1
Wino dla aniołów
Olivier Bonnard siedział na dolnym
stopniu schodów do swojej piwnicy, trzymając się za głowę tak,
jakby chciał złagodzić bóle migrenowe. Przejechał zgrubiałymi
dłońmi po gęstych siwiejących włosach i jęknął. Zerknął na
skamielinę osadzoną w kamiennej ścianie piwnicy. Miała formę
muszli przegrzebka. Pochylił się i delikatnie jej dotknął. To
był jego sekretny rytuał - odkąd pamiętał, robił tak zawsze,
kiedy wchodził do piwnicy. Skamielina przypominała, że miliony
lat temu większość południowej Francji zalana była przez morze,
słona woda przykrywała ziemię tam, gdzie teraz rosły winorośle. Jego
przyjaciele też mieli w piwnicach wodne skamieliny, nawet tak daleko na
północy, jak w Luberonie i Dolinie Renu, ale on najbardziej lubił
swojego małego przegrzebka. Jeszcze raz przeczesał palcami włosy,
próbując się nie rozpłakać. Ostatni raz płakał osiem lat temu,
na pogrzebie matki.
Westchnął i zmusił się, by
spojrzeć na półki na wino. Powoli wyjął ołówek i kawałek papieru
z kieszeni pikowanej kurtki - temperatura w piwnicy stale utrzymywała
się na poziomie szesnastu stopni i stąd to ciepłe okrycie, mimo że
był początek września. Zaczął pisać. Na jego liście znalazło
się białe wino w butelce magnum z 1975 roku, trzy butelki czerwonego
z 1954 (jego ulubionego), dwie butelki z 1978 (za starego jak na białe
i prawdopodobnie już zepsutego), trzy butelki czerwonego z 1946 roku
(ulubionego wina jego ojca z pierwszego rocznika po sześciu latach
wojny) oraz czerwone w butelce magnum z 1926 (ostatnia butelka
z pierwszego rozlewania trunku przez jego dziadka).
Po kilku minutach pracy opuścił
ołówek i zatrzymał się. Brakowało jeszcze innych butelek, ale
on potrzebował przerwy. Chociaż wina należały do jego rodziny,
nie potrafił oszacować wartości tych z 1929 czy 1946 roku - i te,
i te stanowiły teraz obiekty kolekcjonerskie. Jego agent ubezpieczeniowy
w Aix, Paul, pomoże mu w wycenie - ma w biurze katalogi aukcji win
Sotheby's i Christie's. Ten stary przyjaciel ze szkoły średniej
nigdy by go nie oszukał.
Bonnard czuł się zdruzgotany utratą win,
spośród których wiele było butelkowanych przez jego ojca i dziadka,
ale łzy napłynęły mu do oczu dopiero, kiedy uzmysłowił sobie,
że złodziejem musiał być ktoś bardzo mu bliski. Chociaż drzwi do
piwnicy zawsze zamykali, to jednak wszyscy w jego rodzinie wiedzieli,
gdzie znaleźć klucz. Od kiedy Olivier był małym chłopcem, klucz
wisiał na prawo od drzwi kuchennych. Kto jeszcze wiedział, gdzie go
trzymano? Dostał wypieków, chociaż było mu zimno w dłonie, a stopy
miał zdrętwiałe od chłodu. Przypominał sobie wszystkie twarze -
przyjaciół, sąsiadów, znajomych. Czuł się okropnie, wyobrażając
ich sobie jak na policyjnym okazaniu. Oto listonosz Rémy, który lubił
podjeżdżać swoim starożytnym mobylette lub,
kiedy nie pracował, swoją rozpadającą się furgonetką, tuż pod
kuchenne drzwi. Hél?ne, zarządzająca posiadłością Oliviera oraz
jego główny winiarz - ale ponieważ jej mąż jest policjantem,
Olivier natychmiast usunął ją z listy podejrzanych. Cyryl,
poza Hél?ne jedyny pełnoetatowy pracownik, który przez cały rok
pomagał mu w winnicy. I Sandrine, studentka miejscowego uniwersytetu,
prowadząca jego salę degustacyjną w weekendy oraz w wakacje,
zatrudniona przez niego bardziej ze względu na urodę niż dla
znajomości wina i umiejętności liczenia drobnych. Każdego roku
pojawiało się wielu przybyszów z południowej Afryki, zbierających
winogrona w czasie żniw, ale oni rzadko podchodzili blisko domu. Poza
tym czułby się rasistą, posądzając ich o złodziejstwo. Oni tak
gorliwie wykonywali tę wyczerpującą pracę, którą Olivier chętnie
podejmował jako student, ale która nie odpowiadała teraz większości
młodych Francuzów.
Następnie Olivier pomyślał także
o swojej najbliższej rodzinie, tyle że w jego wyobrażeniu nie
stali oni na okazaniu w Palais de Justice, ale siedzieli przy obiedzie
- jednak nie w eleganckiej jadalni, gdzie tak lubiła jadać jego
żona, tylko przy długim kuchennym stole przed huczącym w kominku
ogniem. Ta podnosząca na duchu wizja zwykle wywoływała u niego
uśmiech, ale dziś tylko ścisnął mu się żołądek. Niemożliwe,
by Élise, jego żona od dwudziestu lat, ruszała te butelki. Chociaż
w pełni wspierała winnicę Bonnardów, była abstynentką
i bardziej interesowała się sklepem z wyrobami designerskimi, który
prowadziła wraz z przyjaciółką w Aix, niż syrahem, grenachem czy
mourv?dre. Nie mógł sobie też wyobrazić, z jakiego powodu Victor,
jego osiemnastoletni syn, zafascynowany ziemią i winoroślą od kiedy
tylko nauczył się chodzić, miałby ukraść te cenne butelki. Nie
zrobiłaby tego również trzynastoletnia Clara, jego duma i radość,
zawsze z książką przed nosem, najlepsza uczennica w każdej klasie,
poczynając od grupy przedszkolnej. Z rodziną Oliviera mieszkał także
jego ojciec - na parterze oddzielnego skrzydła ich osiemnastowiecznego
domu. Albert Bonnard miał osiemdziesiąt trzy lata i chociaż
cieszył się dobrym zdrowiem, to jednak ostatnio łatwiej się męczył
i zaczął tracić pamięć. W ubiegłym tygodniu Olivier zobaczył
ojca idącego wolno wzdłuż rzędów winorośli i rozmawiającego
z roślinami - dziękował im za bujność w tym roku.
Olivier wstał i rozprostował
zesztywniałe nogi - siedział na stopniu schodów w otępieniu
prawie od godziny. Obrócił się gwałtownie, słysząc, że ktoś się
zbliża. Spodziewał się, że stanie twarzą w twarz ze złodziejem
wracającym, by zabrać jakieś wina z lat sześćdziesiątych, których
wcześniej nie wziął (lub nie wzięła - Olivier nie chciał być
seksistą).
- Zobaczyłam światło. Czy wybierasz
wina na jutrzejszy obiad? - zapytała męża Élise Bonnard. Po
czym dodała: - Widzę po twojej minie, że zupełnie zapomniałeś
o obiedzie z Poyersami!
Olivier nawet po tak wielu latach
małżeństwa zawsze cieszył się na widok żony, a tego popołudnia
cieszył się jeszcze bardziej niż zwykle. Chociaż nie piła alkoholu,
była świetnym degustatorem. Uwielbiała towarzyszyć mężowi w jego
zawodowych podróżach po Francji, a także za granicą. W ubiegłym
roku pojechali do Argentyny, na wymianę pomiędzy winiarzami
z Ameryki Południowej i z Francji. Dzisiaj, ujrzawszy żonę,
Olivier zdał sobie sprawę z tego, jakie ma szczęście i jak
bardzo jej potrzebuje. Do oczu napłynęły mu łzy, pochylił ramiona
i zaczął drżeć.
Élise Bonnard popatrzyła na swego zwykle
opanowanego męża, uśmiech zniknął z jej twarzy, zbiegła szybko
z kilku pozostałych stopni i otoczyła mężczyznę ramionami.
- Mon
amour?
W tym momencie ciało tego prawie
dwumetrowego mężczyzny rozluźniło się i łzy popłynęły
strumieniami, czemu towarzyszyło głębokie szlochanie. Élise Bonnard
wyjęła z kieszeni kilka chusteczek i podała je mężowi. Olivier
szeptem podziękował, kilkakrotnie wydmuchał nos i westchnął. By się
uspokoić, zrobił kilka głębokich wdechów i wydechów, tak jak zawsze
uczyli dzieci, gdy się przewróciły lub były zdenerwowane. Dopiero
wtedy obrócił się, odsłaniając puste półki na wino.
- Co takiego...? - Élise głęboko
zaczerpnęła powietrza. Podeszła bliżej do półek, jakby
nie wierząc własnym oczom. Od kiedy pod koniec dziewiętnastego
wieku pradziadek Oliviera kupił ziemię i rozsypujący się duży
wiejski dom, cztery pokolenia Bonnardów produkowały wino w tej
posiadłości położonej w pobliżu Rognes, pół godziny na północ
od Aix-en-Provence. W międzyczasie dom został w pełni odnowiony
i wpisany na listę zabytków. Wiele spośród ich wczesnych trunków
zyskało uznanie czołowych krytyków win, a Mr Colter przyjeżdżał
z Ameryki raz w roku, by spróbować i ocenić wyroby Bonnardów. Élise
pomyślała przez chwilę o tym krytyku - sławnym na całym świecie
i ogromnie wpływowym, jak zawsze przypominał jej Olivier, lecz mimo
to bardzo skromnym, otwartym na ludzi, żywo zainteresowanym wszystkim,
co było związane z ich regionem. Raz nawet zapytał Élise o jej
przepis na goug?re.
- Ile butelek zginęło? - Élise
w końcu zapytała męża.
Na jedną czy dwie sekundy zamknęła oczy
i wypowiedziała cichą modlitwę dziękczynną. Widząc płaczącego
męża, zmartwiła się, że zachorował on na raka albo że zostali bez
grosza. Tamtych win oczywiście nie da się zastąpić. Ale wyprodukują
nowe, będą następne wybitne roczniki. Jej lęk budziło tylko to,
że ktoś wtargnął do ich domu niezauważony.
- Przestałem liczyć przy dwudziestej
trzeciej, niektóre były półtoralitrowe. Kiedy się trochę uspokoję,
wrócę do liczenia. Zostały zabrane przypadkowo, jedna butelka tu,
druga tam. To bardzo dziwne.
- Czy ktoś mógł zostawić drzwi do
piwnicy otwarte? - zapytała Élise.
- Kiedy przyszedłem przed godziną,
były zamknięte, a klucz wisiał na haczyku koło kuchni. Czy złodziej
zadałby sobie trud, by zamknąć drzwi z powrotem i go odwiesić? Poza
tym pracowałem dzisiaj cały ranek na podwórzu, usiłowałem naprawić
ten cholerny traktor. Stamtąd wyraźnie widziałem drzwi.
Élise westchnęła, ale się nie
odezwała. Byli właścicielami posiadłości wartej miliony, a jej
mąż ciągle upierał się przy samodzielnym naprawianiu maszyn
i silników.
- A kiedy ostatnio byłeś w tej
części piwnicy? - dociekała.
Bonnard skrzywił się. - Dobre
pytanie. Głupio mi to przyznać, ale wiele miesięcy temu.
Piwnice Bonnardów ciągnęły
się pod ich kamiennym domem w nieskończoność. Normalnie
można było znaleźć Oliviera w tej części posesji, gdzie
wyrabiano wino, zlokalizowanej w zaadaptowanych stajniach za
stodołą. Obszerne pomieszczenia mieściły wielkie zbiorniki ze stali
nierdzewnej, a w salach wewnętrznych ustawiono rzędy dębowych
beczek. Teraz znajdowali się w ancienne
cave, jak zawsze nazywali to zlokalizowane tuż pod kuchnią
miejsce, gdzie przechowywano cenne wina pochodzące z ich upraw. Miało
ono polepę ziemną z warstwą ubitych kamyczków na wierzchu, stała
tam też stara beczka używana jeszcze przez dziadka Oliviera, a teraz
służąca za stół. Élise kupiła cztery stołki z katalogu La
Redoute. Nad stołem zawiesili białe lampki klubowe i spędzili tu
wiele wieczorów w towarzystwie swoich przyjaciół. Wszyscy, ubrani
w grube swetry, kosztowali win.
- Musi być jakieś racjonalne
wyjaśnienie - powiedziała Élise, trzymając ręce na biodrach.
- Jakie? Parowanie?
- Posłuchaj, kochanie, zawołam
Victora, by pomógł ci zrobić inwentaryzację, on przecież od
kiedy skończył pięć lat, zna te butelki na pamięć. - Élise
roześmiała się i starając się trochę rozładować atmosferę,
dodała: - Victor nie potrafił liczyć w szkole, ale w piwnicy
zawsze był mistrzem. - Odwróciła się do wyjścia, ale Olivier
chwycił ją za rękaw.
- Co takiego? - zapytała.
- Victor - rzekł jej mąż z wyrazem
twarzy, w którym dostrzegła przerażenie, a jednocześnie ogromną
złość.
Élise wzruszyła ramionami. Ostatni raz,
kiedy widziała u męża taką minę, sprawa także dotyczyła Victora
- miał wtedy czternaście lat i zwędził ich samochód dla zabawy,
pojechał nim do wsi.
Élise zrozumiała obawy męża.
- Victor? Nie myślisz
chyba...? Dlaczego miałby zabierać te butelki?
- Dla pieniędzy - odparł Olivier,
wzruszając ramionami. Na jego twarzy ponownie pojawił się
przestrach. - Nie podobają mi się te dzieciaki z Aix, z którymi
spędza czas, może go do tego namówiły? Może został nawet zmuszony,
no wiesz, zastraszony? On zawsze podążał za innymi, nigdy nie był
liderem. - Powstrzymał się przed dodaniem, że w rodzinie to Clara
była liderką.
Élise przygryzła górną wargę, jak
zawsze, gdy była zdenerwowana.
- Ja też nie za bardzo lubię
tych jego przyjaciół, ale Victor ostatnio niewiele się z nimi
spotyka. Myślę, że to był tylko taki etap. Dzisiaj wieczorem wychodzi
do kina z Jérôme'em i Thomasem.
Jérôme i Thomas Clergue byli braćmi,
synami najbliższych sąsiadów Bonnardów, którzy także wytwarzali
wino. Po przejściu na wcześniejszą emeryturę Jean-Jacques Clergue
zrobił sobie prezent i kupił ziemię. Zarobił sporo pieniędzy,
pracując dla Goldmana Sachsa w Londynie, "zainkasował" je,
jak mówili miejscowi, i osiadł na prowincji jako emeryt w wieku
zaledwie trzydziestu siedmiu lat, gdy jego synowie byli jeszcze
berbeciami. Dwie rodziny natychmiast się zaprzyjaźniły. Élise
była przekonana, że żona Jean-Jacques'a, Lucy, która urodziła
się i wychowała w Londynie, nie wytrzyma na francuskiej wsi
dłużej niż dwa miesiące. Ale to Lucy pokazała Élise, jak
piec placek z morelami posypany kruszonką, i to Lucy każdej
zimy pomagała Olivierowi przycinać winorośle. A największą
niespodzianką było to, że po odbyciu intensywnego kursu
enologicznego Jean-Jacques Clergue robił fantastyczne wina. To
Clergue, Olivier Bonnard i Hél?ne Paulik, która odpowiadała za
produkcję wina, oraz Marc Nagel z Var podnieśli standardy tego
trunku w południowo-wschodniej Francji. Inni wytwórcy win na tym
obszarze uczyli się od tych trojga i lokalne apelacje[1] osiągały coraz wyższy poziom.
Olivier i Élise zamarli, kiedy na
schodach usłyszeli kroki kogoś zbiegającego najprawdopodobniej
w tenisówkach, kto pozostawiał za sobą chmury kurzu.
- O wilku mowa - mruknął do siebie
Olivier Bonnard.
- Hej! Wszędzie was szukałem! -
powiedział Victor. - Kiedy będzie obiad, mamo? Film zaczyna
się o ósmej w Aix, więc musimy złapać autobus o siódmej
dziesięć. - Chłopak spojrzał na matkę, ale ona się nie
odezwała. Potem zerknął na ojca, który także milczał. W pierwszej
chwili pomyślał, że rodzice się kłócili. Serce podeszło mu do
gardła. Może planują się rozwieść, tak jak rodzice Luca.
Ojciec odwrócił się do półek z winem
i machnięciem ręki zwrócił na nie uwagę syna.
- Co do...? - zawołał
chłopak.
- Dokładnie to samo powiedziała
twoja matka.
Victor Bonnard zaczął biegać w tę
i z powrotem wzdłuż półek, jak spanikowane zwierzę. Élise
patrzyła na męża z uniesionymi brwiami, jakby chciała powiedzieć:
"Widzisz, jest tak samo zaskoczony jak my".
- Brakuje wina
z 1929! Putain! - krzyczał, nie przestając
biegać. Schylał się często, by popatrzeć na butelki. - Czy
dziadek wie?
- Nie. Teraz położył się na
drzemkę. Boję się mu powiedzieć - odparł Olivier.
- Kto mógłby to zrobić? - zapytał
Victor, nie mając nikogo konkretnego na myśli.
- Właśnie o to miałem ciebie
zapytać - odrzekł mu ojciec. Ale dokładnie w chwili, gdy
wypowiedział te słowa, pożałował tego.
Victor był wstrząśnięty.
- Co masz na myśli, tato? -
Twarz młodzieńca zaczerwieniła się, kiedy uderzył pięścią
w wilgotną kamienną ścianę i zadrapał dłoń. - Wielkie
dzięki! - krzyknął i pobiegł z powrotem w górę schodów,
zatrzaskując za sobą drzwi do piwnicy.
- Brawo,
chéri - odezwała się Élise, wznosząc oczy
ku niebu. Ona także weszła na szczyt schodów i skierowała się na
zewnątrz, na późnopopołudniowe słońce.
- Bon - powiedział
do siebie Olivier Bonnard z westchnieniem. Pójdzie przeprosić Victora,
potem wybierze się do Aix spotkać się z przyjacielem zajmującym się
ubezpieczeniami. Nie był w mieście od tygodni, zamartwiał się, że
w końcu sierpnia wyjątkowo dużo padało. Wcześniej razem z Hél?ne
przeniósł ich roczne wino, w beczkach, do piwnicy na wina dwuletnie,
by zrobić miejsce na nową produkcję. Kiedy zakończyli, Olivier
i Cyril przenosili sprzęt i porządkowali przestrzeń na tłoczenie
i wyciskanie nowych zbiorów - dopóki nie zepsuł się traktor. Dużo
było pracy w piwnicy, Bonnard napełniał beczki, tłumacząc znudzonej
Sandrine, że pięć procent wina wyparowywało przez drewniane ścianki
beczek. Normalnie Victor z przyjemnością asystował w tej pracy,
ale tym razem Olivier poprosił Sandrine, by mu towarzyszyła, mając
nadzieję, że nauczy ją czegoś o procesie wytwarzania wina. Chciał,
by Victor skoncentrował się na szkole. Wcześniej umówili się, że
w tym ostatnim roku szkoły średniej przysiądzie nad książkami, by
przynajmniej otrzymać godne oceny na egzaminie Bac - wyczerpującym
sprawdzianie kończącym rok szkolny. Kiedy Victor był małym chłopcem,
ojciec nauczył go określenia tej pięcioprocentowej straty - "wino
dla aniołów". Tak samo w czasach dzieciństwa Oliviera wytłumaczył
mu to jego ojciec, Albert. Olivier uśmiechnął się na wspomnienie
sześcioletniego Victora, który badawczo przyglądał się beczce,
obchodził ją dookoła i próbował złapać w złączone dłonie
czerwone wino, wyobrażając sobie, jak wycieka ono na zewnątrz.
Kiedy Bonnard załatwi sprawy w Aix,
pójdzie do domu Jean-Jacques'a Clergue'a i zaprosi
go do siebie. Jacques będzie mógł mu coś poradzić, a on ma
ochotę wypić wino z przyjacielem, w otoczeniu tego, co zostało
z nagradzanych roczników. Jako winiarze Bonnard i jego koledzy
vignerons zawsze uważali, by nie wypić
za dużo. Ale tego wieczoru czuł, że chętnie przestałby się
kontrolować. Jean-Jacques był bon vivantem, więc może przyniesie
kilka kubańskich cygar. Olivier wypalił jedno z sędzią z Aix,
kiedy tamten ostatni raz bawił tu z wizytą, i naprawdę mu
zasmakowało. Élise zafundowała mu potem ciche dni, ale nie dbał
o to.
Wspiął się po
schodach, wyłączył światła i zamknął drzwi na zamek. Tym razem
włożył klucz do kieszeni.
[1] Appellation
d'origine contrôlée (AOC) - "kontrolowane oznaczenie
pochodzenia", francuski system certyfikacji przyznawanych pewnym
regionom geograficznym, które specjalizują się w produkcji ściśle
określonych, oznaczonych wyrobów spożywczych, m.in.: win, serów,
masła. Informacje o przyznaniu certyfikatu umieszczane są na etykietach
wyrobów. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).