Vardari (#2). Srebrne Gardło - Siri Pettersen

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (21,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W PIWNICY

Juva pocią­gnęła dźwi­gnię i usły­szała, jak kusza napina się z dają­cym poczu­cie bez­pie­czeń­stwa trza­śnię­ciem. Oparła łoże na piersi, gotowa zare­ago­wać. Nasłu­chi­wała.

Róg Umar­łych niósł swoją ponurą wieść po Náklavie, a męż­czyźni sto­jący tuż za ple­cami Juvy znów zaczęli oddy­chać, lecz poza tym na ulicy pano­wała nie­po­ko­jąca cisza. Żad­nego pła­czu, żad­nych spa­ra­li­żo­wa­nych stra­chem gapiów, żad­nych krzy­ków z okien. Nawet żad­nych pija­nych ludzi wra­ca­ją­cych do domu w ciemną let­nią noc.

Maje­sta­tyczne kamie­nice roz­py­chały się przy dro­dze wio­dą­cej na szczyt Kró­lew­skiego Wzgó­rza do takiej wyso­ko­ści, na jakiej tylko mogły się zna­leźć, aby nie prze­szka­dzać rezy­den­tom twier­dzy Náklaborg. Nic nie wska­zy­wało na to, aby ta szczę­śliwa oko­lica w ogóle dotknięta była wil­ko­wa­to­ścią.

Juva widziała Skarra, który uniósł na nią nie­ustra­szone, żółte wil­cze śle­pia, ale nie wyczu­wała zagro­że­nia, była jedy­nie świa­doma, że coś się sta­nie. Serce wybi­jało swoją odwieczną prze­strogę: tylko cze­kaj... tylko cze­kaj... tylko cze­kaj...

Nachy­liła się bli­żej ku Nola­nowi.

- Czy jeste­śmy we wła­ści­wym miej­scu?

Nolan wyjął zbyt uprosz­czony jak dla nich plan mia­sta.

- Kró­lew­skie Wzgó­rze Górne dzie­więć. Goniec przy­biegł pro­sto z budki war­tow­ni­czej, to dopiero pierw­szy. Rzadko myli się wcze­śniej niż trze­ciemu z kolei.

Juva popa­trzyła na wzno­szący się przed nimi dom. Stary, prze­pyszny budy­nek chro­niony murem z łuko­watą bramą. Mieli tam nawet wewnętrzny dzie­dzi­niec. Juva wyszarp­nęła Nola­nowi plan mia­sta i obró­ciła w ręce. Nazwi­sko i adres zostały pośpiesz­nie naba­zgrane w budce.

- Gir­ding?

Nolan spoj­rzał na nią, jakby zapo­mniała wła­snego imie­nia.

- Gisting. Hjarn Gisting. To czło­nek Rady Kró­le­stwa, Juvo.

- Coś takiego - wymam­ro­tał Lok.

Juva zaj­rzała przez bramę na dzie­dzi­niec. Jeśli w domu rad­nego znaj­do­wał się ktoś dotknięty wil­ko­wa­to­ścią, to wszystko roz­gry­wało się nie­zwy­kle cicho.

- Fał­szywy alarm? - zapy­tała, cho­ciaż wąt­piła w to. Fał­szywe alarmy zda­rzały się rzadko.

Hanuk wybuch­nął ochry­płym śmie­chem, który zawsze przy­wo­dził Juvie na myśl srokę.

- A może prze­ku­pili cho­rego, żeby poszedł gdzie indziej?

Lok zare­cho­tał.

- Albo zaofe­ro­wali mu miej­sce w Radzie Kró­le­stwa. Nikt by prze­cież nie zauwa­żył róż­nicy.

Juva zer­k­nęła na niego. Lok zawsze lubił szy­dzić z ludzi mają­cych wię­cej pie­nię­dzy lub wła­dzy, lecz ani jedno, ani dru­gie nie mogło zatrzy­mać wil­ko­wa­to­ści. Dziew­czyna poczuła nara­sta­jący nie­po­kój.

- A może wszy­scy nie żyją - powie­działa.

Nastrój znów się zagę­ścił, jak pod­czas zrzu­ca­nia do morza. Nolan obej­rzał się.

- Gdzie oni się, na Gaulę, podzie­wają?

Lok prze­tarł oczy pal­cami.

- Nie rozu­miem, czemu Dziu­ra­wiec czy Brod­d­mar nie zamiesz­kali z nami... Wszystko byłoby wtedy łatwiej­sze.

- Miej pre­ten­sje do sio­stry Dziu­rawca - odparł Nolan. - Uważa, że jeste­śmy czci­cie­lami dia­bła.

- My? - Juva spoj­rzała na niego. - Czy to nie ona była z tym fajt­łapą, który poszedł z nami do Svartny w środku zimy? Tym, który prze­my­cał krew w kol­bie na łydce?

Nolan roze­śmiał się drwiąco i nakre­ślił na piersi krąg Jól.

- Sły­sza­łem, że naro­dziła się na nowo. Ponow­nie napiła się wody i została uwol­niona od grze­chów.

Juva wywró­ciła oczami i zoba­czyła, że tuż nad nią ktoś wygląda przez okno. Roz­legł się odgłos zamy­ka­nych drzwi. Ktoś ner­wowo pukał do sąsiada. To był dźwięk zakłó­co­nego noc­nego spo­koju. Wie­ści o łow­cach rozejdą się po ulicy wraz ze wstrzą­sa­jącą świa­do­mo­ścią, że tym razem tra­fiło na nas.

Usły­szała, że ktoś bie­gnie, i chwy­ciła kuszę obiema rękami, ale to tylko Brod­d­mar i Dziu­ra­wiec zja­wili się, ciężko dysząc. Dziu­ra­wiec, z tru­dem łapiąc oddech, otarł pot z łysej głowy.

- To prze­cież... na samej górze...

- Za dużo scho­dów? - zapy­tał Nolan z miną nie­wi­niątka.

Brod­d­mar spoj­rzał na niego spode łba.

- Wcho­dzi­łem na wszyst­kie schody w Náklavie, zanim się uro­dzi­łeś, chłop­cze.

Juva wśli­zgnęła się przez bramę i rozej­rzała po dzie­dzińcu. Prze­su­nęła pal­cami po łożu kuszy i spraw­dziła, czy bełt leży pro­sto w pro­wad­nicy. Brod­d­mar zbli­żył się do niej.

- Wyczu­łaś coś?

- Wtedy bym nie cze­kała.

Pode­szła do drzwi i zastu­kała kołatką. Otwo­rzył męż­czy­zna w dwu­rzę­do­wej kami­zelce, z wyraźną ulgą na twa­rzy. Dobrze znała to spoj­rze­nie, to fał­szywe poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, któ­rego się chwy­tał, jakby sam jej strój miał moc ura­to­wa­nia ich przed wil­ko­wa­tymi. Cienka war­stwa wysłu­żo­nej skóry prze­ciwko czy­stemu sza­leń­stwu.

Męż­czy­zna odsu­nął się na bok, wpusz­cza­jąc ich do środka.

- Witaj­cie! Pan wkrótce was przyj­mie.

Wkrótce?

- Czy są ranni albo zabici? - zapy­tała Juva, wcho­dząc do holu.

- Ależ nie, aż tak źle nie jest! - Jego wzrok prze­su­nął się po jej czer­wo­nym stroju. - W każ­dym razie jesz­cze nie.

Juva ścią­gnęła kap­tur i się rozej­rzała. Z pię­tra scho­dziły kręte schody, a liczne pod­cie­nia wska­zy­wały jasno, że jest tu aż za dużo miejsc, z któ­rych można zaata­ko­wać. Pomiesz­cze­nie zostało kosz­tow­nie ume­blo­wane, lecz nie było w nim nic odpo­wied­nio dużego, żeby dało się za tym scho­wać. Przy jed­nej ze ścian stał dowód zamoż­no­ści, drew­niana szafka z zega­rem. Miała wbu­do­waną klep­sy­drę, jak gdyby samemu zega­rowi gospo­darz nie ufał.

Hanuk uniósł rękę, aby dotknąć szafki. Juva odchrząk­nęła, więc zre­zy­gno­wał. Dała im znak i wszy­scy roz­pro­szyli się, aby spraw­dzić, czy nikt dotknięty wil­ko­wa­to­ścią nie ukrywa się w pod­cie­niach.

Do holu wszedł męż­czy­zna w bia­łej koszuli. We wło­sach miał pasma siwi­zny, a w dło­niach ści­skał pogrze­bacz.

- Jól niech będą dzięki, przy­szli­ście!

Wycią­gnął rękę w stronę kobiety i dziew­czynki, które z waha­niem przy­sta­nęły w drzwiach. Były dobrze ubrane i wyraź­nie gotowe, aby w mgnie­niu oka opu­ścić dom.

- Nazy­wam się Hjarn Gisting, to moja cudowna żona Auga i moja wnuczka Brina. A wy jeste­ście tymi słyn­nymi łow­cami? Wykrwa­wia­czami Náklavu? A może tylko wy dwoje w czer­wo­nych stro­jach...?

Prze­no­sił wzrok z Juvy na Brod­d­mara, jakby ocze­ki­wał, że się przed­sta­wią. Juva poczuła, że traci cier­pli­wość.

- Czy masz wil­ko­wa­tość, Hjarn? - zapy­tała z nadzieją, że obu­dzi w nim zmysł dzia­ła­nia.

- Nie! Oczy­wi­ście, że nie - odpo­wie­dział z zakło­po­ta­niem, wska­zu­jąc pogrze­ba­czem drzwi pod scho­dami. - Jest zamknięta w piw­nicy na wino. Nie może wyrzą­dzić żad­nych szkód.

- Ludziom - rzu­ciła jego żona. - Wina są warte mają­tek.

Juva pode­szła do drew­nia­nych drzwi. Nic nie usły­szała, ale wie­działa, że ta cisza kła­mie. Coś otu­liło jej serce jak zimna mgła. Męż­czyźni zebrali się wokół niej, ski­nęła im dys­kret­nie, aby potwier­dzić to uczu­cie.

- Kim ona jest? - zapy­tał Brod­d­mar.

Auga zakryła dłońmi uszy dziew­czynki, zanim odpo­wie­działa.

- W tym domu nikt ni­gdy nie brał pere­łek krwi! Ni­gdy byśmy jej nie zatrud­nili, gdy­by­śmy podej­rze­wali... Mil­dre to kucharka, ma naj­lep­sze refe­ren­cje i pie­cze naj­wspa­nial­sze cia­sto z kre­mem...

- Czy jest sama? - prze­rwała jej Juva. Nie chciała znać szcze­gó­łów. Im mniej wie, tym lepiej. Teraz musi zabić kogoś wię­cej niż po pro­stu wil­ko­watą, musi zabić Mil­dre, która pie­cze cia­sta z kre­mem.

Hjarn odsta­wił pogrze­bacz pod ścianę.

- Tam nie ma nikogo innego. Pra­co­wa­łem do późna, są... cięż­kie czasy. Straż Kręgu wykrwa­wia się z ludzi i pie­nię­dzy, Rada Mia­sta stra­ciła nie­dawno jed­nego z człon­ków z powodu wil­ko­wa­to­ści, nie ma już pra­wie żad­nych gra­nic. - Juva wyczy­tała w jego wzroku nieme oskar­że­nie, nim zaczął mówić dalej. - Usły­sza­łem jakiś hałas, wysze­dłem z gabi­netu i... tak, od razu wie­dzia­łem, że coś jest nie tak. Pociła się i... - Prze­łknął ślinę. - Zęby, prawda? Szar­pała drzwi jak opę­tana, więc rzu­ci­łem jej klucz po pod­ło­dze. Wyda­wało się, że chce jedy­nie tam zejść, to było naj­dziw­niej­sze... Oczy­wi­ście zamkną­łem drzwi, gdy tylko zna­la­zła się w środku.

- Jak tam wygląda?

- Och, wiesz, piw­nica wbu­do­wana jest w sam mur Kró­lew­skiego Wzgó­rza, jest więc stara, wła­ści­wie z X wieku, ma cał­kiem ład­nie skle­pione sufity, które...

Juva nie­mal zwąt­piła.

- Pomiesz­cze­nia! Ile tam jest pomiesz­czeń? Czy są jakieś okna, przez które można uciec? Coś, za czym da się scho­wać? Coś, czego można użyć jako broni?

- Ach, rozu­miem. Na końcu scho­dów jest kory­tarz, po jed­nej stro­nie znaj­duje się spi­żar­nia, po dru­giej piw­nica na wino. Piw­nica ma wiel­kość tego holu, ale jest podzie­lona na prze­działy, lubię sor­to­wać wina według regio­nów, z któ­rych... - Napo­tkał jej wzrok i pospiesz­nie dodał: - Ale oczy­wi­ście żad­nej broni.

Oprócz bute­lek.

Skarr śmi­gnął obok słu­żą­cego, który odsko­czył z lek­kim okrzy­kiem.

- Przy­niosę latar­nie - pisnął.

To była naj­mą­drzej­sza rzecz, jaką dotąd tu wypo­wie­dziano.

Dziew­czynka zbli­żyła się o kilka kro­ków do Juvy.

- Zabi­jesz Mil­dre?

- Oczy­wi­ście, że nie! - odpo­wie­działa Auga, ota­cza­jąc małą ramie­niem. Posłała Juvie upo­mi­naw­cze spoj­rze­nie. - Prawda?

Juva popa­trzyła na Brinę. Wie­działa, że dla więk­szo­ści ludzi kłam­stwo jest naj­ła­twiej­sze. Ale oni nie wycho­wali się wśród czy­ta­ją­cych z krwi i nie byli okła­my­wani przez całe życie.

- Twoja bab­cia ma rację - powie­działa. - Mil­dre już nie ma. To, co zabi­jemy, jest czymś zupeł­nie innym.

Dziew­czynka unio­sła wzrok na babkę, jakby ocze­ki­wała, że tamta sko­ry­guje nie­za­wo­alo­waną prawdę, ale tak się nie stało.

Słu­żący wró­cił, omi­ja­jąc Skarra, i podał Nola­nowi i Lokowi po latarni.

Juva prze­krę­ciła klucz i otwo­rzyła drzwi. Skarr spoj­rzał w ciem­ność i zaczął war­czeć. Nie potrze­bo­wała go, aby zna­leźć cho­rych na wil­ko­wa­tość, sama lepiej dawała sobie z tym radę, ale sta­no­wił dowód, który ludzie rozu­mieli. I był lojal­nym przy­ja­cie­lem, który nie odstę­po­wał jej boku od czasu Hulasz­czego Gonu. Od czasu jego odej­ścia.

Przy­mo­co­wała rze­mie­nie do sze­lek wilka i podała słu­żą­cemu smycz.

- Trzy­maj, kiedy będziemy na dole. On jest silny...

Męż­czy­zna zbladł, jak gdyby popro­siła go, aby sko­czył z Mostu Bogów, ale wziął rze­mień i trzy­mał go na odle­głość ramie­nia.

Juva zro­biła kilka kro­ków w dół. Cia­sne i kręte schody dła­wiły świa­tło latarni. Unio­sła przed sobą kuszę. Ruch spra­wił, że piersi napięły się, razem z bli­zną, którą zosta­wiły w niej jego pazury, zanim znik­nął na zawsze.

Zagry­zła zęby i sku­piła się na stra­chu. Był pożą­da­nym gościem, mogła na nim pole­gać. Pul­su­jąca oznaka życia w otchłani, w któ­rej poza tym Juva żyła. Szła dalej w dół, bez­sze­lest­nie, nasłu­chu­jąc. To nie­wie­dza zawsze naj­bar­dziej ją drę­czyła. Ni­gdy nie wie­działa, co ją czeka. To mogli być sta­rzy, mło­dzi, zagu­bieni lub bestial­scy...

- Spo­dzie­waj się naj­gor­szego - szep­nęła.

Nolan był tak bli­sko, że czuła, jak się przy­go­to­wuje. Cie­pła, bez­pieczna ściana męż­czyzn za ple­cami. Tych naj­lep­szych.

Z każ­dym kro­kiem robiło się chłod­niej, aż wresz­cie dotarła do końca scho­dów. Prze­kro­czyła stłu­czoną butelkę po winie i zwró­ciła się w stronę jedy­nego dźwięku, który sły­szała. Cichego mla­ska­nia. Jakby ktoś czła­pał po bło­cie. W labi­ryn­cie pó­łek nie było jed­nak nikogo widać. Oczom Juvy uka­zy­wały się kolejne ściany bute­lek, a piw­nicę wypeł­niała inten­sywna woń kwa­śnych jagód. Dała znak, że mają się roz­dzie­lić, i męż­czyźni roz­pro­szyli się wokół niej.

Pomiesz­cze­nie zda­wało się coraz węż­sze, jak gdyby ściany kur­czyły się wokoło kuszy. Tylko to ist­niało. Palec na spu­ście. Czu­bek bełtu. Serce drżące w piersi, jakby leżało nagie na zim­nie. Uczu­cie było dużo mniej silne niż wtedy, gdy w pobliżu znaj­do­wali się wieczni, lecz bar­dziej nie­po­ko­jące.

Dźwięk stał się gło­śniej­szy. Była już bli­sko.

Zatrzy­mała się przed wywró­co­nym rega­łem, który leżał na jej dro­dze, przy ster­cie bute­lek. Wiele z nich było stłu­czo­nych. Kilka roz­trza­ska­nych beczu­łek wyglą­dało jak popę­kane czaszki. Udało jej się nie potknąć o jedną z nich. Głu­chy odgłos tuż obok zdra­dził, że Dziu­ra­wiec nie miał tyle szczę­ścia.

Nagle mla­ska­nie ustało. Po pod­ło­dze poto­czyła się samotna pusta butelka.

Juva ski­nie­niem głowy dała znak Brod­d­ma­rowi, aby szedł z nią, a innym kazała gestem pójść w prze­ciwną stronę. Okrą­żyli regał, każdy ze swo­jej strony, i wyszli nie­mal pro­sto na nią.

Mil­dre...

Kobieta sie­działa w wiel­kiej kałuży wina i gry­zła kość. Wodziła po nich dzi­kim, czuj­nym wzro­kiem, ale nie ruszała się z miej­sca. Jedze­nie było waż­niej­sze. Wszystko wska­zy­wało na to, że pró­bo­wała wypić pół piw­nicy, ale nie zaspo­ko­iło to jej głodu.

Była po pięć­dzie­siątce i miała na sobie far­tuch kom­plet­nie prze­siąk­nięty winem. Nagle Juva uświa­do­miła sobie, że kobieta gry­zie wła­sną rękę.

Brod­d­mar chwy­cił Juvę, chcąc ją wes­przeć, a może sie­bie.

- Na Druknę - szep­nął Dziu­ra­wiec.

Lok cof­nął się i zwy­mio­to­wał.

Mil­dre wciąż żuła kość, ssąc ją jak nie­mowlę; wyda­wało się, że nie czuje bólu.

Juvie zro­biło się zimno, wyce­lo­wała w Mil­dre kuszę. Zoba­czyła drżący bełt i naci­snęła spust. Krew szu­miała jej w uszach, nie sły­szała wła­snego strzału. Widziała jed­nak bełt wbi­ja­jący się w pierś. Mil­dre szarp­nęła się do tyłu, a jej ciało roz­po­starło się na beczce. Krew z ręki spły­wała na pod­łogę, mie­sza­jąc się z winem, więc wyglą­dało to, jakby wylały się jej nie­po­jęte ilo­ści.

Juva ode­tchnęła głę­boko. Płuca ją zapie­kły. Przez chwilę zapo­mniała ich uży­wać. Serce otrzą­snęło się z ostat­nich śla­dów zimna, które pozo­sta­wiła chora. Juva zło­żyła kuszę, umie­ściła ją z powro­tem w uprzęży i zdjęła z ple­ców bukłaki.

- Ona żyje! - krzyk­nął Dziu­ra­wiec.

Dziew­czyna unio­sła wzrok i ujrzała, że zakrwa­wiona ręka łapie Brod­d­mara za łydkę. Wypu­ściła z dłoni bukłaki i rzu­ciła się na Mil­dre, która leżała teraz, szar­piąc się, przy­gnie­ciona jej cia­łem. Brod­d­mar kopał gorącz­kowo. Ze scho­dów dobiegł har­mi­der, jakby sama Gaula hała­so­wała. Coś zawar­czało. Ktoś krzyk­nął. Juva macała w poszu­ki­wa­niu noża, który miała u pasa, sta­ra­jąc się nie scho­dzić z wal­czą­cej pod nią Mil­dre. Przez chwilę wyda­wało jej się, że Mil­dre war­czy, ale to był Skarr. Coś zaszu­miało w powie­trzu, a potem góra futra i mię­śni rzu­ciła je obie na zie­mię. Juva wstała i wpa­try­wała się teraz w wilka. Skarr wgryzł się w gar­dło Mil­dre i mocno trzy­mał. Skóra marsz­czyła mu się na pysku, kiedy cze­kał na kapi­tu­la­cję. Prze­stał war­czeć. Puścił Mil­dre i usiadł na pod­ło­dze, jakby nic się nie stało. Prze­su­wał języ­kiem po zębach.

Juva znów chwy­ciła bukłaki, prędko, aby nie zacząć dygo­tać, a Nolan pospie­szył jej z pomocą. Brod­d­mar był zajęty oglą­da­niem swo­jej łydki. Jak gdyby wszy­scy nie zdą­żyli się jesz­cze zorien­to­wać, że bra­kuje mu już śmia­ło­ści do tej pracy. Nie był tym samym czło­wie­kiem, odkąd dowie­dział się, że cho­rzy na wil­ko­wa­tość mogli mieć szansę dzięki krwi prze­klę­tego dia­bła, któ­rego ona wypu­ściła z wię­zie­nia.

Nolan zwią­zał Mil­dre stopy i zarzu­cił je sobie na ramiona. Sta­rał się trzy­mać ją jak naj­bar­dziej w pio­nie. Juva przy­ło­żyła do gar­dła kobiety ostry jak nóż dzió­bek i mocno wbiła. Bukłak powoli się powięk­szał w jej pal­cach.

Lok stał z rękami opar­tymi o uda, jakby nie był pewien, czy znów zwy­mio­tuje. Ni­gdy nie miał do tego żyłki. Wilk to wilk, czło­wiek to czło­wiek, ni­gdy nie potra­fił znieść stanu przej­ścio­wego.

Dziu­ra­wiec zaczął krą­żyć wkoło jak zde­ner­wo­wany niedź­wiedź. Prze­je­chał dło­nią po łysej gło­wie. Miał dość. Wszy­scy mieli. Juva czuła, że to nad­cho­dzi.

- Czy to nasza wina? - zapy­tał w końcu. - Jak długo jesz­cze tak mogą, wszy­scy wieczni powinni już dawno być mar­twi.

- Dziu­ra­wiec... - W gło­sie Nolana zabrzmiało ostrze­że­nie, które jedy­nie zwięk­szyło zwąt­pie­nie Dziu­rawca.

- Wolno mi pytać! Czy nie po to wła­śnie ode­sła­li­śmy tego stwora do domu? Żeby pozbyć się jego krwi i żeby wieczni wymarli? Nie ma wiecz­nych - nie ma pere­łek krwi, nie ma pere­łek krwi - nie ma wil­ko­wa­tych, ale teraz jest ich wię­cej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej!

- To wymaga czasu, Dziu­ra­wiec, rozu­miesz? - Nolan stęk­nął i popra­wił nogi Mil­dre. - To nie znik­nie w ciągu nocy, a póki ist­nieje wieczna krew, będą robili z niej perełki. To gówno jest zbyt docho­dowe. A nawet kiedy var­dari wyzdy­chają, dużo czasu zaj­mie zli­kwi­do­wa­nie czar­nego rynku.

Lok wypro­sto­wał się.

- A jed­nak... On prze­cież ma rację. Ile to już czasu, odkąd...

- Pójdę na górę i powiem, że nie­bez­pie­czeń­stwo minęło - powie­dział Hanuk.

Juva poczuła w ustach cierpki smak z powodu jego oczy­wi­stej próby ucię­cia dal­szych pytań. Uni­kali jego imie­nia jak wil­ko­wa­to­ści, jakby ono wciąż nie krą­żyło w jej gło­wie.

Od czasu Grífa. Odkąd źró­dło wiecz­nego życia opu­ściło Náklav.

Zdjęła wypeł­niony krwią bukłak z szyi zwłok i wbiła dzió­bek kolej­nego. Lok miał rację. Matka zmarła ósmego dnia Ikrzca, a od tego czasu var­dari nie dostali ani kro­pelki krwi dia­bła. W naj­lep­szym wypadku mają przed sobą jesz­cze pół roku życia, a umie­ra­jący var­dari powinni mieć w gło­wie inne rze­czy niż sprze­da­wa­nie pere­łek krwi.

- A więc czemu jest ich coraz wię­cej? - zapy­tał Dziu­ra­wiec.

Juva wło­żyła zatyczkę i zarzu­ciła sobie bukłaki na plecy. W mie­ście było tylu cho­rych na wil­ko­wa­tość, że nie potrze­bo­wano wil­ków do zasi­la­nia Kręgu Nákla. Bramy dzia­łały dzięki samej krwi cho­rych - gorzka prawda w chwili, gdy wystar­czy­łaby krew wil­cza. Nafraím sam to przy­znał.

Jedyną pocie­chą było, że oszczę­dzali wilki, bo skoń­czyła z polo­wa­niem na nie, cho­roba ni­gdy nie miała z nimi nic wspól­nego. Juvie została jed­nak łowiecka dru­żyna, która polo­wała nie na wilki, tylko na ludzi. Wystar­cza­jąco wielu odu­rzało się pereł­kami krwi, cho­ciaż wie­dzieli, że mogą zacho­ro­wać na wil­ko­wa­tość.

Ale wciąż nie dość wielu do tego...

Napo­tkała pro­szący wzrok Dziu­rawca i poczuła pra­gnie­nie, aby mieć dla niego odpo­wiedź. Móc powie­dzieć, że to minie przed jesie­nią, ale już zdą­żyła obie­cać zbyt dużo. Całemu mia­stu.

- To i tak nie nasza wina, Dziu­ra­wiec - powie­dział Nolan, roz­wią­zu­jąc rze­mie­nie wokół stóp Mil­dre. - Musimy liczyć się z tym, że będzie gorzej, zanim sta­nie się lepiej.

Juva podzię­ko­wała mu wzro­kiem, a on nagro­dził ją bole­snym uśmie­chem, który przy­po­mniał jej, że chło­paki doku­czają mu, że jest zma­nie­ro­wany. W ich świe­cie zna­czyło to, że ład­nie pach­nie i nie obcina sobie sam wło­sów. Nolan jed­nak z pew­no­ścią nie był zma­nie­ro­wany i nie bał się cięż­kiej pracy. Tylko Jól wie, czemu wyko­ny­wał tę maka­bryczną robotę, bo pie­nię­dzy nie potrze­bo­wał. Juva jed­nak też już ich nie potrze­bo­wała, więc zapewne Nolan miał ten sam powód. To musiało być zro­bione. A on był w tym teraz lep­szy niż Brod­d­mar.

Juva ukuc­nęła przy zwło­kach i odcze­piła z pasa obcęgi. Lok wydał z sie­bie jęk i odwró­cił się ple­cami. Dziew­czyna pod­nio­sła wzrok na Brod­d­mara, posy­ła­jąc mu nieme wyzwa­nie, aby zapro­te­sto­wał, ale on już wielu umar­łych temu prze­stał ją oszczę­dzać. Teraz to była jej praca.

Otwo­rzyła mar­twe usta, z któ­rych ulot­nił się cho­ro­bliwy zapach suro­wego mięsa i kwa­śnego wina. Język ską­pany był we krwi. Nolan pod­trzy­my­wał bez­władną głowę, gdy Juva wyła­my­wała kły. Z jed­nym musiała się siło­wać, jesz­cze nie wyrósł do końca. Prze­bi­jał się tylko z wysił­kiem pod pier­wot­nym zębem, który koły­sał się na cien­kim kawałku skóry.

Juva zapa­ko­wała zęby w chu­s­teczkę i scho­wała ją do kie­szeni.

Wró­cił Hanuk i kop­nię­ciem usu­nął z drogi butelkę.

- Jest tu Straż Kręgu - powie­dział, jak gdyby tupa­nie na scho­dach dało się z czymś pomy­lić.

Przy­szło ich mnó­stwo i w mgnie­niu oka opa­no­wali piw­nicę.

Brod­d­mar pokle­pał Juvę po karku.

- Teraz my się tym zaj­miemy, idź do domu i się prze­śpij.

Nie odpo­wie­działa. To wyda­wało się zbyt małe i zbyt późne. Kłam­stwo, które opo­wie­dział sam sobie - że wciąż jest opoką.

Juva prze­łknęła roz­cza­ro­wa­nie. Zosta­wiła straż­ni­kom sprzą­ta­nie i weszła na górę ze Skar­rem dep­czą­cym jej po pię­tach. Na środku scho­dów leżały stłu­czona klep­sy­dra i kilka kółek zęba­tych. Zro­zu­miała, że słu­żący przy­wią­zał wilka do zegara, aby nie musieć go trzy­mać. Juva wes­tchnęła i prze­nio­sła wzrok na Skarra, który odwza­jem­nił jej spoj­rze­nie; mogłaby przy­siąc, że wzru­szyłby ramio­nami, gdyby tylko umiał.

W holu leżało potwier­dze­nie, ścieżka drzazg z roz­trza­ska­nej szafki na pod­ło­dze. Augi i dziew­czynki ni­gdzie nie było widać, za to garstka straż­ni­ków zaj­mo­wała się Hjar­nem. Jeśli bra­ko­wało im ludzi, to z pew­no­ścią nie na Kró­lew­skim Wzgó­rzu, tego była pewna. Radny wpa­try­wał się w nich bez­rad­nie.

- Nawet nie podej­rze­wa­łem, że ona piła...

Juva wyszła na dzie­dzi­niec. Cze­kało tam mniej ludzi, niż się oba­wiała, w mgli­stym świe­tle, które spra­wiało, że w Náklavie łatwo było stra­cić orien­ta­cję co do tego, jaka jest pora dnia, przez cały Upal­nik, jedyny mie­siąc, który można było nazwać latem.

Stali w grup­kach wokół czar­nego wozu na zwłoki i mam­ro­tali. Zmę­czeni. Prze­ra­żeni. Roz­mowy uci­chły, gdy ludzie ją zoba­czyli. Odsu­nęli się, robiąc jej przej­ście do bramy. Wpa­try­wali się w nią. I w wilka.

Juva nacią­gnęła moc­niej kap­tur, lecz czuła się naga. Bukłaki zwi­sały jej z ramion niczym gorące skrzy­dła. Kobieta w noc­nej koszuli stała, obej­mu­jąc się ramio­nami, jak gdyby zabi­jała ręce, by się ogrzać.

- Obie­ca­łaś, że to się skoń­czy! - krzyk­nęła.

Ten wybuch dodał odwagi innym.

- Var­dari nas karzą! - zawo­łał star­szy męż­czy­zna.

Juva wal­czyła z mdło­ściami. Te słowa pozba­wiły ją sił i dopiero teraz zro­zu­miała, jak mało ma ener­gii do dzia­ła­nia. Stopy stały się cięż­sze, ostat­nie siły wyko­rzy­stała na wyj­ście z bramy na pustą ulicę.

Var­dari... O tak, oni uka­rzą ludzi, co do tego nie ma wąt­pli­wo­ści. Przede wszyst­kim ją samą.

Sto dwa dni temu Juva zwa­biła Eydalę do Kręgu Nákla. Wtedy, gdy skła­mała, że list do Nafraíma obja­śniał drogę do dia­bła, źró­dła wiecz­nego życia. Gaula jedna wie, co się dzieje z dwoj­giem wiecz­nych od tam­tego czasu. Juva nie widziała ani śladu po nich.

Łaskawa Jól, oby byli mar­twi.

- Juvo! - Nolan wybiegł przez bramę i przy­sta­nął zakło­po­tany, gdy ujrzał, że nie odda­liła się aż tak bar­dzo. Prze­su­nął dło­nią po krót­kiej, świeżo przy­strzy­żo­nej bro­dzie. - Czy jesteś pewna, że nie potrze­bu­jesz, aby ktoś towa­rzy­szył ci jutro?

- Skarr czuwa. A gdyby ona wie­działa, co robię, już dawno była­bym mar­twa. Zagro­że­nie minęło.

Nolan zmarsz­czył czoło i Juva zro­zu­miała, że mówił o czymś cał­kiem innym niż Eydala.

- Cho­dziło mi o Radę Mia­sta. Są pod silną pre­sją, trudno powie­dzieć, co wymy­ślą.

- Ach... - Juva uśmiech­nęła się jak naj­sze­rzej. - No cóż, to oni powinni się mar­twić, co ja wymy­ślę. Dobra­noc, Nolan.

Puściła wilka wolno i pozwo­liła mu pro­wa­dzić przez ulicę i w dół odwiecz­nych scho­dów. Nie znaj­do­wała się już ponad mia­stem, lecz była w nim uwię­ziona. Morze zni­kło jej z oczu, a niebo zamie­niło się w pasma ponad wąskimi ulicz­kami gdzie­nie­gdzie poprze­ci­na­nymi przez mosty. Wiele z nich było w takim sta­nie, że lada dzień mogły się zawa­lić. Wyglą­dały tak jed­nak już od dawna.

Skarr przy­spie­szył, kiedy zbli­żyli się do Latar­nia­nych Kli­fów. Daw­niej był wil­kiem Brod­d­mara, teraz jest jej. Brod­d­mar wiele razy zabie­rał go do domu, ale Skarr wcze­śniej czy póź­niej znaj­do­wał drogę na zewnątrz i poja­wiał się na jej scho­dach.

Juva pró­bo­wała wyma­cać w kie­szeni klucz. Drzwi otwo­rzyły się z nagłym szarp­nię­ciem. Sta­nęła w nich Kefla z zaci­śnię­tymi ustami.

- Późno wró­ci­łaś - powie­działa, ujmu­jąc się pod boki.

Juva prze­ci­snęła się obok niej.

- Co ty wypra­wiasz, Keflo? Nie możesz tak po pro­stu otwie­rać każ­demu, czy ty w ogóle nie myślisz?

Kefla zatrza­snęła drzwi, aż śpiew żelaza roz­niósł się po ponu­rym holu.

- Coś takiego! Wyczu­łam Skarra i wie­dzia­łam, że to ty!

- Tego ni­gdy nie możesz być pewna. Ile razy mam ci to powta­rzać? Czy będę musiała cię stąd nie­ba­wem wyrzu­cić?

Poża­ło­wała tych słów już w chwili, gdy je wypo­wia­dała. Kefla znów zaci­snęła usta, lecz z jej oczu wyzie­rał strach. Juva odwią­zała uprząż i zła­pała kuszę oraz bukłaki, zanim spa­dły na pod­łogę. Zdjęła czer­wony strój i cisnęła go na czarną, pełną zawi­ja­sów poręcz scho­dów.

- Wiesz, że tutaj nie jest bez­piecz­nie.

Kefla prych­nęła.

- Masz drzwi z żelaza! Zabi­łaś deskami wszyst­kie okna z wyjąt­kiem tych, które wycho­dzą na morze, i masz wilka! Gdzie niby mia­łoby być bez­piecz­niej?

- Musisz być ostroż­niej­sza, Keflo. O to mi cho­dziło.

Kefla zarzu­ciła grzywką i się nadą­sała.

- Tak ostrożna jak ty? Sza­leć po mie­ście w nocy, zabi­jać cho­rych na wil­ko­wa­tość, zawsze cho­dzić sama... Tak ostrożna?

Juva szu­kała dobrej odpo­wie­dzi. Kefla miała ostrzej­szy język, niż dwu­na­sto­latka powinna mieć, wyostrzony przez lata spę­dzone na ulicy.

- Nie jestem sama, mam Skarra i dru­żynę. I nauczy­łam się roz­po­zna­wać wiecz­nych, a ty jesz­cze nie.

- A wła­śnie, że tak! Rów­nie dobrze jak ty!

Juva wes­tchnęła.

- Ale nie umiesz roz­róż­niać. Nie wiesz, która to...

Urwała.

Która to ta bestia Eydala.

Jak to się stało, że ta potworna kobieta jesz­cze jej nie wytro­piła? Nafraím na pewno wszystko opo­wie­dział, o liście i o Grífie, sam widział, jak ten opusz­cza świat. Czy brak krwi zabrał już zarówno Nafraíma, jak i Eydalę? A może poza­bi­jali się nawza­jem, zanim Eydala poznała prawdę? Juva ucze­piła się tej myśli, ale wie­działa, że gdyby w to wie­rzyła, wio­dłaby cał­kiem inne życie. I sypia­łaby w nocy.

Weszła do biblio­teki, napeł­niła kie­li­szek żyt­nią wódką i opa­dła na kanapę. Skarr uło­żył się wygod­nie u jej stóp. Futro mu lśniło w bla­sku noc­nego słońca rzu­ca­ją­cego plamy świa­tła mię­dzy szpro­sami okien. Na zewnątrz fale ude­rzały o klif, potę­gu­jąc uczu­cie, które Juva zawsze miała: że jest na pokła­dzie statku. Tru­pie drewno tliło się w kominku, tuż obok stał stół - to przy nim sie­działy kie­dyś zmarłe, jak lalki. Solde. Ogny i inne czy­ta­jące z krwi. Zbrod­nia Nafraíma. A przy ścia­nie komin­ko­wej stała szafa ze śmiesz­nym wypcha­nym kru­kiem, który wró­żył z run. Szafa kry­jąca w sobie szyb do kil­ku­set­let­niego grze­chu rodziny.

Gríf.

Pamiątka oszu­stwa. Jej wła­snego idio­ty­zmu.

Juva opróż­niła kie­li­szek, posta­wiła go na stole i odsu­nęła od sie­bie. Nie była na dole, odkąd on odszedł. Ani razu. Co niby miała tam do roboty? Wspo­mi­nać jak głu­pia wszystko, o czym roz­ma­wiali? Wczu­wać się w zdradę? Wdy­chać jego zapach?

Wzdry­gnęła się, gdy dostrze­gła jakiś ruch, i uświa­do­miła sobie, że musiała przy­snąć. Instynk­tow­nie zła­pała kuszę, ale to tylko Kefla wtu­liła się w nią na kana­pie. Juva objęła ramie­niem jej szczu­płe ciało i mruk­nęła:

- Jutro możemy iść spo­tkać się z innymi.

- Obie­cu­jesz?

- Po zebra­niu. Obie­cuję - powie­działa Juva, cho­ciaż wcze­śniej obie­cała sama sobie, że nie będzie nic obie­cy­wać.

BARANEK OFIARNY

Głos prze­wod­ni­czą­cego Rady Mia­sta brzmiał donio­śle. Sjur Skar­bowy był przy­zwy­cza­jony, że go słu­chają, nawet gdy mówi rze­czy zbędne.

Juva patrzyła na jego twarz bez wyrazu, gdy recy­to­wał listę zabi­tych, spra­wia­jąc wra­że­nie, że się przy tym nudzi. Nazwi­sko za nazwi­skiem. Cho­rzy na wil­ko­wa­tość, któ­rych Juva zabiła i wykrwa­wiła. Ofiary, któ­rych nie była w sta­nie ura­to­wać. Dla niego to były tylko przy­padki, dla niej - wspo­mnie­nia. Nie potrze­bo­wała wyli­cza­nia, żeby pamię­tać.

Zaczęła żało­wać, że posta­no­wiła stać przy krót­szym końcu śmiesz­nie dłu­giego stołu, ale sądziła, że to szybko pój­dzie. Jej żąda­nia były pro­ste: przy­zwo­ite wyna­gro­dze­nie dla chło­pa­ków i zro­bie­nie porządku w naj­bar­dziej szem­ra­nych miej­scach, gdzie wciąż han­dlo­wano pereł­kami krwi. Tylko tyle. Ale wszystko wska­zy­wało na to, że jest tu z innych powo­dów, niż myślała.

Po raz pierw­szy została przy­jęta w tym pomiesz­cze­niu i to raczej nie był przy­pa­dek. Sala była tak wysoka, że każdy czuł się tam nic nie­zna­czący. Kolumny ozdo­bione wzo­rami spra­wiały, że trudno było się tu orien­to­wać. Zro­biona z żył­ko­wa­nych płyt pod­łoga lśniła, a każde słowo odbi­jało się echem. Nie zebrała się też zwy­cza­jowa repre­zen­ta­cja, lecz pra­wie połowa Rady, ponad dwa­dzie­ścioro kobiet i męż­czyzn o sro­gich minach.

To nie był żaden nie­winny raport. Oni cze­goś chcieli, a nie­wie­dza spra­wiała, że Juva czuła mro­wie­nie na karku.

Zało­żyła ręce na plecy, aby powstrzy­mać się od stu­ka­nia pal­cami o palce. Inni radni sie­dzieli jakby w pół­śnie nad wła­snymi odbi­ciami w wypo­le­ro­wa­nym bla­cie. Nawet Drogg uni­kał jej wzro­kiem. Olbrzymi męż­czy­zna spo­koj­nie mógł ostrzec ją wcze­śniej, co się szy­kuje, ale Juva nie spo­dzie­wała się już wiele po nikim.

A jed­nak... Pomo­gła mu wyplą­tać się z kłam­stwa, któ­rym omo­tała go jej matka - prze­ko­na­nia, że każde ude­rze­nie serca skraca mu życie, tak że męż­czy­zna led­wie śmiał się poru­szać. Wszystko, aby zagwa­ran­to­wać stały dopływ pie­nię­dzy od czło­wieka, który usta­wicz­nie potrze­bo­wał zapew­nień, ile jesz­cze zostało mu życia. Bez­li­to­sne, nawet jak na Laga­lune.

Czy­ta­jąca z krwi. Oszustka. Matka.

Prze­wod­ni­czący Rady Mia­sta odrzu­cił wierzch­nią kartkę i czy­tał dalej z kolej­nej:

- Vigda Renne, dwa­dzie­ścia sie­dem, Szczynna. Zła­many kark. Kol Her­stein Skjegge, czter­dzie­ści dwa, Jęzorna. Tra­fiony z kuszy... - Urwał na chwilę i spoj­rzał na Juvę ponad oku­la­rami. - W krtań.

Pró­bo­wał zmu­sić ją do obrony, zro­zu­mia­łaby to, nawet gdyby nie wycho­wała się wśród czy­ta­ją­cych z krwi. Juva przy­po­mniała sama sobie, że on wła­ści­wie potrze­buje jej apro­baty, żeby odnieść suk­ces. Unio­sła pod­bró­dek i dodała:

- I nóż w ple­cach. Jego wła­sny.

Prze­wod­ni­czący odło­żył papiery i wydał z sie­bie afek­to­wane wes­tchnie­nie.

- Juvo San­n­seyr, mam nadzieję, że nie muszę pod­kre­ślać, iż nie strzela się do ludzi...

- Wil­ko­wa­tych.

- ...z kuszy na Jęzor­nej. To nie jest oko­lica, w któ­rej ludzie chcą się przy­zwy­cza­jać do takich rze­czy.

- A więc gdzie ludzie chcą się przy­zwy­cza­jać do takich rze­czy?

Twarz prze­wod­ni­czą­cego ścią­gnęła się jesz­cze odro­binę. Kąciki ust miał takie cięż­kie, że trudno było sobie wyobra­zić, aby choć raz w życiu się uśmiech­nął.

- Młoda frú San­n­seyr, sta­nę­łaś na bal­ko­nie w Kręgu Nákla - przed połową mia­sta - i obie­ca­łaś, że wil­ko­wa­tość się skoń­czy. Minęły już trzy mie­siące i jest gorzej niż było! Myślisz, że to dziwne, iż ludzie stra­cili zaufa­nie do łow­ców? Do Seida­laugu?

I do was.

Juva zacho­wała komen­tarz dla sie­bie. Mimo wszystko prze­wod­ni­czący miał rację. Mia­sto wrzało, a ona nie mogła nic zro­bić, tylko cze­kać. I zno­sić to. I prze­mil­czeć, skąd wie, że to minie.

Bo wil­ko­wa­tość pocho­dzi z pere­łek krwi, które z kolei pocho­dzą od var­da­rich, któ­rzy żyli dzięki krwi nie­śmier­tel­nego łaj­daka z kłami, któ­rego ode­sła­li­śmy do domu, gdzie­kol­wiek, na Druknę, to jest.

Nikt nie wąt­pił, że wil­ko­wa­tość dotyka tych, któ­rzy biorą perełki krwi. Ale reszta... Pomy­śle­liby, że zwa­rio­wała, a to jest rze­czy­wi­stość, z którą ona i chło­paki muszą żyć. Skoń­czyli z var­da­rimi i nikt im ni­gdy za to nie podzię­kuje.

Juva oparła dło­nie na stole i się pochy­liła.

- Jest coraz gorzej, bo ludzie winią o wszystko wil­ko­wa­tość. O każde wła­ma­nie, każdą bójkę, każ­dego pija­nego głupka albo nie­szczę­snego sza­leńca na ulicy, wszystko z powodu wil­ko­wa­to­ści! A wy myśli­cie wyłącz­nie o licze­niu zmar­łych! Tylko że wiele z kłów, które zebra­li­śmy, pocho­dzi od wiecz­nych. Od var­da­rich zabi­tych przez innych var­da­rich. Wie­dzą, że Náklav nie jest już dla nich bez­piecz­nych por­tem, więc wal­czą ze sobą i tak, będzie gorzej, zanim zrobi się lepiej! Tym­cza­sem mamy łow­ców, któ­rzy...

- Var­dari? - krzyk­nęła kobieta sie­dząca pośrodku dłu­giego boku stołu. Wywró­ciła oczami, jakby szu­kała wspar­cia z góry. - A więc znów mówimy o tych wszech­wład­nych i nie­śmier­tel­nych?

Wokół stołu roz­legł się źle tłu­miony śmiech, ale prze­wod­ni­czą­cemu udało się opa­no­wać, to trzeba mu było przy­znać.

Odsu­nął papiery na bok.

- Juvo San­n­seyr, twoja słynna mowa pod­czas Hulasz­czego Gonu była kata­strofą, co do tego nie ma wąt­pli­wo­ści. Nie tylko wpro­wa­dzi­łaś w błąd Náklav co do tego, czym jest i ma być Seida­laug, ale obie­ca­łaś też koniec wil­ko­wa­to­ści i wypo­wie­dzia­łaś wojnę wytwo­rowi wyobraźni. Sprzy­się­że­niu dzia­ła­ją­cych poza pra­wem wiecz­nych, któ­rych ist­nie­nia nie da się udo­wod­nić, ale ist­nie­nie kon­se­kwen­cji już tak! Twoje uro­je­nia wpę­dziły ludzi w fana­tyzm! Teraz mnó­stwo ich wie­rzy, że var­dari ist­nieją i że... - Sjur odwró­cił się do pisa­rza. - Nie pro­to­ko­łuj tego, czło­wieku!

Pisarz wypu­ścił z rąk pióro, jakby się opa­rzył. Prze­wod­ni­czący wes­tchnął i znów spoj­rzał na Juvę.

- Wie­rzą, że var­dari ist­nieją, a Rada Mia­sta nie robi nic, aby zara­dzić pro­ble­mowi.

- I rze­czy­wi­ście nic nie robi­cie.

Juva sły­szała, jak prze­wod­ni­czący oddy­cha głę­boko, mimo że koniec stołu znaj­do­wał się ładny kawa­łek od niej i mimo że jej słowa były dużo łagod­niej­sze, niż na to zasłu­gi­wali. Aż się paliła do tego, aby znów wymie­nić wszyst­kie sprawy, któ­rymi się nie zajęli. To pew­nie by tylko pogor­szyło sytu­ację. Samo­kry­tyka rzadko gościła w tych ścia­nach.

- Jesteś młoda - powie­dział prze­wod­ni­czący. - To zro­zu­miałe, że nie dostrze­gasz cało­ścio­wego obrazu, ale czer­piesz korzy­ści ze swo­jej pozy­cji. Dosta­łaś nie­by­wale dużą swo­bodę przy wyko­ny­wa­niu tej pracy.

- Któ­rej nikt inny nie chce.

- Któ­rej nikt inny nie chciał. Ale Rada Mia­sta musi wyko­rzy­stać swój dra­ma­tycz­nie ogra­ni­czony czas na praw­dziwe pro­blemy, a nie na twoje kosz­mary nocne, frú San­n­seyr. I tu muszę dodać, że te praw­dziwe pro­blemy sama stwo­rzy­łaś.

- Panika moralna! - powie­działa kobieta, która prze­rwała Juvie wcze­śniej.

Reszta Rady Mia­sta, oży­wiw­szy się, kiwała gło­wami na znak popar­cia i Juva doznała paskud­nego uczu­cia, że zbli­żają się do sedna.

Prze­wod­ni­czący wska­zał na kobietę.

- Panika moralna, to prawda, Ingro. Uciąż­liwi pro­rocy końca świata, krzyki o karach, nie­zno­śni kapłani. Jeden z nich zadaje sobie wiele trudu, gło­sząc, że... - Sjur znów chwy­cił papiery i prze­czy­tał z unie­sio­nymi brwiami: - Że tylko grzesz­nicy cho­rują, że wil­ko­wa­tość to kara od Boga, jedy­nego Boga, i że Náklav musi stać się mia­stem bez grze­chu. - Ponow­nie cisnął papiery na stół. - Nazy­wają sie­bie Chro­nio­nymi i jest dla mnie zagadką, jak ktoś w tym mie­ście zdo­bywa rze­sze zwo­len­ni­ków, nawo­łu­jąc do umiar­ko­wa­nia, ale może byliby w sta­nie cze­goś nas nauczyć.

Umiar­ko­wa­nie...

Juva nagle poczuła się słabo. Jego słowa spra­wiły, że opa­dły ją wspo­mnie­nia z zapusz­czo­nej sali z lustrami i tysią­cami świec. Gdy została upro­wa­dzona przez Eydalę, która sie­działa naprze­ciwko niej i recy­to­wała głu­chym, zim­nym gło­sem słowa o wie­rzą­cym z Undst.

Zagad­kowi ludzie, nie sądzisz? Przy­byli tu z wła­snymi bogami i czczymi groź­bami wiecz­nych mąk dla zachłan­nych. Potra­fisz wyobra­zić sobie prze­ko­na­nia, które wyma­gają przy­by­cia tu, do Náklavu, i wygła­sza­nia kazań o umiar­ko­wa­niu?

Juva nie­mal poczuła strunę dła­wiącą jej gar­dło. Nie mogła powie­dzieć, że zna­la­zła się tam wbrew swo­jej woli. Dała się zła­pać, nie wie­dząc, co ją czeka. Aby nasta­wić var­da­rich prze­ciwko sobie, by prze­ko­nać ich, że to Nafraím ma dia­bła, a nie ona. Wszystko dla niego. Dla Grífa.

Spu­ściła wzrok na swoje dło­nie i przy­ci­snęła je do blatu, aby nie drżały. Po noc­nym polo­wa­niu wciąż miała krew pod paznok­ciami. Za mało sypiała.

Nie pozwól, aby zoba­czyli słabą czy­ta­jącą z krwi.

- Rozu­miesz nasz pro­blem, frú San­n­seyr?

Unio­sła wzrok.

- Rozu­miem, że nie ja powin­nam tu stać, jeśli to kapłani sta­no­wią pro­blem.

- Ten kapłan, Srebrne Gar­dło, mówi two­imi sło­wami. Cytuje twoją mowę i zawsze wygła­sza peany na twój temat z powodu two­ich pora­chun­ków z tymi tak zwa­nymi var­da­rimi. A ponie­waż zdo­łał się oto­czyć rze­szą fana­ty­ków, uzna­jemy za konieczne pozwa­lać mu na to. Tra­giczne jest to, że daje ludziom poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, któ­rego nie może już im zapew­nić Seida­laug.

Juva klep­nęła się w czoło.

- A więc chce­cie zastą­pić jedno kłam­stwo innym?

- Dziecko dro­gie, każ­dego poranka prze­cho­dzę obok cechu Votna, świą­tyni Muune i kramu, w któ­rym sprze­dają podróż­nym runy Vir­ri­vega, one wszyst­kie są przy tej samej ulicy! To jest Náklav! Świat w pigułce! Mamy tu bez­boż­ni­ków i wie­rzą­cych żyją­cych w pięk­nej - i przede wszyst­kim opła­cal­nej - sym­bio­zie i naprawdę nie zaprzą­ta­łoby mnie w naj­mniej­szym stop­niu, w jakie kłam­stwa ludzie wie­rzą, póki nie ude­rzy im to do głowy.

- A przez var­da­rich ude­rza im to do głowy?

- Przez wszystko, cały czas, od kiedy Róg Umar­łych roz­brzmiewa w każ­dym tygo­dniu, a czer­woni łowcy strze­lają do cho­rych na wil­ko­wa­tość na uli­cach. To sze­rzy zbędny nie­po­kój i musi się skoń­czyć!

Juva poczuła drgnię­cie w kąciku ust. Inten­sywne pra­gnie­nie, aby poka­zać mu zęby.

- Myślę, że wszystko, co dotąd wyli­czy­łeś, świad­czy o tym, iż dzia­łamy jak naj­le­piej.

Sjur Skar­bowy z miną pełną samo­za­do­wo­le­nia zaci­snął wargi, co chyba miało ozna­czać uśmiech.

- Tak - odrzekł. - Tego się wła­śnie oba­wiamy.

Juvę ogar­nęło nie­miłe uczu­cie, że wpa­dła w pułapkę. Jego słowa by­naj­mniej nie były spon­ta­niczne. To umó­wiona gra.

- A wasze naj­lep­sze dzia­ła­nia wczo­raj - cią­gnął prze­wod­ni­czący - to zde­wa­sto­wana piw­nica i bez­cenny zegar roz­bity w drza­zgi!

Juva nie zdą­żyła odpo­wie­dzieć, gdy prze­mó­wił radny Hor­ski, par­ska­jąc gło­śno, jakby z tru­dem pano­wał nad wła­snym gło­sem.

- Roz­wią­za­niem jest odcią­że­nie! A gdyby tak wyko­rzy­stać ochot­ni­ków z jed­nej z tych... sekt? Zwięk­sze­nie liczby czer­wo­nych łow­ców to naj­lep­sze, co możemy zro­bić.

Juva wpa­try­wała się w męż­czy­znę. Miał ogni­ście czer­wone pyzate policzki, przez co jego twarz wyda­wała się nie­fo­remna. Spra­wiał wra­że­nie roz­krzy­cza­nego nie­mow­laka. A co gor­sza, chyba mówił poważ­nie.

- Ochot­ni­ków? - zapy­tała. - Masz na myśli, że trzeba nająć ludzi żąd­nych zabi­ja­nia z bandy, którą wła­śnie nazwa­li­ście fana­ty­kami, aby wyglą­dało na to, że robi­cie coś z wil­ko­wa­to­ścią. Może­cie...

- Aby wyglą­dało? - Hor­ski zarzu­cił głową w tył z obu­rzoną miną, od któ­rej zro­bił mu się podwójny pod­bró­dek. - Znacz­nie ogra­ni­czy­li­śmy polo­wa­nia na wilki, aby utrzy­mać ulice wolne od pere­łek krwi, co może być waż­niej­sze?

Juva przy­gry­zła wargę. Cho­ciaż mogła mu powie­dzieć, jak bar­dzo się myli, nie miała poję­cia, od czego zacząć. Perełki zawie­rały krew wiecz­nych, nie wil­ków. Wil­ko­wa­tość ni­gdy nie miała nic wspól­nego z wil­kami. Ogra­ni­czyli polo­wa­nia na wilki dla pozoru i dla­tego że kamie­nie w Kręgu Nákla dzia­łały obec­nie dzięki krwi cho­rych. Tak pro­ste to było i nic nie dało się pora­dzić.

Wie­działa, że ich iry­tuje, mieli to wyraź­nie wypi­sane na twa­rzach. Wymie­nili spoj­rze­nia, wyzy­wa­jąc się nawza­jem do zro­bie­nia kolej­nego ruchu.

Juva zda­wała sobie sprawę, że więk­szość sto­ją­cych przed Radą ludzi już dawno zosta­łaby stąd wyrzu­cona, lecz strach przed czy­ta­ją­cymi z krwi był głę­boko zako­rze­niony. Była młoda i w ogóle nie paso­wała do tej sali, ale nazy­wała się Juva San­n­seyr i cho­ciaż Ana­solt wyko­ny­wała całą pracę, na papie­rze to wła­śnie Juva była mistrzy­nią Seida­laugu. Tysiąc­let­nie prze­sądy dawały jej swo­bodę mówie­nia, co chce. Uchwy­ciła się tej nadziei i pod­jęła temat w miej­scu, w któ­rym prze­rwał jej Hor­ski.

- Zaufaj­cie mi, aku­rat naj­mniej nam teraz potrzeba przy­pad­ko­wych sza­leń­ców w pogoni za pre­tek­stem do zabi­cia sąsiada, któ­rego nie zno­szą. Mam porządną dru­żynę, ludzi, na któ­rych mogę pole­gać. Załoga to nie pro­blem. Pro­ble­mem jest powstrzy­ma­nie tych, któ­rzy han­dlują pereł­kami krwi, i odnaj­do­wa­nie cho­rych, zanim wyrzą­dzą szkody.

- Chyba mówi­łaś, że pro­ble­mem są var­dari - odparł chłodno prze­wod­ni­czący Rady. - Czy zatem nie przyda się wię­cej osób, które nasta­wa­łyby na ich życie?

Juva roze­śmia­łaby się, gdyby jesz­cze miała na to siłę.

- Więc zamier­za­cie wyko­rzy­stać ochot­ni­ków do polo­wa­nia na coś, czego nie chce­cie uznać za rze­czy­wi­ste? Z całym sza­cun­kiem, Rado Mia­sta: wcze­śniej czy póź­niej będzie­cie musieli się zde­cy­do­wać, czy oni ist­nieją.

- Frú San­n­seyr ma rację - jasno­włosa kobieta zabrała głos nagle, jakby chciała zapo­biec bójce - to nie cho­rzy na wil­ko­wa­tość sta­no­wią naj­więk­szy pro­blem, sami ścią­gnęli na sie­bie ten los, bio­rąc krew.

Juva zadrżała. Nikt nie pro­sił o to, by zacho­ro­wać na wil­ko­wa­tość, i te słowa w niczym nie przy­po­mi­nały tego, co sama powie­działa, pozwo­liła jed­nak kobie­cie kon­ty­nu­ować.

- Pro­ble­mem jest prze­cież panika i szkody, które oni wyrzą­dzają innym. A gdy­by­śmy obie­cali nagrody dla spad­ko­bier­ców, pod warun­kiem że cho­rzy zgło­szą się, zanim zamie­nią się w bestie?

Juva zdu­siła zre­zy­gno­wany jęk.

- Nagrody? Tysiące zdro­wych ludzi zgło­szą się już jutro, jeśli to pozwoli wykar­mić resztę rodziny.

Radni i radne patrzyli na nią pustym wzro­kiem, jakby mówiła w obcym języku. Juva roz­ło­żyła ręce.

- Czy wy ni­gdy nie potrze­bo­wa­li­ście pie­nię­dzy? Ni­gdy nie mar­twi­li­ście się o kogoś, kto ich potrze­buje? Ni­gdy nie byli­ście głodni?

Sjur zebrał papiery, jak gdyby ostat­nie słowo zostało wypo­wie­dziane, ale naj­wy­raź­niej wcale tak nie było.

- Juvo, twoje zaan­ga­żo­wa­nie jest... wzru­sza­jące. Wydaje mi się jed­nak, że to ty nic tu nie zdzia­łasz. Nie masz jesz­cze nawet dwu­dzie­stu lat, prawda? To nie­mal nie­od­po­wie­dzialne, żeby ktoś tak mło­dziutki był łow­czy­nią i mistrzy­nią cechu, a my naj­wy­raź­niej zażą­da­li­śmy od cie­bie zbyt wiele. Przy­szło ci zrzu­cić do morza zmarłe krewne i przy­ja­ciółki. Wła­sną matkę i sio­strę. Poza tym pra­co­wa­łaś dla osoby cho­rej na wil­ko­wa­tość, nie­praw­daż? - Znów zaj­rzał w papiery. - Ester Spinne. Ale tutaj jest napi­sane, że ona została zrzu­cona do morza w zwy­kły spo­sób. Myśla­łem, że cho­rymi na wil­ko­wa­tość karmi się kamie­nie...

Juva wpa­try­wała się w niego z nie­do­wie­rza­niem. Czyżby to była groźba? Ester... Cudowna stara Ester, którą Juva była zmu­szona zabić. A teraz wyko­rzy­sty­wano ją do poli­tycz­nych roz­gry­wek.

Juva ski­nęła głową w stronę pustego krze­sła, które, jak sądziła, nale­żało kie­dyś do Olma Fen­nara i zapewne nale­żałoby dalej, gdyby Olm nie zacho­ro­wał na wil­ko­wa­tość i nie pró­bo­wał pod­pa­lić wła­snego salonu.

- Ja też tak myśla­łam - odparła. - Ale znam osoby z Seida­laugu, które były na zrzu­ce­niu do morza Olma.

Radny udał, że jej nie sły­szał.

- Docie­rają też do nas pogło­ski, że przy­ję­łaś do sie­bie dziecko - dodał.

- Ja sły­sza­łam, że kil­koro - mruk­nęła Ingra.

- Nie mam dzieci i nie pla­nuję ich mieć - powie­działa Juva.

Prze­wod­ni­czący zmie­rzył ją wzro­kiem.

- Nie, chciał­bym zauwa­żyć, że to nie dałoby się pogo­dzić z twoją pracą.

A więc powie­dział to...

Juva poczuła, jak wraz ze zro­zu­mie­niem nara­sta w niej roz­pacz. Chcieli ode­brać jej funk­cję mistrzyni cechu, pracę, o któ­rej przy­ję­cie ją bła­gali, któ­rej nikt inny nie miał odwagi się pod­jąć. Pracę, któ­rej ni­gdy nie chciała. A wykrwa­wiaczką została, aby poma­gać Brod­d­ma­rowi w polo­wa­niu na wiecz­nych. Var­dari żyli jed­nak w poży­czo­nym cza­sie. Nie­długo sta­nie tu, by posłu­chać, jak jej kadzą, bo mia­sto znów będzie bez­pieczne. Bo wil­ko­wa­tość zosta­nie wyple­niona. Za nie wię­cej niż pół roku. Do tego czasu nie może stra­cić niczego ani nikogo. A już na pewno nie moż­li­wo­ści chro­nie­nia Kefli i innych.

To zebra­nie to po pro­stu zapo­wiedź. Ostrze­że­nie. Chcą się jej pozbyć. Rada Mia­sta zna­la­zła naj­prost­szy spo­sób, aby uda­wać, że coś robi: zastąpi Juvę kimś innym. Ale kiedy?

- Dobrze - rzekł prze­wod­ni­czący i stuk­nął papie­rami o stół, jakby osią­gnęli jakieś poro­zu­mie­nie. - Macie więc mie­siąc. Jeśli sprawy nie będą wyglą­dały lepiej, poczy­nimy sto­sowne kroki.

- Sto­sowne kroki? - zapy­tała, cho­ciaż bała się odpo­wie­dzi.

Sjur znów udał, że jej nie sły­szał, i nie spo­glą­da­jąc na nią, mach­nię­ciem ręki dał znak, żeby wyszła. Juva opu­ściła salę. Dopiero teraz zoba­czyła, że jej buty zosta­wiły błot­ni­ste ślady na dro­dze do środka. Zeszła po sze­ro­kich scho­dach, sta­ra­jąc się na nikogo nie patrzeć. Odno­siła wra­że­nie, że jej ciało jest obrzmiałe i się trzę­sie, jakby miała kaca.

Weź się w garść! Kefla czeka!

Wyszła na ulicę i ruszyła pro­sto ku Krę­gowi Nákla, bez powo­dze­nia wal­cząc z gnie­wem. Kefla stała oparta o potężny mur tuż przy pół­noc­nej bra­mie, twarz jej się roz­ja­śniła na widok Juvy. Rzu­ciła się jej na spo­tka­nie, jakby miała lat sześć, a nie dwa­na­ście.

Juva zagry­zła zęby i potrzą­snęła głową.

To nie jest bez­pieczne.

Kefla zwol­niła, a jej uśmiech zgasł. Zatrzy­mała się na środku ulicy, gdy mło­dzi cią­ga­rze prze­cho­dzili z powo­zami peł­nymi podróż­nych. Mimo że pojazdy pod­ska­ki­wały na bruku, ich pasa­że­ro­wie się uśmie­chali. Zachwy­ceni tym, że są w Náklavie. W mie­ście nad mia­stami.

Juva odwró­ciła się i poszła inną drogą. Wzrok Kefli prze­pa­lał jej plecy i ści­skał żołą­dek. Juva sły­szała urywki kłótni, która jesz­cze się nie odbyła. O obiet­nicę, którą zło­żyła i któ­rej nie mogła teraz dotrzy­mać.

Sta­łam się Laga­lune.

Ta myśl bolała. Czy jest ska­zana na to, aby być taka jak matka? Tak samo godna pogardy?

Nie! To minie za pół roku. Żad­nych wię­cej cho­rych na wil­ko­wa­tość, żad­nych var­da­rich i żad­nego ryzyka dla mło­dej czy­ta­ją­cej z krwi takiej jak Kefla. Juva musi tylko wytrzy­mać i pozwo­lić, aby czas zro­bił swoje.

To wła­śnie cze­ka­nie było naj­gor­sze, ale przy­rze­kła Brod­d­ma­rowi, że nie zrobi nic innego. On sam był wiecz­nym, więc nie mogła go winić. Zabiła jed­nego z nich u Haane, a cho­ciaż był var­da­rim, to miała krew na rękach.

Pięć mie­sięcy, może sześć.

Wtedy będzie mogła wytłu­ma­czyć wszystko Kefli i pro­wa­dzić nor­malne życie.

Wie­działa jed­nak, że okła­muje samą sie­bie. Spo­tkała Grífa. Uwol­niła potwora i nic już ni­gdy nie będzie nor­malne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki