Vicksburg 1862-1863 (edycja specjalna) - Jarosław Wojtczak

Kup ebooka

41.00 zł
34.03 zł (32,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

OD AUTORA

W sen­sie poli­tycz­nym i mili­tar­nym, do czasu ewen­tu­al­nej inwa­zji jed­nej ze stron na tery­to­rium dru­giej, front ame­ry­kań­skiej wojny sece­syj­nej prze­bie­gał wzdłuż tzw. linii Masona-Dixona (Mason-Dixon Line), sta­no­wią­cej linię roz­gra­ni­cze­nia sta­nów wol­nych i nie­wol­ni­czych. Bie­gła ona od rzeki Poto­mac do Ohio, potem do mia­sta Colum­bus nad Mis­si­sipi i dalej na zachód wzdłuż Mis­so­uri. Geo­gra­ficz­nie łań­cuch gór­ski Appa­la­chów, cią­gnący się z pół­nocy na połu­dnie, a także rzeka Mis­si­sipi roz­gra­ni­czały Połu­dnie na trzy teatry wojny: Wschodni (pomię­dzy górami a Atlan­ty­kiem), Zachodni (pomię­dzy górami i Mis­si­sipi), oraz Trans-Mis­si­sipijski (poło­żony na zachód od rzeki). Ten ostatni, nie miał więk­szego wpływu na rezul­tat cho­ciaż zacięte walki toczyły się tam przez całe cztery lata wojny. Decy­du­jące były fronty wschodni i zachodni.

Na Wscho­dzie głów­nym celem Unii było zapew­nie­nie bez­pie­czeń­stwa swo­jej sto­licy, znisz­cze­nie armii kon­fe­de­rac­kiej i zdo­by­cie sto­licy prze­ciw­nika. Począw­szy od wio­sny 1861 r., wszę­dzie na Pół­nocy sły­chać było okrzyk: "Na Rich­mond!". Przez następne cztery lata kolejni dowódcy Unii podej­mo­wali despe­rac­kie wysiłki, aby wkro­czyć do Rich­mond i poło­żyć kres rebe­lii. Więk­szość tych usi­ło­wań upar­cie kie­ro­wano na wąski kory­tarz w cen­tral­nej Wir­gi­nii, zawzię­cie bro­niony przez nie­ustę­pli­wych obroń­ców z połu­dnia. Suk­cesy kon­fe­de­ra­tów w pierw­szych trzech latach wojny dawały im oka­zję do prze­nie­sie­nia dzia­łań wojen­nych na teren Pół­nocy, do Mary­landu i Pen­syl­wa­nii, a także zagro­że­nia samemu Waszyng­to­nowi. Obie strony za swój pierw­szy obo­wią­zek uwa­żały obronę wła­snej sto­licy i zgod­nie uzna­wały prawo nie­przy­ja­ciela do tego samego, toteż były prze­ko­nane, że klu­czem do zwy­cię­stwa jest znisz­cze­nie armii wroga. Kon­se­kwen­cją tej stra­te­gii były cztery lata walki na śmierć i życie, toczo­nej w więk­szo­ści na dość wąskim fron­cie wir­gi­nij­skim pomię­dzy Waszyng­to­nem i Rich­mond.

Na Zacho­dzie, oprócz fizycz­nego uni­ce­stwie­nia wroga, armie Unii wal­czyły o zapew­nie­nie sobie kon­troli nad głów­nymi magi­stra­lami wod­nymi, rze­kami Mis­si­sipi, Ten­nes­see, Cum­ber­land i Ohio oraz liniami kole­jo­wymi i por­tami nad Zatoką Mek­sy­kań­ską. O tym, jak wiel­kie zna­cze­nie dla dowódz­twa wojsk fede­ral­nych miały drogi wodne, może świad­czyć fakt, że wszyst­kie więk­sze armie Unii nosiły nazwy pocho­dzące od rzek. Tym­cza­sem wła­dze Kon­fe­de­ra­cji od początku nie doce­niały Zachodu i trak­to­wały go po maco­szemu, kon­cen­tru­jąc naj­lep­sze siły na wąskim odcinku frontu w Wir­gi­nii z zamia­rem odno­sze­nia spek­ta­ku­lar­nych zwy­cięstw, które dałyby im poli­tyczne i dyplo­ma­tyczne popar­cie państw euro­pej­skich.

Główną prze­szkodą na dro­dze Unii do zapew­nie­nia sobie kon­troli nad naj­waż­niej­szą magi­stralą wodną Sta­nów Zjed­no­czo­nych, rzeką Mis­si­sipi, była potężna twier­dza kon­fe­de­ra­tów w Vicks­burgu. Nie­wielu ludzi na Pół­nocy dostrze­gało począt­kowo jej fun­da­men­talne zna­cze­nie, podob­nie jak nie­wielu doce­niało zna­cze­nie rezul­ta­tów walk na zachod­nim odcinku frontu, który w kon­se­kwen­cji oka­zał się decy­du­jący dla wyniku całej wojny.

Bitwa o Vicks­burg była długą kam­pa­nią, trwa­jącą całe dzie­więć mie­sięcy. Jak żadna inna kam­pa­nia wojny sece­syj­nej, łączyła w sobie wszyst­kie spo­soby pro­wa­dze­nia nowo­cze­snej wojny z uży­ciem wszyst­kich rodza­jów broni (cią­głe prze­mar­sze wojsk, dzia­ła­nia floty, ope­ra­cje desan­towe, akcje dywer­syjne, cięż­kie prace inży­nie­ryjne przy budo­wie kana­łów, dróg i mostów, gwał­towne boje spo­tka­niowe i bitwy lądowe, a na koniec upo­rczywe, kil­ku­ty­go­dniowe oblę­że­nie wygło­dzo­nego mia­sta). Cha­rak­te­ry­zo­wał ją umiar­ko­wany roz­lew krwi, ale rów­nież mnó­stwo zmar­no­wa­nego wysiłku ludzi, zaś z punktu widze­nia Pół­nocy - wiele chwil zwąt­pie­nia i roz­cza­ro­wań. Kiedy jed­nak osią­gnięto osta­teczny suk­ces, miał on decy­du­jące zna­cze­nie dla dal­szych losów wojny.

W Pol­sce szcze­góły ope­ra­cji prze­ciwko Vicks­bur­gowi są nie­mal zupeł­nie nie­znane. W Małej Ency­klo­pe­dii Woj­sko­wej nie ma nawet hasła Vicks­burg1, a naj­peł­niej opi­su­jąca przy­czyny i prze­bieg wojny sece­syj­nej książka Leona Koru­sie­wi­cza Wojna sece­syjna 1860-1865 dzia­ła­niom prze­ciwko Vicks­bur­gowi poświęca zale­d­wie kilka stron2. A to prze­cież pod Vicks­bur­giem Unia odnio­sła swoje naj­więk­sze stra­te­giczne zwy­cię­stwo i prze­trą­ciła krę­go­słup Kon­fe­de­ra­cji. W kam­pa­niach na Zacho­dzie ujaw­nił się także w pełni woj­skowy talent i deter­mi­na­cja dru­go­pla­no­wych do tej pory postaci kon­fliktu: Granta, Sher­mana, Tho­masa i She­ri­dana. To oni, a nie fawo­ry­zo­wani gene­ra­ło­wie ze Wschodu, w koń­co­wej fazie wojny ode­grali główne role w armii fede­ral­nej i zwy­cię­sko dopro­wa­dzili do końca czte­ro­let­nie zma­ga­nia wojenne, docho­dząc w rezul­ta­cie do naj­wyż­szych sta­no­wisk w armii, a w przy­padku Granta - pozy­cji pierw­szej osoby w pań­stwie.

Podej­mu­jąc trud przy­bli­że­nia czy­tel­ni­kowi serii "Histo­ryczne Bitwy" prze­biegu walk o Vicks­burg, posta­no­wi­łem nie ogra­ni­czać się do opisu samej kam­pa­nii, ale nakre­ślić także tło wyda­rzeń spo­łecz­nych, gospo­dar­czych i poli­tycz­nych, które dopro­wa­dziły do wybu­chu wojny oraz opi­sać na tyle dokład­nie, na ile pozwo­liły mi umie­jęt­no­ści i ramy niniej­szej książki, prze­bieg dzia­łań na zachod­nim odcinku frontu w latach 1861-1863. Ich kon­se­kwen­cją było wiel­kie zwy­cię­stwo Granta pod Vicks­burgiem. Moim celem było omó­wie­nie tematu Vicks­burga nie jako wycinka wiel­kiego wyda­rze­nia histo­rycz­nego (takim była wojna sece­syjna), ale przed­sta­wie­nie czy­tel­ni­kowi w miarę peł­nego i wier­nego obrazu zda­rzeń, które miały miej­sce w Sta­nach Zjed­no­czo­nych na początku lat sześć­dzie­sią­tych XIX wieku, szcze­gól­nie w sta­nach i tery­to­riach zachod­nich. Mam nadzieję, że taka pre­zen­ta­cja tematu, dopeł­niona krót­kimi życio­ry­sami i mało zna­nymi epi­zo­dami z życia głów­nych boha­te­rów opi­sy­wa­nych wyda­rzeń, pozwoli lepiej zro­zu­mieć rolę, jaką w zwy­cię­stwie Pół­nocy ode­grał Zachód i wscho­dząca gwiazda gene­rała Ulys­sesa S. Granta, a także w pew­nym stop­niu wypełni lukę w świa­do­mo­ści więk­szo­ści pol­skich czy­tel­ni­ków.

"Gibraltar konfederacji"

"GIBRAL­TAR KON­FE­DE­RA­CJI"

Vicks­burg to klucz. Ni­gdy nie dopro­wa­dzimy tej wojny do końca, jeśli ten klucz nie znaj­dzie się w naszej kie­szeni.

(Abra­ham Lin­coln, 1862 r.)

U progu 1862 r. wielu poli­ty­ków i woj­sko­wych na Pół­nocy zaczęło dostrze­gać, że klu­czem do zwy­cię­stwa jest obję­cie kon­trolą całej doliny Mis­si­sipi i roz­dzie­le­nie obszaru Kon­fe­de­ra­cji na dwie czę­ści. Naj­więk­szą prze­szkodą na dro­dze do osią­gnię­cia tego celu były umoc­nie­nia Vicks­burga, góru­jące nad rzeką. Pre­zy­dent Lin­coln, który dobrze znał Mis­si­sipi z cza­sów, gdy za młodu spła­wiał barki z towa­rem do Nowego Orle­anu, nie miał wąt­pli­wo­ści, co do klu­czo­wego zna­cze­nia Vicks­burga.

Opa­no­wa­nie doliny Mis­si­sipi pla­no­wano począt­kowo osią­gnąć poprzez lądową inwa­zję ze sta­nów zachod­nich i pół­nocno-zachod­nich. W tym celu nale­żało naj­pierw prze­ła­mać obronę kon­fe­de­ra­tów w pogra­nicz­nym sta­nie Ken­tucky, a następ­nie ude­rzyć siłami armii i mary­narki na połu­dnie z rejonu gór­nej Mis­si­sipi. Połą­cze­nie sił lądo­wych i rzecz­nych, które poru­szały się wspól­nie, miało być sil­niej­sze od wszyst­kiego, co mogła wysta­wić Kon­fe­de­ra­cja. W kraju zwy­cza­jowo tak nie­przy­go­to­wa­nym do wojny, jak Stany Zjed­no­czone, gdzie na ogół nie zda­wano sobie sprawy z warun­ków, umoż­li­wia­ją­cych pro­wa­dze­nie dzia­łań wojen­nych, prze­wa­żał pogląd, że szybka akcja armii fede­ral­nej pozwoli osią­gnąć cel, zanim Kon­fe­de­ra­cja zdąży przy­go­to­wać odpo­wied­nie środki obronne. Szybko się oka­zało, że opa­no­wa­nie tak roz­le­głego tery­to­rium wymaga gigan­tycz­nego wysiłku i aby osią­gnąć cel, potrzebna jest ogromna prze­waga ilo­ściowa i tech­niczna jed­nej strony oraz wyczer­pa­nie dru­giej. Na początku wojny było to jesz­cze nie­osią­galne.

Uzy­skaw­szy zde­cy­do­waną prze­wagę na morzu, wła­dze w Waszyng­to­nie posta­no­wiły naj­pierw zdo­być Nowy Orlean w Luizja­nie, naj­więk­sze mia­sto Połu­dnia (nie licząc oku­po­wa­nego przez Unię Bal­ti­more), przez które Kon­fe­de­ra­cja otrzy­my­wała więk­szość dostaw wojen­nych z zagra­nicy. Powszech­nie sądzono, że zada­nie jest moż­liwe do wyko­na­nia. Po wybu­chu wojny Luizjana czuła się względ­nie bez­pieczna. Poło­że­nie z dala od linii frontu dawało jej miesz­kań­com złudne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i dla­tego wła­dze woj­skowe Luizjany zro­biły nie­wiele lub pra­wie nic, żeby przy­go­to­wać się do odpar­cia ewen­tu­al­nej inwa­zji. Porażki Kon­fe­de­ra­cji na fron­cie zachod­nim pozba­wiły Luizjanę siły zbroj­nej. Więk­szość żoł­nie­rzy i zapa­sów z prze­ję­tych arse­na­łów fede­ral­nych wysłano do walki z woj­skami Pół­nocy, które nacie­rały w Ten­nes­see. Gene­rał Mans­field Lovell, dowódca Depar­ta­mentu (Okręgu Woj­sko­wego) Połu­dniowo-Wschod­niej Luizjany, odpo­wie­dzialny za obronę Nowego Orle­anu, był jed­nak dobrej myśli. Głę­boko wie­rzył, że mia­sto, poło­żone ponad sto mil od ujścia Mis­si­sipi na skrawku suchego lądu, jest dobrze zabez­pie­czone przed ata­kiem Unii dzięki nie­prze­by­tym bagnom i wart­kiej Mis­si­sipi o piasz­czy­stym, rucho­mym dnie oraz dwóm dobrze obwa­ro­wa­nym for­tom, które blo­ko­wały dostęp do rzeki na odcinku 75 mil poni­żej Nowego Orle­anu. Lovell miał nie­wielu żoł­nie­rzy i słabą flotę rzeczną, toteż miał nadzieję, że się nie myli. Dla pod­trzy­ma­nia w nich ducha wyra­ził powszechną opi­nię, mówiąc, że "każdy jan­kie­ski mary­narz, który odważy się sta­wić czoło nur­towi Mis­si­sipi zosta­nie starty na proch przez forty w dole rzeki i wykoń­czony przez dwa pan­cer­niki budo­wane pod Nowym Orle­anem".

Na szczę­ście dla Unii w Mini­ster­stwie Mary­narki (Depart­ment of the Navy) w Waszyng­to­nie zna­leźli się ludzie, któ­rych upór i kom­pe­ten­cje miały zwe­ry­fi­ko­wać ten pogląd.

Jesie­nią 1861 r. w gabi­ne­cie zastępcy sekre­ta­rza (mini­stra) mary­narki Gusta­vusa V. Foxa, do nie­dawna ofi­cera US Navy, zro­dził się plan eks­pe­dy­cji mor­skiej prze­ciwko Nowemu Orle­anowi. Doświad­cze­nia flot sprzy­mie­rzo­nych wynie­sione z wojny krym­skiej (1853-1856) prze­ko­nały Foxa, że drew­niane okręty, nie­zdolne do walki pozy­cyj­nej z prze­ciw­ni­kiem scho­wa­nym za murami for­tec, mogą mu spro­stać tylko wtedy, gdy będą się poru­szać po torze wod­nym wol­nym od prze­szkód. Potwier­dziły to wyniki dzia­łań floty fede­ral­nej ata­ku­ją­cej w 1861 r. prze­smyki koło przy­ląd­ków Hat­te­ras (Karo­lina Pół­nocna) i Port Royal (Karo­lina Połu­dniowa). Umoc­nie­nia, które nale­żało poko­nać w dro­dze do Nowego Orle­anu (fort Jack­son i fort St. Phi­lip), były sil­nymi twier­dzami, ale ich sła­bość tkwiła w cał­ko­wi­tej zależ­no­ści od mia­sta. Łączyła je z nim tylko komu­ni­ka­cja rzeczna. Izo­lo­wa­nie obu for­tów i prze­rwa­nie linii komu­ni­ka­cyj­nych powy­żej miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wały, miało słu­żyć zmu­sze­niu ich do pod­da­nia się bez koniecz­no­ści tocze­nia walk upo­rczy­wych i gro­żą­cych wiel­kimi stra­tami. Sam Nowy Orlean, który nie miał żad­nych for­ty­fi­ka­cji obron­nych, stałby się w tej sytu­acji łatwym łupem. Po zaję­ciu go przez mary­narkę miał być oddany pod oku­pa­cję współ­dzia­ła­ją­cych z nią wojsk lądo­wych.

Pierw­szym kro­kiem na dro­dze do Nowego Orle­anu stało się opa­no­wa­nie 20 wrze­śnia 1861 r. wyspy Ship (Ship Island), poło­żo­nej nie­da­leko wybrzeża stanu Mis­sis­sippi, około 100 mil na wschód od ujścia rzeki Mis­si­sipi. Miała ona być bazą do dal­szych dzia­łań. Następ­nie nale­żało prze­ko­nać do pomy­słu samego Lin­colna i dowódcę armii gen. Geo­rge'a B. McC­lel­lana. W poło­wie listo­pada w kwa­te­rze McC­lel­lana odbyła się narada z udzia­łem pre­zy­denta, sekre­ta­rza mary­narki Gide­ona Wel­lsa, Foxa, a także zdol­nego ofi­cera mary­narki kmdr. Davida D. Por­tera, który wła­śnie wró­cił z reko­ne­sansu u ujścia Mis­si­sipi. Narada zakoń­czyła się przy­ję­ciem planu Foxa, z jedną, ale bar­dzo istotną mody­fi­ka­cją, którą wpro­wa­dził Por­ter3. Prze­wi­dy­wała ona współ­dzia­ła­nie okrę­tów z flo­tyllą jed­no­stek wypo­sa­żo­nych w wiel­kie moź­dzie­rze pokła­dowe. Por­ter dowo­dził, że moź­dzie­rze mio­ta­jące 280-fun­towe (nie­mal 150-kilo­gra­mowe) kule o śred­nicy 30 cm zbu­rzą umoc­nie­nia for­tów spoza zasięgu dział na murach, umoż­li­wia­jąc flo­cie prze­pły­nię­cie obok nich bez więk­szego ryzyka. Saper­ski instynkt McC­lel­lana oka­zał się decy­du­jący i plan został przy­jęty4.

Uzy­skaw­szy zgodę Por­ter zaku­pił trzy­na­sto­ca­lowe moź­dzie­rze i zamon­to­wał je na szku­ne­rach, prze­zna­czo­nych wcze­śniej do wzmoc­nie­nia mor­skiej blo­kady wybrzeża Kon­fe­de­ra­cji. Pierw­sze trzy szku­nery: "Racer", "C.P. Wil­liams" i "John Grif­fith", wypły­nęły z Nowego Jorku 23 stycz­nia 1862 r. i przez Key West na Flo­ry­dzie dotarły do wyspy Ship 13 marca. Pięć dni póź­niej wpły­nęły do ujścia Mis­si­sipi, poko­nu­jąc piasz­czy­stą łachę u wej­ścia do głów­nego kanału rzeki.

Fox wysoko cenił pro­fe­sjo­na­lizm i pomy­sło­wość Por­tera, lecz uznał, że tak trudna ope­ra­cja wymaga dowódcy śmiel­szego, bar­dziej ener­gicz­nego i pew­niej­szego sie­bie. Po wni­kli­wej selek­cji jego wybór padł na kmdr. Davida G. Far­ra­guta, wete­rana dwóch poprzed­nich wojen z Wielką Bry­ta­nią i Mek­sy­kiem. O jego wybo­rze zde­cy­do­wała reko­men­da­cja Por­tera i dosko­nałe wra­że­nie, jakie wywarł na Foxie. "Poka­zał siłę cha­rak­teru, kla­rowne poczu­cie obo­wiązku i zde­cy­do­wany spo­sób jego wypeł­nia­nia" - oznaj­mił Fox po roz­mo­wie z Far­ra­gu­tem, w dniu 21 grud­nia 1861 r. w Waszyng­to­nie. Umie­jęt­no­ści dowódcy miała zwe­ry­fi­ko­wać dopiero wojna.

David Glas­gow Far­ra­gut był śmia­łym i doświad­czo­nym mary­na­rzem, mają­cym za sobą pięć­dzie­się­cio­let­nią służbę na morzu. Uro­dził się w 1801 r. w Ten­nes­see. We wcze­snej mło­do­ści został adop­to­wany przez kapi­tana Davida Por­tera. Pod­czas wojny 1812 r. uczył się mary­nar­skiego rze­mio­sła jako asy­stent nawi­ga­cyjny na dowo­dzo­nej przez niego fre­ga­cie USS "Essex". W 1823 r. słu­żył pod roz­ka­zami Por­tera w eska­drze, która zwal­czała pira­tów na Kara­ibach. W 1824 r. otrzy­mał pierw­sze dowódz­two. W pierw­szych mie­sią­cach wojny sece­syj­nej Far­ra­gut, uro­dzony na Połu­dniu i mający tam liczne konek­sje rodzinne, nie był darzony zaufa­niem i pozo­sta­wał bez przy­działu służ­bo­wego. Teraz miał popro­wa­dzić okręty prze­ciwko tej czę­ści kraju, w któ­rej się wycho­wał i z któ­rej pocho­dziła także jego żona.

23 grud­nia 1861 r. Far­ra­gut otrzy­mał sto­sowne roz­kazy, a 9 stycz­nia roku następ­nego dostał ofi­cjalną nomi­na­cję na dowódcę (ofi­cera fla­go­wego)5 eska­dry blo­ku­ją­cej zachod­nią część Zatoki Mek­sy­kań­skiej (Western Gulf Bloc­ka­ding Squ­adron). 20 stycz­nia Fox wydał mu ostatni roz­kaz: "Kiedy osią­gnie pan pełną goto­wość, pro­szę wziąć z blo­kady tyle okrę­tów, ile będzie można, udać się w górę Mis­si­sipi i zli­kwi­do­wać sta­no­wi­ska obronne, które strzegą podej­ścia do Nowego Orle­anu. Kiedy znaj­dzie się pan pod mia­stem, pro­szę je zająć pod groźbą dział swo­jej eska­dry (...)".

Roz­kaz Foxa wyraź­nie wska­zy­wał na koniecz­ność uprzed­niego znisz­cze­nia kon­fe­de­rac­kich for­tów. Uza­sad­niały to zapewne obawy Por­tera i ofi­ce­rów sztabu McC­lel­lana przed ewen­tu­al­nymi skut­kami pozo­sta­wie­nia ich na tyłach ata­ku­ją­cej floty. Far­ra­gut nie wie­rzył w sku­tecz­ność ostrzału moź­dzie­rzo­wego (oce­niał to na pod­sta­wie wła­snych doświad­czeń z walk o twier­dzę San Juan de Ulloa w Vera­cruz pod­czas wojny z Mek­sy­kiem), ale jako zdy­scy­pli­no­wany ofi­cer nie zamie­rzał opo­no­wać.

Na początku 1862 r. na wszyst­kich fron­tach wojny sece­syj­nej trwał bez­ruch. Znie­cier­pli­wiony kunk­ta­tor­stwem swych gene­ra­łów Lin­coln, bez żad­nej kon­sul­ta­cji, wydał w dniach 27 i 31 stycz­nia 1862 r. oddzia­łom lądo­wym oraz jed­nost­kom floty (sta­cjo­nu­ją­cym w rejo­nie Waszyng­tonu, w Ken­tucky, nad Mis­si­sipi, a także w Zatoce Mek­sy­kań­skiej), roz­kaz roz­po­czę­cia rów­no­cze­snych dzia­łań zaczep­nych prze­ciwko kon­fe­de­ra­tom. Wszyst­kie akcje miały się roz­po­cząć naj­póź­niej 22 lutego 1862 roku. Do współ­dzia­ła­nia z eska­drą Farr­ra­guta wysłano z fortu Mon­roe w Dela­ware pięt­na­sto­ty­sięczny kor­pus gen. Ben­ja­mina F. Butlera, który wylą­do­wał na wyspie Ship6.

2 lutego Far­ra­gut wypły­nął z portu Hamp­ton Roads na swoim okrę­cie fla­go­wym USS "Hart­ford" i po osiem­na­stu dniach żeglugi dobił do bazy na wyspie Ship. 21 lutego prze­jął dowódz­two eska­dry, któ­rej w rze­czy­wi­sto­ści jesz­cze nie było. Okręty przy­pły­wały jeden po dru­gim w ciągu kolej­nych dni i od razu były kie­ro­wane do głów­nego kanału przy wej­ściu do Mis­si­sipi. Pod koniec marca flota Far­ra­guta licząca sie­dem­na­ście jed­no­stek cze­kała u ujścia Mis­si­sipi, gotowa do natar­cia. W jej skład wcho­dziły: cztery duże, dwu­dzie­sto­dwu­dzia­łowe parowe slupy (sloop-of-war); "Hart­ford", "Bro­oklyn", "Pen­sa­cola" i "Rich­mond" - każdy o wypor­no­ści około 2000 ton; trzy mniej­sze slupy: "Iro­quis", "One­ida" i "Varuna" o wypor­no­ści około 1000 ton, ciężki bocz­no­ko­łowy paro­wiec "Mis­si­sipi" o wypor­no­ści 1700 ton; dzie­więć małych, czte­ro­dzia­ło­wych drew­nia­nych kano­nie­rek (gun-boats): "Cay­uga", "Ita­sca", "Katah­din", "Ken­ne­bec", "Kineo", "Pinola", "Sco­tia", "Winona", "Wis­sa­hic­kon". Łącz­nie eska­dra miała na pokła­dach 154 lufy armat­nie, w tym sto trzy­dzie­ści pięć dużych dział 32-fun­to­wych. Wkrótce przy­pły­nęło dzie­więt­na­ście szku­ne­rów Por­tera, z któ­rych każdy wypo­sa­żony był w trzy­na­sto­ca­lowy moź­dzierz i cztery działa. Na począ­tek flotę Unii cze­kały ryzy­kowne manewry, które miały umoż­li­wić prze­pro­wa­dze­nie okrę­tów przez piasz­czy­ste ławy w del­cie rzeki, gdzie poziom wody nie prze­kra­czał pię­ciu metrów. "Pen­sa­cola", ostatni z dużych okrę­tów Far­ra­guta, 7 kwiet­nia zna­lazł się na wodach Mis­si­sipi. Po nim wpły­nęła eska­dra Por­tera i trans­por­towce z oddzia­łami Butlera.

Oba kon­fe­de­rac­kie forty ulo­ko­wane były w zakolu rzeki, zwa­nym Pla­qu­emine Bend, około 20 mil od miej­sca, w któ­rym główny nurt Mis­si­sipi roz­dziela się na kilka odnóg odpro­wa­dza­ją­cych jej wody do Zatoki Mek­sy­kań­skiej. Rzeka pły­nąca poni­żej Nowego Orle­anu w kie­runku połu­dniowo-wschod­nim, zakręca w tym miej­scu na pół­nocny wschód i po nie­ca­łych dwu milach wraca do poprzed­niego kursu. Więk­szy fort Jack­son, w kształ­cie pię­cio­kąt­nej cegla­nej struk­tury, poło­żony był na pra­wym brzegu. Wspie­rała go bate­ria rzeczna wypo­sa­żona w pół tuzina cięż­kich dział. Mniej­szy fort St. Phi­lip leżał nieco poni­żej fortu Jack­son na lewym brzegu. Skła­dał się z fortu wła­ści­wego i dwóch bate­rii rzecz­nych, które kon­tro­lo­wały zarówno front, jak i cały odci­nek Mis­si­sipi do jej zakrętu. Załogi for­tów miały nie tylko moż­li­wość peł­nej obser­wa­cji rzeki, ale mogły się też nawza­jem uzu­peł­niać i wspie­rać ogniem. Łącz­nie kon­fe­de­raci dys­po­no­wali arty­le­rią liczącą sto dzie­więć dział, z czego ponad 90 można było użyć prze­ciwko prze­pły­wa­ją­cej flo­cie. Mniej niż połowę z nich sta­no­wiły sto­sun­kowo nowo­cze­sne działa trzy­dzi­sto­dwu­fun­towe, na resztę skła­dały się stare i zawodne działa 24-fun­towe.

Kon­fe­de­raci, ufni w potęgę Mis­si­sipi i swo­ich for­ty­fi­ka­cji, obser­wo­wali ze spo­ko­jem przy­go­to­wa­nia floty fede­ral­nej. Dwie kano­nierki Unii: "Ken­ne­bec" i "Wis­sa­hic­kon", patro­lu­jące rzekę w pobliżu for­tów, 28 marca natknęły się na nie­spo­dzie­waną prze­szkodę. Kon­fe­de­raci jesz­cze w końcu 1861 r. pod nad­zo­rem gen. Mar­tina L. Smi­tha, odpo­wie­dzial­nego za zewnętrzną linię obrony Nowego Orle­anu, prze­rzu­cili przez Mis­si­sipi, poni­żej for­tów, lecz w zasięgu ich ognia, barierę z wiel­kich pni cypry­so­wych. Połą­czyli je gru­bym łań­cu­chem zamo­co­wa­nym po obu stro­nach do zako­twi­czo­nych kadłu­bów okrę­to­wych. Sil­niej­szy niż zwy­kle prąd rzeki 10 marca 1862 r. zerwał prze­szkodę na sze­ro­ko­ści około jed­nej trze­ciej, ale wolną prze­strzeń szybko wypeł­niono kadłu­bami ośmiu sta­rych, cięż­kich stat­ków powią­za­nych ze sobą dodat­ko­wymi łań­cu­chami.

Dopiero kiedy Far­ra­gu­towi udało się wpro­wa­dzić wszyst­kie duże okręty do ujścia rzeki, kon­fe­de­raci zaczęli się przy­go­to­wy­wać do obrony, holu­jąc 20 kwiet­nia w dół Mis­si­sipi nie­wy­koń­czony pan­cer­nik "Louisiana" z zamon­to­wa­nym, lecz jesz­cze nie dzia­ła­ją­cym sil­ni­kiem. Miał on wzmoc­nić obronę na linii for­tów, lecz jego kapi­tan, nie mając moż­li­wo­ści manew­ro­wa­nia okrę­tem, odmó­wił zaję­cia wyzna­czo­nej pozy­cji koło fortu St. Phi­lip. Powy­żej for­tów czu­wała też flo­tylla (River Defense Fleet) czter­na­stu parow­ców kon­fe­de­rac­kich z jed­no­dzia­ło­wym pan­cer­ni­kiem CSS "Manas­sas" i żaglowo-paro­wym stat­kiem CSS "Gover­nor Moore" prze­ro­bio­nym na pły­wa­jący taran, dowo­dzona przez ofi­cera fla­go­wego Johna K. Mit­chella. Oprócz tego kon­fe­de­raci przy­go­to­wali pewną ilość tratw zapa­la­ją­cych, które można było puścić z bie­giem rzeki na pły­nące okręty Unii.

Far­ra­gut oso­bi­ście 5 kwiet­nia doko­nał na USS "Iro­quis" reko­ne­sansu terenu wokół obu for­tów. Kon­fe­de­raccy arty­le­rzy­ści otwo­rzyli ogień, lecz Far­ra­gut, który obser­wo­wał przed­pole z okrę­to­wego masztu, pozo­stał "spo­kojny i pogodny, niczym widz obser­wu­jący bitwę na niby".

W dniach 16 i 17 kwiet­nia okręty Unii zajęły pozy­cje w odle­gło­ści około pół­to­rej mili od for­tów. Naza­jutrz o godzi­nie 10.00 pierw­sze moź­dzie­rze Por­tera roz­po­częły ostrzał fortu Jack­son z osło­nię­tych pozy­cji za zako­lem Mis­si­sipi. Pro­wa­dzili go przez sześć kolej­nych dni. Załoga fortu nie prze­stra­szyła się i w hero­iczny spo­sób trwała na sta­no­wi­skach, odpo­wia­da­jąc "pięk­nym i sku­tecz­nym ogniem". Kon­fe­de­rac­kie działa 19 kwiet­nia zato­piły szku­ner "Maria J. Can­ton". Tak jak prze­wi­dy­wał Far­ra­gut, potężne moź­dzie­rze wystrze­li­wu­jące 2000 poci­sków dzien­nie nie uczy­niły więk­szej szkody for­ty­fi­ka­cjom. Gene­rał John­son K. Dun­can, dowódca kon­fe­de­rac­kich for­tów, 23 kwiet­nia napi­sał go gen. Lovella w Nowym Orle­anie: "Przez całą noc ciężki i cią­gły ostrzał, który na­dal trwa (...) Bóg na pewno ma nas pod swoją opieką. Jeste­śmy dobrej myśli i wie­rzymy w nasz osta­teczny suk­ces (...) Wro­go­wie muszą wkrótce wyczer­pać swoje siły, a jeśli nie, wytrzy­mamy tak długo, jak oni".

W tym cza­sie lżej­sze okręty Unii krą­żyły po rzece, kory­go­wały ogień i badały skutki ostrzału. Dwie kano­nierki: USS "Ita­sca" (dowódca kpt. mar. Char­les H. B. Cald­well) i USS "Pinola" (kpt. mar. Crosby) pod kie­run­kiem szefa sztabu Far­ra­guta kmdr. Henry'ego H. Bella, prze­pły­nęły 20 kwiet­nia w nocy obok for­tów z zada­niem znisz­cze­nia prze­cią­gnię­tego w poprzek rzeki łań­cu­cha. Kon­fe­de­raci przej­rzeli ten zamiar i otwo­rzyli ogień do obu okrę­tów, dążąc za wszelką cenę do oca­le­nia prze­szkody. "Pinola", wio­ząca na pokła­dzie minę elek­tryczną zawró­ciła, kiedy zawiódł mecha­nizm aku­mu­la­tora, ści­gana ogniem kon­fe­de­rac­kich dział, wpa­dła na brzeg. Pod osłoną moź­dzie­rzy Por­tera załoga zdo­łała ścią­gnąć okręt na wodę i unik­nąć nie­woli. W tym cza­sie "Ita­sca" przedarła się do prze­szkody i po stra­no­wa­niu czę­ści łań­cu­cha, szczę­śli­wie umknęła pod osłoną ciem­no­ści. Gen. Dun­can skar­żył się potem, że flota Mit­chella nie wypu­ściła pło­ną­cych tratw, "żeby oświe­tlić rzekę i zdez­o­rien­to­wać wroga w nocy" a także nie wysta­wiła na straży poni­żej prze­szkody żad­nej jed­nostki, która ostrze­głaby załogi for­tów przed wypa­dem nie­przy­ja­ciel­skich kano­nie­rek. Ten brak współ­dzia­ła­nia miał się oka­zać bar­dzo kosz­towny dla Kon­fe­de­ra­cji.

Tego samego dnia Far­ra­gut, widząc nie­sku­tecz­ność ostrzału i top­nie­jące zapasy poci­sków moź­dzie­rzo­wych, posta­no­wił zre­ali­zo­wać wła­sny plan, który od początku uwa­żał za konieczny. Plan Far­ra­guta zakła­dał, że jego okręty prze­płyną pod osłoną armat obok wciąż groź­nych for­tów i połą­czą się w górze rzeki z oddzia­łami Butlera, prze­rzu­co­nymi tam z Zatoki Mek­sy­kań­skiej poprzez sieć bagni­stych zale­wisk (bay­ous) Mis­si­sipi. Silny prąd rzeki, który unie­moż­li­wiał okrę­tom manew­ro­wa­nie, opóź­nił roz­po­czę­cie akcji o kilka dni. W końcu jed­nak wiatr od morza osła­bił pęd wody i okręty Unii mogły wyru­szyć w górę Mis­si­sipi.

Począt­kowo Far­ra­gut zamie­rzał pły­nąć dwiema rów­no­le­głymi kolum­nami, co miało zapew­nić mniej­szym jed­nost­kom osłonę dział więk­szych okrę­tów i zmniej­szyć groźbę pogu­bie­nia się w fer­wo­rze noc­nej walki. Tuż przed akcją zmie­nił zamiar w oba­wie, że koniecz­ność manew­ro­wa­nia przy przej­ściu przez wąską wyrwę w prze­szko­dzie grozi koli­zją i w kon­se­kwen­cji może unie­moż­li­wić całą ope­ra­cję.

Okręty Far­ra­guta podzie­lone na trzy zespoły ruszyły w górę rzeki 24 kwiet­nia o godzi­nie dru­giej trzy­dzie­ści w nocy. Około godziny trze­ciej, gdy wyda­wało się, że pro­wa­dząca pierw­szą grupę kano­nierka USS "Cay­uga" z zastępcą Far­ra­guta, kmdr. The­odo­ru­sem Baileyem na pokła­dzie, prze­pły­nie nie­zau­wa­żona, 90 kon­fe­de­rac­kich dział otwo­rzyło ogień. Czo­łowe okręty Unii odpo­wie­działy ze wszyst­kich luf. Do walki włą­czyły się także moź­dzie­rze Por­tera, zasy­pu­jąc bate­rie kon­fe­de­ra­tów gra­dem poci­sków tak gęstym, że jed­no­cze­śnie w powie­trzu znaj­do­wały się dwa gra­naty. Gdy okręty pierw­szej grupy zna­la­zły się poza zasię­giem wroga, na pro­wa­dzą­cej kano­nierce doli­czono się 42 tra­fień. Dwa­dzie­ścia minut po pierw­szych strza­łach prze­pły­nęła główna grupa pro­wa­dzona przez fla­gowy "Hart­ford". Idące w straży tyl­nej cztery kano­nierki: "Ita­sca", "Ken­ne­bec", "Pinola" i "Winona", mocno spóź­nione i ośle­pione dymem, nie zdo­łały się prze­drzeć. Jedna z nich, "Pinola", zato­nęła. Dowódcy pozo­sta­łych kazali zało­gom poło­żyć się na pokła­dach i pozwo­lili okrę­tom spły­nąć w dół rzeki.

Z sie­dem­na­stu okrę­tów Far­ra­guta forty minęło trzy­na­ście. Wkrótce cze­kała je kolejna próba. Do noc­nej bitwy przy­łą­czyła się kon­fe­de­racka flo­tylla sta­cjo­nu­jąca powy­żej for­tów. W kie­runku jed­no­stek Unii wypchnięto pło­nące tra­twy, od któ­rych omal nie spło­nął "Hart­ford", unie­ru­cho­miony sil­nym prą­dem rzeki nie­da­leko fortu St. Phi­lip. W sumie w bitwie toczą­cej się na prze­strzeni dwu mil wzięło udział ponad dwie­ście dział. "Wyda­wało się, że to arty­le­ria nie­bios strzela na ziemi" - zano­to­wał Far­ra­gut, który obser­wo­wał walkę z bocia­niego gniazda na masz­cie "Hart­forda".

Bitwa trwała dwie godziny. Obie strony wyka­zały w niej wiel­kie umie­jęt­no­ści i odwagę. Jeden z okrę­tów Far­ra­guta - USS "Varuna", ruszył samot­nie w pogoń za kutrem, który wiózł gen. Lovella, ucho­dzą­cego z fortu Jack­son i został zato­piony ude­rze­niami tarana przez kon­fe­de­rac­kie parowce "Gover­nor Moore" i "Gene­ral Jack­son". Chwilę potem "Varunę" pomściła "One­ida", która poważ­nie uszko­dziła obie kon­fe­de­rac­kie jed­nostki i zmu­siła je do wyrzu­ce­nia się na brzeg. W końcu okrę­tom Unii udało się znisz­czyć nie­mal w cało­ści rzeczną flo­tyllę Kon­fe­de­ra­cji. Zato­piono dwa­na­ście jed­no­stek, pozo­stałe dwie zdo­byto. Kon­fe­de­raci stra­cili też wielu mary­na­rzy. Na samym CSS "Gover­nor Moore" pole­gło 57 człon­ków załogi (wię­cej niż na jakim­kol­wiek innym kon­fe­de­rac­kim okrę­cie pod­czas całej wojny), a sie­dem­na­stu odnio­sło rany. "Znisz­cze­nie floty pod Nowym Orle­anem było smut­nym, smut­nym cio­sem (...)" - napi­sał Ste­phen R. Mal­lory, sekre­tarz mary­narki Kon­fe­de­ra­cji.

Po minię­ciu głów­nej linii obrony kon­fe­de­ra­tów Far­ra­gut dotarł do plan­ta­cji Quaran­tine, (sześć mil powy­żej for­tów), jed­nego z nie­wielu miejsc, gdzie można było zna­leźć odpo­wied­nie warunki do wyła­dunku woj­ska. Roz­bił pułk luizjań­skiej mili­cji Chal­mette płk. Igna­cego Szy­mań­skiego7 osła­nia­jący przy­stań i zacu­mo­wał przy brzegu, zarzą­dza­jąc cało­dniowy odpo­czy­nek. Ruszył dalej 25 kwiet­nia rano, pozo­sta­wia­jąc w Quaran­tine dwie kano­nierki dla osłony wezwa­nych oddzia­łów Butlera, który obser­wo­wał walkę floty z trans­por­towca w dole rzeki. Pospie­szył on do swo­ich wojsk zgru­po­wa­nych na wyspie Sable, dwa­na­ście mil na tyłach fortu St. Phi­lip, a także prze­trans­por­to­wał je poprzez zale­wi­ska do miej­sca, gdzie cze­kały na niego kano­nierki Far­ra­guta.

Wie­ści o klę­sce szybko dotarły do Nowego Orle­anu. Gen. Lovell miał tylko 4000 ludzi i nie widział szans na sku­teczną obronę. Wolał się wyco­fać, niż nara­zić mia­sto na ostrzał i znisz­cze­nie. Już wcze­śniej zresztą wysłał w górę rzeki naj­lep­sze trans­por­towce i ewa­ku­ował sprzęt i zapasy żyw­no­ści dla woj­ska koleją do Jack­son w Mis­sis­sippi. Po szczę­śli­wej ucieczce z fortu Jack­son nie cze­kał na poja­wie­nie się okrę­tów Far­ra­guta i wymknął się chył­kiem z Nowego Orle­anu. Tylko dwa nie­wiel­kie sta­no­wi­ska obronne, znane jako bate­rie McGhee i Chal­mette (ulo­ko­wane na daw­nym polu bitwy, którą gen. Andrew Jack­son sto­czył z Bry­tyj­czy­kami 8 stycz­nia 1815 r.), wypo­sa­żone odpo­wied­nio w pięć i dzie­więć dział, otwo­rzyły ogień. Kon­fe­de­raci zro­bili to bar­dziej dla zacho­wa­nia honoru. Po kilku minu­tach porzu­cili działa i ucie­kli pod ogniem okrę­tów Far­ra­guta.

W opusz­czo­nym przez woj­sko mie­ście wybu­chły roz­ru­chy. Zbun­to­wany tłum cywi­lów pod­pa­lił port przed przy­by­ciem floty fede­ral­nej. Okręty Far­ra­guta dotarły do Nowego Orle­anu 25 kwiet­nia około godziny trzy­na­stej. Nabrzeże mia­sta na prze­strzeni pię­ciu mil przed­sta­wiało żało­sny widok. Statki, parowce, bele bawełny, składy towa­rów, wszystko pło­nęło jed­nym ogniem, tak że lądu­jące oddziały musiały wyka­zać dużo ostroż­no­ści i pomy­sło­wo­ści, aby unik­nąć pożogi. Cho­ciaż rada miej­ska Nowego Orle­anu oświad­czyła, że mia­sto nie będzie sta­wiało oporu flo­cie Unii, bur­mistrz John T. Mon­roe odmó­wił opusz­cze­nia flagi i pod­pi­sa­nia kapi­tu­la­cji, zaś tłum zaata­ko­wał scho­dzą­cych z pokła­dów par­la­men­ta­riu­szy Unii. Far­ra­gut nie miał dosta­tecz­nej liczby ludzi, żeby obsa­dzić mia­sto, dla­tego przez kolejne trzy dni Nowy Orlean pozo­sta­wał na łasce sza­le­ją­cych tłu­mów. W końcu kmdr Bailey z 250 żoł­nie­rzami pie­choty mor­skiej i dwoma dzia­łami zdję­tymi z "Hart­forda" zajął główne budynki w mie­ście oraz przy­wró­cił porzą­dek. Nowy Orlean, naj­więk­szy port i główne cen­trum finan­sowe Połu­dnia, zna­lazł się pod oku­pa­cją Unii. Gen. Robert E. Lee z kwa­tery głów­nej w Rich­mond w piśmie do Lovella, dato­wa­nym 8 maja, napi­sał: "Utrata mia­sta jest dla nas poważ­nym cio­sem (...) ale jeste­śmy prze­ko­nani, że z takimi środ­kami obron­nymi, jakie były do dys­po­zy­cji, zro­bił pan wszystko, co w pań­skiej mocy"8.

W dniu 28 kwiet­nia, w tym samym dniu, kiedy Far­ra­gut wziął Nowy Orlean, w rezul­ta­cie buntu załogi gen. Dun­can pod­dał Por­te­rowi odcięte od zaple­cza forty Jack­son i St. Phi­lip. Kon­fe­de­rac­kie for­ty­fi­ka­cje wciąż pre­zen­to­wały wielką siłę (krwawe straty załogi nie prze­kro­czyły 50 ludzi) i dys­po­no­wały zapa­sami żyw­no­ści na dwa mie­siące, jed­nak zde­mo­ra­li­zo­wany gar­ni­zon nie widział sensu dal­szej walki. Klę­skę Połu­dnia powięk­szała utrata obu pan­cer­ni­ków. "Manas­sas" został porzu­cony i wysa­dzony w powie­trze, aby nie dostał się w ręce wroga, zaś "Louisiana" zato­nęła pod­czas nie­uda­nej próby zwią­za­nia walką flo­tylli Por­tera pod for­tem Jack­son. Zwo­do­wany 19 kwiet­nia pod Nowym Orle­anem trzeci pan­cer­nik "Mis­si­sipi" (okre­ślany przez ofi­ce­rów Kon­fe­de­ra­cji jako "naj­wspa­nial­szy okręt wojenny, jaki kie­dy­kol­wiek został zbu­do­wany"), w któ­rym kon­fe­de­raci pokła­dali tak wiele nadziei, został pod­pa­lony 25 kwiet­nia i bez­sil­nie dry­fu­jąc, spły­nął w dół rzeki. Jego żało­sny koniec był aż nadto widocz­nym sym­bo­lem zwy­cię­stwa Unii o pano­wa­nie nad ujściem "Ojca wód", któ­rego imię nosił.

Zdo­by­cie Nowego Orle­anu kosz­to­wało flotę Far­ra­guta tylko dwa okręty oraz 30 zabi­tych i 135 ran­nych9. Angiel­ski poli­tyk - wiceh­ra­bia G. I. Wol­se­ley, napi­sał póź­niej: "Suk­ces admi­rała Far­ra­guta został odnie­siony głów­nie dzięki moral­nemu efek­towi, który był skut­kiem śmia­łego minię­cia for­tów prze­ciw­nika (...) Forty te ni­gdy nie zostały znisz­czone i wydaje się, że ponio­sły nie­wielki uszczer­bek". Wol­sley tylko czę­ściowo miał rację. Zwy­cię­stwo Far­ra­guta miało nie tylko wymiar moralny, ale i fizyczny.

Utrata Nowego Orle­anu, naj­więk­szego i naj­bo­gat­szego portu mor­skiego Połu­dnia, była ogrom­nym wstrzą­sem dla Kon­fe­de­ra­cji. Upa­dek mia­sta i szybka kapi­tu­la­cja for­tów: Jack­son i St. Phi­lip, to odda­nie całej delty Mis­si­sipi we wła­da­nie Unii. Fede­ralne siły zbrojne uzy­skały w ten spo­sób mocną pod­stawę do następ­nych eks­pe­dy­cji kie­ro­wa­nych w górę rzeki, któ­rych celem było nawią­za­nie współ­dzia­ła­nia z siłami Unii, które nacie­rały od pół­nocy.

Kiedy armada Far­ra­guta pły­nęła w kie­runku Nowego Orle­anu, na pół­nocy także trwała wojna rzeczna. Obie strony przy­spie­szyły budowę pan­cer­ni­ków i kano­nie­rek. Wiele jed­no­stek zbu­do­wano od zera, wiele wcią­gnięto do służby, prze­bu­do­wu­jąc promy, parowce trans­por­towe i inne statki na okręty wojenne. Kon­fe­de­raci nie mieli szans na zbu­do­wa­nie wystar­cza­jąco sil­nej floty (w ich posia­da­niu zna­la­zły się tylko dwie stocz­nie, z któ­rych żadna nie nada­wała się do budowy dużych okrę­tów), sta­rali się więc nad­ra­biać braki pomy­sło­wo­ścią. W prze­ci­wień­stwie do Unii, która opie­rała siłę swej floty rzecz­nej na mocno uzbro­jo­nych i opan­ce­rzo­nych okrę­tach (ironc­lads), Kon­fe­de­ra­cja posta­wiła na tarany (rams), podobne do tych, jakich uży­wano w sta­ro­żyt­no­ści. Wkrótce i Unia miała kilka okrę­tów wypo­sa­żo­nych w tarany, sta­no­wiące połą­cze­nie dzie­więt­na­sto­wiecz­nej tech­niki paro­wej ze sta­ro­żytną tech­niką prze­bi­ja­nia okrętu prze­ciw­nika poni­żej powierzchni wody. Zostały one skon­stru­owane przez zdol­nego inży­niera z Pen­syl­wa­nii - płk. Char­lesa Elleta, młod­szego. Dzie­więć jed­no­stek tego typu: "Queen of the West", "Monarch", "Sam­son", "Lio­ness", "Swit­zer­land", "Lan­ca­ster" "Minao", "T.D. Hor­ner" i "Dick Ful­ton", two­rzyło nie­za­leżną for­ma­cję rzeczną pod­po­rząd­ko­waną Mini­ster­stwu Wojny (Depart­ment of War), a dowo­dzoną przez Elleta i obsłu­gi­waną przez człon­ków jego rodziny (byli wśród nich młod­szy brat Elleta - Alfred oraz syn - Char­les River).

Dla dzia­łań w gór­nej czę­ści doliny Mis­si­sipi zasad­ni­cze zna­cze­nie miała współ­praca pomię­dzy dowód­cami sił lądo­wych i dowód­cami flo­tylli ope­ru­ją­cej w górze rzeki (Mis­sis­sippi lub The Western Flo­tilla). W sierp­niu 1861 r. roz­kaz obrony gór­nego biegu Mis­si­sipi otrzy­mał ofi­cer fla­gowy Andrew H. Foote (1806-1863), który nad­zo­ro­wał uzbro­je­nie flo­tylli rzecz­nej. Skła­dała się ona z trzech drew­nia­nych parow­ców prze­ro­bio­nych na kano­nierki ("Cone­stoga", "Lexing­ton", "Tyler"), sied­miu nowo wybu­do­wa­nych pan­cer­ni­ków "klasy miast" ("St. Louis", "Caron­de­let", "Cin­cin­nati", "Louisville", "Mound City", "Cairo" i "Pit­ts­burg") oraz kilku innych małych jed­no­stek o nie­peł­nym uzbro­je­niu10. Flo­tyllę Zachod­nią uzu­peł­niały dwa duże statki zaku­pione przez rząd i prze­ro­bione na cięż­kie pan­cer­niki ("Ben­ton" i "Essex"), każdy o wypor­no­ści ponad 1000 ton, oraz 30 barek z moź­dzie­rzami na pokła­dach (mor­tar-boats).

W lutym 1862 r. Foote uczest­ni­czył ze swą flo­tyllą w zdo­by­ciu kon­fe­de­rac­kich for­tów, które bro­niły wej­ścia do rzek Ten­nes­see i Cum­ber­land. W kwiet­niu w węzło­wym rejo­nie Mis­si­sipi połą­czone siły armii i floty (tzw. eks­pe­dy­cja Cairo) zdo­były sil­nie umoc­nioną Wyspę nr 10. Póź­niej jed­nak Flo­tylla Mis­si­sipi (jej dowódcą na sta­no­wi­sku po ran­nym Foote­cie został w maju ofi­cer fla­gowy Char­les H. Davis) utknęła przed for­tem Pil­low, jed­nej z ostat­nich pozy­cji obron­nych Połu­dnia na dro­dze do Mem­phis, czter­dzie­ści mil na pół­noc od mia­sta. W dniu 10 maja uzbro­jone w tarany parowce kon­fe­de­ra­tów11 uszko­dziły opan­ce­rzone okręty Unii, spły­wa­jące w dół rzeki przy Plum Point Bend, koło fortu Pil­low (poważ­nie uszko­dzone zostały wów­czas "Cin­cin­nati" i "Mound City"). Dopiero w końcu maja, kiedy woj­ska fede­ralne opa­no­wały pół­nocno-wschod­nią część Ten­nes­see i zmu­siły kon­fe­de­ra­tów do ewa­ku­owa­nia fortu Pil­low (4 czerwca), flo­tylla Davisa otwo­rzyła sobie drogę do Mem­phis.

6 czerwca okręty Unii ("Ben­ton", "Cairo", "Caron­de­let", "Louisville" i "St. Louis") wraz z dwoma tara­nami Elleta ("Monarch" i "Queen of the West") przy­pły­nęły do mia­sta, gdzie sta­wiła im opór nie­wielka flota Kon­fe­de­ra­cji ("Gene­ral Beau­re­gard", "Gene­ral Bragg", "Gene­ral Price", "Gene­ral Van Dorn", "Gene­ral Thomp­son", "Gene­ral Lovell", "Sum­ter" i "Lit­tle Rebel"), dowo­dzona przez kmdr. Jamesa E. Mont­go­mery'ego. Wywią­zała się zacięta bitwa, zakoń­czona zde­cy­do­wa­nym zwy­cię­stwem floty fede­ral­nej. Mont­go­mery stra­cił sie­dem z ośmiu okrę­tów (oca­lał tylko CSS "Gene­ral Van Dorn") i około 180 ludzi. Jedyną ofiarą po stro­nie Unii był - jak na iro­nię - płk Char­les Ellet, który zmarł po bitwie w wyniku zaka­że­nia nogi zra­nio­nej kulą z pisto­letu.

Zwy­cię­stwo pod Mem­phis pozwo­liło Pół­nocy prze­jąć naj­waż­niej­sze cen­trum han­dlowe i prze­my­słowe w zachod­nim Ten­nes­see wraz ze wszyst­kimi zgro­ma­dzo­nymi tam zapa­sami, mate­ria­łami wojen­nymi i flotą parow­ców, któ­rych kon­fe­de­raci nie zdą­żyli na czas ewa­ku­ować. Zwy­cię­stwo Davisa otwo­rzyło dla żeglugi Unii kolejny odci­nek Mis­si­sipi i zapew­niło jej pano­wa­nie w gór­nym biegu rzeki. Vicks­burg stał się zatem głów­nym punk­tem łączą­cym stany Kon­fe­de­ra­cji leżące po zachod­niej stro­nie Mis­si­sipi z resztą Połu­dnia. Zyskaw­szy bazę w Mem­phis, dowódcy Unii zwró­cili wzrok na Vicks­burg, który stał się teraz naj­bar­dziej wła­ści­wym celem woj­sko­wym Pół­nocy. Wkrótce roz­po­czął się wyścig mię­dzy flo­tami Davisa i Far­ra­guta o to, kto pierw­szy zmusi do pod­da­nia naj­po­tęż­niej­szy bastion Połu­dnia nad Mis­si­sipi.

Roz­kaz Depar­ta­mentu Mary­narki z 20 stycz­nia naglił Far­ra­guta do natych­mia­sto­wego wyru­sze­nia w górę rzeki, jak tylko Nowy Orlean zosta­nie zdo­byty.

Nadawca dono­sił: "Jeśli eks­pe­dy­cja Mis­si­sipi z Cairo nie spły­nie w dół rzeki, sko­rzy­sta pan z paniki w sze­re­gach wroga i wyśle odpo­wied­nie siły w górę rzeki, aby zająć wszyst­kie pozy­cje obronne na jego tyłach".

Kiedy Nowy Orlean padł, Flo­tylla Mis­si­sipi tkwiła wciąż przed for­tem Pil­low. W tej sytu­acji Far­ra­gut prze­ka­zał 1 maja dowódz­two wojsk oku­pa­cyj­nych w Nowym Orle­anie ener­gicz­nemu i suro­wemu gen. Butle­rowi (jego rządy twar­dej ręki trwały do 16 grud­nia 1862 r., kiedy został zastą­piony przez gen. Natha­niela P. Banksa), a następ­nie wal­cząc z prą­dem rzeki oraz wła­snymi trud­no­ściami, ruszył na pół­noc. Zwia­dow­czy "Iro­quis" z kmdr. Jame­sem Espal­me­rem na pokła­dzie dopły­nął 7 maja do bez­bron­nego Baton Rouge. Wkrótce do Baton Rouge dotarły pozo­stałe okręty Far­ra­guta. Cały woj­skowy per­so­nel mia­sta, z guber­na­to­rem Tho­ma­sem O. Moore'em i wielu miesz­kań­ców ucie­kło, odda­jąc unio­ni­stom sto­licę Luizjany bez jed­nego wystrzału. Far­ra­gut obsa­dził mia­sto załogą z oddzia­łów gen. Tho­masa Wil­liamsa, wyzna­czo­nych przez Butlera do pomocy w ataku na Vicks­burg. Potem ruszył dalej. Cze­kała go teraz trzy­stu­mi­lowa żegluga długą, wąską i pokrę­coną rzeką, nad którą w wielu miej­scach pano­wały kon­fe­de­rac­kie bate­rie.

"Jak się oka­zało - pisał Far­ra­gut w póź­niej­szym rapor­cie do prze­ło­żo­nych - nie­bez­pie­czeń­stwa i trud­no­ści, jakie napo­tka­li­śmy na rzece, po raz pierw­szy, odkąd się na niej zna­leź­li­śmy, poważ­nie wpły­nęły na tempo naszego poru­sza­nia się i oka­zały się bar­dziej nisz­czy­ciel­skie dla naszych okrę­tów niż ogień wroga. Z powodu zuży­cia sil­ni­ków i nie­do­stat­ków węgla ruch w górę rzeki jest poważ­nie opóź­niony".

Zli­kwi­do­wa­nie punk­tów oporu kon­fe­de­ra­tów nad Mis­si­sipi, o któ­rych mówiły roz­kazy z Waszyng­tonu, wyma­gało nie tylko udziału floty, ale także odpo­wied­niej liczby woj­ska do obsa­dze­nia zdo­by­tych pozy­cji. Ogra­ni­czony liczeb­nie kor­pus Butlera wystar­czał do zaję­cia for­tów w dole rzeki i oku­pa­cji Nowego Orle­anu oraz Baton Rouge, był jed­nak za słaby, żeby opa­no­wać ufor­ty­fi­ko­wane pozy­cje w gór­nym biegu rzeki i utrzy­mać linie komu­ni­ka­cyjne czte­ro­krot­nie dłuż­sze od tych, które łączyły ujście Mis­si­sipi z Nowym Orle­anem. Powy­żej Nowego Orle­anu nisko poło­żone koryto rzeki pod­nosi się i roz­sze­rza na zachód, aż do ujścia Red River, lecz przy wschod­nim brzegu zwęża się już 150 mil od mia­sta. W odle­gło­ści około 250 mil od Vicks­burga wschodni brzeg rzeki prze­cho­dzi w nie­re­gu­larną linię wzgórz, domi­nu­ją­cych nad lustrem wody. Pozy­cji obron­nych usy­tu­owa­nych w takim tere­nie nie można było zdo­być przy uży­ciu samej floty, zwłasz­cza że sze­ro­kie zaple­cze czy­niło je mniej odpor­nymi na odcię­cie, tak jak to miało miej­sce w przy­padku for­tów Jack­son i St. Phi­lip. Ze wzgórz nad rzeką kon­fe­de­raci kon­tro­lo­wali znaczny odci­nek Mis­si­sipi i utrzy­my­wali żywotną komu­ni­ka­cję z Tek­sa­sem oraz regio­nem w dorze­czu Red River. Zamiar opa­no­wa­nia ich siłami floty z góry ska­zany był na nie­po­wo­dze­nie, nawet jeśli upa­dek Nowego Orle­anu wstrzą­snął Połu­dniem i wywo­łał roz­pacz Kon­fe­de­ra­cji.

Oko­licz­no­ści tych Far­ra­gut był w pełni świa­domy, kiedy podej­mo­wał wyprawę w górę Mis­si­sipi. Nie zamie­rzał kwe­stio­no­wać pole­ceń prze­ło­żo­nych, ale pry­wat­nie dawał wyraz swo­jemu nie­za­do­wo­le­niu z błęd­nej oceny sytu­acji (doko­nał jej Depar­ta­ment Mary­narki) i nie­do­sta­tecz­nych sił, prze­zna­czo­nych do ope­ra­cji w górze rzeki. Iry­to­wało go, że kie­row­nic­two mary­narki w Waszyng­to­nie żądało od niego połą­cze­nia się z Flo­tyllą Mis­si­sipi (znaj­do­wała się pra­wie dzie­więć­set mil od ujścia rzeki), tylko z powodu zgod­no­ści z pla­nami dowódz­twa, bez pozo­sta­wie­nia mu w tej spra­wie swo­body decy­zji. "Chcemy wie­dzieć - pisał Fox w kolej­nym liście do Far­ra­guta - czy postą­pił pan zgod­nie z instruk­cjami i wysłał odpo­wied­nie siły w górę rzeki na spo­tka­nie z flo­tyllą zachod­nią".

"Ludziom w Depar­ta­men­cie wydaje się - repli­ko­wał Far­ra­gut - że moja flota nie ponio­sła żad­nego uszczerbku i że po przy­by­ciu do Nowego Orle­anu była w sta­nie od razu popły­nąć w górę rzeki (...). Pra­wie wszyst­kie kano­nierki są tak uszko­dzone, że nie mają szans na kon­fron­ta­cję z opan­ce­rzo­nymi tara­nami pły­ną­cymi z prą­dem w dół rzeki (...). Przy­by­łem do Nowego Orle­anu, mając w zapa­sie żyw­ność na pięć lub sześć dni i tylko jedną zapa­sową kotwicę. Jak tylko uzu­peł­nię zapasy i zdo­będę kotwice wyru­szymy w górę rzeki i spró­bu­jemy, na ile to będzie w prak­tyce moż­liwe, wypeł­nić dotych­czas otrzy­mane roz­kazy".

W dniach 12-13 maja flota Far­ra­guta zmu­siła do kapi­tu­la­cji Natchez, ważny port w pobliżu ujścia Red River. Pierw­sza grupa kano­nie­rek dowo­dzona przez kmdr. S. P. Lee dotarła 18 maja do Vicks­burga. Lee od razu zorien­to­wał się, że poło­że­nie Vicks­burga i siła gar­ni­zonu, któ­rym dowo­dził gen. Mar­tin Smith (ten sam, który był odpo­wie­dzialny za przy­go­to­wa­nie zewnętrz­nego pasa obrony Nowego Orle­anu) sta­no­wią zbyt wiel­kie ryzyko, aby zdo­by­wać mia­sto z mar­szu lub decy­do­wać się na prze­pły­nię­cie obok niego. Far­ra­gut mógł się o tym prze­ko­nać oso­bi­ście 23 maja, kiedy do Vicks­burga dopły­nęły pozo­stałe okręty jego flo­tylli. Wkrótce po nich na miej­sce dotarły trans­por­towce wio­zące 1500 żoł­nie­rzy gen. Wil­liamsa.

Vicks­burg zbu­do­wany został na wyso­kim cyplu nad zakrę­tem Mis­si­sipi. Leży w miej­scu sta­rego fran­cu­skiego fortu z początku XVIII w., strze­gą­cego prze­cię­cia waż­nych szla­ków komu­ni­ka­cyj­nych, jakimi były rzeka Mis­si­sipi oraz droga pro­wa­dząca ze wschod­niego Tek­sasu i Luizjany na głę­bo­kie połu­dnie Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Po prze­ję­ciu Luizjany od Fran­cji, Hisz­pa­nie wybu­do­wali tu w 1791 r. fort Noga­les. Ame­ry­ka­nie wzięli w posia­da­nie oko­liczne tereny w 1798 roku. W 1814 r. pastor Kościoła meto­dy­stów Newitt Vick zało­żył tu misję, wokół któ­rej z cza­sem powstało mia­sto nazwane od jego nazwi­ska "Vick's Burgh" ("Mia­sto Vicka"). Stra­te­giczne poło­że­nie Vicks­burga wyni­kało z faktu, że znaj­do­wał się on przy ostrym zakolu Mis­si­sipi na wyso­kiej, nad­rzecz­nej skar­pie, wzno­szą­cej się miej­scami na wyso­kość 250 stóp (około 80 metrów). W 1862 r. Vicks­burg sta­no­wił bazę kon­fe­de­ra­tów i strzegł waż­nej linii kole­jo­wej bie­gną­cej ze Shre­ve­port w Luizja­nie do sto­licy stanu Mis­si­sippi Jack­son. Linia ta sta­no­wiła główną trasę dostaw uzbro­je­nia i zaopa­trze­nia dla armii Połu­dnia z zachod­nich sta­nów Kon­fe­de­ra­cji, Arkan­sas, Tek­sasu, Luizjany oraz por­tów w Mek­syku, dokąd docie­rała znaczna część zagra­nicz­nych dostaw woj­sko­wych z powodu blo­kady mor­skiej Połu­dnia. Ze względu na swoje obronne poło­że­nie i stra­te­giczne zna­cze­nie dla Połu­dnia, Vicks­burg nazy­wany był czę­sto "Gibral­ta­rem Kon­fe­de­ra­cji" (Gibral­tar of Con­fe­de­racy).

Potęż­nie umoc­nione i poło­żone w ide­al­nym do obrony miej­scu mia­sto nie prze­stra­szyło się zdo­bywcy Nowego Orle­anu. Far­ra­gut wysy­ła­jąc taką samą pro­po­zy­cję kapi­tu­la­cji, jaką wcze­śniej zło­żył innym mija­nym po dro­dze mia­stom nad Mis­si­sipi, prze­czy­tał w odpo­wie­dzi: "Miesz­kańcy stanu Mis­sis­sippi nie wie­dzą i nie chcą wie­dzieć, jak się kapi­tu­luje przed nie­przy­ja­cie­lem. Jeśli komo­dor Far­ra­gut i gene­rał Butler chcą ich tego nauczyć, niech przyjdą i spró­bują to zro­bić". Po takim powi­ta­niu 26 maja okręty Far­ra­guta ostrze­lały kon­fe­de­rac­kie pozy­cje wznie­sione poni­żej mia­sta w Grand Gulf, a póź­niej roz­po­częły kil­ku­dniowy ostrzał samego Vicks­burga. Ostrzał ten oka­zał się cał­kiem bez­owocny, gdyż arty­le­rzy­ści nie mogli nawet dokład­nie wyce­lo­wać dział w kon­fe­de­rac­kie bate­rie na wyso­kiej skar­pie brze­go­wej. Na prośbę Far­ra­guta gen. Wil­liams prze­pro­wa­dził reko­ne­sans w rejo­nie mia­sta, któ­rego wyniki przed­sta­wił na nara­dzie dowód­ców. Z raportu wyni­kało, że Wil­liams uważa lądo­wa­nie pod Vicks­bur­giem za nie­moż­liwe i nie widzi szans na pod­ję­cie jakich­kol­wiek dzia­łań w obli­czu tak sil­nego prze­ciw­nika (kon­fe­de­raci mogli w ciągu kilku godzin prze­rzu­cić dodat­kowo 30 000 ludzi trans­por­tem kole­jo­wym z Jack­son), zaj­mu­ją­cego na doda­tek domi­nu­jącą pozy­cję nad rzeką. Więk­szość dowód­ców zgo­dziła się z jego opi­nią.

"Nie prze­pły­ną­łem obok Vicks­burga - napi­sał Far­ra­gut w liście do domu - nie dla­tego, że był zbyt sil­nie ufor­ty­fi­ko­wany, i nie dla­tego, że nie mógł­bym tego z łatwo­ścią zro­bić, ale dla­tego, że zosta­li­by­śmy odcięci od zapa­sów węgla i żyw­no­ści. Zna­leź­li­by­śmy się pomię­dzy dwoma wro­gami (Vicks­bur­giem i Mem­phis), więc moi kapi­ta­no­wie odra­dzili mi takie roz­wią­za­nie. Byłem wtedy bar­dzo chory i ustą­pi­łem wobec ich rady, którą uwa­żam za słuszną. Wąt­pię jed­nak, czy pod­jął­bym taką decy­zję, gdy­bym był zdrowy".

Dodat­ko­wym powo­dem, dla któ­rego Far­ra­gut posta­no­wił wyco­fać się spod Vicks­burga był fakt, że oddziały Wil­liamsa miały tylko kil­ku­dniowe racje żyw­no­ści, dla­tego flota musiała oddać im część swo­ich zapa­sów. To, co zostało, wystar­czyło tylko na dopro­wa­dze­nie okrę­tów z powro­tem do Nowego Orle­anu. Far­ra­guta nie­po­ko­iły także opa­da­jące wody Mis­si­sipi. Oba­wiał się on ponadto o bez­pie­czeń­stwo pły­ną­cych bez eskorty stat­ków z węglem, znaj­du­ją­cych się w oko­li­cach Natchez (sto mil od Vicks­burga). Były one nara­żone na ataki nie­re­gu­lar­nych oddzia­łów Połu­dnia, ope­ru­ją­cych nie­mal na całej dłu­go­ści wyso­kiego, wschod­niego brzegu Mis­si­sipi. Osta­tecz­nie 28 maja oddziały Wil­liamsa zna­la­zły się z powro­tem w Baton Rouge. Kilka dni póź­niej spod Vicks­burga powró­ciły także okręty Far­ra­guta.

Na początku czerwca, kiedy Far­ra­gut był jesz­cze w górze rzeki, dotarły do niego nowe roz­kazy z Waszyng­tonu z datą 17 maja. Zastępca sekre­ta­rza mary­narki przy­po­mi­nał w nich o zada­niu, które wyzna­czono dowódcy eska­dry. Pona­glał do otwar­cia żeglugi na Mis­si­sipi dla flo­tylli Davisa. Far­ra­gut wyko­nu­jąc roz­kazy Foxa, 20 czerwca wypły­nął z Baton Rouge z powro­tem do Vicks­burga. Tym razem miał ze sobą całą bry­gadę gen. Wil­liamsa w sile 3200 żoł­nie­rzy i liczną grupę robot­ni­ków cywil­nych. Ich głów­nym zada­niem miało być prze­ko­pa­nie kanału w poprzek pół­wy­spu De Soto leżą­cego naprze­ciwko mia­sta oraz dopro­wa­dze­nie do zmiany biegu Mis­si­sipi w taki spo­sób, aby rzeka zna­la­zła się poza zasię­giem kon­fe­de­rac­kich bate­rii. Dopiero wtedy statki z żoł­nie­rzami i kano­nierki mogłyby bez­piecz­nie minąć Vicks­burg.

Tego samego dnia, kiedy Far­ra­gut roz­po­czął swoją drugą wyprawę na Vicks­burg, rząd Kon­fe­de­ra­cji posta­wił na czele Depar­ta­mentu Mis­sis­sippi i Wschod­niej Luizjany (Depart­ment of Mis­sis­sippi and East Louisiana) gen. Earla Van Dorna. Ener­giczny i nieco ego­cen­tryczny Van Dorn 27 czerwca objął oso­bi­ście komendę nad obroną Vicks­burga, pod któ­rym miał się spo­tkać ze swoim szkol­nym kolegą z West Point - gen. Wil­liam­sem.

Wyru­sza­jąc po raz drugi prze­ciwko Vicks­bur­gowi, Far­ra­gut był prze­ko­nany, że powróci do Zatoki Mek­sy­kań­skiej dopiero na wio­snę następ­nego roku, gdyż na Mis­si­sipi zaczy­nał się wła­śnie sezon niskich sta­nów wody. Zdra­dliwa rzeka szybko dała o sobie znać, gdy ciężki "Hart­ford" osiadł na przy­brzeż­nej mie­liź­nie. Udało się go zepchnąć na wodę dopiero dwa­dzie­ścia cztery godziny póź­niej, gdy wyła­do­wano na brzeg cały zapas węgla, amu­ni­cji i dwa działa. "Jak smutno jest myśleć o tym, że twój okręt utknął przy błot­ni­stym brzegu, pięć­set mil od natu­ral­nego śro­do­wi­ska mary­na­rza - pisał Far­ra­gut. - Wiem, że zro­bi­łem wszystko, co w mojej mocy, by zapo­biec jego obec­no­ści tak daleko w głębi rzeki, ale zosta­łem do tego zmu­szony roz­ka­zem".

Pierw­sze dwie kano­nierki Far­ra­guta ("Ita­sca" i "Wis­sa­hic­kon") dotarły do Vicks­burga już 9 czerwca. Pozo­stała część eska­dry dopły­nęła tam 18 czerwca. Dwa dni póź­niej do okrę­tów Far­ra­guta dołą­czyła flo­tylla sie­dem­na­stu szku­ne­rów Por­tera wezwa­nych z bazy w Pen­sa­coli na Flo­ry­dzie, dokąd odpły­nęły po zdo­by­ciu Nowego Orle­anu. Po zaję­ciu wygod­nych sta­no­wisk przy obu brze­gach, okrę­towe moź­dzie­rze, 26 czerwca, roz­po­częły ostrzał trwa­jący dwa dni. Naza­jutrz żoł­nie­rze Wil­liamsa zajęli się pra­cami przy kopa­niu kanału. Tym­cza­sem Far­ra­gut posta­no­wił powtó­rzyć manewr, jakiego już raz doko­nał pod for­tami u ujścia Mis­si­sipi. Wie­czo­rem 27 czerwca Por­ter dał znać, że jest gotów osło­nić ogniem próbę prze­pły­nię­cia eska­dry Far­ra­guta pod bate­riami Vicks­burga.

Jak już wspo­mniano, Vicks­burg leży na wschod­nim, wyso­kim brzegu Mis­si­sipi. U jego stóp rzeka zata­cza ostry łuk w kształ­cie litery "U", któ­rego pełna dłu­gość wynosi około czte­rech mil (sześć i pół kilo­me­tra). Każdy prze­pły­wa­jący sta­tek miał tutaj do poko­na­nia nie­bez­pieczną drogę, dużo trud­niej­szą, niż gdyby pły­nął pro­stym torem wod­nym, i z tego powodu był bar­dziej nara­żony na ostrzał z nad­brzeż­nej skarpy. Zada­nie eska­dry Far­ra­guta, znaj­du­ją­cej się poni­żej mia­sta, było trud­niej­sze, gdyż okręty musiały popły­nąć pod prąd, kur­sem bli­żej wschod­niego brzegu. Potem nale­żało wziąć ostry skręt w lewo i dopiero po prze­by­ciu zakrętu można było podejść do zachod­niego brzegu, który dawał pewną osłonę przed ogniem dział z naj­wy­żej poło­żo­nych bate­rii.

Far­ra­gut dał sygnał do natar­cia 28 czerwca o godzi­nie dru­giej w nocy. Godzinę póź­niej eska­dra licząca jede­na­ście okrę­tów ("Hart­ford", "Rich­mond", "Bro­oklyn", "Iro­quis", "One­ida") oraz sześć kano­nie­rek ruszyła w górę rzeki. O godzi­nie czwar­tej nad ranem armada pły­nąca wolno minęła szku­nery Por­tera, które natych­miast pokryły ogniem pozy­cje kon­fe­de­rac­kich dział. W wyniku nie­po­ro­zu­mie­nia trzy okręty sta­no­wiące straż tylną (USS "Bro­oklyn" i dwie kano­nierki) nie ruszyły na czas i zostały w tyle. Osiem pozo­sta­łych o godzi­nie szó­stej zako­twi­czyło bez­piecz­nie powy­żej Vicks­burga. Okręty Far­ra­guta ucier­piały mniej, niż można było ocze­ki­wać, cho­ciaż były nara­żone na cią­gły ogień wroga, na który nie mogły nawet odpo­wie­dzieć. Przy­czy­niła się do tego słaba cel­ność kon­fe­de­rac­kich arty­le­rzy­stów, któ­rzy prze­no­sili więk­szość poci­sków nad posu­wa­jącą się kolumną.

Minąw­szy Vicks­burg, Far­ra­gut wysłał chłodny raport do Waszyng­tonu. "Dotar­łem do Vicks­burga z "Bro­okly­nem", "Rich­mon­dem" i "Hart­for­dem" - pisał - z głę­bo­kim posta­no­wie­niem wyko­na­nia otrzy­ma­nych instruk­cji naj­le­piej, jak tylko potra­fię (...) Forty można minąć, tak jak my to zro­bi­li­śmy i możemy zro­bić znowu tyle razy, ile się tego będzie od nas wyma­gać. Nie będzie to jed­nak łatwa sprawa, gdyż tak długo, jak wróg z wielką siłą tkwi za wzgó­rzami, unie­moż­li­wia­jąc nam desant i utrzy­ma­nie miej­sca lądo­wa­nia, możemy co naj­wy­żej uci­szyć na jakiś czas jego bate­rie (...) Jestem prze­ko­nany, że Vicks­burga nie da się zdo­być bez armii liczą­cej 12 000 lub 15 000 ludzi. Jest tu cała dywi­zja gene­rała Van Dorna, zaj­mu­jąca bez­pieczne pozy­cje za wzgó­rzami".

Niski stan wody unie­moż­li­wiał dużym okrę­tom posu­wa­nie się w górę rzeki dalej niż pięt­na­stu mil powy­żej Vicks­burga, toteż Far­ra­gut zatrzy­mał flotę nie­da­leko ujścia lewego dopływu Mis­si­sipi - rzeki Yazoo. Kilka dni póź­niej dostał wia­do­mość od Por­tera, który ostrze­gał, że jeśli duże jed­nostki nie wrócą szybko w dół rzeki, poziom wody w Mis­si­sipi unie­ru­chomi je do następ­nego roku (do 3 lipca Por­ter bom­bar­do­wał Vicks­burg; 9 lipca został odwo­łany do Waszyng­tonu, a jego szku­nery prze­szły do służby na wschod­nim wybrzeżu).

W dniu 1 lipca koło plan­ta­cji Young's Point, poło­żo­nej naprze­ciw ujścia rzeki Yazoo, okręty Far­ra­guta połą­czyły się z flo­tyllą Davisa, która dwa dni wcze­śniej wypły­nęła z Mem­phis. Połą­czone siły rzeczne Unii pozo­stały na tere­nach na pół­noc od Vicks­burga do 15 lipca, z wyjąt­kiem "Bro­oklynu" i dwóch kano­nie­rek, które ope­ro­wały po dru­giej stro­nie mia­sta. Miej­sce postoju okrę­tów znaj­do­wało się cztery mile od ujścia Yazoo, u pół­nocnej nasady pół­wy­spu De Soto. Z Yazoo 15 lipca wypły­nął ukry­wa­jący się w głębi rzeki, naj­bar­dziej fachowy pan­cer­nik Kon­fe­de­ra­cji, CSS "Arkan­sas", dowo­dzony przez kmdr. Isa­aca N. Browna12. To, co nastą­piło póź­niej uważa się za jedną z naj­bar­dziej hero­icz­nych akcji w histo­rii mary­narki ame­ry­kań­skiej. Sil­nie opan­ce­rzony i uzbro­jony okręt sto­czył zwy­cię­ską walkę z trzema jed­nost­kami Davisa na Yazoo, następ­nie prze­bił się przez całą połą­czoną flotę fede­ralną i choć mocno postrze­lany (straty załogi wynio­sły 10 zabi­tych i 15 ran­nych), szczę­śli­wie dopły­nął do Vicks­burga przy aplau­zie tłu­mów obser­wu­ją­cych jego samotny bój z brzegu rzeki. Far­ra­gut ruszył za nim w pogoń i nocą prze­pły­nął ponow­nie pod dzia­łami for­tów. Tydzień póź­niej Davis wysłał mu na pomoc pan­cer­nik USS "Essex" (dowódca kmdr Wil­liam D. Por­ter) i taran "Queen of the West" (dowódca płk Char­les R. Ellet). Okręty te usi­ło­wały 22 lipca bez powo­dze­nia znisz­czyć "Arkan­sas" (stra­cił kolej­nych trzy­na­stu człon­ków załogi), któ­rego obec­ność zagra­żała całej żeglu­dze Unii w dol­nym odcinku Mis­si­sipi. Po walce Ellet powró­cił w górę rzeki, ale ciężki "Essex" nie zdo­łał dopły­nąć pod prąd do swo­jej flo­tylli i pozo­stał poni­żej Vicks­burga. Wkrótce przy­słano mu do pomocy kolejny taran Elleta "Sum­ter".

Far­ra­gut 20 lipca otrzy­mał spóź­nione roz­kazy (z datą 14 lipca) z Depar­ta­mentu Mary­narki, w któ­rych kazano mu prze­rzu­cić czę­ści sił ponow­nie w dół rzeki z jak naj­mniej­szymi stra­tami. Stwier­dziw­szy, że strome urwi­ska i bastiony Vicks­burga prze­trwają każde, nawet naj­cięż­sze bom­bar­do­wa­nie z wody, Far­ra­gut uznał dal­szą swoją obec­ność pod Vicks­bur­giem za bez­ce­lową i 24 lipca wyru­szył w drogę powrotną do Nowego Orle­anu z całą flo­tyllą. Dodat­ko­wym powo­dem odwrotu, poza cią­głym opa­da­niem wód Mis­si­sipi, były cho­roby, które nękały jego flotę (na samym "Bro­okly­nie" zacho­ro­wało 68 ludzi z trzy­stu­oso­bo­wej załogi). Wskaź­nik cho­rych był jed­nak mniej­szy, niż we Flo­tylli Mis­si­sipi (u Davisa zacho­ro­wało 40% mary­na­rzy), co pozwala wyra­zić ogólną opi­nię o warun­kach, w jakich zna­la­zły się załogi jego okrę­tów. Jesz­cze gorzej wyglą­dała sytu­acja w oddzia­łach gen. Wil­liamsa, w któ­rych zdol­nych do służby pozo­stało tylko 800 spo­śród 3200 ludzi. Wyru­sza­jąc w drogę powrotną, Far­ra­gut zosta­wił w górze rzeki trzy kano­nierki, które wraz "Esse­xem" i "Sum­te­rem" miały patro­lo­wać Mis­si­sipi na odcinku od Vicks­burga do Baton Rouge.

Far­ra­gut po wielu pery­pe­tiach przy­pro­wa­dził 28 lipca swoje cięż­kie okręty do Nowego Orle­anu. Po dro­dze wysa­dził pie­chotę Wil­liamsa w Baton Rouge, gdzie żoł­nie­rze zna­leźli pomoc medyczną. Tego samego dnia flo­tylla Davisa odpły­nęła spod Vicks­burga do nowej bazy w mie­ście Helena w Arkan­sas. W ten spo­sób obie rzeczne flo­tylle Unii wró­ciły tam, skąd przy­pły­nęły.

Odwrót floty Far­ra­guta spod Vicks­burga gen. Van Dorn uznał za wielki suk­ces. Chcąc go wła­ści­wie wyko­rzy­stać, posta­no­wił odzy­skać pano­wa­nie nad całą Luizjaną. W tym celu zapla­no­wał odbi­cie Baton Rouge, które miało być pre­lu­dium do ofen­sywy na Nowy Orlean. Do wyko­na­nia tego zada­nia skie­ro­wał 27 lipca czte­ro­ty­sięczną dywi­zję gen. Johna C. Brec­kin­ridge'a13. Dywi­zja Brec­kin­ridge'a 28 lipca wyła­do­wała się z pocią­gów w Pon­cha­to­ula, 60 mil na wschód od Baton Rouge. Sta­nęła obo­zem w nie­da­le­kim ośrodku szko­le­nio­wym luizjań­skiej mili­cji Camp Moore. Dowie­dziaw­szy się, że w Baton Rouge sta­cjo­nuje trzy­ty­sięczna bry­gada gen. Wil­liamsa, osła­niana przez "Essex" i kano­nierki Far­ra­guta, Brec­kin­ridge zażą­dał przy­sła­nia mu na pomoc opan­ce­rzo­nego "Arkan­sas". Wypły­nął on z Vicks­burga 3 sierp­nia bez urlo­po­wa­nego kmdr. Browna. Po poko­na­niu bli­sko 300 mil na peł­nych obro­tach nad­wy­rę­żony sil­nik pan­cer­nika zepsuł się zale­d­wie pięć mil od Baton Rouge, eli­mi­nu­jąc okręt z przy­szłej bitwy.

Dywi­zja Brec­kin­ridge'a, zre­du­ko­wana w wyniku cho­rób i braku żyw­no­ści do 2600 ludzi, zaata­ko­wała 5 sierp­nia rano Baton Rouge bez wspar­cia swo­jego pan­cer­nika. Po sze­ściu godzi­nach zacię­tej walki, w trak­cie któ­rej poległ gen. Wil­liams, kon­fe­de­raci wyco­fali się ze znacz­nymi stra­tami14. Duży udział w odpar­ciu ich ataku miały okręty Unii, które ostrze­li­wały połu­dniow­ców nacie­ra­ją­cych od strony Mis­si­sipi. Następ­nego dnia kano­nierki Far­ra­guta patro­lu­jące rzekę wyśle­dziły powy­żej mia­sta uszko­dzony "Arkan­sas". Wkrótce unie­ru­cho­miony olbrzym sta­nął w obli­czu "Essexa" zio­ną­cego ogniem. Nie mając moż­li­wo­ści manew­ro­wa­nia swoim okrę­tem, kpt. Ste­vens (zastę­po­wał Browna) skie­ro­wał "Arkan­sas" do brzegu. Wysa­dził załogę i pod­pa­lił okręt ze łzami w oczach. Chlubna, zale­d­wie dwu­dzie­sto­trzy­dniowa kariera "pły­wa­ją­cej legendy Kon­fe­de­ra­cji" dobie­gła końca.

Zawia­do­miony o ataku kon­fe­de­ra­tów na Baton Rouge, Far­ra­gut wyru­szył na pomoc z Nowego Orle­anu na czele kilku okrę­tów, lecz kiedy 7 sierp­nia przy­był do mia­sta, było już po walce. Wielką satys­fak­cję spra­wił mu wypa­lony wrak "Arkan­sas" wyrzu­cony na brzeg rzeki. Jego koniec ozna­czał, że z wód Mis­si­sipi znik­nął ostatni groźny okręt Połu­dnia. Tym samym Far­ra­gut czuł się zwol­niony z dal­szej obec­no­ści na rzece, do któ­rej czuł nie­chęć, gdyż dała mu się porząd­nie we znaki15.

Suk­ces wojsk fede­ral­nych w bitwie o Baton Rouge miał jedy­nie wymiar tak­tyczny. Oddziały Unii z roz­kazu gen. Butlera 21 sierp­nia opu­ściły mia­sto (ponow­nie zostało zajęte dopiero 17 grud­nia na roz­kaz następcy Butlera - gen. Banksa) i wzmoc­niły gar­ni­zon Nowego Orle­anu, który mógł być celem następ­nego ataku kon­fe­de­ra­tów. Wraz z woj­skami lądo­wymi cof­nęły się także siły rzeczne. Oddały znowu w posia­da­nie Połu­dnia ujście Red River, waż­nej arte­rii wod­nej dla regionu leżą­cego na zachód od Mis­si­sipi. Kon­fe­de­ra­cja wyko­rzy­stała wstrzy­ma­nie ofen­syw­nych dzia­łań Unii do ufor­ty­fi­ko­wa­nia linii wzgórz na połu­dnie od Vicks­burga i leżą­cego dwie­ście mil dalej - Port Hud­son, naj­moc­niej­szej stra­te­gicz­nej pozy­cji w dol­nym odcinku Mis­si­sipi. Port Hud­son, ze swo­imi cięż­kimi umoc­nie­niami obron­nymi ulo­ko­wa­nymi na dwu­dzie­sto­pię­cio­me­tro­wej nad­brzeż­nej skar­pie, poło­żony nie­całe dwa­dzie­ścia mil od Baton Rouge, miał w przy­szło­ści ode­grać ważną rolę jako zapora dla floty fede­ral­nej i ostatni bastion Połu­dnia nad Mis­si­sipi. Z tego punktu widze­nia kam­pa­nia Van Dorna oka­zała się stra­te­gicz­nym zwy­cię­stwem, które prze­dłu­żyło żywot Vicks­burga i utrzy­mało komu­ni­ka­cję z zachod­nimi sta­nami Kon­fe­de­ra­cji.

Pod­su­mo­wu­jąc koń­cowe dzia­ła­nia w doli­nie Mis­si­sipi w 1862 r., histo­ryk Połu­dnia, Edwin Bearss - napi­sał:

"Mając jeden pan­cer­nik i nie­wiele dział, (...) kon­fe­de­raci odzy­skali kon­trolę nad dwu­stu­pięć­dzie­się­cio­mi­lo­wym odcin­kiem Mis­si­sipi (...) Pierw­sza duża kam­pa­nia prze­ciwko Vicks­bur­gowi zakoń­czyła się nie­po­wo­dze­niem (...) Udana obrona Vicks­burga i odzy­ska­nie dol­nego biegu Mis­si­sipi pomię­dzy Port Hud­son i Vicks­bur­giem było wiel­kim zwy­cię­stwem sił zbroj­nych Kon­fe­de­ra­cji, o czym histo­rycy woj­sko­wo­ści czę­sto zapo­mi­nają".

Dzia­ła­nia sił rzecz­nych Pół­nocy na Mis­si­sipi w 1862 r. poka­zały, że Vicks­burg jest "trud­niej­szym orze­chem do zgry­zie­nia" niż Nowy Orlean, Baton Rouge czy Mem­phis. Potrzebny był kolejny rok wojny i dowódca pokroju gen. Ulys­sesa S. Granta żeby roz­wią­zać ten pro­blem.

Dom podzielony

DOM PODZIE­LONY

Dom podzie­lony nie­zgodą nie może się ostać.

(Abra­ham Lin­coln, 16 czer­wiec 1858 r.)

"Roz­wie­dli­śmy się, ponie­waż tak bar­dzo się nie­na­wi­dzi­li­śmy" - w taki spo­sób Mary Boy­kin Che­snut, pamięt­ni­karka z Karo­liny Połu­dnio­wej, pod­su­mo­wała to, co się stało w Sta­nach Zjed­no­czo­nych na początku 1861 roku.

Pół­noc i Połu­dnie, połą­czone wię­zami histo­rii, krwi i cier­pień, nie mogły już dłu­żej ze sobą żyć. Jak każdy zwią­zek prze­cho­dziły różne koleje losu, a ich wspólny żywot zna­czyły okresy har­mo­nii i współ­pracy, prze­pla­tane momen­tami nie­zgody. Nie­po­ro­zu­mie­nia łago­dzone były przez wza­jemne ustęp­stwa, które nie zado­wa­lały żad­nej ze stron. Roz­dź­więk, który nastą­pił w latach 1860-1861 był jed­nak znacz­nie poważ­niej­szy, skłon­ność do kom­pro­misu mniej­sza, a jego efekty mniej zna­czące. W końcu doszło do tego, co zwy­kło się nazy­wać "róż­ni­cami bez moż­li­wo­ści pogo­dze­nia", tyle że na skalę ogól­no­na­ro­dową. Tym razem nie było jed­nak sędziego, który wysłu­chałby racji obu stron i wziął na sie­bie cię­żar zaże­gna­nia sporu. Walka o roz­wód Połu­dnia z Pół­nocą miała się odtąd toczyć nie w sali sądo­wej, lecz na polach 10 000 bitew i poty­czek podzie­lo­nego kraju.

Kiedy "Ojco­wie Zało­ży­ciele" (Foun­ding Fathers) Sta­nów Zjed­no­czo­nych po raz pierw­szy osią­gnęli zgodę w spra­wie kształtu kon­sty­tu­cji, nie prze­wi­dy­wali, jak waż­nym pro­ble­mem sta­nie się w następ­nym stu­le­ciu walka o utrzy­ma­nie rów­no­wagi sił pomię­dzy eli­tami poli­tycz­nymi Pół­nocy i Połu­dnia. Eks­pan­sja tery­to­rialna i zasie­dla­nie nowych tery­to­riów pro­wa­dziła do powsta­wa­nia nowych sta­nów, stale powięk­sza­jąc począt­kową liczbę trzy­na­stu kolo­nii. Odby­wało się to w ramach jed­nego pań­stwa, ale w prak­tyce Pół­noc i Połu­dnie roz­wi­jały się według innych reguł, na które naj­więk­szy wpływ miały warunki geo­gra­ficzne i liczba lud­no­ści. Na tere­nach poło­żo­nych na połu­dnie od rzeki Ohio zie­mia i kli­mat sprzy­jały roz­wo­jowi wiel­kich plan­ta­cji, a także upra­wie na wielką skalę takich roślin, jak: tytoń, bawełna, ryż, trzcina cukrowa. Prze­mysł ni­gdy nie osią­gnął na Połu­dniu zna­czą­cej roli, głów­nie z powodu małego zapo­trze­bo­wa­nia na wytwory i braku surow­ców mine­ral­nych. Ist­niał nato­miast popyt na wiel­kie ilo­ści taniej siły robo­czej do pracy w polu, co zapew­niała insty­tu­cja nie­wol­nic­twa. Nacisk na roz­wój rol­nic­twa był przy­czyną powsta­nia na Połu­dniu nie­wielu miast, z któ­rych żadne nie było więk­sze od prze­ję­tego w 1803 r. od Fran­cu­zów Nowego Orle­anu (168 000 miesz­kań­ców). Te ist­nie­jące były ulo­ko­wane głów­nie na wybrzeżu atlan­tyc­kim jako porty, z któ­rych wysy­łano rol­ni­cze pro­dukty Połu­dnia do sta­nów pół­noc­nych i do Europy.

Głów­nym źró­dłem docho­dów Połu­dnia był eks­port pro­duk­tów rol­ni­czych, przede wszyst­kim bawełny, któ­rej uprawa obej­mo­wała w pierw­szej poło­wie XIX w. coraz więk­sze tereny na Zacho­dzie: w Ala­ba­mie, Mis­sis­sippi, Arka­na­sas, Luizja­nie i Tek­sa­sie. W 1860 r. eks­port bawełny, głów­nie do Wiel­kiej Bry­ta­nii, przy­niósł 191 mln dola­rów dochodu, pra­wie sto razy wię­cej niż eks­port cukru. W latach 1815--1860 sta­no­wił połowę war­to­ści całego kra­jo­wego eks­portu. Szybki roz­wój prze­my­słu tek­styl­nego w pierw­szej poło­wie XIX w. przy­niósł dobrą koniunk­turę na ten suro­wiec. W latach 1800-1850 pro­duk­cja bawełny podwa­jała się co 10 lat. Nic dziw­nego, że bawełnę nazy­wano na Połu­dniu "kró­lem" (King Cot­ton). Wyda­wało się, że szybko roz­wi­ja­jący się prze­mysł i roz­bu­dowa miast, tak jak to było na Pół­nocy, nie są Połu­dniu potrzebne. Powszech­nie wie­rzono, że za bawełnę i inne zie­mio­płody Połu­dnie jest w sta­nie kupić wszystko, czego potrze­buje. Do wybu­chu wojny Połu­dnie pozo­stało regio­nem rol­ni­czym, bez więk­szego prze­mysłu (roz­wi­jały się głów­nie gałę­zie prze­mysłu maszy­no­wego i narzę­dzi rol­ni­czych).

Eks­pan­sja sys­temu plan­ta­cyj­nego wyma­gała ogrom­nego wzro­stu ilo­ści nie­wol­ni­ków, jesz­cze bar­dziej uza­leż­nia­jąc Połu­dnie od nie­wol­ni­czej siły robo­czej. W głów­nych sta­nach nie­wol­ni­czych odse­tek lud­no­ści murzyń­skiej znacz­nie wzrósł i w 1861 r. wyno­sił: w Karo­li­nie Połu­dnio­wej - 59%, w Mis­sis­sippi - 55%, w Luizja­nie - 49%, w Ala­ba­mie - 45%, w Wir­gi­nii - 45%, na Flo­ry­dzie - 45%, w Geo­r­gii - 44%, w Tek­sa­sie - 30%. Han­del nie­wol­ni­kami został zaka­zany przez Kon­gres jesz­cze w 1808 r., toteż głów­nym źró­dłem wzro­stu ich liczby był szybki przy­rost natu­ralny, uzu­peł­niany nie­le­gal­nym impor­tem na dość dużą skalę. O ile w 1820 r. ilość nie­wol­ni­ków wyno­siła pół­tora miliona, o tyle w 1860 r. było ich już około czte­rech milio­nów. Więk­szość z nich zatrud­niona była na plan­ta­cjach (z tego ponad połowa przy baweł­nie), a około jedna czwarta pra­co­wała jako służba domowa, w kopal­niach, leśnic­twie i prze­my­śle.

W prze­ci­wień­stwie do Połu­dnia, słab­sze gleby i chłod­niej­szy kli­mat Pół­nocy stwa­rzały warunki dla gospo­darki far­mer­skiej. Duża ilość surow­ców sprzy­jała także roz­wo­jowi prze­my­słu. To z kolei wpły­wało na urba­ni­za­cję kraju i sty­mu­lo­wało powsta­wa­nie dużych miast, ofe­ru­ją­cych coraz wię­cej miejsc pracy dla milio­nów imi­gran­tów napły­wa­ją­cych z Europy. W cza­sie, gdy Połu­dnie z upo­rem trwało przy swej eks­ten­syw­nej gospo­darce nie­wol­ni­czej i roz­wi­jało się bar­dzo powoli, Pół­noc moder­ni­zo­wała się na nie­spo­ty­kaną w świe­cie skalę. W 1860 r. sam tylko stan Mas­sa­chu­setts wytwa­rzał wię­cej pro­duk­tów prze­my­sło­wych, niż wszyst­kie stany połu­dniowe razem. Nie­wol­nic­two ist­niało począt­kowo także na Pół­nocy, ale szybko znik­nęło, kiedy oka­zało się, że jest zupeł­nie nie­przy­datne dla potrzeb małych gospo­darstw far­mer­skich i prze­my­słu. Stały napływ imi­gran­tów rów­nież dostar­czał wystar­cza­ją­cej ilo­ści rąk do pracy. Nie­małe zna­cze­nie miała także moralna kwe­stia nie­wol­nic­twa, budząca sprze­ciw pro­te­stanc­kich w więk­szo­ści miesz­kań­ców Pół­nocy.

W poło­wie XIX w. Stany Zjed­no­czone były naj­więk­szym na świe­cie pań­stwem nie­wol­ni­czym. Nie były jed­nak pań­stwem jed­no­rod­nym. W ich skład wcho­dziły stany pół­nocne, które były wolne od nie­wol­nic­twa i nie­wol­ni­cze stany na połu­dniu. Tak różne orga­ni­zmy nie mogły funk­cjo­no­wać bez zgrzy­tów. Powsta­jące napię­cia dopro­wa­dzały do kry­zy­sów poli­tycz­nych, czę­sto na taką skalę, że gro­ziło to roz­bi­ciem pań­stwa. Więk­szość tych kon­flik­tów powsta­wała na tle pro­blemu nie­wol­nic­twa. Pierw­szy kry­zys miał miej­sce już pod­czas zgro­ma­dze­nia kon­sty­tu­cyj­nego w 1787 r. i od razu zagro­ził ist­nie­niu powsta­łego pań­stwa. Dzięki talen­towi dyplo­ma­tycz­nemu i doświad­cze­niu Ben­ja­mina Fran­klina udało się osią­gnąć kom­pro­mis. Każdy stan miało repre­zen­to­wać w Sena­cie dwóch sena­to­rów. Repre­zen­ta­cja sta­nów w izbie niż­szej miała być nato­miast pro­por­cjo­nalna do liczby ich lud­no­ści, przy czym przy okre­śla­niu pod­stawy licz­bo­wej brało się pod uwagę także nie­wol­ni­ków. Stany pół­nocne zgo­dziły się ponadto na wpro­wa­dze­nie do kon­sty­tu­cji klau­zul ochra­nia­ją­cych nie­wol­nic­two (m.in. zgo­dziły się na utrzy­ma­nie han­dlu nie­wol­ni­kami przez następne dwa­dzie­ścia lat). Minęło zale­d­wie jedno poko­le­nie od chwili ogło­sze­nia kon­sty­tu­cji, a nacisk spo­łe­czeń­stwa i wzrost popu­la­cji dopro­wa­dził w Sta­nach Zjed­no­czo­nych do nie­uchron­nej próby sił.

Tak długo, jak nie­wol­ni­cze stany Połu­dnia dorów­ny­wały liczbą sta­nom wol­nym, repre­zen­ta­cja poli­tyczna w Waszyng­to­nie i jed­no­cze­śnie wła­dza w pań­stwie pozo­sta­wały nie­za­gro­żone. Każdy stan miał w Sena­cie po dwóch swo­ich przed­sta­wi­cieli i nawet poważ­niej­szy kon­flikt inte­re­sów nie gro­ził osią­gnię­ciem prze­wagi jed­nej strony nad drugą. Sprawa ta miała żywotne zna­cze­nie dla Połu­dnia, gdyż wzrost liczby lud­no­ści i gęstość zalud­nie­nia stop­niowo pozwa­lały osią­gnąć sta­nom pół­noc­nym prze­wagę w Izbie Repre­zen­tan­tów, głów­nie dzięki imi­gran­tom. Na szczę­ście dla Połu­dnia Senat kon­tro­lo­wał poczy­na­nia Izby, a ponie­waż do 1820 r. wszy­scy pre­zy­denci, z wyjąt­kiem jed­nego, pocho­dzili z Wir­gi­nii, Połu­dnie nie musiało się oba­wiać utraty swo­ich wpły­wów w Waszyng­to­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Mała ency­klo­pe­dia woj­skowa, t. 3, War­szawa 1971. [wróć]

2. L. Koru­sie­wicz, Wojna sece­syjna 1860-1865, War­szawa 1985. [wróć]

3. Koman­dor David Dixon Por­ter (1813-1891) był synem boha­tera wojny z 1812 r. kapi­tana Davida Por­tera (1790-1843) i jed­no­cze­śnie przy­rod­nim bra­tem Davida Far­ra­guta. [wróć]

4. Geo­rge McC­lel­lan jako ofi­cer kor­pusu sape­rów brał udział w woj­nie z Mek­sy­kiem. W latach pić­dzie­sią­tych pra­co­wał dla towa­rzystw kole­jo­wych przy wyty­cza­niu linii kole­jo­wej w Ore­go­nie. [wróć]

5. Ofi­cer fla­gowy (Flag Offi­cer) - sto­pień przy­słu­gu­jący dowódcy zespołu okrę­tów; w daw­nej mary­narce Sta­nów Zjed­no­czo­nych naj­niż­szy sto­pień w kor­pu­sie admi­ra­łów. [wróć]

6. Gen. Ben­ja­min F. Butler (1818-1893) miał doświad­cze­nie w ope­ra­cjach desan­to­wych. W dniach 27-29 sierp­nia 1861 r. uczest­ni­czył w wal­kach o forty Hat­te­ras i Clark, które pozwo­liły flo­cie Unii opa­no­wać prze­smyk Pamilco Sound w Karo­li­nie Płn. Na początku wojny zasły­nął z tego, że ze swoim puł­kiem bez roz­kazu zajął i spa­cy­fi­ko­wał Bal­ti­more, czym przy­czy­nił się do utrzy­ma­nia stanu Mary­land przy Unii. W nagrodę Lin­coln awan­so­wał go do stop­nia gene­rała bry­gady. [wróć]

7. Uczest­nik Powsta­nia Listo­pa­do­wego. W 1835 r. osie­dlił się pod Nowym Orle­anem, gdzie doro­bił się majątku, był m.in. wła­ści­cie­lem plan­ta­cji i przę­dzalni bawełny. W marcu 1862 r. objął dowódz­two pułku Chal­mette, zło­żo­nego z luizjań­skich mili­cjan­tów wcie­lo­nych do regu­lar­nego woj­ska (Volun­teer State Tro­ops). Pułk ten nie­mal w cało­ści dostał się do nie­woli Far­ra­guta i Butlera, jed­nak wielu jego żoł­nie­rzy ucie­kło i wal­czyło potem w sze­re­gach innych puł­ków z Luizjany w Vicks­burgu. Po upadku Nowego Orle­anu Szy­mań­ski peł­nił funk­cję agenta rzą­do­wego do spraw wymiany jeń­ców. [wróć]

8. Ope­ra­tions in W. Flo­rida, S. Ala., S. Miss., and La., Chap­ter XVI, s. 652. [wróć]

9. Łączne straty w wal­kach o forty Jack­son i St. Phi­lip oraz Nowy Orlean wynio­sły 229 zabi­tych i ran­nych po stro­nie Unii oraz 782 zabi­tych, ran­nych i jeń­ców po stro­nie Kon­fe­de­ra­cji. [wróć]

10. Depar­ta­ment Wojny zakon­trak­to­wał budowę sied­miu sil­nie opan­ce­rzo­nych i uzbro­jo­nych okrę­tów w sierp­niu 1861 roku. Kon­struk­to­rem pan­cer­ni­ków nale­żą­cych do "klasy miast" był Samuel M. Pook, zaś ich budow­ni­czym słynny inży­nier rzeczny James B. Eads z St. Louis. Każdy z nich miał ok. 58 m dł. oraz 15 m szer., był uzbro­jony w trzy­na­ście dział, roz­wi­jał pręd­kość ok. 15 km/h i był osło­nięty 6,5 cm pan­ce­rzem. Pierw­szy pan­cer­nik Unii "St. Louis" został zbu­do­wany w ciągu 65 dni i zwo­do­wany w Caron­de­let (Mis­so­uri) 12 paź­dzier­nika 1861 r. Ofi­cjal­nie wszyst­kie okręty weszły do służby po 16 stycz­nia 1862 r. [wróć]

11. Były to tzw. cot­ton­calds ("baweł­niane pan­cer­niki"), gdyż ich główną ochronę przed poci­skami sta­no­wiły spra­so­wane bele bawełny peł­niące rolę pan­ce­rza. [wróć]

12. Budowę CSS "Arkan­sas" roz­po­częto w sierp­niu 1861 r. w oko­li­cach Mem­phis. Okręt miał dłu­gość 50 m i sze­ro­kość 11,5 m; wypor­ność około 10 ton. Pokryty był pan­ce­rzem z roz­kle­pa­nych szyn kole­jo­wych o gru­bo­ści do 11 cm i dodat­kowo osło­nięty spra­so­wa­nymi belami bawełny. Uzbro­jony był w 10 dział i żela­zny pię­cio­me­trowy taran o wadze ponad 3,5 ton. W kwiet­niu 1862 r. nie­wy­koń­czony "Arkan­sas" został odho­lo­wany w głąb Yazoo, gdzie przez dwa mie­siące kon­ty­nu­owano jego budowę i szko­le­nie dwu­stu­trzy­dzie­sto­dwu­oso­bo­wej załogi. Jego dowódz­two 28 maja powie­rzono kmdr. Isa­acowi Brow­nowi. [wróć]

13. John C. Brec­kin­ridge, poli­tyczny gene­rał z Ken­tucky, był wice­pre­zy­den­tem w rzą­dze Jamesa Bucha­nana i kan­dy­da­tem par­tii demo­kra­tycz­nej w wybo­rach w 1860 r. [wróć]

14. W bitwie o Baton Rouge obie strony ponio­sły podobne straty. Unio­ni­ści mieli 383 zabi­tych i ran­nych, kon­fe­de­raci stra­cili 453 ludzi. Jed­nym z zabi­tych był wal­czący po stro­nie Kon­fe­de­ra­cji szwa­gier Lin­colna - por. Ale­xan­der Todd. [wróć]

15. W sierp­niu Far­ra­gut odpły­nął do bazy w Pen­sa­coli. Roz­ka­zem z 16 lipca wraz z trzema innymi ofi­ce­rami mary­narki (Foote'm, Por­te­rem i Samu­elem F. Du Pon­tem) został awan­so­wany do stop­nia kontr­ad­mi­rała (rear-admi­ral). W listo­pa­dzie 1862 r. wró­cił do Nowego Orle­anu, a w marcu 1863 r., gdy Grant nacie­rał na Vicks­burg, wspo­mógł go, mija­jąc Port Hud­son i zatrzy­mu­jąc ruch stat­ków Kon­fe­de­ra­cji na Red River. W sierp­niu 1864 r. zasły­nął bra­wu­rową akcją mającą na celu zdo­by­cie wej­ścia do Zatoki Mobile. 23 grud­nia tego roku został pierw­szym wice­ad­mi­ra­łem (vice-admi­ral) w histo­rii mary­narki USA, a w 1866 r. admi­ra­łem (admi­ral). [wróć]