Vi, dziewczynka szpieg. Licencja na luz - Maz Evanz

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Szpie­dzy są fa­talni w do­cho­wy­wa­niu ta­jem­nic. Nie tych wiel­kich z ro­dzaju: "to kwe­stia bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­wego". Na te, z oczy­wi­stych wzglę­dów, mu­szą bar­dzo uwa­żać - w końcu trudno by było uznać za asa wy­wiadu ko­goś, kto strzela so­bie sel­fika, ska­cząc ze spa­do­chro­nem do taj­nej bazy wroga (#Szu­kaj­cie­Po­dWul­ka­nem).

Nie, wiel­kie ta­jem­nice są u nich bez­pieczne. Chce­cie ochro­nić kod do sejfu z za­pa­sem cze­ko­lady głowy pań­stwa? Prze­każ­cie go szpie­gowi. Mu­si­cie do­brze scho­wać pro­to­typ mię­dzy­kon­ty­nen­tal­nego pi­sto­letu na wodę na­kie­ro­wy­wa­nego la­se­rem? Szpieg z pew­no­ścią zna do­sko­nałe kry­jówki. Od­kry­li­ście, że przy­by­sze z ob­cej pla­nety, któ­rzy mają w zwy­czaju wy­sy­sać mó­zgi, pla­nują in­wa­zję na Sur­bi­ton? Szpieg za­bie­rze tę in­for­ma­cję do grobu (i - przy odro­bi­nie szczę­ścia - do Sur­bi­ton).

Na­to­miast te mniej­sze ta­jem­nice - no wie­cie, drobne oso­bi­ste se­krety - nie mają szans. Je­żeli za­mier­za­cie zor­ga­ni­zo­wać przy­ję­cie nie­spo­dziankę, ab­so­lut­nie nie wspo­mi­naj­cie o tym szpie­gowi, bo we wto­rek do wa­szych drzwi za­pu­kają małpy nie­zna­nego ga­tunku z serca Ama­zo­nii, dzier­żące w dło­niach kieł­ba­ski na­bite na pa­tyki. Za nic w świe­cie nie dziel­cie się ze szpie­giem po­dej­rze­niami na te­mat sprze­daw­czyni ze sklepu na rogu ulicy, bo za­nim zdą­ży­cie po­wie­dzieć: "zro­śnięta brew", na jej sto­isko z prze­ką­skami przy­pu­ści szturm od­dział an­ty­ter­ro­ry­stów. No i ni­gdy, ale to p r z e n i g d y nie pro­ście szpiega, by za­cho­wał dla sie­bie pe­wien za­bawny szcze­gół z ży­cia wa­szej mamy - chyba że chce­cie zo­ba­czyć jej minę, kiedy w wia­do­mo­ściach o osiem­na­stej za­pre­zen­tują na­le­żące do niej ró­żowe majtki w pan­terkę.

Szpie­dzy nie po­tra­fią do­cho­wy­wać ta­jem­nic, to nie­za­prze­czalny fakt. Nikt nie ro­zu­miał tego le­piej niż Va­len­tine Day.

Mama Va­len­tine była szpie­giem, a Va­len­tine wie­działa o tym, po­nie­waż, jak każdy szpieg, jej ko­chana ro­dzi­cielka nie ra­dziła so­bie z ukry­wa­niem swo­jego za­wodu przed świa­tem. Przy­kła­dowo pod­czas jed­nego z wie­czor­ków ha­zar­do­wych, or­ga­ni­zo­wa­nych przez szkolny ko­mi­tet ro­dzi­ciel­ski, do­pro­wa­dziła do aresz­to­wa­nia taty Ar­thura Til­sleya, prze­ko­nana, że ukrył w ko­szu na śmieci dy­na­mit (w rze­czy­wi­sto­ści były to obrzy­dliwe pasz­te­ciki upie­czone przez jego żonę). Szko­liła też psa są­sia­dów do tro­pie­nia ła­dun­ków wy­bu­cho­wych, co skoń­czyło się po­gry­zie­niem li­sto­no­sza Freda, kiedy nie­szczę­śnik pró­bo­wał do­star­czyć pod nu­mer 12 fa­jer­werki na ogni­sko, a raz zje­chała na li­nie z da­chu wie­lo­pię­tro­wego su­per­mar­ketu, bo ina­czej nie zdą­ży­łaby wy­słać li­stu przed ostat­nim opróż­nie­niem skrzynki (co aku­rat było nie­sa­mo­wite). Tak, Va­len­tine nie miała wąt­pli­wo­ści, że jej mama jest szpie­giem - i w pe­wien zu­peł­nie zwy­czajny pią­tek, w swoim zu­peł­nie zwy­czaj­nym domu, znaj­du­ją­cym się w cał­kiem zwy­czaj­nym mia­steczku, po­sta­no­wiła to udo­wod­nić.

- Chyba czeka nas po­ważna roz­mowa - oznaj­miła z ża­ło­snym wes­tchnie­niem mama, kiedy Va­len­tine we­szła do kuchni, żeby spraw­dzić, co bę­dzie na obiad. - Czy­tam ocenę se­me­stralną pana Spro­uta i nie wie­rzę wła­snym oczom! Co ci strze­liło do głowy, żeby mu pod­kra­dać mar­ker do ta­blicy?

- Mamo, wy­lu­zuj, ni­czego nie pod­kra­da­łam. Wręcz prze­ciw­nie, ja p o d z w r a c a ł a m.

- Co ro­bi­łaś...?

- Pod­zwra­ca­łam. To od­wrot­ność pod­kra­da­nia. Nie wy­ję­łam mu tego mar­kera z kie­szeni, tylko go tam chył­kiem wło­ży­łam. - Va­len­tine ko­rzy­stała z każ­dej spo­sob­no­ści, żeby do­sko­na­lić tę umie­jęt­ność. Bo czy miała coś cie­kaw­szego do ro­boty w Nor­ton-on-Sea (czy też Nud­nor­ton-on-Sea, jak sama na­zy­wała tę nie­cie­kawą mie­ścinę, sły­nącą wy­łącz­nie z elek­trowni, którą za­mknięto przed trzy­dzie­stoma laty)? - Ja tylko, no wiesz... Prze­mie­ści­łam ten mar­ker z miej­sca na miej­sce. A poza tym mam do cie­bie py­ta­nie.

- Nie zmie­niaj te­matu! - ostrze­gła ją mama, z nie­ziem­ską pre­cy­zją rzu­ca­jąc na de­skę do kro­je­nia skład­niki przy­go­to­wy­wa­nego da­nia. Była zwo­len­niczką kuchni fu­sion, od­da­ją­cej hołd ich zło­żo­nym ko­rze­niom: po czę­ści se­ne­gal­skim, an­giel­skim, ja­maj­skim i afro­ame­ry­kań­skim. Dzi­siaj szy­ko­wała na obiad żab­nicę po ja­maj­sku z ba­na­no­wymi fryt­kami i pu­rée z groszku. Va­len­tine za­do­wo­li­łaby się pizzą.

- Skoro masz na imię Su­san - cią­gnęła nie­zra­żona dziew­czyna, z pre­me­dy­ta­cją zmie­nia­jąc te­mat - to dla­czego w twoim ak­cie uro­dze­nia jest na­pi­sane "Easter"?

Mama - Su­san bądź Easter, co wciąż wy­ma­gało do­pre­cy­zo­wa­nia - za­sty­gła z ba­na­nem w dłoni. Tak, to była na­prawdę sku­teczna zmiana te­matu.

- Skąd wy­trza­snę­łaś mój akt uro­dze­nia? - za­py­tała i przez nie­uwagę upu­ściła owoc. Pod­biła go jed­nak stopą, nim spadł na pod­łogę, i zwin­nie zła­pała.

- No więc... Na­tknę­łam się na niego, zu­peł­nie przy­pad­kiem, gdy tak so­bie le­żał... - wy­ja­śniła Vi, która "na­tknęła się" na ów do­ku­ment w wa­lizce za­mknię­tej na kłódkę, ukry­tej pod pod­łogą w sy­pialni mamy. Po­trze­bo­wała pra­wie go­dziny, żeby - oczy­wi­ście cał­kiem nie­chcący - otwo­rzyć kłódkę wy­try­chem.

- Z-zmie­ni­łam je - za­jąk­nęła się mama - bo mi się nie po­do­bało.

- A mnie się po­do­bało - wtrą­ciła się bab­cia Vi, miesz­ka­jąca ra­zem z córką i wnuczką pod jed­nym da­chem. - Na­sza ro­dzina ma długą hi­sto­rię wy­jąt­ko­wych imion. Twoja pra­pra­babka na­zy­wała się Mo­ther Day, po Dniu Matki, pra­babka: Chri­st­mas Day, po Bo­żym Na­ro­dze­niu, a ja da­łam two­jej ma­mie na imię Easter, po Wiel­ka­nocy. Długo mu­sia­łam wal­czyć, że­byś ty miała imię Va­len­tine, oczy­wi­ście po Wa­len­tyn­kach, bo twój oj­ciec uparł się, żeby na­zwać cię Do­reen. Ale co się dzi­wić, ten męż­czy­zna był skoń­czo­nym idiotą...

Bab­cia po­krę­ciła głową i cmok­nęła z dez­apro­batą, tak jak za każ­dym ra­zem, gdy wspo­mi­nała o ta­cie Vi, który zmarł, kiedy Vi była ma­leńka. Va­len­tine wie­działa o nim tylko trzy rze­czy: że na­zy­wał się Ro­bert Ford (co wy­czy­tała z aktu ślubu "po­nie­wie­ra­ją­cego się" po domu), że miał białą skórę (co lo­gicz­nie wy­ni­kało z jej ja­sno­brą­zo­wej kar­na­cji) i że był skoń­czo­nym idiotą (o czym świad­czyły słowa babki). Va­len­tine wsty­dziła się tro­chę swo­jego peł­nego imie­nia, choć mu­siała przy­znać, że pa­so­wało jej dużo bar­dziej niż Do­reen. Na szczę­ście więk­szość lu­dzi mó­wiła na nią po pro­stu Vi.

- A twoje imię? Do­sta­łaś je w taki sam spo­sób? - za­py­tała.

- In­de­pen­dence? No ja­sne - przy­tak­nęła babka. - Po Dniu Nie­pod­le­gło­ści. Dla przy­ja­ciół Indy. Je­stem z niego bar­dzo dumna i uwa­żam, że twoja mama po­winna być dumna ze swo­jego.

- I je­stem - od­pa­ro­wała mama, wy­ma­chu­jąc groź­nie ba­na­nem. - Su­san, po Dniu Su­san.

- Je­steś Easter i nic tego nie zmieni - burk­nęła babka. - Kie­dyś sama to zro­zu­miesz.

- Va­len­tine - pod­jęła groź­nie Easter (Vi uznała, że Easter to dla niej od­po­wied­niej­sze imię niż Su­san). - Pan Sprout na­pi­sał tu też, że ścią­ga­łaś na kla­sówce z or­to­gra­fii. Czy to prawda?

- Mamo, wy­lu­zuj! - zbyła ją po raz drugi Vi. - Wcale nie ścią­ga­łam, tylko czer­pa­łam wia­do­mo­ści z od­bi­cia w szy­bie. To się na­zywa za­rad­ność. A tak w ogóle, to czy ty się przy­pad­kiem nie uma­wiasz z pa­nem Spro­utem?

- Słu... słu­cham? Vi, co to w ogóle za po­my­sły! - par­sk­nęła Easter, mru­ga­jąc ner­wowo. Mama mru­gała za każ­dym ra­zem, kiedy mi­jała się z prawdą, i był to wy­jąt­kowo przy­datny tik.

- Bo ostat­nio spę­dza­cie ze sobą mnó­stwo czasu.

- Cóż, ow­szem... Bo mu­simy prze­dys­ku­to­wać kwe­stie two­jej edu­ka­cji...

- Przy ko­la­cji?

- Geo­rge, to zna­czy p a n S p r o u t, w go­dzi­nach szkol­nych jest bar­dzo za­jęty.

- Aha, ja­sne. I stąd te wa­sze week­en­dowe pik­niki?

- Geo­rge... P a n S p r o u t ma też mnó­stwo obo­wiąz­ków po­za­lek­cyj­nych...

- No tak. To by tłu­ma­czyło wasz wspólny wy­jazd do Pa­ryża w ze­szłym mie­siącu.

- Skąd o nim wiesz?! - wy­krzyk­nęła Easter.

Vi zer­k­nęła ką­tem oka na ku­chenny ka­len­darz, gdzie na nie­wy­rwa­nej kartce z ze­szłego mie­siąca wid­niało dru­ko­wa­nymi czer­wo­nymi li­te­rami: "Pa­ryż z Geo­rge'em/pa­nem Spro­utem", po czym prze­nio­sła wzrok z po­wro­tem na sko­ło­waną matkę.

- Tak ja­koś zga­dłam - rzu­ciła.

- Po­słu­chaj - od­po­wie­działa Easter, mru­ga­jąc co­raz bar­dziej ner­wowo. - Tak się składa, że lu­bię to­wa­rzy­stwo Geo­rge'a...

- P a n a S p r o u t a - po­pra­wiła ją córka.

- Ale nie łą­czy nas nic poza ko­le­żeń­stwem! Je­ste­śmy do­brymi zna­jo­mymi, kropka.

Vi pa­trzyła, jak jej mama trze­po­cze po­wie­kami, pra­wie upusz­cza­jąc ba­nana po raz drugi. Ta­aak, ta sprawa zde­cy­do­wa­nie wy­ma­gała do­głęb­nego zba­da­nia - ale te­raz na­le­żało się sku­pić na kwe­stii szpie­go­wa­nia. Czas na małe prze­słu­chanko...

- Mamo - za­ga­iła, gdy Easter pod­rzu­ciła owoc, by po­szat­ko­wać go w po­wie­trzu se­rią szyb­kich cięć. - Czy mo­gła­bym mieć wła­sny te­le­fon?

- Ja­sne - od­parła Easter, na­dzie­wa­jąc ostat­nią frytkę na ko­niu­szek noża.

- Na­prawdę?! - Vi o ni­czym nie ma­rzyła tak bar­dzo, jak o po­sia­da­niu te­le­fonu; może wtedy coś by ją wresz­cie po­łą­czyło z po­zo­sta­łymi dzie­cia­kami ze szkoły. Nic in­nego nie przy­cho­dziło jej do głowy, a na­do­pie­kuń­cza matka, za­bra­nia­jąca Vi "dla jej do­bra" no­co­wa­nia u ko­le­gów oraz udziału w im­pre­zach, wcale nie po­ma­gała.

- Aha, ja­sne. Gdy wi­gi­lia wy­pad­nie w maju - do­pre­cy­zo­wała ter­min Easter. - Do­brze wiesz, co my­ślę o te­le­fo­nach. Zbyt ła­two je wy­ko­rzy­stać do na­ru­sze­nia pry­wat­no­ści. Czy­ta­łam nie­dawno ar­ty­kuł na­ukowy o tech­no­lo­giach ha­ko­wa­nia i...

Świet­nie, matka roz­ko­ja­rzona - plan dzia­łał jak złoto. Pora ude­rzyć.

- Mamo - Vi prze­rwała Easter, w chwili gdy ko­bieta rzu­ciła fryt­kami przez pół kuchni do fryt­kow­nicy, po czym od­ru­chowo za­nur­ko­wała za sto­lik śnia­da­niowy z pal­cami we­tknię­tymi w uszy - czy ty je­steś szpie­giem?

- Tak - od­parła bez za­sta­no­wie­nia ko­bieta i do­piero gdy na­działa żab­nicę na nóż, uświa­do­miła so­bie, co wła­śnie po­wie­działa. - To zna­czy: nie! To zna­czy: kie­dyś by­łam, ale...

Vi po­de­szła do niej i de­li­kat­nie wy­jęła jej z ręki ostre na­rzę­dzie.

- Mia­łaś ra­cję. Wy­gląda na to, że czeka nas po­ważna roz­mowa - stwier­dziła i po­pro­wa­dziła mamę do stołu.

- A my­śla­łam, że ni­gdy nie do­cze­kam tego dnia - mruk­nęła bab­cia zza krzy­żówki.

Tym spo­so­bem Va­len­tine do­wie­działa się, że Easter, a przed nią In­de­pen­dence, były w prze­szło­ści taj­nymi agent­kami PA­IONK-a (Pod­ziem­nej Agen­cji In­wi­gi­la­cji, Obrony i Nad­zoru Kraju), ale zre­zy­gno­wały tuż po śmierci ojca dziew­czyny.

- Czyli że... Mój tato też był szpie­giem? - upew­niła się Vi.

- Aha - przy­tak­nęła mama, a gdy tylko się od­wró­ciła, bab­cia par­sk­nęła w krzy­żówkę. - Ro­bert zgi­nął, prze­kie­ro­wu­jąc w ko­smos po­cisk ją­drowy, na se­kundę przed jego eks­plo­zją w ziem­skiej at­mos­fe­rze. Na pewno przy­kla­snąłby mo­jej de­cy­zji.

Easter spoj­rzała na bab­cię, która par­skała te­raz tak do­no­śnie, jakby była ko­niem cier­pią­cym na wy­jąt­kowo do­kucz­liwy ka­tar sienny.

- A dla­czego się wy­co­fa­łaś? - do­py­ty­wała Vi.

Easter wes­tchnęła i ob­jęła córkę.

- Bo po odej­ściu two­jego ojca po­trze­bo­wa­łaś ro­dzica, który da ci po­czu­cie sta­bi­li­za­cji, który bę­dzie przy to­bie non stop, żeby cię chro­nić, ob­ser­wo­wać każdy twój ruch... Ta­kiego, który nie zgi­nie w zbior­niku peł­nym zmu­to­wa­nych pi­ra­nii. Więc po­sta­no­wi­łam przejść na eme­ry­turę i prze­nieść się do tego ślicz­nego, spo­koj­nego mia­steczka, gdzie trudno nas bę­dzie zna­leźć.

- Kto by w ogóle szu­kał w Nud­nor­ton-on-Sea? - za­kpiła Vi. A więc miała ra­cję: jej mama na­prawdę była szpie­giem. To by tłu­ma­czyło, skąd Vi miała taki ta­lent do... przy­pad­ko­wego od­naj­dy­wa­nia rze­czy, które po­nie­wie­rały się po domu to tu, to tam. Cie­kawe, ja­kie umie­jęt­no­ści odzie­dzi­czyła po ta­cie.

- No cóż, tylko się cie­szyć, że prawda wresz­cie wy­szła na jaw. Dzięki temu Va­len­tine bę­dzie mo­gła pójść do Rim­ming­ton Hall - oznaj­miła bab­cia.

- A co to ta­kiego? - za­py­tała dziew­czyna.

- Aka­de­mia Szpie­gow­ska Rim­ming­ton Hall - wy­tłu­ma­czyła sta­ruszka z bły­skiem w oku. - Szkoła dla szpie­gów. Ale żeby się tam do­stać, mu­sia­ła­byś ukoń­czyć mi­sję. Kiedy Easter była w twoim wieku, ura­to­wała sied­miu za­kład­ni­ków z na­padu na bank, po­słu­gu­jąc się wy­łącz­nie ka­ta­pultą i lalką Bar­bie. Wszyst­kie wiel­kie ta­lenty tra­fiają do Rim­ming­ton Hall.

- Szkoła dla szpie­gów? Brzmi nie­sa­mo­wi­cie! - Vi czuła, jak na­ra­sta w niej en­tu­zjazm. - A jak się do­staje mi­sję?

- Trzeba ją so­bie zna­leźć - za­ćwier­kała ra­do­śnie bab­cia.

- Wy­klu­czone! - ucięła krótko Easter. - Vi bę­dzie się uczyć w li­ceum Świę­tego Mi­chała, a nie w... w t a m t y m miej­scu.

- Cóż za nie­do­rzecz­ność - skar­ciła ją Indy. - Va­len­tine wy­wo­dzi się z dłu­giej li­nii wspa­nia­łych szpie­gów, która swój po­czą­tek miała w dzie­więt­na­sto­wiecz­nej Ko­lei Pod­ziem­nej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Sun­day szpie­go­wała pod przy­krywką jako pie­lę­gniarka na fron­tach pierw­szej wojny świa­to­wej, a moja mama, Chri­st­mas, wy­ko­rzy­sty­wała ka­rierę śpie­waczki, żeby zdo­by­wać po­ufne in­for­ma­cje pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej. Ja by­łam pierw­szą czar­no­skórą ko­bietą, którą zwer­bo­wano do PA­IONK-a, a ty, moja droga, naj­młod­szą. Szpie­go­wa­nie mamy we krwi, po­mimo nie­usta­ją­cych wy­sił­ków nie­któ­rych z nas, żeby temu za­prze­czać. Choć...

- Nie! - prze­rwała jej Easter. - Nie za­mie­rzam tłu­ma­czyć ci tego po raz ko­lejny, mam już tego po dziurki w no­sie! Tamto ży­cie do­bie­gło końca, ro­zu­miesz?

- Nie moja sprawa - rzu­ciła bab­cia bez­tro­sko, po czym wbiła wzrok w krzy­żówkę. - Ale po­zwól, że się grzecz­nie nie zgo­dzę.

- Po­wta­rzam: to ko­niec! - upie­rała się Easter.

- Wy­par­cie...

- To nie jest żadne wy­par­cie!

- Ależ oczy­wi­ście, że jest. - Znów ten sam błysk w oku. - "Nie­do­pusz­cza­nie do świa­do­mo­ści pew­nych my­śli lub uczuć", na osiem li­ter po­ziomo.

Bab­cia była je­dyną osobą, która miała od­wagę roz­ma­wiać w ten spo­sób z mamą Vi - a Vi uwiel­biała słu­chać ich sprze­czek.

- "Prawo lub zdol­ność do po­dej­mo­wa­nia sa­mo­dziel­nych de­cy­zji", na sie­dem li­ter pio­nowo - cią­gnęła sta­ruszka, sku­piona na krzy­żówce. - Wol­ność?

- Ja tylko sta­ram się za­pew­nić ci bez­pie­czeń­stwo - tym ra­zem Easter zwró­ciła się do córki, chwy­ta­jąc ją za rękę. - Je­steś dla mnie wszyst­kim. Któ­re­goś dnia to zro­zu­miesz...

- Nie­moż­li­wość! - wy­krzyk­nęła bab­cia. - Dwa­na­ście li­ter, "rzecz nie­wy­ko­nalna, nie do zro­bie­nia".

- A na­uka w Rim­ming­ton Hall pchnę­łaby cię na ścieżkę, któ­rej wo­lisz unik­nąć.

- "Nie­unik­nio­ność wy­da­rzeń w przy­szło­ści" - mam­ro­tała bab­cia z ka­mienną twa­rzą - na trzy­na­ście li­ter pio­nowo... Hmm, prze­zna­cze­nie?

- Nie, za nic w świe­cie - oznaj­miła twardo Easter. - Vi nie bę­dzie szpie­giem.

- Idiotka.

- Czy mo­żesz to w końcu odło­żyć?! - Easter wy­rwała matce krzy­żówkę.

- To aku­rat nie było żadne z ha­seł. - Indy pu­ściła oko do Va­len­tine.

- Pró­buję ura­to­wać jej ży­cie - wy­szep­tała Easter.

- To może naj­pierw po­zwól jej ja­kieś mieć, żeby było co ra­to­wać?

Za­pa­dła ner­wowa ci­sza. Vi za­częła do­cho­dzić do wnio­sku, że naj­wyż­sza pora wziąć się do od­ra­bia­nia lek­cji. Aby się do­stać do Rim­ming­ton Hall, mu­siała bo­wiem ciężko pra­co­wać - a że się tam wy­bie­rała, było prze­cież ja­sne jak słońce.

- Nie bra­kuje ci tego? - za­py­tała mamę i pod­nio­sła szkolny ple­cak, z któ­rego wy­sy­pała się cała za­war­tość. No tak, po­psuty za­mek. - Wiesz, by­cia szpie­giem. Za­łożę się, że to było su­per­ek­scy­tu­jące.

Vi pod­sko­czyła prze­stra­szona, gdy na pod­łogę upadł z brzę­kiem nóż. Jej mama po­de­szła bli­żej. Po­nie­waż re­gu­lar­nie ćwi­czyła, miała im­po­nu­jącą syl­wetkę. Była szczu­pła, ale silna; jej ko­ści po­licz­kowe mo­głyby szat­ko­wać cy­ko­rię, a krótko przy­cięte czarne włosy zda­wały się sta­wać dęba, gdy brały nad nią górę emo­cje. Ta kom­bi­na­cja cech spra­wiała, że Easter: a) była na­prawdę nie­sa­mo­wita; b) cza­sami wy­glą­dała prze­ra­ża­jąco.

- Wy­słu­chaj mnie te­raz uważ­nie, Va­len­tine Day! - za­częła drżą­cym gło­sem. - W by­ciu szpie­giem nie ma ni­czego su­per. To nie­bez­pieczny za­wód pe­łen taj­nych mi­sji, wy­bu­chów i broni i nie chcę, że­byś miała z nim co­kol­wiek wspól­nego. Wszystko, co ro­bię i co kie­dy­kol­wiek ro­bi­łam, miało na celu za­pew­nie­nie ci bez­pie­czeń­stwa. Dla­tego mu­sisz przy­siąc, że bę­dziesz o sie­bie dbała. Ko­cham cię nad ży­cie i we­sprę cię we wszyst­kim, czego tylko za­pra­gniesz - oprócz tej jed­nej rze­czy. Żad­nego szpie­go­wa­nia. Prze­nigdy. Obie­cu­jesz?

- Ja­sne, mamo. Wy­lu­zuj... - za­częła Vi.

- Nie! - Easter nie­cier­pli­wie we­szła jej w słowo. - Nie mam za­miaru wy­lu­zo­wy­wać, kiedy w grę wcho­dzi twoje do­bro. A te­raz obie­caj!

- Och, do­bra! Idę od­ra­biać za­da­nia - od­po­wie­działa Vi, ce­lowo nie skła­da­jąc żad­nych de­kla­ra­cji. Bo i jak mia­łaby to zro­bić, skoro jedno było dla niej ja­sne: że ni­czego nie pra­gnęła tak bar­dzo jak tego, by zo­stać szpie­giem?

- Och, i jesz­cze jedno, Vi - rzu­ciła za nią mama, zer­ka­jąc zna­cząco na bab­cię. - Mu­sisz za­cho­wać to w ta­jem­nicy. Nikt nie może się do­wie­dzieć, że w prze­szło­ści zaj­mo­wa­łam się szpie­go­stwem.

- Wia­domka - od­parła śmier­tel­nie po­waż­nie dziew­czyna. W prze­ci­wień­stwie do swo­jej mamy ona do­sko­nale ra­dziła so­bie z do­cho­wy­wa­niem ta­jem­nic. Czy nie świad­czyła o tym do­bit­nie wielka plama po cze­ko­la­dzie na opar­ciu fo­tela babci?

- Cie­szę się, że mnie ro­zu­miesz - po­wie­działa Easter. - Tylko w ten spo­sób za­gwa­ran­tuję ci bez­pie­czeń­stwo. No, a poza tym ja­koś tak... Nie udało mi się jesz­cze po­ru­szyć tej kwe­stii z Geo­rge'em i...

- Aha! Czyli jed­nak uma­wiasz się z pa­nem Spro­utem! - wy­krzyk­nęła Vi, przy­ła­paw­szy mamę na nie­ostroż­no­ści.

- Och... - Easter długo marsz­czyła czoło, pró­bu­jąc zna­leźć ja­kieś wy­tłu­ma­cze­nie, aż w końcu mu­siała ska­pi­tu­lo­wać. - No do­brze, uma­wiam się. Czy nie masz nic prze­ciwko?

Vi zro­biła nie­za­do­wo­loną minę. Pan Sprout był prze­cież jej na­uczy­cie­lem - oczy­wi­ście, że miała coś prze­ciwko! Na samą myśl prze­cho­dziły ją ciarki.

- Geo­rge to uprzejmy, słodki i ko­cha­jący męż­czy­zna - wy­li­czała Easter roz­ma­rzo­nym gło­sem. - Po­trafi mnie roz­śmie­szyć, a ja znów czuję się przy nim młoda. Kiedy mnie ca­łuje, to...

- Okej, wy­star­czy! - prze­rwała ma­mie Vi, bo zbie­rało jej się na wy­mioty. - Skoro ko­niecz­nie mu­sisz, to się z nim uma­wiaj. Tylko o tym nie ga­daj.

- I to samo ty­czy się mo­jej prze­szło­ści - od­parła Easter po­waż­nie. - Geo­rge nic o tym nie wie i ko­niecz­nie musi tak po­zo­stać. Przy­naj­mniej na ra­zie.

- Wo­bec tego le­piej wy­nieś tę wy­rzut­nię ra­kiet z ła­zienki dla go­ści.

- Pro­szę cię, Vi - po­wie­działa Easter ła­god­nie. - Mo­żesz to dla mnie zro­bić? Dla nas wszyst­kich. Za­leży mi je­dy­nie na nor­mal­nym ży­ciu. Ci­chym i spo­koj­nym.

Na wi­dok bła­gal­nej miny mamy Vi zmię­kła odro­binę.

- Ja­sne - po­wie­działa, tym ra­zem zu­peł­nie po­waż­nie. Pra­gnęła szczę­ścia swo­jej mamy, a pan Sprout był aku­rat cał­kiem mi­łym na­uczy­cie­lem. Jak na na­uczy­ciela. - Ale ty też mu­sisz mi coś obie­cać.

- Oczy­wi­ście - od­parła z uśmie­chem Easter.

- Obie­caj mi, że ni­gdy nie weź­mie­cie ślubu. Bo nie za­mie­rzam miesz­kać z moim na­uczy­cie­lem i jego dziw­nym sy­nal­kiem.

- Rus­sell jest uro­czy!

- Rus­sell Sprout? Na pewno mó­wimy o tej sa­mej oso­bie?

- Va­len­tine, bądź miłą dziew­czyną...

- To co? Obie­cu­jesz czy nie? - na­le­gała cał­kiem po­waż­nie Vi. - Za nic w świe­cie nie mogę się na­zy­wać Va­len­tine Sprout.

Roz­legł się dzwo­nek u drzwi.

- Ale z cie­bie głup­tas. - Easter za­chi­cho­tała i ru­szyła do przed­po­koju, przez co Vi nie wi­działa, czy jej mama mruga ner­wowo. - Va­len­tine Sprout... Do­bre so­bie! Nie, ko­cha­nie, ni­gdy wię­cej nie wyjdę za mąż. Prze­prze­prze­nigdy.

Gdy tylko Easter uchy­liła drzwi wej­ściowe, do domu wtar­gnęła ckliwa mu­zyka. Rus­sell Sprout stał z po­nurą miną na traw­niku i kie­ro­wał ro­bo­tem, który wy­gry­wał ro­man­tyczne prze­boje, ma­cha­jąc ogrom­nym pę­kiem ba­lo­nów w kształ­cie róż, a przed nim na ko­la­nie klę­czał pan Sprout.

- Su­san! - ode­zwał się na­uczy­ciel, uno­sząc pier­ścio­nek z dia­men­tem w stronę swo­jej wy­branki. - Od­mie­ni­łaś moje ży­cie. Ko­cham cię bar­dziej niż płe­twal błę­kitny kryl, czyli bar­dzo, wziąw­szy pod uwagę, że po­je­dyn­czy osob­nik po­łyka cztery tony kryla dzien­nie. Je­steś bla­skiem mego ży­cia, ca­łym moim świa­tem! Wyj­dziesz za mnie?

- Och, Geo­rge! - pi­snęła Easter z oczami peł­nymi łez. - Oczy­wi­ście, że tak!

- Jak cu­dow­nie! - za­wo­łała za ich ple­cami bab­cia, kiedy pan Sprout po­chwy­cił lubą w ra­miona, a Vi i Rus­sell wy­mie­nili scep­tyczne spoj­rze­nia. - Gra­tu­la­cje!

Pod­czas gdy do­ro­śli tań­czyli i ro­bili plany we­selne, do Va­len­tine Day do­cie­rało, że jej ży­cie wkrótce zmieni się na za­wsze - dziew­czyna nie zda­wała so­bie tylko sprawy, jak bar­dzo.

Bo szpie­dzy może i nie po­tra­fią do­cho­wy­wać ta­jem­nic.

Za to o wiele le­piej ra­dzą so­bie z kła­ma­niem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki