Vastertilie. Realny Świat Baśni - Tayla Smith

Reflow text when sidebars are open.
- Dion, jak się czujesz? - głos Lary wdziera się do ciemności panującej w mojej głowie. Powiem szczerze, że na początku za bardzo nie mogę się za bardzo skapnąć, o co w ogóle chodzi i z jakiej racji ktokolwiek przerywa mi odpoczynek... Nie, zdecydowanie nie jest to przyjemne...
- Czego? - mruczę, powoli rozchylając zaciśnięte szparki powiek. Jestem tak totalnie zmęczona, jakby była to bodajże czwarta, nieprzespana doba z rzędu...
Tylko gdzie ja w ogóle jestem? Pamiętam, że zemdlałam, czyli chyba na kanapie, ale tak dziwnie pachnie... Chlorem! Czyli chyba zabrali mnie do szpitala i pewnie dali jakieś przeciwbólowe...
A tak serio to ledwo udaje mi się cokolwiek poukładać w głowie, mam wrażenie, jakbym była na haju... Albo trochę za dużo im się wstrzyknęło, albo to morfina... Choć pewnie kiedyś się o tym przekonam. Teraz już na serio zaczyna mnie boleć głowa, i to od samego myślenia. Kiedyś nie powiedziałabym, że to możliwe, a jednak!
- Jak się czuje moja najlepsza przyjaciółka? - głos dziewczyny szumi mi w głowie.
- Sso jess? - podnoszę się z pozycji leżącej, co wymaga ode mnie naprawdę sporo wysiłku.
Świat wiruje przed moimi oczami, ale jakimś cudem udaje mi się skupić wzrok na twarzy dziewczyny, siedzącej przy moim łóżku.
- Zemdlałaś - tłumaczy mi Lara. - Zadzwoniłam po karetkę, bo tak w sumie to się totalnie wystraszyłam, a ty też najlepiej nie wyglądałaś... Wiesz, jak przyjechali, od razu dali ci zastrzyk z morfiną, mówili, że ponoć na zmniejszenie bólu, obniżenie tętna... A potem cię zabrali tutaj, nie wiem, z jakiego powodu, ale jakieś badania ci porobili i ogólnie, a koniec końców wylądowałaś tu, w tej sali...
- Aha... - ma mojej twarzy pojawia się niezwykle szeroki uśmiech, choć nie jestem całkowicie pewna, dlaczego. - Czyli już w porządku, tak? To ja spadam...
- O nie, moja droga, nigdzie nie idziesz - w głosie mojej przyjaciółki ni z tego, ni z owego pojawia się ogromna stanowczość, o jaką nigdy bym jej nie podejrzewała. - Masz jeszcze zostać, mówili, że chcą zrobić ci jeszcze kilka badań.
- Za nic w świecie! - odpowiedź może być tylko jedna. - Dlaczego to się tak kręci? - wyrywa mi się, gdy za wszystką cenę próbuję uspokoić wirujący świat, przykładając sobie palce do skroni.
Dziewczyna obok mnie kwituje to śmiechem.
- Kręci się, bo dostałaś wyjątkowo dużą dawkę - oznajmia. - Spałaś całą dobę, a coś mi się zdaje, że zostaniesz jeszcze co najmniej dwie...
- Że what? - na sekundę świat zyskuje niezwykłą ostrość, ale potem, niestety, znowu się rozmazuje. - Nie, ja przecież nie mam czasu, tak właściwie to już dawno powinnam być w drodze... Tylko niech Ziemia zacznie kręcić się nieco wolniej i... spadam stąd.
- Nawet nie próbuj! - ostrzeżenie, jakie widzę w oczach Lary, może (a właściwie to chyba nawet powinno) co prawda dać całkiem sporo do myślenia, ale skoro Estive po mnie posłał, to coś mi się zdaje, że nie mam wyboru, muszę jak najszybciej dostać się do Jordanii, do Petry...
Po chwili orientuję się, że ostatnie słowa wypowiedziałam na głos.
Mimo potwornego wirowania w głowie usilnie zaczynam próbować wymyślić coś, co choć trochę usprawiedliwiałoby choć część tego, co właśnie mi się wyrwało...
- Dion, o co chodzi? - ostrożny ton w głosie przyjaciółki wystarczająco mówi mi, że nie mam co liczyć, tym razem nie da mi się wywinąć. - Czy to ma związek z tą rozmową, o której miałaś mi powiedzieć? - oj... A już myślałam, że o tym zapomniała... Czyli teraz zapowiada się dwa razy więcej główkowania i dwa razy więcej informacji, które i tak bardzo niechętnie jej przekażę... - I co to w ogóle jest? Bo ładny, jak ci nie potrzebny, mogę sobie wziąć, jak ty nie chcesz - przy tych słowach wyciąga z kieszeni duży, pięknie oszlifowany kryształ, zawieszony na grubym rzemyku i kładzie go na moim łóżku.
Gdy tylko widzę wisior, serce zaczyna mi bić w niesamowicie przyspieszonym tempie, a oczy nie mogą się od niego oderwać, zupełnie, jakby jakoś mnie zahipnotyzował...
Bezwiednie wyciągam po niego rękę i wystarczy, że chwytam go w dłoń, by świat dookoła idealnie się wyostrzył. Potrafię zauważyć najmniejszy pyłek kurzu, słyszę nawet najcichszy dźwięk, wszystko jest perfekcyjnie wyraźne. I tak zostaje.
Czuję też, jak kryształ rozgrzewa się niemal do temperatury topnienia. Oczywiście, że to czuję - boli zupełnie tak, jakby moja skóra się rozpuszczała, łącząc z kryształem. Muszę zacisnąć zęby, żeby nie krzyczeć z bólu. Ale nie puszczam. Nie mogę. Bo kto wie, co tak naprawdę mogłoby się wydarzyć, bardzo możliwe, że mogłabym na serio stracić dłoń...
I nagle staje się chłodny jak lód, by potem na ułamek sekundy rozbłysnąć oślepiającym światłem.
- Dion, co się dzieje? - przyjaciółka wygląda na śmiertelnie przerażoną.
Ignoruję jej pytanie i podnoszę ozdobę na wysokość oczu. Teraz kryształ nie jest już taki, jak przedtem. Teraz widzę, że w sam środek wtopiono miniaturową białą różę, pokrytą kroplami krwi. Co prawda nie jest to ani prawdziwy kwiat, tylko idealna figurka. Biała róża z szkarłatnymi kroplami krwi na płatkach. Symbol mojej rodziny. Przypomnienie niesamowitej tragedii, która spotkała mój ród wieki temu...
- Skąd do masz? - pytam cichym głosem.
Dziewczyna wzdryga się na sam jego dźwięk. Widać poprzednie wydarzenia musiały nieźle nadszarpnąć jej nerwy...
- Leżało obok figurki gryfa na stoliku nocnym - Lara spieszy z wyjaśnieniami. Wniosek: to wszystko musiało naprawdę porządnie ją przerazić... - Zabrałam to ze sobą, bo myślałam, że coś niecoś mi wyjaśnisz...
- Jakiej fi... - gryzę się w język. Chyba niestety za późno przypominam sobie o strategii gryfa co do udawania posążka...
- Jak to jakiej? - zupełnie tak, jak przewidziałam, jest już za późno. Moja współlokatorka i tak załapuje, co chciałam powiedzieć. - Tej, którą właśnie mam w torebce... - oznajmia, sięgając do środka.
Sekundę później cofa dłoń, a na palcu wskazującym widnieje powiększająca się kropla krwi
Dziewczyna marszczy brwi i właśnie ma się odezwać najprawdopodobniej po to, by rzucić jakąś uwagę, co też znajduje się w damskich torebkach. Przeszkadza jej w tym ochrypły, kraczący głos, który ni z tego, ni z owego zaczyna dobiegać ze środka owej torebki:
- Nie, to już jest szczyt wszystkiego! Żeby tak traktować posłańca, to się nie godzi w żadnym pojęciu!
Moja przyjaciółka w pełnym osłupieniu przygląda się, jak z pomocą szponów odsuwa się suwak. Potem z powstałego otworu wysuwa się przednia część ciała orła, potem cała lwia reszta, w tym skrzydła (te też orła).
Wszystko to w połączeniu z głosem robi piorunujące wrażenie na nastolatce.
Jej mina wyraźnie mówi, że dziewczynie zanosi się na pisk, więc w ułamku sekundy zrywam się z łóżka (przy okazji w dość bolesny sposób pozbywając się kroplówki z morfiną. Zanotować - nigdy gwałtownie nie wyrywać jakichkolwiek podobnych igieł) i zasłaniam jej usta dosłownie w ostatnim momencie przed wydaniem przez nią jakiegokolwiek odgłosu.
- Lara, błagam cię, bądź cicho i posłuchaj - patrzę na nią, wzmacniając swoje słowa również niemą prośbą. - Przysięgam, że ci to wszystko wytłumaczę, co do joty, tylko muszę wyrwać się stąd tak szybko, jak to tylko możliwe.
Delikatnie zabieram dłoń z twarzy przyjaciółki, gotowa w każdym momencie przycisnąć ją z powrotem, na wypadek, gdyby mnie nie posłuchała.
Na moje szczęście jakoś udaje jej się zostawić swoje emocje w środku, ale za to patrzy na mnie z niemym wyrzutem. Oczywiście, że doskonale ją rozumiem, pewnie też tak bym się czuła, jakby okazało się, że moja najlepsza przyjaciółka i powierniczka ma dość podejrzane powiązania, takie wręcz nie z tego świata...
- To mówiłaś, że musisz się stąd zmyć w tempie ekspresowym, tak? - mimo urazy, którą najwyraźniej do mnie żywi, ciągle jest gotowa wyciągnąć pomocną dłoń. - Czego potrzebujesz?
- Jakbyś mogła skołować mi jakiś komplet ciuchów i okulary przeciwsłoneczne, to byś była kochana... Tylko wiesz, na wczoraj! - akcentuję. - Miśku, obiecuję, że jak tylko wrócimy do domu, opowiem ci o wszystkim, co tylko chciałabyś wiedzieć.
- No ja myślę - ciągle jest nieco naburmuszona, ale coś mi się zdaje, że moja obietnica nieco ją uspokoiła. - Tylko pamiętaj o wymyśleniu jakiejś porządnej historyjki, bo będziesz musiała gęsto się tłumaczyć - dodaje kąśliwie, po czym wychodzi, porządnie akcentując to trzaśnięciem drzwiami. Czyli ciągle jest na mnie wściekła... Trudno. Ale faktycznie będę musiała się sporo nagłowić, żeby wytłumaczyć jej możliwie jak najwięcej, tak właściwie nie mówiąc nic na temat siebie...
- Zamierzasz powiedzieć jej wszystko? - pyta gryf po chwili milczenia.
- Co? - wyrywam się z zamyślenia i opieram się plecami o parapet. - A, tak... Nie, chciałabym tego uniknąć. Ale nie mam bladego pojęcia, jak to będzie. Wolałabym powiedzieć Larze jak najmniej. Tylko wiesz, będzie sporo tłumaczenia i tak dalej... I nie mam pojęcia, co z tego wyniknie. A kłamać na pewno nie będę. Jestem jej to winna...
- Rób co chcesz, w końcu to twoje życie - lwiszysko wykazuje niezwykłą wyrozumiałość, naprawdę dziwną jak dla przedstawicieli tego gatunku. - A tak to ciekawe, kiedy ta twoja przyjaciółeczka przyjdzie. Nie lubię jej. Ale szpitala też mam dość. Bardziej niż jej nie trawię zapachu chloru. Wiesz, kiedy ona już przyjdzie i nas stąd zabierze?
- Jak chcesz, to przecież możesz już wracać - wzruszam ramionami. - Potrafisz przecież trafić do mojego domu, prawda?
- No, w sumie tak... - zwierzę kiwa głową, po czym zgrabnie podrywa się z parapetu i wylatuje przez otwarte okno.
Wzdycham i czuję, że na mojej twarzy pojawia się delikatny, lekko rozmarzony uśmiech. Szczerze powiedziawszy, jak zobaczyłam stworzenie, zatęskniłam trochę za Arlesiie. I, choć pewnie wcześniej bym się do tego nie przyznała, brakowało mi tej nadzwyczajności, której tu się nie znajdzie. W sumie miło będzie wrócić...
Zerkam na zegar, wiszący naprzeciwko mojego łóżka. Swoją drogą, też jestem ciekawa, kiedy dziewczyna wróci. Chciałabym już jak najszybciej być w drodze...