Rozdział
pierwszy
Saint-Antonin, Francja
17 kwietnia, 17:30
Verlaque stał przed domkiem
dozorcy. Była to średniowieczna chata; jej grube mury zbudowano
ze złocistego, grubo ciosanego kamienia, który lśnił w świetle
późnego popołudnia. Okienka były małe, by nie wpuszczać letnich
upałów, a drewniane okiennice pomalowano na spłowiały, szaroniebieski
kolor. Za Verlakiem piętrzyła się góra. Przypomniał sobie, co Paul
Cézanne mówił o Górze Świętej Wiktorii - że wystarczyło,
by o pół metra przesunął sztalugę, i widział zupełnie
inną górę. Verlaque spróbował to sprawdzić i przesunął się
trochę w prawo. Zadziałało. Pojawił się spiczasty szczyt jednego
z wielu wapiennych wierzchołków góry - jej południowe zbocze
przypominało grzbiet dinozaura. Nagle nad szczytem przemknął jakiś
cień i zmieniła się jego barwa. Z zakurzonego różowego stał
się szary.
Verlaque odwrócił się
i spojrzał na château, a właściwie nie
château, lecz bastide -
wiejski dom, zbudowany przez zamożnych mieszkańców Aix-en-Provence
w siedemnastym wieku. Każdego roku w lipcu opuszczali swoje miejskie
rezydencje i wraz ze służbą przenosili się na wieś, gdzie było
chłodniej. I faktycznie, tu na górze było zimno, choć Saint-Antonin
od Aix dzieliło niespełna dziesięć kilometrów i położone było
pięćset metrów nad poziomem morza. Verlaque uświadomił sobie,
że zostawił kurtkę w samochodzie.
Bastide, podobnie jak
ten domek, zbudowano ze złocistego kamienia, ale równiej ciętego. Po
obu stronach wysypanej kamykami ścieżki, prowadzącej do frontowych
drzwi, stały ogromne żółto-zielone ceramiczne donice, teraz
wyszczerbione i popękane. Zauważył, że mimo kiepskiego stanu
donic w każdej rósł zdrowy oleander. Krzewy jeszcze nie zaczęły
kwitnąć. Inna wysypana kamykami ścieżka, z obu stron obramowana
rzędami lawendy, przecinała wypielęgnowany trawnik i prowadziła do
kilkusetletniego ozdobnego stawu. Verlaque ruszył ścieżką, świadom
niedawno nabranych kilogramów i brzucha napierającego na włoski
skórzany pasek. To, że mieszkał teraz sam, nie oznaczało, że zaczął
mniej jeść, choć wcześniej myślał, że tak się właśnie dzieje
z samotnymi mężczyznami po zerwaniu związku. Westchnął i obiecał
sobie, że od jutra zacznie biegać. Próbował sobie przypomnieć,
gdzie mogły się podziać jego sportowe buty.
- Trainers -
powiedział na głos po angielsku i się uśmiechnął. Jego angielska
babcia nazwałaby je "trainers", a francuska babcia nie wypuściłaby
go w nich z domu. Powiedziałaby: "Seulement pour le tenis".
Woda w stawie była zielona i mętna,
pokryta liśćmi z piętrzących się nad nim platanów. Przy dalszym
brzegu znajdowała się fontanna z jasnopomarańczowych i żółtych
marmurów, pochodzących z pobliskiej góry. Miała kształt lwiej
głowy, a z pyska tryskała do stawu woda. Gdy Verlaque przyjechał do
Prowansji, z początku nie podobał mu się marmur z Góry Świętej
Wiktorii. Uważał, że jest zbyt jaskrawy, niemal kiczowaty, ale
teraz go uwielbiał. Umywalka w łazience Marine była z tego
samego marmuru. Wyciągnął rękę i wsunął ją pod bieżącą
wodę. Przypomniało mu się kilka wersów z wiersza Philipa Larkina,
ulubionego poety jego babci: "Przysuwam usta/ do płynącej wody:
/ płyń na północ, płyń na południe, / to nie ma znaczenia,
/ nie miłość tam znajdziesz". Znalazł miłość z Marine,
ale nie satysfakcję, więc pozwolił tej miłości odejść. Zbyt
trudno było mu wyjaśnić jej swoją przeszłość i im bardziej
starała się nakłonić Verlaque'a, by o niej opowiedział, tym
bardziej on się wycofywał. Łatwiej było mu samemu na swoim poddaszu,
z książkami, obrazami i cygarami. Nie rozmawiali ze sobą od ponad
sześciu miesięcy.
- Monsieur le
Juge! - zawołał ktoś z chatki. Dozorca stał w drzwiach,
całkowicie je sobą wypełniając. - Kawa już gotowa!
Verlaque ruszył w jego stronę, wsuwając
rękę do kieszeni i włączając dyktafon.
Starał się nie wzdrygnąć, gdy wchodził do
zimnej kuchni. Dozorca, Jean-Claude Auvieux, nalał im kawy. Sędzia
Verlaque rozejrzał się po prosto urządzonym, nieskazitelnie czystym
pomieszczeniu; bez pośpiechu podziwiał idealnie zachowaną podłogę
z kamiennych płyt. W kuchni dominował piec - stary bordowy La
Cornue, jeden z takich, o jakich marzyli zapaleni kucharze, tacy jak
Verlaque. Chciałby mieć taki z dwoma piekarnikami w swoim mieszkaniu
w Aix, ale wtedy musiałby je zupełnie inaczej urządzić. Zatarł
wielkie dłonie i oparł się pokusie, by w nie chuchnąć.
Auvieux odwrócił się od pieca i jakby
wyczuwając dyskomfort sędziego, powiedział:
- Przepraszam, że tu tak zimno. Przed
wyjazdem wyłączyłem na weekend ogrzewanie. W ciągu dnia jest całkiem
ciepło, ale w nocy wciąż trzeba trochę dogrzewać, co nie? Niedługo
zrobi się cieplej.
Auvieux był starszy od Verlaque'a,
pewnie zbliżał się do pięćdziesiątki, ale ogorzała
twarz sprawiała, że wydawał się jeszcze starszy. Był potężnej
postury: wysoki i barczysty, o pełnych ustach i dużych brązowych
oczach. Ubierał się tak jak inni Prowansalczycy zajmujący się
tym, co on - niebieskie ogrodniczki i zielona, pikowana myśliwska
kamizelka.
- Miał pan ciężką niedzielę -
powiedział Verlaque. Wysunął drewniane krzesło i usiadł na nim,
nie czekając na zaproszenie. - Co się dokładnie stało?
Auvieux spojrzał w podłogę, a potem
z powrotem na Verlaque'a, który wpatrywał się w niego swoimi
ciemnymi oczami.
- No cóż... Znalazłem ciało,
natychmiast wezwałem policję, a potem...
- Był pan sam? - przerwał mu
Verlaque.
Dozorca zamarł.
- Tak - odpowiedział. Przesunął butem
jakiś niewidoczny brud na podłodze.
Verlaque westchnął.
- Zdaję sobie sprawę, że to
musiał być dla pana ogromny szok, gdy znalazł pan zwłoki hrabiego de
Bremont. Nie wiem, czy był pan blisko z hrabią, ale wiem, że się pan
tu wychował, z nim i z jego rodziną. Mógłby mi pan szczegółowo
opowiedzieć, co pan robił po powrocie z Var? Proszę o jak najwięcej
detali.
- Wróciłem do Saint-Antonin
dziś około południa - odparł Auvieux po chwili milczenia. -
Sam. Wyjechałem z domu siostry w Var, niedaleko Cotignac, około
wpół do jedenastej.
- Będę potrzebował nazwiska i adresu
pana siostry. Dla porządku - wtrącił Verlaque.
- Dobrze. - Auvieux przełknął,
wciągnął powietrze i mówił dalej: - Zaparkowałem samochód
obok domku, na prawo od château. Wciąż tam
stoi. Wniosłem do środka walizkę, a potem zacząłem szykować
sobie lunch.
- Co dokładnie? - spytał
Verlaque.
- Co jadłem na lunch? - Auvieux przez
kilka sekund wpatrywał się w sędziego, próbując zrozumieć sens
pytania. Potem wzruszył ramionami. Dawno temu przestał próbować
zrozumieć ludzi. Z roślinami było o wiele łatwiej. Verlaque
zauważył już na blacie miseczkę truskawek i cienkie zielone szparagi
przygotowane na kolację. Gdy Auvieux otworzył lodówkę, by wyjąć
mleko, Verlaque szybko do niej zajrzał, chcąc sprawdzić, co jest
w środku. Jajka, połowa koziego sera, salami w plastikowym opakowaniu,
masło, woda mineralna i białe wino. Mniej więcej to samo, co Verlaque
miał w swojej lodówce. Z wyjątkiem szampana Pol Roger.
- Hmm, usmażyłem sobie stek,
antrykot - odparł w końcu dozorca. - I jadłem sałatkę. Sałatę
z ogórkiem i zieloną papryką. Wypiłem też dwa kieliszki czerwonego
wina. Kupuję je hurtem ze spółdzielni w Puyloubier. Jest całkiem
niezłe, wie pan?
Na twarzy Verlaque'a pojawił się
ciepły szczery uśmiech. Znał wino z tej spółdzielni i dozorca
miał rację. Jak na wino kosztujące niecałe trzy euro za litr, było
naprawdę niezłe.
- O której skończył pan jeść? -
wypytywał dalej Verlaque.
- Około drugiej. Po lunchu
przebrałem się w robocze ubranie i poszedłem tam pieszo. Lubię
się przespacerować po lunchu, nawet piętnastominutowy spacer dobrze
robi na zdrowie. Moja siostra oglądała o tym program. Piętnaście
minut wystarczy.
- Tak mówią - odparł Verlaque,
w którym znów zaczęło narastać zniecierpliwienie.
- No więc się tam przeszedłem -
ciągnął Auvieux, wskazując na château widoczny
z kuchennego okna. - Przez gaj oliwny. Kilka minut sprawdzałem drzewa,
podcinałem je w lutym. Hrabia de Bremont, to znaczy dziadek pana
Étienne'a, mówił mi kiedyś, że gałęzie należy przycinać tak,
by przez drzewa było wyraźnie widać Górę Świętej Wiktorii.
W tym momencie dozorca przerwał
i spojrzał na sędziego, jakby czekał na odpowiedź.
- Też o tym słyszałem - odparł
Verlaque, zdziwiony własnymi słowami. Dopiero po kilku sekundach
zdał sobie sprawę, że powiedziała mu o tym Marine, gdy pewnego
słonecznego poranka przycinała oliwkę na swoim tarasie. Z jej
mieszkania usytuowanego w centrum nie było co prawda widać
góry, ale jeszcze na początku dwudziestego wieku rozciągał
się stamtąd wspaniały widok. To było, zanim jeszcze pobudowano
wysokie apartamentowce na obrzeżach Aix, i takie powiedzonko się
przyjęło. Verlaque przypomniał sobie, że widział liczne prace
Cézanne'a przedstawiające tę górę, wykonane w jego atelier na
wzgórzu na północ od Aix. Dziś ten widok zasłaniały sześcienne
betonowe apartamentowce. Verlaque'owi wydawało się w pewnym sensie
stosowne, że obecnie nie widać góry z dawnej pracowni Cézanne'a,
co więcej - samo miasto posiada tylko dwa, może trzy niewielkie
obrazy swego słynnego obywatela - zapewne jednego z najważniejszych
malarzy w historii sztuki. Pomyślał o niewielkim Musée Granet
w Aix i spróbował sobie przypomnieć, czy w ogóle widział
tam jakiś obraz Cézanne'a. Dziewiętnastowieczni mieszkańcy Aix
wykpili dzieła malarza, zbyt nowoczesne jak na ich prowincjonalny
gust. W dwudziestym pierwszym wieku wciąż mają ten sam konserwatywny
gust co ich przodkowie, pomyślał Verlaque. Pomimo wszystkich nowych
i starych pieniędzy w Aix-en-Provence wciąż nie było galerii ze
sztuką współczesną ani nowoczesnych restauracji, od których roiło
się w innych miastach, takich jak Tuluza czy Lille.
Verlaque wyjrzał przez okno na
château i spytał nagle:
- Czyj to samochód, ten z numerami
z Lazurowego Wybrzeża?
Auvieux pochylił się i wyjrzał przez
małe okienko chatki.
- To stary samochód François -
odparł. - Brata Étienne'a. Mieszka na Riwierze. Ostatnio obaj go
używali. Korzystali z niego do dorywczych prac i dojeżdżali nim
do Aix.
- W porządku - powiedział Verlaque. -
Proszę mówić dalej. - I widząc zdumioną minę dozorcy, dodał:
- Był pan w gaju oliwnym.
- Ach,
merci. A więc spędziłem jakieś
piętnaście minut w gaju oliwnym, a potem przeszedłem na tyły
château, żeby pójść do sosnowego lasu na
południe od domu. Ale zanim ruszyłem na wzgórze, spojrzałem w lewo
i zobaczyłem ciało pana Étienne'a na ziemi.
- A więc to było między
drugą piętnaście a wpół do trzeciej. I to wtedy pan do nas
zadzwonił?
- Tak. Oczywiście przyjrzałem
się zwłokom, ale ich nie ruszałem... to znaczy pana
Étienne'a. Wiedziałem, że nie żyje. Pobiegłem do mojego domku
i natychmiast zadzwoniłem pod osiemnaście.
- O której w piątek wyjechał pan
z Saint-Antonin? - spytał Verlaque.
Auvieux upił trochę kawy.
- Wyjechałem sporo przed kolacją,
bo moja siostra szykowała dla mnie blanquette de
veau. Wyjechałem około piątej.
- I nie widział pan nic
niezwykłego?
Dozorca drgnął i jego oczy się
rozszerzyły.
- Co pan ma na myśli? -
spytał.
Verlaque zauważył, że Auvieux czuje
się nieswojo.
- No cóż - odparł - wiem, że
policja już pana pytała, czy nic nie zginęło. Ale czy zauważył
pan, żeby coś było nie na miejscu przed wyjazdem do Var albo po pana
powrocie?
- Nie - odrzekł powoli
dozorca.
- Czy były jakieś włamania do
château?
Dozorca niespokojnie potarł ręce.
- Tylko raz, dwa lata temu. To
były jakieś dzieciaki z Marsylii. Było ich trzech. Próbowali
się włamać przez jedną z okiennic w jadalni. Usłyszałem hałas
i przepłoszyłem ich moją strzelbą myśliwską. Następnego dnia
zadzwoniłem do pana Étienne'a i przysłał kogoś, żeby naprawił
okiennicę.
Verlaque nie spytał Auvieux, skąd
wiedział, że tamte dzieciaki były z Marsylii, domyślał się jednak,
że musiało to mieć coś wspólnego z kolorem ich skóry.
Sędzia śledczy wstał i wskazał na
truskawki i szparagi.
- Kupił je pan na tym przydrożnym
stoisku przy route nationale?
Dozorca spojrzał wielkimi oczami na
stół, a potem na Verlaque'a i odparł:
- Tak, w drodze do domu.
- Mają dobry towar? - chciał
wiedzieć Verlaque.
- Całkiem niezły - potwierdził
dozorca. - I tańszy niż na rynku w centrum Aix.
Verlaque przewrócił oczami.
- Tak, zabawne, że jabłko na rynku
w Aix kosztuje dwa razy więcej niż takie samo w Gardanne.
Gardanne było starym górniczym
miastem piętnaście minut na południe od Aix; kiedyś wydobywano tam
węgiel. Kopalnię zamknięto, ale imponujący komin elektrowni, teraz
opalanej chińskim węglem, widać było na południe od autostrady,
gdy wjeżdżało się do Aix. Było to brzydkie, ponure miasto, gdzie
budynki, a nawet niektórzy mieszkańcy wyglądali tak, jakby zawsze
byli pokryci cieniutką warstwą sadzy. Verlaque nie zamierzał robić
tam zakupów. Tak właściwie to nie był nawet pewien co do tych cen
- po prostu wszyscy w Aix to powtarzali.
Teraz, gdy już porozmawiali o jedzeniu,
Verlaque spytał:
- Lubił pan Étienne'a de
Bremont?
Dozorca wydawał się zaskoczony tym
pytaniem.
- Był moim szefem.
- Ale czy pan go lubił? - nalegał
sędzia.
Auvieux spojrzał w podłogę.
- Nie, proszę pana. Szczerze mówiąc,
nie za bardzo.
Verlaque widział, że dozorca jest
zmęczony i przytłoczony. Dopił kawę i się pożegnał, informując
Auvieux, że na strychu wciąż są policjanci i że kiedy skończą,
powiedzą mu, że może tam pójść i wszystko pozamykać.
- Mam z panem pójść,
Monsieur le Juge? - spytał Auvieux.
- Nie, nie ma takiej potrzeby, ale
dziękuję.
Auvieux poprosił sędziego, by ten
upewnił się, że jego ludzie nie zostawią bałaganu i pogaszą
wszystkie światła. Verlaque zapewnił go, że tak zrobi,
i podziękował za poświęcony mu czas i dobrą mocną kawę.
Gdy Verlaque szedł z powrotem w stronę
château, myślał o tym, że choć rodowi
Bremontów wyraźnie brakuje funduszy, to jednak dozorca Auvieux jest
bardzo dumny z rezydencji i ze swojej pracy. Życzyłby sobie,
by niektórzy urzędnicy służby cywilnej pracujący w Palais
de Justice mieli podobne podejście. Był sędzią śledczym
od niedawna - od niespełna dwóch lat. W rekordowym czasie
i w bardzo młodym wieku z prokuratora awansował na prezesa sądu
rejonowego, w chwili mianowania na to stanowisko miał trzydzieści
dziewięć lat. Zasłynął tym, że był nieprzekupny i niezwykle
elokwentny, mówił też świetnie po angielsku - a oprócz
tego był szczery. Verlaque dał jasno do zrozumienia, że na nowym
stanowisku będzie aktywnie uczestniczył w śledztwach, do czego
sędziowie śledczy byli uprawnieni, choć rzadko korzystali z tych
uprawnień. W lipcu tamtego roku udzielił wywiadów różnym gazetom,
w tym "Le Monde" i "Le Figaro", a jego zdjęcie ukazało
się na okładce marsylskiego wydania "L'Express". Najdziwniejszy
artykuł zamieściło jednak czasopismo "Elle". Czarno-białe
zdjęcie zrobił sędziemu niezwykle popularny młody czeski fotograf
mieszkający w Paryżu. Fotografia zrobiona z żabiej perspektywy
podkreślała i tak szerokie ramiona Verlaque'a i jego potężną
pierś, maskując wystający brzuch i fakt, że mierzył jedynie metr
siedemdziesiąt dwa. Jego ciemnobrązowe, niemal czarne oczy patrzyły
prosto w obiektyw. Włosy, gęste, czarne, lekko przyprószone siwizną,
jak zawsze były rozczochrane. Fotograf powiedział: "Człowieku,
masz świetny nos". Gdy Verlaque studiował prawo, grał w rugby
w klubie sportowym z Château de Vincennes i złamał sobie nos,
który pozostał już potem mocno krzywy. Wtedy, podczas meczu, zderzył
się głową z innym zawodnikiem, grając w młynie. Tamtego wieczoru,
pochylony nad jakimiś aktami, z przerażeniem zdał sobie sprawę, że
jest w stanie przeczytać tylko dolną połowę kartki. Górna była
czarna. Jego wzrok wrócił do normy po kilku godzinach, ale z rugby
to był koniec. Redakcji "Elle" najwyraźniej nie przeszkadzał jego
zakrzywiony nos. Artykuł opatrzono nagłówkiem "Poddajemy się!". Ta
niespodziewana sława była mu nie na rękę, odpowiadała mu jednak
władza sędziego śledczego. Wyłączne prawo autoryzowania rewizji,
wystawiania wezwań do sądu i wydawania zgody na podsłuchy, których
rezultaty można było wykorzystać w postępowaniu karnym.
Tupiąc butami, wbiegł po kamiennych schodach
château i usłyszał dobiegające ze strychu głosy
i śmiech policjantów. Dla nich to była rutyna - wyglądało na to,
że młody hrabia wypadł z okna i skręcił sobie kark. Verlaque
natomiast chciał przede wszystkim dowiedzieć się, dlaczego Étienne
de Bremont w ogóle wychylił się przez to okno. Kilka razy
spotkał się z hrabią, lubił go i szanował. Zamierzał starannie
zbadać miejsce, w którym Bremont zginął; czuł, że jest to winny
hrabiemu oraz jego żonie i dzieciom. Sędzia wyczuł też niepokój
Jean-Claude'a Auvieux podczas przesłuchania. Nerwowość i długie
chwile milczenia, gdy zapytał go, czy w château
wszystko było na swoim miejscu.
Gdy Verlaque wszedł na strych, rozmowy
policjantów natychmiast ucichły. Było późne popołudnie i przez
okno wpadały ostatnie promienie słońca.
- Dlaczego nikt nie włączył
światła? - spytał, nie zwracając się do nikogo konkretnego.
- Nie działa, panie sędzio -
odpowiedział jeden z policjantów.
Verlaque przeszedł przez pokój
i uśmiechnął się na widok le commissaire. Przez
ostatnie pół roku Verlaque'a nie było - spędził miesiąc
w Luksemburgu, w Trybunale Sprawiedliwości, miesiąc na wakacjach
w Anglii i cztery miesiące na urlopie naukowym w Paryżu -
i choć współpracował z komisarzem tylko raz czy dwa razy,
Bruno Paulik był jednym z jego ulubionych kolegów. Rzeczowy, pełen
sprzeczności mężczyzna, z wyraźnym akcentem z południa kraju. Syn
rolników z niewielkiej wioski w górach Luberon był obecnie jednym
z najlepszych detektywów w Aix i uwielbiał operę. Jego żona
Hél?ne była głównym winiarzem w prestiżowej prywatnej wytwórni win
na północ od Aix. Podczas festiwalu operowego w Aix Paulik zazwyczaj
brał tydzień urlopu, a jego zaledwie dziewięcioletnia córka
była już utalentowaną śpiewaczką w prestiżowym konserwatorium
muzycznym. Paulik, podobnie jak Verlaque, grał kiedyś w rugby i nigdy
nie przestał kochać tego sportu.
- Dzień dobry, komisarzu -
powiedział Verlaque, ściskając mu rękę.
- Witamy z powrotem, panie sędzio. -
Komisarz się uśmiechnął, a potem z konsternacją zmarszczył
brwi. - Nie dostał pan akt od prokurator, prawda? Przed chwilą
wyszła.
- Simone Levy z Marsylii? Roussela
wciąż nie ma?
- Tak, ciągle jest na urlopie. Ale
lada dzień wróci.
Verlaque usiłował ukryć rozczarowanie
spowodowane zarówno rozminięciem się z czarującą prokurator
Levy z Marsylii, jak i wiadomością o rychłym powrocie Roussela,
prokuratora z Aix.
- Jakąś godzinę temu rodzina
formalnie zażądała dochodzenia, więc oto jestem.
- Ach... Wdowa? - spytał
Paulik.
- Tak właściwie to nie. Charles
i Eric Bleyowie, kuzyni pierwszego stopnia denata.
- Ci prawnicy Bleyowie? Ach, nie miałem
pojęcia, że są spokrewnieni z Bremontami. A wdowa po Bremoncie
podpisała wniosek?
- Nie, odmówiła. - Verlaque uniósł
brew. Rozejrzał się po pokoju. - Znaleźliście coś?
- Nic, panie sędzio - odparł
Paulik. - Podłogę przy oknie niedawno zamieciono, a dozorca
powiedział mi, że często tu zamiata i ściera kurze. Ciężko
nam było się go pozbyć. Chodził za mną wszędzie jak zbłąkana
owieczka.
Verlaque dostrzegł opartą w kącie
miotłę.
- Nie zapomnijcie pobrać z niej
odcisków.
- Już kazałem im to zrobić. Na razie
nie znaleźliśmy żadnych śladów wtargnięcia. Drzwi na strych były
otwarte na oścież, a klucz do nich leżał na tej walizce. Pobraliśmy
z niej odciski palców. Dozorca dał nam klucz, a ja powiedziałem mu,
żeby nikogo tu nie wpuszczał.
- Dobrze - stwierdził Verlaque,
zerkając na walizkę. - Zabytkowa Louis Vuitton, pewnie z lat
trzydziestych, wciąż opatrzona przywieszką z hotelu Ritz
w Londynie, z nazwiskiem Comte Philippe de Bremont, napisanym
czarnym atramentem. Philippe de Bremont musiał być dziadkiem denata
- pomyślał Verlaque - człowiekiem, o którym wspominał
dozorca.
- Niezłe pomieszczenie, prawda? Mają
tu więcej rzeczy niż ja w całym domu. - Paulik rozejrzał się po
strychu, pocierając łysinę.
- Francuska arystokracja wcale nie
jest taka biedna, jak by chciała nam to wmówić, hm? - spróbował
zażartować Verlaque. Nie podobało mu się, że policjanci wiedzą,
iż pochodzi z bogatej rodziny, choć było to dość oczywiste; niewielu
sędziów, którzy bądź co bądź byli urzędnikami służby cywilnej,
mogło pozwolić sobie na to, by jeździć zabytkowym porsche i prawie
co wieczór jadać kolację na mieście. Bynajmniej jednak nie wywodził
się ze szlachty.
Paulik nie odpowiedział. Wychylał
się akurat przez otwarte okno, marszcząc czoło. Komisarz nucił
coś pod nosem i Verlaque sądził, że to jakaś aria operowa, ale
jego wiedza na temat opery była żenująco słaba. Paulik przestał
nucić i powiedział policjantom, że mogą opuścić strych. Potem
zmarszczył brwi.
- Myśli pan, że Bremont mógł
stracić równowagę i wypaść przez ten otwór? - spytał
sędziego.
Verlaque pokręcił głową.
- Niezbyt prawdopodobne. Wychował się
tutaj. Musiał otwierać to okno tysiące razy. Tak mi powiedział Eric
Bley przez telefon, i to dlatego on i jego brat zażądali wszczęcia
dochodzenia. Jaka jest pańska teoria?
Paulik zastanawiał się przez
chwilę.
- Ktoś mógł go pchnąć, ale nie
ma żadnych śladów walki. Albo ktoś go zaskoczył, to mogła być
kwestia kilku chwil. - I dodał jeszcze: - Jeśli doszło do walki,
ktoś mógł potem posprzątać bałagan. Samobójstwo?
- Z tego, co wiem o hrabim,
samobójstwo wydaje się mało prawdopodobne, ale będziemy musieli
zadać te przykre pytania jego rodzinie. Obaj Bleyowie uważali, że to
raczej nie wchodzi w grę. Poza tym przy zwłokach Bremonta znaleziono
okulary. Nie zdjąłby pan okularów, gdyby zamierzał pan skoczyć? -
Verlaque wziął do ręki swoje okulary do czytania, które zawsze nosił
na szyi, odkąd skończył trzydzieści parę lat.
Paulik kiwnął głową.
- Tak, rozumiem, co pan ma na
myśli. To tak jak te samobójstwa nad Morzem Śródziemnym. Zrozpaczeni
ludzie pieczołowicie składają swoje ubrania, zostawiają wszystko
ułożone w porządną stertę na plaży, a potem spokojnie wchodzą
do morza.
Obaj milczeli przez kilka sekund,
pogrążeni w myślach. W końcu odezwał się Verlaque:
- Co do kradzieży, dozorca starannie
sprawdził château i wygląda na to, że wszystko
jest na swoim miejscu. Niech pan jutro z nim porozmawia i sporządzi
drugi raport. Na wszelki wypadek. Ja już z nim rozmawiałem. Będziemy
musieli wybrać się do jego siostry, do Var. Z tego, co zrozumiałem,
oboje się tu wychowywali.
- A brat hrabiego? - spytał
Paulik. Verlaque odnotował w duchu, że Paulik jak zwykle odrobił
pracę domową przed przyjazdem na miejsce zdarzenia.
- François de Bremont ma się zjawić
jutro - odpowiedział sędzia. - Niech mi pan da znać, gdy tylko
dotrze. Żeglował u wybrzeży Korsyki i ma przyjechać samochodem
z Tulonu.
- A co z pracą hrabiego de
Bremont? Czy mógł narobić sobie wrogów podczas kręcenia któregoś
z tych swoich filmów dokumentalnych?
Étienne de Bremont zasłynął jako
filmowiec. W ciągu ostatnich pięciu lat zaprezentował na festiwalach
kilka filmów dokumentalnych, a jeden z nich dotyczył przestępczości
zorganizowanej w Prowansji. To właśnie podczas kręcenia tego filmu
poznał go Verlaque.
Verlaque pomyślał o tamtym filmie
i o poważnym młodym człowieku stojącym za kamerą. Z tamtych
wywiadów zapamiętał Étienne'a de Bremont jako wysokiego, chudego
mężczyznę o kruczoczarnych włosach, które zawsze wydawały
się trochę przetłuszczone. Podczas każdego z tych wywiadów
Bremont miał na sobie jedną z kamizelek w stylu safari, które
lubią nosić fotografowie z National Geographic. Verlaque'owi
wydawało się to trochę curieux, do chwili,
gdy zaczął się wywiad i szczere szare oczy Bremonta ani przez
chwilę nie przestały się wpatrywać w jego twarz. Bremont delikatnie
zadawał pytanie, a Verlaque wydawał się odpowiadać jak najbardziej
zgodnie z prawdą, nie wskazując przy tym na nikogo palcem. Zarówno
reżyser, jak i sędzia wiedzieli, że przestępczość w rejonie
Marsylii ma źródła na Korsyce, ale obaj niewiele mogli i chcieli
powiedzieć. Verlaque'owi bardzo podobał się tamten film. Zdjęcia
były imponujące, wykonane w tak jaskrawym świetle, że widz czuł
się nieswojo; sędzia uważał, że to pasuje do korsykańskiej mafii
i do świata przestępczego w ogóle. Po trzech wywiadach z Bremontem,
a zwłaszcza po obejrzeniu filmu dokumentalnego, który dopiero co
został nagrodzony, pozbył się częściowo niechęci do arystokratów
niemających żadnego poważnego zawodu, tylko tytuł.
Odpowiedział na pytanie Paulika:
- To możliwe. Proszę posłać jednego
z policjantów, może Flamanta, żeby porozmawiał z dyrektorem
Souleiado Films, wytwórni, dla której pracował. Mają siedzibę
w wyremontowanej fabryce w okolicy Belle de Mai w Marsylii. A tak
właściwie, może wybrałby się pan tam sam jutro rano?
Paulik pokręcił głową.
- Przykro mi. Nie mogę. Jutro i we
wtorek zeznaję w sądzie.
- Merde.
W porządku. Cóż, nie pali się. W tym tygodniu wystarczy.
Obu mężczyzn wyrwały z zamyślenia
pośpieszne kroki dwóch osób wchodzących na strych. Do pomieszczenia
wpadł młody policjant. Verlaque widywał już tego rudego, piegowatego
chłopaka na posterunku, ale zapomniał jego nazwiska.
- Putain!
- wyrzucił z siebie przeciągle młody policjant i grzbietem
dłoni otarł czoło. Potem, jakby wystraszony obecnością swojego
przełożonego i juge d'instruction, przeprosił
za przekleństwo. - Przepraszam, panie sędzio, ale przy frontowych
drzwiach zebrała się grupka reporterów.
- Powiedz im, że zaraz do nich zejdę
i złożę oświadczenie - odparł Verlaque.
Młody policjant wyszedł. Schodząc
po schodach, upuścił notes i długopis. Podnosząc je, znów
zaklął. Paulikowi nie udało się ukryć uśmiechu. Odkaszlnął
i spytał:
- A jak brzmi nasze oświadczenie,
panie sędzio?
Verlaque wzruszył ramionami.
- Nieszczęśliwy wypadek. Tak
stwierdził lekarz sądowy i więcej nie możemy powiedzieć, dopóki
nie porozmawiam z żoną Bremonta i nie dowiem się, dlaczego był
tu w sobotnią noc. - A potem dodał jeszcze: - Jeśli już to
skończyliście, możemy wyjść i zamknąć drzwi na klucz.
- Tak, panie sędzio.
Zamknęli strych i ruszyli na dół,
mijając pokoje, które zbadał już Paulik ze swoją ekipą. Na parterze
Verlaque, zanim jeszcze otworzył drzwi frontowe, odwrócił się do
komisarza i spytał:
- A są tu w ogóle jakieś pokoje,
których używano w ciągu ostatnich dziesięciu lat?
- Biblioteka i sypialnia na pierwszym
piętrze, z przyległą łazienką. I to by było na tyle. Biblioteka
jest za salonem, na tyłach château.
- Zajrzyjmy tam. Reporterzy mogą
poczekać, do cholery.
Meble w salonie były poprzykrywane,
ale nie świeżymi, białymi płachtami, takimi jak te, które chroniły
teraz meble babki Verlaque'a, lecz prześcieradłami w psychodeliczne,
kwieciste wzory. To z pewnością drapiący poliester, pomyślał
Verlaque, krzyk mody we Francji w latach siedemdziesiątych. Skrzywił
się, gdy dotarło do niego, dlaczego tak nienawidzi takich płacht -
od miesięcy nie myślał o Aude - i popsuł mu się humor.
Przez dwuskrzydłowe drzwi weszli
do biblioteki, której dwie ściany pokrywały regały. Książki
okazały się mieszanką klasyków w skórzanych oprawach, wydanych
po francusku, angielsku, rosyjsku i niemiecku, oraz tysięcy pozycji
wydań kieszonkowych po angielsku i francusku, głównie kryminałów
i westernów.
- Co jest w tym biurku? - spytał
Verlaque.
- Prawie nic. Trochę papieru, ołówki,
taśma, zszywacz. Żadnych dokumentów.
- Sejf?
- Nie, panie sędzio.
Verlaque podszedł do biurka. Na lśniącym
drewnianym blacie stało kilka zdjęć w srebrnych ramkach.
- Panuje tu idealny porządek, a te
srebrne ramki aż lśnią. Ktoś tu sprząta.
- Dozorca, panie sędzio. Zwróciłem
uwagę, że nie ma tu kurzu i go o to spytałem. Powiedział, że
nalega, by osobiście sprzątać bibliotekę, choć resztę pokoi sprząta
młoda dziewczyna z wioski, kiedy François de Bremont przyjeżdża do
rezydencji. Czyli tylko parę razy w roku i w święta. - Verlaque
schylił się i założył okulary do czytania.
- Ta starsza para na zdjęciu przed
domem to muszą być chyba dziadkowie?
- Zgadza się. Philippe i Clothilde
de Bremont. Kolejne zdjęcie, sądząc po szerokim krawacie tego faceta
i fryzurze kobiety, zrobiono w latach siedemdziesiątych, to rodzice
Étienne'a i François de Bremont. Oboje już nie żyją.
- A na trzecim zdjęciu są bracia
jako nastolatkowie - stwierdził Verlaque. - Wygląda na to, że
mieli wtedy około piętnastu i siedemnastu lat. Poznaję tego chudego
chłopaka po lewej. To Étienne de Bremont. A ten drugi to musi być
François. Przystojny, barczysty, z szerokim uśmiechem. Wygląda jak
Kennedy. A kim jest ta dziewczyna pośrodku? Myślałem, że było
tylko dwóch braci?
- Ma pan rację. Raport nie wspominał
o żadnej córce. To musi być jakaś kuzynka albo dziewczyna któregoś
z nich.
Verlaque pochylił się jeszcze
bardziej, by przyjrzeć się roześmianej dziewczynie. Rozczochrane,
gęste kasztanowe włosy i skrzące się zielone oczy, szczupłe,
piegowate ramiona obejmujące obu chłopaków. Verlaque mimowolnie się
uśmiechnął.
- Przyjrzyj się jej dokładniej -
powiedział do Paulika. - Chyba obaj ją znamy.
Odwrócił wzrok od zdjęcia i podszedł do
półki, na której stał zbiór francuskich klasyków w skórzanych
oprawach. Szkliły mu się oczy, gdy przeglądał tytuły, i doszedł
do wniosku, że zadzwoni do niej, gdy tylko będzie mógł, zaraz
po wyjściu z tego zimnego, starego domu. Sprawiła, że się
uśmiechnął, a niewiele kobiet to potrafiło. Dobrze się czuł
w jej obecności. Kilka dni temu ich wspólny znajomy powiedział mu,
że spotykała się teraz z jakimś bosko przystojnym młodym lekarzem,
i Verlaque poczuł ból w brzuchu, jakiego nigdy jeszcze żadna
kobieta nie wywołała. Na początku łatwo mu było zignorować jej
nieobecność, gdy pochłaniała go praca i podróże i gdy na cztery
miesiące zakopał się w prawniczych książkach w Paryżu. Wiedział
z doświadczenia, że z czasem pożądanie zniknie. Zamiast jednak
o niej zapomnieć, co przychodziło mu tak łatwo w przypadku innych
kochanek, zaczął przyłapywać się na tym, że coraz częściej o niej
myśli. Poezja nie pomagała, whisky też nie. Pewnego razu późnym
wieczorem przeszedł przez miasto do jej mieszkania i nacisnął dzwonek,
ale nikt nie otworzył.
- Ah bon? -
Paulik pochylony przyglądał się zdjęciu. - Skoro twierdzi pan, że
obaj ją znamy, to wciąż musi mieszkać w Aix. - Paulik wpatrywał
się w dziewczynę. Śmiała się w chwili, gdy robiono zdjęcie,
i zdawało mu się, że niemal słyszy jej zaraźliwy śmiech. I wtedy
ją skojarzył. - To profesor Bonnet, non?
Marine Bonnet trzęsła konserwatywnym
wydziałem prawa na uniwersytecie w Aix i uwielbiała zapraszać
na swoje zajęcia prelegentów z zewnątrz. Verlaque pamiętał,
że jednym z jej gości najlepiej przyjętych przez studentów był
właśnie komisarz. Paulik dobrze się bawił, wygłaszając prelekcję,
a także potem, po zajęciach, gdy studenci prawa zebrali się wokół
niego, jakby był gwiazdą rocka. Verlaque i Marine zostali też
zaproszeni na kolację organizowaną przez winiarza, szefa Hél?ne
Paulik, i Paulikowie również na chwilę tam zajrzeli. Wyszli jednak
wcześniej, bo - jak tłumaczyła Hél?ne - zaczęła ją łapać
grypa, choć prawdziwym powodem było to, że Bruno Paulik czuł się
nieswojo w obecności swojego szefa, sędziego śledczego.
- Tak, myślę, że to
Marine. Zadzwonię do niej i powiem jej, żeby zjawiła się tu jutro
rano. Z całą pewnością dobrze znała tę rodzinę.
Paulik uniósł brew na wzmiankę, że
laik - nawet jeśli jest nim profesor prawa - ma być zaproszony
na miejsce wypadku, ale tego nie skomentował. Verlaque dostrzegł jego
minę i spojrzał krzywo na komisarza.
- Jestem sędzią śledczym i mogę
tu zapraszać, kogo mi się żywnie spodoba. A teraz - dodał,
zmieniając temat, bo zdał sobie sprawę, że przyczyną jego złego
nastroju jest coś zupełnie innego, a mianowicie te kwieciste płachty
- uporajmy się z czekającymi dziennikarzami. Biedaków wywleczono
z niedzielnych pikników zakrapianych pastis.
- Tak, panie
sędzio. - Paulik szanował Verlaque'a i udawał, że nie słyszy,
gdy inni policjanci z Aix nazywali go snobem. Sędzia był staranny,
miał encyklopedyczną wiedzę z zakresu prawa i choć Paulik był
bardzo pewny własnej wiedzy, to jednak po każdej sprawie prowadzonej
z Verlakiem dowiadywał się czegoś nowego. Współpraca dobrze im się
układała i wiedział, że sędzia również tak uważa. Verlaque
nie bał się przestępców ani wielogodzinnych przesłuchań,
podobnie jak Paulik, którego groźny wygląd zwykle budził szacunek
oskarżonych. Verlaque nie marnował czasu z Paulikiem na pikantne
dowcipy ani nazywanie kobiet poulettes. A co
z tego, że sędzia śledczy jeździł drogim samochodem i pijał dobre
wina? Jednak jego uwaga o piknikach była obraźliwa w stosunku do
innych ludzi i ich rozrywek i nie spodobała się Paulikowi, którego
również oderwano od rodzinnego pikniku zakrapianego pastis w górach
Luberon.
Ciąg dalszy w wersji pełnej