Vanilla scent - Suzi Ardent

Kup ebooka

44.42 zł
36.87 zł (44,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Naomi

Dzieciństwo było proste.

Mój tata, David, zabierał mnie na długie spacery po Central Parku. Kupował mi lody o smaku arbuza i cytryny. Godzinami przemierzaliśmy ścieżki, trzymałam go dumnie małą dłonią za materiał spodni. Zwykle garniturowych, idealnie skrojonych, choć zdarzały się dni, w których zakładał jakieś sztruksy czy dżinsy.

Karmiliśmy łabędzie i kaczki, razem z naszą gosposią, panią Margaret.

Pani Margaret miała na imię Małgorzata, miała wtedy lekko ponad trzydzieści lat i pracowała w naszym domu, odkąd skończyłam trzy latka. Była Polką. Mogłam mówić do niej po imieniu, ale zawsze trzymałam się formalnej formy - wydawało mi się, że tak mogę okazać szacunek jej i innym osobom.

Po lodach i karmieniu kaczek tata zabierał mnie do kawiarni na obrzeżach parku. Sadzał mnie przed szklaną budą, choć po latach wydawało mi się, że był to raczej elegancki barak, na metalowym krzesełku przy metalowym stoliku i szedł po espresso w białym, papierowym kubku z kolorowymi malunkami. Podobno ta kawa była wyśmienita; nie była to sieciowa kawiarnia. Niestety, właściciel zamknął ją zanim zdążyłam dorosnąć i sama spróbować jego małych dzieł.

Po kawie, wracając już do naszego apartamentowca, rzucaliśmy się jesiennymi liśćmi albo świeżym śniegiem.

Moi rodzice byli młodzi. Mama, Mariett dopiero robiła karierę, była w trakcie studiów. Urodziła mnie bardzo młodo, co w kręgach Upper East Side było diabelskim skandalem i moja babcia podobno osiwiała przez ten wybryk w wieku czterdziestu siedmiu lat, aczkolwiek nie pamiętałam ani jednego kosmyka jej włosów w tym kolorze. Dziwne bym pamiętała. Mimo, że dzisiaj miała sześćdziesiąt cztery lata, raz w tygodniu chodziła do fryzjera na profesjonalne czesanie.

Pani Margaret była nam potrzebna. Zajmowała się mną całymi dniami, podczas gdy mój tata pracował w pierwszym biurze architektonicznym. Moja mama w tym czasie biegała między uczelnią a Centralnym Biurem Rachunkowym przy Wall Street, gdzie odbywała staż za stażem, oczywiście załatwiony przez mojego równie wpływowego dziadka. Nikt nie mówił o tym, że pociągnął za sznurki i tylko dlatego spełniła marzenia o byciu ekonomistką, co w świecie zdominowanym przez mężczyzn było nie do pomyślenia.

Poza tym urodziła mnie, mając siedemnaście lat, a to nie ułatwiało jej życia.

Byłam oczkiem w głowie tatusia. Nie dało się ukryć, że matka nie poświęca mi zbyt dużo swojej uwagi. Odkąd tylko pamiętam, wiecznie siedziała nad książkami i papierami i liczyła. W dzień, w nocy. Czasami poszła ze mną do pobliskiego warzywniaka - bo chyba tak określają takie sklepy normalni ludzie - który okazywał się być sklepem ze zdrową żywnością. Nie było tam nic, co mogłoby zainteresować dziesięcioletnią dziewczynkę. Żadnych słodyczy, czasami udało mi się zwrócić na siebie uwagę matki i kupowała mi malinową lemoniadę. To było tyle, jeśli chodzi o ustępstwa żywieniowe.

No chyba, że zaliczymy do nich krówki, które Pani Margaret czasami dawała mi w szkolnym śniadaniu, oczywiście bez wiedzy matki.

Te krówki chyba najbardziej kojarzyły mi się z dzieciństwem. Nasza gosposia okazywała mi więcej ciepła niż moja zajęta karierą mama. Tych krówek były dwa rodzaje. Jedne zwykłe z rozpływającym się wnętrzem i drugie z waniliową polewą.

Mieszkaliśmy w tym apartamentowcu do momentu w którym skończyłam dwanaście lat. Moi rodzice kupili okazały dom na jednej z ulic na Upper East Side. Otrzymałam swój własny pokój z ogromnym łóżkiem, regałami na książki, których nie miałam zbyt wielu, biurkiem i garderobą.

Jak się pewnie domyślacie, moim zadaniem było bycie wzorową uczennicą, która przejmie biznes po ojcu albo po matce. Właściwie inne możliwości nie wchodziły w grę.

Owszem uczyłam się. Dobrze się uczyłam, a po jakimś czasie regał na książki zaczął się zapełniać.

Co z tego, że nie były to opracowania matematyczne ani wydania naukowe, a kryminały i podręczniki informatyczne. Czasami układałam je grzbietem do środka regału tak, by matka nie widziała co czytam po nocach i w czasie niektórych lekcji.

Chodziłam do prestiżowego Layols High School, a za naukę w tym placówce moi rodzice płacili prawie cztery tysiące dolarów miesięcznie. Nie każdy mógł pozwolić sobie na taki luksus, więc powinnam być wdzięczna. Być może byłam.

Miałam dwójkę najlepszych przyjaciół. Oliviera Claire'a i Angielinę Sparks. Nasi rodzice trzymali się razem od zawsze. Nasi dziadkowie też. Krąg znajomych na Upper East Side potrafi być czasami zbyt zamknięty na świat zewnętrzny, także niewielu nowych ludzi pojawiało się na wystawnych brunchach, lunchach i przyjęciach. A takich było mnóstwo.

Z dumą musiałam prezentować swoje plany na przyszłość ludziom w wieku moich rodziców, których ledwo kojarzyłam. Na całe szczęście zawsze sprytnie pomijałam branżę w której chcę pracować, ale zawsze chwaliłam się pomysłem na studia na Harvardzie.

Oli i Angie chodzili ze mną do klasy - nie mogło być inaczej.

To były jedyne osoby w tej szkole, którym tak ufałam. W sumie nie tylko w tej szkole, chyba w każdej w której lądowaliśmy razem podczas naszej edukacji.

Ktoś mógłby rzec - dziewczyno, masz życie jak marzenie. Powinnaś być wdzięczna. Powinnaś robić to, co do ciebie należy.

Gdy skończyłam piętnaście lat, mój ojciec świętował kolejną rocznicę otwarcia swojego biura architektonicznego. Piął się w górę, podobnie jak moja matka, a ja spędzałam popołudnia siedząc przy wyspie w kuchni i odrabiając arkusze egzaminacyjne z chemii w towarzystwie Pani Margaret.

Czasami czułam ogromną irytację, z dnia na dzień coraz większą.

Wymagano ode mnie dojrzałości, więc jako dojrzała i odpowiedzialna nastolatka nie chcąc nikogo ranić słowami, poprosiłam Oliviera, by wkręcił mnie na swoje treningi. Nie grał w baseballa. Boksował. Wydawało mi się to odpowiednim zajęciem, które wyrzuci ze mnie zbierającą się frustrację.

Co oczywiście, niezbyt spodobało się mojej matce. Musiałam jej w żywe oczy skłamać, że przecież sport uprawiany zawodowo będzie dobrze wyglądał w moich papierach przy rekrutacji na studia, a ja mam zamiar dostać się do jakiejś ligi.

- Och, do diabła, Naomi! - warczała. - Nie mogłaś wybrać, no nie wiem, gimnastyki artystycznej? Boks to brutalny sport, zrobisz sobie krzywdę.

Już wtedy bardzo nie lubiłam, gdy ktoś podważał moje umiejętności. Nadawałam się do tego i miałam zamiar jej to udowodnić za wszelką cenę.

Moi dziadkowie, oprócz mojej matki, mieli jeszcze trzy córki i syna.

Ta, która mieszkała w Nowym Jorku, ciotka Julia, była mi najbliższa. Miała córkę, Simon, która była w moim wieku. Tak więc razem z nią, Olim i Angie tworzyłam mieszankę wybuchową, choć Simon chodziła do innej szkoły. Mniej ekskluzywnej, aczkolwiek też drogiej.

Tak toczyło się moje życie.

Szkoła, treningi, próby zdobycia jak najlepszych referencji, by dostać się na Harvard - tak przynajmniej wyglądało moje życie z boku.

Bowiem, moja matka miała brata, Teofila.

Wujek Teofil miał syna, Petera.

A Peter stał się osobą, która rozbiła całą naszą rodzinę i społeczność Upper East Side w drobny mak.