1
Chcąc zrobić
wrażenie
Przyjaźń pomiędzy
Yannem Falquerho a Thierrym Marchive'em dziwiła wszystkich na
uniwersytecie. Mężczyźni nie tylko rywalizowali o to samo stypendium
doktoranckie, ale też różnili się od siebie pod każdym względem
zarówno towarzysko, jak i fizycznie. Yann, wysoki blondyn, był synem
producenta telewizyjnego z Paryża i projektantki wnętrz, którzy
nie tak dawno się rozwiedli. Thierry - niski, krępy, ciemnowłosy
- miał mniej wysublimowane pochodzenie. Jego ojciec pracował jako
nauczyciel w marsylskim liceum, a matka była nie dość dobrze
wynagradzaną dietetyczką w Hôspital du Nord. Przy tym wciąż
pozostawali w związku małżeńskim.
Dwaj studenci szli teraz szybko, głośno
rozmawiając. Prawie nie przerywali rozmowy, bo jako najmłodsze dzieci
z trójki rodzeństwa dobrze znali sposoby, by zawsze zwrócić na
siebie uwagę.
- Pośpiesz się - rzucił przez
ramię Yann. - Zanim tam dotrzemy, wszystko zniknie z bufetu.
- Nic na to nie poradzę, nie mam
twoich żyrafich nóg - odparł Thrierry, podskakując, by dotrzymać
kroku koledze. - Wyszlibyśmy na czas, gdybyś nie odebrał telefonu
i nie wdał się w długą pogawędkę z tą... Jak jej tam?
- Suzanne - powiedział Yann
powoli. - Suzanne, otrzymała imię z piosenki.
- A no tak... twoja ukochana
z dzieciństwa... Jej ojciec to lekarz miejski w Carnac, gdzie twoja
burżujska rodzina spędzała idylliczne wakacje. - Thierry zatrzymał
się. Udawał, że gra na gitarze, i całkiem udatnie naśladował
Leonarda Cohena.
- "And she feeds you tea and oranges
that come all the way from China..." - śpiewał tak zapamiętale,
że aż ześlizgnął się z wąskiego chodnika na ulicę.
- Zamknij się, imbecylu - roześmiał
się Yann. - Rzeczywiście, idylliczne wakacje. Tak idylliczne, że
w końcu moi rodzice się rozwiedli. To może przez te sierpniowe
deszcze... Skazały ich na swoje towarzystwo w naszym idealnie
zaprojektowanym domu na plaży.
To między innymi Yann lubił w Thierrym:
fakt, że przyjaciel nie zauważyłby doskonale zaprojektowanego
wnętrza i nie zainteresował się nim, nawet gdyby było naprawdę
piękne. Yann ruszył do przodu, marszcząc brwi. Myślał o matce
i ojcu, i o ich obecnych partnerach, którzy w najmniejszym stopniu
go nie obchodzili.
Dwaj młodzi mężczyźni dotarli do
misternie rzeźbionych drewnianych drzwi na placu des Quatre Dauphins
i nacisnęli guzik dzwonka, umieszczony na polerowanej mosiężnej
tabliczce z napisem "Profesor Moutte". Drzwi zabrzęczały
i otworzyły się z głuchym dźwiękiem. Thierry przytrzymał je dla
przyjaciela, mówiąc: - Ty pierwszy!
Wtedy zauważył, że Yann nagle
ucichł, jak to się często zdarzało, gdy pojawiał się temat
jego rozwiedzionych przed dwoma laty rodziców. Postanowił zmienić
temat. Wyobraził sobie rodzinę Falquerho w pokoju dziennym wypełnionym
meblami, które zupełnie nie sprawdzają się w domu letnim - na
przykład białymi. Wszyscy przyglądają się w milczeniu szarym falom
rozbijającym się o brzeg. Odezwał się, próbując przypomnieć
Yannowi o przyjemniejszych sprawach:
- Myślisz wyłącznie o jedzeniu. No
i naturalnie o Suzanne.
Yann roześmiał się i szybko wszedł
do zimnego, wilgotnego holu kamienicy, nie mogąc się już doczekać
darmowej kolacji. Myślał też o Suzanne, którą miał zobaczyć
w ferie Bożego Narodzenia.
Nadwaga stanowiła dla Thierry'ego
problem od czasów gimnazjalnych. W liceum nie miał dziewczyny,
a w romantyczny związek z kobietą zaangażował się na
drugim roku studiów. Ale co też to było za spotkanie! Ulla była
Szwedką przebywającą we Francji w ramach wymiany studenckiej -
cliché, zauważalne nawet dla Thierry'ego,
który nigdy nie opuszczał Francji. Uśmiechnął się do siebie, kiedy
wspinali się po szerokich kamiennych schodach do znajdującego się na
trzecim piętrze mieszkania profesora[1] Moutte'a. Ale wspomnienie Ulli, nagiej w jego
łóżku, przybladło, kiedy rozglądał się po siedemnastowiecznej
rezydencji. Zachwycał się holem wejściowym - tak różnym od tego
w mieszkaniu, w którym się wychował, a także od tego w obecnym
mieszkaniu, które dzielił z Yannem. W tym ostatnim strome stopnie
z czerwonej cegły były tak wąskie, że wniesienie fotela czy
roweru do środka graniczyło z cudem. Idąc, celowo stawiał stopy
w zagłębieniu na każdym stopniu, wytartym przez stulecia przez
bogatych mieszkańców Aix oraz przez ich służących, kiedy wchodzili
i wychodzili z arystokratycznej rezydencji, podzielonej teraz na trzy
eleganckie mieszkania.
- Czuję zapach hors d'oeuvres
- zauważył Yann, wchodząc do góry co dwa stopnie. - Paszteciki
z ciasta francuskiego, kawałeczki pizzy, być może taca z zimnym
mięsem i półmisek z serem brie oraz jeszcze jakimś innym. Założę
się, że to sery z supermarketu. Dlaczego bogaci ludzie tak często
podają takie tanie jedzenie?
Zatrzymał się na kolejnym stopniu
i popatrzył w dół na Thierry'ego, którego wyrwał tym
z zamyślenia: - Czy ty mnie słuchasz? Jestem też więcej
niż pewien, że czeka na nas wino z kartonów. - Patrzył, jak
przyjaciel stawia małe, szerokie stopy w wyżłobieniach w kamiennych
stopniach.
- Z braku laku i kit dobry - odparł
Thierry. - Poza tym jestem koneserem... masowo sprzedawanych win.
Yann roześmiał się i zastukał
w drzwi. Obrócił się do swego marsylskiego towarzysza, który teraz
głośno sapał, i powiedział szybko: - Obiecuję, że kiedy znajdę
pełnoetatową pracę, a mam nadzieję, że to wkrótce nastąpi,
nigdy nie będę kupował supermarketowego sera ani taniego wina.
Thierry potaknął z udawaną powagą
i odparł: - Bardzo na to liczę.
Thierry wychowywał się na przemysłowo
wytwarzanym serze, bo na to pozwalała nauczycielska pensja ojca,
lecz teraz, dzięki paryskiemu przyjacielowi, wiedział, jak smakuje
ser produkowany tradycyjnie. W głębi duszy miał nadzieję, że on
także będzie mógł pozwolić sobie na żywność wysokiej jakości,
na wszystko wysokiej jakości. Wierzył, że ten dzień nadejdzie.
Wielkanocny tydzień, który
spędził w penthousie pana Falquerho z widokiem na Les
Invalides, stanowił jedno z najważniejszych wydarzeń w jego
dwudziestoczteroletnim życiu. Nigdy przedtem nie jadał w tylu
eleganckich restauracjach. W każdej z nich ojciec i syn Falquerho
otrzymywali najlepszy stolik i radośnie gawędzili z właścicielami,
kelnerami i szefami kuchni. Thierry podziwiał pana Falquerho, ponieważ
mimo wielkiego bogactwa wypłacał Yannowi takie same skromne środki,
jakimi dysponowali rówieśnicy syna.
Drzwi mieszkania otworzyła wysoka,
przystojna, około czterdziestopięcioletnia kobieta z gęstymi czarnymi
włosami i dużymi brązowymi oczyma. Thierry ucieszył się, widząc,
że kobieta ma na sobie tę wełnianą sukienkę z głębokim dekoltem,
którą tak lubił - eksponowała ona nie tylko jej oliwkową skórę,
ale też wydatny biust.
- Nasz doskonały duecik - powiedziała ze
śmiechem. - Wchodźcie! Przyszliście w samą porę - szepnęła,
puszczając do nich oko. - Właśnie nakryli do stołu!
- Dziękujemy, profesor Leonetti! -
odpowiedzieli jednogłośnie.
Chociaż to dzisiejszy gospodarz, doktor
Georges Moutte, decydował o tym, w czyje ręce trafi stypendium Dumasa,
to zarówno Thierry, jak i Yann woleli kontakty z młodszą od niego
doktor Annie Leonetti. Lubili też jej dynamiczne, często pełne
humoru wykłady. Ale to do doktora Moutte'a należało ostatnie
słowo w sprawie stypendium. Z tego właśnie powodu zrezygnowali
dziś z tradycyjnego piątkowego rytuału podrywania amerykańskich
dziewcząt, które spędzały czas w pubach Aix-en-Provence
i kręciły się wokół swoich profesorów. Na widok morza głów,
w tym wielu siwych, Thierry'emu ścisnął się żołądek. Odczuł
niejaką ulgę, gdy pomyślał, że jest tam też doktor Leonetti. Yann
pewniej niż przyjaciel czuł się w dużych grupach ludzi. Thierry
zazwyczaj obserwował Yanna i próbował go naśladować, dzisiaj jednak
obiecał sobie, że zachowa większą niezależność.
Doktor Leonetti zaprowadziła studentów
do gospodarza, po czym zniknęła.
- Spróbuj nie gapić się dookoła
- cicho ostrzegł przyjaciela Yann.
Thierry nie pozostał mu dłużny:
- Jeśli tylko ty nie będziesz powtarzał "w rzeczy samej"
tym swoim sztucznym tonem, który zawsze przybierasz, rozmawiając
z doyenem[2].
- Profesorze Moutte,
bonsoir - powiedział Yann, uprzejmie ściskając
dłoń starszego białowłosego mężczyzny.
- Dobry wieczór, doktorze -
odezwał się Thierry i również uścisnął naznaczoną wiekiem,
słabą dłoń. - Dziękujemy za zaproszenie.
- Nie ma za co. Nie ma za co -
zająknął się doktor Moutte. - Moi profesorowie też nas tak
traktowali, kiedy byłem w waszym wieku. Poza tym wy obaj macie dobry
powód, by tu być, nieprawdaż? - roześmiał się z własnego
dowcipu.
Thierry uśmiechnął się uprzejmie
na tę aluzję do stypendium. Yann szybko uznał, że nie będzie się
przejmował tym, co myśli Moutte. Chciał zdobyć to stypendium, które
jego zdaniem otworzyłoby mu drzwi do programu MBA, i nie widział
powodu, żeby to ukrywać.
- Mmm... w rzeczy samej - odparł
ze śmiechem.
Thierry podniósł wzrok ku sufitowi
i jego uwagę przykuły namalowane w żywych barwach freski,
przedstawiające postaci z mitologii. Przestrzeń unoszących się
w powietrzu bogów i bogiń została ograniczona misterną białą
gipsową ramą, uformowaną w roślinne i zwierzęce kształty
- gypseries, był niemal pewien, że tak się
nazywały. Odwrócił się, by sprawdzić, czy Yann, który nie tylko
pochodził z bogatej rodziny, ale też kochał sztukę i korzystał
z każdej okazji, by podzielić się swoją wiedzą, także zauważył
sufit. Ten jednak patrzył ponad ramieniem doktora Moutte'a na
długi drewniany stół uginający się pod ciężarem jedzenia. Thierry
spostrzegł, że jego przyjaciel trafnie przewidział menu: pokrojona
w małe kwadraciki pizza, ser brie ułożony na półmiskach, chleb
i zimne mięsa. Ale za to wino serwowano w butelkach. Yann nagle
przeprosił i podryfował w kierunku stołu, gdzie doktor Leonetti
nalewała sobie wina i przyglądała się dwóm młodym mężczyznom
z uśmiechem na szerokich ustach. Lubiła ich obu, zastanawiało ją
tylko, dlaczego studiują teologię. Sądziła, że Yann Falquerho wybrał
ten kierunek, ponieważ wydział otrzymywał lepsze finansowanie. Co
więcej, łatwiej się dostać tutaj niż na historię, z tego prostego
powodu, że na tym kierunku studiowało mniej osób. W innym wypadku
zdecydowałby się zapewne na prawo albo zarządzanie. Miała przyjaciela,
który pracował dla firmy finansowej w Londynie i powiedział jej,
że finansiści obecnie zachęcali absolwentów teologii i historii,
by wkraczali w świat akcji i obligacji. Niższy ze studentów,
pochodzący z Marsylii, stanowił większą zagadkę. Być może tego
wieczoru zapyta go o plany na przyszłość, jeśli tylko uda jej się
odciągnąć go od studiowania fresków.
- Masz ochotę na odrobinę wina? -
zapytała, podnosząc butelkę w stronę Yanna. Stał obok, zwrócony
w jej stronę i z głową przekrzywioną o prawie dziewięćdziesiąt
stopni. Podążyła za jego wzrokiem, martwiąc się, że jej suknia
była zbyt décoletté. Ale wtedy zauważyła, że
jego dziwne zachowanie nie wiązało się ze śmiałością jej stroju,
ale ze staraniami, by odczytać etykietę na butelce.
- Czerwone Bandol - zawołał
w końcu. - O tak, poproszę! Doktor Moutte przeszedł dziś sam
siebie!
Annie Leonetti uśmiechnęła się.
- Wino to mój wkład. Życie jest
za krótkie na kiepskie wino, non? Przyprowadź tu
swojego towarzysza, a jemu także naleję kieliszek.
Ale Thierry już był przy nich. Widział
profesor Leonetti z butelką wina w ręce i zręcznie lawirował
pomiędzy profesorami i magistrantami, by znaleźć się obok niej
i przyjaciela. Nie miał czasu na szukanie czystego kieliszka, gdyż
butelkowane wino mogło się skończyć lada moment, chwycił więc ze
stołu jakiś używany. Właśnie wtedy ponad rozmowami teologów dał
się słyszeć głos doktora Moutte'a.
- Nie, Bernardzie! Będzie
tak, jak powiedziałem ci dzisiaj w biurze... moja decyzja jest
nieodwołalna!
Profesor Bernard Rodier, mężczyzna
w średnim wieku, który w opinii wielu współpracowników był
zbyt przystojny, by zajmować się teologią, obrócił się na
pięcie i skierował do drzwi wejściowych. Annie Leonetti nigdy nie
potrafiła zrozumieć, dlaczego ludzie uważali, że Bernard był
"zbyt przystojny" - czy to oznaczało, że trzeba być brzydkim,
by wykładać teologię? Oczywiście na wydziale filozofii zauważało
się jakieś brzydactwa, ale kompensowało to prawo pewnymi bardzo
wyrafinowanymi, jeżeli nie pięknymi okazami. I gdzie w tym wszystkim
było jej miejsce?
Thierry i Yann wymienili
niespokojne spojrzenia, zakładając, że profesorowie kłócili się
o stypendium. Annie uśmiechnęła się i ponownie napełniła ich
kieliszki.
- Nie martwcie się -
powiedziała. - To nie ma nic wspólnego z Dumasem.
Słusznie domyślała się, że Bernard
nieopatrznie zapytał Moutte'a o jego przejście na emeryturę,
które ogłoszono tydzień wcześniej na spotkaniu wydziału. Padły trzy
nazwiska kandydatów do kierowania fakultetem. Stanowisko to wiązało
się z wysokim wynagrodzeniem, wieloma urlopami naukowymi oraz prawem do
użytkowania historycznego dwustumetrowego mieszkania, w którym się
teraz znajdowali. Jego okna wychodziły na plac, który zdaniem wielu
mieszkańców Aix mógł się poszczycić najpiękniejszą fontanną
w mieście - les Quatre Dauphins. Poza freskami, które z góry
przyglądały się mieszkańcom, to lokum oferowało jeszcze jedną
atrakcję: w ogrodzie otoczonym trzymetrowym kamiennym murem kryło
się coś wyjątkowego, o czym w lecie czasem słyszano w Aix, lecz
nikt tego nigdy nie widział. Tą unikatową rzeczą był basen.
Tak atrakcyjne stanowisko należało
w Prowansji do rzadkości, ale wydział teologii zawsze potrafił
odciąć się od pozostałej części uniwersytetu. Pod koniec
lat dwudziestych ojciec Jules Dumas, ksiądz i poprzednia głowa
wydziału, przekazał uniwersytetowi rodzinną rezydencję i cały
swój majątek. Ustanowił, że nowy doyen zajmie wypełnione antykami
mieszkanie na trzecim piętrze, a dwa niżej położone mieszkania
zostaną wynajęte przez uniwersytet, co pomoże finansować stypendium
jego imienia. Ulica oraz budynek, obecnie mieszczący także biura i sale
wykładowe, nosiły jego imię. W taki sposób chciał odpłacić się
światu. W czasie pierwszej wojny stracił dwóch braci, a na ironię
zakrawa fakt, że jego rodzina zbiła fortunę, produkując części do
czołgów, które w 1917 roku testowano na błotnistych polach Pikardii
i Belgii.
Zgodnie z oczekiwaniami Annie Leonetti, jej
nazwisko znalazło się wśród trojga kandydatów. Chociaż młodsza od
kolegów, a na wydziale uważana za modernistkę, mogła się poszczycić
stopniem doktorskim z Yale oraz licznymi publikacjami. Przeciwko
niej przemawiało - bardziej niż niegroźnie radykalna postawa
- jej pochodzenie z Korsyki. Miejsce, gdzie spędziła pierwsze
osiemnaście lat życia, wpływało na jej karierę w większym
stopniu, niż mogłaby sobie wyobrazić. Czasem żałowała, że nie
została w Stanach, gdzie jako Korsykanka nie byłaby nazywana ani
"chłopką", ani "terrorystką". Oboje z mężem uwielbiali tę
wyspę i kiedy Annie otrzymała tytuł doktorski, przeprowadzili się
z powrotem do Francji, ale w każde wakacje wracali na Korsykę.
Drugie nazwisko na liście to
Bernard Rodier - solidny, choć nudny naukowiec specjalizujący
się w działalności zakonu cystersów. Trzecia kandydatura,
gdy ją wymieniono, spotkała się ze śmiechem i okrzykami -
Giuseppe Rocchia, "teolog zwykłych ludzi", jak lubił o sobie
mówić. Wykładał na uniwersytecie w Perugii, siostrzanym mieście
Aix, i zarabiał dziesięciokrotność swojej akademickiej pensji,
pisząc książki i poświęcone teologii artykuły w magazynach
mody. Występował też we włoskiej telewizji, gdzie przedstawiał
swoje interpretacje światowych religii. Dlatego właśnie Annie go
broniła - Rocchia ubierał w proste słowa to, co zdaniem wielu
ludzi stanowiło temat skomplikowany, a zarazem wyczerpany. Doceniała
też jego wkład w rozwój włoskiej telewizji, która rozpaczliwie
potrzebowała kroku naprzód. Przeczytała jego książki, światowe
bestsellery, i odnalazła pewne wartości w tym, co głosił. Podczas
niedawnej podróży do Perugii zapytała jednego z kolegów, dlaczego
Rocchia nadal wykładał, skoro tak dużo zarabiał na książkach
i spotkaniach.
- To zapewnia mu powszechny szacunek
- powiedział jej Dario, sącząc campari na jednym z placów
Perugii. Poza tym my, Włosi, uwielbiamy, gdy inni zwracają się do
nas per dottore.
A więc Bernard Rodier odstawił
pusty kieliszek na konsolę - wykonaną z egzotycznego drewna
i pochodzącą z jednej z byłych francuskich kolonii. W chwilę
później wypadł z pokoju jak burza
- tak określi to Annie w rozmowie z mężem jeszcze tego samego
wieczoru. Kobieta popatrzyła na Yanna i Thierry'ego i wróciła
myślami do własnych lat studenckich - do całotygodniowego
świętowania, które jej rodzina zorganizowała w ich korsykańskiej
willi, kiedy przyjęto ją do grande école
w Paryżu; do wysiłku i czasu, jakie poświęciła na naukę
angielskiego; do lat pracy nad doktoratem w Connecticut i opłacania
czesnego za pieniądze zarobione na kelnerowaniu w restauracji w New
Haven. A potem nadal późno kładła się spać - wtedy, kiedy
powinna czytać bajki swoim małym dzieciom lub leżeć w łóżku
z mężem, ona siedziała do późna w gabinecie i zbierała
informacje. Ale już wkrótce nagroda za to wszystko okaże się tego
warta. Mogła - i powinna - zostać następnym doyenem wydziału
teologii i przenieść swoją rodzinę z pozbawionego uroku mieszkania
z lat siedemdziesiątych, przypominającego pudełko, do najbardziej
pożądanego budynku w Aix. Nie znajdowała w sobie współczucia dla
Bernarda, który nie opublikował tak dużo jak ona ani nie studiował
na prestiżowym zagranicznym uniwersytecie.
- Pauvre Bernard -
szepnęła, uśmiechając się szeroko.
[1] Wykładowcy uniwersytetu w Aix noszą tytuł naukowy
doktora, ale nazywani są też profesorami, co oznacza funkcję, jaką
pełnią na uczelni (przyp. tłum.).
[2] Doyen -
najstarszy członek grupy, w tym wypadku dziekan (przyp. aut.).