Veto! - Adam Krechowiecki

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Delicta maiorum immerito lues,

donce templu refeceris.

Horacy

Ponad bezleśną a górzystą okolicą słońce staczało się z wolna ku zachodowi. Jaskrawe jego promienie zatrzymywały się chwilę na wierzchołkach wzgórz i nikły w załomach i jarach, na dolinach i łąkach, ciągnących się jednym długim pasmem ku widniejącej z dala wiosce, Kowalewszczyzną zwanej. Smutna to była włość; zdawała się odciętą od świata tym pasmem wzgórz, które dalszą okolicę zakrywały. Na wiosnę i w lecie zieleniały przynajmniej te wzgórza; łąki i doliny okrywały się bujną zielonością i kwieciem, ale w zimie, zwłaszcza zaś w jesieni, gdy przekwitło wszystko, gdy zieleń przybrała żółtawą barwę, a słońce coraz rychlej kryło się za góry i coraz później wschodziło, to Kowalewszczyzna owa zdawała się ciągle jakby przykryta mgłami szarymi, co się z łąk wilgotnych i z rzeczki Ocedy, wąskimi wśród nich płynącej korytem, podnosiły ku niebu.

Włość sama wyglądała nędznie; chaty niskie, kurne, z małymi otworami miast okien, częstokroć w ziemi kopane, że tylko niewielka wyniosłość, jakby mogilna i nieco gałęzi z wierzchu narzuconych i dym z pośród nich się podnoszący, świadczyły, że w tych jaskiniach ludzie mieszkają.

Pod wieczór też pusto zwykle na drodze przez wieś wiodącej. Czasem jeno wyglądnie z chaty wieśniak w siermiędze, aby ogrodzenie zamknąć; czasem głos jakiś ozwie się donioślejszym echem, lub tęskna piosnka litewska zabrzmi w oddali, koń zarży lub pies zaszczeka. A z otworów owych, zastępujących kominy na dachu chat, dymy podnoszą się coraz gęstsze, czarne, świadcząc, iż ludzie siedzą u ogniska, wieczerzają społem i gwarzą po pracy.

Ale dymy te nie idą w górę, ścielą się po ziemi grubą czarną wstęgą, gnane wichrem, który z coraz większą siłą dmie od zachodu. Słońce już znikło stamtąd, kędy zaszło, podnoszą się chmury i powoli rozciągają się po niebie, gasząc gwiazdy, które się gdzieniegdzie ukazywać poczęły. Znak to niemylny, że na słotę się zbiera, a gdy taka kilkudniowa słota w tych stronach nastanie, to już zgoła nigdzie wydostać się nie można; nawet najlepszą drogą do Mińska, sześć mil stąd odległego, puszczać się trudno, tak grząsko.

W roku 1632 włość ta należała do Słuszków. Ale imćpan Aleksander Słuszka, naówczas kasztelan żmudzki, nie mieszkał tu nigdy. Raz był, oglądnął, zasmucił się wielce nad tym pustkowiem i odjechał, te jeno słowa wyrzekłszy:

- Chyba by umie Pan Bóg srodze pokarał, chyba bym się, nie daj Boże, ciężkiego grzechu dopuścił, a pokutować miał, iżbym tu zamieszkał!...

W Kowalewszczyźnie dworzysko było wielkie, jakby warowne, wałem opasane; ale że tu nikt z panów nie mieszkał a zawżdy jaki tenutariusz lub sługa, więc też i starania wielkiego nie było. Powaliły się tedy mury i ogrodzenia, waliła się część dachu i lewe skrzydło zamczyska całe niezamieszkałe; jeno baszta jedna stała jeszcze nienaruszona i prawa część dworu, gdzie komnaty były niskie, ale przestronne i za wygodne mieszkanie służyć mogły.

Od lat już kilku mieszkał tu imćpan Maciej Dziembowski, administrator dóbr tych, zaufany pana kasztelana żmudzkiego sługa. Człek też to był uczciwy nad podziw, chociaż dworzysku podupadać pozwalał i o okazałość nie dbał wcale, ale za to z gruntów i łąk, które tu niezwykle urodzajne były, znaczne pożytki ściągał i jurysdatorowi swymu do rezydencji jego w Stołpcach odsyłał.

Dziembowski mruk był okrutny; rzadko kiedy przemówił, a i fizjonomię miał taką, że się z nią dobrze oswoić trzeba było, aby w oczach chmurnych, które spod brwi nastrzępionych groźnie patrzyły, poczciwą duszę odgadnąć. Wysoki, barczysty, postawę okazałą miał i rycerską, ale też snadź z rycerskiego żywota musiała mu pozostać pamiątka, bo nogę lewą szpetnie włóczył za sobą i o lasce chodzić musiał. Pono kula armatnia tak mu tę nogę nadszarpnęła srodze, że już potem i rycerskie rzemiosło porzucić musiał. Kalectwo to wszakże widać jeno było wówczas, gdy chodził, bo jak na konia siadł, to zdawało się, że, doń przyrósł, tak zaś wspaniale wyglądał i tak dzielnie, jak młodzieniec, chociaż pewno z lat pięćdziesiąt wieku liczyć już musiał.

Mówiono o nim, jako lisowczykiem był, a z samym Aleksandrem Lisowskim aż na Lodowate Morze szedł i Dymitra Samozwańca prowadził do Moskwy, a potem jeszcze z Rogawskim pod Homonną Rakoczego zwyciężał i z Kleczkowskim walczył pod Wiedniem. Ale gdy owo wojsko lisowskie, "Straceńcami" zwane, wróciwszy do kraju, dziwy dokazywać poczęło i srogie przeciw niemu konstytucje zapadły, na banicję swawolne kupy skazując, imćpan Dziembowski, srodze ranny w owej walce z Czechami pod Wiedniem, rzemiosło rycerskie porzucić musiał, a zapragnąwszy snadź samotnego żywota, w Kowalewszczyźnie osiadł, zarząd tych dóbr ku satysfakcji pana Słuszki, którego z dawna znał, sprawując.

Dobry to był człek, jeno tak hardy, że karku przed, nikim nie ugiął, choćby to nie tylko Słuszka był, ale i sam Radziwiłł; przy tym zaś na niedolę ludzką, jako to zwykle, czasu pokoju, u rycerzy bywa, niezmiernie czuły, chociaż z pozoru surowy.

Jak w gniewie na człowieka spojrzał, gdy mu co zawinił, to już i bić go nie potrzebował, tak go tym wzrokiem przeraził, a do opamiętania przywiódł. Ubierał się po lisowsku: kartka kozacka, płaszcz opięty z szerokim kołnierzem, czapka niska z wierzchem wiszącym, futrem obleczona, buty żółte z długimi cholewami, dobrze podkute.

Mieszkał samotnie, jeno przy sobie towarzysza a zarazem sługę miał, który z nim i w rycerskich wyprawach bywał i wszystkie losy dzielił, a tak był doń przywiązany, że chętnie byłby i życie; zań oddał, chociaż na pozór wieczyście się z panem swym wadził.

Ale w ważnych imprezach imć pan Dziembowski i nieco młodszy od niego towarzysz, Marcin Sołokaj - szlachcic litewski, którego on zawżdy zdrobniale Marcinkiern zwał - rozumieli się bez słów, na migi. Zarówno zresztą byli obaj mrukliwi; czasem jeno o wyprawach lisowskich rozgadali się z sobą, a wówczas Marcinek takie rozpowiadał dziwy, do prawdy niepodobne, że pan Dziembowski głośnym krzyknięciem milczenie mu nakazywać musiał.

- Połknij język, Marcinku! - wołał.

A wówczas Marcinek wstydził się wielce, ślinę łykał, ręką machał i milknął.

Sługa ów był znacznie mniejszy wzrostem od pana swego, ale równie niepośledniej siły i odważnego ducha, że sami we dwóch byliby mogli dworzysko to obronić, gdyby komu chęć napadu przyszła. Nie było zresztą żadnej o to obawy; okolica była spokojna, lud cichy, pracowity a zamożny, chociaż na oko nędznie wyglądał. Wszyscy też w Kowalewszczyźnie, chociaż obawiali się groźnego chorążego, jak go zwano, wszakże lubili go, bo sprawiedliwym był i nikomu krzywdy nie wyrządził, owszem i dopomógł chętnie, jeśli tego zachodziła potrzeba.

Za to nieubłaganym był dla tych, którzy przy jakowej robocie opieszałymi byli. - A upomnij go tam postronkiem, Marcinku! - wołał.

Marcinek zaś natychmiast spełniał rozkaz i biczownikiem smagał po plecach, sumiennie. Życie to zresztą jednostajne było i byłoby może smutne, gdyby smutek nie w duszy człowieka tkwił, ale z jego otoczenia płynął. Imćpan Dziembowski zaś nie frasował się nigdy i niczym, nie dziwował się niczemu, ani się oburzał, miewał jeno czasem rzewne przypomnienia minionej, innej, a rycerskiej przeszłości.

Gdy nad zachodem słońca objeżdżał z Marcinem łany pańskie, a na najwyższym wzgórzu stanąwszy, widział przed sobą całą włość w parowie i pasmo gór długie i stare kurhany w oddali i wstęgę Ocedy, połyskującą w słonecznych promieniach, i dalej, dalej, siniejące hory - gdy wicher powiał żałośnie wśród tych parowów a jarów i przynosił z sobą, niby z dalekiego świata, wieści; gdy się pan Dziembowski wsłuchał w tę muzykę wieczoru, w której brzmiała czasem jęcząco litewska birbinia czy duda, lub tęskna piosnka ludowa, wówczas przystawał, zamyślał się głęboko, wzdychał, raz i drugi a wreszcie mówił do towarzysza:

- Pomnisz, Marcinku! hej! hej!

Natenczas Marcinowi rozwiązywały się usta:

- A jakby to zapomnieć, panie chorąży! Jak my to bywało z panem Lisowskim po wertepach pędzimy, albo schyleni do kulbaki, że nas i nie widać, na nieprzyjaciela tłumem idziemy rysią... albo kiedy hen, tam na lodach północnych, szukamy kędy kres tej ziemi... lub kiedy...

- Pomnisz, Marcinku, w Moskwie, Nowogrodzie, Brańsku, Kostromie, albo w Starodubie, gdy pan Lisowski, jak od pioruna rażony padł... A pod Homonną, gdyśmy z Rogawskini Rakoczego zmietli...

- Jakby to zapomnieć? Jak dziś pamiętam!... Szliśmy, a nie szliśmy, jenośmy biegli, raczej lecieli i gród po grodzie brali a pędzili jak strzała, coraz szybciej, ścieląc drogę trupami... Za nami szła łuna a przed nami słońce i zbieżaliśmy tak kraje całe aż do Lodowatego Oceanu, kędy rzeki z taką siłą wpadały, że się lód druzgotał, a huk szedł na kilka mil w około...

A gdy to mówił Marcinek, panu i słudze paliły się oczy, usta Otwierały, chwytając powietrze, i wyciągały dłonie ku tym obrazom przeszłości.

Wreszcie pan Dziembowski żegnał się krzyżem świętym, ręką machał i głowę chylił na piersi, a gdy Marcinek jeszcze mówić chciał, jako on walczył z niedźwiedziami białymi na tych lodach północy, już mu nie dozwalał kończyć relacji...

- Marcinku, połknij język! - wołał i już w milczeniu do dom wracali.

Ale żywot ten spokojny, cichy i bez frasunku, nagle w samym początku roku pańskiego 1632 zmieniać się począł. Wbrew zwyczajowi swymu, pan Dziembowski, raz wyjechawszy do Mińska, potem coraz częściej wyjeżdżać począł i z tych podróży swoich, które często dwa tygodnie i więcej trwały, wracał coraz bardziej zafrasowany. Ani dawnych wspomnień, ani rozmów ze sługą; tarł jeno czoło ręką, podgoloną czuprynę targał, chodził po izbie kulejąc, zamyślony chmurnie" a gdy Sołokaj się zbliżył i starał się rozmowę nawiązać, to go nawet parę razy ofuknął surowo.

Zrazu sądził Marcinek, że powodem tego frasunku są sprawy dysydenckie na Litwie. Zuchwalstwo kalwinów, którzy już byli nieco przycichli, a teraz, gdy dłoń schorzałego i sędziwego króla Zygmunta III zwolniła nieco, rozwielmożnili się na nowo pod opieką Radziwiłłów birżańskich i już nawet praw pospolitych względem katolików zachowywać nie chcieli. Pan Dziembowski był w wierze katolickiej zelant wielki i nieraz jeszcze przed tym z frasunkiem o tej kalwińskiej przewadze mówił, ale Sołokaj po bliższym rozważeniu przyszedł do tej konwikcji, jako to nie mógł być powód, a przynajmniej nie główny, teraźniejszego frasunku.

- To są jakieś inne, ukryte przyczyny - myślał Marcinek, głowę sobie łamiąc nad nimi. - Czegóż by tak jeździł? Przecież przeciw kalwinom Straceńców werbować nie będzie, bo to nie są ani Rakoczowe Węgry, ani Czechy, ani bisurmany... A może też, może też, Boże odpuść, żenić się chce!...

Ale na samą myśl tę, aż się głośno zaśmiał Marcinek.

- To by to dopiero było małżeństwo diabłu na pociechę! Gdzież by też! Pięćdziesiąt lat... i lisowska wojaczka!... Ale coś w tym musi być...