BERLIN
SIERPIEŃ 2018
Piękna, mała Helga... To prawdziwy zaszczyt, że Greta pozwoliła mi się nią zaopiekować. Chociaż chyba nie miała wyjścia, w końcu musiała iść do fryzjera. Piętnastocentymetrowy odrost na włosach i jej rude loki, których końcówki były kasztanowe, świeciły w słońcu jak grillowana marchewka. Zaniedbała się przy małej Heldze. Aleksander, jej mąż, rzadko bywał w domu, wracał tylko na noc. A czasem to i nawet nie... Greta po urodzeniu Helgi się roztyła, przestała używać fluidów, przez co jej piegi były jeszcze bardziej widoczne. W dodatku dzięki ostudzie powiększyły swoją objętość. Z daleka wyglądała, jakby miała poparzoną twarz. Jej rudych rzęs nie pokrywała już czarna spirala, o hennie nie wspomnę. Wyjście do kosmetyczki wymaga czasu, a Greta zdecydowanie go teraz nie miała. Usta spierzchnięte, piersi obwisłe. To nie była ta sama dziewczyna, co cztery lata wcześniej. Uczciwie zarobione kilogramy przykrywała rozwleczonym, czarnym swetrem.
Olek powiedział ostatnio Piotrowi, że chce mu się rzygać, gdy na nią patrzy. Osobiście to słyszałam, nie powtórzyłam tego Grecie, nie chciałam jej ranić. Jej mąż był estetą. Wiedziała, na co się pisze. Powinna doprowadzić się do ładu, dlatego tutaj jestem. Specjalnie przyjechałam do Berlina, pomagam w opiece nad dzieckiem, by przestała straszyć.
Nie było jej już jakąś godzinkę. Zrobiłam Heldze mleko, przebrałam jej pieluszkę - trochę płakała, to pewnie z tęsknoty za mamą, za jej gorącą, pełną mleka piersią. Helga miała już prawie osiem miesięcy, a jeszcze wisiała Grecie na cycku. Próbowałam uśpić Helgę, od jej płaczu bolała mnie głowa, ale na tę chwilę robiłam to bezskutecznie... Kiedy minęły dwie godziny, a Grety ciągle nie było w domu, byłam już pewna, że dostała miejscówkę w pobliskim gabinecie fryzjerskim. Poszła tam ot tak, bez umawiania się. Nie byłam do końca pewna, czy nie wróci przed czasem, niezrobiona na bóstwo. Tego bym sobie nie życzyła... Cel był szczytny!
Po godzinie zadzwoniłam do Olka, wszystko mieliśmy zaplanowane. Po półgodzinie byli już z Piotrem i Olą pod domem Grety i Aleksandra Boss. Pewnie, że dręczyły mnie wyrzuty sumienia, ale złość i żal, że ja nigdy nie będę miała dziecka, pomogły. Nie było odwrotu, kochałam Piotra. Zrobiłabym dla niego wszystko. Dla niego zrezygnowałam ze swoich marzeń, nigdy nie będę matką.
- Dzieciaki, po co komu dzieciaki, chcesz wyglądać tak, jak Greta? - mawiał.
Kiwałam głową na znak, że nie. W progu stanął Olek.
- Jesteś?! Szybko, szybko. Mała właśnie zasnęła - ponaglałam.
Olek nawet nie wszedł do salonu, czekał w korytarzu, aż przyniosę jego córkę.
- Daj jeszcze mleko na drogę, jedziemy do Polski - oznajmił, kręcąc się jak fryga.
- Do Polski?! To nie będzie zbyt ryzykowne? Mieliście jechać do Holandii, do Witowskich.
- Pod latarnią najciemniej, a tam teraz ciemno.
Olek chwycił nosidełko z małą Helgą. Piotr siedział w samochodzie. Nie otworzył okna, nie spojrzał w naszym kierunku. Jakby ta sprawa go nie dotyczyła. Przecież to dla niego wszyscy się poświęcaliśmy. Byliśmy zgraną ekipą - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Kto się wyłamywał, musiał zginąć.
Odjechali, dając mi porozumiewawcze znaki światłami awaryjnymi. Zostałam sama, oczekiwałam Grety. Poczułam chłód samotności. Powolutku mijała trzecia godzina nieobecności koleżanki. Podejrzewałam, że z takim odrostem posiedzi jeszcze ze dwie godziny. Zrobiłam sobie drinka, zasnęłam. Obudził mnie głośny i przeraźliwy krzyk zrozpaczonej matki.
Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam jej opuchnięte od płaczu powieki i czerwoną twarz. Nawet te złote włosy, nowy kolor, świeżo zrobiony u fryzjera, nie dodały jej urody. Wyglądała ohydnie, Olek miał rację.
- Gdzie jest moje dziecko?! Dlaczego śpisz?! - krzyczała na mnie jak opętana.
- No jest w swoim pokoju. Przepraszam cię, zasnęłam, zaraz po tym, jak ona zasnęła, wypiłam jednego drinka i ścięło mnie z nóg. Mała była absorbująca.
- Była? Na Boga, gdzie ona jest?! - Greta darła się w niebogłosy...
Wbiegłam szybko do różowego pokoiku małej Helgi.
Jej łóżeczko było puste.
- Dzwoń na policję, ktoś ją porwał! Greta, dzwoń! - Teraz ja krzyczałam. Tak przecież wypadało...
* * *
Młodszy aspirant Wojciech Mróz i aspirant Kamil Kaloszek siedzieli w pokoju numer sześć przy, jak się wydawało, jednym biurku. W rzeczywistości dwa biurka były złączone, przez co tworzyły jedną, gładką taflę, na której tkwiły monitory. Nikt ich od rana nie włączył. Trwał ogólnopolski strajk policjantów - pouczali, nie wręczając mandatów, a budżet państwa podupadał.
- Mamy zgłoszenie, zginęło dziecko w Berlinie. Niemieccy policjanci podejrzewają, że ukradł je ktoś z rodziny pokrzywdzonej i wywiózł do Polski - rzekł Kamil, gapiąc się bez sensu w okno. Nagle wszystko to, co za nim, wydawało mu się ciekawsze. Chociaż od zawsze był sumienny. Młodszy policjant, drapiąc się po nosie i odrzucając co chwilę opadające na czoło czarne kręciołki, chwycił białą kartkę pokrytą drobnym drukiem i czytał protokół.
- Mam to w dupie - odrzekł niedbale i lekceważąco. - Zanim nie dostanę podwyżki, nie zamierzam ruszać jej z krzesła. Rozumiesz? Obiecanki cacanki, a gdzie kasa?
- Hej, to dziecko, a nie przekroczenie prędkości. Ogarnij się, Wojtuś!
- Słuchaj, ja w przeciwieństwie do ciebie też mam dzieci. Tak się składa, że mają ojca policjanta, którego na nic nie stać...
- Pieprzysz, nie jest aż tak źle. Szef nam łeb ukręci, jak nie zaczniemy działać. Nakazał i już.
Niski, krępy mężczyzna zaczął nerwowo kręcić się przy biurku na krześle obrotowym, jakby siedział na karuzeli.
- Bo je połamiesz - dodał Kamil.
- Dobra, dawaj imię i nazwisko, włączę komputer, coś pościemniamy. Dam ogłoszenie na portalu czy cuś. Żeby nie było, że nic nie robimy.
- Helga Boss to ta mała. Jej matka to Greta Boss. Nie za piękna, jeśli wierzyć zdjęciom. Niemka z pochodzenia.
- Co dalej? - Niby pisał, ale Kamil miał wrażenie, że wcale się do tego nie przykłada.
- Ojciec Polak, Aleksander Walski, ale nazywa się Boss, przejął nazwisko po żonie, chuj go wie, oboje mają polskie korzenie. Tak piszą szwabskie gazety. To dlatego jest podejrzenie, że może obecnie przebywać w Polsce.
- Kto?
- Co głupio pytasz, skradzione dziecko. - Kamil podniósł głos.
- Co tam jeszcze za ciekawostki?
- Było pod opieką cioci Darii Fiałkowskiej. Opiekunka zasnęła, a kiedy się obudziła, małej już nie było. Niemiecka policja robi, co może, ta nic nie pamięta, jest w szoku. Nie można się z nią dogadać, ponoć jest pod opieką psychiatry... Tak samo jak poszkodowana matka. Masz, tu jest zdjęcie małej Helgi Boss.
- Podsunął koledze fotografię ośmiomiesięcznego bobasa. - Co tam jeszcze mamy? - Grubaśny policjant udawał, że z uwagą wszystko zapisuje. Po prawdzie nawet zainteresowała go ta sprawa i mimo strajku miał ochotę się nią zająć.
- Ojciec dziecka to gej.
- Serio?! Jego żona o tym wie?
- Taki układ. Rozumiesz, żeby życie miało smaczek, raz dziewczyna, raz chłopaczek - głośno skomentował przystojny policjant i dumnie wypiął pierś, czekając na oklaski za błyskotliwość.
- Brzmi nieciekawie... - Grubasek podrapał się po czole, spoglądając potem na swój paznokieć, jakby chciał coś pod nim zobaczyć.
- Nikt nic nie wie, nic nie widział. Musimy zacząć szukać, trzeba przesłuchać kilka osób, może matkę Aleksandra, ojca Helgi, kuzyna, jego kochanka. To od kiedy zaczynamy? - dopytywał.
- Od jutra, dzisiaj mam inne plany.
- Jakie?
- Dziś mecz Polska-Francja, zamierzam kibicować naszym. - Grubasek nie był przejęty.
- Ja bym coś zaczął. Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj. Co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro. - Przystojniak przypatrywał się korpulentnemu koledze, który właśnie wyjął ze swojej szuflady batona i wcinał go z apetytem.
- Więc właśnie, dziś mecz. Resztę mam w dupie. Zapewniam cię, że komendant też ma to w dupie. Tylko udaje, że się przejął.