ROZDZIAŁ I
Adaptacja
23. dzień Porannej Mgły 1222 roku
Arden
Jeśli podczas przemierzania arvalskich łąk zechcielibyście znaleźć miejsce niezwykłe, tętniące życiem i pachnące niczym skórka świeżo wypieczonego chleba, każdy z Arvalczyków bez mrugnięcia okiem skierowałby was do Arden. Zaraz po przestąpieniu jego bram widać, jak ogromne i wszechstronne jest to miasto. Kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, cztery gigantyczne targowiska i co najważniejsze - największy na świecie port, który wraz z licznymi przecinającymi się tutaj szlakami handlowymi zamieniły Arden w najważniejszy lądowo-wodny węzeł komunikacyjny na południu Erethreis. Wagę towarów przepływających dziennie przez ręce tutejszych kupców można było liczyć w setkach ton. Nie dziwi więc fakt, że to właśnie to miejsce wybrano na główny port arvalskiej chluby, czyli marynarskiej floty liczącej ponad dwieście okrętów. Ponadto stacjonował tu największy i najlepiej wyspecjalizowany oddział wojsk zwany Latającymi Diabłami.
Ociekające dobrami Arden nie mogło uchronić się przed rozwojem przestępczości, której niestraszne było wojsko ani rozbudowany system kar. Chęć wzbogacenia się na kradzieży co rzadszych przedmiotów okazywała się silniejsza niż lęk przed stryczkiem, kalectwem czy dotkliwymi torturami. Pokazowe egzekucje stanowiły więc dla mieszkańców codzienność, a nawet rozrywkę, bowiem Arden pozostawało jedynym miastem w kraju, w którym egzekucje wciąż odbywały się publicznie.
- Jeśli zaraz czegoś nie zjem, to wpadnę w szał! - warknęła dziewczyna o wydatnych kształtach, fiołkowym spojrzeniu i nieskazitelnej postawie. Prowadziła małą grupę osób w stronę gigantycznego portu znajdującego się na końcu ulicy. Jej długie i proste niebieskie włosy falowały z każdym krokiem, a wysoko zadarta głowa chodziła w obydwie strony, wypatrując karczmy, restauracji czy chociażby baru.
- Może tam? - spytała idąca obok, maksymalnie trzynastoletnia dziewczynka w ciemnym kapturze, zasłaniającym niemalże całą twarz. Pokazywała na duży różowy szyld przedstawiający dwie kobiety karmiące mężczyznę winogronami.
- Nie! - krzyknęła trzecia dziewczyna, łapiąc ją za ramię. Była nieco młodsza od pierwszej, za to posiadała niezwykłe i niesamowicie długie, sięgające prawie do kolan, srebrnobiałe włosy. Ta w kapturze z początku otworzyła usta, ale gdy przyjrzała się dokładniej budynkowi, zrozumiała, dlaczego nie jest to miejsce dla nich.
Za nimi, kilka kroków z tyłu, szła kolejna osoba. Młody chłopak w niezachęcającym ubraniu i szarozielonych, rozczochranych włosach. Mimo dość upalnego dnia jego szyja pozostawała ciasno owinięta pięknym aksamitnym szalem, totalnie niepasującym do reszty ubrania. Wszechobecne elfy oglądały się na niego, szczególnie gdy gwałtownie odskakiwał od każdego, z kim się właśnie mijał. Dwóm dziewczynom również wyraźnie przeszkadzała jego obecność. Tylko najstarsza, idąca na przedzie, zupełnie nie zwracała uwagi na jego dziwne zachowanie. Zatrzymała się z uśmiechem i pokazała na dużą restaurację w pięknym budynku, zbudowanym z bukowych bali.
- Annabel... - zaczęła Vivien. - Jesteś pewna, że ten dziwak powinien być z nami?
Spojrzała na białowłosą Beatrice, lecz ta nie poparła jej wahań.
- Jeszcze jedno słowo, a nie ręczę za siebie - odpowiedziała Annabel, mierząc wzrokiem przestraszoną dziewczynkę. - Gdzie ta twoja empatia? Seth to bardzo miły chłopak, wystarczy tylko dać mu się do siebie zbliżyć.
- Nie, nie, tak jest dobrze... - wtrąciła słabym głosem Beatrice, chcąc załagodzić sytuację. - Vivien też potrzebuje czasu. Swoją drogą, ja również go potrzebuję...
Annabel przewróciła oczami, machnęła do speszonego Setha, po czym odwróciła się w stronę celu swojej podróży.
Szybko okazało się, że nie była to zwyczajna restauracja. Zimna Płyta, znana jako jeden z najbardziej ekskluzywnych i najdroższych lokali w mieście, onieśmieliła młodych podróżnych.
- Zasługujemy na to po trzech dniach paskudnego jedzenia - powiedziała Annabel, widząc nietęgie miny przyjaciół.
Gustownie ubrany elf zaprowadził ich do stolika, na którym już czekały karty dań. Po otworzeniu jednej z nich trzynastoletnia Vivien od razu spojrzała na białowłosą Beatrice, która z kolei pochyliła się lekko w stronę Annabel.
- Ann, bo wiesz... Naprawdę stać nas na posiłek w takim miejscu? - szepnęła do niej na tyle cicho, aby nikt nie usłyszał.
- Nie ma problemu - odpowiedziała jej na głos niebieskowłosa, przeglądając swoją kartę. - Wybierzcie, co chcecie zjeść, bez ograniczeń. Ja stawiam!
Beatrice spojrzała na nią podejrzliwie, po czym skierowała wzrok na fakturowane kartki menu. Z kolei Seth po otworzeniu zdobionej karty nie ruszył oczu ani o milimetr, tylko wciąż wpatrywał się w nazwę pierwszego dania. W końcu, gdy zjawił się kelner i zaczął po kolei przyjmować zamówienia, chłopak wyrwał się z letargu i pokazując palcem na papier, wycedził:
- To.
Zdziwiony elf spojrzał na niego z lekką pogardą i jeszcze większym niesmakiem, po czym odszedł, nie wymieniwszy z gośćmi uprzejmości. Trzy dziewczyny nie miały lepszych min niż oddalający się kelner. Zapadła cisza, którą przerwała Beatrice głośnymi zachwytami nad unikatowym wystrojem wnętrza. Zwisające z sufitu bluszcze doskonale komponowały się ze sporych rozmiarów drzewem wiśniowym, wyrastającym na perfekcyjnie zaaranżowanym klombie w centralnej części pomieszczenia. Jedną ze ścian w całości ozdobiono oryginałami dzieł najznakomitszych malarzy minionych wieków. Perłą restauracyjnej kolekcji był gigantyczny pejzaż przedstawiający Zatokę de Fliz. Z siedzącej przy stoliku grupy jedynie najmłodsza, ale najbardziej oczytana Vivien zdawała sobie sprawę, kto namalował ów obraz. Otóż arcydzieło to stworzył jeden z prekursorów malarstwa współczesnego - Valisper Friedrich.
Seth nie wiedział, jak poradzić sobie w całkowicie nowej dla niego sytuacji. Zdezorientowany, nie rozumiał większości słów wypowiadanych przez towarzyszki, a szczególnym strachem napawały go zdania wychodzące z ust Vivien. Nie mógł pojąć, jak ktoś tak mały mógł pomieścić w głowie tak ogromną ilość wiedzy. Niestety dla niego - jego problemy nie skończyły się tak szybko. Gdy tylko kelner zjawił się ponownie ze sztućcami, wyrywając dziewczęta z fascynacji sztuką, Seth złapał go za ramię i powiedział cicho:
- Nie trzeba, ja mam swoje. - Wskazał na leżący koło jego krzesła worek. Chłopak jako jedyny nie zdecydował się na zostawienie swoich rzeczy w szatni.
- Mhmm... Seth, czy mogę cię prosić na chwilę ze mną? -odezwała się Annabel na tyle głośno, że jej towarzysz natychmiast stanął na baczność.
Wyszli razem na zewnątrz, zostawiając wpatrujące się w stół Beatrice i Vivien, całe czerwone.
- Vivien... - wyszeptała pierwsza, podnosząc lekko wzrok i rozglądając się dookoła. Kilku siedzących obok bogato ubranych elfów co chwila ukradkiem zerkało w ich stronę.
- Nic nie mów. Ciekawi mnie tylko, jak to możliwe, że ten dziwak uratował Anie życie... Na dodatek dwa razy. Nie potrafię wyobrazić sobie okoliczności, w jakich byłby do czegokolwiek przydatny.
Beatrice nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ w tym momencie para przekroczyła próg i wróciła z powrotem do stolika. Chłopak wyglądał, jakby miał się co najmniej rozpłakać, w przeciwieństwie do Annabel, której tęczówki zaczynały płonąć ze złości.
Na całe szczęście zmieniły kolor, gdy tylko podano jedzenie. Młoda półdemonica aż otworzyła usta, gdy zerknęła na wielki talerz po brzegi wypełniony czerwonym mięsem udekorowanym borowikami i pieczonymi owocami. Vivien, która zamówiła zestaw najróżniejszych i niespotykanych w przydrożnych lokalach sałatek, też wpatrywała się w swój półmisek z czystym pożądaniem.
- A dla panienki delizia la pasta - rzekł kelner, uśmiechając się do Beatrice i stawiając przed nią porcję złocistego makaronu z blanszowanymi warzywami, polanego błyszczącym sosem beszamelowym. - Czy życzą sobie panie wino?
- Tak, poprosimy trzy lampki czerwonego cabre sauvignon i jedną szklankę świeżo wyciskanego soku z cytrusów - ubiegła koleżanki Annabel, uśmiechając się zalotnie do kelnera. Jej penetrujące i pełne namiętności spojrzenie widocznie zawstydziło młodego elfa, który ukłonił się lekko, zanim ruszył w swoją stronę.
- Ach tak... - rzucił na odchodne. - Pana zamówienie będzie gotowe za kilka minut.
Dziewczyny jadły w milczeniu, podczas gdy Seth się im przyglądał, coraz mocniej trzymając się za brzuch. W końcu pojawił się kelner, niosący na tacy ostatnie danie i zamówione napoje.
- Proszę bardzo, veleno di basilisco. Tak jak pan sobie życzył.
Gdy stawiał przed chłopakiem pozornie normalnie wyglądającą zupę, wszystkie trzy dziewczyny przestały jeść i zatrzymały wzrok na parującej misie. Seth, niczego nie podejrzewając, wziął do ręki łyżkę i łapczywie zaczął wpychać w siebie danie. Z każdą chwilą jego twarz stawała się coraz bardziej czerwona, a kolejne porcje ciężej trafiały do ust. W końcu ze łzami w oczach złapał za kieliszek i duszkiem wypił jego zawartość, na co pozostała trójka prychnęła śmiechem.
- Zanim wyzioniesz ducha, wlej kilka kropel - powiedziała Vivien, z uśmiechem podając mu fiolkę, którą Seth posłusznie otworzył i dodał kolorowego płynu do zupy. Ostrożnie ją skosztował, a gdy okazała się zjadliwa, wrócił do pochłaniania.
- Co to? - zapytała Annabel ciekawa, czym była ta substancja.
- To najzwyklejszy w świecie neutralizator, do kupienia w każdym sklepie alchemicznym. Zapewne zupa jest teraz całkowicie bez smaku, ale jemu to chyba nie przeszkadza... - odpowiedziała Vivien, patrząc ze zmarszczonymi brwiami na wciągającego danie Setha.
- Oj, nie dziwcie się już tak... - żachnęła się Annabel. - Obiecuję, że dzisiaj poważnie porozmawiamy. Wątpię, by udało nam się wsiąść na statek o tej porze.
Gdy wszyscy nacieszyli się posiłkiem, Annabel położyła na stole małą sakiewkę i pokierowała resztę do wyjścia.
- Ile wyniósł rachunek? - spytała Beatrice już na zewnątrz.
Annabel zignorowała pytanie.
- Zerkniemy do portu przed szukaniem noclegu? - powiedziała w zamian. - Dobrze zarezerwować miejsca na statku już teraz. Choć lepiej pójdę sama, zaczekajcie na mnie i nigdzie się nie rozchodźcie!
Beatrice westchnęła, domyślając się, skąd ten pomysł. W końcu nie było możliwości, by kobiecie tak silnej jak Annabel coś mogło się stać, nieważne, jak miałyby wyglądać negocjacje. A przy pomocy swoich wdzięków najprawdopodobniej wytarguje wręcz nieprzyzwoicie niską cenę.
Tak jak przypuszczała Beatrice, po niespełna piętnastu minutach przyjaciółka pojawiła się na horyzoncie.
- Co prawda płyniemy towarowym, ale udało mi się wynegocjować prawie czterdzieści procent zniżki! - krzyknęła, podchodząc do towarzyszy z uśmiechem triumfu na twarzy. - Teraz znajdźmy sypialnię, która nie śmierdzi rybami, i będę szczęśliwa.
- Ile czasu będzie trwała podróż? - spytała Vivien, która nie przepadała za statkami.
- Siedem dni, najprawdopodobniej. Wiesz... nigdy nie wiadomo, nie znam się na okrętach, ale to chyba jeden z tych szybszych. - Annabel zaczęła drapać się po głowie, a Vivien próbowała sobie przypomnieć, czy nie czytała albo nie posiadała jakiejś książki na ten temat. - Tak czy siak, chodźmy poszukać hotelu. W dzielnicy snów powinny znajdować się zarówno te ekskluzywne, jak i te bardziej... na naszą kieszeń. - Po jej minie można było wywnioskować, że obiad okazał się odrobinę droższy, niż przewidywała.
Miasto po zmroku przestało być tak zachęcające. Wesoły gwar targowisk, zapach aromatycznych przypraw i hałas zażartych dyskusji zniknęły. Grupa idąca główną ulicą ciągle zauważała podejrzanie wyglądające osoby. Raz nawet podszedł do nich elf, który zażądał pieniędzy na piwo i zagroził, że odmowa będzie wiązać się z uszczerbkiem na zdrowiu. Jego zamiary się raczej zmieniły, gdy potężny podmuch wiatru wrzucił go na najbliższy dach. Większym problemem okazali się lichwiarze, rozstawiający swoje stoiska późnym wieczorem. Widząc podróżnych, zapraszali ich do swojego straganu i próbowali wcisnąć im najróżniejsze przedmioty - poczynając od zabawek dla dzieci, kończąc na koronkowej bieliźnie, którą trochę za głośno gardziła Annabel, mówiąc, że nie rozumie, dlaczego ktoś chciałby to nosić.
- Była bardzo ładna... - szeptała do niej Beatrice, gdy szybkim krokiem zmierzali do krawędzi targu. - Poza tym nie każdy ma takie nawyki jak ty! Dla twojej wiadomości: normalni ludzie noszą bieliznę.
- Moim zdaniem tak jest znacznie lepiej. Nigdy nie aspirowałam do bycia, jak to ujęłaś, "normalnym człowiekiem" - odpowiedziała nadąsana, potrząsając klatką piersiową. W oczach Vivien pojawił się złowieszczy błysk.
- Ale masz piękne włosy... - rozległ się nagle słodki do bólu, dziewczęcy głos za ich plecami. Do idącego kilka kroków z tyłu Setha przyczepiła się ulicznica. Sparaliżowany, niepewnie spojrzał w jej stronę, nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa.
- Nie no, to już jest przesada! Żeby tak na środku ulicy - powiedziała Beatrice, robiąc dwa kroki w ich stronę, ale Annabel złapała ją za rękę.
- Czekaj, to jest takie zabawne! - Zachichotała niebieskowłosa, patrząc na Setha próbującego wyrwać się z objęć prostytutki.
- Jesteś okropna! - odkrzyknęła Beatrice. - Zresztą nie chcę nawet wiedzieć, co mogłaś zrobić temu chłopakowi podczas waszej podróży. Jak dobrze cię znam...
- I tu się mylisz, Promyczku - przerwała jej Annabel, spuszczając z tonu. - Nie jestem aż tak "okropna". Zresztą Seth nie wykazał żadnego zainteresowania moim ciałem. On chyba nie do końca czuje, czym jest se...
I w tym momencie rozmowa nagle się urwała. Nieroztropna ulicznica, chcąc przytrzymać wyrywającego się chłopaka, chwyciła za jego magiczny szal. Na ulicy rozpętała się nieprzeciętnie zimna wichura. Z nieba autentycznie zaczął padać niespotykany w tym rejonie śnieg. Znajdujące się dookoła elfy albo uciekały jak najdalej, albo upadały na ziemię, zaskoczone nagłym atakiem zimy. Tylko Annabel wykazała się szybkością reakcji i zasłoniła siebie oraz przyjaciółki ciepłą, ognistą barierą. Wichura znikła tak szybko, jak się pojawiła, gdy tylko Seth ponownie zawiązał szalik na szyi. Ulicznica z płaczem uciekła w stronę targu, a chłopak podszedł do dziewczyn, nie wyglądając wcale lepiej.
- J-ja... To wcale nie... - dukał pod nosem. - Czego ona chciała?
- Spokojnie - Beatrice doskoczyła do niego. - Ja na twoim miejscu postąpiłabym znacznie ostrzej. - Delikatnie wysunęła do niego rękę, szeroko się uśmiechając.
- Ha, ha! - wtórowała jej Annabel, z matczyną czułością przeczesując rozczochrane włosy Setha. - Mówiłam wam, że jest ode mnie silniejszy. I o wiele lepszy, niż się niektórym wydaje - dodała, puszczając oczko zaskoczonej Vivien.
Hotel, który wybrali nie był drogi, ale schludny i cichy. Dziewczyny dostały ogromny pokój z trzema łóżkami i wielką balią wody postawioną za parawanem, a Seth mały pokoik bez specjalnych udogodnień. Jednak gdy wszedł do środka, w jego oczach prawie zaszkliły się łzy, bowiem nigdy wcześniej nie było mu dane spać w normalnym łóżku i wygodnej pościeli.
Został znaleziony przez swoją przybraną matkę w wieku maksymalnie czterech lat. Wychowała go jak własnego syna, wyedukowała, jak tylko mogła, ale niestety nigdy nie zdołała zapewnić mu porządnego schronienia. Koczowali razem; przemierzali korinarskie szczyty i zatrzymywali się w jednym miejscu na maksymalnie kilkanaście dni. Dzięki magii mrozu obydwojgu w żadnym stopniu nie przeszkadzało ani zimno, ani ciągle padający śnieg. Dopiero przed trzema laty matka Setha musiała go opuścić, ale uprzednio pokazała mu miejsce, w którym mieszkał aż do momentu spotkania z Annabel. Środki do życia zapewniał sobie polowaniami i pozostawionymi przez opiekunkę złotymi oraz srebrnymi błyskotkami, które powoli sprzedawał lub wymieniał na co potrzebniejsze przedmioty. Wylękniony, nieobyty, a czasem wręcz dziki w zachowaniu chłopak nawet nie myślał o zamieszkaniu wśród ludzi.
- I tyle udało mi się z niego wyciągnąć - skończyła Annabel. - Dajcie mi się rozluźnić w kąpieli, a opowiem wam resztę.
- Proszę, podgrzej wodę do miłej temperatury - odpowiedziała Beatrice, uśmiechając się.
Annabel odwzajemniła uśmiech i przeszła obok, po czym w ułamku sekundy rozebrała się przy pomocy swojej demonicznej magii. Beatrice patrzyła na nią z wyraźną zazdrością. Jednak zarówno Vivien, jak i sama Annabel dobrze wiedziały, że ich przyjaciółce nie chodzi o niemalże idealne ciało niebieskowłosej, tylko o jej moc, równie praktyczną, co bezsensowną.
Podczas gdy półdemonica się kąpała, Vivien chwyciła za książkę, a Beatrice rozciągnęła się na swoim łóżku. W ciszy rozmyślały nad historią Setha, powoli rozumiejąc jego zachowanie.
- Nie brałam tak przyjemnej kąpieli od dobrego miesiąca - westchnęła Annabel, gdy wyszła zza parawanu i zaczęła wycierać ciało. Przyjaciółki popatrzyły uważnie na dół jej pleców, skąd wyrastał długi i radośnie pomachujący ogon. Dziewczyna wyczuła ich wzrok. - No co? Jeśli myję ciało, to w całości. To chyba oczywiste. - Położyła się na łóżku, odkładając ogonem ręcznik na małą szafkę stojącą obok.
Zapanowała kolejna chwila ciszy, przerwana w końcu przez Beatrice, która poszła w ślady przyjaciółki i zniknęła za parawanem.
- Mogę dokończyć? - kontynuowała Annabel, drapiąc się ogonem po głowie.
- Oczywiście - odpowiedziała jej zza parawanu Beatrice równie głośnym, ale i pełnym rozkoszy tonem. Widocznie musiała znajdować się już w gorącej wodzie.
- Więc poznałam go w mieście Lithal w Hervercie... - zaczęła niebieskowłosa.
Nie szczędziła szczegółów, mówiąc o spotkaniu z trollem i pierwszym ocaleniu jej życia przez Setha. Następnie opowiadała o walce z sektą nekromancką, tajemniczym Throsis oraz dziewczynie z Akademii Magii imieniem Tailla - na wspomnienie jej bohaterskiej śmierci zasłoniła oczy. Gdy kończyła relację, jak to Seth już drugi raz ją ocalił, Beatrice wróciła do pokoju, po czym z troską złapała Annabel za dłoń.
- A, i mam dla was niespodziankę, ale to na statku. Tutaj ściany mogą mieć uszy... - szepnęła niebieskowłosa, zerkając w stronę Vivien i zaganiając ją do kąpieli. Przyjrzała się Beatrice, która w koszuli nocnej wciąż siedziała na rąbku jej łóżka.
- Zmieniłaś się, Promyczku. Rozkwitasz z każdym dniem - wypaliła nagle, wpatrując się w siedzącą teraz sztywno jak patyk dziewczynę.
- HA! Wiedziałam! - krzyknęła białowłosa, podrywając się do góry i z dumą unosząc podbródek. - Widzisz, a mówiłam ci jeszcze w Uliener, że dojrzewam!
Vivien, do której było skierowane to zdanie, milczała, wciąż wertując swoją książkę. W końcu nie wytrzymała napięcia i powiedziała smętnie:
- A wiecie, dlaczego wciąż jestem taka mała? Teraz już to wiem, to wszystko przez moją krew i te elfickie geny.
Dziewczynka wstała z opuszczoną głową, podczas gdy przyjaciółki wpatrywały się w nią z zainteresowaniem. Wcześniej żadna z nich, a zwłaszcza Beatrice, która poznała przeszłość małej towarzyszki nieco szybciej, nie zastanawiała się, jak może to wpłynąć na jej rozwój.
- Elfickie dziewczyny dojrzewają później! Żyjemy dłużej, więc równie długo dorastamy! - krzyknęła, wskazując na książkę, którą jeszcze przed chwilą czytała. Nosiła ona tytuł Niesamowitości Rasowości. - To dlatego wciąż wyglądam tak dziecięco!
- Spokojnie, kochanie - zaczęła uspokajającym tonem Beatrice. - Wciąż jesteś strasznie młodziutka. Zresztą, to nie jest ważne... Chyba za dużo mówię ostatnio o swoim wyglądzie. Przecież uroda tak szybko przemija...
Wymieniły się z Vivien uśmiechami, po czym obie skierowały się do swoich łózek. Annabel wciąż leżała, opierając się na ręce, jakby lekko zamyślona.
- A właśnie, Ana - zwróciła się do niej Beatrice, chcąc zmienić temat. - Jak to się stało, że masz tyle pieniędzy? Ten obiad, hotel, statek...
- No... Zdarzyła się pewna sytuacja. Mniej więcej przy arvalskiej granicy zostaliśmy z Sethem napadnięci przez bandytów... Banda zwykłych rzezimieszków, ale w obozie mieli nie lada fortunę. Przygarnęłam ją sobie, zresztą nie była im już potrzebna.
- Co to znaczy, że nie była im już potrzebna? - zapytała Vivien.
W oczach Annabel zamiast odpowiedzi pojawił się krwistoczerwony błysk, na widok którego dziewczynka głośno przełknęła ślinę.
A ha, ha... To była rozrywka, nie to, co teraz - rozległ się głos w myślach Annabel. Ta natychmiast usiadła, łapiąc się za głowę i zamykając oczy.
Obydwie przyjaciółki poderwały się z łóżek.
- Ana, co się dzieje? - zapytała Beatrice.
- Chcesz Dolor lub Sactum? - dodała Vivien, wracając do swojego łóżka i wyciągając spod niego torbę.
- N-nie... - odpowiedziała przez zęby, wciąż trzymając się za głowę.
Zamknij się - dodała w myślach. - Zamknij się...
A ta twoja srebrnowłosa przyjaciółka jest niczego sobie, wiesz? - kontynuował wewnętrzny głos. - Och, gdybym to ja kontrolował teraz twoje ciało...
- ZAMKNIJ SIĘ!!! - krzyknęła nagle na cały głos Annabel, a jej ogon zaczął poruszać się na boki z ogromną siłą. Oddychając ciężko, opuściła ręce, następnie powoli otworzyła oczy.
- Ana? - Beatrice złapała ją w objęcia i mocno przycisnęła jej twarz do swojego policzka. - Wszystko w porządku? Ana?
Pytana złapała za jej dłonie z wymuszonym uśmiechem. Roztrzęsiona Vivien skuliła się w zagłówku jej łóżka, szukając fiolki ze świeżo uwarzonym Dolorem.
- Tak, już się uspokoił... Przepraszam was, ale on... ten drugi... od pewnego czasu zaczął do mnie mówić - szeptała pod nosem, coraz spokojniej nabierając powietrza w płuca. - Właściwie wszystko zaczęło się w momencie walki z Kreinem... Coś się zmieniło... we mnie... wewnątrz mojego serca. Nie wiem, jak to opisać, ale jego mowie towarzyszy zawsze to niesamowite uczucie, straszne, ale tak przyjemne. Pełne bólu, ale i spełnienia, niewyobrażalnego szczęścia. Zatraca mnie w smutku, ale i podnieca. Zwiększa moc, mimo że paraliżuje... - Odkleiła się od przyjaciółki i popatrzyła na swoją lewą pierś. Zmieniła ona kolor na popielaty, a także nieznacznie się powiększyła.
- Mogę? - spytała Vivien, trzymając w dłoni fiolkę z eliksirem oraz pudełeczko z lekko błyszczącą złotą maścią. Gdy tylko przytknęła palec do przemienionej skóry, Annabel zawyła i rzuciła się na ziemię.
- Ja... p-przepraszam! - krzyknęła dziewczynka i doskoczyła do przyjaciółki, ale zawahała się, widząc jej dłoń, która samoczynnie pisała coś na podłodze.
- Uważaj, to może być klątwa! - Beatrice kucnęła obok, patrząc na zdanie napisane przez spoczywającą w bezruchu demonicę.
Napis nie był klątwą, tylko żartobliwym i rymowanym zdaniem w języku elfickim. W dosłownym tłumaczeniu na język wspólny znaczyłoby ono mniej więcej: "Ta maść jest paskudna, lepiej wsadź ją sobie tam, gdzie światła już brakuje".
Rozdygotane dziewczyny obejrzały się na siebie, próbując zrozumieć, o co w tym chodzi.
- Chyba Sactum nie podziała na jej demoniczną duszę - stwierdziła Vivien, dotykając policzka Annabel. - W sumie to całkiem logiczne. To tylko półśrodek łagodzący skutki ich mocy. Muszę przyznać, dość zaskakujący ten demon. - Po tych słowach nieopatrznie usiadła na pierwszym wyższym od podłogi miejscu, którym były plecy niebieskowłosej.
- Więc to tak się bawicie, gdy ja tutaj cierpię, tak? - rozległ się zdenerwowany głos.
Leżąca dziewczyna gwałtownie się podniosła, co poskutkowało upadkiem jej małej przyjaciółki.
- My po prostu... - tłumaczyła się Vivien, wstając z podłogi, ale Annabel ją uciszyła i usiadła z powrotem na łóżku, masując obolałe miejsca.
- Wiem, jak to wygląda, ale on nie chce mi nic zrobić... W sumie to najczęściej daje mi rady, ale czasami... Czasami po prostu mówi rzeczy, których nie chcę słyszeć. Zrobię wszystko, by nie sprawiał problemów... Wybaczcie mi, muszę się położyć.
Pogłaskała po głowie różowowłosą towarzyszkę, po czym okryła się puchową kołdrą.
- Śpimy dzisiaj razem? - zagaiła przyjaciółkę blada Beatrice.
Zaintrygowane, ale i zmartwione dziewczyny szeptały jeszcze chwilę o zaistniałej sytuacji, a po kilku minutach zasnęły. Annabel tymczasem tylko udawała, że śpi. Czuła niedosyt i ekscytację, wiedząc, że on nie śpi. Wzięła głęboki oddech, wyciszając swoją energię i jaźń. Chciała choć przez chwilę z nim porozmawiać.