Vercellae 101 p.n.e - Paweł Rochala

Kup ebooka

25.00 zł
20.75 zł (19,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Oko­licz­no­ści wędrówki Cym­brów i Teu­to­nów

OKO­LICZ­NO­ŚCI WĘDRÓWKI CYM­BRÓW I TEU­TO­NÓW

Skąd się wzięli Cym­bro­wie i Teu­toni?

Kwe­stia pocho­dze­nia ple­mion Cym­brów i Teu­to­nów swego czasu budziła wiel­kie emo­cje, które uci­chły wraz ze śmier­cią adwer­sa­rzy. Pozo­stały jed­nak róż­nice zdań. I choć obec­nie przy­jęło się, że byli oni Ger­ma­nami (któ­rym mogli towa­rzy­szyć Cel­to­wie), to prze­ko­na­nie, że cho­dzi o Cel­tów lub ple­miona cel­to­ger­mań­skie, trwa na­dal.

W wyja­śnie­niu zagadki pocho­dze­nia tych ple­mion klu­czową rolę, zresztą jak w całej wędrówce, zdaje się odgry­wać ple­mię Cym­brów. Nawet pobieżne prze­stu­dio­wa­nie źró­deł pisa­nych pozwala wycią­gnąć wnio­sek, że wła­śnie owo ple­mię było siłą spraw­czą przed­się­wzię­cia, które mocno wstrzą­snęło Impe­rium Roma­num. Teu­toni oraz inne ple­miona pozo­stają w cie­niu Cym­brów. I choć sta­ro­żyt­nym dzie­jo­pi­som oby­dwa ple­miona wyda­wały się rów­nie tajem­ni­cze, to w wypadku Cym­brów potra­fiono z dużą dokład­no­ścią wska­zać ich pier­wotne sie­dziby. Nato­miast Teu­toni jawią się jako wypeł­złe zni­kąd, gotowe ple­mię mar­szowe. Ponie­waż w następ­nych stu­le­ciach po najeź­dzie, zwłasz­cza od cza­sów Okta­wiana Augu­sta, ope­ro­wano nazwami geo­gra­ficz­nymi odno­szą­cymi się wprost do Cym­brów, a o Teu­to­nach wła­ści­wie nie wspo­mi­nano, nic dziw­nego, że i dziś pozo­stają oni mniej znani od Cym­brów. Stąd też należy mieć na uwa­dze, że nawet gdy sta­ro­żytni mówili tylko o Cym­brach w kon­tek­ście ich najazdu na Europę, to mieli rów­nież na myśli Teu­to­nów.

Byłoby dobrze, gdyby cel­tyc­kiemu zamie­sza­niu byli winni głów­nie sta­ro­żytni histo­rycy grec­kiego pocho­dze­nia. Jest to bar­dzo cha­rak­te­ry­styczne, że bar­dzo odda­leni w miej­scu i cza­sie od opi­sy­wa­nych wyda­rzeń Plu­tarch z Che­ro­nei i Appian z Alek­san­drii uwa­żają Cym­brów i Teu­to­nów za Cel­tów lub Cel­to­ger­ma­nów. Mowa cel­tycka i ger­mań­ska brzmiały w ich uszach jed­na­kowo, jak "ryk dzi­kich zwie­rząt". I Celt, i Ger­ma­nin wyglą­dali w oczach Gre­ków bar­dzo podob­nie - wysocy, nie­bie­sko­ocy, jasno­włosi, z ten­den­cjami do obżar­stwa, picia i tycia. W tra­dy­cji grec­kiej Cel­to­wie zapi­sali się bar­dzo bole­śnie, nato­miast nisz­cząca era Ger­ma­nów miała dopiero nadejść. A ponie­waż upodo­ba­nie wojow­ni­czych Cel­tów (Galów, Gala­tów) do dale­kich wędró­wek i krzy­żo­wa­nia się z miej­scową lud­no­ścią było dobrze znane w antycz­nym świe­cie grec­kim, nic dziw­nego, że Grecy dopa­so­wali sobie Cym­brów i Teu­to­nów do zna­nego im od dzie­ciń­stwa pej­zażu histo­rycz­nego, w któ­rym wybryki cel­tyc­kie zaj­mo­wały pocze­sne miej­sce.

Nie­stety, choć nie­któ­rzy rzym­scy auto­rzy: Gajusz Juliusz Cezar, Okta­wian August, Wel­le­jusz Pater­ku­lus i Tacyt piszą o ple­mio­nach Cym­brów i Teu­to­nów jako o Ger­ma­nach, to kilku innych Rzy­mian nazywa ich Cel­tami, jak choćby Lucjusz Anne­usz Flo­rus1, Gajusz Salu­stiusz Kri­spus2 czy Marek Junia­nus Justy­nus3. Jed­nak to Cezar i August dążyli do dogłęb­nego i wia­ry­god­nego wyja­śnie­nia kwe­stii pocho­dze­nia Cym­brów, gdyż przy­szło im się zma­gać z Ger­ma­nami, któ­rych wyraź­nie odróż­niali od Cel­tów. A o pomyłki w tej spra­wie było łatwo. Nawet nad podziw bystry Cezar miał trud­no­ści z roz­róż­nie­niem pogra­nicz­nych ple­mion ger­mań­skich i cel­tyc­kich.

Odpo­wiedź, skąd tak naprawdę owi Cym­bro­wie (i Teu­toni) przy­byli, uzy­skano w cza­sach Okta­wiana Augu­sta, gdy Impe­rium bar­dzo poważ­nie zain­te­re­so­wało się Ger­ma­nią. Eks­pe­dy­cje mor­skie dotarły do ziem okre­śla­nych jako cym­bryj­skie, a zwa­nych dziś potocz­nie Danią. August chwa­lił się w 76. roku życia4, że o pokój popro­sili go Cym­bro­wie. Prawdę mówiąc, nie miał się czym chwa­lić, gdyż za jego cza­sów Cym­bro­wie nie byli tak wiel­kim i zna­czą­cym ludem, jak kie­dyś, ale nie wszy­scy w Rzy­mie o tym wie­dzieli, a cesarz nie miał zamiaru tego wyja­śniać. Dla Augu­sta było ważne, że to Cym­bro­wie wśród innych ludów praw­dzi­wie sil­nych popro­sili go o pokój, czym się pochwa­lił w ofi­cjal­nym doku­men­cie pań­stwo­wo­twór­czym, swo­istym liście-spra­woz­da­niu do pod­da­nych, wyku­wa­nym na ska­łach, pomni­kach i rytym w spiżu, niczym naj­waż­niej­sze rzym­skie prawa. W spo­łe­czeń­stwie świa­do­mym nie­gdy­siej­szej mocy Cym­brów miało to wymowę pro­pa­gan­dową, zwłasz­cza po dotkli­wej klę­sce trzech legio­nów z Ger­ma­nami w Lesie Teu­to­bur­skim w 9 r. n.e.

Pier­wotne poło­że­nie sil­nych Cym­brów utrwa­lił dla nas kro­ni­karz Tacyt: "W tym samym wygię­ciu Ger­ma­nii miesz­kają naj­bliżsi Oce­anu Cym­bro­wie, lud teraz mały, lecz ogrom­nie wsła­wiony. A tej daw­nej chwały wydatne pozo­stały ślady, mia­no­wi­cie po obu brze­gach prze­stronne obo­zo­wi­ska, któ­rych obję­tość dziś jesz­cze pozwala zmie­rzyć ogrom i siłę tego ludu oraz oce­nić wia­ry­god­ność tak wiel­kiego wychodź­stwa"5. To wygię­cie to oczy­wi­ście Pół­wy­sep Jutlandzki, po któ­rego obu brze­gach widziano jesz­cze w cza­sach Tacyta, czyli około roku 100 n.e., ślady sta­ro­żyt­nych obo­zo­wisk. Należy zazna­czyć, że ist­nieją rów­nież kon­cep­cje wyj­ścia Cym­brów i Teu­to­nów z tere­nów dzi­siej­szej Szwe­cji, a wów­czas Pół­wy­sep Cym­bryj­ski byłby tylko jed­nym z eta­pów wędrówki.

Pro­blem Teu­to­nów pozo­staje nieco innej natury, gdyż wia­domo o nich znacz­nie mniej niż o Cym­brach. Pobrzmie­wają w nazwie Lasu Teu­to­bur­skiego, i to wła­ści­wie wszystko, jeśli pomi­nąć zna­mienny fakt, iż Teutsch równa się Deutsch. Lokuje się ich star­towe sie­dziby mię­dzy ujściem Łaby a ujściem Odry, lub - podob­nie jak Cym­brów - na Pół­wy­spie Jutlandz­kim. W każ­dym razie trak­tuje się ich jako bez­po­śred­nich sąsia­dów Cym­brów, co ma w pełni tłu­ma­czyć silną więź obu ple­mion, ich iden­tyczne spo­soby postę­po­wa­nia i wspólny los.

Po tym krót­kim prze­glą­dzie sie­dzib obu ple­mion pozo­staje pyta­nie - dla­czego je porzu­cili?

Powody wędrówki

Nawet pobieżna ana­liza powo­dów wędró­wek ludów w dzie­jach ludz­ko­ści wyka­zuje dwie zasad­ni­cze przy­czyny: głód i prze­moc sąsia­dów. Inne są tylko ich pochod­nymi. Zapewne nie ina­czej było z Cym­brami i Teu­to­nami. Ponie­waż wszy­scy kro­ni­ka­rze sta­ro­żytni zgod­nie oce­niają ich liczbę jako mro­wie, a rzym­skie woj­ska w star­ciach z nimi ponio­sły nie­jedną klę­skę, można przy­jąć, że to chyba nie prze­moc sąsia­dów była przy­czyną wywę­dro­wa­nia Cym­brów i Teu­to­nów z - jak­kol­wiek by to zwać - ojczy­zny.

Należy więc wziąć pod uwagę głód. Można mówić o kilku jego powo­dach, ale zwy­kle wystę­po­wał z przy­czyn kata­stro­fal­nych zmian kli­ma­tycz­nych. Dziś, gdy wspiera nas zaawan­so­wana gospo­darka, z inten­syw­nie roz­wi­nię­tymi kul­tu­rami rol­ni­czymi, mecha­ni­za­cją, nawo­zami sztucz­nymi i środ­kami ochrony roślin, w dużej mie­rze skutki ano­ma­lii pogo­do­wych niwe­lu­jemy łatwo i szybko. Dzieje się tak nie tylko w skali mikro­re­gio­nal­nej (na obsza­rze jed­nego kraju), lecz rów­nież, choć z nieco więk­szym tru­dem, w skali makro­re­gio­nal­nej, w ramach cha­ry­ta­tyw­nej i odpłat­nej pomocy mię­dzy­na­ro­do­wej. I choć zja­wi­ska głodu jesz­cze nie poko­nano, to już wal­czy się z nim sku­tecz­nie, jeśli tylko rządy boga­tych państw wykażą tzw. wolę poli­tyczną, by pomóc, a rządy kra­jów bied­nych, by tej pomocy nie zmar­no­wać (czyli nie roz­kraść dat­ków bądź darów).

W sta­ro­żyt­no­ści głód był codzien­no­ścią. Nawet Rzy­mia­nie, któ­rzy mieli roz­wi­niętą kul­turę agrarną, oba­wiali się głodu, a z cza­sem uza­leż­nili swój byt od dostaw zboża z pro­win­cji: Sycy­lii, Afryki i Egiptu. Bar­dzo pry­mi­tywna gospo­darka ger­mań­ska, oparta głów­nie na hodowli, a w mniej­szym stop­niu na rol­nic­twie, nie dys­po­no­wała pra­wie żad­nymi nad­wyż­kami pro­duk­cyj­nymi. Tacyt przed­sta­wia nam to tak: "Sto­sow­nie do liczby ludzi zdol­nych do uprawy gruntu wszy­scy na prze­mian zaj­mują obszary rolne, które potem według god­no­ści pomię­dzy sie­bie dzielą; roz­le­głość pól uła­twia podział. Niwy corocz­nie zmie­niają, a roli jest zawsze pod dostat­kiem. Albo­wiem przy żyzno­ści i roz­le­gło­ści grun­tów nie zadają sobie trudu, aby zakła­dać sady, oddzie­lać łąki i nawad­niać ogrody: tylko zboża wymaga się od ziemi. Stąd też nawet roku nie dzielą na tyleż, co my, czę­ści: zima, wio­sna i lato mają u nich swój sens i nazwę, lecz jesieni zarówno nazwa, jak i dary nie są znane"6. Wspo­mniana wyżej roz­le­głość grun­tów ornych to tylko pozór. Gospo­darka ger­mań­ska była eks­ten­sywna, w związku z tym pola musiały być roz­le­głe, by wydać opła­calny plon. Zakła­dali też sady i ogrody, ale gdzież im było do jako­ści i wydaj­no­ści rzym­skich upraw, gdzie każde pole było upra­wiane jak dzi­siej­sze ogrody przy­do­mowe!

Spo­sób życia Ger­ma­nów, daleki od osia­dłego, nie sprzy­jał pla­no­wemu gro­ma­dze­niu zapa­sów, poma­ga­ją­cych prze­trwać chude lata, lecz raczej pole­gano na zasob­no­ści i sła­bo­ści sąsia­dów, któ­rych w razie potrzeby można było złu­pić. Jed­nak gro­ma­dzono cza­sem zapasy, a czy­niono tak przy życiu osia­dłym: "Wsi nie zakła­dają, jak to u nas w zwy­czaju, z łącz­nych i przy­le­głych do sie­bie budyn­ków: każdy ota­cza wła­sny dom wol­nym pla­cem [...]; do wszyst­kiego posłu­gują się nie ocio­sa­nym drze­wem, nie trosz­cząc się o ozdob­ność albo powab­ność. Nie­które tylko miej­sca wyle­piają gliną tak czy­stą i lśniącą, że wygląda na malo­wi­dło i barwne rysunki. Mają też zwy­czaj kopać pod­ziemne lochy i przy­wa­lają je z wierz­chu wielką ilo­ścią nawozu. Sta­no­wią one schro­ni­sko na zimę i prze­cho­wek dla ziarna, ponie­waż takie miej­sca łago­dzą ostrość mro­zów; a jeżeli kiedy nie­przy­ja­ciel nad­cią­gnie, pusto­szy on to, co stoi otwo­rem, skrytki nato­miast i pod­zie­mia albo cał­kiem mu są nie znane, albo dla­tego wła­śnie przed jego wzro­kiem ucho­dzą, że musi ich szu­kać"7.

Przy braku róż­no­rod­no­ści upraw i ogól­nie małej inten­syw­no­ści rol­nic­twa, rów­no­waga mię­dzy dobro­by­tem a klę­ską była bar­dzo chwiejna, przy czym łatwo było popaść w to dru­gie. Para­dok­sal­nie, udział w kata­stro­fie gło­do­wej musiały mieć wcze­śniej­sze lata tłu­ste. Jak to moż­liwe?

Otóż we wszyst­kich kul­tu­rach pry­mi­tyw­nych lata dobro­bytu pro­wa­dzą do powięk­sze­nia popu­la­cji. Można sobie wyobra­zić, oczy­wi­ście z uwzględ­nie­niem dosyć sro­giego kli­matu pół­noc­nego, że przez wiele lat warunki hodowli i upraw na Pół­wy­spie Jutlandz­kim bar­dzo sprzy­jały miesz­ka­ją­cym tam ludziom. Kli­mat, kształ­to­wany przez bli­skie sąsiedz­two mórz, cha­rak­te­ry­zo­wał się nie­zbyt mroź­nymi zimami i nie­zbyt gorą­cymi latami. Okres wege­ta­cji roślin był przez to dłuż­szy niż na kon­ty­nen­cie, choć Pół­wy­sep Jutlandzki jest prze­cież wysu­nięty na pół­noc. Czę­ste opady sprzy­jały wzro­stowi traw, a to z kolei było korzystne dla hodowli. Taki stan trwał kil­ka­na­ście-kil­ka­dzie­siąt lat i można go łączyć z wyraź­nym wyżem demo­gra­ficz­nym. W sprzy­ja­ją­cych warun­kach nie odczu­wano skut­ków prze­lud­nie­nia. Nad­wyżki lud­no­ściowe mogły zresztą migro­wać tylko w jed­nym kie­runku - na połu­dnie pod­czas gdy na kon­ty­nen­cie kie­run­ków było wię­cej, więc i skłon­ność do ruchów była więk­sza. Liczeb­ność ple­mie­nia prze­kła­dała się na suk­cesy mili­tarne, a to znów owo­co­wało poczu­ciem dostatku i bez­pie­czeń­stwa, czyli pod­trzy­my­wało wyż demo­gra­ficzny. Oka­zało się, że spo­łe­czeń­stwo Cym­brów jest młode. Ta prze­waga mło­dzieży wkrótce mogła się prze­ło­żyć na jakość decy­zji podej­mo­wa­nych przez ple­mię.

W stre­fie kli­matu umiar­ko­wa­nego kilka kolej­nych ostrych zim nie jest niczym nad­zwy­czaj­nym. Skoro w śre­dnio­wie­czu Bał­tyk mógł w cało­ści zama­rzać, to i w sta­ro­żyt­no­ści oddech zimy mógł poka­zać, na jakiej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej tak naprawdę znaj­duje się Pół­wy­sep Cym­bryj­ski. Wystar­czyło kilka praw­dzi­wych zim i wil­gotne lata, by nazbyt liczna popu­la­cja ludzi i zwie­rząt zaczęła gło­do­wać. Bez­po­śred­nią przy­czynę wędrówki Cym­brów i Teu­to­nów w spo­sób lapi­darny podaje nam Flo­rus, mówiący o nich w kon­tek­ście galij­skim, co nie powinno już mylić: "Cym­bro­wie, Teu­to­no­wie i Tygu­ry­no­wie ucie­kli z naj­dal­szych czę­ści Galii, ponie­waż ich zie­mie zalał Ocean,i szu­kali nowych sie­dzib po całym świe­cie"8. Zda­rzały się zapewne także czę­ste, gwał­towne sztormy, wie­lo­dniowe ulewy i gra­do­bi­cia. Lata dobro­bytu wcale nie ozna­czały, że przy­roda roz­piesz­czała Cym­brów, ale to, czego doświad­czyli w latach chu­dych, musiało przejść ich wyobra­że­nia. Jest wysoce praw­do­po­dobne, że źle kar­mione bydło, sta­no­wiące prze­cież pod­stawę bytu Ger­ma­nów, wyzdy­chało. Nagle na Pół­wy­spie Cym­bryj­skim zro­biło się bar­dzo cia­sno, a zie­mia prze­stała rodzić. Na niczyją pomoc nie można było liczyć. Wyprawy zbrojne na sąsia­dów, będą­cych w podob­nej sytu­acji, nie przy­no­siły żad­nych łupów. Nie­wiele albo nic nie wska­zy­wało na to, by następne lata miały przy­nieść jakąś ulgę. Posta­no­wiono więc wyemi­gro­wać z tej nie­go­ścin­nej ziemi. A pomysł ten wcale nie był ory­gi­nalny lub nowa­tor­ski.

Nawet w latach względ­nego dobro­bytu nad­miar ludzi z ple­mion ger­mań­skich opusz­czał prze­lud­nione zie­mie i ludz­kie gro­mady szu­kały sobie miej­sca gdzie indziej. Cza­sem kilka takich gro­mad łączyło się, two­rząc nowe ple­mię. Około 100 lat przed wielką wędrówką Cym­brów Europę prze­szli w poprzek Bastar­no­wie, by osta­tecz­nie osie­dlić się nie­da­leko ujścia Dunaju nad Morzem Czar­nym (czyli Morzem Pon­tyj­skim). Jeśli zatra­ciła się w tra­dy­cji ust­nej pamięć o wędrówce Bastar­nów, to musiało w niej trwać inne, podobne wyda­rze­nie. Prze­cież to w sąsiedz­twie Cym­brów cał­kiem nie­dawno, zapewne wśród wielu utar­czek zbroj­nych, prze­su­nął się z pół­nocy na połu­dnie wielki lud Wan­da­lów, który osie­dlił się mię­dzy górną Wisłą a górną Odrą. Pamięć o tych wyda­rze­niach musiała być żywa, a przy­kład dzia­łał na wyobraź­nię. Cym­bro­wie nie czuli się gorsi od Wan­da­lów, mogli wędro­wać, tym bar­dziej że na miej­scu nie cze­kało ich nic dobrego.

Bastar­no­wie, Wan­da­lo­wie, Cym­bro­wie... To nie koniec listy wędrow­ców ger­mań­skich. Dwa poko­le­nia po Cym­brach na zie­mie galij­skie ruszyły liczne gro­mady róż­no­ple­mien­nych ochot­ni­ków ger­mań­skich, łącz­nie 15 tysięcy wojow­ni­ków, pod dowódz­twem króla Ario­wi­sta. Zapro­sili ich Galo­wie (Sekwa­no­wie) prze­ciw innym Galom (Eduom). Galo­wie przy­znali im w podzięce za pomoc 1/3 ziemi, ale Ger­ma­nów w trak­cie kam­pa­nii wojen­nej przy­było dru­gie tyle, aż poczuli się tak silni, że zabrali gospo­da­rzom następną 1/3 ziemi i zakład­ni­ków. Aku­rat wtedy Gajusz Juliusz Cezar poko­nał Hel­we­tów, któ­rzy mieli zamiar osie­dlić się w Galii. Wobec tego zarówno Edu­owie, jak i Sekwa­no­wie popro­sili go o pomoc. Cezar zyskał tym samym spo­sob­ność do następ­nej inter­wen­cji w Galii i już ni­gdy nie dał się stam­tąd usu­nąć. Jak to napi­sał: "Przy­zwy­cza­jać zaś powoli Ger­ma­nów do prze­kra­cza­nia Renu i prze­cho­dze­nia wiel­kimi masami do Galii uwa­żał za nie­bez­pieczne dla ludu rzym­skiego; mnie­mał bowiem, że ci dzicy i nie­okrze­sani ludzie nie zazna­liby wcze­śniej spo­koju, dopóki nie zaję­liby całej Galii, by stąd wyru­szyć do Ita­lii, jak to nie­gdyś mieli uczy­nić Cym­bro­wie i Teu­to­no­wie"9. Ario­wist zaś miał rze­czy­wi­ście wiel­kie zamiary, gdyż szło mu na pomoc całe ple­mię Swe­bów, o któ­rym krą­żyły pogło­ski, że wysta­wia do boju 100-tysięczną armię! Widać więc na tym przy­kła­dzie, jak łatwo Ger­ma­nie podej­mo­wali wędrówki, i to całymi wiel­kimi ple­mio­nami.

Nie­mniej zda­wano sobie sprawę z dużego ryzyka. Osta­teczne losy Cym­brów i Teu­to­nów są tego naj­lep­szym przy­kła­dem, ale były też inne. Za cza­sów cesa­rza Nerona małe ple­mię Amp­sy­wa­riów zostało wypę­dzone ze swo­ich sie­dzib przez wiel­kie ple­mię Chau­ków. Ucie­ki­nie­rzy popro­sili Rzy­mian o moż­li­wość osie­dle­nia się na zie­miach im pod­le­głych. Udzie­lono im odpo­wie­dzi twier­dzą­cej, lecz uwła­cza­ją­cej ludz­kiej god­no­ści. Wobec tego "osa­mot­niony lud Amp­sy­wa­riów wyco­fał się [...] i długo błą­kali się jako cudzo­ziemcy, nędza­rze i wro­go­wie; młódź ich na obczyź­nie wycięto w pień, star­szych i do walki nie­zdol­nych jako zdo­bycz roz­dzie­lono"10.

W wypadku Cym­brów decy­zji nie pod­jęto z łatwo­ścią, a nie była też jed­no­myślna. Część ple­mie­nia zde­cy­do­wała się pozo­stać na ojco­wiź­nie, mnie­ma­jąc, ponie­kąd słusz­nie, że gdy ubę­dzie sporo ludzi i wiele stad, to zie­mia z łatwo­ścią wyżywi pozo­sta­łych. I zostało ich na tyle dużo, że potra­fili obro­nić swój byt aż do cza­sów cesa­rza Tra­jana, a Tacyt mógł przy­wo­łać nazwę ich ple­mie­nia i mówić, że już dwie­ście dzie­sięć lat zwy­cięża się Ger­ma­nów11. Lecz nie było ich aż tylu, by mieć jesz­cze w histo­rii jakieś poważne zna­cze­nie poli­tyczne. To, że samo ich miano żyło jesz­cze w ludz­kiej pamięci i że cie­szyli się sławą, zawdzię­czali nie sobie, ale tym, któ­rzy ode­szli.

Uchodźcy. Im dalej na połu­dnie, tym lepiej

Czę­sto widu­jemy w tele­wi­zji obozy dla uchodź­ców. Okre­śla się je jako prze­kleń­stwo i pato­lo­gię współ­cze­snych cza­sów, gdyż choć w zało­że­niu tym­cza­sowe, raz posta­wione trwają jakby wiecz­nie, poko­le­niami, i nie widać żad­nego wyj­ścia z impasu. Ludzie, ode­rwani od swo­ich sie­dzib, stło­czeni w miej­scach przy­pad­ko­wych, szybko tracą kon­takt z cywi­li­zo­wa­nym życiem. Nie pra­cują, bo nikt im nie ofe­ruje pracy. Żyją tylko z daro­wizn, w związku z czym men­tal­nie mimo woli stają się żebra­kami. Ich życie spo­łeczne się dege­ne­ruje. Codzien­no­ścią są prze­moc i nie­spra­wie­dli­wość. Szybko wytwa­rzają się nie­for­malne struk­tury wła­dzy, zło­żone z pozba­wio­nych sumie­nia ban­dy­tów, żyją­cych zwy­kle w dobrej komi­ty­wie z miej­scową legalną wła­dzą. Wkrótce obu struk­tu­rom wła­dzy - for­mal­nej i nie­for­malnej - prze­staje zale­żeć na powro­cie uchodź­ców do godzi­wego życia. Wła­dza w takim miej­scu pozwala bowiem na czer­pa­nie pożyt­ków nie­do­stęp­nych w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach. A uchodź­com pozo­staje tylko śnić o wła­snej ziemi.

Naj­wię­cej w takich warun­kach tracą dzieci i mło­dzież, gdyż nie mogą zni­kąd czer­pać wła­ści­wych wzor­ców zacho­wań. Poko­le­nie rodzi­ców wie, jak wyglą­dało nor­malne życie. Dzie­ciom trudno sobie nawet wyobra­zić inne życie niż obo­zowe.

Ruszyw­szy się z miej­sca, naród Cym­brów niby zacho­wał dotych­cza­sowe struk­tury spo­łeczne, ale czy kil­ka­set tysięcy ludzi wędru­ją­cych razem, bez wido­ków na szybką sta­bi­li­za­cję, to nie jest w isto­cie wielki obóz uchodź­ców, tym róż­niący się od dzi­siej­szych, że wędrowny? Ucie­kali przed gło­dem, w nadziei na to, że im dalej na połu­dnie, tym będzie lepiej, a w końcu czeka na nich gdzieś upra­gniona zie­mia. Od przy­by­szów z cie­płych kra­jów nasłu­chali się o panu­ją­cym tam dobro­by­cie, żyznych polach peł­nych zbóż, słońcu grze­ją­cym przez pra­wie cały rok i boga­tych, lecz nie­zbyt walecz­nych ludach. O ile jest się dziel­nym, można osiąść na stałe i żyć bez trwogi. Dziel­no­ści Cym­brom nie bra­ko­wało, więc - choć nie wszy­scy śmiało - ruszyli we wska­za­nym kie­runku. To zapo­cząt­ko­wało w ich życiu pato­lo­gię, któ­rej sobie, przy­naj­mniej od razu, nie uświa­da­miali. Ruch Cym­brów i Teu­to­nów prze­cież nie odby­wał się przez obszary pustek osad­ni­czych, jak to przy­pusz­czają nie­któ­rzy uczeni. Pustki osad­ni­cze to prze­pastne knieje, w któ­rych kil­ku­set tysiącom ludzi łatwiej zgi­nąć z głodu, niż je prze­być. W pierw­szym eta­pie trzeba było przejść przez kraje Ger­ma­nii, pełne nad wyraz wojow­ni­czych pobra­tym­ców. W takiej sytu­acji zdo­by­cie ziemi upraw­nej, celu, dla któ­rego pod­jęto wędrówkę, musiało ustą­pić miej­sca kwe­stii mili­tar­nej, będą­cej prze­cież tylko środ­kiem do celu, a nie celem samym w sobie... I tak już zostało.

Kwe­stia rolna

Choć Tacyt mówi wprost o współ­cze­snych sobie Ger­ma­nach, że "leni­stwem i gnu­śno­ścią wydaje im się w pocie czoła tego się dora­biać, co można krwią zdo­być"12, to wydaje się, że bliż­szy prawdy opis funk­cjo­no­wa­nia zasad uprawy roli i wojo­wa­nia u Ger­ma­nów dał Gajusz Juliusz Cezar w poło­wie I w. p.n.e. w odnie­sie­niu do wojow­ni­czego związku ple­mien­nego Swe­bów. Pisał, że nie wszy­scy idą na wojnę: "Reszta, która pozo­stała w domu, trosz­czy się o żyw­no­ści dla sie­bie i dla tych, któ­rzy uczest­ni­czą w wypra­wie wojen­nej; po roku z kolei, pozo­sta­jący obec­nie w kraju wyru­szają na wyprawę wojenną, nato­miast ci, któ­rzy w niej wła­śnie uczest­ni­czyli, pozo­stają teraz w domu. W taki spo­sób nie ulega u nich prze­rwa­niu ani uprawa roli, ani szko­le­nie i dosko­na­le­nie w sztuce wojen­nej"13.

Zda­rzały się sytu­acje, że za broń chwy­tało całe ple­mię, nie dba­jąc o uprawę roli. Tak było, kiedy przy­szło odpie­rać Ger­ma­nom napa­ści sil­niej­szych naro­dów lub gdy ple­mię tra­ciło swoje zie­mie. Oko­licz­no­ści takie wcale nie były rzad­kie, ale sta­ro­żytni Ger­ma­nie nie trak­to­wali ich jako nor­malne. Ple­mię pod bro­nią nie miało prze­cież solid­nych pod­staw bytu, było rade z prze­ży­cia dnia teraź­niej­szego, a o przy­szły rok, czyli plony, nie dbało. Takie ple­mię wal­czyło o prze­ży­cie.

Przy­pa­dek Cym­brów i Teu­to­nów znacz­nie wykra­czał poza ogól­nie odczu­waną nor­mal­ność. Poru­szono tak ogromne masy ludzi, że zna­le­zie­nie im miej­sca w obo­wią­zu­ją­cym ukła­dzie ple­mion musiało łączyć się z prze­su­nię­ciem bądź znisz­cze­niem podob­nych licz­bowo grup lud­no­ści. O upra­wie roli nie było więc mowy, w dodatku wojna, zamiast w mie­sią­cach, musiała być liczona w latach. Zyski­wał na tym etos wojow­nika, nato­miast etos rol­nika pod­upa­dał. Jak się potem okaże, Cym­bro­wie i Teu­toni kilka razy mogli osie­dlić się na zdo­by­tych zie­miach, ale tego nie uczy­nili. Można powie­dzieć, że cią­gle szu­kali coraz lep­szych grun­tów, ale byłoby to uprosz­cze­nie bar­dziej zło­żo­nej kwe­stii. Na pod­sta­wie tego, że trzy razy żądali od Rzy­mian ziem do osie­dle­nia (być może wię­cej było tych żądań, ale tyle zostało opi­sa­nych w dostęp­nych źró­dłach), możemy przy­pusz­czać, że podobne żąda­nia wysu­wali rów­nież wobec innych nacji. Jed­nak w isto­cie nie o zie­mię Cym­brom cho­dziło, lecz o moż­li­wość łupie­nia. W cza­sie wędró­wek Cym­brów i Teu­to­nów zdą­żyło doro­snąć nowe poko­le­nie, nie­zna­jące osia­dłego trybu życia, które rol­ni­ków widziało tylko w roli swo­ich ofiar. Czy marze­niem mło­dego poko­le­nia było żmudne cho­dze­nie za sochą cią­gnioną przez powolne woły, czy też dosia­da­nie ogni­stego rumaka bojo­wego? Wła­da­nie sier­pem czy mie­czem? Zdo­bie­nie kutych żela­zem tarcz czy gli­nia­nych garn­ków?

Chyba można się domy­ślać, że decy­zja Cym­brów o wymar­szu miała skutki dalej idące, niż mogli sobie to wyobra­zić. Idea była piękna, pory­wa­jąca i zro­zu­miała, ale szybko poja­wił się roz­dź­więk mię­dzy celem a wio­dącą do niego drogą. Uważni obser­wa­to­rzy zewnętrzni szybko zauwa­żyli, że wojna, będąca dla zwy­czaj­nych Ger­ma­nów tylko uzu­peł­nie­niem życia, dla Cym­brów i Teu­to­nów stała się jego zasad­ni­czą tre­ścią. Czy mogli prze­trwać, nie upra­wia­jąc roli?

Kwe­stia wła­dzy

"O spra­wach mniej­szej wagi sta­no­wią przed­niejsi, o waż­niej­szych wszy­scy, jed­nak w ten spo­sób, że także te, któ­rych roz­strzy­ga­nie przy­słu­guje ludowi, poprzed­nio są oma­wiane przez przed­niej­szych mężów. [...] Król lub przed­niejsi, każdy według swego wieku, uro­dze­nia, sławy wojenne i wymowy, są słu­chani raczej dzięki powa­dze swej rady niż mocy roz­ka­zy­wa­nia"14.

Ger­ma­nie mieli nie­zbyt sztywne struk­tury wła­dzy, w dodatku mocno spłasz­czone. O oli­gar­chii wśród nich trudno mówić, rzu­cało się bowiem w oczy obcym gosz­czą­cym w Ger­ma­nii, że nawet kró­lo­wie ger­mań­scy nie­mal niczym nie odróż­niali się od pod­da­nych. Zresztą "kró­lo­wie" ówcze­śni nijak się mają do sil­nych kró­lów ger­mań­skich, nie­mal tyra­nów z cza­sów póź­niej­szych o kil­ka­set lat. Teraz peł­nili oni funk­cje przy­wód­cze w zakre­sie mocno ogra­ni­czo­nym przez zgro­ma­dze­nia wol­nych, a zawsze uzbro­jo­nych męż­czyzn. Musieli brać pod uwagę głosy róż­nych ciał dorad­czych - star­szych rodów, kapła­nów peł­nią­cych na równi z kró­lami funk­cje sądow­ni­cze, a nawet opi­nie bogów, prze­ma­wia­ją­cych ustami wróż­bi­tek. Starsi rodów, owi uprzed­nio wymie­nieni "przed­niejsi mężo­wie", byli znani swoim wspól­no­tom od zawsze jako auto­ry­tety lokalne, lecz nie mogli, podob­nie jak kró­lo­wie, wyróż­niać się zanadto z ogółu w spo­so­bie życia bogac­twem czy nazbyt dumną postawą, by nie stra­cić sza­cunku.

Osia­dłe ple­miona ger­mań­skie wytwa­rzały struk­tury wła­dzy sprzy­ja­jące sta­bi­li­za­cji. Mimo łatwo­ści, z jaką Ger­ma­nie porzu­cali swoje sie­dziby, wcale nie szu­kali pre­tek­stu, by tak robić. Otóż nie­które ple­miona krą­żyły nie­ustan­nie po wywal­czo­nym tery­to­rium, pozo­sta­jąc tam przez poko­le­nia, a prze­miesz­czały się po nim zgod­nie z porami roku. Ruch poza owo tery­to­rium wią­zał się z poważ­nym ryzy­kiem, że nie będzie gdzie powró­cić. Co innego udać się na wyprawę, czy też wysłać nad­miar wojow­ni­czej mło­dzieży w świat, a co innego poru­szyć z miej­sca całe ple­mię. Nam, patrzą­cym na mapy wędró­wek Gotów, Wan­da­lów czy Fran­ków z per­spek­tywy ponad 1,5 tys. lat wydaje się, że były to narody wiecz­nych wędrow­ców. Oglą­dane na mapie efek­towne strzałki suge­rują czę­stość wędró­wek, prze­sła­nia­jąc nam etapy posto­jów, liczące kil­ka­dzie­siąt czy nawet kil­ka­set lat. Ple­mię, które raz opu­ściło ojczy­stą zie­mię, musiało się godzić z tru­dami dłu­giej i uciąż­li­wej podróży, nim zdo­łało gdzieś osiąść. Stąd też powody opusz­cze­nia sta­bil­nego kręgu ojco­wizn musiały być bar­dzo waż­kie. Prze­cież w skład ple­mion wcho­dzili starcy obu płci, nie­zdatni do tru­dów dale­kich podróży oraz młode matki z nie­mow­lę­tami przy piersi, a czę­sto rów­nież z dziećmi. Bydło w dro­dze też hodo­wano ina­czej, a i wśród niego straty były więk­sze niż w cza­sach hodowli osia­dłych. Ludzie, któ­rzy zda­wali sobie sprawę z tych uciąż­li­wo­ści, nie zawsze godzili się na nie, chyba że innego wyj­ścia nie widzieli.

Jed­nak byli wśród wędru­ją­cych ple­mion Ger­ma­nie, któ­rym włó­częga odpo­wia­dała. Można ich scha­rak­te­ry­zo­wać jako ludzi mło­dych, wojow­ni­czych i przed­się­bior­czych, a przy tym dzier­żą­cych naj­wyż­szą wła­dzę. Bez więk­szego ryzyka popeł­nie­nia błędu można powie­dzieć, że wędrówka utrwa­lała wła­dzę takich wataż­ków. Ger­ma­nie na ogół nie­chęt­nie słu­chali ambit­nych jed­no­stek, z jed­nym wyjąt­kiem - gdy szło o wojnę. Dobrze rozu­mieli, że na woj­nie jest naj­ko­rzyst­niej, gdy decy­zje podej­muje jeden wódz. Każdy Ger­ma­nin płci męskiej czuł się wojow­ni­kiem, więc doce­niał sprawne, sku­teczne dowódz­two, zwłasz­cza wodzów, któ­rzy dawali oso­bi­sty przy­kład walecz­no­ści. "Skoro przyj­dzie do bitwy, byłoby hańbą dla naczel­nika dać się prze­wyż­szyć w męstwie, hańbą dla dru­żyny nie dorów­nać w męstwie naczel­ni­kowi"15. Żądni walecz­nych czy­nów Ger­ma­nie nader chęt­nie ule­gali męż­nej wła­dzy woj­sko­wej.

Wędrówka ple­mion od samego początku miała cha­rak­ter ogrom­nej wyprawy wojen­nej, wyma­gała koor­dy­na­cji dzia­łań i zacho­wa­nia porządku, spo­koju wśród trud­nych do ogar­nię­cia wzro­kiem mas ludzi, zwie­rząt, tabo­rów. Nale­żało też zapew­nić im bez­pie­czeń­stwo. Wykształ­cono więc odpo­wied­nie do tego struk­tury wła­dzy, w dzi­siej­szym rozu­mie­niu admi­ni­stra­cyjne i woj­skowe. Oczy­wi­ście, w sytu­acji nie­ustan­nej wojny główne decy­zje nale­żały do dowód­ców woj­sko­wych, czyli kró­lów, któ­rych wła­dza w zwy­czaj­nym cza­sie ogra­ni­czała się w zasa­dzie do wypraw wojen­nych i przy­wódz­twa wie­co­wego. Tu sezon spra­wo­wa­nia wła­dzy prze­dłu­żał się aż do pomyśl­nego zakoń­cze­nia wędrówki, czyli do zna­le­zie­nia ziemi obie­ca­nej.

Z punktu widze­nia kró­lów czas wędrówki był dla nich cza­sem danym im od bogów, aby w pełni zawład­nęli rzą­dzo­nymi ludami. Warunki były eks­tre­malne, sprzy­jały więc rosza­dom w star­szyź­nie ple­mien­nej. Sta­rzy szybko się wykru­szali, robiąc miej­sce mło­dym. Mło­dzież z natury mniej dba o przy­szłość, a wysoko ceni błysk teraź­niej­szo­ści. W cza­sie wędrówki takich bły­sków nie bra­ko­wało. Stale odno­szono jakieś zwy­cię­stwa, zdo­by­wano coraz lep­szą broń, sre­bro, złoto, klej­noty, nie mówiąc już o zagar­nia­nych sta­dach bydła, a także plo­nach. Kto im to wszystko zapew­niał? Łatwo odpo­wie­dzieć - ich kró­lo­wie.

Od sta­nia w miej­scu nie przy­by­wało chwa­leb­nych zwy­cięstw. Dążąca do wła­dzy frak­cja mło­dych parła jed­no­cze­śnie naprzód. Jak się okaże, w momen­cie starć decy­du­ją­cych o ich losie wła­dze cym­bryj­skie i teu­toń­skie były młode i nie­li­czące się zupeł­nie z trud­no­ściami. Kró­lo­wie posta­rali się o bar­dzo efek­towną otoczkę nie­zwy­cię­żo­nej wła­dzy. Mło­dzi chcieli być tacy jak oni, mieć błysz­czące zbroje i doko­ny­wać wiel­kich czy­nów. Czy w takiej sytu­acji kró­lo­wie mogli dobro­wol­nie zre­zy­gno­wać z tak roz­le­głej wła­dzy i dążyć do nie­bez­piecz­nej dla niej sta­bi­li­za­cji?

Wędrówka przez Ger­ma­nię i pół­nocną Cel­tykę

WĘDRÓWKA PRZEZ GER­MA­NIĘ I PÓŁ­NOCNĄ CEL­TYKĘ

Atrak­cje życia w podróży

Nie tylko wojow­ni­kom usta­wiczna wyprawa wojenna wyda­wała się atrak­cyjna. W pew­nym sen­sie eks­cy­to­wała ona rów­nież resztę popu­la­cji. Gdyby tak nie było, żony wojow­ni­ków wyper­swa­do­wa­łyby im udział w niej, a kró­lo­wie cym­bryj­scy musie­liby sami wyru­szyć na pod­bój świata.

Dzielny wojow­nik zdo­by­wał duży łup, a w rezul­ta­cie jego żona była zadbana a dzieci dobrze odży­wione. Mili­ta­ry­za­cja życia się­gnęła pod­sta­wo­wych komó­rek spo­łecz­nych, czyli rodzin. Kobiety ocze­ki­wały, że co dzień będą miały zboże do wsy­pa­nia mię­dzy kamie­nie żaren, szyły ubra­nia z tka­nin (a wcze­śniej raczej ze skór), któ­rych nie wytwo­rzyły swo­imi rękami, dzie­liły mięso ubi­tych zwie­rząt, a wszystko to pocho­dziło z łupów oraz danin wymu­sza­nych na oko­licz­nych ludach.

Z cza­sem, praw­do­po­dob­nie nawet bar­dzo szybko, narody Cym­brów i Teu­to­nów przy­wy­kły do życia na cudzy koszt. Wia­domo, że cudze mniej się sza­nuje niż swoje, więc bar­dzo łatwo było o roz­pa­sa­nie i mar­no­traw­stwo, choć ze świa­do­mo­ścią, że za kilka dni przyj­dzie przy­mie­rać gło­dem. Niby osie­dlano się na zdo­by­tej ziemi, ale dla bez­pie­czeń­stwa nie roz­pra­szano osad­ni­ków. A bar­dzo słabo roz­wi­nięta kul­tura agrarna wędrow­nych Ger­ma­nów nie nada­wała się do wyko­rzy­sta­nia przy zwar­tym osad­nic­twie. Dla bydła potrzebna była prze­cież więk­sza powierzch­nia pastwisk niż obszar pól pod zasiew. Stąd też nawet rol­ni­cze kra­iny Galii były nie­wy­star­cza­jące dla Ger­ma­nów.

Wyj­ściem z tego swo­istego roz­bój­ni­czego impasu byłoby roz­pro­sze­nie osad­nic­twa, ale to gro­ziło poważ­nymi kon­se­kwen­cjami. Najeźdźcy wcho­dzili zazwy­czaj na zie­mie ludne, dobrze zago­spo­da­ro­wane, a więc pełne wro­gów. Jako świetni wojow­nicy zwy­cię­żali prze­cież nie po to, by pozo­sta­wiać cał­ko­witą pustkę. Poko­nu­jąc jedno ple­mię, nasta­wiali prze­ciw sobie pozo­stałe ple­miona, które zda­wały sobie sprawę z grozy swego poło­że­nia. Ger­ma­nie, pewni swej siły, nie pro­wa­dzili żad­nej zro­zu­mia­łej poli­tyki. Nie­ustan­nie poru­szali się więc w morzu wro­gów. Kto z nimi spo­tkał się wcze­śniej, już był wro­giem. Ci, z któ­rymi wła­śnie się sty­kali, sta­wali się wro­gami, a kolejne ludy miały nie­za­chwianą pew­ność, że zostaną wro­gami Cym­brów.

Naj­groź­niej­szymi wro­gami Ger­ma­nów byli inni Ger­ma­nie, tak samo biedni i mężni. Opu­ściw­szy tereny Ger­ma­nii, Cym­bro­wie i Teu­toni nie napo­ty­kali już jej miesz­kań­ców. Inne ludy oka­zy­wały się słab­sze mili­tar­nie, za to moc­niej­sze eko­no­micz­nie, a więc obfite w poten­cjalne zdo­by­cze. Wędrowni Ger­ma­nie łatwo zwy­cię­żali, zagar­nia­jąc przy tym łupy, o jakich w Ger­ma­nii nawet nie mogli marzyć. W chwi­lach eufo­rii, wywo­ły­wa­nych zwy­cię­skimi star­ciami, mało kto myślał o osie­dla­niu się, skoro zagar­niano w kilka dni zapasy, przez innych gro­ma­dzone - w pocie czoła - mie­sią­cami. Do takiego paso­żyt­nic­twa po pro­stu się przy­zwy­cza­jano, nie bacząc, że wypiera ono cechy zawsze pomocne w życiu - pra­co­wi­tość i roz­są­dek.

Gospo­darka rabun­kowa wyja­ła­wiała nie tylko glebę, ale i men­tal­ność. Cha­rak­te­ry­styczne, że dopiero w rejo­nach nie­zbyt obfi­tu­ją­cych w praw­dzi­wie uro­dzajne zie­mie Cym­bro­wie i Teu­toni dawali dowody myśle­nia o ustat­ko­wa­niu się. Tylko w takich wypad­kach wystę­po­wali wobec Rzy­mian z żąda­niem przy­działu ziemi. Za każ­dym razem miało to zwią­zek z prze­kra­cza­niem Alp, czyli w oko­li­cach słabo lub wcale nie­za­lud­nio­nych. Myśleli więc o upraw­nej ziemi dopiero wtedy, gdy czuli głód. Trzeba było dopiero poważ­nych trud­no­ści z zaopa­trze­niem w żyw­ność, by frak­cja wojenna dopu­ściła do głosu roz­są­dek. Jed­nak gdy los się do nich ponow­nie uśmie­chał, myśl o ziemi bla­kła w obli­czu atrak­cji wojen­nych, zwią­za­nych z mor­do­wa­niem, gwał­tami i rabun­kiem.

Być może w podej­mo­wa­niu per­trak­ta­cji z Rzy­mia­nami tkwiły zarodki myśli poli­tycz­nej. Ger­ma­nie, żąda­jąc przy­działu ziemi, poka­zy­wali Rzy­mia­nom, że nie cho­dzi im o łupy, lecz o war­to­ści wyż­sze, że jed­nak dążą do cze­goś w tej swo­jej dłu­giej wędrówce. Przy­wódcy praw­do­po­dob­nie rozu­mieli lepiej niż reszta popu­la­cji, że na sku­tek dzia­łań wojen­nych (roz­bój­ni­czych) w wymia­rze maso­wym, ni­gdzie nie mają sojusz­ni­ków. Tylko potęga Rzymu mogła zagwa­ran­to­wać osia­dłym Cym­brom i Teu­to­nom bez­pie­czeń­stwo we wro­gim oto­cze­niu skrzyw­dzo­nych wcze­śniej, żąd­nych zemsty ludów. Być może i taki był powód wysu­wa­nia żądań osie­dleń­czych, a może cho­dziło o wywo­ła­nie dobrego wra­że­nia na Rzy­mia­nach, trak­tu­ją­cych zie­mię jak świę­tość. Ale to tylko przy­pusz­cze­nie oparte na nie­pew­nych prze­słan­kach. Trudno za to nie ulec wra­że­niu, że kró­lo­wie Cym­brów i Teu­to­nów głę­boko wie­rzyli w siłę swo­ich wojsk. Szu­kali więc kolej­nych moc­nych doznań. Kil­ka­na­ście lat atrak­cji życia w podróży w pełni prze­sło­niło im inne moż­li­wo­ści. W końcu podróże kształcą.

Wędrówka przez Ger­ma­nię

"Odwa­dze ich i dzi­kiej zuchwa­ło­ści nikt, jak mówią, nie mógł się oprzeć. Zwinni w ope­ro­wa­niu bro­nią w cza­sie walki, w spraw­no­ści i sile fizycz­nej posu­wali się naprzód jak ogień i nikt nie zdo­łał powstrzy­mać ich naporu. Dokąd­kol­wiek przy­byli, wszystko pędzili przed sobą i uno­sili jako pastwę wojenną"16.

To, że Cym­bro­wie opu­ścili swoją gło­dową zie­mię, nie ozna­czało, że od razu tra­fili do krain mle­kiem i mio­dem pły­ną­cych. U Ger­ma­nów nawet w dobrych latach trudno było o zapasy zboża (sto lat póź­niej uza­leż­nieni od zboża Rzy­mia­nie gło­wili się, jak zmu­sić opor­nych Ger­ma­nów do powięk­sza­nia are­ału zasie­wów, by móc wyży­wić gar­ni­zony oku­pa­cyjne), więc nawet jeśliby chcieli, nie mieli go na zby­ciu. Nato­miast podzie­le­nie się sta­dami zwie­rząt w ogóle nie wcho­dziło w rachubę. Prze­cież to wła­śnie bydło było naj­bar­dziej pożą­da­nym łupem w "zwy­czaj­nych" cza­sach, a w ostat­nich latach chu­dych i tu braki musiały być znaczne. Sytu­acja u pod­nóża Pół­wy­spu Cym­bryj­skiego przed­sta­wiała się rów­nie bez­na­dziej­nie jak nieco dalej na pół­noc, co świad­czy o tym, że do wędrówki Cym­brów przy­łą­czyli się lub poszli tuż za nimi miesz­kańcy tych ziem, Teu­toni. Miarą deter­mi­na­cji Teu­to­nów może być, choć wcale nie musi, to, że na tych tere­nach nie pozo­stała nawet ich nazwa, co może ozna­czać, że ple­mię Teu­to­nów wyemi­gro­wało w cało­ści.

Na ruch jed­nego potęż­nego ludu patrzono w całej Ger­ma­nii ze zro­zu­mia­łym nie­po­ko­jem. Migra­cja zaś dwóch jed­no­cze­śnie wpro­wa­dziła w tej kra­inie ogromny zamęt, przy czym zasad­ni­czą kwe­stią było, któ­rędy owi wędrowcy pójdą. Prze­biegu trasy nie znamy, ponie­waż sta­ro­żytni mędrcy tego nie zapi­sali. Kon­cep­cje dzi­siej­szych uczo­nych są różne. Zazwy­czaj mówi się o biegu Łaby. Są też teo­rie, oparte na śla­dach arche­olo­gicz­nych (cho­dzi głów­nie o kil­ka­na­ście zapi­nek do płasz­czy, koja­rzo­nych z pół­noc­nymi kul­tu­rami) kie­ru­jące ruch Cym­brów wzdłuż Warty i Wisły, a więc jesz­cze dalej na wschód17. Bez­piecz­niej będzie trzy­mać się tra­dy­cji i przy­jąć trasę wędrówki Cym­brów i Teu­to­nów wzdłuż Łaby.

Ponie­waż każde ple­mię ger­mań­skie dbało o to, by jego zie­mie uprawne i pastwi­ska ota­czały dookoła pusz­cze, można sobie wyobra­zić wędrówkę Cym­brów i Teu­to­nów przez Ger­ma­nię jako prze­le­wa­nie się potoku ludzi z naczy­nia do naczy­nia, przy czym wnę­trzami naczyń były sie­dziby napo­tka­nych w dro­dze ple­mion, a ich brze­gami prze­szkody natu­ralne - pusz­cze, rzeki i pasma wzgórz. Cym­bro­wie i Teu­toni szli tak, jak im było wygod­nie, korzy­sta­jąc z cudzych pastwisk i zaj­mu­jąc doby­tek, jaki wpadł im w ręce. Zapewne wędrowcy doświad­czyli wszel­kich moż­li­wych spo­so­bów reak­cji miej­sco­wych Ger­ma­nów na ich przed­się­wzię­cie, od współ­pracy i uła­twie­nia prze­mar­szu po wojnę szar­paną i otwarty opór. Moż­liwe, że doszło do jakichś form współ­dzia­ła­nia mię­dzy tubyl­czymi ple­mionami, słu­żą­cych prze­trwa­niu najazdu lub jego ska­na­li­zo­wa­niu na tereny, gdzie obcy naro­bi­liby naj­mniej szkód. Trzeba mieć na uwa­dze, że zaso­bów na tych zie­miach nie było za wiele, a chęt­nych do czy­nów roz­bój­ni­czych ni­gdy nie bra­ko­wało, więc łatwo było o pro­wo­ka­cję. Będący pod pre­sją głodu Cym­bro­wie i Teu­toni tylko wycze­ki­wali pre­tek­stów do napa­ści, a zresztą i bez nich chęt­nie podej­mo­wali walkę.

Jak długo nasi wędrowcy szli przez Ger­ma­nię, nie wiemy. W opra­co­wa­niach nauko­wych18 przyj­muje się, że wyru­szyli około 120 r. p.n.e. Ich pierw­szy kon­takt z notu­ją­cymi wyda­rze­nia Rzy­mia­nami przy­padł na rok, wedle naszej rachuby, 113 p.n.e. Ale po dro­dze mieli jesz­cze pas ziem cel­tyc­kich, gdzie mogli kilka lat zmi­trę­żyć. Bez więk­szego błędu można okre­ślić czas wędrówki Cym­brów przez Ger­ma­nię na rok do trzech lat. Tempo nie byłoby więc osza­ła­mia­jące (do pół kilo­me­tra na dzień), ale wędrówka nie miała w pla­nie zwie­dza­nia, lecz życie, czyli zna­le­zie­nie odpo­wied­nich ziem. Oczy­wi­ście zie­mie w Ger­ma­nii wcale takie nie były, zwłasz­cza te sła­biej zalud­nione. Życie roz­bój­ni­cze pozor­nie przy­no­siło duże korzy­ści, więc wodzo­wie wędrow­ców pil­nie wypa­try­wali lep­szych moż­li­wo­ści rabunku. Utwier­dzali ich w tym sąsie­dzi, bro­niący linii Odry Wan­dale, i linii Łaby - Swe­bo­wie. U Cel­tów wska­zy­wali na uro­dzaj zbóż i bogac­two w postaci złóż metali, na chwałę wojenną pły­nącą z poko­na­nia tak walecz­nych ludów i na moż­li­wo­ści, jakie w związku z tym otwie­rały się przed Cym­brami i Teu­to­nami. Można powie­dzieć, że sto­jąc w obli­czu dwóch decy­zji - pozo­sta­nia mię­dzy Odrą a Łabą, czego nikt im chyba nie mógł zabro­nić, a rusze­niem dalej na połu­dnie, wędrowcy opo­wie­dzieli się za dal­szym mar­szem, ku zgu­bie Cel­tów.

Efekt kuli śnież­nej i zasady domina

Wędrówka Cym­brów w swo­ich eta­pach ger­mań­skich oprócz rato­wa­nia się przed gło­dem, miała dwa dodat­kowe efekty uboczne. Pierw­szy z nich to efekt kuli śnież­nej, a drugi przy­po­mina ruch domina.

Już sama myśl o pocho­dach zdo­byw­czych zawsze tra­fiała u Ger­ma­nów na podatny grunt. Ule­gli jej za przy­kła­dem Cym­brów Teu­toni, a za nimi - Ambro­no­wie. Jeśli wie­rzyć Ceza­rowi, to do pochodu cym­bryj­skiego przy­łą­czyli się Atu­atu­ko­wie, któ­rzy zresztą wędro­wali potem wła­snymi dro­gami: "Atu­atu­ko­wie wywo­dzili się od Cym­brów i Teu­to­nów. Ci w cza­sie najazdu na naszą Pro­win­cję i na Ita­lię zosta­wili po lewej stro­nie Renu sześć tysięcy ludzi spo­śród sie­bie jako straż i ochronę swych bagaży, ponie­waż nie mogli ich zabrać ze sobą. Po zagła­dzie Cym­brów i Teu­to­nów ludzie ci przez wiele lat musieli zno­sić udręki ze strony sąsia­dów, któ­rych bądź sami napa­dali, bądź się przed nimi bro­nili, aż wresz­cie po zawar­ciu pokoju za wza­jemną zgodą ich wszyst­kich wybrali sobie te oko­lice na teren zasie­dle­nia"19 - czyli w zachod­niej Bel­gii, na pogra­ni­czu Ger­ma­nii.

Nie można też pomi­nąć swo­istej dla kra­jów ger­mań­skich ten­den­cji do two­rze­nia mię­dzy­ple­mien­nych dru­żyn zbroj­nych z nudzą­cej się lub "nad­wyż­ko­wej" mło­dzieży20. Prze­cież tak powstała silna armia Ario­wi­sta, którą, na wła­sne nie­szczę­ście, jedni Galo­wie ścią­gnęli prze­ciw dru­gim21. Moż­liwe, że do wędru­ją­cych na zie­mie Cel­tów Cym­brów, Teu­to­nów i Ambro­nów dołą­czyły liczne dru­żyny ochot­ni­ków z sąsia­du­ją­cych z trasą pochodu ple­mion ger­mań­skich. Cym­bro­wie w miarę poko­ny­wa­nia drogi przez kra­iny ger­mań­skie rośli więc w siłę, na podo­bień­stwo pusz­czo­nej z góry kuli śnież­nej, toczą­cej się swo­bod­nie po stoku.

Dru­gim efek­tem ubocz­nym było roz­sy­pa­nie mister­nie uło­żo­nego domina z ple­mion i ludów Europy Środ­ko­wej. Ta rów­no­waga, usta­lona po wiel­kiej wędrówce Wan­da­lów z pół­nocy nad Wisłę, była bar­dzo chwiejna, ale do czasu przy­by­cia Cym­brów zapew­niała względny spo­kój. Nasi wędrowcy zakłó­cili rów­no­wagę bio­lo­giczną i to dosłow­nie - pozba­wia­jąc kilka ple­mion środ­ków do życia. Ple­mię, które zeszło z drogi Cym­brom, wcho­dziło na zie­mie sąsia­dów. Jeśli nie doty­czyły ich prawa gościn­no­ści, docho­dziło do nowych kon­flik­tów zbroj­nych, skut­ku­ją­cych następ­nymi ruchami ple­mien­nych kostek (swoją drogą inte­re­su­jące, jak pró­bo­wano wypeł­nić próż­nię po Cym­brach i Teu­to­nach? Czy zie­mie, które porzu­cili, powszech­nie uznano za nie­zdatne do życia, czy też zna­leźli się tacy, któ­rzy nimi nie pogar­dzili?).

Ruchy ple­mienne nasi­liły się w momen­cie pod­ję­cia przez Cym­brów i Teu­to­nów decy­zji o najeź­dzie ziem cel­tyc­kich. Wcze­śniej­sze napa­ści innych Ger­ma­nów Cel­to­wie łatwo odpie­rali, choć stop­niowo ustę­po­wali na połu­dnie. Teraz przy­szło im się zmie­rzyć z ofen­sywą o nie­spo­ty­ka­nej wcze­śniej sile. Setki tysięcy wojow­ni­ków cym­bryj­sko-teu­toń­skich to był zale­d­wie począ­tek. Inne ple­miona ger­mań­skie z uwagą przy­glą­dały się poczy­na­niom wędrow­nych śmiał­ków. Ponie­waż nie widzieli zna­mion klę­ski pobra­tym­ców, wkrótce sami ruszyli za ich przy­kła­dem. Tak się zło­żyło, że aż do cza­sów najazdu Cym­brów kul­tura cel­tycka obej­mo­wała dzi­siej­sze Cze­chy, Sło­wa­cję, połu­dniową Pol­skę i Połu­dniowe Niemcy. W ciągu jed­nego poko­le­nia znik­nęła z tych tere­nów za sprawą ger­mań­skiego domina. I choć Cym­bro­wie i Teu­toni ode­szli dalej na połu­dnie, za Dunaj, ruchy Wan­da­lów, Swe­bów, Mar­ko­ma­nów i Burów trwały jesz­cze długo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Lucjusz Anne­usz Flo­rus, Zarys dzie­jów rzym­skich, przeł. I. Lewan­dow­ski, Wro­cław 1973, rozdz. 38, s. 57-59. [wróć]

2. Gajusz Salu­stiusz Kri­spus, Wojna z Jugurtą, w: Sprzy­się­że­nie Katy­liny i Wojna z Jugurtą, przeł. K. Kuma­niecki, Wro­cław 1971, rozdz. 114, s. 110. [wróć]

3. Marek Junia­nus Justy­nus, Zarys dzie­jów rzym­skich na pod­sta­wie Pom­pe­ju­sza Tro­gusa, przeł. I. Lewan­dow­ski, Wro­cław 1988. W księ­gach XXXII i XXXVII mówi się o Cym­brach jako o Cym­me­riach, sprzy­mie­rzeń­cach Mitry­da­tesa znad brze­gów Morza Czar­nego, w kon­tek­ście ich cel­tyc­kiego pocho­dze­nia, choć mogło tu cho­dzić o ger­mań­skie ple­mię Bastar­dów, osia­dłe w oko­licy delty Dunaju, nim Cym­bro­wie wyru­szyli ze swych sie­dzib. [wróć]

4. Czyli w swoim ostat­nim roku życia, zmarł bowiem 19 sierp­nia 14 r. n.e. w wieku 76 lat. [wróć]

5. Tacyt, Ger­ma­nia, 14, w: Dzieła, przeł. S. Ham­mer, War­szawa 2004, s. 605. [wróć]

6. Tacyt, Ger­ma­nia, 26, s. 610. [wróć]

7. Tacyt, Ger­ma­nia, 16, s. 606. [wróć]

8. Lucjusz Anne­usz Flo­rus, Zarys dzie­jów rzym­skich, s. 104. [wróć]

9. Cezar, Wojna gal­licka, w: Cor­pus Ceza­ria­num, tłum. i oprac. E. Konik i W. Nowo­siel­ska, Wro­cław 2003, I.33, s. 69. [wróć]

10. Tacyt, Rocz­niki XIII.56, w: Dzieła, przeł. S. Ham­mer, War­szawa 2004, s. 305. [wróć]

11. Słynne zda­nie o nie­roz­wią­zy­wal­no­ści pro­blemu ger­mań­skiego zawarte w Ger­ma­nii, 37. [wróć]

12. Tacyt, Ger­ma­nia, 14, op. cit., s. 605. [wróć]

13. Cezar, Wojna gal­licka, IV, 1, 4-7, op. cit., s. 112. [wróć]

14. Tacyt, Ger­ma­nia, 11, op. cit., s. 603-604 (skrót autora). [wróć]

15. Tacyt, Ger­ma­nia, 14, op. cit., s. 604. [wróć]

16. Plu­tarch, Mariusz, 11, w: Żywoty sław­nych mężów, przeł. M. Bro­żek, Wro­cław 1957, s. 487. [wróć]

17. Na przy­kład mapa w arty­kule J. Mar­tensa, W poszu­ki­wa­niu ojczy­zny Cym­brów, w: Z otchłani wie­ków, t. 54/3, przeł. J. Andrze­jow­ski, poka­zuje kon­cep­cje przy­jęte w nauce na temat tras prze­mar­szu Cym­brów przez Ger­ma­nię. Jedna z przy­pusz­czal­nych tras wie­dzie wzdłuż Bugu na Ukra­inę. [wróć]

18. Na przy­kład w opra­co­wa­niu zbio­ro­wym pod red. B. Krügera, Die Ger­ma­nen. Geschichte und Kul­tur der ger­ma­ni­schen Stämte In Mil­le­leu­ropa, w tomie 1 przy­jęto, że inwa­zja Cym­brów roz­po­częła się przed 120 r. p.n.e., patrz mapa 51. [wróć]

19. Cezar, Wojna gal­licka II.29.4, w: Cor­pus Caesa­ria­num, przeł. E. Konik i W. Nowo­siel­ska, Wro­cław 2003, s. 91. [wróć]

20. Tacyt, Ger­ma­nia, 14, w: Dzieła, przeł. S. Ham­mer, War­szawa 2004, s. 605. [wróć]

21. Cezar, Wojna gal­licka I.31, op. cit., s. 67-68. [wróć]