3Kolacja
Marine miała na sobie białą, dopasowaną w biuście sukienkę z luźnym wielowarstwowym dołem kończącym się tuż nad kolanem. Verlaque'owi zdawało się, że pamięta nazwę tkaniny: dotted swiss. Był bardzo rozczarowany, że Marine nie przyjęła jego propozycji wyprawy na zakupy do Paryża czy Rzymu, ale kupiła kieckę na internetowej wyprzedaży. Sukienka miała wycięcie w łódkę i krótkie rękawy odsłaniające szczupłe, lekko opalone i pokryte tysiącami piegów ręce Marine. Przyciągnął album prawie do nosa i spojrzał na swoją żonę. Trzymała mały bukiet różowych i białych piwonii, które kupili zaraz po przekroczeniu granicy na przydrożnym straganie, tuż przy stacji benzynowej. Trwał sezon na te kwiaty, a Marine zapomniała kupić wiązankę w Aix. Kosztowały piętnaście euro, Marine skróciła ich łodygi za pomocą piknikowego noża, który trzymał w schowku w samochodzie, i związała kwiaty jedną ze swoich gumek do włosów. W hotelu włożyła je do umywalki w łazience.
Odwrócił stronę w grubym białym albumie, który był prezentem od Sylvie, i zaciągnął się cygarem Bolivar Super Corona. Sylvie, renomowana fotograficzka, poleciła swojego najlepszego studenta, Régisa, do robienia zdjęć na ślubie i weselu. Ona sama chciała się odprężyć i korzystać z przyjęcia. Wiedziała też, że może zerkać na Régisa i sugerować mu kolejne ujęcia. Zresztą nie mogli tak po prostu poprosić Sylvie o robienie fotografii. To tak jakby poprosić kucharza z trzema gwiazdkami Michelina o przygotowanie hot dogów, rozmyślał Verlaque. A Régis spisał się doskonale - przeplatał fotografie czarno-białe z kolorowymi, portrety z ujęciami grupowymi i z martwą naturą: tu srebrna miska wypełniona lokalnymi czereśniami, tam samotna szampanówka stojąca na niskim kamiennym murku, a zaraz potem skrzące się morze. Roześmiana Marine, przyłapana przez Régisa na tym, jak pospiesznie poprawia szminkę na ustach.
Jego ojciec wyglądał dobrze. Wysoki i szczupły - tak inny od Antoine'a. Rebecca uśmiechała się, ujmując go pod rękę. Wyglądali na szczęśliwych, jakby byli razem od dziesięcioleci, a nie zaledwie od miesięcy. Rebecca Schultz pracowała w Yale jako historyk - specjalistka od Cézanne'a. Verlaque poznał ją podczas jednego ze swoich śledztw. Po wywołaniu najpierw sporego zamieszania doktor Schultz ostatecznie pomogła policji w Aix w potwierdzeniu autentyczności dziewiętnastowiecznego portretu namalowanego przez Cézanne'a. Śledztwo zaprowadziło ich do Paryża, a kiedy Rebeccę śledził niebezpieczny typ na motocyklu, Verlaque umieścił ją w jedynym bezpiecznym paryskim domu, jaki znał, a mianowicie u swoich rodziców. Do głowy mu nie przyszło, że jego ojciec i pani historyk sztuki mogliby się w sobie zakochać. W tamtym czasie jego matka cierpiała na anoreksję i przebywała w hospicjum. Wkrótce potem umarła.
Dokładniej przyjrzał się fotografii i zobaczył to, czego nie dostrzegł za pierwszym razem. Na prawo od tej pary, kilka metrów za nimi, stała matka Marine ze skrzyżowanymi ramionami i zmarszczonymi brwiami. Verlaque roześmiał się w głos. Spojrzał na wyraz twarzy Florence Bonnet. Czy jej dezaprobata dotyczyła tego, że Rebecca była o trzydzieści lat młodsza od jego ojca? Czy może tego, że związali się ze sobą, kiedy jego matka jeszcze żyła? A może chodziło o to, że Rebecca Schultz była Afroamerykanką adoptowaną przez parę Żydów?
Verlaque głęboko zaciągnął się cygarem. Czy doktor Bonnet była antysemitką? Albo rasistką? To zupełnie nieprawdopodobne. Antoine wybrał najłagodniejszą opcję i uznał, że matka Marine nie akceptowała różnicy wieku tej pary. Tak naprawdę on też jej nie akceptował. Czy Régis dostrzegł dezaprobatę w wyrazie twarzy teolożki patrzącej na parę? A może to wspaniałe zdjęcie było dziełem przypadku? Nawet jeśli tak, to zostało doskonale zakomponowane. Verlaque, wciąż się śmiejąc, usłyszał, jak drzwi wejściowe otwierają się i zamykają. Marine weszła do kuchni, a stamtąd na taras. Pochyliła się i pocałowała go w czoło.
- Co jest takie zabawne? - zapytała.
Verlaque podniósł album.
- Spójrz na swoją matkę. Pomiędzy tatą a Rebeccą.
Marine wybuchnęła śmiechem.
- Maman nie jest zbyt dobra w ukrywaniu tego, co myśli.
- Ah bon? - zapytał Verlaque ironicznie. - Powinniśmy zatrudnić ją w Pałacu Sprawiedliwości - dodał. - Wystraszyłaby na śmierć młodych bandytów.
- Moglibyśmy zaangażować do pomocy także Philom?ne Joubert - zasugerowała Marine. - Dziś rano roztaczała swój urok na ryneczku.
Verlaque roześmiał się jeszcze bardziej i odłożył album, gestem wskazując Marine, by usiadła mu na kolanach. Tak zrobiła, po czym objęła go za szyję i oparła głowę na jego ramieniu. On podniósł album i swoje cygaro.
- Antoine, trudno jest palić i oglądać ślubne zdjęcia, gdy ktoś siedzi na twoich kolanach!
- Ale ja to potrafię. Popatrz tylko. - Przełożył stronę, a Marine zachwiała się, niemal tracąc równowagę.
Wstała i pokazała na zegarek.
- Goście przychodzą za niecałe dwie godziny. Zabiorę się do gotowania.
- Przyjdę i ci pomogę - rzekł Verlaque. - Chcę tylko jeszcze raz popatrzeć na zdjęcia.
Marine roześmiała się.
- Dam ci pięć minut, a potem poprzycinasz karczochy.
- Czy mogę...?
- Nie, nie możesz jednocześnie palić cygara.
Verlaque coś mruknął, a Marine znów się roześmiała. Założyła fartuch i zaczęła wyjmować produkty z lodówki, zerkając na swojego świeżo upieczonego męża, który po raz setny oglądał fotografie ze ślubu. Na końcu jego złamanego kiedyś, a teraz skrzywionego nosa opierały się okulary do czytania. Uśmiechał się szeroko. Jak bardzo sędzia śledczy z Aix-en-Provence zmienił się od czasu, gdy spotkała go po raz pierwszy - wtedy był kłębkiem nerwów ledwie skrywanych za szklaneczką whisky i cygarem.
Verlaque zamknął album i zgasił cygaro w wielkiej czerwonej popielniczce Havana Club, urodzinowym prezencie od brata, Sébastiena. Kiedy wszedł do kuchni, pocałował Marine w szyję i umył ręce nad zlewem.
- Przypomnij mi, kto przyjdzie - poprosił, wycierając ręce w ściereczkę.
- Sylvie, nasi sąsiedzi, Thomas i Stéphanie Roche, oraz Gaëlle Dreyfus. Będzie nas szóstka.
- Gaëlle ma sklep z antykami przy rue Cardinale, prawda? Mój ojciec uwielbia to miejsce.
- Tak - potwierdziła Marine, stawiając przed nim miskę z tuzinem karczochów. - A Roche'owie zajmują mieszkanie z ogrodem przy naszej ulicy, kilka budynków stąd.
- Czy to ten ogród z portugalskimi płytkami na ścianie? - zapytał. - Widać go z tarasu.
- Właśnie ten - przytaknęła.
- Azulejos - szepnął Verlaque, obejmując żonę.
Marine pocałowała go i odszepnęła:
- Azulejos - lepiej wymawiając portugalskie słowo.
- Popisujesz się - rzekł. - No dobrze, co mam robić?
Marine otworzyła szufladę, wyjęła trzy różne noże i położyła je przed nim. Verlaque spojrzał na żonę zdumiony.
- Ząbkowany nóż służy do obcinania czubków karczocha - wyjaśniła. - Potem obrywasz większość zewnętrznych liści, dopóki nie dojdziesz do żółtych. Dużym nożem rozcinasz warzywo wzdłuż na ćwiartki, a małym ostrym nożykiem wybierasz włochaty środek i wszelkie inne ostre kawałki.
- Więc niewiele zostanie - zauważył, marszcząc brwi. - Dużo pracy, a tak mało miąższu.
- Tak, i dlatego karczochy są takie drogie, sprzedają je w eleganckich sklepach w słoikach z oliwą z oliwek. - Postawiła przed nim miskę zimnej wody i wycisnęła do niej cytrynę.
- Po co cytryna?
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała szybko. - Szukałam przepisu dzisiaj, między zajęciami. Teraz przestań zadawać pytania, bo nie zdążymy.
Verlaque skinął głową, widząc, że Marine traci cierpliwość. Gotowanie było jedyną znaną mu rzeczą, która wytrącała ją z równowagi - nie działało tak na nią ani prowadzenie wykładów, ani pisanie prawniczych artykułów w nierealnie krótkim czasie, ani poznawanie nowych ludzi czy robienie zakupów w sobotę na zatłoczonym rynku, czyli wszystko to, czego on unikał za wszelką cenę. Marine skrzywiła się i potarła nos. Odwróciła się tyłem, ale Verlaque widział jej podenerwowanie. Nie miała w zwyczaju podnosić głosu i wpadać w zniecierpliwienie. Chwycił karczocha i ząbkowany nóż, mówiąc:
- Baranina, karczochy, ziemniaki i świeże szparagi. To będzie wspaniałe.
Pierwsza przybyła Gaëlle Dreyfus. Kiedy zapraszano ją na kolację, czasem wybierała jakiś drobiazg ze swojego sklepu i dawała go w prezencie. Tak też zrobiła tego wieczoru. Marine odwiedzała sklep Gaëlle już jako dziesięcioletnia dziewczynka. Zawsze kochała antyki, szczególnie srebra i porcelanę stołową, być może dlatego, że nie dorastała w otoczeniu takich przedmiotów. Przed godziną zamknięcia Gaëlle wybrała komplet kryształowych podpórek pod noże firmy Baccarat. Starannie owinęła je w liliową bibułkę, bo pudełko od tego zestawu pochodzącego z lat czterdziestych dawno już zaginęło. Był to dość ekstrawagancki podarunek dla gospodarzy, ale oni właśnie się pobrali, a ona kupiła komplet w dobrej cenie od kogoś, kto nie znał jego wartości.
Marine prezent bardzo się spodobał, co uszczęśliwiło Gaëlle. Mąż pani profesor, przedstawiony po prostu jako Antoine, szybko zdjął ze stołu przygotowane przez nich podpórki i zastąpił je baccaratami.
- Życzę państwu wielu lat szczęścia - powiedziała Gaëlle.
- Dziękuję - rzekła Marine. - Chyba powinniśmy wznieść toast szampanem, ale...
- Nie, nie - zaprotestowała Gaëlle. - Poczekajmy na resztę.
Pięć minut później dołączyli do nich pozostali goście, dokonano prezentacji, a Verlaque wyjął szampana z wiaderka z lodem.
- Thomas otworzył kiedyś szampana szablą! - oznajmiła Stéphanie Roche.
- Ale tylko w ogrodzie - wyjaśnił Thomas. - Tak naprawdę robiłem to dla dzieci.
- Och, więc to możliwe? - zainteresowała się Sylvie, aż podskakując, gdy korek wystrzelił. - Myślałam, że to mit.
- Absolutnie nie - odparł Thomas.
- Od jak dawna mieszkają państwo przy naszej ulicy? - zapytała gospodyni.
- Kupiliśmy apartament, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w RPA, gdzie Thomas pracował jako inżynier - odparła Stéphanie. - Dorastałam w Aix, więc kupiliśmy tu mieszkanie na emeryturę. Przeprowadziliśmy się pięć lat temu.
- Och, emerytura - powtórzyła Gaëlle. - To magiczne słowo.
Aperitif przebiegał gładko. Goście z przyjemnością wypili kilka kolejek szampana (otwarta została druga butelka) i częstowali się cienko pokrojoną kiełbasą obtaczaną w zielonym pieprzu, którą polecał Marine rzeźnik, świeżymi rzodkiewkami z solą morską do dipów, a także migdałami i słodkim marynowanym czosnkiem podanymi w małych miseczkach. Mimo że goście nie mieli ze sobą wiele wspólnego, rozmowa toczyła się swobodnie. Wszyscy obecni zgodzili się, że promowane przez mer nowe centrum handlowe, zbudowane na końcu głównej ulicy Aix, Cours Mirabeau, to katastrofa.
- Niczego tam nie kupuję - wykrzyknęła Stéphanie, krzyżując ręce na piersiach.
Gaëlle zatrzymała dla siebie myśl, że Mme Roche nigdy nie kupiła niczego także w jej sklepie.
- Jestem dumna z tego, że księgarnie przeciwstawiły się pani mer i wielkiemu biznesowi - odezwała się Marine.
- To dlatego FNAC nie sprzedaje książek? - Thomas pytał o dużą franczyzę, która sprzedawała elektronikę, płyty DVD, CD, a w Paryżu także książki.
- Tak, zgodzili się na to, podpisując umowę - wyjaśniła Marine. - Mogą sprzedawać muzykę i elektronikę, ale nie książki.
- Byłeś we FNAC? - żona Thomasa wbiła w niego wzrok. Mężczyzna spojrzał na swój kieliszek do szampana i mruknął, że potrzebował porady w sprawie komputera.
- Uwaga, uwaga. - Verlaque podniósł swój kieliszek. - Za naszych księgarzy.
- Ta anglosaska księgarnia na końcu ulicy to fantastyczne miejsce na popołudniową herbatę - powiedziała Gaëlle. - Czasem chodzę tam, zanim ponownie otworzę sklep o wpół do piątej. Jest coś cudownego w herbacie, babeczkach i zapachu książek.
Aperitif trwał w najlepsze, goście zachowywali się najwłaściwiej, jak umieli, unikając tematów, które mogłyby popsuć sąsiedzkie relacje, takich jak polityka. Podczas rozmowy o nowej siedzibie teatru tańca w Aix, zaprojektowanej przez marsylskiego architekta, Marine zauważyła, że Stéphanie Roche uprzejmie kiwa głową, a jej mąż ziewa.
- To klejnot wśród budynków - stwierdziła Gaëlle Dreyfus. - To tak naprawdę szklane pudełko, ale jakim wspaniałym rozwiązaniem było obramowanie go czarnymi betonowymi belkami, zmierzającymi w różnych kierunkach i przecinającymi się, by utworzyć sieć. - Mówiąc, wykonywała rękami szybkie ukośne ruchy. - A ja nawet nie lubię współczesnej sztuki!
- Ja też uwielbiam ten budynek - oznajmiła Sylvie. - Potrzebujemy więcej czarnych budowli.
Marine zauważyła, że Thomas Roche się żachnął.
- Pewnego wieczoru zatrzymałam się w drodze z biblioteki do domu - odezwała się, przesuwając naczynia z oliwkami na stoliku do kawy. - Sala prób była oświetlona i widziałam tańczącą grupę teatralną. To było hipnotyzujące, stałam tam pewnie z dziesięć minut.
Verlaque uniósł się i dolał gościom szampana.
- Poza tym ten architekt jest wielbicielem cygar. W tym miesiącu jego zdjęcie było na okładce "L'Amateur de Cigare".
- Och, daj spokój, Antoine - powiedziała Sylvie, mrugając okiem. - Nikogo nie interesują twoje głupie cygara.
* * *
Godzinę później wszyscy siedzieli przy stole jadalnym. Udziec barani był doskonale dopieczony, różowy, a ziemniaki i karczochy, które piekły się pod mięsem, były pikantne i soczyste. Kiedy Verlaque cienko kroił mięso, Marine serwowała wino, wolno obchodząc stół.
- Och, kobieta podaje wino - skomentował Thomas Roche.
Sylvie spojrzała na Marine przez stół i bezgłośnie powiedziała:
- Kretyn.
- I do tego serwuje wina, które sama wybrała - oznajmił Verlaque z uśmiechem. - Chciałem kupić czerwone bordeaux, ale moja żona całkiem słusznie zauważyła, że kwaśny smak karczochów wymaga kwiatowego białego wina.
Kiedy zaczęli się ze sobą spotykać, Marine dopiero poznawała wina. Szybko jednak nauczyła się je doceniać i rozumieć. Podchodziła do tego jak do każdej nowej dla siebie dziedziny - czytała. Ślęczała nad atlasami win i uczyła się na pamięć licznych appellations control?es we Francji. Potem dokładnie studiowała wiedzę na temat win z Bordeaux, z Burgundii i z doliny Rodanu. Pochłaniała biografie wytwórców win i ich krytyków. Ostatnią książką był prezent od Verlaque'a - wspomnienia Jancis Robinson, wybitnej angielskiej krytyczki winiarskiej.
- Jest po angielsku - usprawiedliwiał się. Marine wymamrotała podziękowanie i chwyciła książkę, po czym, uklepawszy pod głową dwie poduszki, otworzyła ją na pierwszej stronie. - Ale myślę, że mogłaby być napisana nawet po rosyjsku, a ty i tak byś ją połknęła - zażartował, widząc ekscytację Marine kolejną lekturą.
- Och, to Châteauneuf-du-Pape! - zakrzyknął Thomas. - Nie szkodzi, że białe, panie Antoine. Tak trudno je tu zdobyć.
Verlaque odpowiedział uśmiechem, starając się, by wyglądał na szczery.
- Kiedyś spotykałam się z nowojorczykiem - odezwała się Gaëlle. - Zabrał mnie do swojej ulubionej restauracji na Manhattanie - Veritable, Veritas, coś takiego - i przedstawił mnie właścicielowi, który posiadał całe morze Châteauneuf-du-Pape.
- Jankes! - zawołał Thomas, teatralnym ruchem odkładając serwetkę. - Dlaczego?
- Miał ogromną piwnicę z winami - wyjaśniła Gaëlle. - Trzymał tam osiemdziesiąt tysięcy butelek. Wszystkie Châteauneuf-du-Pape - dodała pośpiesznie, uśmiechając się do Verlaque'a. - Białe i czerwone, jak sądzę.
- Nie bardzo urozmaicona kolekcja, muszę stwierdzić - odezwał się Thomas Roche.
"A kto cię pyta o zdanie?" - pomyślała Sylvie.
- Panie Thomasie - zwrócił się do niego Verlaque, sięgając przez stół, by nalać gościowi więcej wina - czy był pan w tej nowej restauracji przy rue Mistral? Szef kuchni jest naprawdę dumny ze swojej listy win. W większości włoskich...
Starał się podtrzymywać konwersację z sąsiadem Marine, chociaż nie mieli ze sobą nic wspólnego i najprawdopodobniej nie zasiądą już przy jednym stole. Ale dobre wychowanie kazało mu włączać innych do rozmowy.
Marine, widząc, że twarz Thomasa Roche'a pokrywa się czerwienią, dodała szybko:
- Szef kuchni jest uroczy, ma wiele entuzjazmu. Wszyscy nazywają go Bear, to skrót od Sigisberta.
- Rozmawiał pan z nim? - Stéphanie Roche zwróciła się do Verlaque'a.
Ten rozejrzał się wokół stołu, zaskoczony.
- Oczywiście - odparł. - Uwielbiamy tam jadać. - Spojrzał na Marine.
- Tak - potwierdziła. - On, mam na myśli Beara, ma naprawdę interesujący życiorys. Studiował nauki przyrodnicze na londyńskim...
- Nie obchodzi mnie, co studiował! - krzyknął Thomas Roche.
Jego żona odłożyła nóż i widelec i rzekła:
- Jak sądzę, wszyscy wiecie, że ten szef kuchni otrzymał pozwolenie na wybudowanie tarasu w ogrodzie. W naszym sąsiedztwie!
Mazarin było bardzo atrakcyjnym obszarem w centrum Aix. Wznosiły się tam osiemnastowieczne rezydencje wpisane na listę zabytków i w większości podzielone na mieszkania. W tym małym quartier działało kilka sklepów i tylko dwie albo trzy restauracje. Ta prowadzona przez Beara najmniej rzucała się w oczy, ukryta za rzeźbionymi drewnianymi drzwiami i z zaledwie jednym oknem wychodzącym na ulicę. Tylko mała mosiężna tabliczka zdradzała jej nazwę: La Fontaine. Zakupy robiło się przy rue d'Italie. Choć ulica ta formalnie należała do Mazarin, przeciwnego zdania byli uprzywilejowani mieszkańcy domów przy rue Cardinale, rue du 4 Septembre czy rue Goyrand, gdzie często jedynymi dźwiękami były śpiew ptaków i szmer wody w fontannach.
Stéphanie Roche rozejrzała się po obecnych, szukając wsparcia.
- Proszę nie patrzeć na mnie - odezwała się Sylvie. - Mieszkam w biednej dzielnicy miasta. - Przez chwilę trzymała w górze swój pusty talerz. Verlaque podskoczył, by ją obsłużyć.
- Dla państwa nie ma to wielkiego znaczenia - mówiła dalej Stéphanie. - Nie mieszkacie na parterze i nie dzieli was od restauracji dwoje drzwi, tak jak nas.
- To prawda - przytaknęła Marine. - Ale czy rozmawialiście o tym z Bearem? Podobno zobowiązał się, że nie będzie odtwarzał muzyki na zewnątrz i że umieści tam tylko kilka stolików.
- Książę jest po naszej stronie - rzekł Thomas, nie odpowiadając na pytanie gospodyni.
- Prawdziwy książę? - dopytywała się Sylvie, zerkając znad talerza.
Marine spojrzała na swoje kolana i stłumiła śmiech.
- Napisaliśmy petycję i przyniosłem ją ze sobą - mówił dalej Thomas, nie zauważając ironii w pytaniu Sylvie. - Miałem nadzieję, że ją podpiszecie, a pan, panie sędzio, mógłby pociągnąć za pewne sznurki w biurze naszej mer. - Uniósł łokieć i wykonał taki gest, jakby chciał kogoś popchnąć.
- Ona mnie nie znosi, a ja nie znoszę jej - odparł Verlaque, wzruszając ramionami. - Cóż mogę powiedzieć? Początki naszej znajomości były niefortunne.
Gaëlle Dreyfus milczała. Miała nadzieję, że Thomas Roche porzuci temat swojej głupiej petycji, która według niej, jak wszystkie petycje, na nic się nie zda. Ona sama mogła wykonać bardziej wartościową robotę w Towarzystwie Historycznym, którego członkowie zbierali fakty związane z fontanną i ogrodem. Mieli nadzieję, że zgromadzą ich wystarczająco dużo, by przekonać miejskich planistów do rezygnacji z tarasu. Zmieniła temat rozmowy, kierując ją na wieloletnią sąsiedzką debatę o progach zwalniających. W Mazarin mieściły się dwie szkoły, podstawówka i gimnazjum, w którym Cézanne i Zola stali się nierozłącznymi przyjaciółmi. Mieszkańcy od lat starali się nakłonić władze miasta do zainstalowania jednego albo dwóch progów na ich ulicach lub też zamknięcia ruchu dla kierowców nieposiadających identyfikatorów. Sylvie próbowała stłumić ziewanie, a Verlaque zasugerował, by pomogła mu w kuchni z deserem.
- Beczka śmiechu - wyszeptała, wyjmując z szafki sześć deserowych talerzyków.
- Eksperyment. Nieprędko go powtórzymy. Ale sprzedawczyni antyków jest całkiem sympatyczna. A tak przy okazji, album ze zdjęciami, który nam dałaś, jest fantastyczny. Widziałaś fotografię mojego ojca i jego... - zawahał się, myśląc "Kim była Rebecca?", po czym dokończył zdanie: - Jego dziewczyny?
Sylvie roześmiała się.
- Stojąca z tyłu doktor Florence Bonnet z grymasem niezadowolenia na twarzy?
- Więc też zauważyłaś ten szczegół.
- Régis był naprawdę dumny z tego ujęcia - odparła Sylvie. - To jedna z cech wielkiego fotografa i wciąż powtarzam to moim studentom. Wybitna fotografia jest...
- Ostra - przerwał jej Verlaque z szerokim uśmiechem.
- Tak, pacanie. Jest też doskonale zakomponowana, ma interesujący temat, ale w sferę dzieł wybitnych przenoszą ją ukryte niespodzianki. Za każdym razem, kiedy na nią patrzysz, pojawia się coś nowego.
- No cóż, powiedz Régisowi, że wykonał świetną robotę.
Verlaque podniósł ciasto Opera, które wcześniej kupił u Michauda, a Sylvie podążyła za nim z talerzykami. Usłyszeli śmiech dochodzący z jadalni i Verlaque odczuł ulgę.
- To nie jedyna rzecz, jaką mój szalony kolega zrobił, kiedy byliśmy młodzi i głupi - mówił Thomas Roche, nalewając sobie kieliszek wina i stawiając butelkę przed sobą. Nie zaproponował wina innym gościom. Marine spojrzała na swojego męża i mrugnęła. - Kiedyś porzucił pannę młodą przy ołtarzu w Bretanii...
- Niezupełnie - przerwała mu Stéphanie Roche. - Zrobił to kilka tygodni przed ślubem, chociaż zaproszenia zostały już rozesłane.
- A potem ożenił się z miejscową dziewczyną - mówił dalej jej mąż.
Sylvie spojrzała na Verlaque'a zaskoczona. Najwyraźniej stracili coś, kiedy byli w kuchni. Miejscowa dziewczyna, ale z którego kraju?
- Piękność z RPA! - wyjaśnił Thomas, odpowiadając tym samym na wątpliwości Sylvie.
- Czarną jak węgiel - dodała Stéphanie, sznurując usta.
Sylvie celowo odłożyła talerzyki na stół z głośnym stuknięciem.
- I mieli dwoje dzieci i nigdy nie zgadniecie, co się stało - kontynuował Thomas.
Pozostali popatrzyli po sobie i wzruszyli ramionami. Verlaque zaczął starannie kroić ciasto i spoglądając w górę, rzekł:
- Chyba musi pan nam powiedzieć.
- Pierwsze dziecko, chłopiec, było czarne! - ryknął Thomas. - A następne, dziewczynka urodzona dwa lata później...
- Elle était impeccable! - wtrąciła się jego żona, machając rękami.
- Doskonała? - zapytała Marine, chwytając za krawędź stołu.
- No cóż, biała, oczywiście! - wykrzyknęła Stéphanie z szerokim uśmiechem.
* * *
Verlaque usiadł na skraju łóżka i zdjął buty.
- To była wspaniała kolacja, Marine - powiedział.
Marine odwieszała bluzkę do szafy, odwróciła się.
- Nie miałam pojęcia, że Roche'owie są tacy. Żałuję, że ich zaprosiłam.
- Nie martw się - pocieszał ją Verlaque. - Nie wiedziałaś, chciałaś zachować się jak dobra sąsiadka. Możemy ich "unfriendować", jak mówią moi młodsi koledzy. To ma chyba coś wspólnego z Facebookiem.
Marine roześmiała się.
- Przynajmniej nie powiedziałeś z Bookfacem.
- Nigdy tak nie mówiłem!
- Zdarzyło ci się raz u Paulików.
Zdjęła spodnie i wciąż się śmiejąc, umieściła je na wieszaku.
- No cóż, jeśli moje technologiczne upośledzenie tak cię bawi, mogę je zaakceptować - stwierdził Verlaque. - O co chodzi? Wyglądasz na zmartwioną.
Marine usiadła obok i westchnęła.
- O rany, to było westchnienie godne Florence Bonnet - zauważył, biorąc żonę w ramiona. - Kiedy coś rozgotowała...
Marine roześmiała się.
- Albo kiedy jedno słowo dzieliło ją od rozwiązania krzyżówki w "Le Monde", ale nie mogła go sobie przypomnieć.
- Czy chodzi o pracę?
- Niezupełnie - odparła, biorąc głęboki oddech przed następnymi słowami. - Wysłałam rękopis.
- Skończyłaś? - zapytał, odsuwając się od niej na sekundę, by spojrzeć jej w twarz.
Marine skinęła głową.
- To wspaniała wiadomość! Jestem z ciebie dumny. Nie powiedziałaś mi, że skończyłaś!
- Och - rzekła Marine, wzruszając ramionami.
- To twoje skromne wzruszenie ramion.
Uśmiechnęła się.
- Skończyłam już przed kilkoma tygodniami, ale za bardzo się bałam, by wysłać książkę do wydawcy.
- Rozumiem to.
- Naprawdę?
- Absolutnie. Poświęciłaś tyle czasu tej pracy...
- Kosztem moich zajęć na uczelni.
- Studenci prawdopodobnie nawet nie zauważyli. Czym więc się martwisz? Że odrzucą rękopis?
Marine zrobiła przerwę, zanim odpowiedziała.
- Niezupełnie. Martwię się, co zrobię, jeśli go przyjmą.
- A więc to taka skromność? Żartuję oczywiście.
- Ponieważ uważam, że tekst jest dobry - rzekła Marine, wstając. Zaczęła przemierzać pokój. - Jest oryginalny, a niektórzy mogą go uznać nawet za szokujący.
Verlaque uśmiechnął się szeroko, szczęśliwy, że jego żona znów jest w pełni sobą. Cieszył się też, że spaceruje po pokoju w samej bieliźnie.
- Więc w czym problem?
- Że zostanie opublikowany i wszyscy będą go oceniać negatywnie. Ty. Sylvie. Moi rodzice i koledzy. Krytycy.
Chciał jej powiedzieć, że za bardzo wybiega myślą w przyszłość, ale tego nie zrobił. To były jej lęki i miała do nich prawo.
- Komuś może się nie podobać - powiedział. - To normalne i musisz się na to przygotować.
Marine zaczęła podnosić buteleczki perfum ze swojej toaletki i rozstawiać je dookoła.
- Kiedyś miałam przyjaciela, który twierdził, że Sartre i Beauvoir okłamywali siebie nawzajem i wszystkich innych - powiedziała. - I miał rację. Chcieli żyć inaczej niż burżuazja, ale to im się kompletnie nie udawało... Sartre był klasycznym kobieciarzem prosto z Moliera, a Beauvoir to znosiła...
Verlaque wtrącił:
- Tak jak wiele kobiet przed nią.
Marine obróciła się.
- Właśnie. A co, jeśli czytelnicy znienawidzą tę książkę z tego powodu? Jak mogę sprawić, by życie bohaterów wydawało się... wartościowe? A nawet godne podziwu?
- Być może nie będziesz w stanie tego zrobić - stwierdził Verlaque. - Jesteś biografką, nie sędzią. - Uśmiechnął się, jego żart był niezamierzony. - Po prostu przedstaw czytelnikom fakty i zapewnij im przyjemną lekturę.