos Simicska, mieszkali w jednym pokoju, według kilku zbieżnych opinii w okresie początkowym Simicska służył za wzór Orbánowi, który z wyczuwalnym podziwem wypowiadał się o starszym o trzy lata "genialnym" Lajosu. (Potem Orbán zamieszkał z Fodorem, a następnie z Andorem Nagyem, późniejszym szefem gabinetu prezesa partii, a nawet gabinetu premiera).
Członkowie tzw. grupy eksperymentalnej w "1983 r. zaczęli trzeci rok (...) Grupa koncentrowała się wokół kilku dziewcząt, które wspólnie chodziły do kina, teatru, klubu studenckiego, razem spędzały każdą wolną chwilę" (K-O). Spośród nich na uwagę zasługują Anikó Lévai, późniejsza żona Viktora Orbána, Zsuzsa Pusztai, potem żona Lajosa Simicski, Tünde Handó, która została żoną Józsefa Szájera[23]. Członków grupy łączyła luźna relacja o podłożu kulturalnym, pod względem politycznym najaktywniejszy był Zoltán Kis. Tutaj przynależał także Szájer, ale on raczej trzymał się na uboczu, skoncentrowany głównie na nauce.
Najważniejszymi postaciami z grupy ostatnich "mohikanów" pierwszego eksperymentalnego kolegium byli László Kövér oraz János Áder, tylko luźno związany z kolegium. Studenci z czwartego i piątego roku na początku sprawowali ważne funkcje w kolegium (przewodniczącego i członków prezydium, seniora, redaktora naczelnego gazety), później "grupa powoli przyłączyła się" do twardego rdzenia (KIS).
5. Grupa pierwszorocznych. "Młodsi bracia dyrektora i jednego ze studentów z czwartego roku [János Stumpf i Szilárd Kövér - J.D.] w wojsku dowiedzieli się o możliwości zamieszkania w kolegium, przyprowadzili też poznanych w wojsku kolegów (K-O). Te powiązania łączyły zgraną grupę pierwszorocznych z twardym rdzeniem.
Wynika z tego, że początkowo funkcjonowanie kolegium, jego wewnętrzny porządek i stosunek sił dyktowała grupa drugorocznych studentów skoncentrowana wokół Orbána i Simicski. Jak również to, że tzw. grupa eksperymentalna odgrywała w strukturze rolę quasi-opozycji. Lecz nie potrafiła zrównoważyć oddziaływania twardego rdzenia, nigdy nie była temu nawet bliska. Dlaczego? Brakowało jej zgrania, świadomości politycznej, zmysłu strategicznego i taktycznego, służącej temu wszystkiemu samoorganizacji. "Członkowie grupy eksperymentalnej (...) nie zaznali tych nocnych burzy mózgów przy ustalaniu koncepcji grupy, które miał za sobą twardy rdzeń, dlatego w kwestiach zasadniczych brakowało im silnych przemyślanych podstaw. Dlatego w cichych walkach o dominację w kolegium znaleźli się w tyle za młodszym rocznikiem (choć wspieranym przez starszych)" (K-O).
Warto tutaj zacytować fragment wspomnień László Kériego na temat narodzin kolegium. Kériego, twórcę "pierwszego kolegium" przy ulicy Budaörs, zapraszano na ulicę Ménesi i próbowano powtórnie zaktywizować, a nawet zintegrować z nową grupą, ale zabiegi te spełzły na niczym. Gość nie włączył się w życie tworzonej na nowo wspólnoty, co więcej: ostro skrytykował agresję i niepodzielność władzy, które zaobserwował na posiedzeniu. Tak opisał te wydarzenia w 2001 r.:
"Kiedy jesienią 1982 r. rocznik Viktora zaczął studia, po dwóch, trzech miesiącach zrozumiałem, że niewiele z nimi zdziałamy (...) bo mają nas za wrogów. Grupy Ádera, Kövéra, Szájera szukały kompromisu. Po lekcji można było z nimi usiąść, napić się piwa, porozmawiać. Ale nie z tą zawziętą zgrają. Przerażało nas to o tyle, że pod koniec lat 70. i na początku lat 80. naszymi partnerami do rozmowy nie byli koledzy z pracy czy szef katedry, którzy uniemożliwiali nam rozwój, ale właśnie zdolni młodzi ludzie. Dla studentów warto było zostać na uczelni, aż do czasu, gdy przyszło pokolenie Viktora. W listopadzie 1983 r. na spotkaniu inauguracyjnym kolegium nazwałem Orbána i Simicskę "chłopcami Lenina"[24], ponieważ ich agresywne, wykluczające i nastawione na poszukiwanie wroga zachowanie przypominało mi metody czerwonych bojówkarzy. Przed świętami napisałem list do kolegów, żebyśmy się stąd zabrali, bo przyszło nowe pokolenie, z którym nie znajdziemy wspólnego języka".
Cztery lata później Kéri nieco inaczej wspominał tę sytuację. W miejsce Orbána stawia Tamása Vargę[25], co jest o tyle dziwne, że nie był on mieszkańcem kolegium: "Powiedziałem, że prędzej wyprowadziłbym się z takiego kolegium, niż w nim zamieszkał. Nie zamieszkałbym pod jednym dachem z Simicską i Vargą, którzy w trybie rozkazującym oświadczają, że wprowadzą demokrację, choćby wszyscy mieli przy tym paść trupem".
Walka o władzę jeszcze kilkakrotnie rozgorzała w kolegium. "Nowy konflikt przeszedł do historii jako próba przejęcia władzy przez Partię Zielonych (...) można to uznać za próbę sił grupy eksperymentalnej i twardego rdzenia (...) Przy zakładaniu kolegium twardy rdzeń dysponował solidną i stosunkowo spójną koncepcją, przez co grupa eksperymentalna poczuła się zepchnięta na drugi plan, stłamszona. Członkowie twardego rdzenia do każdego problemu z wewnętrznego życia kolegium podchodzili z perspektywy polityki, każdą kwestię rozpatrywali w kontekście współrzędności lub podrzędności stosunków władzy (...) Dodatkowo grupa eksperymentalna o niektórych członkach twardego rdzenia była zdania, że są agresywni, porywczy, niedokształceni, że nie znają się na teatrze, filmie czy literaturze, i w tym sensie są ludźmi ograniczonymi, którzy nie są zdolni żyć pełnią życia" (K-O).
Nie zapominajmy, że tę trafną i dotykającą istoty rzeczy charakterystykę László Kövér i Viktor Orbán spisali w 1987 r. Z rozbrajającą - a dziś niewyobrażalną - szczerością zinterpretowali krążącą o nich opinię w obozie przeciwnika. To pośrednio oznacza, że ich ówczesne polityczne ego powinniśmy widzieć jako imponująco szczere i demokratyczne, choć naturalnie połączone z konsekwentnym dążeniem do władzy.
"Główną motywacją Partii Zielonych było przekonanie, że twardy rdzeń w stosunku do liczby swoich członków nieproporcjonalnie silnie oddziałuje na działalność kolegium (...) Ale zieloni nie mieli żadnego programu działania (...) Była to luźna zbieranina dobrze przygotowanych ludzi, którzy nie byli jednak w stanie ogłosić programu, wyjść poza swoje grono, wpłynąć na życie całego kolegium (...) Partii Zielonych nie udało się przebić, ich inicjatywa (...) upadła. Na walnym zgromadzeniu stało się jasne, że poza zgłoszeniem sprzeciwu nie potrafią sformułować odpowiedniego programu. Skład prezydium w zasadzie pozostał bez zmian" (K-O).
Przeciwnicy podobnie podsumowali efekty akcji: twardy rdzeń "formalnie zapanował w kolegium. Tyczyło się to każdego forum w kolegium: prezydium, biura wyjazdowego, kolegialnego czasopisma, tygodnika" (KIS).
W latach 1984-1985 Orbán pełnił funkcję przewodniczącego prezydium. Funkcja ta ze względu na związane z nią uprawnienia de iure nie dawała władzy. Ale odpowiednia osoba de facto potrafiła zbudować na niej pozycję władcy. To, że Orbán był odpowiednią osobą na tym stanowisku, potwierdza jego następca István Bóka, który zrzekając się po roku swojej funkcji, tak oceniał sytuację: "moja osobowość uniemożliwiała mi sprostanie temu zadaniu. Nie byłem wystarczająco stanowczy i nie potrafiłem kierować posiedzeniami (...) Należało wybrać kogoś o zdecydowanym charakterze. Chociaż pracowałem coraz więcej, to wciąż dominował Viktor Orbán. Nie ma sensu temu zaprzeczać. Mamy szczęście, że jest tu Viktor, który ucieleśnia wszystko, co ja rozumiem przez kolegium. To on powinien pozostać na czele prezydium, przecież ja tylko formalnie pełniłem tę funkcję (...) Nie zdobyłem na czas odpowiednich informacji, które dochodziły do Viktora i innych znaczących postaci w kolegium. Równie dobrze można powiedzieć, że władzę sprawowała grupa Viktora, Istvána Stumpfa, László Kövéra (...) to oni mieli największy wpływ na podejmowane decyzje. Na próżno pełniłem funkcję pierwszego człowieka kolegium. Byłem tylko marionetką (...) Rację miał Lajos Simicska, że wiodące w kolegium grupy powinny obstawiać główne stanowiska".
Słowa odchodzącego przewodniczącego prezydium dają wiele do myślenia. Biją z nich jednocześnie poczucie klęski, frustracja, antypatia i sympatia wobec silniejszej strony, a nawet ambiwalentne uczucia podziwu i kapitulacji. Nic dziwnego, że przewodniczący przeczy sam sobie. Przed chwilą jeszcze narzekał, że grupa Orbána zatrzymała dla siebie informacje istotne dla podjęcia decyzji, a które on uzyskał dużo później, a parę linijek niżej możemy już przeczytać, że: "Trzeba też powiedzieć, że grupa Viktora nigdy nie broniła nikomu dostępu do informacji. Zawsze mówiła otwarcie. Ale trzeba sobie uświadomić, że to oni podejmowali realne decyzje, ponieważ byli silnymi indywidualnościami".
Prawda leży pośrodku: grupa Orbána z pewnością przestrzegała wszystkich formalnych zasad; z drugiej zaś strony zapewne wyczerpywała wszystkie możliwości nacisku, w tym naturalnie narzędzia manipulacji posiadanymi informacjami. Jak w zawodowym futbolu: możemy zrobić wszystko, na co pozwolą przepisy i sędzia.
Tak, grupa Orbána zawodowo uprawiała politykę już w kolegium - pośród amatorów. Lecz ramy tamtych rozgrywek o władzę - na razie - wytyczały niekwestionowane zasady i wartości liberalnej demokracji. Mówiąc ich słowami: "Obie grupy zobowiązują się do bezwarunkowego szacunku dla jednostki, jej wolności, prawa do samostanowienia, do tolerancji dla różnych poglądów politycznych, do pluralizmu, do państwa prawa (...) i do krytycznej postawy".
Autorzy nie kryją, że: "pojawiały się opinie, które ostrzegały kolegium przed dyktaturą jakiejś nieformalnie rządzącej grupy". Przyznają: "trudno temu zaprzeczyć", że "o działaniu oficjalnego mechanizmu podejmowania decyzji (prezydium)" niekoniecznie decydują wybrane na poszczególne stanowiska osoby. Oświadczają: ważniejsze niż oficjalne funkcje są jednostki, które dysponują "dojrzałymi opiniami", "cechami przywódczymi i doświadczeniem". Jednocześnie stwierdzają, że "istniały i istnieją wszelkie gwarancje tego, że członkowie kolegium mogą się organizować w celu podjęcia jakiejkolwiek decyzji lub jej zmiany".
Jak widzimy, László Kériemu polityczna mentalność grupy Orbána już w pierwszej chwili skojarzyła się z Bélą Kunem[26] i "chłopcami Lenina". Znający późniejszy rozwój wypadków czytelnik jest skłonny przyjąć te słowa - nawet jeśli nie dosłownie - to jako metaforę. A jednak powyższą opinię o Orbánie równoważą jednak w pewnym stopniu słowa jego ówczesnego przeciwnika, Zoltána Kisa: "Musimy bezwzględnie zaznaczyć, że tych działań w żadnym wypadku nie można przyrównać do bolszewickiego ucisku".
Grupa Orbána od założenia kolegium w 1983 r. aż do końca lat 80., czyli prawie przez dekadę, nieformalnie kierowała instytucją przy ulicy Ménesi. Nawet po skończeniu studiów. Przed odejściem, w 1986 r. utworzyli "Koło Dawnych Mieszkańców", bo - jak to wyraził Kövér - "nie mogą sobie pozwolić na luksus utraty zawartych tutaj znajomości". "Starzy" nie tylko wracali do kolegium, ale wręcz tam zostali! Kövér był seniorem w latach 1984-1987, a między 1987 a 1988 rokiem - wychowawcą. Orbán w 1986-1987 - seniorem, Szájer w 1985-1987 - wychowawcą. Fodor był seniorem w 1987-1988, a w 1988-1989 - wychowawcą. Péter Molnár był seniorem w 1987-1988. W 1986 r. młodszego brata Kövéra wybrano na przewodniczącego prezydium, a Tamás Deutsch[27] został jego członkiem. I nie zapominajmy, że od września 1983 do sierpnia 1988 dyrektorem placówki był Stumpf.
Żeby zrozumieć naturę wspólnotowej spójności, która odgrywa kluczową rolę w późniejszej polityce Fideszu, musimy wspomnieć jeszcze o dorywczej pracy "przy kurczakach", do której się zatrudniali przez długie lata. Tutaj warto przytoczyć długi cytat z pracy dziennikarza Árpáda Pünköstiego:
"Dotąd nie padło ani jedno słowo o jednoczącej sile pracy fizycznej (...) Pracą, która towarzyszyła całym studiom, było przewożenie kurczaków (...) Trzydzieści, trzydzieści pięć osób trzymało na balkonie "ubrania do kurczaków"; brygada składała się z tych, którzy akurat mieli czas. Za jedną nockę - bo wtedy kurczaki są mniej żywotne i łatwiej nad nimi zapanować - w 1982 r. dostawało się 1260 forintów na głowę. Jeśli ktoś dwa, trzy razy w miesiącu jechał popracować przy kurczakach, zarabiał więcej niż asystent nauczyciela (...) Spółdzielnia produkcyjna w Gyál zatrudniała studentów do pracy, która wystawiała ich wolę na ciężką próbę. Przy pakowaniu kurczaków na ciężarówkę trzeba było wytrzymać kurz, smród, mróz albo upał, brud. W oborach dwie, trzy dziewczyny wybierały drób z klatek i tyle samo je załadowywało, pilnując jednocześnie, żeby na każdej ciężarówce z przyczepką znalazły się cztery tysiące kurczaków. Szóstka "biegaczy" przenosiła ptaki (...) w ciągu jednej nocy dwadzieścia osób było w stanie załadować na ciężarówki czterdzieści tysięcy kurczaków. W pracy brali udział János Áder i jego żona, Viktor Orbán, Anikó Lévai, Kövér (...) a także raz czy dwa Tünde Handó.
Raz pojechał też Lajos Simicska, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa i wpół do trzeciej powiedział: przykro mi, chłopaki, ja wysiadam, aż tak bardzo nie potrzebuję pieniędzy (...) Ale że wynik dało się łatwo obliczyć, wypłaciliśmy mu jego część. Trzeba było pracować z zaciśniętymi zębami, bo niedbała praca jednej czy dwóch osób odbijała się na wyniku. Jeśli nie mogli nas odwieźć busem, pasażerowie trzeciej linii metra zatykali nosy z powodu bijącego od nas smrodu. Orbán pracował przy kurczakach jeszcze w 1988 r., po utworzeniu Fideszu (...) Viktor miał dużą potrzebę sprawdzenia się. W pracy fizycznej także chciał się wykazać (...) Wpół do trzeciej w nocy mówił: no, chłopaki, dajemy, i biegł dalej. Pozostali tylko na niego patrzyli, ale po chwili podchwytywali jego tempo".
Zamknięty, odseparowany świat kolegium przy ulicy Ménesi, zdobyta tam i utrzymana pozycja władzy jeszcze bardziej ugruntowywały wspólnotę, której korzenie sięgały gimnazjum w Székesfehérvárze, a która dzięki wojsku i piłce nożnej była dużo silniejsza niż zwyczajowa solidarność pokoleniowa na roku. Więzi pokrewieństwa (braci Stumpfów i Kövérów), związki, które potem zmieniły się w małżeństwa, wewnętrznie spajały wspólnotę i wzmagały jej hermetyczność.
András Bozóki (od lata 1988 do 1993 r. był członkiem Fideszu, od stycznia do kwietnia 1990 jego rzecznikiem prasowym, a w latach 1991-1992 doradcą frakcji parlamentarnej) po pierwszym półroczu rządu Orbána dokonał ciekawej oceny kolegialnego okresu socjalizacji politycznej i jego wpływu na późniejszą działalność grupy:
"Wszyscy w tym gronie zgodnie twierdzili, że dzięki silnemu poczuciu wspólnoty, więzi grupowej, pokoleniowej solidarności można pokonać każdą przeszkodę (...) Według tej psychologii grupy (...) kolegia są niczym innym, jak kształtującymi elitę azylami. Wbrew wykształconej na temat kolegiów legendzie widać dziś, że te niemal wszechwładne instytucje niekoniecznie były szkołami demokracji. Jest w nich wszystko - hermetyczność, pozycja lidera, silna identyfikacja zbiorowa manifestowana wobec świata spoza kolegium - co stoi w opozycji do rekwizytów życia obywatelskiego opartego na jednostce (...) Wola większości uprawomocnia się natychmiast i bez ograniczeń (...) Doświadczenie życiowe uczestników (...) ogranicza się do technik lobbingowych w małej zamkniętej społeczności. Jest to ważne o tyle, że podobne doświadczenia jednostkowe i zbiorowe zachowują się we wspólnej pamięci i w ten sposób stają się częścią kultury nowych elit politycznych i etosu ich następców. Jako część tożsamości partyjnej przechodzą także na członków, którzy nie mają takich doświadczeń, ale identyfikacja z uświęconą z czasem formą tej kultury politycznej stanie się później warunkiem ich uczestnictwa w grupie i awansu".
Interpretacja Bozókiego ma wartość paradygmatu. Dzięki ostatnim zdaniom można w zasadzie zrozumieć całą historię Fideszu: władzę twardego rdzenia, która przechodziła przez różne epoki, sytuacje i formacje polityczne. Do rdzenia tylko w wyjątkowych sytuacjach mógł dołączyć ktoś z zewnątrz (ostatecznie okazywało się, że tylko częściowo lub na czas ograniczony), jak np. Zoltán Pokorni[28], András Wermer, Attila Várhegyi, Antal Rogán. Sam Stumpf tylko jedną nogą był wewnątrz rdzenia.
"Silną tożsamość zbiorową wobec świata spoza kolegium" z początku umacniał, a zarazem legitymizował fakt, że tym światem zewnętrznym, wliczając tu uniwersytet, była wówczas kádárowska dyktatura. W napisanej przez Kövéra i Orbána w 1987 r. rozprawie (często później cytowanej) expressis verbis manifestował się otwarty sprzeciw: "statut musi funkcjonować jako system gwarancji, który (...) ochroni działanie samorządu kolegium przed spodziewanymi wpływami z zewnątrz (...) Należałoby pójść o krok dalej i nie uchylić obowiązujące prawa, ale raczej całkowicie znieść hierarchiczny stosunek, który formalnie istnieje między kolegium a uniwersytetem (...) idea odsunięcia na bok obowiązujących praw jest zatem podważeniem na gruncie prawa moralnego i naturalnego zależności od uniwersytetu i powoływaniem się na eksperymentalny charakter kolegium".
To zasadnicze założenie determinowało także późniejszą politykę Fideszu w całkiem innych okolicznościach. Obowiązywało nawet wówczas, kiedy to już nie dyktatura Kádára stanowiła świat zewnętrzny dla realizującego swoje interesy ugrupowania politycznego. Pomyślmy o zmniejszeniu do trzech tygodni częstotliwości zwoływania posiedzeń parlamentu, upolitycznieniu mediów publicznych, ale przede wszystkim o politycznej strategii stosowanej od lata 2006 r.: lekceważenia legalnego rządu, głoszenia "prawa" do buntu przeciwko niemu, a nawet własnoręcznego przerywania kordonów policyjnych na placu Kossutha[29]. I towarzysząca temu wymierzona przeciwko prawowitej władzy argumentacja oparta na "prawie moralnym" i "naturalnym".
Wszystko to omówimy w stosownym czasie, teraz zaś powróćmy do roli kolegium w kształtowaniu tożsamości grupy. Musimy przywołać jeszcze jedną bardzo istotną opinię - László Kériego. Posiadane przez niego znajomości i doświadczenia nie pozwalają nam pominąć jego zdania, nawet jeśli jest stronnicze i zawiera pewne przesadne stwierdzenia (i chociaż mamy zastrzeżenia wobec źródła, z którego pochodzi). Kéri odpowiada w 2001 r. na pytanie, jak należy rozumieć i oceniać ówczesnego Orbána:
"Wyłącznie przez pryzmat jego przeszłości i grupy, która go otacza. Jeśli chcesz napisać prawdziwą książkę o Viktorze, musisz się skupić na dawnym, bardzo młodym i debiutującym Viktorze Orbánie, a nie wyrobionym polityku (...)
W Fideszu jest trzech niezastąpionych do dziś ludzi: Orbán, Kövér i Simicska. Kövér i Simicska mogą zrobić wszystko, a Orbán się od nich nie odetnie. Bo nie może. Niech komuś się nie wydaje, że Viktor Orbán nie miał pojęcia o rzeczach, które robił Lajos Simicska, że nie był świadomy zmiany, jakiej uległ László Kövér! Ale to się dla niego nie liczy (...) To takie stare sprawdzone przyjaźni, w których nie ma miejsca na wątpliwości. Jeśli nie potrafimy sobie wyobrazić sił, które w połowie lat 80. połączyły tych chłopaków dozgonnym uczuciem lojalności, nie będziemy w stanie tego zrozumieć. W tej epoce, w której tak wiele - również dosłownie - doświadczyli prześladowań i ciosów, przekonali się, że mogą liczyć tylko na siebie nawzajem. Nic nie jest dla nich równie jasne. Tych dziesięciu, dwudziestu ludzi, którzy ich otaczają, jak Tibor Győri, Szilárd Kövér, János Stumpf i jeszcze kilku, przeszło z nimi przez każdą możliwą próbę (...)
To tak silna więź, taki kapitał, który trudno zrozumieć z zewnątrz (...)
Wykształcone wewnątrz ich wspólnoty kultura i norma są tak zwarte i zamknięte, że wszystko, co znajduje się poza nią, uważają za degenerację, zwyrodnienie. To jest ich cała wiedza i siła. A to, co jest poza, nie tylko się nie liczy, ale wręcz nie istnieje. Kiedy więc pytamy: jak to możliwe, jak Simicska może zrobić to czy tamto? - wtedy nie rozumiemy istoty sprawy. Simicska może zrobić wszystko (...) Cokolwiek mówią, piszą zagraniczne lub krajowe media, na przykład o kolejnym przedsięwzięciu Simicski, to dla nich, a przede wszystkim dla Orbána, nie jest kwestia merytoryczna (...) To prowokacja jakiejś obcej kliki, jeśli Lajos tak mówi, tak właśnie jest! Orbán niczego nie analizuje, bo skoro sprawa dotyczy Simicski, jego decyzja, efekt końcowy rozważań, jest z góry przesądzona: skoro Lajos tak zdecydował, tak musi być dobrze. I kropka (...)
Banda Béli Kuna w tomskim obozie[30] też składała się z siedmiu, ośmiu ludzi, to oni utworzyli później radę komisarzy ludowych (...) Grupa Orbána potrafiła stworzyć i rozpropagować takie wzorce, w których odnalazło się kilkaset tysięcy ludzi. Polityczny kicz przesłonił półświatek politycznej gangsterki: pochodzimy z prowincji! Jesteśmy inteligencją z pierwszego pokolenia! Nie jesteśmy zepsuci! Znamy angielski! To my jesteśmy wykształconą przyszłością! I tak dalej. Te slogany mogą przesłonić wszystko. Głównie realne działania i popełniane świństwa.
Co trzymało razem politycznych przywódców ery Kádára? Wzajemna nieufność i strach. A rząd Antalla? Nic (...) József Antall kilka razy przyznał w wąskim gronie, że nawet nie znał swoich ministrów i nieraz się dziwił, z kim przyszło mu pracować. Co trzymało razem rząd Horna[31]? Dosłownie nic. Horn w swoich wspomnieniach pisał wprost, że nienawidził swojego rządu, a przynajmniej jego połowy (...) nawet przez chwilę im nie ufał.
A tych chłopaków coś łączyło - potężna wspólnotowa mikrokultura i siła nacisku zawdzięczane wspólnie przeżytym latom 1981-1989. W tym okresie odegrali każdą możliwą sytuację konfliktu jako studenci, żołnierze, opozycjoniści, świeżo upieczeni absolwenci, dojrzali politycy. Poznali się od każdej możliwej strony. Prawdopodobnie ostatnim doświadczeniem, które ich poróżniło, było wezwanie do prokuratury po założeniu Fideszu. Iván Csaba (...) na całe życie wypadł ze sfery wpływów Fideszu. Ale ci, którzy przetrwali, w ich oczach na zawsze stali się godni zaufania, postępowali słusznie i podejmowali wyłącznie właściwe decyzje.
Kto chce zrozumieć Orbána, Kövéra i pozostałych z 2001 i 2002 r., musi najpierw poznać i zrozumieć Orbána i Kövéra sprzed okresu lat 90., bo to właśnie wtedy ukształtowały się wszystkie wartości, normy, uczucia i reguły, które dziś determinują działalność całej grupy i jej poszczególnych członków (...) Nie Orbán jest ciekawy, nie Kövér, nie Wermer ani ktokolwiek inny - tylko cała grupa! Te maksymalnie piętnaście osób i otaczające ich kolejne piętnaście, które przeżyło z nimi prawie dziesięć lat i które zgodnie powtórzyło ich słowa: my jesteśmy przyszłością! Tutaj nie ma miejsca na indywidualność. Są tylko cechy, znajomości, umiejętności wspólnotowe, tylko one się liczą. Jeśli ktoś wypadnie z grupy, znajdzie się w próżni. Gábor Fodor wciąż (...) nie potrafi się odnaleźć (...)
Pojedynczo nie mają innego wyboru, jak tylko razem pozostać przy władzy (...) [Lecz] im dłużej [grupa] utrzymuje się przy władzy, tym bardziej paranoicznie i nikczemnie będzie się zachowywać. Bardziej mściwie wobec tych dziesięciu milionów, które ich nie rozumieją. Te piętnaście osób, jeśli teraz wygrają wybory, a potem jeszcze raz, będą coraz srożej karać węgierskie społeczeństwo z powodu własnej inności, wiecznej samotności (...) Bo nie będą w stanie wykroczyć poza swoje paranoidalne myślenie. Jeśli wygrają wybory, zaczną się interesować, kim są ci, którzy im nie pomogli (...)
Grupa potrzebuje jakiegoś wroga, z którym musi walczyć, bez niego nie ma racji istnienia. Dlatego jeszcze wielu osobom przypadnie rola wroga. Grupa Orbána nie potrafi się rozwiązać, nie potrafi zaufać. Kto nie był z nimi, ten z nimi być nie może. Warto przestudiować jakobinów. To jest ten sam wzór (...)
I (...) niesłychanie dobrze dopasowali się do siebie. Kövér miał wizję, ale nie chciał być liderem, bo wiedział, że się do tego nie nadaje; Áder to wyjątkowo zdyscyplinowany, pozbawiony fantazji typ wykonawcy; Stumpf - zdolny twórca systemów; Szájer jest nieprzytomnie zdolny i cyniczny; Simicska - człowiek bez oporów - pięknie się uzupełniają (...) Liczy się tylko grupa. W latach 1982-1989 przewinęło się przez nią około 120 osób. Całkiem spora baza. Kiedy moskiewska wiara Rákosiego[32] przyjechała do ojczyzny w 1945 r., na Węgrzech mieszkało 130 komunistów (...) nielegalnych i rozrzuconych po kraju. Sieć grupy Orbána była dużo bardziej stabilna, składała się z burmistrzów, notariuszy, posłów w parlamencie, prezesów firm, znali wszystkie żony, krewnych, każdego, kto przewinął się przez kolegium lub uniwersytet. To około 150-osobowa kadra, która ze względu na wspólną przeszłość i udział we wspólnocie ufa sobie do granic. O ileż jest silniejsza niż 13-osobowe szefostwo MSZP, której członkowie tylko pilnują, żeby ktoś nie zdmuchnął im sprzed nosa stanowiska zastępcy szefa partii albo szefa frakcji. W Fideszu nie do pomyślenia byłoby to, co dzieje się w MSZP, czyli że różnice interesów podzielą przywództwo partii. Oczywiście, każdemu trzeba coś dać, ale przecież starczy dla wszystkich!".
*
Zanim pożegnamy się z czasami kolegium, musimy ustalić jeszcze jedną sprawę: instytucja kolegium odpowiada nie tylko za socjalizację polityczną grupy Orbána, ale też za ich polityczne myślenie. A także za rosnący sprzeciw wobec socjalistycznej dyktatury, coraz bardziej świadomy demokratyczny system wartości w duchu liberalnym. Jeśli przyjrzymy się, kto wygłaszał wykłady w kolegium[33], rzucają nam się w oczy dwie kwestie:
1. Przeważająca większość zaproszonych gości znajdowała się poza kręgiem władzy, a nawet poza oficjalnymi ramami panującej ideologii politycznej. (Imre Pozsgay[34] był jedynym rządzącym politykiem, który mógł przestąpić próg kolegium).
2. Pod względem systemu wyznawanych wartości, mentalności, ukierunkowania kulturalnego i ideologicznego lwia część zaproszonych była z tzw. kręgu miejskiego, kosztem tzw. kręgu ludowego albo mówiąc jaśniej: więcej było późniejszych polityków SZDSZ niż MDF.
Z upływem czasu ta tendencja widocznie się nasiliła: pod koniec lat 80. członkowie tzw. opozycji demokratycznej dosłownie mijali się w drzwiach kolegium. Oznaczało to nie tyko przewagę intelektualną, ale i materialną. We wrześniu 1986 r. György Soros[35] złożył wizytę przy ulicy Ménesi i pod wrażeniem utalentowanej młodzieży postanowił wesprzeć ich finansowo. Viktor Orbán od kwietnia 1988 r. był członkiem Środkowoeuropejskiego Zespołu Badawczego finansowanego przez Fundację Sorosa (jak powiedział w sierpniu 1989 r. tygodnikowi "HVG", miesięcznie otrzymywał stypendium w wysokości dziesięciu tysięcy forintów, co stanowiło wówczas jego główne źródło utrzymania). W 1989 r. również dzięki stypendium Sorosa wyjechał na rok do Oksfordu.
Miało to wpływ nieco polaryzujący - oddziaływanie intelektualne i finansowe związane z Jánosem Kisem[36] i Györgyem Sorosem cechowało się takim poziomem i siłą, z którymi "druga strona" nie była w stanie konkurować: zdolna młodzież, która w kontekście polityczno-intelektualnym wchodziła w życie z białą kartą, chcąc nie chcąc, stawała się liberałami z przekonania. We wspomnianym już "programowym" wywiadzie Orbán w ten sposób definiuje kredo swojej grupy: "Jesteśmy zdania, że społeczeństwo należy zorganizować w sposób, który umożliwi jak największą realizację wolności jednostki". Równie jasnej i zwięzłej deklaracji liberalnej nie ogłosili w tym czasie nawet przedstawiciele wolnych demokratów.
Grupa Orbána na początku lat 90. próbowała pozycjonować swoją partię w centrum sporu, który w przestrzeni intelektualnej rozgrywał się między "kręgiem miejskim" a "kręgiem ludowym", a w sferze politycznej - między MDF a SZDSZ. Chętnie nazywali siebie "dzieckiem rozwiedzionych rodziców". Na przełomie lat 1993 i 1994 prezes Fideszu powiedział, że dlatego chcieli nazwać kolegium imieniem Istvána Bibó, ponieważ dokonał on pewnej syntezy tradycji ludowej i liberalnej. Jednakże ta interpretacja odpowiadała raczej ówczesnym manewrom Orbána w stronę centrum, a nie rzeczywistości lat 80. Półtora roku wcześniej na przykład - zgodnie z ówczesnymi dążeniami partii - uderzał w całkiem inny ton w kontekście "kręgu ludowego": "Politycy ludowo-narodowi zawsze szukają sprzymierzeńca w aktualnie rządzącym systemie (...) Nawet najwięksi pisarze z kręgu ludowego potrafili współpracować z Gömbösem[37], Rákosim, Kádárem i Aczélem[38] (...) To ciekawe, że pan premier, szef MDF, znalazł się w jednym obozie z potomkami dawnych populistów".
W następnym rozdziale prześledzimy, jak od założenia Fideszu do co najmniej wiosny 1990 r., a raczej do lata 1992 r. partia pozostawała w ścisłym przymierzu politycznym z SZDSZ. "Dzieci rozwiedzionych rodziców" pierwsze lata po narodzinach spędziły wyłącznie z jednym rodzicem, który podżegał je przeciwko drugiemu.
*
Ale zanim przejdę do kolejnego rozdziału, muszę jeszcze wspomnieć o czasopiśmie "Századvég", które także wywodzi się z czasów kolegium. Lata spędzone w jego redakcji z pewnością poszerzyły intelektualne i polityczne horyzonty Viktora Orbána, ale w zasadzie tylko w niewielkim stopniu wpłynęły na jego ukierunkowanie. Przedsięwzięcie zainicjowane wraz z Lajosem Simicską, Tamásem Vargą, László Kövérem, Tamásem Fellegim, Istvánem Stumpfem, a także pochodzącymi z zewnątrz Jánosem Gyurgyákiem i Attilą Wéberem zasługuje na uwagę nie tylko ze względu na wartość intelektualną, ale także z powodu zastosowanej przez nich "taktyki i strategii wydawniczej". Poniższe fragmenty również pochodzą z pracy Árpáda Pünköstiego:
Miklós Haraszti[39]: "Wiedzieli, czego chcą (...) Csoóri[40] wysiadywał po urzędach, błagał, a nigdy nie dostał pozwolenia na prowadzenie gazety. Opozycja demokratyczna nielegalnie wydawała "Beszélő", a studenci z kolegium Bibó wykorzystali lukę w prawie i stworzyli "Századvég".
János Gyurgyák: "Nie wiem, kto wpadł na to, że możemy wydawać naszą gazetę w formie wewnętrznej publikacji, obawiam się, że Simicska, takie wybiegi były dla niego typowe, ale autorem pomysłu równie dobrze mógł być Varga".
Tamás Varga: "Sprytne rozwiązanie (...) Według rozporządzenia rządu z 1955 r. (...) instytucje mogą wydawać wewnętrzne publikacje w dwustu egzemplarzach. Oczywiście to nonsens (...) bo kolegium nie jest samodzielną osobą prawną, ale według naszej argumentacji prawnej można było je uznać za instytucję, ponieważ miało pieczątkę (...) i dyrektora. Wielu mówiło, że nie da się zrobić gazety. To nieprawda. Można, tylko trzeba znaleźć sposób (...)".
Lecz "ustawa nie odnosiła się do periodyków. A oni chcieli prowadzić czasopismo. Nie mogli zmienić nazwy, ale przez dodawanie kolejnych numerów zrobili "serię publikacji": "Századvég" 1, 2, 3. Stworzyli coś pomiędzy pierwszym a drugim obiegiem".
Attila Wéber: "Ustawa zezwalała na wewnętrzne publikacje w liczbie do dwustu egzemplarzy, nie bawiliśmy się w podania o zezwolenie na prowadzenie gazety itp., zrobiliśmy "publikację" i czekaliśmy na rozwój wypadków (...) Taktyka tych chłopaków polegała na całkowitym odrzuceniu kompromisów. Byli dużo bardziej zdeterminowani niż nasz rocznik, odważniejsi. Już w 1981-1982 w dawnym kolegium mówiło się, że przydałoby się czasopismo. Ale sprawa upadła, grupa Laciego Kériego nie prezentowała entuzjastycznej i aktywnej postawy (...) W myśl ustawy mogliśmy wydawać "Századvég" w dwustu egzemplarzach. Wydaliśmy je dwa-cztery razy po dwieście kopii. Albo dodaliśmy jedynkę do pozwolenia, żeby uzyskać tysiąc dwieście egzemplarzy (...)".
János Gyurgyák tak wspomina Viktora Orbána z tamtych czasów:
"Dla mnie od pierwszej chwili było jasne, że Orbán ma ogromny talent. Był urodzonym politykiem, predestynowanym do tej roli. Przywódca, który nadaje bieg wydarzeniom. Zdolniejszy od Kövéra polityk o ogromnej sile przebicia (...) Viktor zawsze wiedział, kiedy zrobić dany krok. I choć widzę dziś, że zmierza w złym kierunku, nie mam wątpliwości, że kiedy tylko zorientuje się, że ta droga nie doprowadzi go na fotel ministra, zawróci z niej bez najmniejszych skrupułów. Będą jeszcze płacz i zgrzytanie zębów (...)
Gdyby Viktor zechciał wówczas zostać redaktorem naczelnym "Századvég", prawdopodobnie to też byłby w stanie pociągnąć bez żadnego problemu".
* * *
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji