VII. Droga do światła. Tom 3 - Krzysztof Baszczyj

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Narodziny (rok 7400 według kalendarza elfów Olivinir)

William siedział przed domem. Czekał zniecierpliwiony. Elizabeth strasznie krzyczała. Bardzo się martwił.

- Coś jest nie tak, mówię ci, Jack. - William ruszył w stronę domu, nie mógł tego znieść. Nie mógł tak po prostu czekać. Jack również wstał. Zatarasował drogę swemu przyjacielowi i na chwilę położył swoje dłonie na jego klatce piersiowej. Po kilku sekundach jednak zabrał dłonie, po czym ostentacyjnie trzymał je w powietrzu.

- Tylko będziesz przeszkadzał. - Jack był przyjacielem Williama. Był średniego wzrostu, a jego wygląd był nietypowy jak na mieszkańca Cichej Wioski. Większą część życia spędził na morzu i to - jak zwykł sam mawiać - znacznie go zmieniło. Miał brązowe dredy i warkocz, charakterystyczne wąsy i brodę z dwoma warkoczykami, na które nakładał koraliki. Miał stale pomalowane oczy o ciemnobrązowym kolorze. Od dziecka znali się z Willem, ufali sobie ponad życie. Choć Jack czasami zawodził swego przyjaciela, kierując się egoizmem, to w sprawach najistotniejszych można było na niego liczyć. Tym razem chodziło o rodzinę, a to była niewątpliwie sprawa najważniejsza. William postanowił go posłuchać i usiadł ponownie.

- Cholera, po prostu się martwię. Ile to już trwa.

Jack pokiwał głową, chodząc przy tym dookoła Williama.

- Nie martw się, będzie dobrze. Dzieciak będzie zdrowy i silny jak ojciec. Nie tak silny jak ja, to wiadome, ale nadal. Wiesz, nie nazwiesz go samcem alfa, co to, to nie. Takie jednostki to rzadkość. - Wypiął nieco pierś. - Ale nadal nie będzie źle.

Kolejny krzyk Elizabeth przerwał jego monolog.

- Coś jest nie tak, wiem to. - William strasznie się denerwował.

Nagle nastała cisza. Było tylko słychać szum liści z pobliskiego drzewa. Serce Williama zaczęło jakoś tak szybciej bić. Wstał i zaczął również chodzić raz w jedną, raz w drugą stronę.

- Jest coś za cicho.

Jack zatrzymał się.

- Cóż, zdaje mi się, że słyszę płacz dziecka.

William ruszył w kierunku drzwi do swego domu. Zanim jednak zdążył dojść, te otworzyły się. W nich pojawiła się położna. Miała uśmiechniętą twarz.

- Chodź szybko - powiedziała tylko i zniknęła za drzwiami.

William natychmiast wszedł do środka. Wewnątrz w jednym z pokoi leżała Elizabeth. W dłoniach trzymała małe zawiniątko. Mężczyzna prędko podszedł i przyjrzał się malutkiej postaci.

- Kochanie, mamy synka - powiedziała Elizabeth.

William zaczął się śmiać.

- Mam syna! - krzyknął szczęśliwy. - Mały Franio!

Noc 1

Lisa chodziła po szczycie muru wewnętrznego w zamku Haraka. Mur ten został źle zaprojektowany, nie było na nim przestrzeni dla obrońców - korytarz u szczytu miał raptem pół metra szerokości. Nie nadawał się do tego, aby po nim chodzić, i właśnie dlatego Lisa to robiła. Gdyby spadła, niewątpliwie by zginęła. Uwielbiała to robić - balansować na skraju życia i śmierci. Było to dla niej intrygujące i... hmm... podniecające. Padał deszcz, mur stał się śliski, do tego wiał zimny wiatr. Środek nocy, Lisa ubrana jedynie w przewiewną suknię do spania... Jej czarne włosy, zawsze przystrzyżone do ramion, powiewały na zimnym wietrze. W swej czarnej szacie wyglądała jak duch. Zamknęła duże, czarne oczy i delikatnie rozchyliła usta, idąc dalej w swej niezwykłej ekscytacji. Była bardzo wysoka, miała bardzo długie nogi. "Jeden zły krok i jestem martwa" - pomyślała. Nie bała się. Idąc tak, czuła się, jakby trwała w jakiegoś rodzaju transie, jakby kierowała nią jakaś nieznana jej siła. Bardzo ją to ekscytowało, wręcz - podniecało. Zawsze napawała się tą chwilą. Po swej "przechadzce" usiadła na murze i poczęła rozmyślać, wpatrując się w dal. Znów śniła jej się Suzanne - jej najlepsza przyjaciółka, która została zamordowana. Sen zawsze był taki sam. W owym śnie Suzanne stała naprzeciw Lisy i recytowała wiersz. Początkowo, gdy Lisa śniła ten sen, starała się jej przerwać, lecz ona nigdy nie reagowała. Zdawało się wręcz, że nie dostrzega swojej przyjaciółki. Zawsze recytowała wiersz i mówiła dwa zdania, po czym Lisa budziła się, zlana potem. Zawsze fabuła snu przebiegała dokładnie tak samo. Treść wiersza również zawsze okazywała się dokładnie taka sama. Miał tytuł "Trzy siódemki", a brzmiał on tak:

Pierwsza to serce,

Pierwsza to kości,

Pierwsza to krew,

Pierwsza to skóra,

Pierwsza to spojrzenie,

Pierwsza to uśmiech,

Pierwsza to oddech,

Druga jest w życiu każdego,

Nadchodzi zaraz po poranku,

I odchodzi po zachodzie,

Lecz zawsze wraca,

I nie da się jej uniknąć,

Nie da się uciec,

Jedynie śmierć może być ucieczką przed nią,

Trzecia jest działaniem,

Choć może być też postawą,

Trzecia również jest sprawą wszystkich

I wszystkich dotyczy,