Spis treści
Dedykacja
Strona tytułowa
Dlaczego Via Flaminia?
1. O impasie u notariusza i guzikach zdolnych wybijać szyby w oknach
2. O rzymskiej Willi Rufione i kochanku Juliusza Cezara
3. O piątym księżycu, który można zamknąć w butelce
Strona redakcyjna
Lista stron
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
358
Punkty orientacyjne
Okładka
Dedykacja
Strona tytułowa
Spis treści
Prawa autorskie
Dlaczego Via Flaminia?
Nie wybrałem Umbrii. Chcę wierzyć, że to ona wybrała mnie. Dlatego po kilku latach mieszkania w tym pagórkowatym regionie, porośniętym drzewami oliwnymi, w którym zimą wieje okrutna tramontana i gdzie wspaniałej sztuce towarzyszą wyborna kuchnia, rewelacyjne wino i niezwykłe opowieści, sięgające czasów starożytnych, postanowiłem o niej napisać.
W Regio VI Umbria żywioł etruski ścierał się z kulturą Umbrów, a dzieliła ich wyłącznie rzeka Tyber. Wymyślona przez Gajusza Flaminiusza Neposa Via Flaminia, droga przecinająca Półwysep Apeniński ze wschodu na zachód, ułatwiła miejscowej ludności kontakty i handel z Rzymem, starą stolicą Cesarstwa, ale też z tą nową w Konstantynopolu, czego gwarancją był port w pobliżu Rawenny, łączący dwie części Bizancjum, niezależny od władzy Longobardów, którzy podbili większość Półwyspu Apenińskiego.
Przy Via Flaminia położone są najważniejsze umbryjskie miasta. Dzięki tej starej konsularnej drodze opowiada się dziś o krzewach winorośli pochodzących być może z Jerozolimy, o oliwkach sadzonych wcześniej w Anatolii i o syryjskich mnichach budujących tu świątynie. Umbria dała Italii najlepszych rzeźników i najważniejszych świętych, rzymskich cesarzy i wspaniałych artystów, którzy podróżowali traktem Via Flaminia. Pewnie dlatego w tym regionie wszystkie opowieści zaczynają się od tej drogi albo się na niej kończą. Nie mogłem i nie chciałem robić wyjątku od tej reguły.
Ta opowieść nie powstałaby jednak gdyby nie moi przewodnicy: Rita i Francesco, Giusy i Stefano, Emilia i Giorgio, Massimo i Daniel, Graziella i Marcello, Francesco i Patrizia, Roberto i Lisa oraz Patrizia i Valentina, a także signora Eugenia. Dlatego już na początku chcę im wszystkim podziękować, bo bez Was Umbria nie byłaby taka sama.
2. O rzymskiej Willi Rufione i kochanku Juliusza Cezara
- Musisz zobaczyć muzeum w Montecchio! - ogłosił Francesco zaraz po tym, jak zgodził się pożyczyć mi skrzynkę z narzędziami i jeszcze wcisnął mi dodatkowe obcęgi. Nie zamierzał poprzestać na sugestii, o czym przekonałem się w sobotę zaraz po obiedzie.
Jeszcze nie rozpoznawałem dźwięku dzwonka do drzwi mojego nowego domu, ale hałas pod oknem brzmiał na tyle intrygująco, że wychyliłem się i spojrzałem w dół. Zobaczyłem Francesca w towarzystwie trzech panów.
- Chodź. - Francesco machnął ręką. - To jest Stefano, dyrektor muzeum, to Massimo, a to Daniel. Idziemy zwiedzać muzeum.
Zazwyczaj nie zwiedzam muzeów w towarzystwie dyrektorów, ale przypuszczałem, że w przekładzie, którego dokonałem we własnej głowie, zagubił się jakiś włoski dowcip. Zrzuciłem kapcie, włożyłem buty i zbiegłem po schodach.
Przedstawieniom i wyjaśnieniom nie było końca. Dottore Stefano Creatore brzmiało superpoważnie, na szczęście Francesco jak nikt potrafił rozładować atmosferę. Wyjaśnił, że Stefano mieszka tuż obok i że w sumie to bardziej sąsiad niż dyrektor. Massimo pracował ze Stefanem w trakcie wykopalisk, a Daniel jest mężem Massimo i Brytyjczykiem z Kornwalii, więc jakby coś było niejasne, może tłumaczyć na angielski. Impreza zapowiadała się pysznie, a poważnej miny nie udało się utrzymać nikomu.
Po drodze ustaliliśmy, że Spoleto jest piękne, a pretekstem do tego stwierdzenia był fakt, że Massimo i Daniel przyjechali właśnie stamtąd. Korzystając z pozytywnej atmosfery, przyznałem się, że brytyjski angielski jest czymś, czego mimo najlepszych chęci nie rozumiem wcale, więc postanowiliśmy zostać przy włoskim. Do muzeum mieliśmy trzy kroki, więc po chwili stanęliśmy przed jednym z nielicznych doskonale wyremontowanych budynków w castello. Stefano wyjął z kieszeni klucze i wkrótce stanęliśmy w niewielkim pokoju wypełnionym pamiątkami z przeszłości. Gdybyśmy byli w Polsce, to wnętrze można by określić raczej mianem izby pamięci, ale Italia zobowiązuje. Skoro przymiotników używać należy wyłącznie w stopniu najwyższym, to izba pamięci urosła do rangi muzeum, które mimo niewielkich rozmiarów skrywało sporo pamiątek z przeszłości, i to takich na najwyższym historycznym poziomie.
- Wszystko, co tu widzicie, pochodzi z willi znajdującej się przy drodze do Bastardo - zaczął poważnie Stefano, ale Daniel najwyraźniej też nie lubił, gdy atmosfera robiła się zbyt serio, bo w bezpardonowy sposób przerwał i zapytał, czy mam już zdjęcie z tablicą z napisem Bastardo na granicy miasta.
Kiedy zaprzeczyłem, wyjaśnił, że mam wypatrywać mniejszych i większych grup ludzi przy wjazdach do Bastardo i wyjazdach z niego, bo przy tablicy robią sobie zdjęcia wszyscy. Włosi przede wszystkim, ale też turyści z różnych krajów, gdyż rzeczownik bastardo jest świetnie rozumiany w wielu językach.
Czułem, że chwila nie jest idealna, w końcu mieliśmy rozmawiać o muzeum, ale postanowiłem się dowiedzieć, dlaczego tak się nazywa miasteczko, w którym codziennie robiłem zakupy. Stefano wyjaśnił, że w przeszłości przy konsularnej drodze rzymskiej Via Flaminia działały osterie - miejsca, w których można było wymienić konie, nakarmić je, coś zjeść oraz się przespać. Z dokumentów miejskich wiadomo, że w XVII wieku takim miejscem stało się Bastardo, naśladując niejako starożytną tradycję. Lokalna plotka głosi, że prowadził je nieślubny syn, nikt nie pamiętał czyj, ale nie miało to znaczenia - i tak wszyscy mówili na to miejsce Osteria del Bastardo. W latach dwudziestych XX wieku toponim skrócono do obecnej formy. Niemniej jednak rzecz stała się głośna, a w 1933 roku władze prowincji zasugerowały zmianę nazwy na równie krótką "Osteri", ale nikt z mieszkańców nie podjął tematu. I to właśnie dlatego przyjeżdżają tu wycieczki zrobić sobie zdjęcie z rzeczonym napisem. Wracajmy do willi...
O rzymskiej willi w pobliżu Bastardo zrobiło się głośno w 1925 roku po przypadkowym odkryciu w czasie sadzenia gaju oliwnego fragmentów ceramiki i elementów architektury z trawertynu. Italia to wielki plac zabaw dla archeologów, dlatego tutejsze władze długo poszukiwały pieniędzy, a prawdziwe wykopaliska z naukową opieką ruszyły dopiero w 2003 roku. Była to inicjatywa kooperatywy Kronos ze Spoleto i gminy Giano dell'Umbria pod kierownictwem Soprintendenza per i Beni Archeologici dell'Umbria. Co ciekawe, rzecz odbyła się przy znaczącej współpracy zagranicznej z Uniwersytetami w Alicante i Almerii.
- Pracowaliśmy razem, korzystając z tego, że włoski i hiszpański są do siebie podobne - mówił Stefano.
- I dlatego kochasz patatas bravas, powinieneś się przyznać.
Stefano zignorował tę uwagę i opowiadał dalej.
Willa została zbudowana w malowniczym i strategicznym miejscu, na niskim tarasie z widokiem na Via Flaminia, w połowie drogi między starożytnym miastem Vicus ad Martis, dzisiaj Massa Martana, a Mevanią, czyli Bevagną.
- Wszystko zaczęło się pod koniec epoki republikańskiej, a zatem w czasach Juliusza Cezara, czego dowiedzieliśmy się z odkrytej tam kamiennej płyty z napisem C IVLIO RVFIONI, znamy więc fundatora willi. Gajusz Juliusz Rufione był synem wyzwoleńca Juliusza Cezara, który dowodził rzymskimi legionami w Aleksandrii podczas walk między Kleopatrą, wspieraną przez Juliusza Cezara, a jej bratem Ptolemeuszem XIII.
- Ta tablica jest za waszymi plecami. - Stefano wskazał na artefakt.
Odwróciłem się prędko, czując, że dotykam fragmentów niezwykłej historii. Muszę jednak przyznać, że dla mnie Kleopatra nadal ma twarz Elizabeth Taylor.
Stefano jakby czytał w moich myślach, bo zapytał, czy znam film. Potwierdziłem, a Massimo wyjaśnił, że Gajusza Juliusza gra w nim Martin Landau i że to w sumie prześmieszny film, bo na ekranie czasem widać piękne barokowe kopuły kościołów na wyspie Procida, gdzie kręcono zdjęcia. Chciałem się podzielić anegdotą o zegarku króla Władysława Jagiełły w czasie bitwy pod Grunwaldem, który widać w Krzyżakach, ale Stefano popędził z narracją.
- Willa była dużą budowlą, której powierzchnię szacuje się na mniej więcej siedem tysięcy metrów kwadratowych. Całość tworzyło kilka pawilonów. Wejście do głównego budynku było w pobliżu drogi konsularnej. Posiadłość składała się z osiemnastu pomieszczeń. W trakcie prac odkryliśmy fragmenty łaźni, czyli kaldarium, i tepidarium oraz kanały, którymi przepływało gorące powietrze. Znaleźliśmy też fragmenty mozaik. - Stefano wskazał na gablotę. - To zaledwie część tego, co udało nam się odkopać na miejscu. Wiadomo, że ściany zbudowano z lokalnego różowego kamienia i że były bogato zdobione. Odnaleźliśmy dekoracje ścienne z marmuru importowanego z różnych części basenu Morza Śródziemnego i freski o wysoce wyrafinowanym wykonaniu z ramami zdobionymi formowanym i malowanym stiukiem. Mają cechy III i IV stylu pompejańskiego.
Pokiwałem głową, przemilczając fakt, że nie mam pojęcia, czym różnią się od siebie okresy w malarstwie ściennym w Pompejach.
To jednak nie było wszystko. Stefano okazał się prawdziwym ekspertem od willi.
- Odnaleźliśmy gwoździe i monety z wizerunkami cesarzy Augusta, Tyberiusza i Domicjana, a także fragmenty wyposażenia i terakotowe amfory, zwane przez rzymian dolium, w których przechowywano wino, oliwę i ziarno - kontynuował wykład. - Były też fragmenty szkła ciętego i dmuchanego, elementy mozaik oraz wyroby ceramiczne datowane na okres od końca I do IV wieku naszej ery. Oznaczało to, że willę użytkowano nieprzerwanie aż do IV wieku naszej ery, czyli do czasu, kiedy Rzym stracił na znaczeniu, bo stolica cesarstwa została przeniesiona do Konstantynopola. Wiemy też, że w czasie gdy Rzymem zarządzali Flawiusze, którym zawdzięczamy Koloseum, w willi przeprowadzono duże remonty. Prace, które zrealizowano na początku XXI wieku, skupiły się na fragmencie willi, odsłoniliśmy zaledwie dwieście metrów. Pozostały teren czeka na pieniądze z Rzymu. Koniec na dziś! - oznajmił Stefano i nieoczekiwanie dodał, że jeśli chcę wiedzieć więcej, mam wpaść na kolację o ósmej.
Pozostało nam tylko oddać klucze Robertowi, który jako prezydent Pro Loco, organizacji zajmującej się promocją walorów turystycznych i kulturowych, jest miejscowym klucznikiem, i ustalić, czy wieczorem mam przynieść wino białe, czy czerwone. Stanęło na białym.
Po odwiedzinach w muzeum, a przed kolacją poszukiwałem informacji o Rufione. Pomyślałam, że to niezwykłe, iż syn wyzwoleńca był w stanie zrobić w Rzymie naprawdę wielką karierę. Stał się posiadaczem okazałej willi, a przede wszystkim w 47 roku przed naszą erą Rufione został mianowany przez Cezara naczelnym dowódcą trzech legionów stacjonujących w Egipcie, gdzie przybył zaledwie rok wcześniej. Wojska, którymi zarządzał, miały chronić Kleopatrę, ale także kontrolować wszystko, co ona robi, bo chociaż była kochanką Cezara, nie cieszyła się zaufaniem Rzymian.
Dowiedziałem się też, że Juliusz Cezar wybrał Rufiona na dowódcę swoich sił wbrew rzymskiej tradycji, bo takie stanowisko powinien piastować człowiek o randze senatorskiej. Jedni mówią, że decyzja Cezara była zrozumiała, bo wpływowy senator, pozostawiony w Egipcie jako głównodowodzący, mógłby wykorzystać ekonomicznie silną i strategicznie ważną ziemię nad Nilem, stanowiącą gospodarcze zaplecze Rzymu, jako punkt wyjścia do ubiegania się o władzę. Rufione jako syn wyzwoleńca nie zdołałby nawiązać odpowiednich kontaktów ani zgromadzić bogactw potrzebnych, by zagrozić Cezarowi. A Swetoniusz w Żywotach cezarów dodaje jeszcze, że Rufione cieszył się dużym zaufaniem Cezara, bo był jego kochankiem. Twierdzi, że Cezar powierzył opiekę i dowództwo nad trzema legionami swojej armii, którą pozostawił w Aleksandrii, synowi jednego ze swoich wyzwoleńców i swemu ulubieńcowi. Swetoniusz określa go jako exoletus, co sugeruje, że mężczyzn łączyła relacja erotyczna.
Kolacja skończyła się grubo po północy. Przez kilka godzin siedzieliśmy przy kominku. Mieszając włoski z angielskim, rozmawialiśmy o polskiej zimie i winach, które można było kupić nad Wisłą w latach osiemdziesiątych. Wyjaśniłem, że pod tym względem wiele się zmieniło i że przywiozę kiedyś kilka butelek, by to udowodnić. Spać poszedłem z przekonaniem, że dobrze wybrałem miejsce do mieszkania.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki, projekt typograficzny, mapa i skład
Beata Danowska i Marta Duda / Dobry Skład
Fotografie na okładce i wewnątrz tomu ? Bartek Kieżun
Copyright ? by Bartek Kieżun, 2026
Opieka redakcyjna Przemysław Pełka
Redakcja Magdalena Jakubowska
Adiustacja Małgorzata Poździk
Korekta Agata Górzyńska-Kielak / d2d.pl, Elżbieta Krok / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN
978-83-8396-356-3
Wydawnictwo Czarne sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Wołowiec 2026
Wydanie I
3. O piątym księżycu, który można zamknąć w butelce
"Umbria w czołówce! 99 punktów na 100 możliwych!" - krzyczał nagłówek. Przewodnik "Flos Olei" wybrał najlepsze włoskie oliwy. Prawie maksymalna nota Umbrii zaintrygowała mnie na tyle, że kliknąłem w link.
"Flos Olei" to po łacinie kwiat oliwki i tytuł przewodnika tworzonego przez miłośników oliwy. W publikacji wydawanej co roku można znaleźć informacje o najlepszych zdaniem specjalistów oliwach robionych w pięćdziesięciu siedmiu krajach na pięciu kontynentach. Przewodnik to jedno z najbardziej wiarygodnych zestawień dotyczących tego szlachetnego tłuszczu, więc bez wahania wpisałem w nawigację adres Frantoio Gaudenzi, umbryjskiej olejarni wyróżnionej przez "Flos Olei", i ruszyłem przed siebie. Okazało się, że od oliwnego raju dzieliło mnie trzydzieści minut jazdy.
Odpowiedź na pytanie, skąd wzięły się drzewa oliwne w Umbrii, nie jest prosta, bo wbrew pozorom nie rosną tu od zawsze. To, co uznajemy za krajobraz śródziemnomorski, jest dziełem człowieka, tworzonym przez całe wieki. Cedry pochodzą przecież z Libanu, cyprysy z północnej Afryki, a oliwki, które traktujemy jak największą z włoskich oczywistości, najprawdopodobniej pochodzą z Anatolii. W Umbrii zaczęli je sadzić Etruskowie, którzy naśladowali Greków. To jednak tylko hipoteza, a dyskusje historyków trwają. Są tacy, którzy twierdzą, że pierwsze sadzonki drzew oliwnych dotarły na Półwysep Apeniński około trzech tysięcy lat temu. Mieli je przywieźć feniccy lub greccy żeglarze, którzy handlowali oliwą. Etruskowie szybko zrozumieli, jak wielki potencjał kryje w sobie oliwne drzewo.
Pewne jest za to, że w czasach gdy Rzym skupił w swych rękach władzę nad Półwyspem Apenińskim, oliwa była jednym z podstawowych produktów wytwarzanych przez umbryjskich rolników. Pozostałości olejarni, których historia zaczęła się co najmniej przed dwoma tysiącami lat, odnaleziono w Arrone w okolicach Terni, ale też w pobliżu Spoleto i Orvieto, a port na Tybrze w Otricoli pozwalał przeładować oliwę na statki płynące do Rzymu. Stołeczni smakosze - wiemy od historyków kulinariów - przedkładali ją nad tę produkowaną na Półwyspie Iberyjskim i w Dalmacji.
W kolejnych wiekach bywało różnie, bo Longobardom, którzy podbili Italię w VI wieku, sporo czasu zajęło przejście na chrześcijaństwo i zmiana nawyków żywieniowych z północnych na południowe. A kiedy już do tego doszło, okazało się, że przybysze z północy nie do końca radzą sobie z pracą w gaju oliwnym i w tłoczni. Wiadomo o tym z Dialogów, które pozostawił po sobie papież Grzegorz I zwany Wielkim. W jednej z ksiąg opisuje żywot włoskiego duchownego Santula, który prosi Longobardów, by podzielili się z nim tłoczoną właśnie oliwą. Ich odpowiedzi papież nie mógł powtórzyć, zaświadczył jednak, że potraktowali oni Santula niezbyt uprzejmie. Byli wściekli, bo nie potrafili wytłoczyć oliwy. Przyszły święty próbował wielu argumentów. "Wierzcie mi, zróbcie, co wam mówię: napełnijcie ten bukłak, a on powróci do was z dobrem" - powiedział do Longobardów, ale ci byli sceptyczni. I wtedy Santulo zrobił coś, co w oczach papieża przydało mu świętości, wlał wodę do młyna, który natychmiast spłynął ilością oliwy wystarczającą do napełnienia amfor Longobardów i bukłaka świętego.
W kolejnych sezonach Longobardowie nauczyli się pracy w olejarni, bo już 22 listopada 643 roku król Rotar ogłosił edykt, który stał się pierwszym oficjalnym zbiorem prawa longobardzkiego. Akt ten zapewniał ochronę również gajom oliwnym. Zapis przewidujący karę dla każdego, kto zetnie drzewo oliwne, dość jednoznacznie wskazywał na znaczenie oliwy dla społeczeństwa, zwłaszcza że kara była trzykrotnie większa od nakładanej na osobę ścinającą inne drzewo owocowe. Najprawdopodobniej jednak oliwę traktowano głównie jako źródło światła, bo jej spożycie w Umbrii znacząco spadło. Razem z podbojem Longobardów dominującym tłuszczem w diecie na Półwyspie Apenińskim stał się smalec, a wzrost spożycia oliwy odnotowywano jedynie w czasie postu.
Na swój renesans oliwa musiała poczekać. W 1577 roku Bolończyk Leandro Alberti opublikował Opis całych Włoch, a na kartach swej książki odnotował: "Za Spoleto, jadąc Via Flaminia, znajdują się rzędy drzew oliwnych, winnice i inne drzewa owocowe". Sława tutejszej oliwy zaczęła rosnąć. Oliwy z Umbrii domagał się Rzym. Oliwę ze Spoleto kupowali mieszkańcy Florencji. Historycy podkreślają jednak, że "płynne złoto" nie było dla wszystkich. Wysoka cena przyczyniła się do tego, że wieś żyła tłuszczem wieprzowym, a bogate miasta korzystały z oliwy.
Michel de Montaigne przybył do Włoch w 1581 roku i zachwycił się Trevi i jego okolicami. Napisał, że miasto jest piękne i położone na wzgórzu otoczonym gajami oliwnymi.
Tak naprawdę liczba gajów oliwnych zaczęła rosnąć dopiero w XVII wieku, a z wydanej w tym samym czasie w Perugii książki kucharskiej wynika, że większość przepisów bazowała na oliwie, na co wpływ miała oczywiście liczba dni postnych w kalendarzu liturgicznym. "Czterysta pięćdziesiąt lat później krajobraz niewiele różni się od tego, który ujrzał Montaigne", pomyślałem, rozglądając się dookoła, bo choć tego nie planowałem, podążałem śladami francuskiego filozofa. Producent oliwy Frantoio Gaudenzi, który zdobył 99 punktów od jurorów "Flos Olei", ulokował swą tłocznię właśnie na wzgórzach w pobliżu Trevi.
Wszedłem do sklepiku. Na półkach stała oliwa, a na ścianie wisiał plakat z logo oliwnego przewodnika, który przywiódł mnie do tego miejsca. Zdradziłem sprzedawcy, jaki był powód mojego przyjazdu. Pytanie, czy chcę zobaczyć olejarnię, nieco mnie zaskoczyło. Pokiwałem szybko głową na wypadek, gdyby chłopak stojący przede mną miał się rozmyślić.
- Mam na imię Andrea i jestem wnukiem założyciela tego miejsca - przedstawił się.
Przeszliśmy do olejarni, a po drodze ustaliliśmy, że wiem, jak pozyskiwano oliwę w przeszłości. Zdradziłem, że byłem w kilku oliwnych muzeach i widziałem kamienne żarna do miażdżenia oliwek razem z pestkami. Podzieliłem się też wiedzą o słomianych matach i prasie, w której układano na przemian papkę z oliwek i maty, by oliwa mogła spłynąć do kamiennego zbiornika. Wiedziałem również, że pozyskany płyn to mieszanka oliwy i wody i że na początku proces oddzielania jednego od drugiego opierał się na działaniu grawitacji. Nie wiedziałem, jak powiedzieć po włosku "oliwa sprawiedliwa", więc nie błysnąłem wiedzą ludową. Niemniej jednak zdobyłem trochę punktów.
- Proces tłoczenia oliwy nie należał do najbardziej higienicznych na świecie - zaczął opowiadać Andrea. - Dzisiejsza wiedza o oliwkach i oliwie pozwala stwierdzić, że sposób wypracowany przez wieki nie był najlepszy. Tradycja to w Italii rzecz święta, ale teraz dla wszystkich jest jasne, że oliwa musi być jak najszybciej pozyskana z owoców, bo po zerwaniu czy też strąceniu oliwek z drzewa w mig zaczynają się procesy fermentacyjne, które sprawiają, że oliwa nie jest tak zdrowa, jak mogłaby być. To miejsce założył mój dziadek, ale kiedy przyglądamy się rodzinnej przeszłości, mamy świadomość, jak wiele się zmieniło w ciągu ostatnich stu lat.
Rzymianie mieli do oliwy zupełnie inne podejście. Zbierali owoce nie do końca dojrzałe i wyciskali z nich oliwę, która była przeznaczona na stoły najbogatszych. Owoce zbierane bardzo późno, w grudniu, takie, które dają dużo oliwy, ale z niewielką zawartością polifenoli, były wykorzystywane do produkcji oliwy dla więźniów i niewolników. Przed stu laty Rzymianie nie postawiliby oliwy z Umbrii na stole. Na to, byśmy wrócili do wiedzy, która kiedyś była powszechna, pracujemy od dekad. Babcia opowiadała nam kiedyś o zbiorach oliwy w lutym, wyobrażasz sobie? Ale wróćmy do teraźniejszości. Czy wiesz, jak wyglądają zbiory?
Znów udowodniłem, że mam jakieś pojęcie. Opowiedziałem, że kilka razy pracowałem w gaju i wiem, że część owoców zbiera się ręcznie, a część strąca się specjalnymi narzędziami zasilanymi silnikiem elektrycznym, które zrzucają owoce wirującą gumową opaską. Wspomniałem o rozkładanych pod drzewami siatkach, na które opadają strząśnięte owoce. O kombajnach, które potrząsają drzewem, też wiedziałem. Nie była to w końcu moja pierwsza jesień w Umbrii. Dorzuciłem jeszcze kilka zdań o różnych kolorach i rozmiarach owoców i wielu gatunkach. Dodałem, że w przeszłości w Umbrii w każdym gaju sadzono pięć gatunków oliwek. Chodziło o bezpieczeństwo - gdy jedna z odmian zakwitła wcześniej, a niska temperatura zniszczyła kwiaty, tracono tylko część zbiorów, a nie całość. Albo gdyby choroba zaatakowała inny gatunek, pozostałe drzewa miały szansę przetrwać i zapewnić oliwę na cały sezon rodzinie, zakonowi lub innej instytucji.
- Ważna jest właściwa temperatura miażdżenia owoców i ekstrakcji oliwy - powiedział Andrea. - W najbardziej ortodoksyjnych olejarniach z powodu ciepła młyny są uruchamiane o świcie, nie działają w czasie największych upałów, by wieczorem wrócić do pracy. W niektórych zakładach praca ustaje na sześć godzin między północą a szóstą rano. Jednak w każdym wypadku wszystkie procesy w młynie podlegają kontroli, a temperatura podczas ekstrakcji nie może być wyższa niż dwadzieścia siedem stopni Celsjusza. Ortodoksi twierdzą nawet, że nie może przekraczać dwudziestu. My, we współpracy z naukowcami z uniwersytetu w Perugii, skonstruowaliśmy maszynę, która schładza masę oliwną do piętnastu stopni i nie pozwala na utratę polifenoli. Dzięki temu w sezonie możemy pracować cały dzień mimo panujących na zewnątrz upałów, a nasza oliwa utrzymuje bardzo wysoki poziom antyutleniaczy. I dzięki tej maszynie trafiliśmy do rankingu przewodnika "Flos Olei", bo już w pierwszym roku zauważono, że nasz produkt ma bardzo wysoką jakość.
Andrea nalał do niebieskiej szklaneczki nieco oliwy i podał mi ją.
- Co czujesz? - zapytał.
- Zioła, zieloną trawę, pomidory, karczochy - wymieniałem.
W odpowiedzi usłyszałem, że to wszystko to, czego szukamy w oliwie.
- Masz dobry nos! Źle byłoby, gdybyś poczuł orzechy albo migdały, to znaczyłoby, że oliwa jest stara i utleniona. Albo, co gorsza, nuty octowe. A wiesz, dlaczego kubek jest niebieski? Na wygląd oliwy wpływają odmiana i czas zbiorów, ale by ocenić jej jakość, nie możemy sugerować się kolorem, bo on nie ma żadnego znaczenia. To dlatego kubeczek jest niebieski. Ukrywa barwę i niczego nie sugeruje, takich czarek używają specjaliści. Musisz jednak wiedzieć, że najpierw powinieneś ogrzać naczynie dłonią, by oliwa rozwinęła pełnię aromatów. Ważna jest też duża ilość polifenoli, a co za tym idzie, gorycz oliwy. A to prowadzi mnie do opowieści o czasie zbiorów. To jeden z najważniejszych momentów pracy w gaju oliwnym. Im wcześniej owoce zostaną zerwane, tym mniej dadzą oliwy, ale produkt z nich pozyskany będzie bardzo smaczny, zielony od chlorofilu i będzie miał znacznie wyższy poziom goryczy. Pokażę ci, jak smakuje oliwa, którą tłoczymy w piątym miesiącu księżycowym od kwitnienia drzew. Nazywa się Quinta Luna.
Andrea nalał do kolejnej niebieskiej czarki odrobinę oliwy. Jej smak był wyrazistszy niż tych, do których byłem przyzwyczajony. Poziom goryczy był naprawdę wysoki, ale mimo to zachwycała złożonością.
- We Frantoio Gaudenzi zbiory owoców zawsze przeprowadzamy tuż przed tym, jak oliwki staną się idealnie dojrzałe, ponieważ wtedy zawierają najwięcej korzystnych dla człowieka składników - kontynuował opowieść Andrea. - Dzięki wcześniejszym zbiorom uzyskujemy oliwę najwyższej jakości, a do tego bardzo zdrową. Będzie jednak pełna zadziornego smaku i wyczuwalnej na języku charakterystycznej goryczy. Zebrana później jest łagodniejsza, należy jednak pamiętać, że gorycz w oliwie to zjawisko pożądane.
Wąchając oliwę, zerknąłem na kolejną maszynę w olejarni.
- Dziś proces ekstrakcji przypomina ten sprzed wieków, ale zamiast kamiennych żaren używa się łatwych do utrzymania w czystości wielkich młynków ze stali nierdzewnej, a wodę oddziela się od tłuszczu w procesie wirowania, bo jest to znacznie szybsza metoda od tej wykorzystującej grawitację. Pulpy nie układa się już między matami, odciśnięcie płynu pozostawiając maszynom. Jest to sposób zdecydowanie bardziej higieniczny.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
1. O impasie u notariusza i guzikach zdolnych wybijać szyby w oknach
"Bevagna to piękne miasto z trzema średniowiecznymi kościołami przy głównym placu! Jeśli tam nie byłeś, jedź koniecznie!" Ta rzucona mimochodem sugestia skrywała kuszącą obietnicę. Miałem nadzieję, że przy owym placu będzie również jakaś kawiarnia, może nawet galateria[1], gdzie będę mógł usiąść i nieco odetchnąć, ponieważ ostatnie dwie godziny, które spędziłem u notariusza, usiłując kupić pewien umbryjski dom, okazały się wydarzeniem komiczno-tragicznym. Cento per cento[2] włoskim! Wyłączną korzyścią z tego straconego bezpowrotnie czasu była owa rada, udzielił mi jej jeden ze sprzedających.
Zanim ją usłyszałem, wiele się wydarzyło. Spotkanie z notariuszem i właścicielami domu zorganizowała pośredniczka z biura nieruchomości. Na miejsce dotarłem punktualnie. Odpowiednią kwotę miałem już zabezpieczoną na koncie i byłem gotowy wykonać przelew zaraz po podpisaniu aktu. Kolejne kroki w całej procedurze były dla mnie zrozumiałe i poparte doświadczeniem agentki nieruchomości, nie mogłem zatem spodziewać się problemów, które wkrótce miały się pojawić.
Wdrapałem się po wąskich schodach na drugie piętro kamienicy, gdzie urzędował notaio. Nacisnąłem dzwonek i już po chwili odniosłem wrażenie, że oto wylądowałem w samym sercu włoskiego filmu erotycznego, którego scenariusz oparto na stereotypach dotyczących południa Europy. On, czyli notariusz, miał koszulę rozpiętą mniej więcej do pępka, a spodnie tak obcisłe, że bałem się, iż guzik - jeśli odpadnie - wybije szybę w oknie. Ona, czyli jego asystentka, ubrana była w czerwoną sukienkę, równie obcisłą jak jego spodnie, z dekoltem podobnie jak u kolegi sięgającym pępka. Byli młodzi i piękni. Gdyby Pedro Almodóvar chciał nakręcić Kikę po włosku, mógłby spokojnie zrobić to w biurze notariusza w Foligno z nim i jego asystentką w rolach głównych.
Nie mogłem oderwać od nich oczu, ale też gapić się nie wypadało, zdradziłem więc, po co wpadłem. Notariusz powiedział, że musimy poczekać, bo sprzedających jeszcze nie ma. Asystentka zaproponowała kawę. Poprosiłem o espresso i usiadłem przy wielkim stole w ogromnej sali. Cieszyłem się, że zostawili mnie samego. Mam silną wolę, ale bałem się, że bez przerwy taksowałbym gospodarzy spojrzeniem, bo jeszcze nigdy stereotyp latin lover nie objawił mi się w tak doskonałej formie.
Domofon zapowiedział pojawienie się kolejnego gościa. Była to agentka nieruchomości. Wymieniliśmy się uprzejmościami: "Jak się masz?", "Świetnie, a ty?", i usiedliśmy. Na kolejny dzwonek nie czekaliśmy długo - po chwili do sali weszli sprzedający. Było ich aż ośmioro. Kiedy dołączył do nas notariusz, okazało się, że w pomieszczeniu, słusznych przecież rozmiarów, w zasadzie nie ma już miejsca. Aromaty kawy i perfum unoszące się w powietrzu nie zapowiadały nadciągającego dramatu.
Nie wiem, czy to kawa podniosła zgromadzonym ciśnienie, ale szybko zrozumiałem, że coś tu nie gra. Nagle niemal wszyscy przy stole zaczęli krzyczeć. Mówili szybko i nie były to proste zdania z podręczników do nauki włoskiego, więc przez chwilę nie rozumiałem zupełnie nic. Jeden ze sprzedających krzyczał na notariusza. Notariusz, machając rękami, perorował, wpatrując się w pośredniczkę, a ta wydzierała się do telefonu. Ja zaś siedziałem jak na tureckim kazaniu i nieco stropiony obserwowałem wszystko, co się wokół mnie działo.
Nagle notariusz wybiegł z sali, trzaskając drzwiami. Wrócił po chwili i z hukiem rzucił na stół teczkę, a wszyscy zamilkli. Korzystając z ciszy, pracowniczka agencji nieruchomości powiedziała mi, że doszło do nieporozumienia i że sprzedający się boją, że gdy podpiszą akt, to im nie zapłacę. Jej szef nie każe mi płacić, bo przecież nie wiadomo, czy podpiszą, jeśli dostaną pieniądze.
- Jesteśmy w klinczu - zdradziła.
Przez kolejny kwadrans trwała awantura, aż w końcu notariusz zapytał, czy mogę zrobić przelew teraz. Potwierdziłem, ale zupełnie szczerze dodałem, że jest prawie wieczór, wpłata nie zostanie zaksięgowana od razu, a pieniądze zapewne dotrą na włoskie konta jutro.
Znów rozpętała się awantura, podczas której wszyscy mówili bardzo dużo i bardzo szybko. Zacząłem rozmawiać z jednym ze sprzedających, który minę miał smutną, nie krzyknął ani razu i najwyraźniej nie cieszył się, że pozbywają się rodzinnego domu.
- Była to wspólna decyzja, więc nie mogę się wyłamać - wyjaśnił. - Przeżyliśmy tam wiele wspaniałych chwil. Mam nadzieję, że ty też będziesz tam szczęśliwy, bo oni pokrzyczą, ale i tak sprzedadzą. - Uśmiechnął się pocieszająco. - A jeśli lubisz Umbrię, pamiętaj, że tu zaraz obok jest Bevagna, piękne miasto z trzema średniowiecznymi kościołami przy głównym placu! Jeśli nie byłeś, jedź koniecznie!
Tego dnia z kupna domu nic nie wyszło. Nie było mowy, żeby sprzedający podpisali dokumenty przed zaksięgowaniem pieniędzy na koncie. Agentka mnie przepraszała, przepraszał notariusz i jeden ze sprzedających, który wyjaśniał, że ma upoważnienie od ojca na transakcję, ale tylko pod warunkiem, że wróci do domu z pieniędzmi. Czekałem na rozwiązanie, bo zakładałem, że podczas tej karczemnej awantury coś jednak uzgodnili.
I rzeczywiście. Chwilę po przeprosinach pojawiła się propozycja, żebyśmy wszyscy spotkali się ponownie jutro o tej samej porze. Ja miałem jeszcze tego dnia zlecić przelew w moim banku określany jako natychmiastowy, czyli realizowany migiem, a który - wszyscy mieliśmy taką nadzieję - zostanie zaksięgowany rano. Był to wypowiedziany, tym razem wprost i głośno, warunek podpisania aktu. Po tym miałem dostać klucze, które przez cały czas naszego spotkania leżały na stole.
Kiedy wychodziłem od notariusza, miałem dwie myśli. Po pierwsze, wierzyłem, że wszystko się uda! Po drugie, ufałem, że następnego dnia notariusz i jego asystentka wciąż będą przypominać gwiazdy porno, bo - nie da się ukryć - byłem pod wrażeniem.
- Bevagna! Pamiętaj! - usłyszałem, schodząc po schodach.
*
Cóż było robić? Pojechałem do miasteczka, o którym nie wiedziałem nic ponad to, że jego ozdobą są trzy kościoły przy głównym placu. Bevagna okazała się rzeczywiście piękna i wyjątkowa jak na Umbrię, bo ulokowano ją na płaskim terenie. Usiadłem w kawiarni na placu i przyglądałem się fasadom kościołów oraz stojącej nieopodal kolumnie z czasów rzymskich, nieoczekiwanie wyrastającej z miejskiego bruku, i rozmyślałem o tym, co się właśnie wydarzyło. Nie żebym miał jakieś wielkie doświadczenie, ale wydawało mi się, że kupowanie domu powinno wyglądać nieco inaczej. I nie chodziło mi o porozpinane guziki i sukienki krótsze niż liście figowe, które papież Paweł IV kazał poprzyczepiać do antycznych rzeźb zgromadzonych w Watykanie.
Tak oto wylądowałem w miasteczku Bevagna po raz pierwszy. Po raz drugi pojawiłem się tam kilka tygodni później już jako właściciel włoskiego domu, bo następnego dnia po wielkiej awanturze w biurze notariusza w obcisłych spodniach otrzymałem dwa kilogramy kluczy będących ekwiwalentem wielkiej pustki na moim koncie bankowym.
Podczas drugiej wyprawy do Bevagni byłem już nieco bardziej świadomy. W przerwach w remontowaniu domu czytałem bowiem książki o Umbrii i będącej jej kręgosłupem antycznej drodze Via Flaminia. Wiedziałem, że w miasteczku droga konsularna pokrywała się z dzisiejszymi ulicami Corso Amendola i Corso Matteotti i że za bogactwo jego mieszkańców odpowiedzialny był port na rzece Topino, której wody wpływają do rzeki Chiascio, nieco dalej łączącej się z Tybrem. Dziś żegluga po Topino jest niemożliwa, ale w przeszłości wykorzystywano ją do transportowania do Rzymu produktów rolnych i tkanin, co przynosiło całkiem przyzwoite dochody.
Przez pięćset lat od ukończenia Via Flaminia w 219 roku przed naszą erą aż do uruchomienia zachodniej odnogi tego traktu przez Terni i Spoleto miasto rozwijało się we względnym spokoju. Archeolodzy pracujący w okolicy odkryli miejsce dawnego miejskiego forum, pozostałości dwóch świątyń, teatru i budowli, w której mieli pracować kupcy napędzający lokalną gospodarkę. Jej relikty mają znajdować się pod dzisiejszym Kościołem Świętego Dominika. Ustalono też, że Bevagna nie została zbudowana zgodnie ze standardowym planem z jednorodnym systemem prostopadle przecinających się ulic według założeń Hippodamosa z Miletu, starożytnego urbanisty. Nie zaistniała więc w mieście siatka ulic tworzona przez aleje biegnące z północy na południe i ze wschodu na zachód. Główną ulicę przecinającą miasto ze wschodu na zachód nazywano decumanusem, a tę, która wyznaczała oś z północy na południe - cardo. I one w Bevagni istnieją, tyle że nie są ani proste, ani prostopadłe, bo miasto wraz z portem zbudowano, uwzględniając naturalną rzeźbę terenu i zakole rzeki, co nadało mu wrzecionowaty plan.
*
Przez jakiś czas byłem przekonany, że wiem o miasteczku tyle, ile powinienem. Kilka miesięcy po zakończonym remoncie domu moje umbryjskie życie nieco okrzepło, poznałem sąsiadów i gdy pewnego dnia podczas aperitivo przed sklepem Roberta gawędziliśmy o rzymskich pamiątkach znajdujących się wokół, zrozumiałem, że jednak nadal nic nie wiem. Stefano, który pracował jako archeolog w Hiszpanii oraz przy odkrywaniu Villa Rufione, zbudowanej przy Via Flaminia, zapytał, czy widziałem mozaiki rzymskie.
Bevagna ma mozaiki? Rzymskie? Gdzie?
Gnany miłością do mozaik, pojechałem do miasteczka ponownie. Pomiędzy Piazza Garibaldi i Via delle Terme Romane, w piwnicach jednego z budynków znajdują się biało-czarne mozaiki należące do kompleksu publicznych łaźni dawnego rzymskiego miasta. W trakcie wykopalisk odkryto pozostałości czterech pomieszczeń. Główne zdobi bogata czarno-biała mozaika o tematyce morskiej pochodząca z początku II wieku naszej ery. Przedstawiony motyw jest typowy dla dekoracji termalnych i odnosi się do podwodnego świata. Trytony i koniki morskie rozmieszczone są symetrycznie przy krótszych bokach pomieszczenia, a ośmiornice, delfiny i homary przedstawione są w części centralnej. Zwierzęta uformowano z czarnych tesser ułożonych na białym tle. Podobne mozaiki odnaleziono w Ostii i Kapui. One również pochodzą z okresu panowania cesarza Hadriana.
Przed wyjazdem Stefano zasugerował, że powinienem przespacerować się Via San Francesco. Przemierzając ulicę, zastanawiałem się, o co mu chodziło. Jest archeologiem, więc rozglądałem się uważnie, ale nie dostrzegłem niczego szczególnego. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ulica ma dziwny kształt, bo cały czas zakręca. Zrozumiałem, że musiał tu stać rzymski teatr, którego pozostałości wykorzystano tak samo jak w toskańskiej Lukce - na starych fundamentach wzniesiono budynki mieszkalne. Po powrocie upewniłem się, że miałem rację. Stefano zdradził, że teatr został wybudowany w I wieku.
A potem się okazało, że Bevagna miała jeszcze jednego asa w rękawie. Od ponad trzydziestu lat w lipcu organizowane jest w tym mieście wydarzenie znane jako Mercato delle Gaite, czyli Targ Dzielnicowy, a miejscowość na kilka wakacyjnych tygodni wraca do średniowiecza. W wąskich ulicach stają kramy, wszyscy ubierają się w stroje wzorowane na tych z przeszłości, a odwiedzający mogą przyglądać się, jak kiedyś wyglądało życie rzemieślników, bo kilka razy w ciągu dnia odbywają się specjalne pokazy. W średniowieczu Bevagna słynęła z doskonałej jakości tkanin, więc kiedy Guisy, Stefano, Massimo, Daniel i Barbara zabrali mnie na Mercato delle Gaite, ustaliliśmy, że obejrzymy, jak produkowano jedwab.
Już po zmroku trafiliśmy do budynku, w którym rozmieszczone na półkach jedwabniki wcinały liście morwy. Tuż obok, na podwórzu, ich kokony wrzucano do gorącej wody i zaczynało się dziać. Wyjęta z kokonu nić zdawała się nie mieć końca, gdy nawijano ją na szpulkę. W sąsiednim pomieszczeniu z przędzy tkano materiał.
Dookoła biegały poprzebierane w średniowieczne stroje dzieciaki, a w pobliżu można było coś zjeść i wypić, więc atmosfera przypominała lokalny festyn. Ruszyliśmy na spacer po miasteczku. Kiedy dotarliśmy do głównego placu, postanowiłem wypytać Barbarę, przewodniczkę po Umbrii, o tamtejsze kościoły. Dwa z nich powstały w tym samym czasie i pod okiem tego samego architekta.
- San Silvestro - Barbara wskazała kościół po prawej stronie - pochodzi z 1195 roku, co napisano na tablicy umieszczonej obok portalu. Został wzniesiony pod okiem Maestra Binella. Fasada jest skromna, ponieważ nie została nigdy ukończona. Miała być podobna do fasady kościoła po drugiej stronie placu.
Barbara pociągnęła mnie w kierunku wejścia do Kościoła San Michele. Ten został zbudowany przez mistrzów Binella i Rodolfa w 1070 roku na miejscu bardzo starego oratorium.
- Nie wiem, skąd czerpano materiały do budowy oratorium, ale popatrz tu. - Barbara dotknęła portalu kościoła. - Skoro kościół jest romański, to dlaczego portal jest tak pięknie rzeźbiony?
- Pochodzi z czasów rzymskich? - zapytałem.
- Bingo! - potwierdziła moja przewodniczka. - Nie ma wątpliwości, że to fragment antycznego architrawu. Zwróć uwagę, jak sprytnie ktoś wykorzystał rzeźbienie w architrawie, by przywodziło na myśl laskę biskupią. Wystarczyła chwila pracy!
*
Kilka tygodni później, już we wrześniu, wpadłem do miasta na popołudniowe aperitivo. Obowiązkowy spacer zostawiłem sobie na później. Było już prawie ciemno, kiedy zauważyłem, że drzwi Palazzo dei Consoli, kolejnej wielkiej średniowiecznej budowli przy głównym placu, są otwarte. To nie zdarzyło się nigdy wcześniej, a ja, nauczony już, że jeśli w Italii jakieś wejście stoi otworem, to trzeba z tego skorzystać, zacząłem wspinać się po schodach największego nienależącego do kościoła budynku w mieście. Wzniesiono go pod koniec XIII wieku, kiedy Bevagna była u szczytu rozwoju i gdy mieszczanie otrzymali od papieża Innocentego IV prawo do wyboru burmistrza. Jakie było moje zaskoczenie na szczycie schodów, gdy się okazało, że wnętrze nie ma w sobie nic z gotyckiego wyposażenia sugerowanego przez elewację. Znalazłem się w bogato zdobionym teatrze z miękkimi fotelami obitymi bordowym welurem.
Nie miałem pojęcia, dlaczego budynek był akurat otwarty, postanowiłem jednak się nad tym nie zastanawiać, tylko przyjrzeć się wszystkiemu jak najuważniej. Na widok człowieka w korytarzu nie straciłem rezonu. Wykrzyknąłem radośnie: "Buonasera!". Cieszę się, że to zrobiłem, bo dzięki temu miałem okazję usłyszeć co nieco o historii tego miejsca. Nie wiedziałem, kim był ten mężczyzna, ale opowieść potoczyła się wartko.
Teatr nosi imię urodzonego w Bevagni w XVIII wieku znawcy włoskiej literatury i wykładowcy Francesca Tortiego, który był przeciwnikiem puryzmu zakładającego, że język włoski musi wrócić do czternastowiecznej formy i odrzucić wszystkie nowe słowa. Był też pisarzem, którego oskarżono o herezję, bo opisał biedę centralnych Włoch zarządzanych przez ludzi papieża. Jego książki trafiły na kościelny indeks, a on sam przed śmiercią został zmuszony do zaprzeczenia wszystkiemu, co napisał.
- Udało się to, bo był już tak chory, że nie miał siły się bronić - usłyszałem.
W drodze do domu zastanawiałem się, ile jeszcze tajemnic, ile postaci ze swojej historii kryje przede mną niewielka Bevagna.
[1] (wł.) lodziarnia.
[2] (wł.) Sto na sto, czyli na sto procent, jak powiedzielibyśmy po polsku.