Vastertilie. Tajemnice smoków - Tayla Smith

Reflow text when sidebars are open.
- Daleko jeszcze? - zerkam na idącą obok mnie Jess.
- Nie wiem - Sarecertis wzrusza ramionami, oglądając się wokoło. - Nie mam bladego pojęcia. Ria wybrała jakąś inną, dłuższą trasę niż zazwyczaj chodzimy, może ma coś jeszcze do załatwienia...
- Właśnie ja też się zastanawiam, co się dzieje - wcina się Triss. - Miśku, co ty wyprawiasz? - woła do idącej na przedzie nastolatki.
- Przypomniałam sobie, że powinnam ogarnąć jedną bardzo ważną sprawę - mówi, oglądając się przez ramię. - Zaraz wam z resztą powiem, o co chodzi i zapewne się ze mną zgodzicie, że to jest warte zrobienia trochę większej trasy.
- Okej, spoko... - ruda wydaje się podchodzić do tego z lekkim dystansem. - Nie gniewaj się w takim razie, Lu...
Wzruszam ramionami na znak, że mi to przecież wcale nie przeszkadza. Każdy ma prawo do swoich prywatnych spraw... Nasza "pani przewodnik" zaś nie wydaje się robić sobie z tego cokolwiek, bo nawet nie zwalnia kroku i znika za rogiem.
Przez moment idziemy w milczeniu.
- Ona zawsze taka jest? - pytam dziewczyn obok mnie.
- Cóż, może i jest sztywna, ale nie aż tak. Teraz jakaś taka... chamska się zrobiła - Tristana bez żadnych oporów wyraża swoje zdanie. Hmm... Podoba mi się to...
- Triss! - Jessica spogląda na nią karcąco.
Jej zachowanie wyraźnie informuje mnie, że to jest ta dbająca o to, by nigdy nikogo nie urazić, warto zapamiętać...
- Czy ja powiedziałam coś nie tak?
- No ale weź... Mówić tak o przyjaciółce... - starsza wydaje się być deczko zbulwersowana. - A co do Rii... To nie, faktycznie taka nie jest. Jakby się czymś martwiła, albo coś ją zaniepokoiło...
- Albo jest przed okresem - beztrosko rzuca Triss.
Nie mogę powstrzymać parsknięcia śmiechem, co wywołuje karcące spojrzenie Jessicii. Mam dziwne wrażenie, że z Afroamerykanką dogadam się bez najmniejszego problemu...
Ale moja reakcja sprawiła, że nie tylko najmłodsza, ale najstarsza z Sarecertis również na mnie patrzy z dezaprobatą. Dobra, może faktycznie nie powinnam się narażać, przecież dzisiaj dopiero pierwszy dzień, ba, powiedziałabym nawet, że pierwsze pół godziny, ale cóż... Nic na to nie poradzę, niestety... Bo w tym wypadku serio nie mogłam się powstrzymać.
I nagle w sumie całkiem przypadkiem rzucam okiem na sklep, który właśnie mijamy.
Od razu zatrzymuję się w pół kroku. Ta jeansowa kamizelka Levi'sa... Nie ma dyskusji... Tym bardziej, że na coś takiego polowaliśmy z Elevaio, ale nigdzie czegoś takiego nie było... Nigdzie...
- Dziewczyny, ja muszę na chwilę wejść do sklepu - oznajmiam pozostałym. - Idziecie ze mną?
- Ja bardzo chętnie... - zaczyna Tristana.
- Zostaniemy tutaj - bezlitośnie ucina jej Meriah, która ni z tego, ni z owego pojawia się obok nas.
- Ale...
- Zostaniemy! - w głosie Sarecertis słyszę niespotykaną stanowczość. Dziwne... O co może jej chodzić?
Ale i tak tylko wzruszam ramionami. Przecież do niczego ich zmuszać nie będę...
- Spoko - rzucam lekko, po czym wchodzę do sklepu. Jak chcą czekać, to proszę bardzo...
Tym razem zakupy idą mi błyskawicznie - po zaledwie piętnastu minutach wychodzę ze sklepu z jedną dodatkową torbą, kolejnym logo do kolekcji. I ogromną dozą satysfakcji, która pojawiła się z powodu wynalezienia poszukiwanej wcześniej rzeczy.
- No, laski, zobaczcie, co mam - z dumą unoszę zdobycz, podchodząc do zbitych w grupkę dziewczyn.
- Super - Triss posyła mi lekki uśmiech.
Ale jest w nim coś, co sprawia, że zatrzymuję się w pół kroku.
- Coś się stało? - pytam ostrożnie.
- Nie, skąd - szybko odpowiada Jess.
Trochę zbyt szybko...
- Idziemy już? - Ria patrzy na nas ze zniecierpliwieniem. - Spieszy mi się deczko do domu, a mamy jeszcze jedną rzecz do załatwienia...
Kiwam głową ze zrozumieniem. Nie wiem, co to za ważna sprawa, i w sumie nawet specjalnie mnie to nie interesuje. O wiele bardziej zastanawia mnie, co mogło je ugryźć...
Najmłodsza z Sarecertis znów zaczyna iść przodem, ale tym razem jej krok jest jakby... pewniejszy. I szybszy. Czyżbym tylko ja to zauważyła?
Z zaciekawieniem, ale możliwie jak najbardziej ukradkowo przyglądam się pozostałej dwójce. One też są jakby... Bardziej spięte. Coś wyraźnie jest nie tak...
- Powiesz nam coś o sobie, Lu? - z zamyślenia wyrywa mnie głos Jess.
- Co ja mogę wam o sobie powiedzieć... W sumie nie mam jakieś specjalnej historii - wzruszam ramionami. - Pochodzę z Arlesiie, z dość bogatej, wpływowej, i totalnie antysmoczej rodziny. Swoją drugą połówkę poznałam cztery lata temu, potem przez długi czas nie było żadnego kontaktu... Aż w końcu rok temu jakoś udało nam się znów znaleźć. I wówczas też nie udało nam się spędzić ze sobą sporo czasu, ale wtedy, po pewnym czasie już dowiedziałam się, że jestem Sarecertis... I przez cały rok żyłam w nieświadomości, nie wiedząc, co to oznacza i będąc całkowicie zagubiona w nowych umiejętnościach, nowym wyglądzie... Aż w końcu jakieś trzy tygodnie temu, może nawet trochę mniej, wszystko się wyjaśniło. Po raz kolejny wyszło nam spotkanie, tym razem na dłużej, i wszystko zostało wyjaśnione. Ale niestety potem, jeszcze nie zdążyłam nawet zacząć nauki na dobre, a już zostałam sama... Wiecie, jest coś na rzeczy i wzywają smoki do pomocy, z resztą słyszałam, że wasze smoczyce też mają jakieś misje... I po prostu nie mogłam zostać sama. Z pomocą Mitteriana, mojego dobrego znajomego, uciekłam z domu. Rodzice nigdy by mnie nie zaakceptowali, a ja nie miałam zamiaru dłużej ukrywać prawdziwej siebie. A potem dzięki niemu znalazłam was i, mam nadzieję, moje miejsce na świecie... Pośród takich jak ja. No i w sumie to tyle z mojej historii - uśmiecham się lekko na koniec. - A wy? Jak trafiłyście na siebie?
- To już w domciu ci opowiemy, zaraz będziemy - stwierdza Tristana.
- Super - mój uśmiech na twarzy się poszerza. - Już nie mogę się doczekać!
Muszę go jednak deczko podtrzymać, bo kiedy zauważam porozumiewawcze spojrzenia dziewczyn, wyczuwam, że coś jest na rzeczy i ów uśmiech odrobinkę mi blednie... A przynajmniej pod utrzymaną maską.
Po chwili dziewczyny skręcają w boczną uliczkę i zatrzymują się przed bocznymi drzwiami do starego, kamiennego budynku dosłownie przylepionego do nowoczesnego wieżowca.
Od razu czuję, jak wszystkie moje zmysły nastawione na wyczuwanie zagrożenia zaczynają głośno krzyczeć. Pojawia się też Przeczucie. Nigdy mnie nie zawiodło, więc skoro już się zjawiło, oznacza to, że coś jest na rzeczy...
Ale ignoruję to.
Owszem, dziewczyny mogły przecież zachowywać się tajemniczo i ogólnie, ale przecież nie chciałyby mnie skrzywdzić? Najpewniej czeka mnie jakieś powitanie, przeznaczone dla nowicjuszki w drużynie... I to właśnie to wyczułam. Może jakiś test? Przecież nikt nie powiedział, że tak po prostu uznają mnie za Sarecertis i przyjmą do swojego grona.
- Zawsze korzystacie z tego wejścia? - rzucam, próbując zachować swobodę.
- Czasami - odpowiada Ria, patrząc mi prosto w oczy. - Wymiękasz?
- Ja? - tym pytaniem jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że czeka mnie jakiś test. - No błagam cię... Ja nigdy nie wymiękam!
W odpowiedzi wyjmuje kluczyk z kieszeni i otwiera przede mną drzwi na oścież.
- Idź pierwsza - mówi, po czym rzuca mi komplet kluczy. - Bez tego nie otworzysz klatki schodowej. Ostatnie piętro, masz tam tylko jedne drzwi. Trafisz?
- Mam nadzieję - wzruszam ramionami, po czym przestępuję próg ciemnego pomieszczenia. - A wy co, nie idziecie ze mną? - rzucam przez ramię.
Kiedy słyszę głośne trzaśnięcie drzwi za sobą i zapada zupełna ciemność, orientuję się, że to pytanie powinnam zadać kilka sekund wcześniej.
A potem ze zdwojoną siłą powraca uciszone wcześniej Przeczucie...
Jeszcze tylko trochę. Jeszcze tylko kilka machnięć skrzydłami i wreszcie będę na miejscu...
Tym razem droga z Dminestil do Envalionu okazała się wyjątkowo trudna. Zazwyczaj pokonuję tę trasę w kilka godzin, najwięcej dotychczas to dwanaście... A tym razem, jakby wszystkie siły natury sprzysięgły się przeciwko mnie, ciągle napotykałem fronty burzowe, i to na tyle wielkie, że nie dawało się ich nijak ominąć. Musiałem przedzierać się na siłę, nie widząc żadnych, choćby najmniejszych przesmyków, mogących mi to ułatwić. Na dodatek wszystkie pożądane prądy powietrzne ucichły, a z jednej nawałnicy wpadałem w kolejną.
Koniec końców wyszły z tego dwie doby w powietrzu - dwie doby nieopisanej męczarni, wyciskania z siebie wszystkich sił, by tylko przeżyć, ze świadomością, że nie mogę wylądować za żadną cenę, aby tylko możliwie jak najszybciej dostarczyć wiadomość...
Zazwyczaj unikam latania w burzę, to zbyt niebezpieczne. Ale teraz... Chyba właśnie dokonałem czegoś, czego żaden inny smok przede mną.
W oddali przede mną majaczą się mury niewielkiego, letniego pałacyku, obecnie służącego za siedzibę rządu Santegrissy (choć żal serce ściska, gdy przypomnę sobie potężne mury Xeraxitares Peretalle, zamku królewskiego w Nyouterriss, stolicy Santegrissy, gdzie spędziłem dzieciństwo) - mój cel.
Mobilizuję wszelkie siły, które mi pozostały, a właściwie ich opary, i jakimś cudem przyspieszam.
Błyskawicznie, jeszcze szybciej, niż do tej pory, pokonuję kilka pozostałych kilometrów nad wodami wewnętrznego morza Enterioru, i zawisam nad dziedzińcem, obecnie wypełnionym wieloma gapiami. W końcu nie często smok, którego się spodziewało o wiele wcześniej, wraca w takim stanie i po takim czasie...
I dokładnie w tym momencie, kiedy podchodzę do lądowania, siły, a nawet ich wszelkiego rodzaju resztki czy cokolwiek innego, opuszczają mnie już kompletnie i niczym wielki głaz spadam na dziedziniec.
Przy upadku wzbijam ogromną chmurę pyłu i czuję przeraźliwy ból w lewym skrzydle.
Od razu łapię, co się stało - najprawdopodobniej złamałem sobie jakąś dość ważną kość. Super...
Na twarzy pojawia mi się wściekły grymas. W takim razie jestem uziemiony w tej postaci, dopóki coś się nie poprawi...
Próbuję wstać, ale łapy od razu odmawiają mi posłuszeństwa i upadam, zupełnie jak uczące się chodzić smoczątko.
Na placu rozlegają się pojedyncze śmiechy, ale uciszam je wściekłym spojrzeniem, połączonym z szczerzeniem kłów. To wcale nie jest śmieszne. Szczególnie, jeżeli spojrzy się na to z perspektywy, jak bardzo ważne mam informacje, i jak bardzo każda chwila zwłoki może się odbić na właściwie wszystkim... Tym bardziej, że i tak już długo się opóźniłem...
Moment później tłum się rozstępuje i przepuszcza dziewiętnastoletniego na oko chłopaka, o śnieżnobiałych włosach i srebrnych oczach. Z początku musi się dosłownie rozpychać łokciami, ale kiedy zauważają, kim jest, od razu robią mu możliwie jak najszerszą drogę.
Chłopak przypada do mnie i łapie mnie za łapę.
Wyrywa mi się jęk bólu. Czyli chyba jestem bardziej wykończony i obolały, niż mi się zdawało...
Ale bez najmniejszego protestu wpuszczam smoka do swojego umysłu i pozwalam mu pobudzić moje komórki do błyskawicznej regeneracji. Efekt jest taki, że już po chwili wszystkie złamania, pęknięcia czy stłuczenia znikają, a ja jestem w stanie zmienić postać.
Z ust kucającego obok mnie wydobywa się cichy gwizd.
- Powiem ci szczerze, że nie spodziewałem się, że aż tak źle będziesz wyglądać - stwierdza Estive.
- Ty też nie wyglądałeś lepiej, kiedy Lu znalazła cię w jaskini, prawie że martwego - odgryzam się i próbuję wstać.
Ten obok natychmiast się podnosi i pomaga mi zrobić to samo.
Tak czy owak, wcale nie jest mi łatwo iść. Odwieczny oczywiście to zauważa i bierze mnie pod ramię.
- A teraz powiedz, co się stało, że zrobiłeś z siebie aż takie pośmiewisko? - wbrew pozorom w tym pytaniu nie ma ani trochę sarkazmu, po prostu czyste stwierdzenie faktu. Dlatego też puszczam mu to płazem... Choć, w sumie kiedy pyta o takie rzeczy, przypominają mi się stare czasy, kiedy był tylko moim nauczycielem, a nie dobrym przyjacielem, jak to jest już od dłuższego czasu... Bardzo możliwe, że od momentu, w którym rok temu uratowałem mu życie.
- Dwie doby lotu - odpowiadam, krzywiąc się z bólu, bo przypadkiem stanąłem na nie tą nogę, którą trzeba (widać jednak jakieś obrażenia w ludzkiej postaci też pozostały...). - Same burze, po prostu nie dałem rady szybciej.
- Chyba zwariowałeś - brwi smoka podjeżdżają do góry. - Dlaczego?
- Der Soltarie obwinia nas o zniknięcie Luminy, twierdzi, że to my ją zabiliśmy - wyjaśniam. - Wypowiedział nam wojnę, do której przyłączyła się również Trianga. Na razie nieoficjalnie, rzecz jasna, jawnie jak na razie nie będą łamać postanowień traktatu, ale planują się zbroić i zaatakować nas w najmniej spodziewanym momencie. Mają o tyle łatwiej, że cała nasza elita, cały rząd jest tutaj...
Tamten od razu się zatrzymuje i mierzy mnie uważnym spojrzeniem.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, jak ważna jest to informacja?
- Gdybym sobie nie zdawał, nie leciałbym tyle czasu w takich warunkach i nie narażałbym się na śmierć - rzucam. - Muszę szybko powiadomić o tym mojego brata.
- Musisz to ty odpocząć - oponuje. - Ja się z nim spotkam. Ty poczekaj.
- Dam sobie radę, wytrzymam jeszcze trochę - mówię, za wszelką cenę próbując powstrzymać wszechogarniający ból i zmęczenie.
Estive nie odpowiada, po prostu mierzy mnie uważnym spojrzeniem. Na pewno widzi determinację w moich oczach, bo lekko kiwa głową, jakby się nad czymś zastanawiał...
I w mgnieniu oka wyciąga coś z kieszeni i psika mi tym w twarz.
Odruchowo się cofam, a w nosie kręci mi się słodki zapach fiołków.
Przez głowę błyskawicznie przemyka mi myśl - ej... co jest? No nie... Rzesz to... Ghhhhhrrrrrr!
Odwieczny oczywiście mnie podtrzymuje, kiedy zaczynam tracić równowagę.
- Ty wredny... - syczę. - Niech ja...
- Nie musisz dziękować - odpowiada usłużnym tonem, gdy pomaga mi bezboleśnie osunąć się na podłogę, a potem gestem przywołuje obecnych, choć praktycznie niewidzialnych strażników.
A i tak ostatnią myślą, którą jeszcze jestem w stanie zidentyfikować, jest "W sumie... To serio dziękuję".
I potem zapada ciemność.