Vakho. Ucieczka do piekła - Marek Boszko-Rudnicki

Kup ebooka

47.99 zł
38.39 zł (35,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Pierwszy odszedł dziadek Sylwester. Schudł na twarzy, jasne zazwyczaj oczy pociemniały, a żywe ruchy zastąpiło powolne, ostrożne przemieszczanie się. Pytany, co się dzieje, żartował, że przypomniała o sobie stara znajoma, rwa kulszowa. W końcu Janek, nie mogąc pojąć, co mu naprawdę dolega, sprowadził dawnego lekarza pułkowego, doktora Daniela Jakowycza. Wiedział, że na wizytę innego dziadek by się nie zgodził. Ten długo go badał, przypisał jakieś mikstury, ale gdy odjeżdżał, wziął na bok Janka i stryja Vakhtanga, i oznajmił krótko:

- On odchodzi. To rak. Nie ma lekarstwa. I tak dziwne, że tak długo w bólu wytrzymywał. On... - Machnął dłonią z rezygnacją. - Mógłbym zalecić radioterapię systemową i izotopy promieniotwórcze, ale stan jest tak zaawansowany, że... - Ponownie przerwał i wzruszył ramionami. - Nie okazujcie mu, że wiecie, litości nie zdzierży, znacie go, co będę gadał. Cieszcie się każdą chwilą, gdy jeszcze jest. Za kilka dni przywiozę jakiś mocny specyfik. Złagodzi ból, na razie zostawiłem półśrodki.

Trzy miesiące później pochowali dziadka.

Wówczas Janek po raz pierwszy w życiu poczuł jakieś nienaturalne, pozazmysłowe tąpnięcie i strach, którego dotąd nie doświadczał; dziwny przebłysk trwogi, że to nie koniec, że pasmo nieszczęść dopiero nadchodzi. Odrzucił czarne myśli, choć dotychczas, szczególnie podczas dawnych walk z bolszewikami, przeczucia nigdy go nie zawiodły. Tym razem uznał je za absurdalne, spowodowane jedynie śmiercią ukochanego dziadka.

Na pogrzeb, całkowicie prywatny, bo tak sobie życzył w ostatnich chwilach Sylwester, przyjechało i tak wiele osób. Pojawił się nawet marszałek Piłsudski z cieniem na twarzy i podkrążonymi oczami, w towarzystwie adiutanta majora Mieczysława Lepeckiego i nielicznej ochrony. Nie zabrakło też dawnych przyjaciół z kresu konspiracji, Walerego Sławka i Aleksandra Prystora, oraz wojskowych, z którymi utrzymywał ścisły kontakt. Cały teren wokół dworu został dyskretnie obstawiony przez policję oraz - o co zadbał Korjatowicz - dawnych żołnierzy Wilczego Pułku, którym Sylwester dowodził w czasie zmagań z bolszewikami.

Ta śmierć i odejście opoki rodziny rzuciła cień na życie we dworze. Na wszystkich, którzy go znali. Służba snuła się bez normalnych żartów i docinków, na wielu twarzach zalegał cień, jak gdyby odszedł ktoś bliski z ich rodzin. Najbardziej widocznie odczuł ją stryj Vakhtang, który od pogrzebu zaczął wyraźnie marnieć w oczach.

Janek to widział i przełamując własną żałobę, starał się Vakhtanga rozruszać i zająć czymś innym jego myśli. Było to trudne i jak się przekonał - nadaremne. Ci dwaj dziadkowie byli tak blisko ze sobą, jak naturalni bracia syjamscy. Obaj za młodu walczyli z Rosjanami przy boku Imama Szamila na Kaukazie. Gdy pozostał na tym padole jeden, drugi już wybierał się go gonić.

Nadal żartował, doradzał, ukrywał cierpienie, ale wyraźnie stawał się cieniem dawnego siebie. Janek wyczuwał jego wewnętrzną katorgę. Próbował wszelkimi sposobami rozruszać go, przywrócić do życia, ale na niewiele to się zdało. Cztery miesiące po śmierci Sylwestra Vakhtang po cichu podążył za szwagrem. Gdy służąca przyniosła mu jak zwykle śniadanie, znalazła siedzącego w fotelu z dłonią zaciśniętą na szabli, Na stoliku obok leżało kilka zdjęć ocalałych z Kaukazu. Obaj dziadkowie stali w otoczeniu z utworzoną przez nich gwardią osobistą Imama Szamila, a pomiędzy nimi uśmiechnięta Tamriko, siostra Vakhtanga, zamordowana przez Rosjan, pierwsza żona Sylwestra.

Doktor Jakowycz stwierdził krótko:

- Serce nie wytrzymało.

Kolejny pogrzeb i podobny skład gości.

Stryja pochowano obok dziadka.

***

Wówczas, gdy w tak krótkim czasie opiekunów zabrakło, Janek odczuł głęboką pustkę, jakby naraz znalazł się gdzieś w gęstych, czarnych chmurach, gdzie nie ma góry i dołu, a pulsuje tylko ciemna nicość, w której traci się orientację i postrzeganie otoczenia. Nie potrafił się z niej wyrwać, a odczucie braku wartości mijających pustych dni stawało się coraz silniejsze.

Próbował racjonalnie podejść do swojego stanu, tłumacząc, że na choroby często nie ma lekarstw, a obaj dziadkowie dożyli statecznego wieku i dożyli upragnionej wolnej Polski, o której tak marzyli. Takie rozumowe tłumaczenie nie pomagało. Odeszli, a on nadal ich widział, ba, słyszał, jak poruszali się po dworze, przekomarzali ze sobą i żartowali.

Świat bez nich stał się przeraźliwie pusty, choć toczyło się w nim codzienne życie.

Po ich odejściu zaczął dodatkowo odczuwać fakt, że nie było to rodzinne sioło. Tamto, rodowe, w wyniku ustalenia granicy po traktacie ryskim znalazło się wiele wiorst dalej, po sowieckiej stronie granicy. Ten nowy kupili po rodzinie, która straciła życie w czasie najazdu bolszewickiego. Był nawet większy niż dawny, ale pozbawiony ducha pokoleń, które się w tamtym rodziły, wychowywały, mieszkały i umierały. Gdyby nie żona, Lila i dzieci, Sylwek i córka Tamriko nie poradziłby sobie. Część jego umarła. Ku zdziwieniu wszystkich domowników obraził się na Boga, kategorycznie odmawiając uczestnictwa w niedzielnych mszach, co szczególnie martwiło żonę, która nie wiedziała, jak stanowi męża zaradzić.

Bardzo pomocny okazał się stary przyjaciel i jego prawa ręka podczas walk z bolszewikami, pułkownik Kuźma Korjatowicz, dawny adiutant Sylwestra, taki trzeci "przyszywany" dziadek. Nieoceniony towarzysz i doradca, z którym wiele przeżyli. Szczególnie gdy wykonywali tajny rozkaz marszałka w okresie, gdy czerwone hordy parły na Warszawę. Choć zlecona im wówczas misja wydawała się czystym samobójstwem, zdobyli szyfry armii Budionnego, co bardzo pomogło marszałkowi przy tworzeniu planu ataku znad Wieprza.

- Janku, tak miało być, a wygrażanie Bogu, że jest niesprawiedliwy, nie ma sensu - tłumaczył cicho Korjatowicz, nie wiadomo, czy bardziej sobie czy Jankowi, a może jedno i drugie, bo on też mocno odczuwał stratę dawnych przyjaciół. - Żal, oszalałe ze smutku serce to ludzkie odruchy, ale musisz pamiętać, jak na wiadomość o chorobie zareagował Sylwester. To on was próbował pocieszać, gdy szanowna pani Lila i dzieciaki snuły się po dworze z wiecznie zaczerwienionymi oczami. Teraz ty jesteś głową rodu i ty musisz być wzorem, skałą i opoką dla nich, choć w głębi duszy żal będzie wył za Sylwesterem i Vakhtangiem.

***

Gdy zdawało się, że Janek wziął się w karby, kilka miesięcy później przyszła wiadomość, że ojciec z matką zginęli w katastrofie lotniczej.

To miał być zwyczajny lot do Przemyśla ze Lwowa, gdzie z mamą mieli odwiedzić jej rodzinę Czuryłów, która po wojnie musiała uciekać z rodzimego Podola i zaczęła gospodarować w nowym miejscu. Tam też osiedliła się siostra Ania z mężem Ludwikiem Kasprzyckim. Polecieli nie najnowszym treningowym francuskim hanriotem HD.14, łatwym w pilotażu i uznawanym za bezpieczny. Jak jednak później stwierdzono w raporcie specjalnej komisji, w trakcie lotu zerwała się gwałtowna nawałnica, a że hanriot był wrażliwy na boczny wiatr i na ruchy sterów, ojciec, choć był doświadczonym pilotem, nie zdołał go opanować.

- Co ja takiego Bogu zrobiłem, że tak mnie karze? - pytał Korjatowicza, a ten tylko kręcił głową, nie potrafiąc nic rozsądnego odpowiedzieć.

Niejedyne to były chmury, które zdominowały stan psychiczny Janka. Wkrótce po tym, jak w marszu słoni idących na śmierć, przyszła wiadomość, że wieloletni druh, zagończyk major Feliks Jaworski, z którym współpracował podczas walk za frontem, zapadł na chorobę umysłową. Nie mógł przeboleć, że w ramach traktatu ryskiego komisja zdominowana przez ludzi Dmowskiego oddała Rosjanom wiele polskich ziem zamieszkiwanych przez półtora miliona Polaków. Po tamtej stronie pozostała Cyganówka pod Kamieńcem Podolskim, majątek rodzinny Feliksa. Janek odwiedził go w Państwowym Zakładzie dla Umysłowo Chorych w Kulparkowie, ale Feliks już go nie poznawał.

By tego było mało, Janek dowiedział się, że inny bliski przyjaciel z okresu wojny, również zagończyk, major Władysław Dąbrowski, ciężko zapadł na zdrowiu. Po ustaniu walk został wprawdzie dowódcą 6 Pułku Strzelców Konnych w Żółkwi, ale po przeniesieniu na emeryturę psychicznie nie mógł poradzić sobie z bezczynnością. Janek odwiedził go w majątku jego siostry, Marii Szyryn, koło Hermanowicz i widział, jak przyjaciel odsunął się od życia.

W tym samym czasie dotarła doń informacja dotycząca rozgrywek personalnych w wojsku. Porucznik Józef Siła-Nowicki, kolejny towarzysz walk za frontem, twórca słynnych w całym wojsku, nieustraszonych Huzarów Śmierci, wpadł w tarapaty, gdy rozpoczęły się personalne gierki. Do głosu doszli najgłośniejsi uzurpatorzy do stanowisk, którzy często w okresie walk z bolszewikami dekowali się na zapleczu bezpośrednich działań. A ci, którzy najbardziej w walkach się odznaczyli, byli marginalizowani.

Tak stało się z Huzarami Śmierci. Szwadrony zostały rozdzielone i rozformowane do 1 i 2 Dywizji Litewsko-Białoruskiej. Gdy dowiedział się o tym Siła-Nowicki, z natury postrzeleniec i zadziora, puściły mu nerwy. Urządził karczemną awanturę decydentom, nie zważając na ich stopnie, co skutkowało karnym wydaleniem ze służby i wtrąceniem do więzienia na Antokolu w Wilnie, gdzie w tajemniczych okolicznościach zmarł.

***

W trakcie, pomny słów marszałka i by choć na pewien czas zapomnieć o zmartwieniach, Janek skorzystał z zaproszenia i odwiedził go w Sulejówku, w "Milusinie", wybudowanym dla wodza dzięki zbiórce zorganizowanej przez Komitet Żołnierza Polskiego. Tu Piłsudski przeniósł się po odsunięciu od polityki. Janek widział willę pierwszy raz, przed tym bywał tylko w Belwederze. Od razu poczuł się jak u siebie w dawnym rodzinnym siedlisku, gdy patrzył na dwuspadowy dach, kolumnowy ganek i mansardowe okna, tak przypominające rodzinny dworek.

To tam, w trakcie nocnych rozmów, wyżalił się marszałkowi ze wszystkiego, co go trapiło. Również z wątpliwości na temat Polski, która nie stała się taką, o jakiej marzył dziadek Sylwester i jaką wyobrażał sobie on sam, gdy walczył ze swoim pułkiem na zapleczu frontu.

- Myślisz, że mi łatwo, że tak sobie wyobrażałem Polskę? - Marszałek podpalił papierosa. - Że mi lekko, gdy dziś opluwają mnie zewsząd i wymyślają jakieś niestworzone historie na mój temat? Gdy każdego dnia czuję, że zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, nie szczędzi mi niczego, co szczędzić trzeba, rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi? - Mocno się zaciągnął, co wywołało atak kaszlu. - Ten potworny karzeł pełza za mną, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów, krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niedorzeczne banialuki... - Umilkł, dłoń zacisnął w pięść, a później z wysiłkiem próbował się uśmiechnąć. - Ja wiem, dla ciebie inna postać, dla mnie inna, ale ból jednaki.

Rozdział 2

Kilka miesięcy później żona Janka - Lila - zaczęła marnieć w oczach. Kategorycznie broniła się przed udaniem się do lekarza. Jako pielęgniarka uważała, że sama sobie poradzi z dolegliwościami. Nawet sprowadzony wbrew jej woli doktor Jakowycz nie zmienił jej postanowienia. A Lila z dnia na dzień stawała się coraz bardziej nerwowa i wyczerpana fizycznie. A co najgorsze, zaczęła coraz częściej kaszleć, czego już nie udało się ukryć przed Jankiem.

Nie mogąc sobie poradzić z jej upartością i bazując na diagnozie Jakowycza, że może to być przejaw gruźlicy i inne powikłania, w tajemnicy przed nią skorzystał z kontaktów starego przyjaciela, Wieniawy-Długoszowskiego. Ten umówił go ze swoim znajomym, profesorem Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, Mieczysławem Michałowiczem. Zadzwonił i odbył z nim szczerą rozmowę. A później, pod pretekstem, że dzieci chcą zobaczyć Warszawę, udało mu się namówić również żonę na wyprawę do stolicy. Będąc już na miejscu, odwiedzili nowo powołany Komitet Szczepień, którym kierował właśnie profesor. Tu już nie było odwrotu i Lila pod naciskiem ich obu musiała poddać się szczegółowym badaniom.

- Gruźlica, to oczywiste, ale też zaburzenia krążenia obwodowego. - Michałowicz, gdy Lila po sesji badań rozmawiała z pielęgniarkami, wyjaśnił Jankowi, jaką stawia diagnozę. - Możemy leczyć tu u nas, ale prywatnie proponuję dłuższy pobyt w Évian-les-Bains we Francji. Mam tam znajomych, z przyjęciem nie będzie kłopotu. Nie ukrywam jednak, panie pułkowniku, że to spory wydatek, ale jednocześnie większa gwarancja wyprowadzenia pana szanownej małżonki na prostą. - Popatrzył na Janka, a gdy ten skinął głową, że rozumie, kontynuował: - Gruźlica, jak wspomniałem, to jedno, ale stwierdziłem występowanie nerwobólów, przewlekłe schorzenie dróg oddechowych i, już pan wie, zaburzenia krążenia obwodowego. Wśród przyczyn, tak na szybko, może być choroba wieńcowa lub wada zastawek, co prowadzi do niewydolności serca. Wskazują na to występujące u pańskiej małżonki duszności, obrzęki kończyn dolnych, kołatanie serca i, to pewnie pan sam zauważył, ciągłe zmęczenie.

Przerwał ponownie, uważnie wpatrując się w pobladłą twarz Janka.

- Moim zdaniem, panie pułkowniku, małżonka od dłuższego czasu zaniedbywała siebie i nie reagowała na objawy, choć jako doświadczona pielęgniarka miała świadomość przyczyn i skutków.

Janek zacisnął dłonie. Powiedział o tragediach rodzinnych, które się skumulowały. A jednocześnie uświadomił sobie, że Lila, widząc jego stan w tym czasie, starała się własne dolegliwości ukrywać, aby nie pogłębić jego załamania. Poczuł wewnętrzną wściekłość na siebie, że to przez niego doszło do takiej sytuacji i że zapatrzony w siebie nie zauważył pogarszającego się stanu zdrowia żony. Podzielił się tymi uwagami z profesorem, ale ten zaprzeczył.

- To nie jest tak, panie pułkowniku. Często obwiniamy się o to, czemu nie jesteśmy winni. A małżonka postąpiła jak kochająca kobieta; zataiła przed panem swój stan, bo nie chciała dokładać panu zmartwień. Teraz musi pan zdecydować, czy leczymy w Polsce, czy jednak we Francji.

***

Wbrew protestom Lili Janek postanowił, że pojedzie na leczenie do Évian-les-Bains. Skontaktował się z bratem Alikiem, który po wojnie, za jego namową, pojechał do Paryża studiować architekturę. A gdy dostał dyplom, nie spieszyło mu się z powrotem do kraju.

- Évian-les-Bains jest położona na brzegu Jeziora Genewskiego, wspaniałe widoki, a poza tym już tam na ciebie czekają, profesor właśnie dał mi znać, że wszystko gotowe - tłumaczył Lili, która codziennie powtarzała Jankowi, że nigdzie nie pojedzie, że on sam nie poradzi sobie z wychowaniem dzieci, że będzie tęsknić i tak dalej.

Alik przyleciał samolotem, uznając, że powinien pojawić się jak najszybciej i wspomóc Janka, który wspomniał mu o uporze Lili. Przyjechała też powiadomiona o chorobie Lili siostra Ania z mężem i dziećmi. Do dworu przybył też pewnego dnia pułkownik Wieniawa-Długoszowski z osobistym zaproszeniem do Milusina od marszałka Piłsudskiego.

- Chce cię widzieć, jak tylko ogarniesz to zamieszanie, a szanowna pani Lila wyjedzie do Francji - oznajmił krótko, gdy tylko wysiadł z samochodu, a po tym mocno uścisnął Janka. - Musisz się trzymać, chłopie, bo jak stracisz fason, dzieciaki ucierpią i ona. Aha, dał mi list do ciebie.

Wyciągnął kopertę z kieszeni i podał Jankowi.

W środku było tylko kilka słów:

"Jeszcze nie czas na ciebie i pamiętaj, com ci powiedział, być może będę miał zadanie, może nie takie, jak w czasie wojny tamta wyprawa po szyfry, ale równie istotne. Nie masz mi prawa tracić zmysły jak Jaworski, ja cię jeszcze potrzebuję. JP".

Janek, będący cały czas w napięciu, starał się nie okazywać swojego zdenerwowania, udając przed Lili i dziećmi, że jest wesoły. Tak naprawdę wewnętrznie, szczególnie nocą, gdy wsłuchiwał się w niespokojny oddech żony, odchodził od zmysłów. Tylko w dzień przywdziewał maskę; niby widział i słyszał, a jednocześnie jakby jego dusza odleciała, pozostawiając na ziemi jedynie ciało.

Korjatowicz, którego nie zmyliła postawa Janka, wezwał Jakutowicza. Ten tylko wzruszył ramionami i rzucił krótko:

- Jak sam nie wróci, żadne lekarstwo nie pomoże. To twardy gość, poradzi sobie, ale pańska pomoc jest tu niezbędna. Myślę tak sobie, że po wyjeździe pani Lili trzeba będzie mu coś znaleźć, czym się zajmie, ale nie przychodzi mi do głowy, co to może być. Pańska w tym głowa, niech pan coś wymyśli. Trzeba nim wstrząsnąć, choćby wysyłając go do piekła.

Przyszedł dzień wyjazdu. Całą rodziną pojechali na warszawskie lotnisko. Lila do Francji odlatywała pod opieką Alika, który obiecał Jankowi, że będzie mu zdawał stałe relacje z postępów w leczeniu. Dzieci, które musiały rozstać się z matką i nie bardzo zdawały sobie sprawę, co się dzieje, popłakiwały. Zarówno Lila, jak i Janek powiedzieli im, że na krótki czas wyjadą na wakacje do cioci Ani, bo tata jedzie na poligon, a mama w sprawach zawodowych musi wyjechać z wujkiem Alikiem do Francji. Korjatowicz, gdy podsuwały, że zostaną z dziadkiem Kuźmą, wygłupiał się i tłumaczył, że to niemożliwe, bo on nie potrafi robić obiadów i by wszyscy umarli z głodu. Te proste i mało rozsądne słowa rozśmieszały dzieci, zmniejszając skutecznie napięcie chwili rozstania.