Rozdział I
Wstrzymałam oddech
"Nie ten, kto nabiera powietrza, tak naprawdę oddycha"
(myśliciel Fediusz)
Jakie to wspaniałe uczucie. Zanurzam się w jeziorze i obserwuję, jak moje ciało przecina skupione cząsteczki wody. Płynę w kierunku piaszczystego dna, z którego gdzieniegdzie wystają grube i ostre kamienie. Choć jestem już głęboko, instynktownie obracam się na plecy i szukam rozmazanego przez fale słońca. Woda jest zimna i szorstka. Krystalicznie czysta przestrzeń rozluźnia mnie i pozwala zapomnieć o otaczającym świecie. Nadszedł dzień wyboru. Nie bywałam tutaj często, może kilka razy w ciągu tych okupionych trudem dni. Wraz z moją obecnością ożywała przyroda. Nawet liście, których cień dostrzegam pod powierzchnią, poruszają się we wszystkie strony świata. Wyglądają na zagubione i przerażone. Czy na pewno tak jest? Szybko pozbywam się tego dziwnego wrażenia. Znika ono wraz z pojawieniem się ciepła w moim sercu. Las Milczących swoim cichym szeptem pobudza do życia miejscowe ptaki. Ich śpiew oznacza jednak, że moja kąpiel trwa już za długo. Wynurzam się i nabieram powietrza. Kątem oka dostrzegam tłumy gapiów czekających na mnie na brzegu. Nic dziwnego. Gdy mam na to ochotę, lubię pływać w jeziorze... całkiem naga.
Nie od razu zbieram się do powrotu. Pragnę jeszcze przez krótką chwilę popatrzeć w niebo i zapomnieć. Tak. Chcę zapomnieć. Wszystko i wszystkich. Nie istnieją dla mnie ludzie, których spotkałam przed wejściem do miasta. Nie mam w sobie litości. Liczy się jedynie teraz, to, jak bezwstydnie unoszę się na powierzchni. Nie brakuje mi tchu, a moje ciało pewnie przecina przeźroczystą taflę. Nurkuję. Energicznym pociągnięciem dłoni robię potężny plusk, aż woda podskakuje nad jeziorem niczym ptak unoszący się do lotu. Niestety szybko opada. Tylko i aż tyle. Pierścień pozostał niewzruszony. Miałam nadzieję chociaż na jedno malutkie drgnięcie. Nic z tego. Od jakiegoś czasu wydaje się, jakby nie posiadał nic ze swojej wyjątkowości. W przeszłości ożywał, kiedy zanurzałam się w tym jeziorze. Zabawne, że od kiedy mój pierścień zamilkł, Las Milczących stał się żywszy i bardziej kolorowy. Pierścień jest jedyną rzeczą, która przypomina mi ojca. Setki decyzji czasami kosztują mniej niż jeden dziecinny błąd. Lecz czy nie jest tak, że dostałam to, co chciałam?
Płynę w kierunku brzegu. Delikatne pociągnięcia rąk sprawiają, że unoszę się na powierzchni jak piórko. Woda subtelnie otacza moje biodra, a mokre włosy leżą przyklejone do ramion. Zbliżam się do tłumu gapiów. Dno wydaje się już blisko, więc próbuję stanąć na nogi. Piasek muska moje pięty. Roznegliżowane ciało błyszczy w świetle słońca. Jestem pożądana przez tłumy. Czuję się jak gwiazda przedstawienia, które właśnie uznaję za zakończone. Patrzę na zebraną w oddali grupę Vatanów, ale widzę same rozmazane twarze. Żeby poczuć się silna, w ten sposób ukrywam strach i wstyd. Gdy nie wiem, kto patrzy na moje ciało, mogę myśleć, że to sen. Tak jest łatwiej. Lepiej.
Kiedy wychodzę z jeziora, ruszam się z gracją, podążając w kierunku ciemnego tłumu. Wszyscy mężczyźni ubrani w szare łachmany z daleka wyglądali jak wielka plama. Teraz jestem już blisko. Zebrani zaczynają bić brawo. Żeby nie wyglądać na speszoną, tłumię wszystkie dochodzące do mnie dźwięki. Ciągle idę w ich stronę, ale nie jest to wymarzona droga. Niewyraźne twarze i szare sylwetki przyciągają mnie bezpowrotnie. Chcę iść w przeciwnym kierunku, ale nie mogę. Gdy jestem w zasięgu ich dłoni, a przytłaczający chłód sprawia, że na skórze pojawia się gęsia skórka, z tłumu wychodzi znajoma mi postać. Nie widzę jego twarzy. Nie słyszę głosu. Wszystko wokół mnie wiruje albo kręci mi się w głowie. Przyjaciel podaje mi kawałek materiału, którym owijam wychłodzone ciało.
- No już, wynocha! - odzywa się ostro, niezgrabnie jak zimny i nielubiany władca. - Koniec spektaklu! - Jego chłodny i ściszony głos rozchodzi się niemalże szeptem.
Zerritan popatrzył na rozstępujący się tłum złowrogim spojrzeniem, jakim rzadko raczy młodszych adeptów. Czuję, że kroi mi się nieprzyjemna pogawędka, jednak mag zaskakuje mnie niezwykłym spokojem.
- Madeleine - mówi szybko, nie wymawiając delikatnego "l", na które pada charakterystyczny akcent mojego imienia. - Madeleine. - Tym razem każda literka staje się częścią zabawy, wymawia wszystkie tak wolno, jakby chciał przekazać mi kilka uczuć jednocześnie. Frustrację. Podniecenie. Złość. Żal. Chciwość.
Rozumiem, o czym myśli, a on dobrze o tym wie.
- Nie możesz powiedzieć, że ci się podobało? - pytam go, chociaż wiem, że nie udzieli mi odpowiedzi. Spoufalanie się z wierną na godziny przed próbą jest surowym przestępstwem. W ogóle jakiekolwiek uczucia poza nienawiścią są u Vatanów zakazane. Jak mogłabym jednak nienawidzić faceta, który uratował mi życie?
- Jesteś gotowa?
Tak jak myślałam, Zerritan przemilczał moje pytanie. Jego wyraz twarzy zdradził jednak, że całkowicie zgadza się z tym, co powiedziałam. Czy jestem gotowa? A czy można być gotowym na poznanie własnego przeznaczenia, gdzie porażka kończy się śmiercią? Zamiast tego odpowiadam w inny sposób:
- A czy masz prawo mnie o to pytać?
Widzę, jak jego suche wargi prostują się, tworząc na twarzy niewyraźny uśmiech. Nie wie, jakiej odpowiedzi udzielić. Szkoda, wielka szkoda.
Idziemy środkiem obozu. Mimo przyjacielskiej więzi, jaka nas łączy, to Zerritan, Vatan w stopniu maga, podąża jako pierwszy. W szarej kamizelce i spodniach zupełnie nie przypomina czarodzieja. Ja lekko zgarbiona chowam się pokornie za jego plecami. Tego wymagają od nas przepisy. Jestem jedynie szarą myszką, zagubioną dziewczyną, która nie należy do zakonu. Tylko ci, którzy sprostają wymaganiom Vatanaela - mitycznego założyciela, Pana Wyznawców - i dojdą do końca Ścieżki Vatanów, mogą wejść do miasta i rozmawiać na równi ze wszystkimi zakonnikami na poziomie drugim, czyli w Hexagonie. Miasto nazywa się tak, dlatego że zostało zaprojektowane na wzór heksagonalnych kryształów berylu, których źródło znajduje się na szczycie góry. Poziom pierwszy nazywany Początkiem albo Przedsionkiem to obszar zamieszkały przez wygnańców oraz ludzi pozostawionych na pastwę losu, których zakonnicy znaleźli w Lesie Milczących. Szlachetność Wielkiego Mistrza nie pozwalała nas zabić, a zasady zmuszały do trzymania na zawsze na zewnątrz siedziby Vatanów. W ten sposób powstał nowy, pierwszy poziom wtajemniczenia. Ludzie za słabi, żeby uciec, i za głupi, żeby przejść bramy miasta.
Co roku Wielki Mistrz urządza za wolą Vatanaela swoiste zawody, dzięki czemu jedna z trzech osób, które udowodnią swoją wartość, otrzyma wyjątkowe, osobiste zadanie. Wiem tylko tyle, ile udało mi się wyciągnąć od Zerritana. To moja szansa na wejście do Hexagonu. Przyszłość może wyglądać całkiem dobrze. Chociaż nigdy o tym nie marzyłam, Vatani nie dali mi wyboru. Zostanę jedną z nich. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby tak się stało. Inaczej utknę tutaj na zawsze.
Przechodzimy pomiędzy prowizorycznymi i nieszczelnymi szałasami, w których gdzieniegdzie znajdują się jeszcze mokre koce po wieczornej ulewie. Wokół nas, jak zwykle w Przedsionku, kiedy do miasta podąża mag, gromadzą się ludzie. Nie wiem, po co Zerritan prowadzi mnie pod bramy. Być może szuka ustronnego miejsca do rozmowy. Zewsząd padają na nas ciekawskie spojrzenia. Szemrane typy stoją w pierwszych rzędach, a kobiety i dzieci pilnują resztek swojego dobytku. Z oczu tych ludzi wyczytuję nie tyle rozpacz, co złość, nie tyle smutek, co chęć zemsty. Myślą sobie pewnie, że jestem uprzywilejowana. Ja także mam taką nadzieję. Czuję strach na samą myśl o tym, że już dzisiaj będę musiała zmierzyć się z innymi o wejście do Hexagonu. Smuci mnie jedynie los kobiet i dzieci. Nawet jeśli mężczyzna dostanie się do Zakonu, to nie może ze sobą zabrać rodziny. Z tego powodu nie każdy chce wejść do środka. Niektórzy egzystują na krawędzi przetrwania. I czekają. Czekają na śmierć.
Stoimy już w pobliżu wielkich drewnianych bram, które dzisiaj ze względu na dzień próby są otwarte. Nikt z nas nawet nie usiłuje się dostać do środka. Wiemy, jak to się skończy. Ten gest to tylko pozorne złudzenie. Straże zajmą się każdym próbującym się nielegalnie dostać do Hexagonu.
Zerritan zatrzymuje się i odwraca w moim kierunku. Oczy już mu się nie błyszczą, a twarz przyjęła surową postawę. Stoimy obok siebie w ciszy. Szum liści góruje nad nami niczym cichy odgłos werbli. Po chwili zawahania mag nareszcie zabiera głos:
- Przygotuj się dobrze. Zostało sześć godzin. Do zobaczenia w mieście - powiedział, jakby był stuprocentowo pewien, że się tam spotkamy.
Nie podzielałam jego nastroju.
- Żegnaj, Zerritanie - odpowiedziałam i odwróciłam się od bram.
Chcąc ominąć tłum biedaków, znikam bezszelestnie w wysokich krzewach. Staram się tłumić emocje, ale mimowolnie z moich oczu płyną łzy. Biegnę w kierunku kryjówki, jaką znalazłam sobie tydzień po spotkaniu z trollem. Marzę, aby wreszcie zamieszkać w ciepłej i suchej komnacie, ale najpierw muszę przejść próbę i dostać się do miasta.
Niewielka i z daleka niepozornie wyglądająca jaskinia pośród drzew to miejsce, które przez ostatnie miesiące stało się moim domem. Przedzieram się przez ostre gałęzie i unikam pajęczyn. Spotkanie z tutejszym pająkiem - nazywanym przez mieszkańców osą leśną - kończy się martwicą ukąszonej części ciała, a w niektórych przypadkach nawet śmiercią. Wreszcie udało mi się przedostać. Wchodzę do środka, a wejście osłaniam stertą liści i gałęzi. Niby nikt się tędy nie pałęta, chociaż pewnego razu było bardzo blisko.
Wydarzyło się to nocą. Księżyc w pełni oświetlał las, nie mogłam zasnąć. Leżałam akurat na kocu, a z mojej szyi spływały kropelki potu. Gdy patrzyłam w ciemnoszare niebo, na którym gdzieniegdzie widać było błękitne odbarwienia, zauważyłam coś jeszcze. Kilkuosobowa grupka mężczyzn biegła przed siebie, uciekali przed jakimś nieznanym mi stworzeniem. Miało ono zakrzywiony dziób o ostrym zakończeniu, mały czarny łeb i olbrzymie białe skrzydła. Z daleka wyglądało jak sęp, tylko było znacznie większe. Kilku uciekinierów nierozsądnie ukryło się w krzewach, mając nadzieję, że potwór ich nie zauważy. Niestety jeden mężczyzna, zupełnie wystraszony, gnał, ile sił w nogach, w moim kierunku. Był coraz bliżej. Na jego nieszczęście Wielki Sęp wzniósł się ponad ziemię. Podleciał i chwycił go, gdy ten był kilka metrów od mojej kryjówki. Pamiętam, że ze strachu trzęsły mi się zęby. Przez całą noc jedynie rozmyślałam, co by było, gdyby potwór wleciał do środka. A jeśli biedacy dowiedzieliby się o mojej kryjówce? W dzień byłam bezpieczna. W nocy...
Dziwaczny potwór, którego nazwałam Wielkim Sępem, już nigdy nie wrócił nad Las Milczących. Przynajmniej ja go nie widziałam. Rozmawiałam na ten temat z Zerritanem, lecz odpowiedział jedynie to, co słyszę od niego za każdym razem, kiedy pytam o Las Milczących: To miejsce skrywa więcej tajemnic, niż ludzkość może sobie wyobrazić. Lepiej nie mówić o tym, co pragnie przemilczeć. Zerritan spersonifikował to miejsce. Czy to znaczy, że... ono żyje?
Niedługo zajdzie słońce. Została mi godzina. O zachodzie słońca muszę się stawić przed główną bramą i oddać swoje przeznaczenie w ręce Pana Wyznawców. Szczerze mówiąc, nie dbam o własny los. Musi on być naprawdę do niczego, skoro doprowadził mnie do takiego stanu. Czy przeżyję? Wolę umrzeć, niż ponownie wrócić do tej jaskini. Tak naprawdę moment, w którym opuszczę to miejsce, stanie się dla mnie wybawieniem. Wolność albo śmierć. Oba brzmią rozkoszniej niż życie w leśnym piekle.
Ja naprawdę marzę, by zobaczyć Hexagon, miasto otaczające najwyższą górę Cesarstwa. Chcę wejść na sam szczyt i poznać tajemnice Zakonu. Jaki naprawdę jest Zerritan? Czy gdybym należała do Zakonu, zostałby moim przyjacielem? Spoglądam na prawą rękę, a dokładniej na palec serdeczny, na którym ciągle znajduje się pierścień. Tylko ty jesteś moim prawdziwym przyjacielem. Nie opuszczasz mnie nawet na krok. Roześmiałam się. Uśmiech na twarzy to coś niezwykłego, zwłaszcza kiedy idzie się na pewną śmierć. Jednak nawet mój pierścień ma swoje tajemnice. Dlaczego wibruje? Muszę się tego dowiedzieć. Gdybym dotarła do Hexarium - trzeciej części miasta znajdującej się u podnóża góry - odnalazłabym mentora albo jakiegoś specjalistę w dziedzinie magii, który wyjaśniłby mi jego działanie.
Co włożyć? Wybieranie stroju na ten wyjątkowy dzień byłoby ekscytujące, gdyby nie fakt, że mam tylko jedno wyjściowe ubranie. Wkładam odzienie, które ostatni raz miałam na sobie w jaskini trolla. Zachowałam je dokładnie na tę okazję. Narzucam czerwoną kurtkę i nakładam kaptur. Czuję jak moje ciało wypełnia znajoma energia. Wspomnienia otaczają mnie, a pierścień w końcu wibruje. Czy to naprawdę jego jedyna funkcja? Mimo to jestem pewniejsza siebie.
Idę.
Mój kosmyk ciemnoblond włosów unosi się i opada na ramiona. Wokół szaleje natura. Widocznie zapomniała o panującej dotąd ciszy i krzyczy na swój sposób, wymachując przerośniętymi gałęziami. Nie potrafię się uspokoić. Moje ciało drży niczym ranne zwierzę i psuje równowagę.
Mimo to idę przed siebie. Na śmierć.
Pozwoliłam sobie powiedzieć prawdę. Największe przerażenie, jakie siedzi w ciele człowieka i męczy go niemiłosiernie, to strach przed śmiercią. Boję się. Ogromnie się boję, bo nie wiem, co się wydarzy. Czy jestem w stanie przetrwać?
Nad Lasem Milczących wisi czarna chmura, z której powoli zaczyna padać deszcz. Wiatr ustaje i następuje chwila głuchej ciszy. Bramy miasta ciągle stoją otworem. Podchodzę wolnym krokiem do zebranych mężczyzn. Jest ich dziewięciu. Reszta, jakby intuicyjnie przeczuwając zagrożenie, ukrywa się w swoich szałasach. Mierni biedacy. Chwilę po tym, jak przychodzę, wymierzam złowrogie spojrzenie w rywali, chcąc zamaskować przerażenie. Odziani w ciemne - lub brudne - i dziurawe koszule stoją, w rękach trzymając tępe narzędzia. Wolałabym nie toczyć z nimi walki. Ciszę wokół nas przerywa nagły i wyraźny grzmot, po którym nadchodzi Sędzia. Natura działa w zgodzie z zakonnikami, a to ciekawe - pomyślałam. Chwilę później nie widzę w tym nic dziwnego.
Zerritan zaskakuje mnie swoim wyglądem. Widać, że jest inny. Nie jest teraz sobą. Serce na jego widok niemal wyskakuje mi z piersi, ale biorę się w garść. Uspokajam. Sędzia ma na sobie długi, czarny płaszcz. Mrocznego charakteru dodają mu szpiczasty kaptur i dłonie wysmarowane smołą albo czymś podobnym. Widzę jedynie jego oczy, dzisiaj zielone i obce. Nie mam w nim już przyjaciela. Przez chwilę poczułam ogromne przerażenie, jednak uświadamiam sobie, że słabość nie wchodzi w grę.
Dziś jest mój dzień.
Łapię się na tym, że zżera mnie ciekawość. Jaką misję zaczniemy jutro, gdy świt rozjaśni las, a mgła roztopi się na wieść o nadchodzącym świetle słońca? Drapię się po dłoni, chcąc rozluźnić mięśnie. Nareszcie głos zabiera Sędzia. Opowiada historię, której słucham z pełną uwagą:
- Po latach życia w miłości i zgodzie dowiedzieli się w zamku, że muszą umrzeć. Było ich niewielu, uciekło tylko pięciu. Podążali oni drogą przez las, szukając schronienia. Lecz las żył, korzystał z ich bólu, bawił się niechęcią, czekał na strach. Doczekał się więc chwili walki. Brak pojednania doprowadził do końca ich drogi. Tylko najmądrzejsi, wybrańcy światła, mogą podążać drogą zemsty. Wkrótce położyli się spać. Las w zgodzie ze słońcem oczyścił świat z tych sił, które były zhańbione. W ten oto sposób zginęło dwóch uciekinierów. Było ich pięciu, do miasta dotarło trzech. Jutro rano las w zgodzie ze słońcem wybierze trzech, którzy podążą Ścieżką Vatanów. Pilnujcie wejścia i nie pozwólcie zhańbić waszej duszy.
Czuję się oszukana. Przez cały czas byłam pewna, że dopiero jutro zacznie się decydujące starcie. Jak przeżyć bez broni pod bramą miasta? Panika sięga zenitu, a z oczu płyną łzy.
- Niech ta historia i ten cytat trafią do waszych serc. Zamykamy bramy - powiedział twardym głosem Sędzia, a gdy odszedł, zostawił za sobą wszystko to, o czym mówił: brak pojednania, strach, niechęć, zemstę. I hańbę.