W PIWNICY
Juva pociągnęła dźwignię i usłyszała, jak kusza napina się z dającym
poczucie bezpieczeństwa trzaśnięciem. Oparła łoże na piersi, gotowa
zareagować. Nasłuchiwała.
Róg Umarłych niósł swoją ponurą wieść po Náklavie, a mężczyźni stojący
tuż za plecami Juvy znów zaczęli oddychać, lecz poza tym na ulicy
panowała niepokojąca cisza. Żadnego płaczu, żadnych sparaliżowanych
strachem gapiów, żadnych krzyków z okien. Nawet żadnych pijanych ludzi
wracających do domu w ciemną letnią noc.
Majestatyczne kamienice rozpychały się przy drodze wiodącej na szczyt
Królewskiego Wzgórza do takiej wysokości, na jakiej tylko mogły się
znaleźć, aby nie przeszkadzać rezydentom twierdzy Náklaborg. Nic nie
wskazywało na to, aby ta szczęśliwa okolica w ogóle dotknięta była
wilkowatością.
Juva widziała Skarra, który uniósł na nią nieustraszone, żółte wilcze
ślepia, ale nie wyczuwała zagrożenia, była jedynie świadoma, że coś się
stanie. Serce wybijało swoją odwieczną przestrogę: tylko czekaj...
tylko czekaj... tylko czekaj...
Nachyliła się bliżej ku Nolanowi.
- Czy jesteśmy we właściwym miejscu?
Nolan wyjął zbyt uproszczony jak dla nich plan miasta.
- Królewskie Wzgórze Górne dziewięć. Goniec przybiegł prosto z budki
wartowniczej, to dopiero pierwszy. Rzadko myli się wcześniej niż
trzeciemu z kolei.
Juva popatrzyła na wznoszący się przed nimi dom. Stary, przepyszny
budynek chroniony murem z łukowatą bramą. Mieli tam nawet wewnętrzny
dziedziniec. Juva wyszarpnęła Nolanowi plan miasta i obróciła w ręce.
Nazwisko i adres zostały pośpiesznie nabazgrane w budce.
- Girding?
Nolan spojrzał na nią, jakby zapomniała własnego imienia.
- Gisting. Hjarn Gisting. To członek Rady Królestwa, Juvo.
- Coś takiego - wymamrotał Lok.
Juva zajrzała przez bramę na dziedziniec. Jeśli w domu radnego znajdował
się ktoś dotknięty wilkowatością, to wszystko rozgrywało się niezwykle
cicho.
- Fałszywy alarm? - zapytała, chociaż wątpiła w to. Fałszywe alarmy
zdarzały się rzadko.
Hanuk wybuchnął ochrypłym śmiechem, który zawsze przywodził Juvie na
myśl srokę.
- A może przekupili chorego, żeby poszedł gdzie indziej?
Lok zarechotał.
- Albo zaoferowali mu miejsce w Radzie Królestwa. Nikt by przecież nie
zauważył różnicy.
Juva zerknęła na niego. Lok zawsze lubił szydzić z ludzi mających więcej
pieniędzy lub władzy, lecz ani jedno, ani drugie nie mogło zatrzymać
wilkowatości. Dziewczyna poczuła narastający niepokój.
- A może wszyscy nie żyją - powiedziała.
Nastrój znów się zagęścił, jak podczas zrzucania do morza. Nolan
obejrzał się.
- Gdzie oni się, na Gaulę, podziewają?
Lok przetarł oczy palcami.
- Nie rozumiem, czemu Dziurawiec czy Broddmar nie zamieszkali z nami...
Wszystko byłoby wtedy łatwiejsze.
- Miej pretensje do siostry Dziurawca - odparł Nolan. - Uważa, że
jesteśmy czcicielami diabła.
- My? - Juva spojrzała na niego. - Czy to nie ona była z tym fajtłapą,
który poszedł z nami do Svartny w środku zimy? Tym, który przemycał krew
w kolbie na łydce?
Nolan roześmiał się drwiąco i nakreślił na piersi krąg Jól.
- Słyszałem, że narodziła się na nowo. Ponownie napiła się wody i została uwolniona od grzechów.
Juva wywróciła oczami i zobaczyła, że tuż nad nią ktoś wygląda przez
okno. Rozległ się odgłos zamykanych drzwi. Ktoś nerwowo pukał do
sąsiada. To był dźwięk zakłóconego nocnego spokoju. Wieści o łowcach
rozejdą się po ulicy wraz ze wstrząsającą świadomością, że tym razem
trafiło na nas.
Usłyszała, że ktoś biegnie, i chwyciła kuszę obiema rękami, ale to tylko
Broddmar i Dziurawiec zjawili się, ciężko dysząc. Dziurawiec, z trudem
łapiąc oddech, otarł pot z łysej głowy.
- To przecież... na samej górze...
- Za dużo schodów? - zapytał Nolan z miną niewiniątka.
Broddmar spojrzał na niego spode łba.
- Wchodziłem na wszystkie schody w Náklavie, zanim się urodziłeś,
chłopcze.
Juva wślizgnęła się przez bramę i rozejrzała po dziedzińcu. Przesunęła
palcami po łożu kuszy i sprawdziła, czy bełt leży prosto w prowadnicy.
Broddmar zbliżył się do niej.
- Wyczułaś coś?
- Wtedy bym nie czekała.
Podeszła do drzwi i zastukała kołatką. Otworzył mężczyzna w dwurzędowej
kamizelce, z wyraźną ulgą na twarzy. Dobrze znała to spojrzenie, to
fałszywe poczucie bezpieczeństwa, którego się chwytał, jakby sam jej
strój miał moc uratowania ich przed wilkowatymi. Cienka warstwa
wysłużonej skóry przeciwko czystemu szaleństwu.
Mężczyzna odsunął się na bok, wpuszczając ich do środka.
- Witajcie! Pan wkrótce was przyjmie.
Wkrótce?
- Czy są ranni albo zabici? - zapytała Juva, wchodząc do holu.
- Ależ nie, aż tak źle nie jest! - Jego wzrok przesunął się po jej
czerwonym stroju. - W każdym razie jeszcze nie.
Juva ściągnęła kaptur i się rozejrzała. Z piętra schodziły kręte schody,
a liczne podcienia wskazywały jasno, że jest tu aż za dużo miejsc, z których można zaatakować. Pomieszczenie zostało kosztownie umeblowane,
lecz nie było w nim nic odpowiednio dużego, żeby dało się za tym
schować. Przy jednej ze ścian stał dowód zamożności, drewniana szafka z zegarem. Miała wbudowaną klepsydrę, jak gdyby samemu zegarowi gospodarz
nie ufał.
Hanuk uniósł rękę, aby dotknąć szafki. Juva odchrząknęła, więc
zrezygnował. Dała im znak i wszyscy rozproszyli się, aby sprawdzić, czy
nikt dotknięty wilkowatością nie ukrywa się w podcieniach.
Do holu wszedł mężczyzna w białej koszuli. We włosach miał pasma
siwizny, a w dłoniach ściskał pogrzebacz.
- Jól niech będą dzięki, przyszliście!
Wyciągnął rękę w stronę kobiety i dziewczynki, które z wahaniem
przystanęły w drzwiach. Były dobrze ubrane i wyraźnie gotowe, aby w mgnieniu oka opuścić dom.
- Nazywam się Hjarn Gisting, to moja cudowna żona Auga i moja wnuczka
Brina. A wy jesteście tymi słynnymi łowcami? Wykrwawiaczami Náklavu? A może tylko wy dwoje w czerwonych strojach...?
Przenosił wzrok z Juvy na Broddmara, jakby oczekiwał, że się
przedstawią. Juva poczuła, że traci cierpliwość.
- Czy masz wilkowatość, Hjarn? - zapytała z nadzieją, że obudzi w nim
zmysł działania.
- Nie! Oczywiście, że nie - odpowiedział z zakłopotaniem, wskazując
pogrzebaczem drzwi pod schodami. - Jest zamknięta w piwnicy na wino. Nie
może wyrządzić żadnych szkód.
- Ludziom - rzuciła jego żona. - Wina są warte majątek.
Juva podeszła do drewnianych drzwi. Nic nie usłyszała, ale wiedziała, że
ta cisza kłamie. Coś otuliło jej serce jak zimna mgła. Mężczyźni zebrali
się wokół niej, skinęła im dyskretnie, aby potwierdzić to uczucie.
- Kim ona jest? - zapytał Broddmar.
Auga zakryła dłońmi uszy dziewczynki, zanim odpowiedziała.
- W tym domu nikt nigdy nie brał perełek krwi! Nigdy byśmy jej nie
zatrudnili, gdybyśmy podejrzewali... Mildre to kucharka, ma najlepsze
referencje i piecze najwspanialsze ciasto z kremem...
- Czy jest sama? - przerwała jej Juva. Nie chciała znać szczegółów. Im
mniej wie, tym lepiej. Teraz musi zabić kogoś więcej niż po prostu
wilkowatą, musi zabić Mildre, która piecze ciasta z kremem.
Hjarn odstawił pogrzebacz pod ścianę.
- Tam nie ma nikogo innego. Pracowałem do późna, są... ciężkie czasy.
Straż Kręgu wykrwawia się z ludzi i pieniędzy, Rada Miasta straciła
niedawno jednego z członków z powodu wilkowatości, nie ma już prawie
żadnych granic. - Juva wyczytała w jego wzroku nieme oskarżenie, nim
zaczął mówić dalej. - Usłyszałem jakiś hałas, wyszedłem z gabinetu i...
tak, od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Pociła się i... - Przełknął
ślinę. - Zęby, prawda? Szarpała drzwi jak opętana, więc rzuciłem jej
klucz po podłodze. Wydawało się, że chce jedynie tam zejść, to było
najdziwniejsze... Oczywiście zamknąłem drzwi, gdy tylko znalazła się w środku.
- Jak tam wygląda?
- Och, wiesz, piwnica wbudowana jest w sam mur Królewskiego Wzgórza,
jest więc stara, właściwie z X wieku, ma całkiem ładnie sklepione
sufity, które...
Juva niemal zwątpiła.
- Pomieszczenia! Ile tam jest pomieszczeń? Czy są jakieś okna, przez
które można uciec? Coś, za czym da się schować? Coś, czego można użyć
jako broni?
- Ach, rozumiem. Na końcu schodów jest korytarz, po jednej stronie
znajduje się spiżarnia, po drugiej piwnica na wino. Piwnica ma wielkość
tego holu, ale jest podzielona na przedziały, lubię sortować wina według
regionów, z których... - Napotkał jej wzrok i pospiesznie dodał: - Ale
oczywiście żadnej broni.
Oprócz butelek.
Skarr śmignął obok służącego, który odskoczył z lekkim okrzykiem.
- Przyniosę latarnie - pisnął.
To była najmądrzejsza rzecz, jaką dotąd tu wypowiedziano.
Dziewczynka zbliżyła się o kilka kroków do Juvy.
- Zabijesz Mildre?
- Oczywiście, że nie! - odpowiedziała Auga, otaczając małą ramieniem.
Posłała Juvie upominawcze spojrzenie. - Prawda?
Juva popatrzyła na Brinę. Wiedziała, że dla większości ludzi kłamstwo
jest najłatwiejsze. Ale oni nie wychowali się wśród czytających z krwi i nie byli okłamywani przez całe życie.
- Twoja babcia ma rację - powiedziała. - Mildre już nie ma. To, co
zabijemy, jest czymś zupełnie innym.
Dziewczynka uniosła wzrok na babkę, jakby oczekiwała, że tamta skoryguje
niezawoalowaną prawdę, ale tak się nie stało.
Służący wrócił, omijając Skarra, i podał Nolanowi i Lokowi po latarni.
Juva przekręciła klucz i otworzyła drzwi. Skarr spojrzał w ciemność i zaczął warczeć. Nie potrzebowała go, aby znaleźć chorych na wilkowatość,
sama lepiej dawała sobie z tym radę, ale stanowił dowód, który ludzie
rozumieli. I był lojalnym przyjacielem, który nie odstępował jej boku od
czasu Hulaszczego Gonu. Od czasu jego odejścia.
Przymocowała rzemienie do szelek wilka i podała służącemu smycz.
- Trzymaj, kiedy będziemy na dole. On jest silny...
Mężczyzna zbladł, jak gdyby poprosiła go, aby skoczył z Mostu Bogów, ale
wziął rzemień i trzymał go na odległość ramienia.
Juva zrobiła kilka kroków w dół. Ciasne i kręte schody dławiły światło
latarni. Uniosła przed sobą kuszę. Ruch sprawił, że piersi napięły się,
razem z blizną, którą zostawiły w niej jego pazury, zanim zniknął na
zawsze.
Zagryzła zęby i skupiła się na strachu. Był pożądanym gościem, mogła na
nim polegać. Pulsująca oznaka życia w otchłani, w której poza tym Juva
żyła. Szła dalej w dół, bezszelestnie, nasłuchując. To niewiedza zawsze
najbardziej ją dręczyła. Nigdy nie wiedziała, co ją czeka. To mogli być
starzy, młodzi, zagubieni lub bestialscy...
- Spodziewaj się najgorszego - szepnęła.
Nolan był tak blisko, że czuła, jak się przygotowuje. Ciepła, bezpieczna
ściana mężczyzn za plecami. Tych najlepszych.
Z każdym krokiem robiło się chłodniej, aż wreszcie dotarła do końca
schodów. Przekroczyła stłuczoną butelkę po winie i zwróciła się w stronę
jedynego dźwięku, który słyszała. Cichego mlaskania. Jakby ktoś człapał
po błocie. W labiryncie półek nie było jednak nikogo widać. Oczom Juvy
ukazywały się kolejne ściany butelek, a piwnicę wypełniała intensywna
woń kwaśnych jagód. Dała znak, że mają się rozdzielić, i mężczyźni
rozproszyli się wokół niej.
Pomieszczenie zdawało się coraz węższe, jak gdyby ściany kurczyły się
wokoło kuszy. Tylko to istniało. Palec na spuście. Czubek bełtu. Serce
drżące w piersi, jakby leżało nagie na zimnie. Uczucie było dużo mniej
silne niż wtedy, gdy w pobliżu znajdowali się wieczni, lecz bardziej
niepokojące.
Dźwięk stał się głośniejszy. Była już blisko.
Zatrzymała się przed wywróconym regałem, który leżał na jej drodze, przy
stercie butelek. Wiele z nich było stłuczonych. Kilka roztrzaskanych
beczułek wyglądało jak popękane czaszki. Udało jej się nie potknąć o jedną z nich. Głuchy odgłos tuż obok zdradził, że Dziurawiec nie miał
tyle szczęścia.
Nagle mlaskanie ustało. Po podłodze potoczyła się samotna pusta butelka.
Juva skinieniem głowy dała znak Broddmarowi, aby szedł z nią, a innym
kazała gestem pójść w przeciwną stronę. Okrążyli regał, każdy ze swojej
strony, i wyszli niemal prosto na nią.
Mildre...
Kobieta siedziała w wielkiej kałuży wina i gryzła kość. Wodziła po nich
dzikim, czujnym wzrokiem, ale nie ruszała się z miejsca. Jedzenie było
ważniejsze. Wszystko wskazywało na to, że próbowała wypić pół piwnicy,
ale nie zaspokoiło to jej głodu.
Była po pięćdziesiątce i miała na sobie fartuch kompletnie przesiąknięty
winem. Nagle Juva uświadomiła sobie, że kobieta gryzie własną rękę.
Broddmar chwycił Juvę, chcąc ją wesprzeć, a może siebie.
- Na Druknę - szepnął Dziurawiec.
Lok cofnął się i zwymiotował.
Mildre wciąż żuła kość, ssąc ją jak niemowlę; wydawało się, że nie czuje
bólu.
Juvie zrobiło się zimno, wycelowała w Mildre kuszę. Zobaczyła drżący
bełt i nacisnęła spust. Krew szumiała jej w uszach, nie słyszała
własnego strzału. Widziała jednak bełt wbijający się w pierś. Mildre
szarpnęła się do tyłu, a jej ciało rozpostarło się na beczce. Krew z ręki spływała na podłogę, mieszając się z winem, więc wyglądało to,
jakby wylały się jej niepojęte ilości.
Juva odetchnęła głęboko. Płuca ją zapiekły. Przez chwilę zapomniała ich
używać. Serce otrząsnęło się z ostatnich śladów zimna, które pozostawiła
chora. Juva złożyła kuszę, umieściła ją z powrotem w uprzęży i zdjęła z pleców bukłaki.
- Ona żyje! - krzyknął Dziurawiec.
Dziewczyna uniosła wzrok i ujrzała, że zakrwawiona ręka łapie Broddmara
za łydkę. Wypuściła z dłoni bukłaki i rzuciła się na Mildre, która
leżała teraz, szarpiąc się, przygnieciona jej ciałem. Broddmar kopał
gorączkowo. Ze schodów dobiegł harmider, jakby sama Gaula hałasowała.
Coś zawarczało. Ktoś krzyknął. Juva macała w poszukiwaniu noża, który
miała u pasa, starając się nie schodzić z walczącej pod nią Mildre.
Przez chwilę wydawało jej się, że Mildre warczy, ale to był Skarr. Coś
zaszumiało w powietrzu, a potem góra futra i mięśni rzuciła je obie na
ziemię. Juva wstała i wpatrywała się teraz w wilka. Skarr wgryzł się w gardło Mildre i mocno trzymał. Skóra marszczyła mu się na pysku, kiedy
czekał na kapitulację. Przestał warczeć. Puścił Mildre i usiadł na
podłodze, jakby nic się nie stało. Przesuwał językiem po zębach.
Juva znów chwyciła bukłaki, prędko, aby nie zacząć dygotać, a Nolan
pospieszył jej z pomocą. Broddmar był zajęty oglądaniem swojej łydki.
Jak gdyby wszyscy nie zdążyli się jeszcze zorientować, że brakuje mu już
śmiałości do tej pracy. Nie był tym samym człowiekiem, odkąd dowiedział
się, że chorzy na wilkowatość mogli mieć szansę dzięki krwi przeklętego
diabła, którego ona wypuściła z więzienia.
Nolan związał Mildre stopy i zarzucił je sobie na ramiona. Starał się
trzymać ją jak najbardziej w pionie. Juva przyłożyła do gardła kobiety
ostry jak nóż dzióbek i mocno wbiła. Bukłak powoli się powiększał w jej
palcach.
Lok stał z rękami opartymi o uda, jakby nie był pewien, czy znów
zwymiotuje. Nigdy nie miał do tego żyłki. Wilk to wilk, człowiek to
człowiek, nigdy nie potrafił znieść stanu przejściowego.
Dziurawiec zaczął krążyć wkoło jak zdenerwowany niedźwiedź. Przejechał
dłonią po łysej głowie. Miał dość. Wszyscy mieli. Juva czuła, że to
nadchodzi.
- Czy to nasza wina? - zapytał w końcu. - Jak długo jeszcze tak mogą,
wszyscy wieczni powinni już dawno być martwi.
- Dziurawiec... - W głosie Nolana zabrzmiało ostrzeżenie, które jedynie
zwiększyło zwątpienie Dziurawca.
- Wolno mi pytać! Czy nie po to właśnie odesłaliśmy tego stwora do domu?
Żeby pozbyć się jego krwi i żeby wieczni wymarli? Nie ma wiecznych - nie
ma perełek krwi, nie ma perełek krwi - nie ma wilkowatych, ale teraz
jest ich więcej niż kiedykolwiek wcześniej!
- To wymaga czasu, Dziurawiec, rozumiesz? - Nolan stęknął i poprawił
nogi Mildre. - To nie zniknie w ciągu nocy, a póki istnieje wieczna
krew, będą robili z niej perełki. To gówno jest zbyt dochodowe. A nawet
kiedy vardari wyzdychają, dużo czasu zajmie zlikwidowanie czarnego
rynku.
Lok wyprostował się.
- A jednak... On przecież ma rację. Ile to już czasu, odkąd...
- Pójdę na górę i powiem, że niebezpieczeństwo minęło - powiedział
Hanuk.
Juva poczuła w ustach cierpki smak z powodu jego oczywistej próby
ucięcia dalszych pytań. Unikali jego imienia jak wilkowatości, jakby ono
wciąż nie krążyło w jej głowie.
Od czasu Grífa. Odkąd źródło wiecznego życia opuściło Náklav.
Zdjęła wypełniony krwią bukłak z szyi zwłok i wbiła dzióbek kolejnego.
Lok miał rację. Matka zmarła ósmego dnia Ikrzca, a od tego czasu vardari
nie dostali ani kropelki krwi diabła. W najlepszym wypadku mają przed
sobą jeszcze pół roku życia, a umierający vardari powinni mieć w głowie
inne rzeczy niż sprzedawanie perełek krwi.
- A więc czemu jest ich coraz więcej? - zapytał Dziurawiec.
Juva włożyła zatyczkę i zarzuciła sobie bukłaki na plecy. W mieście było
tylu chorych na wilkowatość, że nie potrzebowano wilków do zasilania
Kręgu Nákla. Bramy działały dzięki samej krwi chorych - gorzka prawda w chwili, gdy wystarczyłaby krew wilcza. Nafraím sam to przyznał.
Jedyną pociechą było, że oszczędzali wilki, bo skończyła z polowaniem na
nie, choroba nigdy nie miała z nimi nic wspólnego. Juvie została jednak
łowiecka drużyna, która polowała nie na wilki, tylko na ludzi.
Wystarczająco wielu odurzało się perełkami krwi, chociaż wiedzieli, że
mogą zachorować na wilkowatość.
Ale wciąż nie dość wielu do tego...
Napotkała proszący wzrok Dziurawca i poczuła pragnienie, aby mieć dla
niego odpowiedź. Móc powiedzieć, że to minie przed jesienią, ale już
zdążyła obiecać zbyt dużo. Całemu miastu.
- To i tak nie nasza wina, Dziurawiec - powiedział Nolan, rozwiązując
rzemienie wokół stóp Mildre. - Musimy liczyć się z tym, że będzie
gorzej, zanim stanie się lepiej.
Juva podziękowała mu wzrokiem, a on nagrodził ją bolesnym uśmiechem,
który przypomniał jej, że chłopaki dokuczają mu, że jest zmanierowany. W ich świecie znaczyło to, że ładnie pachnie i nie obcina sobie sam
włosów. Nolan jednak z pewnością nie był zmanierowany i nie bał się
ciężkiej pracy. Tylko Jól wie, czemu wykonywał tę makabryczną robotę, bo
pieniędzy nie potrzebował. Juva jednak też już ich nie potrzebowała,
więc zapewne Nolan miał ten sam powód. To musiało być zrobione. A on był
w tym teraz lepszy niż Broddmar.
Juva ukucnęła przy zwłokach i odczepiła z pasa obcęgi. Lok wydał z siebie jęk i odwrócił się plecami. Dziewczyna podniosła wzrok na
Broddmara, posyłając mu nieme wyzwanie, aby zaprotestował, ale on już
wielu umarłych temu przestał ją oszczędzać. Teraz to była jej praca.
Otworzyła martwe usta, z których ulotnił się chorobliwy zapach surowego
mięsa i kwaśnego wina. Język skąpany był we krwi. Nolan podtrzymywał
bezwładną głowę, gdy Juva wyłamywała kły. Z jednym musiała się siłować,
jeszcze nie wyrósł do końca. Przebijał się tylko z wysiłkiem pod
pierwotnym zębem, który kołysał się na cienkim kawałku skóry.
Juva zapakowała zęby w chusteczkę i schowała ją do kieszeni.
Wrócił Hanuk i kopnięciem usunął z drogi butelkę.
- Jest tu Straż Kręgu - powiedział, jak gdyby tupanie na schodach dało
się z czymś pomylić.
Przyszło ich mnóstwo i w mgnieniu oka opanowali piwnicę.
Broddmar poklepał Juvę po karku.
- Teraz my się tym zajmiemy, idź do domu i się prześpij.
Nie odpowiedziała. To wydawało się zbyt małe i zbyt późne. Kłamstwo,
które opowiedział sam sobie - że wciąż jest opoką.
Juva przełknęła rozczarowanie. Zostawiła strażnikom sprzątanie i weszła
na górę ze Skarrem depczącym jej po piętach. Na środku schodów leżały
stłuczona klepsydra i kilka kółek zębatych. Zrozumiała, że służący
przywiązał wilka do zegara, aby nie musieć go trzymać. Juva westchnęła i przeniosła wzrok na Skarra, który odwzajemnił jej spojrzenie; mogłaby
przysiąc, że wzruszyłby ramionami, gdyby tylko umiał.
W holu leżało potwierdzenie, ścieżka drzazg z roztrzaskanej szafki na
podłodze. Augi i dziewczynki nigdzie nie było widać, za to garstka
strażników zajmowała się Hjarnem. Jeśli brakowało im ludzi, to z pewnością nie na Królewskim Wzgórzu, tego była pewna. Radny wpatrywał
się w nich bezradnie.
- Nawet nie podejrzewałem, że ona piła...
Juva wyszła na dziedziniec. Czekało tam mniej ludzi, niż się obawiała, w mglistym świetle, które sprawiało, że w Náklavie łatwo było stracić
orientację co do tego, jaka jest pora dnia, przez cały Upalnik, jedyny
miesiąc, który można było nazwać latem.
Stali w grupkach wokół czarnego wozu na zwłoki i mamrotali. Zmęczeni.
Przerażeni. Rozmowy ucichły, gdy ludzie ją zobaczyli. Odsunęli się,
robiąc jej przejście do bramy. Wpatrywali się w nią. I w wilka.
Juva naciągnęła mocniej kaptur, lecz czuła się naga. Bukłaki zwisały jej
z ramion niczym gorące skrzydła. Kobieta w nocnej koszuli stała,
obejmując się ramionami, jak gdyby zabijała ręce, by się ogrzać.
- Obiecałaś, że to się skończy! - krzyknęła.
Ten wybuch dodał odwagi innym.
- Vardari nas karzą! - zawołał starszy mężczyzna.
Juva walczyła z mdłościami. Te słowa pozbawiły ją sił i dopiero teraz
zrozumiała, jak mało ma energii do działania. Stopy stały się cięższe,
ostatnie siły wykorzystała na wyjście z bramy na pustą ulicę.
Vardari... O tak, oni ukarzą ludzi, co do tego nie ma wątpliwości. Przede
wszystkim ją samą.
Sto dwa dni temu Juva zwabiła Eydalę do Kręgu Nákla. Wtedy, gdy
skłamała, że list do Nafraíma objaśniał drogę do diabła, źródła
wiecznego życia. Gaula jedna wie, co się dzieje z dwojgiem wiecznych od
tamtego czasu. Juva nie widziała ani śladu po nich.
Łaskawa Jól, oby byli martwi.
- Juvo! - Nolan wybiegł przez bramę i przystanął zakłopotany, gdy
ujrzał, że nie oddaliła się aż tak bardzo. Przesunął dłonią po krótkiej,
świeżo przystrzyżonej brodzie. - Czy jesteś pewna, że nie potrzebujesz,
aby ktoś towarzyszył ci jutro?
- Skarr czuwa. A gdyby ona wiedziała, co robię, już dawno byłabym
martwa. Zagrożenie minęło.
Nolan zmarszczył czoło i Juva zrozumiała, że mówił o czymś całkiem innym
niż Eydala.
- Chodziło mi o Radę Miasta. Są pod silną presją, trudno powiedzieć, co
wymyślą.
- Ach... - Juva uśmiechnęła się jak najszerzej. - No cóż, to oni powinni
się martwić, co ja wymyślę. Dobranoc, Nolan.
Puściła wilka wolno i pozwoliła mu prowadzić przez ulicę i w dół
odwiecznych schodów. Nie znajdowała się już ponad miastem, lecz była w nim uwięziona. Morze znikło jej z oczu, a niebo zamieniło się w pasma
ponad wąskimi uliczkami gdzieniegdzie poprzecinanymi przez mosty. Wiele
z nich było w takim stanie, że lada dzień mogły się zawalić. Wyglądały
tak jednak już od dawna.
Skarr przyspieszył, kiedy zbliżyli się do Latarnianych Klifów. Dawniej
był wilkiem Broddmara, teraz jest jej. Broddmar wiele razy zabierał go
do domu, ale Skarr wcześniej czy później znajdował drogę na zewnątrz i pojawiał się na jej schodach.
Juva próbowała wymacać w kieszeni klucz. Drzwi otworzyły się z nagłym
szarpnięciem. Stanęła w nich Kefla z zaciśniętymi ustami.
- Późno wróciłaś - powiedziała, ujmując się pod boki.
Juva przecisnęła się obok niej.
- Co ty wyprawiasz, Keflo? Nie możesz tak po prostu otwierać każdemu,
czy ty w ogóle nie myślisz?
Kefla zatrzasnęła drzwi, aż śpiew żelaza rozniósł się po ponurym holu.
- Coś takiego! Wyczułam Skarra i wiedziałam, że to ty!
- Tego nigdy nie możesz być pewna. Ile razy mam ci to powtarzać? Czy
będę musiała cię stąd niebawem wyrzucić?
Pożałowała tych słów już w chwili, gdy je wypowiadała. Kefla znów
zacisnęła usta, lecz z jej oczu wyzierał strach. Juva odwiązała uprząż i złapała kuszę oraz bukłaki, zanim spadły na podłogę. Zdjęła czerwony
strój i cisnęła go na czarną, pełną zawijasów poręcz schodów.
- Wiesz, że tutaj nie jest bezpiecznie.
Kefla prychnęła.
- Masz drzwi z żelaza! Zabiłaś deskami wszystkie okna z wyjątkiem tych,
które wychodzą na morze, i masz wilka! Gdzie niby miałoby być
bezpieczniej?
- Musisz być ostrożniejsza, Keflo. O to mi chodziło.
Kefla zarzuciła grzywką i się nadąsała.
- Tak ostrożna jak ty? Szaleć po mieście w nocy, zabijać chorych na
wilkowatość, zawsze chodzić sama... Tak ostrożna?
Juva szukała dobrej odpowiedzi. Kefla miała ostrzejszy język, niż
dwunastolatka powinna mieć, wyostrzony przez lata spędzone na ulicy.
- Nie jestem sama, mam Skarra i drużynę. I nauczyłam się rozpoznawać
wiecznych, a ty jeszcze nie.
- A właśnie, że tak! Równie dobrze jak ty!
Juva westchnęła.
- Ale nie umiesz rozróżniać. Nie wiesz, która to...
Urwała.
Która to ta bestia Eydala.
Jak to się stało, że ta potworna kobieta jeszcze jej nie wytropiła?
Nafraím na pewno wszystko opowiedział, o liście i o Grífie, sam widział,
jak ten opuszcza świat. Czy brak krwi zabrał już zarówno Nafraíma, jak i Eydalę? A może pozabijali się nawzajem, zanim Eydala poznała prawdę?
Juva uczepiła się tej myśli, ale wiedziała, że gdyby w to wierzyła,
wiodłaby całkiem inne życie. I sypiałaby w nocy.
Weszła do biblioteki, napełniła kieliszek żytnią wódką i opadła na
kanapę. Skarr ułożył się wygodnie u jej stóp. Futro mu lśniło w blasku
nocnego słońca rzucającego plamy światła między szprosami okien. Na
zewnątrz fale uderzały o klif, potęgując uczucie, które Juva zawsze
miała: że jest na pokładzie statku. Trupie drewno tliło się w kominku,
tuż obok stał stół - to przy nim siedziały kiedyś zmarłe, jak lalki.
Solde. Ogny i inne czytające z krwi. Zbrodnia Nafraíma. A przy ścianie
kominkowej stała szafa ze śmiesznym wypchanym krukiem, który wróżył z run. Szafa kryjąca w sobie szyb do kilkusetletniego grzechu rodziny.
Gríf.
Pamiątka oszustwa. Jej własnego idiotyzmu.
Juva opróżniła kieliszek, postawiła go na stole i odsunęła od siebie.
Nie była na dole, odkąd on odszedł. Ani razu. Co niby miała tam do
roboty? Wspominać jak głupia wszystko, o czym rozmawiali? Wczuwać się w zdradę? Wdychać jego zapach?
Wzdrygnęła się, gdy dostrzegła jakiś ruch, i uświadomiła sobie, że
musiała przysnąć. Instynktownie złapała kuszę, ale to tylko Kefla
wtuliła się w nią na kanapie. Juva objęła ramieniem jej szczupłe ciało i mruknęła:
- Jutro możemy iść spotkać się z innymi.
- Obiecujesz?
- Po zebraniu. Obiecuję - powiedziała Juva, chociaż wcześniej obiecała
sama sobie, że nie będzie nic obiecywać.
BARANEK OFIARNY
Głos przewodniczącego Rady Miasta brzmiał doniośle. Sjur Skarbowy był
przyzwyczajony, że go słuchają, nawet gdy mówi rzeczy zbędne.
Juva patrzyła na jego twarz bez wyrazu, gdy recytował listę zabitych,
sprawiając wrażenie, że się przy tym nudzi. Nazwisko za nazwiskiem.
Chorzy na wilkowatość, których Juva zabiła i wykrwawiła. Ofiary, których
nie była w stanie uratować. Dla niego to były tylko przypadki, dla niej
- wspomnienia. Nie potrzebowała wyliczania, żeby pamiętać.
Zaczęła żałować, że postanowiła stać przy krótszym końcu śmiesznie
długiego stołu, ale sądziła, że to szybko pójdzie. Jej żądania były
proste: przyzwoite wynagrodzenie dla chłopaków i zrobienie porządku w najbardziej szemranych miejscach, gdzie wciąż handlowano perełkami krwi.
Tylko tyle. Ale wszystko wskazywało na to, że jest tu z innych powodów,
niż myślała.
Po raz pierwszy została przyjęta w tym pomieszczeniu i to raczej nie był
przypadek. Sala była tak wysoka, że każdy czuł się tam nic nieznaczący.
Kolumny ozdobione wzorami sprawiały, że trudno było się tu orientować.
Zrobiona z żyłkowanych płyt podłoga lśniła, a każde słowo odbijało się
echem. Nie zebrała się też zwyczajowa reprezentacja, lecz prawie połowa
Rady, ponad dwadzieścioro kobiet i mężczyzn o srogich minach.
To nie był żaden niewinny raport. Oni czegoś chcieli, a niewiedza
sprawiała, że Juva czuła mrowienie na karku.
Założyła ręce na plecy, aby powstrzymać się od stukania palcami o palce.
Inni radni siedzieli jakby w półśnie nad własnymi odbiciami w wypolerowanym blacie. Nawet Drogg unikał jej wzrokiem. Olbrzymi
mężczyzna spokojnie mógł ostrzec ją wcześniej, co się szykuje, ale Juva
nie spodziewała się już wiele po nikim.
A jednak... Pomogła mu wyplątać się z kłamstwa, którym omotała go jej
matka - przekonania, że każde uderzenie serca skraca mu życie, tak że
mężczyzna ledwie śmiał się poruszać. Wszystko, aby zagwarantować stały
dopływ pieniędzy od człowieka, który ustawicznie potrzebował zapewnień,
ile jeszcze zostało mu życia. Bezlitosne, nawet jak na Lagalune.
Czytająca z krwi. Oszustka. Matka.
Przewodniczący Rady Miasta odrzucił wierzchnią kartkę i czytał dalej z kolejnej:
- Vigda Renne, dwadzieścia siedem, Szczynna. Złamany kark. Kol Herstein
Skjegge, czterdzieści dwa, Jęzorna. Trafiony z kuszy... - Urwał na chwilę
i spojrzał na Juvę ponad okularami. - W krtań.
Próbował zmusić ją do obrony, zrozumiałaby to, nawet gdyby nie wychowała
się wśród czytających z krwi. Juva przypomniała sama sobie, że on
właściwie potrzebuje jej aprobaty, żeby odnieść sukces. Uniosła
podbródek i dodała:
- I nóż w plecach. Jego własny.
Przewodniczący odłożył papiery i wydał z siebie afektowane westchnienie.
- Juvo Sannseyr, mam nadzieję, że nie muszę podkreślać, iż nie strzela
się do ludzi...
- Wilkowatych.
- ...z kuszy na Jęzornej. To nie jest okolica, w której ludzie chcą się
przyzwyczajać do takich rzeczy.
- A więc gdzie ludzie chcą się przyzwyczajać do takich rzeczy?
Twarz przewodniczącego ściągnęła się jeszcze odrobinę. Kąciki ust miał
takie ciężkie, że trudno było sobie wyobrazić, aby choć raz w życiu się
uśmiechnął.
- Młoda frú Sannseyr, stanęłaś na balkonie w Kręgu Nákla - przed połową
miasta - i obiecałaś, że wilkowatość się skończy. Minęły już trzy
miesiące i jest gorzej niż było! Myślisz, że to dziwne, iż ludzie
stracili zaufanie do łowców? Do Seidalaugu?
I do was.
Juva zachowała komentarz dla siebie. Mimo wszystko przewodniczący miał
rację. Miasto wrzało, a ona nie mogła nic zrobić, tylko czekać. I znosić
to. I przemilczeć, skąd wie, że to minie.
Bo wilkowatość pochodzi z perełek krwi, które z kolei pochodzą od
vardarich, którzy żyli dzięki krwi nieśmiertelnego łajdaka z kłami,
którego odesłaliśmy do domu, gdziekolwiek, na Druknę, to jest.
Nikt nie wątpił, że wilkowatość dotyka tych, którzy biorą perełki krwi.
Ale reszta... Pomyśleliby, że zwariowała, a to jest rzeczywistość, z którą
ona i chłopaki muszą żyć. Skończyli z vardarimi i nikt im nigdy za to
nie podziękuje.
Juva oparła dłonie na stole i się pochyliła.
- Jest coraz gorzej, bo ludzie winią o wszystko wilkowatość. O każde
włamanie, każdą bójkę, każdego pijanego głupka albo nieszczęsnego
szaleńca na ulicy, wszystko z powodu wilkowatości! A wy myślicie
wyłącznie o liczeniu zmarłych! Tylko że wiele z kłów, które zebraliśmy,
pochodzi od wiecznych. Od vardarich zabitych przez innych vardarich.
Wiedzą, że Náklav nie jest już dla nich bezpiecznych portem, więc walczą
ze sobą i tak, będzie gorzej, zanim zrobi się lepiej! Tymczasem mamy
łowców, którzy...
- Vardari? - krzyknęła kobieta siedząca pośrodku długiego boku stołu.
Wywróciła oczami, jakby szukała wsparcia z góry. - A więc znów mówimy o tych wszechwładnych i nieśmiertelnych?
Wokół stołu rozległ się źle tłumiony śmiech, ale przewodniczącemu udało
się opanować, to trzeba mu było przyznać.
Odsunął papiery na bok.
- Juvo Sannseyr, twoja słynna mowa podczas Hulaszczego Gonu była
katastrofą, co do tego nie ma wątpliwości. Nie tylko wprowadziłaś w błąd
Náklav co do tego, czym jest i ma być Seidalaug, ale obiecałaś też
koniec wilkowatości i wypowiedziałaś wojnę wytworowi wyobraźni.
Sprzysiężeniu działających poza prawem wiecznych, których istnienia nie
da się udowodnić, ale istnienie konsekwencji już tak! Twoje urojenia
wpędziły ludzi w fanatyzm! Teraz mnóstwo ich wierzy, że vardari istnieją
i że... - Sjur odwrócił się do pisarza. - Nie protokołuj tego, człowieku!
Pisarz wypuścił z rąk pióro, jakby się oparzył. Przewodniczący westchnął
i znów spojrzał na Juvę.
- Wierzą, że vardari istnieją, a Rada Miasta nie robi nic, aby zaradzić
problemowi.
- I rzeczywiście nic nie robicie.
Juva słyszała, jak przewodniczący oddycha głęboko, mimo że koniec stołu
znajdował się ładny kawałek od niej i mimo że jej słowa były dużo
łagodniejsze, niż na to zasługiwali. Aż się paliła do tego, aby znów
wymienić wszystkie sprawy, którymi się nie zajęli. To pewnie by tylko
pogorszyło sytuację. Samokrytyka rzadko gościła w tych ścianach.
- Jesteś młoda - powiedział przewodniczący. - To zrozumiałe, że nie
dostrzegasz całościowego obrazu, ale czerpiesz korzyści ze swojej
pozycji. Dostałaś niebywale dużą swobodę przy wykonywaniu tej pracy.
- Której nikt inny nie chce.
- Której nikt inny nie chciał. Ale Rada Miasta musi wykorzystać swój
dramatycznie ograniczony czas na prawdziwe problemy, a nie na twoje
koszmary nocne, frú Sannseyr. I tu muszę dodać, że te prawdziwe problemy
sama stworzyłaś.
- Panika moralna! - powiedziała kobieta, która przerwała Juvie
wcześniej.
Reszta Rady Miasta, ożywiwszy się, kiwała głowami na znak poparcia i Juva doznała paskudnego uczucia, że zbliżają się do sedna.
Przewodniczący wskazał na kobietę.
- Panika moralna, to prawda, Ingro. Uciążliwi prorocy końca świata,
krzyki o karach, nieznośni kapłani. Jeden z nich zadaje sobie wiele
trudu, głosząc, że... - Sjur znów chwycił papiery i przeczytał z uniesionymi brwiami: - Że tylko grzesznicy chorują, że wilkowatość to
kara od Boga, jedynego Boga, i że Náklav musi stać się miastem bez
grzechu. - Ponownie cisnął papiery na stół. - Nazywają siebie
Chronionymi i jest dla mnie zagadką, jak ktoś w tym mieście zdobywa
rzesze zwolenników, nawołując do umiarkowania, ale może byliby w stanie
czegoś nas nauczyć.
Umiarkowanie...
Juva nagle poczuła się słabo. Jego słowa sprawiły, że opadły ją
wspomnienia z zapuszczonej sali z lustrami i tysiącami świec. Gdy
została uprowadzona przez Eydalę, która siedziała naprzeciwko niej i recytowała głuchym, zimnym głosem słowa o wierzącym z Undst.
Zagadkowi ludzie, nie sądzisz? Przybyli tu z własnymi bogami i czczymi
groźbami wiecznych mąk dla zachłannych. Potrafisz wyobrazić sobie
przekonania, które wymagają przybycia tu, do Náklavu, i wygłaszania
kazań o umiarkowaniu?
Juva niemal poczuła strunę dławiącą jej gardło. Nie mogła powiedzieć, że
znalazła się tam wbrew swojej woli. Dała się złapać, nie wiedząc, co ją
czeka. Aby nastawić vardarich przeciwko sobie, by przekonać ich, że to
Nafraím ma diabła, a nie ona. Wszystko dla niego. Dla Grífa.
Spuściła wzrok na swoje dłonie i przycisnęła je do blatu, aby nie
drżały. Po nocnym polowaniu wciąż miała krew pod paznokciami. Za mało
sypiała.
Nie pozwól, aby zobaczyli słabą czytającą z krwi.
- Rozumiesz nasz problem, frú Sannseyr?
Uniosła wzrok.
- Rozumiem, że nie ja powinnam tu stać, jeśli to kapłani stanowią
problem.
- Ten kapłan, Srebrne Gardło, mówi twoimi słowami. Cytuje twoją mowę
i zawsze wygłasza peany na twój temat z powodu twoich porachunków z tymi
tak zwanymi vardarimi. A ponieważ zdołał się otoczyć rzeszą fanatyków,
uznajemy za konieczne pozwalać mu na to. Tragiczne jest to, że daje
ludziom poczucie bezpieczeństwa, którego nie może już im zapewnić
Seidalaug.
Juva klepnęła się w czoło.
- A więc chcecie zastąpić jedno kłamstwo innym?
- Dziecko drogie, każdego poranka przechodzę obok cechu Votna, świątyni
Muune i kramu, w którym sprzedają podróżnym runy Virrivega, one
wszystkie są przy tej samej ulicy! To jest Náklav! Świat w pigułce! Mamy
tu bezbożników i wierzących żyjących w pięknej - i przede wszystkim
opłacalnej - symbiozie i naprawdę nie zaprzątałoby mnie w najmniejszym
stopniu, w jakie kłamstwa ludzie wierzą, póki nie uderzy im to do głowy.
- A przez vardarich uderza im to do głowy?
- Przez wszystko, cały czas, od kiedy Róg Umarłych rozbrzmiewa w każdym tygodniu, a czerwoni łowcy strzelają do chorych na wilkowatość na
ulicach. To szerzy zbędny niepokój i musi się skończyć!
Juva poczuła drgnięcie w kąciku ust. Intensywne pragnienie, aby pokazać
mu zęby.
- Myślę, że wszystko, co dotąd wyliczyłeś, świadczy o tym, iż działamy
jak najlepiej.
Sjur Skarbowy z miną pełną samozadowolenia zacisnął wargi, co chyba
miało oznaczać uśmiech.
- Tak - odrzekł. - Tego się właśnie obawiamy.
Juvę ogarnęło niemiłe uczucie, że wpadła w pułapkę. Jego słowa
bynajmniej nie były spontaniczne. To umówiona gra.
- A wasze najlepsze działania wczoraj - ciągnął przewodniczący - to
zdewastowana piwnica i bezcenny zegar rozbity w drzazgi!
Juva nie zdążyła odpowiedzieć, gdy przemówił radny Horski, parskając
głośno, jakby z trudem panował nad własnym głosem.
- Rozwiązaniem jest odciążenie! A gdyby tak wykorzystać ochotników z jednej z tych... sekt? Zwiększenie liczby czerwonych łowców to najlepsze,
co możemy zrobić.
Juva wpatrywała się w mężczyznę. Miał ogniście czerwone pyzate policzki,
przez co jego twarz wydawała się nieforemna. Sprawiał wrażenie
rozkrzyczanego niemowlaka. A co gorsza, chyba mówił poważnie.
- Ochotników? - zapytała. - Masz na myśli, że trzeba nająć ludzi żądnych
zabijania z bandy, którą właśnie nazwaliście fanatykami, aby wyglądało
na to, że robicie coś z wilkowatością. Możecie...
- Aby wyglądało? - Horski zarzucił głową w tył z oburzoną miną, od
której zrobił mu się podwójny podbródek. - Znacznie ograniczyliśmy
polowania na wilki, aby utrzymać ulice wolne od perełek krwi, co może
być ważniejsze?
Juva przygryzła wargę. Chociaż mogła mu powiedzieć, jak bardzo się myli,
nie miała pojęcia, od czego zacząć. Perełki zawierały krew wiecznych,
nie wilków. Wilkowatość nigdy nie miała nic wspólnego z wilkami.
Ograniczyli polowania na wilki dla pozoru i dlatego że kamienie w Kręgu
Nákla działały obecnie dzięki krwi chorych. Tak proste to było i nic nie
dało się poradzić.
Wiedziała, że ich irytuje, mieli to wyraźnie wypisane na twarzach.
Wymienili spojrzenia, wyzywając się nawzajem do zrobienia kolejnego
ruchu.
Juva zdawała sobie sprawę, że większość stojących przed Radą ludzi już
dawno zostałaby stąd wyrzucona, lecz strach przed czytającymi z krwi był
głęboko zakorzeniony. Była młoda i w ogóle nie pasowała do tej sali, ale
nazywała się Juva Sannseyr i chociaż Anasolt wykonywała całą pracę, na
papierze to właśnie Juva była mistrzynią Seidalaugu. Tysiącletnie
przesądy dawały jej swobodę mówienia, co chce. Uchwyciła się tej nadziei
i podjęła temat w miejscu, w którym przerwał jej Horski.
- Zaufajcie mi, akurat najmniej nam teraz potrzeba przypadkowych
szaleńców w pogoni za pretekstem do zabicia sąsiada, którego nie znoszą.
Mam porządną drużynę, ludzi, na których mogę polegać. Załoga to nie
problem. Problemem jest powstrzymanie tych, którzy handlują perełkami
krwi, i odnajdowanie chorych, zanim wyrządzą szkody.
- Chyba mówiłaś, że problemem są vardari - odparł chłodno przewodniczący
Rady. - Czy zatem nie przyda się więcej osób, które nastawałyby na ich
życie?
Juva roześmiałaby się, gdyby jeszcze miała na to siłę.
- Więc zamierzacie wykorzystać ochotników do polowania na coś, czego nie
chcecie uznać za rzeczywiste? Z całym szacunkiem, Rado Miasta: wcześniej
czy później będziecie musieli się zdecydować, czy oni istnieją.
- Frú Sannseyr ma rację - jasnowłosa kobieta zabrała głos nagle, jakby
chciała zapobiec bójce - to nie chorzy na wilkowatość stanowią
największy problem, sami ściągnęli na siebie ten los, biorąc krew.
Juva zadrżała. Nikt nie prosił o to, by zachorować na wilkowatość, i te
słowa w niczym nie przypominały tego, co sama powiedziała, pozwoliła
jednak kobiecie kontynuować.
- Problemem jest przecież panika i szkody, które oni wyrządzają innym. A gdybyśmy obiecali nagrody dla spadkobierców, pod warunkiem że chorzy
zgłoszą się, zanim zamienią się w bestie?
Juva zdusiła zrezygnowany jęk.
- Nagrody? Tysiące zdrowych ludzi zgłoszą się już jutro, jeśli to
pozwoli wykarmić resztę rodziny.
Radni i radne patrzyli na nią pustym wzrokiem, jakby mówiła w obcym
języku. Juva rozłożyła ręce.
- Czy wy nigdy nie potrzebowaliście pieniędzy? Nigdy nie martwiliście
się o kogoś, kto ich potrzebuje? Nigdy nie byliście głodni?
Sjur zebrał papiery, jak gdyby ostatnie słowo zostało wypowiedziane, ale
najwyraźniej wcale tak nie było.
- Juvo, twoje zaangażowanie jest... wzruszające. Wydaje mi się jednak, że
to ty nic tu nie zdziałasz. Nie masz jeszcze nawet dwudziestu lat,
prawda? To niemal nieodpowiedzialne, żeby ktoś tak młodziutki był
łowczynią i mistrzynią cechu, a my najwyraźniej zażądaliśmy od ciebie
zbyt wiele. Przyszło ci zrzucić do morza zmarłe krewne i przyjaciółki.
Własną matkę i siostrę. Poza tym pracowałaś dla osoby chorej na
wilkowatość, nieprawdaż? - Znów zajrzał w papiery. - Ester Spinne. Ale
tutaj jest napisane, że ona została zrzucona do morza w zwykły sposób.
Myślałem, że chorymi na wilkowatość karmi się kamienie...
Juva wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. Czyżby to była groźba?
Ester... Cudowna stara Ester, którą Juva była zmuszona zabić. A teraz
wykorzystywano ją do politycznych rozgrywek.
Juva skinęła głową w stronę pustego krzesła, które, jak sądziła,
należało kiedyś do Olma Fennara i zapewne należałoby dalej, gdyby Olm
nie zachorował na wilkowatość i nie próbował podpalić własnego salonu.
- Ja też tak myślałam - odparła. - Ale znam osoby z Seidalaugu, które
były na zrzuceniu do morza Olma.
Radny udał, że jej nie słyszał.
- Docierają też do nas pogłoski, że przyjęłaś do siebie dziecko - dodał.
- Ja słyszałam, że kilkoro - mruknęła Ingra.
- Nie mam dzieci i nie planuję ich mieć - powiedziała Juva.
Przewodniczący zmierzył ją wzrokiem.
- Nie, chciałbym zauważyć, że to nie dałoby się pogodzić z twoją pracą.
A więc powiedział to...
Juva poczuła, jak wraz ze zrozumieniem narasta w niej rozpacz. Chcieli
odebrać jej funkcję mistrzyni cechu, pracę, o której przyjęcie ją
błagali, której nikt inny nie miał odwagi się podjąć. Pracę, której
nigdy nie chciała. A wykrwawiaczką została, aby pomagać Broddmarowi w polowaniu na wiecznych. Vardari żyli jednak w pożyczonym czasie.
Niedługo stanie tu, by posłuchać, jak jej kadzą, bo miasto znów będzie
bezpieczne. Bo wilkowatość zostanie wypleniona. Za nie więcej niż pół
roku. Do tego czasu nie może stracić niczego ani nikogo. A już na pewno
nie możliwości chronienia Kefli i innych.
To zebranie to po prostu zapowiedź. Ostrzeżenie. Chcą się jej pozbyć.
Rada Miasta znalazła najprostszy sposób, aby udawać, że coś robi:
zastąpi Juvę kimś innym. Ale kiedy?
- Dobrze - rzekł przewodniczący i stuknął papierami o stół, jakby
osiągnęli jakieś porozumienie. - Macie więc miesiąc. Jeśli sprawy nie
będą wyglądały lepiej, poczynimy stosowne kroki.
- Stosowne kroki? - zapytała, chociaż bała się odpowiedzi.
Sjur znów udał, że jej nie słyszał, i nie spoglądając na nią,
machnięciem ręki dał znak, żeby wyszła. Juva opuściła salę. Dopiero
teraz zobaczyła, że jej buty zostawiły błotniste ślady na drodze do
środka. Zeszła po szerokich schodach, starając się na nikogo nie
patrzeć. Odnosiła wrażenie, że jej ciało jest obrzmiałe i się trzęsie,
jakby miała kaca.
Weź się w garść! Kefla czeka!
Wyszła na ulicę i ruszyła prosto ku Kręgowi Nákla, bez powodzenia
walcząc z gniewem. Kefla stała oparta o potężny mur tuż przy północnej
bramie, twarz jej się rozjaśniła na widok Juvy. Rzuciła się jej na
spotkanie, jakby miała lat sześć, a nie dwanaście.
Juva zagryzła zęby i potrząsnęła głową.
To nie jest bezpieczne.
Kefla zwolniła, a jej uśmiech zgasł. Zatrzymała się na środku ulicy, gdy
młodzi ciągarze przechodzili z powozami pełnymi podróżnych. Mimo że
pojazdy podskakiwały na bruku, ich pasażerowie się uśmiechali.
Zachwyceni tym, że są w Náklavie. W mieście nad miastami.
Juva odwróciła się i poszła inną drogą. Wzrok Kefli przepalał jej plecy
i ściskał żołądek. Juva słyszała urywki kłótni, która jeszcze się nie
odbyła. O obietnicę, którą złożyła i której nie mogła teraz dotrzymać.
Stałam się Lagalune.
Ta myśl bolała. Czy jest skazana na to, aby być taka jak matka? Tak samo
godna pogardy?
Nie! To minie za pół roku. Żadnych więcej chorych na wilkowatość,
żadnych vardarich i żadnego ryzyka dla młodej czytającej z krwi takiej
jak Kefla. Juva musi tylko wytrzymać i pozwolić, aby czas zrobił swoje.
To właśnie czekanie było najgorsze, ale przyrzekła Broddmarowi, że nie
zrobi nic innego. On sam był wiecznym, więc nie mogła go winić. Zabiła
jednego z nich u Haane, a chociaż był vardarim, to miała krew na rękach.
Pięć miesięcy, może sześć.
Wtedy będzie mogła wytłumaczyć wszystko Kefli i prowadzić normalne
życie.
Wiedziała jednak, że okłamuje samą siebie. Spotkała Grífa. Uwolniła
potwora i nic już nigdy nie będzie normalne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki