Veronica i pingwiny - Hazel Prior

Kup ebooka

35.99 zł
29.87 zł (23,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy. Veronica

Ballahays, Ayrshire, Szkocja

Maj 2012

Nakazałam Eileen pozbyć się wszystkich luster. Kiedyś je lubiłam, ale mi przeszło. Lustra są brutalnie szczere. Hołduję zasadzie twórczego zatrzymania prawdy.

- Jest pani pewna, pani McCreedy? - Ton Eileen sugeruje, że zna mnie lepiej niż ja siebie.

Wiecznie to robi. To jeden z jej niezliczonych irytujących nawyków.

- Oczywiście, że jestem pewna!

Mlaszcze językiem i przechyla głowę na bok, tak że sprężynki jej włosów muskają ramię. To niezła sztuczka, jeśli wziąć pod uwagę, jak wyjątkowo grubą ma szyję.

- Nawet to śliczne o złoconych brzegach, które wisi nad kominkiem?

- Tak, nawet to - tłumaczę cierpliwie.

- I wszystkie lustra z łazienek?

- Zwłaszcza te! - Łazienka to ostatnie miejsce, w którym mam ochotę się oglądać.

- Jak pani sobie życzy. - W jej głosie pobrzmiewa impertynencja.

Eileen przychodzi codziennie. Ma za zadanie sprzątać, ale jej umiejętności pozostawiają wiele do życzenia. Jest chyba przekonana, że już nie widzę brudu.

Eileen ma ograniczony repertuar mimiczny: potrafi wyrazić radość, wścibstwo, zapracowanie, konsternację i bezmyślność. Teraz nakłada maskę zajętej. Krząta się, emitując na poły muzykalne dźwięki niczym znudzona pszczoła, po kolei ściąga lustra ze ścian i ustawia je w holu. Nie może zamknąć za sobą drzwi, bo ręce ma zajęte, więc chodzę za nią i sama je zamykam. Jeśli jest coś, czego nie mogę znieść, to właśnie otwartych drzwi.

Wchodzę do większej z dwóch bawialni. Na tapecie nad kominkiem pozostał szpetny ciemny kwadrat. Będę musiała czymś wypełnić tę przestrzeń. Może jakimś ładnym obrazem olejnym przedstawiającym bujną roślinność, a może reprodukcją Constable'a. To podkreśliłoby głęboką zieleń aksamitnych zasłon. Spodobałaby mi się kojąca sielska scena ze wzgórzami i jeziorem. Najlepszy byłby bezkresny krajobraz bez śladu człowieka.

- Proszę bardzo, pani McCreedy, to już chyba wszystkie.

Eileen przynajmniej nie zwraca się do mnie po imieniu. W dzisiejszych czasach młodzi ludzie porzucają wszelkie formy grzecznościowe, co moim zdaniem wystawia smutne świadectwo współczesnemu społeczeństwu. Mówiłam do Eileen "pani Thompson" przez pierwsze pół roku jej pracy. Przestałam, ponieważ mnie zaklinała. ("Proszę mówić do mnie Eileen, pani McCreedy, proszę mi zrobić tę przyjemność". "Cóż, ty mów do mnie dalej pani McCreedy, Eileen", odparłam. "Zrób mi tę przyjemność").

Dom podoba mi się o wiele bardziej teraz, kiedy odrażające lustrzane odbicia Veroniki McCreedy nie szydzą ze mnie z każdego kąta.

Eileen kładzie dłonie na biodrach.

- W takim razie je schowam. Może w pokoju na tyłach? Zostało tam jeszcze trochę miejsca.

Pokój na tyłach jest wyjątkowo ciemny i nieco zimny, tak naprawdę nie da się z niego korzystać. Pająki są przekonane, że należy do nich. Eileen w swojej nieograniczonej mądrości używa go jako składziku na wszystko, czego pragnę się pozbyć. Gorąco wierzy w gromadzenie przedmiotów "na wszelki wypadek".

Ugina się pod ciężarem luster, gdy idzie przez kuchnię. Opieram się pokusie zamykania za nią drzwi, bo wiem, że to tylko utrudniłoby jej życie. Pocieszam się myślą, że wkrótce znów wszystkie zostaną zamknięte.

Wraca pięć minut później.

- Mam nadzieję, że się pani nie pogniewa, pani McCreedy, ale musiałam to przesunąć, żeby zmieściły się lustra. Wie pani, co to jest, co jest w środku? Chce to pani? Zawsze mogę poprosić Douga, aby wywiózł to na wysypisko.

Stawia na kuchennym stole starą drewnianą skrzynkę i wybałusza oczy na zardzewiałą kłódkę.

Ignoruję jej pytania i sama stawiam jedno:

- Kto to jest ten Doug?

- No wie pani. Doug. Mój mąż.

Zapomniałam, że jest mężatką. Nigdy nie przedstawiono mi tego nieszczęśnika.

- Cóż, nie będę obciążać go wywożeniem mojego dobytku na wysypisko ani w najbliższej, ani w odleglejszej przyszłości - odpowiadam. - Możesz na razie zostawić to na stole.

Przesuwa palcem po wieku skrzynki, wytyczając w kurzu czysty szlak. Na jej twarzy pojawia się mina numer dwa (wścibska). Eileen pochyla się ku mnie konspiracyjnie. Odchylam się nieco, nie zamierzam bowiem konspirować.

- Próbowałam otworzyć kłódkę, żeby zobaczyć, czy w środku nie kryje się coś cennego - wyznaje - ale się zacięła. Trzeba znać kod, żeby ją otworzyć.

- Jestem tego świadoma, Eileen.

Zakłada zapewne, że nie mam pojęcia, co zawiera skrzynka.

Przechodzi mnie dreszcz na myśl, że mogłaby zajrzeć do środka. Ciekawscy ludzie to powód, dla którego założyłam tę kłódkę! Jest tylko jedna osoba, której pozwoliłabym ją otworzyć, a tą osobą jestem ja.

To nie wstyd. O nie, na pewno nie. Chociaż... Zdecydowanie odmawiam pójścia tą drogą. W skrzynce znajdują się rzeczy, o których od wielu dekad udawało mi się nie myśleć. Teraz sam jej widok wywołuje wyraźne drżenie w moich stawach kolanowych. Muszę usiąść.

- Eileen, bądź tak miła i włącz czajnik, dobrze?

Zegar wybija siódmą. Eileen już poszła, zostałam w domu sama. Samotność to podobno problem dla osób takich jak ja, ale muszę powiedzieć, że osobiście uważam ją za głęboko satysfakcjonującą. Towarzystwo ludzi bywa niezbędne, to fakt, ale niemal zawsze jest pod jakimś względem irytujące.

Siedzę w fotelu uszaku przy kominku w "przytulni", mojej drugiej i mniejszej bawialni. W kominku nie pali się prawdziwe drewno ani węgiel, to elektryczne ustrojstwo z fałszywymi płomieniami. Musiałam pójść na taki kompromis, nie pierwszy w życiu. Na szczęście spełnia swoją główną funkcję, jaką jest produkcja ciepła. Ayrshire jest chłodne, nawet latem.

Włączam telewizor. Na ekranie pojawia się chuderlawa dziewczyna. Drapie się po głowie, macha rękami i zawodzi coś o tytanie. Od razu zmieniam kanał. Przełączam teleturniej, jakiś kryminał i reklamę kociego jedzenia. Kiedy wracam na pierwszy kanał, dziewczyna nadal drze się, że jest z tytanu. Ktoś powinien jej uświadomić, że jednak nie. Jest śmieszną, hałaśliwą, rozwydrzoną gówniarą. Czuję ulgę, gdy w końcu zamyka buzię.

Nadchodzi pora na Ziemskie sprawy, jedyny program wart oglądania w całym tygodniu. Cała reszta to seks, reklamy, celebryci w teleturniejach, celebryci próbujący gotować, celebryci na bezludnej wyspie, celebryci w lesie deszczowym, celebryci przeprowadzający wywiady z innymi celebrytami i cała masa atencjuszy, którzy robią wszystko, by osiągnąć status celebryty (jedyny sukces, jaki przy tym odnoszą, to robienie z siebie idiotów). Ziemskie sprawy to zupełnie inny program, pokazujący na wiele różnych sposobów, o ile rozsądniejsze od ludzi są zwierzęta.

Jestem niemile zaskoczona, kiedy okazuje się, że obecny sezon chyba dobiegł końca. Zamiast niego rozpoczyna się program Dola pingwina. Nadzieję budzi we mnie to, że prowadzi go Robert Saddlebow. Ten człowiek pokazuje, że można też być celebrytą z właściwych powodów. W przeciwieństwie do przeważającej większości on jednak coś robi. Od wielu dekad podróżuje po świecie i działa na rzecz ochrony środowiska. To jedna z niewielu osób, wobec których czuję pewien podziw.

Tego wieczoru Robert Saddlebow nadaje do mojego miejsca przy kominku zakutany w grubą kurtkę z kapturem pośrodku białej pustyni. Płatki śniegu wirują wokół jego twarzy. Za plecami poruszają się ciemne postaci. Kamera robi zbliżenie, okazuje się, że to pingwiny, całe stado. Niektóre tulą się do siebie, inne śpią na brzuchach, jeszcze inne kroczą powoli większą grupą, jakby miały jakiś własny cel.

Pan Saddlebow informuje mnie, że na świecie jest osiemnaście gatunków pingwinów (dziewiętnaście, jeśli jako osobny gatunek liczyć pingwina białoskrzydłego), z których wiele jest zagrożonych. Mówi, że podczas kręcenia tego programu nabrał ogromnego szacunku i podziwu do tych ptaków - rodziny jako całości, ale też każdego gatunku i osobnika. Żyją w najsurowszych warunkach na naszej planecie, a mimo to codziennie mierzą się z wyzwaniami z entuzjazmem i odwagą, które zawstydziłyby niejednego człowieka.

- Cóż by to była za tragedia, gdybyśmy utracili jako planeta którykolwiek z tych gatunków! - oświadcza Robert Saddlebow, wbijając we mnie lodowatoniebieskie oczy.

- Zaiste! - odpowiadam.

Jeśli Roberta Saddlebowa martwi dola pingwinów, to mnie również.

Wyjaśnia, że co tydzień wybierze innego pingwina i pokaże widzom, jakie cechy czynią go wyjątkowym. Bohaterem dzisiejszego odcinka jest pingwin cesarski.

Czuję się jak zahipnotyzowana. Każdego roku pingwiny cesarskie pokonują ponad sto kilometrów lodowej pustyni, aby dotrzeć na lęgowiska. To doprawdy zdumiewające osiągnięcie, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że piesze wycieczki nie są ich mocną stroną. Chodzą jak Eileen, powłóczą nogami bez szczególnego wdzięku. Wyglądają, jakby źle się czuły we własnej skórze. Ale inspirują determinacją.

Kiedy program dobiega końca, wstaję z fotela. Muszę przyznać, że nie mam z tym takich trudności jak niektórzy moi rówieśnicy. Określiłabym się wręcz jako dziarską. Wiem, że nie mogę w pełni polegać na swoim ciele. Kiedyś była to niezawodna maszyna, z czasem utraciła jednak elastyczność i wydajność. Muszę być gotowa na to, że w najbliższej przyszłości całkiem mnie zawiedzie. Na razie jednak radzi sobie zdumiewająco dobrze. Eileen z typowym dla siebie wdziękiem często powtarza, że jestem twarda jak podeszwa. Ilekroć to mówi, mam ochotę odpowiedzieć: "Tym łatwiej będzie mi cię kopnąć, moja droga". Powstrzymuję się jednak. Należy unikać takich złośliwości.

Jest piętnaście po ósmej. Idę do kuchni, żeby zaparzyć sobie wieczorną filiżankę darjeelinga i zjeść karmelowy wafelek. Mój wzrok pada na drewnianą skrzynkę, która nadal leży na stole. Przez chwilę rozważam, czy nie otworzyć zamka i nie zajrzeć do środka. W pewien nielogiczny, sadystyczny sposób chciałabym to zrobić. Ale nie, to byłoby głupie. Postąpiłabym jak mityczna Pandora, uwolniłabym setki demonów. Skrzynka musi wrócić do pokoju pająków bez mojej ingerencji.

Rozdział drugi. Veronica

Ballahays

Życie właśnie stało się dla mnie nieco trudniejsze. Próbowałam się uczesać, aby jakoś wyglądać tego ranka, ale w łazience nie było lustra. Pobiegłam do sypialni, gdzie okazało się, że stamtąd lustro również zniknęło. Tak jak lustra w holu i w salonie.

Zabieram się do śniadania nieszczególnie zadowolona z tego przedziwnego obrotu spraw.

O dziewiątej zjawia się Eileen.

- Dobry, pani McCreedy! I jaki ładny! - Obstaje przy tej irytującej radosności.

- Co zrobiłaś z moimi lustrami?

Zaczyna mrugać powoli jak żaba.

- Wstawiłam je do pokoju na tyłach, jak pani kazała!

- Co za absurd! Jak mam się uczesać i zrobić makijaż bez lustra? - Cóż to za irracjonalne stworzenie. - Mogłabyś je z łaski swojej odwiesić na miejsca, zanim zabierzesz się do innych obowiązków?

- Ale że wszystkie?

- Tak, wszystkie.

Wydaje słabe sapnięcie.

- Jak pani sobie życzy, pani McCreedy.

Tak sobie życzę. Nie płacę jej takich sum za nic.

Za późno przypominam sobie, że wiadoma drewniana skrzynka nadal spoczywa na kuchennym stole i znów będzie kusić Eileen.

- Jeszcze jej pani nie otworzyła? - pyta Eileen, kiedy tylko jej wzrok pada na skrzynkę, jakby założyła, że to z powodu mojej sklerozy, a nie z wyboru. - Mogłabym poprosić Douga, żeby przepiłował kłódkę, jeśli nie pamięta pani kodu.

- Pamiętam kod, Eileen. Pamięć mam bez zarzutu. Pamiętam całe ustępy z Hamleta z czasów szkolnych. - Eileen przewraca oczami. Myśli, że tego nie zauważę, ale się myli. - I nie chcę, żeby jakiś Doug grzebał w mojej skrzynce - kontynuuję. - Byłabym wdzięczna, gdybyś niezwłocznie odwiesiła te lustra na miejsce.

- Oczywiście, pani McCreedy, jak sobie pani życzy.

Patrzę, jak wynosi lustra z pokoju na tyłach i wiesza je po kolei, mamrocząc coś pod nosem.

Kiedy lustra wiszą już na swoich miejscach, postanawiam zmierzyć się z włosami. Nie ma ich już obecnie zbyt wiele i są zdumiewająco białe, ale lubię wyglądać schludnie. Nie ociągam się jednak. Moje odbicie to nie jest miły widok w porównaniu z odbiciami z przeszłości. Wiele lat temu naprawdę było na czym zawiesić oko. Ludzie nazywali mnie "prawdziwą pięknością", "zjawiskiem", "ślicznotką". Nic z tego nie zostało, myślę, przeczesując grzebieniem cienkie pasma. Moja skóra stała się pergaminowa i obwisła. Twarz przeorały zmarszczki. Powieki opadły. Kości policzkowe, kiedyś takie piękne, sterczą pod osobliwymi kątami. Powinnam przywyknąć do tych odrażających wad fizycznych po tylu latach, ale nadal oburza mnie ten widok.

Robię, co w mojej mocy, by temu zaradzić - szminką, pudrem i różem. Fakty są jednak takie, że nie lubię luster.

Przeszywa mnie wiatr. To ten wilgotny, przenikliwy rodzaj wiatru charakterystyczny dla Szkocji. Otulam się płaszczem i kieruję na północ wzdłuż wybrzeża. Zawsze wierzyłam w dobroczynne działanie codziennych spacerów i nie odstraszy mnie niepogoda. Po mojej lewej morze burzy się łupkową szarością i wypluwa wysoko kłęby białej piany.

Laska podtrzymuje mnie na nierównym gruncie i piasku. Wzięłam ze sobą fuksjową torebkę ze złotym otokiem, która obija mi się teraz bezradnie o udo. Trzeba było zostawić ją na haczyku w holu, ale nigdy nie wiadomo, kiedy przydadzą się chusteczka albo środek przeciwbólowy. Mam też chwytak do śmieci i mały worek. Od wielu lat zbieram śmieci z powodu tego, co powiedział kiedyś mój kochany ojciec. To skromny dowód pamięci, jak również próba zadośćuczynienia za chaos wywoływany przez rasę ludzką. Nawet wyboiste ścieżki wybrzeża Ayrshire są zaśmiecane przez bezmyślną ludzkość.

Nie jest łatwo wymachiwać laską, chwytakiem, workiem i torebką, zwłaszcza przy takim wietrze. Moje kości zaczynają się skarżyć na wysiłek. Opracowuję taki sposób rozkładania własnego ciężaru, aby opierać się o każdy podmuch, a nie dawać się mu popychać.

W chmurach krzyczy i nurkuje mewa. Przystaję na chwilę, by podziwiać piękno sztormowego krajobrazu. Żywię wyjątkową słabość do skał, fal i dzikości. Coś czerwonego podskakuje na wodzie. Opakowanie po chipsach czy może ciastkach? Gdybym była młodsza, zeszłabym na plażę, wskoczyła do wody i to wyłowiła, ale nie leży to już w zakresie moich możliwości. Mgiełka osiada mi na twarzy i spływa po niej niczym łzy.

Ludzi, którzy zaśmiecają przyrodę, powinno się rozstrzelać.

Na przekór wiatrowi toruję sobie drogę do domu. Chwieję się nieco na nogach, kiedy docieram do bramy.

Ballahays może się pochwalić długim podjazdem i ponad stoma arami urządzonej zieleni. Większość ogrodu jest otoczona murem - między innymi za to tak bardzo lubię to miejsce. Za murem skrywają się cedry, skalniaki, fontanna, różne rzeźby i cztery rabaty obsadzone roślinami wieloletnimi. Dba o nie pan Perkins, mój ogrodnik.

Podnoszę wzrok na dom. Porośnięta bluszczem posiadłość w stylu późnojakobińskim jest zbudowana z kamienia i cegły pokrytej patyną czasu. Ma dwanaście sypialni i kilka skrzypiących klatek schodowych, nie jest to więc dom idealny dla mnie. Sprostać mu to nie lada zadanie. Cierpi na popękane tynki i straszliwe przeciągi, a pod dachem mieszkają myszy. Kupiłam go w 1956 roku tylko dlatego, że mogłam. Lubię prywatność i widoki, dlatego też nie zawracałam sobie do tej pory głowy przeprowadzką.

Wchodzę do środka, zostawiam na werandzie worek na śmieci i chwytak, po czym odwieszam płaszcz.

Przekraczam próg kuchni i mój wzrok pada na skrzynkę. Ta przeklęta skrzynka. Prawie o niej zapomniałam. Siadam przy stole. Patrzę na skrzynkę, a ona patrzy na mnie. Króluje w tym wnętrzu. Jest impertynencka, szydzi ze mnie, prowokuje, by ją otworzyć.

Veronica McCreedy nie jest osobą, która oparłaby się prowokacji.

Zmuszam się, by to zrobić. Przekręcam kółka i ustawiam cyfry po kolei. Doskonale je pamiętam. Jeden, dziewięć, cztery, dwa: 1942. Data jest wyryta w mej pamięci nawet po tylu latach. Zamek się zacina, ale to nic zaskakującego - upłynęło siedemdziesiąt lat.

Najpierw w oczy rzuca się medalion. Mały, owalny, z literą V wygrawerowaną na zaśniedziałym srebrze pośród dekoracyjnych zawijasów. Łańcuszek jest cienki, delikatny. Przesuwam po nim palcami. Zanim zdołam się powstrzymać, podnoszę zapadkę i medalion się otwiera. Czuję ucisk w gardle, wydaję mimowolny okrzyk. Wszystkie cztery tam są, wiedziałam, że będą. Maleńkie, musiały takie być, by zmieścić się do środka. Wydają się wypłowiałe i bardzo, bardzo delikatne.

Nie będę płakać. Nie. Na pewno nie. Veronica McCreedy nie płacze.

Zamiast tego spoglądam na nie: na pasma włosów z czterech głów. Dwa są splecione: brązowe i kasztanowe. Jest też ciemny, gęsty kosmyk włosów, który dawno miniona wersja mnie tak często wyciągała i całowała. Obok niego jest cienki kosmyk, tak jasny i delikatny, że niemal przezroczysty. Nie mam odwagi go dotknąć. Zamykam medalion. Zaciskam powieki, oddycham powoli, by się uspokoić. Liczę do dziesięciu. Zmuszam się, by otworzyć oczy. Odkładam medalion do skrzynki.

Są w niej też dwa notesy oprawione w czarną skórę. Wyciągam je. Wydają się przerażająco znajome - nawet ich zapach, ciężki aromat starej skóry wymieszany z nutą perfum z konwalii, którymi się skrapiałam.

Teraz, kiedy już zaczęłam, nie mogę przerwać. Otwieram pierwszy notes. Każda strona jest zapełniona niebieskim atramentem - gęstym, odręcznym pismem ozdobionym zawijasami. Mrużę powieki, by przeczytać kilka linijek bez okularów. Uśmiecham się smutno. Jako nastolatka nie byłam mistrzynią ortografii, ale charakter pisma miałam ładniejszy niż teraz. Zamykam notes.

Muszę go przeczytać i zrobię to, ale jeśli mam się dać wciągnąć w wir przeszłości, powinnam się przygotować.

Parzę dzbanek earl greya i wykładam kilka imbirowych ciasteczek na talerzyk z porcelany Wedgwood w różowe hibiskusy. Przewożę to wszystko do bawialni na stoliku na kółkach. Ustawiam fotel przy oknie wykuszowym. Zjadam dwa ciastka, wypijam filiżankę herbaty, po czym napełniam ją ponownie, zanim wezmę do rąk pierwszy notes. Nie otwieram go przez kolejnych pięć minut. W końcu wkładam okulary do czytania.

Nagle ktoś otwiera okno, przez które wpadają światło słońca i rześkie letnie powietrze. Moja młodość: sielska i bujna rozpościera się przede mną. Wiem, że będzie bolało, ale zaczynam czytać.