Vide - Joanna Jarczyk

Kup ebooka

12.62 zł
10.47 zł (10,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Mały miś do lasu bał się iść,

Ze strachu drżał jak liść, pluszowy miś

Mroczny las, tam wilki zjedzą nas...

Był środek nocy. Okrągły księżyc górował na gwieździstym niebie, roztaczając swój blask nad ciemnym lasem. Drzewa piętrzące się wysoko w górę wykrzywiały gałęzie w chaotycznym tańcu. Wiły się w każdą stronę i plotły ze sobą. Tworzyły jedność, nierozerwalne sidła zamiast koron drzew. Litości nie znały, grzechem zbrukane były ich pnie. I tylko wiatr miał przyzwolenie kołysać nimi w rytm melodii szeptanej przez leśne zmory.

W dole nocna pora spowiła mgłą cierniste krzewy, wysokie trawy i wszelkie rośliny porastające leśne runo. Zwierzęta już dawno okryła płaszczem snu. Tylko niektóre, nocne marki, buszowały wśród opadłych liści w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Ich szelesty były głuchym szeptem pośród obłędnej ciszy, jaka panowała wokół.

Las. Coś w nim jest, coś niepojętego, niezbadanego wręcz. Gdzieś w odległej jego części, nieistniejącej dla reszty świata, drzewa zostały wycięte, a na ich miejscu powstał budynek. Duży, murowany budynek, niczym twierdza ukryta w buszu. Czym był i co ukrywał w swym wnętrzu...

Chłód przenikał tu każdą cząsteczkę powietrza. Wodne drobinki płynęły wolno niczym widmowy statek pośrodku oceanu. Mroku złączonego z szarością mgły nie był w stanie rozświetlić nawet srebrzysty księżyc. Nic tylko pustka panowała i strach, który dał się słyszeć nieopodal.

Postękiwanie dziecka przerywało grobową ciszę. Rozpaczliwy skowyt próbującej uwolnić się z uwięzi dziewczynki. Na próżno. Wrzucona w klatkę zbudowaną z metalowych prętów, specjalnie wzmocnionych, nie miała szans na ratunek. Biedne dziecko. Nie poddawało się. Jej sine już ręce drętwiały od bólu, lecz wciąż nie przestawała rozważać prętów klatki. Bo dlaczego była zamknięta jak dzikie zwierzę? Ona, ośmioletnia dziewczynka nie mogła stanowić zagrożenia.

Gorzkie łzy spływały po jej zmarzniętych policzkach. Ubrana jedynie w krótką sukienkę, którą dostała w prezencie komunijnym, drżała na całym ciele, zziębnięta do szpiku kości. Tylko jej głowa rozpalała się przerażeniem i natłokiem myśli kręcących się wokół mamy, której nie było obok.

I wtedy usłyszała hałas. Nagły, lecz cichy, dochodzący od strony budynku. Natychmiast puściła metalowe pręty, wstrzymując przy tym oddech, by przypadkiem nie wydać z siebie ani jednego jęku. Sekunda ciszy i znów. Jedno szybkie skrzypnięcie drzwi. Ktoś tam był, wychodził z budzącej strach twierdzy. I zbliżał się wolnymi, cichymi krokami.

Dziewczynka przesunęła się w głąb klatki. Skulona objęła gołe kolana, a lodowate pręty ziębiły jej plecy. Oczami zalanymi od łez zapatrzyła się we mgłę, czekając na to coś, co zaraz może ją skrzywdzić.

Niczym z innego świata, okrytego wieczną szarością i potępieniem, powoli wyłoniła się mała postać. Był to chłopiec w wieku podobnym do uwięzionej. Ubrany na czarno. Na głowie miał kaptur, a spod niego wystawały ciemne kosmyki włosów. Jak mały złoczyńca podchodził do klatki bardzo obojętnym, lecz pewnym sobie krokiem. Jakoby ta sytuacja nie była niczym nienormalnym. Jego twarz jak na dziecko wyglądała bardzo dojrzale, a jego oczy, ogromne jak dwa czarne kryształy stanowiły kolejną zagadkę. Nie patrzył wprost, nie spoglądał na ofiarę zamkniętą tuż przed nim. Przystawił jedynie palec wskazujący do ust, a z kieszeni swojej szerokiej bluzy wyjął srebrny kluczyk. A potem złapał za kłódkę i otworzył klatkę.

- Uciekaj stąd! - szepnął rozkazująco, odsuwając się nieco w bok.

Ale dziewczynka nawet nie drgnęła. Wpatrzona w tajemniczego chłopca nie była pewna, czy może mu zaufać. Był dla niej całkowicie obcy, budzący dziwną trwogę, której nie rozumiała. Bała się całej sytuacji, także jego.

W końcu spojrzał na nią dużymi oczami. Bez uśmiechu, bez pogody na twarzy. Zdjął kaptur z głowy. Jego włosy były poczochrane, jakby nie czesał ich od kilku dni. Miał intrygującą urodę, skórę bez dotknięcia światła dnia. Ponownie zrobił krok ku klatce i otworzył na oścież jej wyjście.

- Jak masz na imię? - zapytał.

Otarła twarz z łez i pociągnęła nosem. Objęła wzrokiem całą jego osobę i dopiero po chwili wymówiła ochryple:

- Rosine.

- Uwalniam cię, Rosine.

Wyciągnął ku niej dłoń, małą rączkę podobną do niej samej, tylko miejscami otartą, zadrapaną. Złapała ją, wychodząc z klatki z jego pomocą. I stanęła naprzeciw, nie wiedząc, co dalej.

- Uciekaj. W tamtą stronę. - Wskazał ręką kierunek. - I pospiesz się.

- Chodź też - szepnęła.

- Gdzie?

- Do miasteczka. Ucieknij razem ze mną.

- Ja? - zdziwił się. - Ja należę do nich. Nie mogę opuścić lasu.

- Dlaczego? Ty nie jesteś zły.

Wpatrywał się przez moment w dziewczynkę w zielonej sukience. Byli tego samego wzrostu, w podobnym wieku. Dwoje dzieci z dwóch różnych światów. On pochodzący z dna piekieł, z najgłębszych zakamarków mroku. Ona jak niewinny kwiat, delikatny, jaśniejący w blasku słońca. Niczym noc i dzień. Tak zostali stworzeni, przeznaczeni do czegoś niepojętego.

Chłopiec pokręcił przecząco głową. Założył z powrotem kaptur i rzekł:

- Pospiesz się. Zanim po ciebie wrócą.

A potem zniknął, wbiegając w gęstą mgłę wprost do murowanego budynku pośrodku lasu, który był jego domem.

*

Nastał brzask. Słońce wyłaniało się zza horyzontu, oświetlając opustoszałe ulice zapomnianego przez resztę świata miasteczka. Była niedziela, dzień wolny od wszelkiej pracy. Ludzie leżeli w swoich łóżkach wciąż zaklęci czarem snu. Nie mieli powodu, by wcześnie wstawać. Jedynie ptaki obudziły się skoro świt i śpiewały pieśni znane tylko sobie.

Wśród drzew stanowiących kraniec lasu, granicę z miasteczkiem Lunit błąkała się jedna zagubiona dusza. Gdzieniegdzie ponuro pomrukiwały kruki i to za ich wołaniem mała dziewczynka zaszła tak daleko. To dzięki ich tchnieniu zdołała trafić do miejsca, w którym wczorajszego wieczora straciła świadomość.

Rosine wyszła na ulicę Le Bost. Była wyczerpana, brudna i pokaleczona. Mechanicznie stawiała kolejne kroki, podążając w stronę domu. Oczy łzawiły jej od nadmiernej ilości światła. Promienie słońca odbijały się od ciemnego asfaltu. Resztkami sił dowlokła się do własnej furtki. Przeszła dróżką pod same drzwi i zapukała. I ponownie. I znów. I zaczęła walić pięścią, a nawet kopać. I usłyszała tylko ciche miauczenie kota.

Była jak odarta z wszelkiej emocji. Wyszła na pustą ulicę. Na jej twarzy malowało się jedynie ogromne wyczerpanie. Już rozumiała wszystko. Przeszła parę kroków dalej, na miejsce, gdzie wczoraj to się wydarzyło.

Pośrodku asfaltowej drogi leżało czarne pióro. Mieniło się w blasku słońca i przyciągało ku sobie, jakby zaklęta w nim była jakaś siła. Pochodziło nie z tego miejsca, lecz stamtąd, skąd strach przenikał powietrze, a zło miało swą siedzibę. Rosine mimowolnie schyliła się po pióro. Wzięła je do ręki, czując w niezrozumiały dla siebie sposób, że musi je mieć. Przy jego końcu było coś doczepione. Cienkim sznurkiem przywiązana srebrna zawieszka. A na niej wyryte ozdobne inicjały.

A.L.