Okoliczności wędrówki Cymbrów i Teutonów
OKOLICZNOŚCI WĘDRÓWKI CYMBRÓW I TEUTONÓW
Skąd się wzięli Cymbrowie i Teutoni?
Kwestia pochodzenia plemion Cymbrów i Teutonów swego czasu budziła
wielkie emocje, które ucichły wraz ze śmiercią adwersarzy. Pozostały
jednak różnice zdań. I choć obecnie przyjęło się, że byli oni Germanami
(którym mogli towarzyszyć Celtowie), to przekonanie, że chodzi o Celtów
lub plemiona celtogermańskie, trwa nadal.
W wyjaśnieniu zagadki pochodzenia tych plemion kluczową rolę, zresztą
jak w całej wędrówce, zdaje się odgrywać plemię Cymbrów. Nawet pobieżne
przestudiowanie źródeł pisanych pozwala wyciągnąć wniosek, że właśnie
owo plemię było siłą sprawczą przedsięwzięcia, które mocno wstrząsnęło
Imperium Romanum. Teutoni oraz inne plemiona pozostają w cieniu Cymbrów.
I choć starożytnym dziejopisom obydwa plemiona wydawały się równie
tajemnicze, to w wypadku Cymbrów potrafiono z dużą dokładnością wskazać
ich pierwotne siedziby. Natomiast Teutoni jawią się jako wypełzłe
znikąd, gotowe plemię marszowe. Ponieważ w następnych stuleciach po
najeździe, zwłaszcza od czasów Oktawiana Augusta, operowano nazwami
geograficznymi odnoszącymi się wprost do Cymbrów, a o Teutonach
właściwie nie wspominano, nic dziwnego, że i dziś pozostają oni mniej
znani od Cymbrów. Stąd też należy mieć na uwadze, że nawet gdy
starożytni mówili tylko o Cymbrach w kontekście ich najazdu na Europę,
to mieli również na myśli Teutonów.
Byłoby dobrze, gdyby celtyckiemu zamieszaniu byli winni głównie
starożytni historycy greckiego pochodzenia. Jest to bardzo
charakterystyczne, że bardzo oddaleni w miejscu i czasie od opisywanych
wydarzeń Plutarch z Cheronei i Appian z Aleksandrii uważają Cymbrów i Teutonów za Celtów lub Celtogermanów. Mowa celtycka i germańska brzmiały
w ich uszach jednakowo, jak "ryk dzikich zwierząt". I Celt, i Germanin
wyglądali w oczach Greków bardzo podobnie - wysocy, niebieskoocy,
jasnowłosi, z tendencjami do obżarstwa, picia i tycia. W tradycji
greckiej Celtowie zapisali się bardzo boleśnie, natomiast niszcząca era
Germanów miała dopiero nadejść. A ponieważ upodobanie wojowniczych
Celtów (Galów, Galatów) do dalekich wędrówek i krzyżowania się z miejscową ludnością było dobrze znane w antycznym świecie greckim, nic
dziwnego, że Grecy dopasowali sobie Cymbrów i Teutonów do znanego im od
dzieciństwa pejzażu historycznego, w którym wybryki celtyckie zajmowały
poczesne miejsce.
Niestety, choć niektórzy rzymscy autorzy: Gajusz Juliusz Cezar, Oktawian
August, Wellejusz Paterkulus i Tacyt piszą o plemionach Cymbrów i Teutonów jako o Germanach, to kilku innych Rzymian nazywa ich Celtami,
jak choćby Lucjusz Anneusz Florus1, Gajusz Salustiusz
Krispus2 czy Marek Junianus Justynus3. Jednak to
Cezar i August dążyli do dogłębnego i wiarygodnego wyjaśnienia kwestii
pochodzenia Cymbrów, gdyż przyszło im się zmagać z Germanami, których
wyraźnie odróżniali od Celtów. A o pomyłki w tej sprawie było łatwo.
Nawet nad podziw bystry Cezar miał trudności z rozróżnieniem
pogranicznych plemion germańskich i celtyckich.
Odpowiedź, skąd tak naprawdę owi Cymbrowie (i Teutoni) przybyli,
uzyskano w czasach Oktawiana Augusta, gdy Imperium bardzo poważnie
zainteresowało się Germanią. Ekspedycje morskie dotarły do ziem
określanych jako cymbryjskie, a zwanych dziś potocznie Danią. August
chwalił się w 76. roku życia4, że o pokój poprosili go Cymbrowie.
Prawdę mówiąc, nie miał się czym chwalić, gdyż za jego czasów Cymbrowie
nie byli tak wielkim i znaczącym ludem, jak kiedyś, ale nie wszyscy w Rzymie o tym wiedzieli, a cesarz nie miał zamiaru tego wyjaśniać. Dla
Augusta było ważne, że to Cymbrowie wśród innych ludów prawdziwie
silnych poprosili go o pokój, czym się pochwalił w oficjalnym dokumencie
państwowotwórczym, swoistym liście-sprawozdaniu do poddanych, wykuwanym
na skałach, pomnikach i rytym w spiżu, niczym najważniejsze rzymskie
prawa. W społeczeństwie świadomym niegdysiejszej mocy Cymbrów miało to
wymowę propagandową, zwłaszcza po dotkliwej klęsce trzech legionów z Germanami w Lesie Teutoburskim w 9 r. n.e.
Pierwotne położenie silnych Cymbrów utrwalił dla nas kronikarz Tacyt: "W tym samym wygięciu Germanii mieszkają najbliżsi Oceanu Cymbrowie, lud
teraz mały, lecz ogromnie wsławiony. A tej dawnej chwały wydatne
pozostały ślady, mianowicie po obu brzegach przestronne obozowiska,
których objętość dziś jeszcze pozwala zmierzyć ogrom i siłę tego ludu
oraz ocenić wiarygodność tak wielkiego wychodźstwa"5. To
wygięcie to oczywiście Półwysep Jutlandzki, po którego obu brzegach
widziano jeszcze w czasach Tacyta, czyli około roku 100 n.e., ślady
starożytnych obozowisk. Należy zaznaczyć, że istnieją również koncepcje
wyjścia Cymbrów i Teutonów z terenów dzisiejszej Szwecji, a wówczas
Półwysep Cymbryjski byłby tylko jednym z etapów wędrówki.
Problem Teutonów pozostaje nieco innej natury, gdyż wiadomo o nich
znacznie mniej niż o Cymbrach. Pobrzmiewają w nazwie Lasu
Teutoburskiego, i to właściwie wszystko, jeśli pominąć znamienny fakt,
iż Teutsch równa się Deutsch. Lokuje się ich startowe siedziby między
ujściem Łaby a ujściem Odry, lub - podobnie jak Cymbrów - na Półwyspie
Jutlandzkim. W każdym razie traktuje się ich jako bezpośrednich sąsiadów
Cymbrów, co ma w pełni tłumaczyć silną więź obu plemion, ich identyczne
sposoby postępowania i wspólny los.
Po tym krótkim przeglądzie siedzib obu plemion pozostaje pytanie -
dlaczego je porzucili?
Powody wędrówki
Nawet pobieżna analiza powodów wędrówek ludów w dziejach ludzkości
wykazuje dwie zasadnicze przyczyny: głód i przemoc sąsiadów. Inne są
tylko ich pochodnymi. Zapewne nie inaczej było z Cymbrami i Teutonami.
Ponieważ wszyscy kronikarze starożytni zgodnie oceniają ich liczbę jako
mrowie, a rzymskie wojska w starciach z nimi poniosły niejedną klęskę,
można przyjąć, że to chyba nie przemoc sąsiadów była przyczyną
wywędrowania Cymbrów i Teutonów z - jakkolwiek by to zwać - ojczyzny.
Należy więc wziąć pod uwagę głód. Można mówić o kilku jego powodach, ale
zwykle występował z przyczyn katastrofalnych zmian klimatycznych. Dziś,
gdy wspiera nas zaawansowana gospodarka, z intensywnie rozwiniętymi
kulturami rolniczymi, mechanizacją, nawozami sztucznymi i środkami
ochrony roślin, w dużej mierze skutki anomalii pogodowych niwelujemy
łatwo i szybko. Dzieje się tak nie tylko w skali mikroregionalnej (na
obszarze jednego kraju), lecz również, choć z nieco większym trudem, w skali makroregionalnej, w ramach charytatywnej i odpłatnej pomocy
międzynarodowej. I choć zjawiska głodu jeszcze nie pokonano, to już
walczy się z nim skutecznie, jeśli tylko rządy bogatych państw wykażą
tzw. wolę polityczną, by pomóc, a rządy krajów biednych, by tej pomocy
nie zmarnować (czyli nie rozkraść datków bądź darów).
W starożytności głód był codziennością. Nawet Rzymianie, którzy mieli
rozwiniętą kulturę agrarną, obawiali się głodu, a z czasem uzależnili
swój byt od dostaw zboża z prowincji: Sycylii, Afryki i Egiptu. Bardzo
prymitywna gospodarka germańska, oparta głównie na hodowli, a w mniejszym stopniu na rolnictwie, nie dysponowała prawie żadnymi
nadwyżkami produkcyjnymi. Tacyt przedstawia nam to tak: "Stosownie do
liczby ludzi zdolnych do uprawy gruntu wszyscy na przemian zajmują
obszary rolne, które potem według godności pomiędzy siebie dzielą;
rozległość pól ułatwia podział. Niwy corocznie zmieniają, a roli jest
zawsze pod dostatkiem. Albowiem przy żyzności i rozległości gruntów nie
zadają sobie trudu, aby zakładać sady, oddzielać łąki i nawadniać
ogrody: tylko zboża wymaga się od ziemi. Stąd też nawet roku nie dzielą
na tyleż, co my, części: zima, wiosna i lato mają u nich swój sens i nazwę, lecz jesieni zarówno nazwa, jak i dary nie są znane"6.
Wspomniana wyżej rozległość gruntów ornych to tylko pozór. Gospodarka
germańska była ekstensywna, w związku z tym pola musiały być rozległe,
by wydać opłacalny plon. Zakładali też sady i ogrody, ale gdzież im było
do jakości i wydajności rzymskich upraw, gdzie każde pole było uprawiane
jak dzisiejsze ogrody przydomowe!
Sposób życia Germanów, daleki od osiadłego, nie sprzyjał planowemu
gromadzeniu zapasów, pomagających przetrwać chude lata, lecz raczej
polegano na zasobności i słabości sąsiadów, których w razie potrzeby
można było złupić. Jednak gromadzono czasem zapasy, a czyniono tak przy
życiu osiadłym: "Wsi nie zakładają, jak to u nas w zwyczaju, z łącznych
i przyległych do siebie budynków: każdy otacza własny dom wolnym placem
[...]; do wszystkiego posługują się nie ociosanym drzewem, nie troszcząc
się o ozdobność albo powabność. Niektóre tylko miejsca wylepiają gliną
tak czystą i lśniącą, że wygląda na malowidło i barwne rysunki. Mają też
zwyczaj kopać podziemne lochy i przywalają je z wierzchu wielką ilością
nawozu. Stanowią one schronisko na zimę i przechowek dla ziarna,
ponieważ takie miejsca łagodzą ostrość mrozów; a jeżeli kiedy
nieprzyjaciel nadciągnie, pustoszy on to, co stoi otworem, skrytki
natomiast i podziemia albo całkiem mu są nie znane, albo dlatego właśnie
przed jego wzrokiem uchodzą, że musi ich szukać"7.
Przy braku różnorodności upraw i ogólnie małej intensywności rolnictwa,
równowaga między dobrobytem a klęską była bardzo chwiejna, przy czym
łatwo było popaść w to drugie. Paradoksalnie, udział w katastrofie
głodowej musiały mieć wcześniejsze lata tłuste. Jak to możliwe?
Otóż we wszystkich kulturach prymitywnych lata dobrobytu prowadzą do
powiększenia populacji. Można sobie wyobrazić, oczywiście z uwzględnieniem dosyć srogiego klimatu północnego, że przez wiele lat
warunki hodowli i upraw na Półwyspie Jutlandzkim bardzo sprzyjały
mieszkającym tam ludziom. Klimat, kształtowany przez bliskie sąsiedztwo
mórz, charakteryzował się niezbyt mroźnymi zimami i niezbyt gorącymi
latami. Okres wegetacji roślin był przez to dłuższy niż na kontynencie,
choć Półwysep Jutlandzki jest przecież wysunięty na północ. Częste opady
sprzyjały wzrostowi traw, a to z kolei było korzystne dla hodowli. Taki
stan trwał kilkanaście-kilkadziesiąt lat i można go łączyć z wyraźnym
wyżem demograficznym. W sprzyjających warunkach nie odczuwano skutków
przeludnienia. Nadwyżki ludnościowe mogły zresztą migrować tylko w jednym kierunku - na południe podczas gdy na kontynencie kierunków było
więcej, więc i skłonność do ruchów była większa. Liczebność plemienia
przekładała się na sukcesy militarne, a to znów owocowało poczuciem
dostatku i bezpieczeństwa, czyli podtrzymywało wyż demograficzny.
Okazało się, że społeczeństwo Cymbrów jest młode. Ta przewaga młodzieży
wkrótce mogła się przełożyć na jakość decyzji podejmowanych przez
plemię.
W strefie klimatu umiarkowanego kilka kolejnych ostrych zim nie jest
niczym nadzwyczajnym. Skoro w średniowieczu Bałtyk mógł w całości
zamarzać, to i w starożytności oddech zimy mógł pokazać, na jakiej
szerokości geograficznej tak naprawdę znajduje się Półwysep Cymbryjski.
Wystarczyło kilka prawdziwych zim i wilgotne lata, by nazbyt liczna
populacja ludzi i zwierząt zaczęła głodować. Bezpośrednią przyczynę
wędrówki Cymbrów i Teutonów w sposób lapidarny podaje nam Florus,
mówiący o nich w kontekście galijskim, co nie powinno już mylić:
"Cymbrowie, Teutonowie i Tygurynowie uciekli z najdalszych części Galii,
ponieważ ich ziemie zalał Ocean,i szukali nowych siedzib po całym
świecie"8. Zdarzały się zapewne także częste, gwałtowne
sztormy, wielodniowe ulewy i gradobicia. Lata dobrobytu wcale nie
oznaczały, że przyroda rozpieszczała Cymbrów, ale to, czego doświadczyli
w latach chudych, musiało przejść ich wyobrażenia. Jest wysoce
prawdopodobne, że źle karmione bydło, stanowiące przecież podstawę bytu
Germanów, wyzdychało. Nagle na Półwyspie Cymbryjskim zrobiło się bardzo
ciasno, a ziemia przestała rodzić. Na niczyją pomoc nie można było
liczyć. Wyprawy zbrojne na sąsiadów, będących w podobnej sytuacji, nie
przynosiły żadnych łupów. Niewiele albo nic nie wskazywało na to, by
następne lata miały przynieść jakąś ulgę. Postanowiono więc wyemigrować
z tej niegościnnej ziemi. A pomysł ten wcale nie był oryginalny lub
nowatorski.
Nawet w latach względnego dobrobytu nadmiar ludzi z plemion germańskich
opuszczał przeludnione ziemie i ludzkie gromady szukały sobie miejsca
gdzie indziej. Czasem kilka takich gromad łączyło się, tworząc nowe
plemię. Około 100 lat przed wielką wędrówką Cymbrów Europę przeszli w poprzek Bastarnowie, by ostatecznie osiedlić się niedaleko ujścia Dunaju
nad Morzem Czarnym (czyli Morzem Pontyjskim). Jeśli zatraciła się w tradycji ustnej pamięć o wędrówce Bastarnów, to musiało w niej trwać
inne, podobne wydarzenie. Przecież to w sąsiedztwie Cymbrów całkiem
niedawno, zapewne wśród wielu utarczek zbrojnych, przesunął się z północy na południe wielki lud Wandalów, który osiedlił się między górną
Wisłą a górną Odrą. Pamięć o tych wydarzeniach musiała być żywa, a przykład działał na wyobraźnię. Cymbrowie nie czuli się gorsi od
Wandalów, mogli wędrować, tym bardziej że na miejscu nie czekało ich nic
dobrego.
Bastarnowie, Wandalowie, Cymbrowie... To nie koniec listy wędrowców
germańskich. Dwa pokolenia po Cymbrach na ziemie galijskie ruszyły
liczne gromady różnoplemiennych ochotników germańskich, łącznie 15
tysięcy wojowników, pod dowództwem króla Ariowista. Zaprosili ich
Galowie (Sekwanowie) przeciw innym Galom (Eduom). Galowie przyznali im w podzięce za pomoc 1/3 ziemi, ale Germanów w trakcie kampanii wojennej
przybyło drugie tyle, aż poczuli się tak silni, że zabrali gospodarzom
następną 1/3 ziemi i zakładników. Akurat wtedy Gajusz Juliusz Cezar
pokonał Helwetów, którzy mieli zamiar osiedlić się w Galii. Wobec tego
zarówno Eduowie, jak i Sekwanowie poprosili go o pomoc. Cezar zyskał tym
samym sposobność do następnej interwencji w Galii i już nigdy nie dał
się stamtąd usunąć. Jak to napisał: "Przyzwyczajać zaś powoli Germanów
do przekraczania Renu i przechodzenia wielkimi masami do Galii uważał za
niebezpieczne dla ludu rzymskiego; mniemał bowiem, że ci dzicy i nieokrzesani ludzie nie zaznaliby wcześniej spokoju, dopóki nie zajęliby
całej Galii, by stąd wyruszyć do Italii, jak to niegdyś mieli uczynić
Cymbrowie i Teutonowie"9. Ariowist zaś miał rzeczywiście
wielkie zamiary, gdyż szło mu na pomoc całe plemię Swebów, o którym
krążyły pogłoski, że wystawia do boju 100-tysięczną armię! Widać więc na
tym przykładzie, jak łatwo Germanie podejmowali wędrówki, i to całymi
wielkimi plemionami.
Niemniej zdawano sobie sprawę z dużego ryzyka. Ostateczne losy Cymbrów i Teutonów są tego najlepszym przykładem, ale były też inne. Za czasów
cesarza Nerona małe plemię Ampsywariów zostało wypędzone ze swoich
siedzib przez wielkie plemię Chauków. Uciekinierzy poprosili Rzymian o możliwość osiedlenia się na ziemiach im podległych. Udzielono im
odpowiedzi twierdzącej, lecz uwłaczającej ludzkiej godności. Wobec tego
"osamotniony lud Ampsywariów wycofał się [...] i długo błąkali się jako
cudzoziemcy, nędzarze i wrogowie; młódź ich na obczyźnie wycięto w pień,
starszych i do walki niezdolnych jako zdobycz
rozdzielono"10.
W wypadku Cymbrów decyzji nie podjęto z łatwością, a nie była też
jednomyślna. Część plemienia zdecydowała się pozostać na ojcowiźnie,
mniemając, poniekąd słusznie, że gdy ubędzie sporo ludzi i wiele stad,
to ziemia z łatwością wyżywi pozostałych. I zostało ich na tyle dużo, że
potrafili obronić swój byt aż do czasów cesarza Trajana, a Tacyt mógł
przywołać nazwę ich plemienia i mówić, że już dwieście dziesięć lat
zwycięża się Germanów11. Lecz nie było ich aż tylu, by mieć
jeszcze w historii jakieś poważne znaczenie polityczne. To, że samo ich
miano żyło jeszcze w ludzkiej pamięci i że cieszyli się sławą,
zawdzięczali nie sobie, ale tym, którzy odeszli.
Uchodźcy. Im dalej na południe, tym lepiej
Często widujemy w telewizji obozy dla uchodźców. Określa się je jako
przekleństwo i patologię współczesnych czasów, gdyż choć w założeniu
tymczasowe, raz postawione trwają jakby wiecznie, pokoleniami, i nie
widać żadnego wyjścia z impasu. Ludzie, oderwani od swoich siedzib,
stłoczeni w miejscach przypadkowych, szybko tracą kontakt z cywilizowanym życiem. Nie pracują, bo nikt im nie oferuje pracy. Żyją
tylko z darowizn, w związku z czym mentalnie mimo woli stają się
żebrakami. Ich życie społeczne się degeneruje. Codziennością są przemoc
i niesprawiedliwość. Szybko wytwarzają się nieformalne struktury władzy,
złożone z pozbawionych sumienia bandytów, żyjących zwykle w dobrej
komitywie z miejscową legalną władzą. Wkrótce obu strukturom władzy -
formalnej i nieformalnej - przestaje zależeć na powrocie uchodźców do
godziwego życia. Władza w takim miejscu pozwala bowiem na czerpanie
pożytków niedostępnych w normalnych okolicznościach. A uchodźcom
pozostaje tylko śnić o własnej ziemi.
Najwięcej w takich warunkach tracą dzieci i młodzież, gdyż nie mogą
znikąd czerpać właściwych wzorców zachowań. Pokolenie rodziców wie, jak
wyglądało normalne życie. Dzieciom trudno sobie nawet wyobrazić inne
życie niż obozowe.
Ruszywszy się z miejsca, naród Cymbrów niby zachował dotychczasowe
struktury społeczne, ale czy kilkaset tysięcy ludzi wędrujących razem,
bez widoków na szybką stabilizację, to nie jest w istocie wielki obóz
uchodźców, tym różniący się od dzisiejszych, że wędrowny? Uciekali przed
głodem, w nadziei na to, że im dalej na południe, tym będzie lepiej, a w końcu czeka na nich gdzieś upragniona ziemia. Od przybyszów z ciepłych
krajów nasłuchali się o panującym tam dobrobycie, żyznych polach pełnych
zbóż, słońcu grzejącym przez prawie cały rok i bogatych, lecz niezbyt
walecznych ludach. O ile jest się dzielnym, można osiąść na stałe i żyć
bez trwogi. Dzielności Cymbrom nie brakowało, więc - choć nie wszyscy
śmiało - ruszyli we wskazanym kierunku. To zapoczątkowało w ich życiu
patologię, której sobie, przynajmniej od razu, nie uświadamiali. Ruch
Cymbrów i Teutonów przecież nie odbywał się przez obszary pustek
osadniczych, jak to przypuszczają niektórzy uczeni. Pustki osadnicze to
przepastne knieje, w których kilkuset tysiącom ludzi łatwiej zginąć z głodu, niż je przebyć. W pierwszym etapie trzeba było przejść przez
kraje Germanii, pełne nad wyraz wojowniczych pobratymców. W takiej
sytuacji zdobycie ziemi uprawnej, celu, dla którego podjęto wędrówkę,
musiało ustąpić miejsca kwestii militarnej, będącej przecież tylko
środkiem do celu, a nie celem samym w sobie... I tak już zostało.
Kwestia rolna
Choć Tacyt mówi wprost o współczesnych sobie Germanach, że "lenistwem i gnuśnością wydaje im się w pocie czoła tego się dorabiać, co można krwią
zdobyć"12, to wydaje się, że bliższy prawdy opis funkcjonowania
zasad uprawy roli i wojowania u Germanów dał Gajusz Juliusz Cezar w połowie I w. p.n.e. w odniesieniu do wojowniczego związku plemiennego
Swebów. Pisał, że nie wszyscy idą na wojnę: "Reszta, która pozostała w domu, troszczy się o żywności dla siebie i dla tych, którzy uczestniczą
w wyprawie wojennej; po roku z kolei, pozostający obecnie w kraju
wyruszają na wyprawę wojenną, natomiast ci, którzy w niej właśnie
uczestniczyli, pozostają teraz w domu. W taki sposób nie ulega u nich
przerwaniu ani uprawa roli, ani szkolenie i doskonalenie w sztuce
wojennej"13.
Zdarzały się sytuacje, że za broń chwytało całe plemię, nie dbając o uprawę roli. Tak było, kiedy przyszło odpierać Germanom napaści
silniejszych narodów lub gdy plemię traciło swoje ziemie. Okoliczności
takie wcale nie były rzadkie, ale starożytni Germanie nie traktowali ich
jako normalne. Plemię pod bronią nie miało przecież solidnych podstaw
bytu, było rade z przeżycia dnia teraźniejszego, a o przyszły rok, czyli
plony, nie dbało. Takie plemię walczyło o przeżycie.
Przypadek Cymbrów i Teutonów znacznie wykraczał poza ogólnie odczuwaną
normalność. Poruszono tak ogromne masy ludzi, że znalezienie im miejsca
w obowiązującym układzie plemion musiało łączyć się z przesunięciem bądź
zniszczeniem podobnych liczbowo grup ludności. O uprawie roli nie było
więc mowy, w dodatku wojna, zamiast w miesiącach, musiała być liczona w latach. Zyskiwał na tym etos wojownika, natomiast etos rolnika
podupadał. Jak się potem okaże, Cymbrowie i Teutoni kilka razy mogli
osiedlić się na zdobytych ziemiach, ale tego nie uczynili. Można
powiedzieć, że ciągle szukali coraz lepszych gruntów, ale byłoby to
uproszczenie bardziej złożonej kwestii. Na podstawie tego, że trzy razy
żądali od Rzymian ziem do osiedlenia (być może więcej było tych żądań,
ale tyle zostało opisanych w dostępnych źródłach), możemy przypuszczać,
że podobne żądania wysuwali również wobec innych nacji. Jednak w istocie
nie o ziemię Cymbrom chodziło, lecz o możliwość łupienia. W czasie
wędrówek Cymbrów i Teutonów zdążyło dorosnąć nowe pokolenie, nieznające
osiadłego trybu życia, które rolników widziało tylko w roli swoich
ofiar. Czy marzeniem młodego pokolenia było żmudne chodzenie za sochą
ciągnioną przez powolne woły, czy też dosiadanie ognistego rumaka
bojowego? Władanie sierpem czy mieczem? Zdobienie kutych żelazem tarcz
czy glinianych garnków?
Chyba można się domyślać, że decyzja Cymbrów o wymarszu miała skutki
dalej idące, niż mogli sobie to wyobrazić. Idea była piękna, porywająca
i zrozumiała, ale szybko pojawił się rozdźwięk między celem a wiodącą do
niego drogą. Uważni obserwatorzy zewnętrzni szybko zauważyli, że wojna,
będąca dla zwyczajnych Germanów tylko uzupełnieniem życia, dla Cymbrów i Teutonów stała się jego zasadniczą treścią. Czy mogli przetrwać, nie
uprawiając roli?
Kwestia władzy
"O sprawach mniejszej wagi stanowią przedniejsi, o ważniejszych wszyscy,
jednak w ten sposób, że także te, których rozstrzyganie przysługuje
ludowi, poprzednio są omawiane przez przedniejszych mężów. [...] Król
lub przedniejsi, każdy według swego wieku, urodzenia, sławy wojenne i wymowy, są słuchani raczej dzięki powadze swej rady niż mocy
rozkazywania"14.
Germanie mieli niezbyt sztywne struktury władzy, w dodatku mocno
spłaszczone. O oligarchii wśród nich trudno mówić, rzucało się bowiem w oczy obcym goszczącym w Germanii, że nawet królowie germańscy niemal
niczym nie odróżniali się od poddanych. Zresztą "królowie" ówcześni
nijak się mają do silnych królów germańskich, niemal tyranów z czasów
późniejszych o kilkaset lat. Teraz pełnili oni funkcje przywódcze w zakresie mocno ograniczonym przez zgromadzenia wolnych, a zawsze
uzbrojonych mężczyzn. Musieli brać pod uwagę głosy różnych ciał
doradczych - starszych rodów, kapłanów pełniących na równi z królami
funkcje sądownicze, a nawet opinie bogów, przemawiających ustami
wróżbitek. Starsi rodów, owi uprzednio wymienieni "przedniejsi mężowie",
byli znani swoim wspólnotom od zawsze jako autorytety lokalne, lecz nie
mogli, podobnie jak królowie, wyróżniać się zanadto z ogółu w sposobie
życia bogactwem czy nazbyt dumną postawą, by nie stracić szacunku.
Osiadłe plemiona germańskie wytwarzały struktury władzy sprzyjające
stabilizacji. Mimo łatwości, z jaką Germanie porzucali swoje siedziby,
wcale nie szukali pretekstu, by tak robić. Otóż niektóre plemiona
krążyły nieustannie po wywalczonym terytorium, pozostając tam przez
pokolenia, a przemieszczały się po nim zgodnie z porami roku. Ruch poza
owo terytorium wiązał się z poważnym ryzykiem, że nie będzie gdzie
powrócić. Co innego udać się na wyprawę, czy też wysłać nadmiar
wojowniczej młodzieży w świat, a co innego poruszyć z miejsca całe
plemię. Nam, patrzącym na mapy wędrówek Gotów, Wandalów czy Franków z perspektywy ponad 1,5 tys. lat wydaje się, że były to narody wiecznych
wędrowców. Oglądane na mapie efektowne strzałki sugerują częstość
wędrówek, przesłaniając nam etapy postojów, liczące kilkadziesiąt czy
nawet kilkaset lat. Plemię, które raz opuściło ojczystą ziemię, musiało
się godzić z trudami długiej i uciążliwej podróży, nim zdołało gdzieś
osiąść. Stąd też powody opuszczenia stabilnego kręgu ojcowizn musiały
być bardzo ważkie. Przecież w skład plemion wchodzili starcy obu płci,
niezdatni do trudów dalekich podróży oraz młode matki z niemowlętami
przy piersi, a często również z dziećmi. Bydło w drodze też hodowano
inaczej, a i wśród niego straty były większe niż w czasach hodowli
osiadłych. Ludzie, którzy zdawali sobie sprawę z tych uciążliwości, nie
zawsze godzili się na nie, chyba że innego wyjścia nie widzieli.
Jednak byli wśród wędrujących plemion Germanie, którym włóczęga
odpowiadała. Można ich scharakteryzować jako ludzi młodych, wojowniczych
i przedsiębiorczych, a przy tym dzierżących najwyższą władzę. Bez
większego ryzyka popełnienia błędu można powiedzieć, że wędrówka
utrwalała władzę takich watażków. Germanie na ogół niechętnie słuchali
ambitnych jednostek, z jednym wyjątkiem - gdy szło o wojnę. Dobrze
rozumieli, że na wojnie jest najkorzystniej, gdy decyzje podejmuje jeden
wódz. Każdy Germanin płci męskiej czuł się wojownikiem, więc doceniał
sprawne, skuteczne dowództwo, zwłaszcza wodzów, którzy dawali osobisty
przykład waleczności. "Skoro przyjdzie do bitwy, byłoby hańbą dla
naczelnika dać się przewyższyć w męstwie, hańbą dla drużyny nie dorównać
w męstwie naczelnikowi"15. Żądni walecznych czynów Germanie
nader chętnie ulegali mężnej władzy wojskowej.
Wędrówka plemion od samego początku miała charakter ogromnej wyprawy
wojennej, wymagała koordynacji działań i zachowania porządku, spokoju
wśród trudnych do ogarnięcia wzrokiem mas ludzi, zwierząt, taborów.
Należało też zapewnić im bezpieczeństwo. Wykształcono więc odpowiednie
do tego struktury władzy, w dzisiejszym rozumieniu administracyjne i wojskowe. Oczywiście, w sytuacji nieustannej wojny główne decyzje
należały do dowódców wojskowych, czyli królów, których władza w zwyczajnym czasie ograniczała się w zasadzie do wypraw wojennych i przywództwa wiecowego. Tu sezon sprawowania władzy przedłużał się aż do
pomyślnego zakończenia wędrówki, czyli do znalezienia ziemi obiecanej.
Z punktu widzenia królów czas wędrówki był dla nich czasem danym im od
bogów, aby w pełni zawładnęli rządzonymi ludami. Warunki były
ekstremalne, sprzyjały więc roszadom w starszyźnie plemiennej. Starzy
szybko się wykruszali, robiąc miejsce młodym. Młodzież z natury mniej
dba o przyszłość, a wysoko ceni błysk teraźniejszości. W czasie wędrówki
takich błysków nie brakowało. Stale odnoszono jakieś zwycięstwa,
zdobywano coraz lepszą broń, srebro, złoto, klejnoty, nie mówiąc już o zagarnianych stadach bydła, a także plonach. Kto im to wszystko
zapewniał? Łatwo odpowiedzieć - ich królowie.
Od stania w miejscu nie przybywało chwalebnych zwycięstw. Dążąca do
władzy frakcja młodych parła jednocześnie naprzód. Jak się okaże, w momencie starć decydujących o ich losie władze cymbryjskie i teutońskie
były młode i nieliczące się zupełnie z trudnościami. Królowie postarali
się o bardzo efektowną otoczkę niezwyciężonej władzy. Młodzi chcieli być
tacy jak oni, mieć błyszczące zbroje i dokonywać wielkich czynów. Czy w takiej sytuacji królowie mogli dobrowolnie zrezygnować z tak rozległej
władzy i dążyć do niebezpiecznej dla niej stabilizacji?
Wędrówka przez Germanię i północną Celtykę
WĘDRÓWKA PRZEZ GERMANIĘ I PÓŁNOCNĄ CELTYKĘ
Atrakcje życia w podróży
Nie tylko wojownikom ustawiczna wyprawa wojenna wydawała się atrakcyjna.
W pewnym sensie ekscytowała ona również resztę populacji. Gdyby tak nie
było, żony wojowników wyperswadowałyby im udział w niej, a królowie
cymbryjscy musieliby sami wyruszyć na podbój świata.
Dzielny wojownik zdobywał duży łup, a w rezultacie jego żona była
zadbana a dzieci dobrze odżywione. Militaryzacja życia sięgnęła
podstawowych komórek społecznych, czyli rodzin. Kobiety oczekiwały, że
co dzień będą miały zboże do wsypania między kamienie żaren, szyły
ubrania z tkanin (a wcześniej raczej ze skór), których nie wytworzyły
swoimi rękami, dzieliły mięso ubitych zwierząt, a wszystko to pochodziło
z łupów oraz danin wymuszanych na okolicznych ludach.
Z czasem, prawdopodobnie nawet bardzo szybko, narody Cymbrów i Teutonów
przywykły do życia na cudzy koszt. Wiadomo, że cudze mniej się szanuje
niż swoje, więc bardzo łatwo było o rozpasanie i marnotrawstwo, choć ze
świadomością, że za kilka dni przyjdzie przymierać głodem. Niby
osiedlano się na zdobytej ziemi, ale dla bezpieczeństwa nie rozpraszano
osadników. A bardzo słabo rozwinięta kultura agrarna wędrownych Germanów
nie nadawała się do wykorzystania przy zwartym osadnictwie. Dla bydła
potrzebna była przecież większa powierzchnia pastwisk niż obszar pól pod
zasiew. Stąd też nawet rolnicze krainy Galii były niewystarczające dla
Germanów.
Wyjściem z tego swoistego rozbójniczego impasu byłoby rozproszenie
osadnictwa, ale to groziło poważnymi konsekwencjami. Najeźdźcy wchodzili
zazwyczaj na ziemie ludne, dobrze zagospodarowane, a więc pełne wrogów.
Jako świetni wojownicy zwyciężali przecież nie po to, by pozostawiać
całkowitą pustkę. Pokonując jedno plemię, nastawiali przeciw sobie
pozostałe plemiona, które zdawały sobie sprawę z grozy swego położenia.
Germanie, pewni swej siły, nie prowadzili żadnej zrozumiałej polityki.
Nieustannie poruszali się więc w morzu wrogów. Kto z nimi spotkał się
wcześniej, już był wrogiem. Ci, z którymi właśnie się stykali, stawali
się wrogami, a kolejne ludy miały niezachwianą pewność, że zostaną
wrogami Cymbrów.
Najgroźniejszymi wrogami Germanów byli inni Germanie, tak samo biedni i mężni. Opuściwszy tereny Germanii, Cymbrowie i Teutoni nie napotykali
już jej mieszkańców. Inne ludy okazywały się słabsze militarnie, za to
mocniejsze ekonomicznie, a więc obfite w potencjalne zdobycze. Wędrowni
Germanie łatwo zwyciężali, zagarniając przy tym łupy, o jakich w Germanii nawet nie mogli marzyć. W chwilach euforii, wywoływanych
zwycięskimi starciami, mało kto myślał o osiedlaniu się, skoro
zagarniano w kilka dni zapasy, przez innych gromadzone - w pocie czoła -
miesiącami. Do takiego pasożytnictwa po prostu się przyzwyczajano, nie
bacząc, że wypiera ono cechy zawsze pomocne w życiu - pracowitość i rozsądek.
Gospodarka rabunkowa wyjaławiała nie tylko glebę, ale i mentalność.
Charakterystyczne, że dopiero w rejonach niezbyt obfitujących w prawdziwie urodzajne ziemie Cymbrowie i Teutoni dawali dowody myślenia o ustatkowaniu się. Tylko w takich wypadkach występowali wobec Rzymian z żądaniem przydziału ziemi. Za każdym razem miało to związek z przekraczaniem Alp, czyli w okolicach słabo lub wcale niezaludnionych.
Myśleli więc o uprawnej ziemi dopiero wtedy, gdy czuli głód. Trzeba było
dopiero poważnych trudności z zaopatrzeniem w żywność, by frakcja
wojenna dopuściła do głosu rozsądek. Jednak gdy los się do nich ponownie
uśmiechał, myśl o ziemi blakła w obliczu atrakcji wojennych, związanych
z mordowaniem, gwałtami i rabunkiem.
Być może w podejmowaniu pertraktacji z Rzymianami tkwiły zarodki myśli
politycznej. Germanie, żądając przydziału ziemi, pokazywali Rzymianom,
że nie chodzi im o łupy, lecz o wartości wyższe, że jednak dążą do
czegoś w tej swojej długiej wędrówce. Przywódcy prawdopodobnie rozumieli
lepiej niż reszta populacji, że na skutek działań wojennych
(rozbójniczych) w wymiarze masowym, nigdzie nie mają sojuszników. Tylko
potęga Rzymu mogła zagwarantować osiadłym Cymbrom i Teutonom
bezpieczeństwo we wrogim otoczeniu skrzywdzonych wcześniej, żądnych
zemsty ludów. Być może i taki był powód wysuwania żądań osiedleńczych, a może chodziło o wywołanie dobrego wrażenia na Rzymianach, traktujących
ziemię jak świętość. Ale to tylko przypuszczenie oparte na niepewnych
przesłankach. Trudno za to nie ulec wrażeniu, że królowie Cymbrów i Teutonów głęboko wierzyli w siłę swoich wojsk. Szukali więc kolejnych
mocnych doznań. Kilkanaście lat atrakcji życia w podróży w pełni
przesłoniło im inne możliwości. W końcu podróże kształcą.
Wędrówka przez Germanię
"Odwadze ich i dzikiej zuchwałości nikt, jak mówią, nie mógł się oprzeć.
Zwinni w operowaniu bronią w czasie walki, w sprawności i sile fizycznej
posuwali się naprzód jak ogień i nikt nie zdołał powstrzymać ich naporu.
Dokądkolwiek przybyli, wszystko pędzili przed sobą i unosili jako pastwę
wojenną"16.
To, że Cymbrowie opuścili swoją głodową ziemię, nie oznaczało, że od
razu trafili do krain mlekiem i miodem płynących. U Germanów nawet w dobrych latach trudno było o zapasy zboża (sto lat później uzależnieni
od zboża Rzymianie głowili się, jak zmusić opornych Germanów do
powiększania areału zasiewów, by móc wyżywić garnizony okupacyjne), więc
nawet jeśliby chcieli, nie mieli go na zbyciu. Natomiast podzielenie się
stadami zwierząt w ogóle nie wchodziło w rachubę. Przecież to właśnie
bydło było najbardziej pożądanym łupem w "zwyczajnych" czasach, a w ostatnich latach chudych i tu braki musiały być znaczne. Sytuacja u podnóża Półwyspu Cymbryjskiego przedstawiała się równie beznadziejnie
jak nieco dalej na północ, co świadczy o tym, że do wędrówki Cymbrów
przyłączyli się lub poszli tuż za nimi mieszkańcy tych ziem, Teutoni.
Miarą determinacji Teutonów może być, choć wcale nie musi, to, że na
tych terenach nie pozostała nawet ich nazwa, co może oznaczać, że plemię
Teutonów wyemigrowało w całości.
Na ruch jednego potężnego ludu patrzono w całej Germanii ze zrozumiałym
niepokojem. Migracja zaś dwóch jednocześnie wprowadziła w tej krainie
ogromny zamęt, przy czym zasadniczą kwestią było, którędy owi wędrowcy
pójdą. Przebiegu trasy nie znamy, ponieważ starożytni mędrcy tego nie
zapisali. Koncepcje dzisiejszych uczonych są różne. Zazwyczaj mówi się o biegu Łaby. Są też teorie, oparte na śladach archeologicznych (chodzi
głównie o kilkanaście zapinek do płaszczy, kojarzonych z północnymi
kulturami) kierujące ruch Cymbrów wzdłuż Warty i Wisły, a więc jeszcze
dalej na wschód17. Bezpieczniej będzie trzymać się tradycji i przyjąć trasę wędrówki Cymbrów i Teutonów wzdłuż Łaby.
Ponieważ każde plemię germańskie dbało o to, by jego ziemie uprawne i pastwiska otaczały dookoła puszcze, można sobie wyobrazić wędrówkę
Cymbrów i Teutonów przez Germanię jako przelewanie się potoku ludzi z naczynia do naczynia, przy czym wnętrzami naczyń były siedziby
napotkanych w drodze plemion, a ich brzegami przeszkody naturalne -
puszcze, rzeki i pasma wzgórz. Cymbrowie i Teutoni szli tak, jak im było
wygodnie, korzystając z cudzych pastwisk i zajmując dobytek, jaki wpadł
im w ręce. Zapewne wędrowcy doświadczyli wszelkich możliwych sposobów
reakcji miejscowych Germanów na ich przedsięwzięcie, od współpracy i ułatwienia przemarszu po wojnę szarpaną i otwarty opór. Możliwe, że
doszło do jakichś form współdziałania między tubylczymi plemionami,
służących przetrwaniu najazdu lub jego skanalizowaniu na tereny, gdzie
obcy narobiliby najmniej szkód. Trzeba mieć na uwadze, że zasobów na
tych ziemiach nie było za wiele, a chętnych do czynów rozbójniczych
nigdy nie brakowało, więc łatwo było o prowokację. Będący pod presją
głodu Cymbrowie i Teutoni tylko wyczekiwali pretekstów do napaści, a zresztą i bez nich chętnie podejmowali walkę.
Jak długo nasi wędrowcy szli przez Germanię, nie wiemy. W opracowaniach
naukowych18 przyjmuje się, że wyruszyli około 120 r. p.n.e.
Ich pierwszy kontakt z notującymi wydarzenia Rzymianami przypadł na rok,
wedle naszej rachuby, 113 p.n.e. Ale po drodze mieli jeszcze pas ziem
celtyckich, gdzie mogli kilka lat zmitrężyć. Bez większego błędu można
określić czas wędrówki Cymbrów przez Germanię na rok do trzech lat.
Tempo nie byłoby więc oszałamiające (do pół kilometra na dzień), ale
wędrówka nie miała w planie zwiedzania, lecz życie, czyli znalezienie
odpowiednich ziem. Oczywiście ziemie w Germanii wcale takie nie były,
zwłaszcza te słabiej zaludnione. Życie rozbójnicze pozornie przynosiło
duże korzyści, więc wodzowie wędrowców pilnie wypatrywali lepszych
możliwości rabunku. Utwierdzali ich w tym sąsiedzi, broniący linii Odry
Wandale, i linii Łaby - Swebowie. U Celtów wskazywali na urodzaj zbóż i bogactwo w postaci złóż metali, na chwałę wojenną płynącą z pokonania
tak walecznych ludów i na możliwości, jakie w związku z tym otwierały
się przed Cymbrami i Teutonami. Można powiedzieć, że stojąc w obliczu
dwóch decyzji - pozostania między Odrą a Łabą, czego nikt im chyba nie
mógł zabronić, a ruszeniem dalej na południe, wędrowcy opowiedzieli się
za dalszym marszem, ku zgubie Celtów.
Efekt kuli śnieżnej i zasady domina
Wędrówka Cymbrów w swoich etapach germańskich oprócz ratowania się przed
głodem, miała dwa dodatkowe efekty uboczne. Pierwszy z nich to efekt
kuli śnieżnej, a drugi przypomina ruch domina.
Już sama myśl o pochodach zdobywczych zawsze trafiała u Germanów na
podatny grunt. Ulegli jej za przykładem Cymbrów Teutoni, a za nimi -
Ambronowie. Jeśli wierzyć Cezarowi, to do pochodu cymbryjskiego
przyłączyli się Atuatukowie, którzy zresztą wędrowali potem własnymi
drogami: "Atuatukowie wywodzili się od Cymbrów i Teutonów. Ci w czasie
najazdu na naszą Prowincję i na Italię zostawili po lewej stronie Renu
sześć tysięcy ludzi spośród siebie jako straż i ochronę swych bagaży,
ponieważ nie mogli ich zabrać ze sobą. Po zagładzie Cymbrów i Teutonów
ludzie ci przez wiele lat musieli znosić udręki ze strony sąsiadów,
których bądź sami napadali, bądź się przed nimi bronili, aż wreszcie po
zawarciu pokoju za wzajemną zgodą ich wszystkich wybrali sobie te
okolice na teren zasiedlenia"19 - czyli w zachodniej Belgii,
na pograniczu Germanii.
Nie można też pominąć swoistej dla krajów germańskich tendencji do
tworzenia międzyplemiennych drużyn zbrojnych z nudzącej się lub
"nadwyżkowej" młodzieży20. Przecież tak powstała silna armia
Ariowista, którą, na własne nieszczęście, jedni Galowie ściągnęli
przeciw drugim21. Możliwe, że do wędrujących na ziemie Celtów
Cymbrów, Teutonów i Ambronów dołączyły liczne drużyny ochotników z sąsiadujących z trasą pochodu plemion germańskich. Cymbrowie w miarę
pokonywania drogi przez krainy germańskie rośli więc w siłę, na
podobieństwo puszczonej z góry kuli śnieżnej, toczącej się swobodnie po
stoku.
Drugim efektem ubocznym było rozsypanie misternie ułożonego domina z plemion i ludów Europy Środkowej. Ta równowaga, ustalona po wielkiej
wędrówce Wandalów z północy nad Wisłę, była bardzo chwiejna, ale do
czasu przybycia Cymbrów zapewniała względny spokój. Nasi wędrowcy
zakłócili równowagę biologiczną i to dosłownie - pozbawiając kilka
plemion środków do życia. Plemię, które zeszło z drogi Cymbrom,
wchodziło na ziemie sąsiadów. Jeśli nie dotyczyły ich prawa gościnności,
dochodziło do nowych konfliktów zbrojnych, skutkujących następnymi
ruchami plemiennych kostek (swoją drogą interesujące, jak próbowano
wypełnić próżnię po Cymbrach i Teutonach? Czy ziemie, które porzucili,
powszechnie uznano za niezdatne do życia, czy też znaleźli się tacy,
którzy nimi nie pogardzili?).
Ruchy plemienne nasiliły się w momencie podjęcia przez Cymbrów i Teutonów decyzji o najeździe ziem celtyckich. Wcześniejsze napaści
innych Germanów Celtowie łatwo odpierali, choć stopniowo ustępowali na
południe. Teraz przyszło im się zmierzyć z ofensywą o niespotykanej
wcześniej sile. Setki tysięcy wojowników cymbryjsko-teutońskich to był
zaledwie początek. Inne plemiona germańskie z uwagą przyglądały się
poczynaniom wędrownych śmiałków. Ponieważ nie widzieli znamion klęski
pobratymców, wkrótce sami ruszyli za ich przykładem. Tak się złożyło, że
aż do czasów najazdu Cymbrów kultura celtycka obejmowała dzisiejsze
Czechy, Słowację, południową Polskę i Południowe Niemcy. W ciągu jednego
pokolenia zniknęła z tych terenów za sprawą germańskiego domina. I choć
Cymbrowie i Teutoni odeszli dalej na południe, za Dunaj, ruchy Wandalów,
Swebów, Markomanów i Burów trwały jeszcze długo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki