V - Thomas Pynchon

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Roz­dział pierw­szy,

w któ­rym Benny Pro­fane, szle­miel i ludz­kie jo-jo, ląduje w apchi- rium V

I

W Wigi­lię roku tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego pią­tego Benny Pro­fane - ubrany w czarne lewisy, zamszową kurtkę, adi­dasy i ogromny kow­boj­ski kape­lusz - zrzą­dze­niem losu zna­lazł się w Nor­folk w sta­nie Wir­gi­nia. Wie­dziony sen­ty­men­tal­nym odru­chem posta­no­wił zaj­rzeć do Sailor's Grave, sta­rej mary­nar­skiej spe­lunki przy East Main Street. Po dro­dze prze­szedł przez Arcade, gdzie od strony East Main sie­dział stary uliczny gra­jek z gitarą i puszką po paliwku tury­stycz­nym, do któ­rej zbie­rał datki. Na ulicy pod­ofi­cer U.S. Navy pró­bo­wał nasi­kać do baku pac­karda patri­ciana rocz­nik pięć­dzie­siąty czwarty, dopin­go­wany gło­śno przez pię­ciu albo sze­ściu star­szych mary­na­rzy. Gra­jek śpie­wał moc­nym, czy­stym bary­to­nem:

Przy East Main codzien­nie Wigi­lia panuje,

żegla­rze i ich panny - wszy­scy wie­dzą już.

Neo­nowe szyldy - czer­wone, zie­lone -

oświe­tlają sceny przy­jem­nie zna­jome,

witają przy­by­szów z dale­kich mórz.

Wór Świę­tego Miko­łaja od zisz­czo­nych snów pul­suje:

jest piwo za pią­taka, co jak szam­pan musuje,

są kel­nerki, które bzy­kać się kochają.

Wszyst­kie te pre­zenty ci przy­po­mi­nają,

że przy East Main codzien­nie Wigi­lia panuje.

- Dajesz, sze­fie! - wykrzyk­nął jeden z mło­dych mary­na­rzy.

Pro­fane wyszedł zza rogu. East Main rzu­ciła się na niego jak zwy­kle: znie­nacka i bez ostrze­że­nia.

Od czasu zwol­nie­nia z mary­narki zatrud­niał się do robót dro­go­wych, a kiedy aku­rat pozo­sta­wał bez zaję­cia, po pro­stu włó­czył się po wschod­nim wybrzeżu tam i z powro­tem niczym jo-jo. Trwało to może z pół­tora roku. Po takim mniej wię­cej cza­sie - i po więk­szej licz­bie wyas­fal­to­wa­nych dróg, niż byłby skłonny zli­czyć - stał się odro­binę nie­ufny wobec ulic, zwłasz­cza takich jak ta. Prawdę mówiąc, skle­iły mu się w jedną, wielką, abs­trak­cyjną Ulicę przez wiel­kie U, o któ­rej śnił kosz­mary przy pełni księ­życa. East Main Street - getto Pija­nych Mary­na­rzy, Z Któ­rymi Nikt Nie Wie, Co Robić - dopa­dała czło­wieka z taką samą nagło­ścią, z jaką zwy­kły sen zamie­nia się w senny kosz­mar, pies w wilka, świa­tło w mrok, pustka w wycze­ku­jącą obec­ność. Nie­letni marine rzy­ga­jący jak kot na środku ulicy, kel­nerka z wyta­tu­owa­nymi na poślad­kach śru­bami napę­do­wymi, poten­cjalny świr obmy­śla­jący naj­lep­szą tech­nikę skoku przez oszkloną witrynę (kiedy krzyk­nąć "Gero­nimo" - zanim szyba trza­śnie, czy póź­niej?), pijany poma­gier okrę­towy ryczący jak bóbr w ciem­nym zaułku, bo kiedy poprzed­nim razem żan­dar­me­ria zła­pała go w takim sta­nie, zapa­ko­wali go w kaftan bez­pie­czeń­stwa. Od czasu do czasu zie­mia wibro­wała pod sto­pami, kiedy jedno skrzy­żo­wa­nie dalej żan­darm stu­ka­niem pałki wzy­wał posiłki. Dwa rzędy rtę­cio­wych latarń, nada­ją­cych twa­rzom paskudny zie­lon­kawy odcień, zbie­gały się w nie­sy­me­tryczną literę V ku wscho­dowi, gdzie panuje mrok i nie ma już barów.

W Sailor's Grave trwała aku­rat bójka mary­na­rzy z mari­nes. Na ten widok Pro­fane zawa­hał się i przy­sta­nął w progu, zanim dotarło do niego, że już i tak jest jedną nogą w gro­bie1. Wymi­nął biją­cych się i umiar­ko­wa­nie dys­kret­nie prze­mknął do baru.

- Dla­czego czło­wiek nie może żyć w pokoju z dru­gim czło­wiekiem? - zabrzmiał zdu­miony głos za jego lewym uchem.

To była Beatrice, ulu­biona kel­nerka całej dwu­dzie­stej dru­giej eska­dry nisz­czy­cieli, a w szcze­gól­no­ści USS Scaf­folda, daw­nego okrętu Pro­fane'a.

- Benny! - zawo­łała na jego widok.

Spo­tka­nie po dłu­gim nie­wi­dze­niu się roz­czu­liło ich oboje. Pro­fane zaczął ryso­wać w tro­ci­nach ser­duszka prze­bite strza­łami i mewy nio­sące w dzio­bach trans­pa­rent z napi­sem "Kochana Beatrice".

Chło­pa­ków ze Scaf­folda nie było: dwa dni wcze­śniej ich puszka obrała kurs na Morze Śród­ziemne przy wtó­rze wście­kłego wyrze­ka­nia załogi, które nio­sło się po otu­lo­nej chmu­rami redzie (tak ludzie mówili) niczym głosy upio­rów ze statku-widma; ponoć było je sły­chać aż nad Lit­tle Creek. W związku z tym tego wie­czoru kel­ne­rek było nieco wię­cej niż zwy­kle: krzą­tały się przy sto­li­kach wzdłuż całej East Main. Mówi się bowiem (nie bez powodu), że led­wie okręt taki jak Scaf­fold odej­dzie od kei, a już mary­nar­skie mał­żonki zrzu­cają cywilne łaszki i wska­kują w kel­ner­skie mun­durki, gim­na­sty­kują nawy­kłe do dźwi­ga­nia piwa ręce i ćwi­czą słod­kie uśmie­chy kure­wek - i to w tym samym cza­sie, gdy orkie­stra woj­skowa gra "Auld Lang Syne", a czarne płatki sadzy z komi­nów nisz­czy­cieli sypią się na wyprę­żo­nych męż­nie na bacz­ność przy­szłych roga­czy, uśmie­cha­ją­cych się smutno, pół­gęb­kiem.

Beatrice nio­sła piwo, gdy od sto­lika w kącie dobiegł prze­szy­wa­jący sko­wyt. Wzdry­gnęła się, piwo chlap­nęło z kufla.

- Boże, znowu ten Ploy - mruk­nęła.

Ploy - aktu­al­nie zatrud­niony w maszy­nowni tra­łowca Impul­sive - cie­szył się złą sławą na całej East Main. Mie­rzył pięć stóp wzro­stu w woj­sko­wych butach i wiecz­nie rwał się do bójki z naj­więk­szymi dry­bla­sami na pokła­dzie, bo wie­dział, że nie potrak­tują go poważ­nie. Dzie­sięć mie­sięcy temu, tuż przed prze­nie­sie­niem ze Scaf­folda, mary­narka posta­no­wiła wyrwać Ploy­owi wszyst­kie zęby. Wku­rzony Ploy zdo­łał powa­lić sani­ta­riu­sza i dwóch woj­sko­wych den­ty­stów, zanim uznano, że nie żar­tuje i naprawdę wolałby te zęby zacho­wać.

- Zasta­nów się - tłu­ma­czyli mu den­ty­ści, opę­dza­jąc się od jego drob­nych pią­stek i pró­bu­jąc nie par­sk­nąć śmie­chem. - Lecze­nie kana­łowe, owrzo­dze­nie dzią­seł...

- Nie! - darł się.

W końcu musieli go dziab­nąć w biceps igłą strzy­kawki z pen­to­ta­lem. Kiedy się ock­nął i zoba­czył apo­ka­lipsę, blu­znął dłu­gim poto­kiem prze­kleństw. Przez dwa mie­siące błą­kał się jak potę­pie­niec po Scaf­fol­dzie i bez ostrze­że­nia zwie­szał się na rękach spod sufitu niczym oran­gu­tan, pró­bu­jąc kop­nia­kiem wybi­jać zęby ofi­ce­rom. Sta­wał na pokła­dzie rufo­wym i usi­ło­wał wygła­szać tyrady pod adre­sem każ­dego, kto zechciał go słu­chać, cho­ciaż z powodu obo­la­łych dzią­seł tylko beł­ko­tał nie­wy­raź­nie. Kiedy usta mu się zago­iły, otrzy­mał regu­la­mi­nową, błysz­czącą sztuczną szczękę.

- Na Boga... - jęk­nął i spró­bo­wał rzu­cić się do wody, powstrzy­mał go jed­nak olbrzymi Murzyn imie­niem Dahoud.

- No już, już, mały, spo­koj­nie - powie­dział Dahoud. Pod­niósł Ploya za głowę i pyta­ją­cym wzro­kiem zmie­rzył roz­wierz­gany, zaku­tany w kom­bi­ne­zon kłę­bek roz­pa­czy, któ­rego stopy zawi­sły pięć stóp nad pokła­dem. - Dla­czego chcesz to zro­bić?

- Chcę umrzeć, stary, po pro­stu daj mi umrzeć - lamen­to­wał Ploy.

- Nie wiesz, że życie to naj­cen­niej­sze, co posia­dasz?

- Gada­nie - wykrztu­sił Ploy przez łzy. - Niby dla­czego?

- Dla­tego że bez niego był­byś mar­twy.

- Aha...

Ploy dumał nad tym przez tydzień. Uspo­koił się, zaczął znów korzy­stać z prze­pu­stek na ląd, docze­kał się prze­nie­sie­nia na Impul­sive'a. Wkrótce potem, nocami, po zga­sze­niu świa­teł, od strony jego koi zaczęły dobie­gać oso­bliwe zgrzyty i chro­boty. Trwało to jakieś dwa, trzy tygo­dnie, aż pew­nej nocy około dru­giej któ­ryś z mecha­ni­ków włą­czył świa­tła w kaju­cie: Ploy sie­dział po turecku na koi i małym rów­nia­kiem ostrzył sobie zęby. W naj­bliż­szy wie­czór po wypła­cie żołdu cich­szy niż zazwy­czaj usiadł z kum­plami przy sto­liku w Sailor's Grave. Około jede­na­stej Beatrice, z tacą pełną kufli z piwem, prze­cho­dziła obok, krę­cąc bio­drami. Ploy z wielką ucie­chą wychy­lił się ze swo­jego miej­sca, roz­dzia­wił sze­roko usta i zato­pił świeżo wyszli­fo­wane zębi­ska w jej pra­wym pośladku. Beatrice wrza­snęła, kufle pofru­nęły w powie­trze, zakre­śliły skrzącą się para­bolę i ochla­pały cały bar wod­ni­stym piwem.

Stało się to ulu­bioną roz­rywką Ploya. Wieść roze­szła się po dywi­zjo­nie, eska­drze, może nawet po całej atlan­tyc­kiej flo­cie nisz­czy­cieli. Ludzie, któ­rzy nie byli ze Scaf­folda ani Impul­sive'a, przy­cho­dzili popa­trzeć. Z powodu Ploya regu­lar­nie wybu­chały bójki, takie jak ta w tej chwili.

- Kogo tym razem dopadł - zain­te­re­so­wał się Pro­fane. - Bo nie patrzy­łem.

- Beatrice - odparła Beatrice.

"Beatrice" ozna­czała po pro­stu inną kel­nerkę. Pani Buffo, wła­ści­cielka Sailor's Grave, która rów­nież miała na imię Beatrice, wyzna­wała teo­rię, że tak jak małe dzieci do wszyst­kich kobiet mówią "mamo", tak samo mary­na­rze, na swój spo­sób dzie­cin­nie bez­radni, powinni do wszyst­kich kel­ne­rek zwra­cać się "Beatrice". Kolej­nym ele­men­tem jej macie­rzyń­skiej poli­tyki było zain­sta­lo­wane spe­cjal­nych nale­wa­ków do piwa, robio­nych na zamó­wie­nie z gumy pian­ko­wej i ufor­mo­wa­nych na kształt obfi­tych kobie­cych piersi. W dni wypłaty od ósmej do dzie­wią­tej wie­czo­rem urzą­dzała tak zwaną "Godzinę Ssa­nia". Ofi­cjalny począ­tek zwia­sto­wało poja­wie­nie się wła­ści­cielki, która wycho­dziła z zaple­cza przy­odziana w kimono z wyha­fto­wa­nym smo­kiem (pre­zent od wiel­bi­ciela z Siód­mej Floty), pod­no­siła do ust złoty bos­mań­ski gwiz­dek i grała sygnał: ŻARŁO. Na ten znak wszy­scy rzu­cali się do nale­wa­ków i ci, któ­rym dopi­sało szczę­ście, mieli prawo zassać piwo pro­sto z kija. Nale­wa­ków było sie­dem, a goto­wych do zabawy mary­na­rzy prze­cięt­nie dwu­stu pięć­dzie­się­ciu.

Głowa Ploya wychy­nęła zza baru. Kłap­nął zębami na Pro­fane'a.

- To jest mój kum­pel Dewey Gland - powie­dział. - Wła­śnie się zacią­gnął.

Wska­zał wyso­kiego, smęt­nego bun­tow­nika z wiel­gach­nym kino­lem, sto­ją­cego obok przy barze. Wle­czona przez niego gitara zna­czyła ślad w tro­ci­nach.

- Siema - powie­dział Dewey Gland. - Chciał­bym ci coś zaśpie­wać.

- Żeby uczcić twoje odej­ście do cywila - wyja­śnił Ploy. - Dewey wszyst­kim to śpiewa.

- To było w zeszłym roku - zauwa­żył Pro­fane.

Ale Dewey już oparł stopę na mosięż­nym relingu u dołu baru i zaczął brzdą­kać. Po zagra­niu ośmiu tak­tów zaśpie­wał w ryt­mie walca:

Opła­ku­jemy los cywila.

Lamenty w mesie, u bos­mana,

tak nam cie­bie brak, kam­ra­cie,

płacz w kaju­cie kapi­tana.

Wielki jak ni­gdy popeł­ni­łeś błąd -

choć nagan miliona ści­gał cię swąd

i mogli cię zgnoić, to byłaby chwila.

Lep­sze służby lat dwa­dzie­ścia

niż samotny los cywila.

- Ładne - mruk­nął w kufel Pro­fane.

- Jest ciąg dal­szy - powie­dział Dewey Gland.

- Aha.

Nagle Pro­fane'a owio­nęły zło­wro­gie mia­zmaty, ręka ciężka jak wór kar­to­fli opa­dła mu na ramię, a na obrze­żach pola widze­nia zama­ja­czył kufel z piwem oto­czony wiel­gachną wło­chatą mufką nie­udol­nie zmaj­stro­waną z futra zde­chłego pawiana.

- Benny! Co sły­chać w alfon­siar­skim biz­ne­sie, chłe, chłe.

Ten rechot mógł się doby­wać tylko z piersi jego daw­nego kum­pla, "Pro­siaka" Bodine'a. Pro­fane odwró­cił się i potwier­dził swoje podej­rze­nia. "Chłe, chłe" to przy­bli­żony opis śmie­chu, jaki można uzy­skać poprzez przy­tknię­cie czubka języka do gór­nych jedy­nek i wyci­śnię­cie gar­dło­wych dźwię­ków z krtani. Zgod­nie z zamie­rze­niem Pro­siaka brzmiało to potwor­nie oble­śnie.

- Pro­siak, chło­pie... Ty nie w rej­sie?

- Zde­zer­te­ro­wa­łem. Pappy Hod, nasz bos­man­mat, dopro­wa­dzał mnie do szew­skiej pasji.

Naj­lep­szy spo­sób na unik­nię­cie spo­tka­nia z żan­dar­me­rią to być trzeź­wym i obra­cać się wśród swo­ich. Stąd Sailor's Grave.

- Co u Pappy'ego - zagad­nął Pro­fane.

Pro­siak powie­dział mu, że Pappy Hod i kel­nerka, z którą się oże­nił, roz­stali się. Rzu­ciła go i zała­pała się do roboty w Sailor's Grave.

Młoda ta jego żonka, Paola. Mówiła, że ma szes­na­ście lat, ale trudno mieć pew­ność, bo uro­dziła się tuż przed wojną i budy­nek, w któ­rym były jej doku­menty, legł w gru­zach, jak więk­szość budyn­ków na Mal­cie.

Pro­fane był przy tym, jak się poznali: bar Metro przy Strait Street. Val­letta, Malta.

- Chi­cago - mówił Pappy Hod tym swoim gło­sem gang­stera. - Na pewno sły­sza­łaś o Chi­cago.

Robił zło­wiesz­czą minę i się­gał za pazu­chę - stan­dar­dowa zagrywka Pappy'ego Hoda we wszyst­kich śród­ziem­no­mor­skich por­tach - po czym wyj­mo­wał stam­tąd chu­s­teczkę (zamiast spo­dzie­wa­nego gnata), smar­kał w nią i zaśmie­wał się do roz­puku z sie­dzą­cej vis-a-vis dziew­czyny. Naoglą­daw­szy się ame­ry­kań­skich fil­mów, panny miały wdru­ko­wane okre­ślone ste­reo­typy i ocze­ki­wa­nia - ale nie Paola Maij­stral, która przy­glą­dała mu się spo­koj­nie, z nie­roz­dę­tymi noz­drzami i nie­zmarsz­czo­nym czo­łem.

Skoń­czyło się na tym, że Pappy poży­czył od Maca, okrę­to­wego kuka, pięć stó­wek z fun­du­szu roz­ryw­ko­wego (z pro­cen­tem miał zwró­cić sie­dem) i ścią­gnął Paolę do Sta­nów.

Może cho­dziło jej tylko o to, żeby tra­fić do Ame­ryki, gdzie nie bra­ko­wało jedze­nia, cie­płych ciu­chów i ogrze­wa­nia, a domy stały w jed­nym kawałku; każda głu­piutka śród­ziem­no­mor­ska kel­nerka o tym marzyła. Pappy zamie­rzał nakła­mać o jej wieku, żeby prze­szmu­glo­wać ją przez gra­nicę, mogła więc być dowol­nie młoda albo stara. Mogła rów­nież zade­kla­ro­wać dowolne pocho­dze­nie, bo miało się wra­że­nie, że zna po tro­chu wszyst­kie języki świata.

Kiedy Pappy Hod opi­sy­wał ją ku ucie­sze poma­gie­rów okrę­to­wych w kan­cia­pie bos­mań­skiej na Scaf­fol­dzie, wyra­żał się o niej z oso­bliwą czu­ło­ścią, jakby z wolna do niego docie­rało - może nawet dopiero w tej chwili, gdy o tym opo­wia­dał - że seks może być więk­szą tajem­nicą, niż kie­dy­kol­wiek przy­pusz­czał, tajem­nicą, któ­rej ni­gdy nie prze­nik­nie, bo nie jest to wynik, jaki da się ująć w licz­bach. Dziwne odkry­cie dla roz­pust­nego czter­dzie­sto­pię­cio­latka.

- Nie­zła jest - powie­dział Pro­siak.

Pro­fane spoj­rzał w głąb sali i dostrzegł zbli­ża­jącą się Paolę, która tonęła w nagro­ma­dzo­nych przez noc kłę­bach dymu. W każ­dym calu wyglą­dała jak kel­nerka z East Main. Jak to ktoś powie­dział o zającu bie­laku na śniegu i tygry­sie w wyso­kiej tra­wie cęt­ko­wa­nej słoń­cem?

Posłała Pro­fane'owi uśmiech: smutny, wymu­szony.

- Wró­ci­łeś, żeby znów się zacią­gnąć?

- Jestem tylko prze­jaz­dem.

- Jedź ze mną na zachod­nie wybrzeże - zapro­po­no­wał Pro­siak. - Żadna bryka żan­dar­me­rii nie dogoni mojego har­leya.

- Patrz­cie! - zawo­łał mały Ploy, pod­ska­ku­jąc na jed­nej nodze. - Patrz­cie. Jesz­cze nie, chło­paki. Cze­kaj­cie.

Wycią­gniętą ręką wska­zał panią Buffo, która zma­te­ria­li­zo­wała się za barem ubrana w swoje kimono. Zro­biło się cicho jak makiem zasiał. Mari­nes i mary­na­rze bio­rący się za łby przy drzwiach zawarli chwi­lowy rozejm.

- Chło­paki... - zaczęła pani Buffo. - Jest Wigi­lia.

Wyjęła gwiz­dek bos­mań­ski i zaczęła grać. Pierw­sze nuty - drżące, żar­liwe, przy­wo­dzące na myśl dźwięki fletu - popły­nęły wśród wytrzesz­czo­nych oczu i roz­dzia­wio­nych ust. Wszy­scy słu­chali jak zauro­czeni, stop­niowo roz­po­zna­jąc "It Came Upon a Mid­ni­ght Clear" zagrane w nieco ogra­ni­czo­nej skali gwizdka bos­mań­skiego. Gdzieś w głębi sali młody rezer­wi­sta, który w prze­szło­ści wystę­po­wał w klu­bach noc­nych w oko­li­cach Fila­del­fii, zaczął cicho śpie­wać. Oczy Ploya zabły­sły.

- To głos anioła - powie­dział.

Kiedy doszli do kawałka "Pokój ludziom dobrej woli zsyła Król Nie­bios w łaska­wo­ści swej", Pro­siak, woju­jący ate­ista, uznał, że dłu­żej tego nie zdzierży.

- Dla mnie to brzmi jak ŻARŁO - oznaj­mił gło­śno.

Pani Buffo i rezer­wi­sta uci­chli. Minęła cała sekunda, zanim do słu­cha­czy dotarł sens tych słów.

- Godzina Ssa­nia! - wydarł się Ploy.

Czar prysł. Bystrzy pen­sjo­na­riu­sze Impul­sive'a pierwsi się zor­ga­ni­zo­wali w kłę­bo­wi­sku pod­ocho­co­nej mary­nar­skiej braci, pod­nie­śli Ploya na rękach i ruszyli z nim w kie­runku naj­bliż­szego cyca, two­rząc awan­gardę szturmu.

Pani Buffo, tkwiąca na swoim szańcu nie­ru­chomo jak trę­bacz z Kra­kowa, przy­jęła na sie­bie pełny impet natar­cia i, oba­lona pierw­szą prze­wa­la­jącą się przez bar falą, zwa­liła się wstecz pro­sto do balii na lód. Ploy - nie­siony w powie­trzu z wycią­gnię­tymi do przodu rękami - zna­lazł się nad kon­tu­arem, zdo­łał się ucze­pić jed­nego z nale­wa­ków, ale w tej samej chwili kom­pani go puścili, więc pchany siłą roz­pędu pofru­nął po łuku w dół, pocią­ga­jąc za sobą dźwi­gnię nale­waka. Biała, pie­ni­sta kaskada piwa try­snęła z gumo­wej piersi, oblała Ploya, panią Buffo i dwa tuziny mary­na­rzy, któ­rzy zapu­ścili się za bar w manew­rze oskrzy­dla­ją­cym i w tej chwili tłu­kli się mię­dzy sobą do nie­przy­tom­no­ści. Grupa, która prze­nio­sła Ploya nad kon­tu­arem, roz­wi­nęła tym­cza­sem szyk, pró­bu­jąc prze­jąć inne nale­waki. Bez­po­średni prze­ło­żony Ploya, mat, na czwo­ra­kach trzy­mał go za stopy, gotowy go pod­ciąć i zająć jego uprzy­wi­le­jo­waną pozy­cję, gdy tylko Ploy opije się do syta. Oddział z Impul­sive'a nacie­rał w for­ma­cji klina. Ich śla­dem w wyrwę w szy­kach obron­nych wlało się co naj­mniej sześć­dzie­się­ciu kolej­nych śli­nią­cych się mary­na­rzy, który kopali, dra­pali, prze­py­chali się i darli jak opę­tani. Niektó­rzy toro­wali sobie drogę, wyma­chu­jąc butel­kami po piwie.

Sie­dzący przy końcu baru Pro­fane oglą­dał ręcz­nie szyte mary­nar­skie buty, spodnie dzwony i lewisy z man­kie­tami, od czasu do czasu jakąś śli­niącą się twarz na końcu leżą­cego ciała, roz­bite butelki po piwie, malut­kie trąby powietrzne z tro­cin.

Spu­ścił wzrok: Paola obej­mo­wała rękami jego nogę i tuliła poli­czek do czar­nego dżinsu.

- To okropne - powie­działa.

- Mhm. - Pokle­pał ją po gło­wie.

- Spo­kój... - Wes­tchnęła. - Czy nie tego wszy­scy pra­gniemy, Benny? Odro­biny spo­koju? Żeby nikt nie rzu­cał się na cie­bie i nie gryzł cię po tyłku?

- Ćśś, już dobrze. Patrz, ktoś wal­nął Deweya Glanda jego wła­sną gitarą w brzuch.

Paola zamam­ro­tała coś w jego nogę. Sie­dzieli spo­koj­nie, bez słowa, nie chcąc pod­no­sić wzroku na trwa­jącą dookoła rzeź. Pani Buffo dostała napadu pła­czu - nie­ludzki szloch wzno­sił się i roz­trza­ski­wał o stare pseu­do­ma­ho­niowe urwi­sko baru.

Pro­siak roz­gar­nął na boki kufle usta­wione na bla­cie za barem i roz­siadł się na nim. W kry­zy­so­wych chwi­lach naj­bar­dziej lubił rolę widza i teraz też łap­czy­wym wzro­kiem śle­dził poczy­na­nia kum­pli z pokładu, któ­rzy jak młode war­chlaki przy­sy­sali się do biją­cych przed nim sied­miu gej­ze­rów. Nasą­czone piwem tro­ciny za barem, udep­ty­wane i prze­mia­tane w tę i z powro­tem pod­czas nie­udol­nych poje­dyn­ków i poty­czek, z wolna upo­dab­niały się do hie­ro­gli­fów obcej rasy.

Na zewnątrz roz­le­gły się dźwięki gwizd­ków, wycie syren, tupot bie­gną­cych stóp.

- Nie­do­brze - mruk­nął Pro­siak. Zesko­czył ze swo­jej grzędy i prze­pchnął się na skraj baru, do Pro­fane'a i Paoli. - Mistrzu? - zagad­nął spo­koj­nie, mru­żąc oczy, jakby mu w nie powiał wiatr. - Idzie sze­ryf.

- Wyjdźmy tyłem - zapro­po­no­wał Pro­fane.

- Weź dziew­czynę.

Przedarli się na prze­łaj przez skłę­biony tłum, zgar­nąw­szy po dro­dze Deweya Glanda. Zanim patrol żan­dar­me­rii wpa­ro­wał do Sailor's Grave, cała czwórka bie­gła już wąską uliczką rów­no­le­głą do East Main.

- Dokąd idziemy - zain­te­re­so­wał się Pro­fane.

- Idziemy, dokąd idziemy - odparł Pro­siak. - Pośpiesz się.

II

Osta­tecz­nie wylą­do­wali w apar­ta­men­cie w New­port News zamiesz­ka­nym przez cztery porucz­niczki z WAVE oraz zwrot­ni­czego na pir­sie węglo­wym, kum­pla Pro­siaka, który nazy­wał się Mor­ris Teflon i peł­nił rolę kogoś w rodzaju ich opie­kuna. Po trwa­ją­cym tydzień pijań­stwie w okre­sie pomię­dzy Bożym Naro­dze­niem i Nowym Rokiem nikt nie miał złu­dzeń, że tak wła­śnie wygląda sytu­acja. Nikt też nie pro­te­sto­wał, kiedy do miesz­ka­nia wpro­wa­dziło się czworo nowych.

Nie­for­tunny oby­czaj Teflona zbli­żył Pro­fane'a z Paolą, cho­ciaż żadne z nich tego nie chciało. Teflon miał apa­rat foto­gra­ficzny, leicę spro­wa­dzoną pół­le­gal­nie z zagra­nicy przez zna­jo­mego z U.S. Navy. W week­endy, kiedy impreza się roz­krę­cała i maka­ro­niar­skie czer­wone wino chlu­stało jak fala wzbu­rzona przez ciężko wyła­do­wany sta­tek, Teflon zawie­szał sobie apa­rat na szyi, wędro­wał od łóżka do łóżka i robił zdję­cia, które potem sprze­da­wał napa­lo­nym mary­na­rzom przy East Main.

Paola Hod, z domu Maij­stral, która, wie­dziona kapry­sem, dość szybko porzu­ciła bez­pieczną przy­stań łóżka Pappy'ego Hoda, a nie­dawno także przy­brany dom, jakim był dla niej Sailor's Grave, znaj­do­wała się obec­nie w sta­nie szoku, który wyzwo­lił u Benny'ego Pro­fane'a pokłady współ­czu­cia i talen­tów tera­peu­tycz­nych, jakich w rze­czy­wi­sto­ści wcale nie posia­dał.

- Jesteś wszyst­kim, co mam - ostrze­gła go. - Bądź dla mnie dobry.

Sia­dy­wali przy stole w kuchni Teflona: Pro­siak Bodine naprze­ciwko Dewey Gland, jak dwaj part­ne­rzy bry­dżowi, a pomię­dzy nimi butelka wódki. Nie roz­ma­wiali, jeśli nie liczyć spo­rów o to, z czym następ­nym razem mie­szać wódkę, kiedy ta im się skoń­czy. W tym tygo­dniu wypró­bo­wali już mleko, zupę jarzy­nową z puszki, a na koniec sok z obe­schnię­tego arbuza - jedy­nego obiektu, jaki ostał się Teflo­nowi w lodówce. Spró­buj­cie kie­dyś wyci­snąć arbuza do małej szkla­neczki, kiedy macie przy­tę­piony refleks: to prak­tycz­nie nie­wy­ko­nalne. Wybie­ra­nie z wódki pestek stało się dodat­ko­wym pro­ble­mem i atmos­fera wza­jem­nej wro­go­ści nara­stała.

Tym bar­dziej że zarówno Pro­siak, jak i Dewey ostrzyli sobie zęby na Paolę. Co wie­czór nacho­dzili Pro­fane'a i pro­sili go, żeby się podzie­lił.

- Chce odpo­cząć od face­tów - pró­bo­wał im tłu­ma­czyć.

Pro­siak albo w ogóle nie przyj­mo­wał tego do wia­do­mo­ści, albo trak­to­wał te słowa jak obe­lgę dla Pappy'ego Hoda, swo­jego daw­nego prze­ło­żo­nego.

A prawda była taka, że Pro­fane nie miał się czym dzie­lić, bo sam niczego nie dosta­wał. Trudno było jed­nak stwier­dzić, czego wła­ści­wie chce Paola.

- O co ci cho­dzi - zapy­tał. - Z tym, że mam być dla cie­bie dobry.

- Pappy Hod nie był - odpo­wie­działa.

Wkrótce pod­dał się i nie pró­bo­wał dłu­żej roz­gry­zać jej tajem­nych tęsk­not. Od czasu do czasu snuła prze­dziwne opo­wie­ści o zdra­dach, biciu pię­ścią po twa­rzy, gwał­tach po pijaku. Pro­fane, który przez cztery lata pry­skał wodą, skro­bał, szo­ro­wał, malo­wał i znów skro­bał pod roz­ka­zami Pappy'ego Hoda, wie­rzył jej mniej wię­cej w poło­wie - w poło­wie, ponie­waż kobieta jest zale­d­wie połową cze­goś, co zwy­kle ma dwie strony.

Nauczyła ich wszyst­kich pio­senki, któ­rej ją z kolei nauczył fran­cu­ski spa­do­chro­niarz, dezer­ter z Algie­rii:

Demain le noir matin,

Je fer­me­rai la porte

Au nez des anneés mor­tes;

J'iari par les che­mins.

Je men­die­rai ma vie

Sur la terre et sur l'onde

Du vieux au nouveau monde...

Był niski i zbu­do­wany jak cała Malta: same skały i nie­wzru­szone serce. Spę­dziła z nim tylko jedną noc, potem popły­nął do Pireusu.

Jutro, o czar­nym poranku, zamknę drzwi przed mar­twymi latami. Ruszę w drogę, będę się włó­czyć po lądach i morzach, ze sta­rego do nowego świata...

Nauczyła Deweya Glanda akor­dów i przejść, a potem wszy­scy usie­dli przy stole w wyzię­bio­nej kuchni Teflona. Cztery hula­jące na całego pal­niki kuchenki gazo­wej zja­dały im tlen, a oni śpie­wali i śpie­wali. Patrząc jej w oczy, Pro­fane docho­dził do wnio­sku, że Paola śni o tym spa­do­chro­nia­rzu - czło­wieku, który nie inte­re­so­wał się poli­tyką, w walce był naj­dziel­niej­szym z dziel­nych, ale przede wszyst­kim był zmę­czony, o tak, zmę­czony relo­ka­cją tubyl­czych wio­sek i obmy­śla­niem o poranku aktów bar­ba­rzyń­stwa rów­nie okrut­nych jak te, któ­rych Front Wyzwo­le­nia Naro­do­wego dopu­ścił się w nocy. Nosiła na szyi Cudowny Meda­lik, może dostała go od jakie­goś przy­pad­ko­wego mary­na­rzyka, któ­remu przy­po­mi­nała porządną kato­licką dziew­czynę ze Sta­nów, gdzie seks jest za darmo - albo za ślub? Jaka z niej była kato­liczka? Pro­fane, który sam był kato­li­kiem tylko w poło­wie (matka żydówka) i miał tylko cząst­kową świa­do­mość swo­jej śmier­tel­no­ści (opartą na - skrom­nym - wła­snym doświad­cze­niu), zasta­na­wiał się, jaka to cudaczna jezu­icka argu­men­ta­cja kazała jej z nim pójść, odma­wiać sypia­nia z nim i jed­no­cze­śnie pro­sić, żeby "był dla niej dobry".

W wie­czór przed syl­we­strem wyszli się przejść i zbłą­dzili do odle­głych o kilka prze­cznic koszer­nych deli­ka­te­sów. Po powro­cie do Teflona stwier­dzili, że Pro­siak i Dewey znik­nęli: "Poszli­śmy się upić", napi­sali na kartce. W domu wisiały jesz­cze bożo­na­ro­dze­niowe lampki, z jed­nej sypialni, gdzie grało radio nasta­wione na WAVY, sączył się głos Pata Boone'a, z dru­giej dobie­gały odgłosy rzu­ca­nia przed­mio­tami. Nie wia­domo jak i kiedy młoda para zbłą­dziła do ciem­nego pokoju, w któ­rym stało łóżko.

- Nie - powie­działa.

- Czyli tak.

Wyrko jęk­nęło.

Zanim się zorien­to­wali: pstryk, trza­snęła leica Teflona.

Pro­fane zro­bił to, czego od niego ocze­ki­wano: z rykiem zerwał się z łóżka, wycią­ga­jąc ramię zakoń­czone pię­ścią.

Teflon bez wysiłku unik­nął ciosu.

- No, no... - Zaśmiał się.

Obu­rze­nie wyni­ka­jące z naru­sze­nia pry­wat­no­ści to betka, ale Teflon prze­rwał im tuż przed Wielką Chwilą.

- Prze­cież nie masz nic prze­ciwko temu - tłu­ma­czył Pro­fane'owi.

Paola ubie­rała się pośpiesz­nie.

- Na śnieg - odparł Pro­fane. - Tam nas wła­śnie wyga­niasz tym apa­ra­tem, Teflon. Na śnieg.

- Trzy­maj. - Teflon otwo­rzył apa­rat i oddał mu film. - Bo widzę, że zamie­rzasz być upier­dliwy.

Pro­fane wziął od niego film, ale nie wypa­dało mu już się wyco­fać. Ubrał się więc i wci­snął kape­lusz na głowę. Paola narzu­ciła na ramiona przy­duży płaszcz mary­nar­ski.

- Na śnieg - powtó­rzył Pro­fane.

Śnieg istot­nie padał. Zła­pali prom do Nor­folku, usie­dli w kabi­nie na górze i sącząc czarną kawę z papie­ro­wych kub­ków, patrzyli, jak śnieżne całuny bez­gło­śnie chło­stają ogromne okna. Poza tym mogli się ewen­tu­al­nie poga­pić na bez­dom­nego na ławce naprze­ciwko albo na sie­bie nawza­jem. Pod pokła­dem mozol­nie łomo­tał sil­nik, czuli jego wibra­cje przez pośladki. Żadne nie wie­działo, co powie­dzieć.

- Chcia­łaś zostać - zapy­tał.

- Nie, nie. - Wzdry­gnęła się. Dzie­lił ich dys­kretny kawa­łek drew­nia­nego sie­dzi­ska, sze­roki na stopę. Pro­fane nie odczu­wał potrzeby przy­cią­gnię­cia jej bli­żej. - Ty zde­cy­duj - dodała.

Matko Boska, pomy­ślał, to mi się tra­fiła pod­opieczna.

- Co cię tak tele­pie - spy­tał. - Tu jest cał­kiem cie­pło.

Pokrę­ciła głową (cokol­wiek mia­łoby to zna­czyć) wpa­trzona w czubki swo­ich kalo­szy. W końcu wstał i wyszedł na pokład.

W leni­wie opa­da­ją­cych do wody tuma­nach śniegu jede­na­sta w nocy wyglą­dała jak wcze­sny wie­czór albo dzień zaćmie­nia słońca. Z góry co kilka sekund dobie­gał ryk syreny, ostrze­że­nie dla wszyst­kiego, co mogło się zna­leźć na kur­sie koli­zyj­nym. Miało się wra­że­nie, że na wod­nych szla­kach spo­ty­kają się tylko same statki, nie­oży­wione i nie­za­miesz­kane, poro­zu­mie­wa­jące się dźwię­kami, które zna­czą rów­nie mało co bul­go­ta­nie wody za śrubą albo szmer śniegu na wodzie. I Pro­fane, sam jeden pośród nich wszyst­kich.

Nie­któ­rzy z nas boją się śmierci, inni samot­no­ści. Pro­fane bał się takich kra­jo­bra­zów jak ten, w któ­rym był jedyną żywą istotą - a przy tym miał wra­że­nie, że co rusz ląduje w takim wła­śnie świe­cie. Wystar­czyło wyjść zza rogu albo otwo­rzyć drzwi na otwarty pokład i już znaj­do­wał się w obcej kra­inie.

Drzwi za jego ple­cami znów się otwo­rzyły i chwilę póź­niej nagie dło­nie Paoli wśli­znęły mu się pod pachy. Przy­tu­liła poli­czek do jego ple­ców. Wyobra­ził sobie, że staje z boku i obej­muje utwo­rzoną przez nich mar­twą naturę wzro­kiem przy­pad­ko­wego widza, ale scena nie stała się przez to ani tro­chę mniej obca. Stali tak aż do prze­ciw­le­głego brzegu. Prom przy­bił do slipu, szczęk­nęły łań­cu­chy, zaję­czały roz­rusz­niki samo­cho­dów, zagrały sil­niki.

W mil­cze­niu poje­chali auto­bu­sem do mia­sta. Wysie­dli nie­da­leko hotelu Mon­ti­cello i udali się na East Main w poszu­ki­wa­niu Pro­siaka i Deweya. W Sailor's Grave było ciemno i cicho - pierw­szy raz za pamięci Pro­fane'a. Gliny musiały go zamknąć.

Pro­siaka zna­leźli po sąsiedzku, w Che­ster's Hil­l­billy Haven. Dewey usiadł razem z zespo­łem.

- Balanga, balanga! - zawo­łał Pro­siak.

Kil­ku­na­stu byłych mary­na­rzy ze Scaf­folda pla­no­wało towa­rzy­ski zjazd po latach. Pro­siak, samo­zwań­czy kaowiec, wybrał Susannę Squ­aducci, luk­su­sowy wło­ski sta­tek wyciecz­kowy wykań­czany aku­rat w stoczni w New­port News.

- Wra­camy do New­port News? - Czyli znowu to samo: ludz­kie jo-jo. (Posta­no­wił nie wspo­mi­nać Pro­sia­kowi o scy­sji z Teflo­nem). - To się musi skoń­czyć - dodał, ale nikt nie słu­chał.

Pro­siak tań­czył już spro­śne boogie-woogie z Paolą.

III

Tej nocy Pro­fane poło­żył się spać u Pro­siaka w domu, nie­opo­dal sta­rej przy­stani pro­mo­wej. Poło­żył się sam. Paola napa­to­czyła się na jedną z Beatrice i poszła noco­wać do niej, obie­caw­szy wcze­śniej ze skromną afek­ta­cją, że pój­dzie z Pro­fanem na imprezę syl­we­strową.

Koło trze­ciej obu­dził się z bólem głowy na pod­ło­dze w kuchni. Nocne powie­trze, prze­ni­kli­wie zimne, prze­są­czało się pod drzwiami. Skądś na zewnątrz dobie­gał upo­rczywy, basowy war­kot.

- Pro­siak - wychry­piał. - Gdzie trzy­masz aspi­rynę.

Nikt nie odpo­wie­dział.

Pro­fane zato­czył się do sąsied­niego pokoju. Pro­siaka w nim nie było. War­kot zabrzmiał bar­dziej zło­wrogo. Pro­fane pod­szedł do okna i zoba­czył Pro­siaka, który sie­dział na swoim moto­cy­klu i roz­pę­dzał sil­nik na jało­wym biegu. Śnieg pró­szył maciu­peń­kimi skrzą­cymi się punk­ci­kami, uliczka tonęła we wła­snym oso­bli­wym śnie­go­bla­sku. Pro­siak wyglą­dał jak klaun w czarno-bia­łym bła­zeń­skim stroju, a wie­kowe ceglane ściany, przy­pró­szone śnie­giem, przy­brały neu­tralny szary odcień. Wło­żoną na głowę dzier­ganą mary­nar­ską czapkę Pro­siak obcią­gnął sobie z przodu poni­żej brody, przez co jego głowa wyglą­dała jak kula nie­prze­nik­nio­nej czerni. Ota­czały go kłęby spa­lin.

Pro­fane zadrżał.

- Pro­siak - zawo­łał. - Co ty wyra­biasz.

Pro­siak nie odpo­wie­dział. Zagadka albo może zło­wiesz­cza wizja Pro­siaka na har­leyu w zaułku za domem o trze­ciej nad ranem znie­nacka przy­po­mniała Pro­fane'owi Rachel, o któ­rej wolał nie myśleć, nie dzi­siaj, nie w taką zimną noc, kiedy łeb mu pękał, a do pokoju zawie­wało śnie­giem.

W pięć­dzie­sią­tym czwar­tym Rachel Owl­glass dostała MG. Pre­zent od tatki. Po prób­nej prze­jażdżce w oko­licy dworca Grand Cen­tral (gdzie tatko miał swoje biuro), pod­czas któ­rej MG miał oka­zję zawrzeć bliż­szą zna­jo­mość ze słu­pami tele­fo­nicz­nymi, hydran­tami i kil­kor­giem pie­szych, latem zabrała go w góry Cat­skill. Pro­wa­dzony przez małą, nadą­saną, zmy­słową Rachel samo­cho­dzik mysz­ko­wał po krwio­żer­czych zako­sach i ser­pen­ty­nach drogi numer sie­dem­na­ście i z pośli­zgiem wpy­chał swój aro­gancki tyłek mię­dzy wozy z sia­nem, pomru­ku­jące cię­ża­rówki z nacze­pami i stare fordy road­stery pęka­jące w szwach od ostrzy­żo­nych na jeża kra­snali z pierw­szych lat stu­diów.

Tego lata Pro­fane dopiero co odszedł ze służby i zatrud­nił się jako poma­gier od sała­tek w restau­ra­cji Schlo­zhauer's Tro­ca­dero, dzie­więć mil od Liberty w sta­nie Nowy Jork. Jego sze­fem był tam nie­jaki Da Conho, szur­nięty Bra­zy­lij­czyk, który chciał jechać do Izra­ela wal­czyć z Ara­bami. Któ­re­goś wie­czoru, nie­długo po otwar­ciu sezonu, wsta­wiony marine zamel­do­wał się w Fie­sta Lounge w Tro­ca­dero z kara­bi­nem maszy­no­wym kali­ber .30 w mary­nar­skim worku. Nie był do końca pewien, w jaki spo­sób wszedł w posia­da­nie broni, ale Da Conho lubił sobie wyobra­żać, że prze­szmu­glo­wał ją w czę­ściach z Par­ris Island, bo tak wła­śnie zro­bi­łaby Hagana. Po dłuż­szej sprzeczce z bar­ma­nem, któ­remu kara­bin rów­nież wpadł w oko, Da Conho osta­tecz­nie zatrium­fo­wał i pozy­skał broń w zamian za trzy kar­czo­chy i bakła­żan. Bez­cenna zdo­bycz dołą­czyła do mezuzy przy­bi­tej nad drzwiami chłodni do warzyw i syjo­ni­stycz­nego trans­pa­rentu zawie­szo­nego z tyłu nad barem sałat­ko­wym. Przez następne kilka tygo­dni, gdy tylko szef kuchni nie patrzył, Da Conho skła­dał kara­bin w całość, kamu­flo­wał go w sała­cie lodo­wej, rze­żu­sze i cyko­rii i uda­wał, że strzela seriami do gości w jadalni.

- Bla-bla-bla-bla! - pokrzy­ki­wał, łypiąc zło­wrogo przez przy­rządy celow­ni­cze. - Tra­fi­łem cię w samo serce, Abdulu Saji­dzie! Bla-bla-bla, ty muzuł­mań­ska świ­nio.

Żaden inny kara­bin na świe­cie nie strze­lał "bla-bla-bla".

Da Conho potra­fił nad nim sie­dzieć do czwar­tej nad ranem, puco­wać go i marzyć o księ­ży­co­wych pustyn­nych kra­jo­bra­zach, skwier­czą­cych dźwię­kach per­skiej harfy i jemeń­skich dziew­czy­nach o pięk­nych gło­wach nakry­tych bia­łymi chust­kami, i lędź­wiach stę­sk­nio­nych miło­ści. Nie potra­fił zro­zu­mieć, jak pyszał­ko­waci ame­ry­kań­scy Żydzi mogą spo­koj­nie sto­ło­wać się w Tro­ca­dero, gdy zale­d­wie pół świata dalej pia­ski pustyni prze­sy­pują się niespo­koj­nie nad zwło­kami ich pobra­tym­ców. Jak miał prze­mó­wić do ich bez­dusz­nych żołąd­ków? Prze­ko­ny­wać je oliwą i octem, prze­bła­gi­wać ser­cem pal­mo­wym? Jedyny głos, jakim dys­po­no­wał, był gło­sem kara­binu. Czy mogli go wysłu­chać? Czy żołądki sły­szą? Nie. Czło­wiek nie sły­szy wystrzału, który go zabija. Wymie­rzony w dowolny prze­wód pokar­mowy w gar­ni­tu­rze od Harta Schaf­f­nera & Marksa, który na widok prze­cho­dzą­cej obok kel­nerki reago­wał zbe­reź­nym gul­go­ta­niem, kara­bin był zwy­kłym przed­mio­tem, celo­wał w miej­sce, w które mogła je skie­ro­wać dowolna więk­sza nie­rów­no­waga sił. Ale którą dokład­nie sprzączkę od pasa zamie­rzał Da Conho wziąć na cel: Abdula Sajida, prze­wód pokar­mowy, sie­bie samego? Po co pytać. Wie­dział tylko, że jest cier­pią­cym syjo­ni­stą, zdez­o­rien­to­wa­nym i dosta­tecz­nie dur­nym, by tkwić po kostki w gli­nia­stej gle­bie kibucu na prze­ciw­le­głej pół­kuli.

Pro­fane zasta­na­wiał się, o co wła­ści­wie cho­dzi Da Conho z tym kara­bi­nem. Taka miłość do przed­miotu była dla niego czymś nowym. Kiedy nie­długo póź­niej odkrył, że podobny zwią­zek łączy Rachel z jej MG, po raz pierw­szy zaświ­tało mu, że dzieją się tu sub rosa jakieś ciemne sprawki, dłu­żej i z udzia­łem więk­szej liczby ludzi, niżby przy­pusz­czał.

Poznał Rachel poprzez MG. Wszy­scy ją tak pozna­wali. Któ­re­goś dnia w połu­dnie wyszedł tyl­nym wyj­ściem, nio­sąc kubeł na śmieci prze­peł­niony liśćmi sałaty, które Da Conho uznał za nie­speł­nia­jące jego stan­dar­dów, gdy nagle gdzieś z pra­wej strony dobiegł go zło­wiesz­czy pomruk MG. Szedł spo­koj­nie przed sie­bie, świę­cie prze­ko­nany, że obju­czeni piesi mają pierw­szeń­stwo na dro­dze, gdy wtem prawy błot­nik samo­chodu szturch­nął go w tyłek. Na szczę­ście MG sunął z pręd­ko­ścią zale­d­wie pię­ciu mil na godzinę - nie dość szybko, żeby cokol­wiek Pro­fane'owi zła­mać, a zara­zem wystar­cza­jąco szybko, żeby go prze­wró­cić. Kubeł prze­ko­zioł­ko­wał w powie­trzu, zie­le­nina osy­pała się z góry jak deszcz.

Spoj­rzeli z Rachel podejrz­li­wie po sobie, okryci liśćmi sałaty.

- Jak roman­tycz­nie. - Rachel ode­zwała się pierw­sza. - Kto wie, może jesteś męż­czy­zną z moich snów? Ścią­gnij sobie tę sałatę z twa­rzy, żebym mogła zoba­czyć.

Zdjął liść, jakby nagle przy­po­mniał sobie, kim jest, i uchy­lił kape­lu­sza.

- Nie - stwier­dziła. - Jed­nak to nie ty.

- Może następ­nym razem spró­bu­jemy z list­kiem figo­wym? - zapro­po­no­wał.

- Ha, ha, ha - zaśmiała się i odje­chała.

Przy­niósł gra­bie i zaczął zgar­niać śmieci na kupę. Zdał sobie sprawę, że oto ma za sobą kolejne spo­tka­nie z mate­rią nie­oży­wioną, która usi­ło­wała go zabić - nie był tylko pewien, czy ma na myśli Rachel, czy samo­chód. Wrzu­cił ziel­sko do pojem­nika, po czym zepchnął sam pojem­nik do bie­gną­cego za par­kin­giem wąwo­ziku, który słu­żył Tro­ca­dero za wysy­pi­sko śmieci.

Wra­cał wła­śnie do kuchni, gdy Rachel znów zaje­chała pod restau­ra­cję. Nosowy war­kot sil­nika MG niósł się chyba aż do Liberty.

- Ej, gru­ba­sku! - zawo­łała Rachel. - Wska­kuj. Prze­je­dziemy się.

Pro­fane doszedł do wnio­sku, że fak­tycz­nie może to zro­bić. Miał dwie godziny do momentu, kiedy powi­nien zacząć nakry­wać do kola­cji.

Po pię­ciu minu­tach na dro­dze numer sie­dem­na­ście obie­cał sobie w duchu, że jeśli tylko wróci do Tro­ca­dero żywy i nie­po­kie­re­szo­wany, od tej pory będzie się inte­re­so­wał wyłącz­nie zwy­czaj­nymi, spo­koj­nymi dziew­czy­nami poru­sza­ją­cymi się na pie­chotę. Rachel pro­wa­dziła jak potę­pie­niec na urlo­pie. Pro­fane nie wąt­pił, że dobrze zna moż­li­wo­ści swoje i samo­chodu, ale skąd wie­działa, na przy­kład, wyprze­dza­jąc na śle­pym zakrę­cie wąskiej drogi, że jadąca z naprze­ciwka cysterna z mle­kiem będzie dosta­tecz­nie daleko, żeby MG zdą­żył wró­cić na swój pas z zapa­sem całej jed­nej szes­na­stej cala?

Tak bar­dzo bał się o wła­sne życie, że zupeł­nie zapo­mniał o swo­jej tra­dy­cyj­nej nie­śmia­ło­ści do dziew­czyn. Wycią­gnął rękę, wyjął z torebki Rachel papie­rosa i zapa­lił. Nie zauwa­żyła tego, bez reszty sku­piona na pro­wa­dze­niu i kom­plet­nie nie­świa­doma obec­no­ści pasa­żera. Ode­zwała się tylko raz, żeby go poin­for­mo­wać, że na sie­dze­niu z tyłu ma skrzynkę zim­nego piwa. Zacią­gał się jej papie­ro­sem i zasta­na­wiał, czy obu­dziły się w nim skłon­no­ści samo­bój­cze. Zda­rzało mu się cza­sem celowo sta­wać na dro­dze śmier­cio­no­śnych obiek­tów, jakby się pro­sił o wyszle­ma­ze­lo­wa­nie z tego świata. Dla­czego w ogóle się tu zna­lazł? Dla­tego że Rachel miała zgrabny tyłek? Zer­k­nął z ukosa, jak ten podry­guje na skó­rza­nym obi­ciu, zsyn­chro­ni­zo­wany z pod­sko­kami samo­chodu. Przez chwilę śle­dził wzro­kiem nie­try­wialny i nie do końca har­mo­niczny ruch jej lewej piersi pod czar­nym swe­trem. W końcu zje­chała na teren opusz­czo­nego kamie­nio­łomu, pomię­dzy roz­rzu­cone nie­re­gu­lar­nie wiel­kie skalne złomy; Pro­fane nie wie­dział, z jakiego kamie­nia, ale z pew­no­ścią były nie­oży­wione. Grun­tową drogą dotarli do pła­skiego kawałka terenu czter­dzie­ści stóp nad dnem kamie­nio­łomu.

To było krę­pu­jące popo­łu­dnie. Słońce pra­żyło wście­kle na bez­chmur­nym, nie­przy­ja­znym nie­bie. Pro­fane - gru­bas - się pocił. Pró­bo­wali grać w "Czy znasz", Rachel wypy­ty­wała go o znane jej dzie­ciaki z jego szkoły śred­niej. Prze­grał. Opo­wia­dała mu o swo­ich let­nich rand­kach: wyglą­dało na to, że spo­tyka się wyłącz­nie ze śmie­tanką towa­rzy­ską z Ivy League. Od czasu do czasu pota­ki­wał, że to cudowne. Opo­wia­dała o Ben­ning­ton, swo­jej Alma Mater. Opo­wia­dała o sobie.

Pocho­dziła z rejonu Pię­ciu Mia­ste­czek na połu­dnio­wym wybrzeżu Long Island, obej­mu­ją­cego Malverne, Law­rence, Cedar­hurst, Hew­lett i Wood­mere, a z cza­sem także Long Beach i Atlan­tic Beach, cho­ciaż nikomu nie przy­szło do głowy nazwać go "Sied­mioma mia­stecz­kami". Jego miesz­kańcy nie są wpraw­dzie Sefar­dyj­czy­kami, ale można tam odnieść wra­że­nie geo­gra­ficz­nego kazi­rodz­twa. Córki, skromne i czar­no­okie niczym Rosz­punki, tkwią zamknięte w zaklę­tych gra­ni­cach kra­iny, któ­rej baśniowa archi­tek­tura chiń­skich restau­ra­cji, knajp ser­wu­ją­cych owoce morza i pię­tro­wych syna­gog bywa nie mniej uro­kliwa niż sam ocean, do czasu, aż doj­rzeją na tyle, by można je było posłać w góry i na uczel­nie Pół­noc­nego Wschodu - nie po to jed­nak, by polo­wały tam na męża (w Pię­ciu Mia­stecz­kach obo­wią­zuje pewna spe­cy­ficz­nie poj­mo­wana rów­ność, w myśl któ­rej każ­dego sym­pa­tycz­nego chło­paka można sobie zakle­pać do mał­żeń­stwa, gdy tylko skoń­czy szes­na­ście, sie­dem­na­ście lat), lecz by dać im przy­naj­mniej złu­dze­nie, że zdą­żyły "użyć życia", nie­zwy­kle istotne dla emo­cjo­nal­nego roz­woju mło­dych dziew­cząt.

Tylko naj­dziel­niej­szym udaje się uciec. W nie­dzielny wie­czór, po gol­fie, kiedy murzyń­skie słu­żące, uprząt­nąw­szy bała­gan po sobot­niej balan­dze, udają się z wizytą do krew­nych w Law­rence, a do pro­gramu Eda Sul­li­vana zostaje jesz­cze kilka godzin, sól tej ziemi porzuca swoje ogromne domo­stwa, wsiada do auto­mo­bili i udaje się do dziel­nicy biz­ne­so­wej, by tam szu­kać roz­rywki wśród na pozór nie­skoń­czo­nych zaso­bów kre­we­tek w cie­ście i egg foo yung. Uśmiech­nięci Azjaci kła­niają się w pas, trze­po­cząc w let­nim zmierz­chu, ich głosy są jak trele let­nich pta­ków. Gdy zapad­nie zmierzch, przy­cho­dzi pora na krótką prze­chadzkę uli­cami: ojcow­ski tors, krzepki i solidny w gar­ni­tu­rze od J. Pressa, oczy córek tajem­ni­czo skryte za oku­la­rami prze­ciw­sło­necz­nymi w stra­so­wych opraw­kach. I tak jak jaguar nadał imię samo­cho­dowi matki, tak samo podzie­lił się z nią dese­niem na skó­rze, prze­nie­sio­nym na spodnie opi­na­jące jej smu­kłe bio­dra. Kto mógłby uciec? Kto by chciał?

Rachel chciała. Pro­fane, któ­remu zda­rzało się remon­to­wać drogi w Pię­ciu Mia­stecz­kach, dosko­nale ją rozu­miał.

Do zachodu słońca pra­wie zdą­żyli roz­pra­co­wać skrzynkę. Pro­fane ubz­dryn­go­lił się wojow­ni­czo. Wysiadł z wozu, zbłą­dził za drzewo i wyce­lo­wał ku zacho­dowi z nie­ja­sną inten­cją obsi­ka­nia słońca, żeby zga­sło na dobre. Czuł, że to ważne. (Mate­ria nie­oży­wiona mogła robić, co chciała. Nie to, co sama chciała, bo przed­mioty niczego nie chcą. Tylko ludzie mogą chcieć. Ale przed­mioty robią to, co robią, i dla­tego wła­śnie Pro­fane sikał na słońce).

W końcu zaszło, jakby naprawdę je zga­sił, a on sikał dalej, nie­śmier­telny bóg pociem­nia­łego świata.

Rachel przy­glą­dała mu się z zain­te­re­so­wa­niem. Zapiął roz­po­rek i zato­czył się z powro­tem w stronę skrzynki z piwem. Zostały dwie puszki. Otwo­rzył jedną i podał Rachel.

- Zga­si­łem słońce - oznaj­mił. - Wypijmy za to.

Więk­szość piwa wylał sobie na koszulę.

Kolejne dwie zgnie­cione puszki wylą­do­wały na dnie kamie­nio­łomu. Pusta skrzynka poszła w ich ślady.

Rachel ani na moment nie wysia­dła z wozu.

- Benny. - Jej pazno­kieć dotknął jego twa­rzy.

- No.

- Będziesz moim przy­ja­cie­lem?

- Masz chyba dość przy­ja­ciół.

Spoj­rzała w głąb kamie­nio­łomu.

- Spró­bujmy uda­wać, że nic innego nie ist­nieje - zapro­po­no­wała. - Nie ma Ben­ning­ton, Tro­ca­dero, Pię­ciu Mia­ste­czek, jest tylko ten kamie­nio­łom, mar­twe skały, które były tu przed nami i będą po nas.

- Po co.

- Czy nie tak wygląda świat?

- Uczą tego na pierw­szym roku geo­lo­gii, czy jak?

Zra­nił ją.

- Ja to po pro­stu wiem - odparła. - Benny - krzyk­nęła. Cichy krzyk. - Bądź moim przy­ja­cie­lem. Tylko tyle.

Wzru­szył ramio­nami.

- Pisz - powie­działa.

- Nie ocze­kuj...

- Pisz, jak wygląda twoje życie, droga chło­paka, któ­rej ni­gdy nie zoba­czę. Te wszyst­kie die­sle, tumany kurzu, motele i knajpy przy skrzy­żo­wa­niach. Po pro­stu. Jak wygląda świat na zachód od Ithaki i na połu­dnie od Prin­ce­ton. Miej­sca, któ­rych nie poznam.

Podra­pał się po brzu­chu.

- Dobra.

Do końca lata wpa­dali na sie­bie przy­naj­mniej raz dzien­nie. Zawsze roz­ma­wiali w samo­cho­dzie: on pró­bo­wał pod pół­przy­mknię­tymi oczami zna­leźć klu­czyk do jej zapłonu, ona sie­działa odsu­nięta od kie­row­nicy po pra­wej stro­nie i mówiła, mówiła, mówiła, same MG-słowa, słowa nie­oży­wione, na które nie bar­dzo było jak odpo­wie­dzieć.

Wkrótce stało się to, czego się oba­wiał: prze­kom­bi­no­wał i wma­new­ro­wał się w miłość do Rachel. Wła­ści­wie dzi­wił się tylko, że tak długo to trwało. Nocami leżał na wyrku w baraku, palił po ciemku i wygła­szał prze­mowy do żarzą­cego się koniuszka papie­rosa. Około dru­giej wra­cał z noc­nej zmiany loka­tor gór­nej pry­czy, nie­jaki Duke Wedge, prysz­czaty oprych z Chel­sea, który zawsze chęt­nie roz­pra­wiał o tym, jak czę­sto udaje mu się zamo­czyć, a uda­wało mu się cał­kiem czę­sto. Swoją gadką usy­piał Pro­fane'a. Któ­re­goś wie­czoru Pro­fane napa­to­czył się na Rachel i Wedge'a, sie­dzą­cych w MG przed jej dom­kiem. Cicha­czem wró­cił do łóżka. Nie czuł się szcze­gól­nie zdra­dzony, bo wie­dział, że Wedge niczego nie osią­gnie. Nawet spe­cjal­nie na niego zacze­kał, żeby wysłu­chać szcze­gó­ło­wej opo­wie­ści o tym, jak Wedge pra­wie, pra­wie dopiął swego, ale jed­nak nie cał­kiem. Pro­fane jak zwy­kle zasnął w poło­wie.

Sam też ni­gdy nie dotarł dalej niż gadka szmatka o jej świe­cie, pożą­da­nych i cenio­nych w nim przed­mio­tach, dusz­nej atmos­fe­rze, któ­rej nie mógłby znieść. Ostatni raz widział Rachel wie­czo­rem w dniu Święta Pracy, następ­nego dnia miała wyje­chać. Tuż przed kola­cją ktoś zwę­dził kara­bin maszy­nowy i Da Conho we łzach mio­tał się po całym lokalu, pro­wa­dząc roz­pacz­liwe poszu­ki­wa­nia. Szef kuchni kazał Pro­fane'owi przy­go­to­wać sałatki. Jakimś cudem udało mu się dodać mro­żone tru­skawki do wine­gretu i sie­kaną wątróbkę do sałatki Wal­dorf, a przy oka­zji wrzu­cić dobre dwa tuziny rzod­kie­wek do fry­tow­nicy (rzod­kiewki spo­tkały się z entu­zja­stycz­nym przy­ję­ciem klien­tów, nie chciało mu się jed­nak iść po wię­cej).

Od czasu do czasu do kuchni wpa­dał zapła­kany Da Conho. Nie udało mu się odszu­kać uko­cha­nego gnata i - osa­mot­niony, wycień­czony, roz­draż­niony - następ­nego dnia został wylany z roboty. Sezon i tak miał się ku koń­cowi i Pro­fane wcale by się nie zdzi­wił, gdyby Da Conho wsiadł pew­nego dnia na sta­tek i popły­nął do Izra­ela, żeby tam, grze­biąc w bebe­chach jakie­goś trak­tora, spró­bo­wać zapo­mnieć, podob­nie jak wielu zaty­ra­nych gastar­be­ite­rów, o pozo­sta­wio­nej w Sta­nach wiel­kiej miło­ści.

Po zamknię­ciu poszedł szu­kać Rachel. Dowie­dział się, że wyszła, umó­wiła się z kapi­ta­nem harvardz­kiej dru­żyny kusz­ni­czej. Zbłą­dziw­szy z powro­tem do baraku, zastał w nim smęt­nego Wedge'a, który - co nie­zwy­kłe - nie zna­lazł sobie towa­rzy­stwa na noc. Do pół­nocy grali w oczko o wszyst­kie pre­zer­wa­tywy, któ­rych Wedge nie zdą­żył latem użyć. Było ich koło setki. Pro­fane poży­czył pięć­dzie­siąt i miał świetną passę, a kiedy sczy­ścił Wedge'a do zera, ten pobiegł poży­czyć wię­cej. Wró­cił pięć minut póź­niej, krę­cąc głową.

- Nikt mi nie uwie­rzył.

Pro­fane poży­czył mu tro­chę gumek, po czym o pół­nocy poin­for­mo­wał go, że jest trzy­dzie­ści w plecy. Wedge sko­men­to­wał to ade­kwat­nie, a gdy Pro­fane zgar­nął stos kon­do­mów, zaczął tłuc głową w blat.

- On ich ni­gdy nie zużyje - skar­żył się sto­łowi. - To jest w tym wszyst­kim naj­gor­sze. Ni­gdy, do końca życia.

Pro­fane jesz­cze raz zapu­ścił się w oko­lice domku Rachel. Sły­sząc plusk i bul­go­ta­nie dobie­ga­jące z podwórka na tyłach, obszedł \dom i zastał ją przy myciu samo­chodu. W środku nocy. Co wię­cej, ona z nim roz­ma­wiała.

- Ty mój piękny ogie­rze - usły­szał. - Uwiel­biam cię doty­kać.

Kurde, pomy­ślał.

- Wiesz, co czuję, kiedy wyjeż­dżamy razem na drogę, tylko my dwoje? - Piesz­czo­tli­wym gestem prze­su­nęła gąbką po przed­nim zde­rzaku. - Te twoje zabawne reak­cje, mój kochany, jak ja je dobrze znam... Wiem, jak przy hamo­wa­niu ścią­gasz lekko w lewo i jak zaczy­nasz dygo­tać przy pię­ciu tysią­cach obro­tów, kiedy jesteś pod­nie­cony. A kiedy się na mnie zło­ścisz, spa­lasz olej, prawda? Wiem, wiem.

W jej gło­sie nie było śladu sza­leń­stwa, rów­nie dobrze mógłby słu­chać uczen­nicy ze szkoły pod­czas zabawy. Cho­ciaż, musiał to przy­znać, byłaby to zabawa nad­zwy­czaj oso­bliwa.

- Zawsze będziemy razem. - Prze­je­chała zamszową szmatką po masce. - Nie przej­muj się tym czar­nym buic­kiem, któ­rego mija­li­śmy dzi­siaj w tra­sie. Obrzy­dli­stwo: gruby, tłu­sty samo­chód mafii. Nie wiem jak ty, ale ja się spo­dzie­wa­łam, że lada chwila ktoś wypchnie zwłoki na jezd­nię przez tylne drzwi. A ty jesteś taki kan­cia­sty, taki praw­dzi­wie angiel­ski, taki twe­edowy, taki... taki Ivy League! Nie potra­fi­ła­bym cię zosta­wić, naj­droż­szy. Ni­gdy!

Pro­fane zła­pał się na tym, że jesz­cze chwila i zwy­mio­tuje. Publiczne oka­zy­wa­nie uczuć czę­sto tak na niego dzia­łało. Rachel wsia­dła tym­cza­sem do auta i wycią­gnęła się wygod­nie za kie­row­nicą, nad­sta­wia­jąc szyję pod let­nie kon­ste­la­cje gwiazd. Już miał do niej podejść, gdy zauwa­żył, jak jej lewa dłoń prze­suwa się wężo­wym, piesz­czo­tli­wym ruchem i obej­muje dźwi­gnię zmiany bie­gów. Patrzył, jak jej dotyka. Po tym, jak dopiero co spę­dził tro­chę czasu z Wedgem, sko­ja­rze­nie było oczy­wi­ste. Wię­cej nie chciał widzieć.

Poczła­pał na wzgó­rze i zszedł w las po jego dru­giej stro­nie; póź­niej, po powro­cie do Tro­ca­dero, nie umiał powie­dzieć, któ­rędy dokład­nie się włó­czył. We wszyst­kich dom­kach było ciemno, ale recep­cja była otwarta, tylko recep­cjo­ni­sta gdzieś znik­nął. Pro­fane tak długo grze­bał w szu­fla­dach biurka, aż zna­lazł pudełko pine­zek, po czym cof­nął się mię­dzy domki i do trze­ciej nad ranem krą­żył po oświe­tlo­nych bla­skiem gwiazd alej­kach pomię­dzy nimi, przy­pi­na­jąc pinez­kami do drzwi wygrane od Wedge'a pre­zer­wa­tywy. Nikt mu nie prze­szko­dził. Czuł się jak anioł śmierci zna­czący krwią domy jutrzej­szych ofiar. Mezuza miała za zada­nie zwieść anioła, by omi­nął dom. Na drzwiach całej mniej wię­cej setki dom­ków Pro­fane nie zna­lazł ani jed­nej mezuzy. Tym gorzej dla nich.

Lato się skoń­czyło i zaczęła się wymiana listów: jego były opry­skliwe i pełne nie­wła­ści­wych słów, jej - dow­cipne, roz­pacz­liwe i namiętne. Rok póź­niej ukoń­czyła Ben­ning­ton i zna­la­zła w Nowym Jorku pracę jako recep­cjo­nistka w agen­cji zatrud­nie­nia. Spo­tkał się z nią więc póź­niej w Nowym Jorku, raz i drugi, bawiąc tam prze­jaz­dem, i choć rzadko myśleli o sobie nawza­jem, a jej obsłu­gu­jąca jo-jo ręka była zwy­kle zajęta innymi spra­wami, od czasu do czasu odczu­wał pod­nie­ca­jące szarp­nię­cie nie­wi­dzial­nej pępo­winy, takie jak to dzi­siej­sze przy­po­mnie­nie, i zaczy­nał się zasta­na­wiać, na ile jesz­cze jest panem samego sie­bie. W jed­nym musiał jej oddać spra­wie­dli­wość: ni­gdy nie pró­bo­wała nazwać tego "związ­kiem".

- Jak zatem byś to nazwała - zapy­tał za któ­rymś razem.

- Sekre­tem - powie­działa z tym swoim dys­kret­nym, dzie­cin­nym uśmiesz­kiem, który, jak Rod­gers i Ham­mer­stine w metrum trzy czwarte, prze­ra­biał Pro­fane'a na drżącą gala­retę.

Odwie­dzała go cza­sami nocą, tak jak teraz, niczym sukub nawie­wany razem ze śnie­giem. Nie miał poję­cia, jak powstrzy­mać jedno i dru­gie.

IV

Oka­zało się, że przy­ję­cie syl­we­strowe poło­żyło kres jego życiu jo-jo, przy­naj­mniej na jakiś czas. Zjazd byłych mary­na­rzy opadł na Susannę Squ­aducci, flaszką wina prze­ku­pił noc­nego stróża i impreza ze sto­ją­cego w suchym doku nisz­czy­ciela prze­nio­sła się (po krót­kiej bija­tyce wstęp­nej) na pokład wyciecz­kowca.

Z początku Paola trzy­mała się bli­sko Pro­fane'a, któ­remu wpa­dła w oko ponętna dama w futrze poda­jąca się za żonę admi­rała. Było prze­no­śne radio, prze­szka­dzajki, wino, wino. Dewey Gland posta­no­wił się wspiąć na maszt. Maszt był świeżo malo­wany, ale nie­zra­żony tym Dewey z prze­wie­szoną przez ramię gitarą wspi­nał się coraz wyżej - i coraz bar­dziej upo­dab­niał się do zebry. Dotarł­szy do salingu, usiadł na nim, brzdąk­nął w struny i zaczął śpie­wać w wie­śniac­kim dia­lek­cie:

Depuis que je suis né

J'ai vu mourir des p?res,

J'ai vu par­tir des fr?res,

Et des enfants pleu­rer...

Znów ten spa­do­chro­niarz. Prze­kleń­stwo tygo­dnia. Odkąd się uro­dzi­łem (śpie­wał), widzia­łem umie­ra­ją­cych ojców, odcho­dzą­cych braci, pła­czące dzieci...

- Z czym ten chłop­taś-koman­dos miał pro­blem - zapy­tał Pro­fane, kiedy Paola pierw­szy raz prze­tłu­ma­czyła mu słowa pio­senki. - Każdy widział takie rze­czy, zda­rzają się przy innych oka­zjach, nie tylko na woj­nie. Po co obwi­niać wojnę. Ja się uro­dzi­łem przed wojną, w Hoove­rville.

- W tym rzecz - odparła. - Je suis né. Uro­dzi­łeś się. To wystar­czy, nic wię­cej nie trzeba robić.

Głos Deweya brzmiał jak skład­nik nie­oży­wio­nego wia­tru wie­ją­cego wysoko nad ich gło­wami. Co się stało z Guyem Lom­bardo i "Auld Lang Syne"?

W pierw­szej minu­cie tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego szó­stego Dewey był już na pokła­dzie, a Pro­fane sie­dział na salingu i patrzył z góry na kopu­lu­ją­cych pod nim Pro­siaka i żonę admi­rała. Mewa zanur­ko­wała spod śnie­go­wego nieba, zato­czyła krąg i przy­sia­dła na drzewcu na sze­ro­kość dłoni od niego.

- Siema, mewa - zagad­nął ją.

Nie odpo­wie­działa.

- Ech... - wes­tchnął w noc. - Lubię, kiedy mło­dzi się zejdą.

Zer­k­nął na pokład. Paola znik­nęła.

Nagle wszystko eks­plo­do­wało. Z ulicy dobie­gły dźwięki syreny, jed­nej, dru­giej. Na nabrzeże z rykiem sil­ni­ków zaje­chały samo­chody, szare che­vro­lety z napi­sem "U.S. Navy" na boku. Włą­czyły się reflek­tory, zaro­iło się od małych ludzi­ków w bia­łych heł­mach, z czarno-żół­tymi opa­skami żan­dar­me­rii na ręka­wach. Trzech czuj­nych impre­zo­wi­czów dopa­dło do burty od strony lądu i zaczęło zrzu­cać trapy do wody. Pół­cię­ża­rówka z nagło­śnie­niem dołą­czyła do pojaz­dów w por­cie, któ­rych zebrało się już dość, by utwo­rzyć park trans­por­towy z praw­dzi­wego zda­rze­nia.

- W porządku, pano­wie - zadud­nił bez­oso­bowy głos o mocy pięć­dzie­się­ciu watów. - W porządku, pano­wie.

To było wszystko, co miał do powie­dze­nia.

Żona admi­rała zaczęła wrzesz­czeć, że to mąż w końcu ją dorwał. Dwa albo trzy reflek­tory przy­szpi­liły ją leżącą z Pro­sia­kiem w grzesz­nych uści­skach. Pro­siak pró­bo­wał dopa­so­wać trzy­na­ście guzi­ków mun­duru do trzy­na­stu wła­ści­wych dziu­rek, co jest prak­tycz­nie nie­wy­ko­nalne, kiedy się czło­wiek śpie­szy. Śmiech i wiwaty na nabrzeżu. Nie­któ­rzy żan­darmi zaczęli prze­ła­zić na sta­tek jak szczury, po cumach. Śpiący pod pokła­dem eks­ma­ry­na­rze ze Scaf­folda obu­dzili się i teraz wspi­nali pół­przy­tom­nie na górę.

- Przy­go­to­wać się do odpar­cia abor­dażu! - darł się Dewey, wyma­chu­jąc gitarą jak kor­de­la­sem.

Pro­fane obser­wo­wał to wszystko i odro­binę mar­twił się o Paolę. Pró­bo­wał ją wypa­trzeć, ale omia­ta­jące pokład reflek­tory nie uła­twiały mu zada­nia. Znów zaczął pró­szyć śnieg.

- A gdy­bym tak... - zwró­cił się do mewy. Zamru­gała. - A gdy­bym był Bogiem.

Ostroż­nie pod­cią­gnął się na plat­formę i wycią­gnął na brzu­chu, wysta­wia­jąc tylko nos, oczy i kape­lusz kow­boj­ski jak leżący Kil­roy.

- Gdy­bym był Bogiem... - Wyce­lo­wał pal­cem w żan­darma. - Bach, poli­caju, wła­śnie dosta­łeś po dupie!

Żan­darm dalej robił swoje, czyli okła­dał pałką ważą­cego dwie­ście pięć­dzie­siąt fun­tów spe­cja­li­stę ds. sys­te­mów uzbro­je­nia o nazwi­sku Patsy Pagano.

Park samo­cho­dowy na nabrzeżu został uzu­peł­niony o bydło­wóz, jak w mary­narce nazy­wają poli­cyjną sukę.

- Bach, bydło­wo­zie - powie­dział Pro­fane. - Jedź dalej przed sie­bie, aż spad­niesz do wody.

I pew­nie tak by się wła­śnie stało, gdyby kie­rowca nie wyha­mo­wał w ostat­niej chwili.

- Patsy Pagano, roz­łóż skrzy­dła i odleć stąd.

Nie­stety, ostatni cios w brzuch zała­twił Patsy'ego na dobre. Żan­darm zosta­wił go leżą­cego na pokła­dzie; potrzeb­nych będzie sze­ściu chłopa, żeby go prze­nieść.

- Co się dzieje - zdzi­wił się Pro­fane.

Znu­dzona mewa odle­ciała w stronę bazy.

Może, pomy­ślał Pro­fane, Bóg powi­nien myśleć bar­dziej pozy­tyw­nie, a nie tylko co chwilę ciskać gromy. Sta­ran­nie wyce­lo­wał palec.

- Dewey Gland. Zaśpie­waj im tę algier­ską pio­senkę anty­wo­jenną.

Dewey, który tym­cza­sem usiadł okra­kiem na sznu­ro­wym relingu mostka, zagrał wstęp na stru­nie baso­wej i zaczął śpie­wać "Blue Suede Shoes" na modłę Elvisa Pre­sleya.

- No, pra­wie - powie­dział Pro­fane do śniegu i do ptaka, który odfru­nął. Zsu­nął kape­lusz na twarz i wkrótce zasnął.

Zgiełk na dole przy­cichł. Ciała zabrano i zło­żono w bydło­wo­zie. Wóz z nagło­śnie­niem po kilku eks­plo­zjach sprzę­żeń wyłą­czył gło­śniki i odje­chał. Reflek­tory poga­sły, dop­ple­ru­jące syreny odda­liły się w stronę sie­dziby żan­dar­me­rii.

Pro­fane obu­dził się nad ranem, przy­pró­szony cienką war­stewką śniegu. Czuł zaczątki paskud­nego prze­zię­bie­nia. Zgra­mo­lił się po oblo­dzo­nej dra­bince, ześli­zgu­jąc się mniej wię­cej co dwa szcze­ble. Sta­tek był wymarły. Zszedł pod pokład, żeby się zagrzać.

Znowu zna­lazł się w trze­wiach obiektu nie­oży­wio­nego. Kroki na któ­rymś z niż­szych pokła­dów: pew­nie nocny stróż.

- Ni­gdzie czło­wiek nie może być sam - mruk­nął Pro­fane i na palusz­kach skrę­cił w boczny kory­tarz.

Dostrzegł leżącą na pokła­dzie pułapkę na myszy. Ostroż­nie wziął ją do ręki i pchnął w głąb kory­ta­rza. Ude­rzyła w gródź i zadzia­łała z gło­śnym TRZASK. Kroki uci­chły, a po chwili, już ostroż­niej­sze, prze­mie­ściły się pod Pro­fa­nem i wspięły po dra­bi­nie w stronę miej­sca, w któ­rym leżała pułapka.

- Ha, ha - zaśmiał się.

Prze­mknął za róg, natknął się na kolejną pułapkę i zrzu­cił ją do zej­ściówki.

Cztery myszo­łapki póź­niej wylą­do­wał w kam­bu­zie, gdzie stróż urzą­dził sobie pry­mi­tywną kawiar­nię. Licząc na to, że stróż będzie chwi­lowo zajęty, posta­wił czaj­nik z wodą na kuchence elek­trycz­nej.

- Halo! - zawo­łał stróż dwa pokłady wyżej.

- Oho... - powie­dział Pro­fane.

I wymknął się z kam­buza w poszu­ki­wa­niu kolej­nych myszo­ła­pek. Zgar­nął jedną z wyż­szego pokładu, wychy­lił się na zewnątrz i cisnął ją w powie­trze wyso­kim, nie­wi­dzial­nym lobem. Przy­naj­mniej rato­wał życie myszom. Z góry dobiegł przy­tłu­miony trzask i krzyk.

- Moja kawa - mruk­nął.

Zbiegł po dwa stop­nie naraz. Wrzu­cił dwie gar­ści fusów do wrzątku, wyśli­znął się dru­gimi drzwiami i nie­mal zde­rzył z noc­nym stró­żem, który skra­dał się kory­ta­rzem z myszo­łapką ucze­pioną rękawa. Spoj­rzeli na sie­bie z tak bli­ska, że Pro­fane wyraź­nie zoba­czył malu­jący się na twa­rzy stróża wyraz cier­pli­wej udręki. Stróż wszedł do kam­buza, Pro­fane się zmył.

Zdą­żył wbiec trzy pokłady wyżej, zanim usły­szał ryk dobie­ga­jący z kam­buza.

- Co znowu?

Wyszedł na kory­tarz, przy któ­rym znaj­do­wały się puste pry­watne kabiny. Zna­lazł pozo­sta­wiony przez spa­wa­cza kawa­łek kredy, napi­sał na ścia­nie pie­przyć susannę squ­aducci oraz precz z boga­tymi dra­niami, pod­pi­sał się Fan­tom i poczuł się lepiej. Kto popły­nie tą krypą do Włoch? Pre­zesi spółek, gwiazdy fil­mowe, może depor­to­wani reke­tie­rzy.

- Ale dzi­siaj... - zamru­czał. - Dzi­siaj, Susanno, nale­żysz do mnie.

Mógł po niej do woli mazać i roz­sta­wiać myszo­łapki. To i tak wię­cej, niż kie­dy­kol­wiek zro­biłby dla niej pasa­żer z kupio­nym bile­tem.

Powłó­czył się tro­chę po kory­ta­rzach, zbie­ra­jąc pułapki. Wró­ciw­szy pod kam­buz, zaczął je roz­rzu­cać na wszyst­kie strony.

- Ha, ha, ha - powie­dział nocny stróż. - Dalej, hała­suj sobie. Ja piję twoją kawę.

Fak­tycz­nie pił. Pro­fane z roz­tar­gnie­niem mach­nął ostat­nią trzy­maną w ręce łapką. Strze­liła i przy­trza­snęła mu trzy palce mię­dzy pierw­szym i dru­gim sta­wem.

I co teraz? - pomy­ślał. Powi­nie­nem krzyk­nąć? Nie, wystar­czy, że nocny stróż śmieje się do roz­puku.

Zaci­snąw­szy zęby, odgiął drut i ścią­gnął pułapkę z ręki, nasta­wił ją, wrzu­cił przez ilu­mi­na­tor do kam­buza i uciekł. Zdą­żył zbiec na nabrzeże, kiedy dostał śnieżką w poty­licę. Strą­ciła mu kape­lusz z głowy. Przy­sta­nął, schy­lił się po niego i prze­szło mu przez myśl, żeby odpo­wie­dzieć w ten sam spo­sób. Ale nie. Pobiegł przed sie­bie.

Paola cze­kała na przy­stani pro­mo­wej. Wzięła go pod ramię, kiedy wcho­dzili na pokład.

- Zsią­dziemy kie­dyś z tego promu? - zapy­tał tylko.

- Masz śnieg na sobie.

Się­gnęła ręką, żeby go otrze­pać. Omal jej nie poca­ło­wał. Obita myszo­łapką ręka drę­twiała mu na zim­nie. Od strony Nor­folku powiał wiatr. Tym razem pod­czas prze­prawy cały czas sie­dzieli w kabi­nie.

***

Rachel zła­pała go na dworcu auto­bu­so­wym w Nor­folku. Sie­dział zgar­biony obok Paoli, na drew­nia­nej ławce wytar­tej i zatłusz­czo­nej przez poko­le­nie przy­pad­ko­wych tył­ków, z dwoma bile­tami w jedną stronę do New York, New York zatknię­tymi za pod­szewkę kow­boj­skiego kape­lu­sza. Przy­mknął oczy, pró­bu­jąc się zdrzem­nąć. Wła­śnie zaczął odpły­wać, gdy wywo­łano go przez gło­śniki.

Od razu, zanim jesz­cze dobrze oprzy­tom­niał, wie­dział, kto to będzie. Miał prze­czu­cie. Myślał o niej.

- Benny, kocha­nie - powie­działa Rachel. - Obdzwo­ni­łam wszyst­kie dworce w kraju.

W tle sły­szał odgłosy imprezy. Syl­we­ster. Tu, gdzie sie­dział, był tylko stary zegar wska­zu­jący godzinę. Do tego tuzin bez­dom­nych, któ­rzy, roz­wa­leni na ław­kach, usi­ło­wali pospać w ocze­ki­wa­niu na dale­ko­bieżny kurs nie­ob­słu­gi­wany przez Grey­ho­unda ani Tra­il­ways. Patrzył na nich i słu­chał jej słów.

- Wróć do domu - mówiła.

Tylko jej pozwo­liłby tak do sie­bie mówić, nikomu innemu, nie licząc wewnętrz­nego głosu, któ­rego prę­dzej by się wyrzekł jako głosu mar­no­traw­nego, niż posłu­chał.

- Wiesz... - pró­bo­wał wtrą­cić.

- Przy­ślę ci pie­nią­dze na bilet.

Przy­sła­łaby, naprawdę.

Głu­che brzdą­ka­nie ponio­sło się ku niemu po pod­ło­dze: Dewey Gland, posępny chu­dzie­lec, wlókł za sobą gitarę.

- Jest tu mój przy­ja­ciel, Dewey Gland - prze­rwał jej łagod­nie Pro­fane. Zni­żył głos nie­mal do szeptu. - Chciałby ci coś zaśpie­wać.

Dewey zaśpie­wał jej "Wan­de­rin'", starą pio­senkę z cza­sów Wiel­kiego Kry­zysu: "Węgorz w oce­anie, w morzu rybka pły­wała, a ruda kobita zro­biła ze mnie wała...".

Rachel miała rude włosy prze­ty­kane przed­wcze­sną siwi­zną i tak dłu­gie, że kiedy zebrała je jedną ręką nad czub­kiem głowy i puściła, opa­dały jej na oczy. U dziew­czyny mie­rzą­cej bez butów cztery stopy i dzie­sięć cali taki gest wygląda śmiesz­nie. A w każ­dym razie powi­nien tak wyglą­dać.

Poczuł szarp­nię­cie przy­cze­pio­nej w pasie nie­wi­dzial­nej pępo­winy. Pomy­ślał o dłu­gich pal­cach, spo­mię­dzy któ­rych mógłby cza­sem, być może, dostrzec błę­kitne niebo.

"Ni­gdy się włó­czyć nie prze­stanę".

- Ona cię pra­gnie - powie­dział Dewey.

Dziew­czyna w infor­ma­cji marsz­czyła brwi - gru­bo­ko­ści­sta, z pla­mi­stą cerą: dziew­czyna spod mia­sta, w któ­rej roz­ma­rzo­nych oczach odbi­jają się wyszcze­rzone chłod­nice buic­ków i piąt­kowe shuf­fle­bo­ardy w przy­droż­nych knaj­pach.

- Pra­gnę cię - powie­działa Rachel.

Prze­je­chał brodą po kratce mikro­fonu, trzy­dniowy zarost gło­śno skrob­nął obu­dowę. Przy­szło mu na myśl, że w dro­dze na pół­noc wzdłuż całego pięć­set­mi­lo­wego pod­ziem­nego kabla sie­dzą dżdżow­nice i ślepe trolle i pod­słu­chują. Trolle znają się na cza­rach, cie­kawe, czy potra­fią zmie­niać słowa? Uda­wać cudze głosy?

- Wolisz się włó­czyć.

W tle usły­szał, jak ktoś rzyga, a inni śmieją się z niego, gło­śno, szcze­rze. Jazz z gra­mo­fonu.

Chciał powie­dzieć, Boże, czego to czło­wiek nie pra­gnie. Powie­dział:

- Jak impreza.

- Bawimy się u Raoula - odparła.

Raoul, Slab i Melvin nale­żeli do grupy zgorzk­nial­ców, któ­rym ktoś przy­kleił ety­kietkę Ekipy Pomy­leń­ców. Pół życia spę­dzali w barze Rusty Spoon w Lower West Side. Przy­po­mniał sobie Sailor's Grave. Nie widział wiel­kiej róż­nicy.

- Benny. - Ni­gdy nie pła­kała, w każ­dym razie nie przy­po­mi­nał sobie, żeby to robiła. To go zanie­po­ko­iło. Ale może uda­wała. - Ciao - powie­działa. Sztuczne niby-poże­gna­nie, typowe dla Gre­en­wich Vil­lage.

Odwie­sił słu­chawkę.

- Trwa nie­zła bija­tyka - poin­for­mo­wał go Dewey Gland, smętny, z zaczer­wie­nio­nymi oczami. - Ploy tak się narą­bał, że ugryzł w dupę jakie­goś marine.

Kiedy spoj­rzeć z boku na pla­netę pędzącą po swo­jej orbi­cie, roz­sz­cze­pić słońce w lustrze na dwa i wyobra­zić sobie sznu­rek, razem będzie to wyglą­dało jak jo-jo. Punkt orbity poło­żony naj­da­lej od słońca nosi nazwę aphe­lium. Przez ana­lo­gię punkt poło­żony naj­da­lej od ręki trzy­ma­ją­cej jo-jo nazywa się apchi­rium.

Tego wie­czoru wyje­chali z Paolą do Nowego Jorku. Dewey Gland wró­cił na sta­tek i Pro­fane ni­gdy wię­cej go nie zoba­czył. Pro­siak dosiadł har­leya i odje­chał nie wia­domo dokąd. W grey­ho­un­dzie jechała para mło­dych ludzi, któ­rzy, kiedy inni pasa­że­ro­wie posnęli, wzięli się do roboty na tyl­nym sie­dze­niu; sprze­dawca tem­pe­ró­wek do ołów­ków, który zjeź­dził kraj wzdłuż i wszerz i potra­fił udzie­lić cie­ka­wych infor­ma­cji na temat dowol­nego mia­sta, bez względu na to, dokąd aku­rat wybie­rał się jego współ­pa­sa­żer; oraz czworo nie­mow­ląt, każde z matką-nie­udacz­nicą, które to nie­mow­lęta - roz­miesz­czone stra­te­gicz­nie po całym auto­ka­rze - gawo­rzyły, gru­chały, rzy­gały, śli­niły się i pró­bo­wały samo­udu­sze­nia, a w ciągu trwa­ją­cej dwa­na­ście godzin jazdy zawsze przy­naj­mniej jedno się darło.

Doje­chali mniej wię­cej do Mary­landu, kiedy Pro­fane posta­no­wił zała­twić sprawę.

- Wcale nie pró­buję się cie­bie pozbyć. - Dał Paoli kopertę po bile­tach z wypi­sa­nym ołów­kiem adre­sem Rachel. - Po pro­stu nie wiem, jak długo zaba­wię w mie­ście.

Nie wie­dział.

Poki­wała głową.

- Czyli jesteś zako­chany.

- To dobra kobieta. Znaj­dzie ci pracę i dach nad głową. Nie pytaj mnie, czy się kochamy. To słowo nic nie zna­czy. Tu masz jej adres, możesz poje­chać kolejką do West Side.

- Czego się boisz.

- Prze­śpij się.

Zasnęła z głową opartą na jego ramie­niu.

Na dworcu przy 34. ulicy zasa­lu­to­wał jej krótko.

- Może będę gdzieś w oko­licy, ale mam nadzieję, że nie. To skom­pli­ko­wane.

- Mam jej powie­dzieć...

- Będzie wie­działa. Na tym polega pro­blem. Nie ma takiej rze­czy, którą ty czy ja mogli­by­śmy jej powie­dzieć, a o któ­rej ona by nie wie­działa.

- Zadzwoń, Ben. Pro­szę. Może.

- Dobrze - odparł. - Może.

V

Tak więc w stycz­niu tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego szó­stego roku Benny Pro­fane ponow­nie zawi­tał do Nowego Jorku. Zja­wił się w mie­ście w samej koń­cówce ulot­nej niby-wio­sny, zna­lazł sobie mate­rac w cen­trum, w tanim hote­liku zwa­nym Naszym Domem, kupił gazetę w kio­sku na pery­fe­riach i do późna w noc włó­czył się po uli­cach, prze­glą­da­jąc przy świe­tle latarń ogło­sze­nia o pracę. Jak zwy­kle nikt go nie potrze­bo­wał.

Gdyby tra­fił się ktoś, kto go pamię­tał, natych­miast zwró­ciłby uwagę, że Pro­fane się nie zmie­nił. W dal­szym ciągu był duży, ame­bo­waty, spa­siony i miękki, miał krótko przy­strzy­żone włosy, które odra­stały mu plac­kami, i małe, świń­skie, zbyt sze­roko roz­sta­wione oczy. Prace dro­gowe nie posłu­żyły jego zewnę­trzu, wnę­trzu zresztą też nie. Ulica zabrała mu wpraw­dzie kawał życia, ale pozo­stali sobie skraj­nie obcy. Ulice (drogi, ronda, skwery, place, aleje) niczego go nie nauczyły. Nie umiał uży­wać teo­do­litu, obsłu­gi­wać dźwigu ani spy­cha­cza, ukła­dać cegieł, nacią­gnąć taśmy, jak należy, przy­trzy­mać łaty mier­ni­czej, nie nauczył się nawet pro­wa­dzić samo­chodu. Pro­fane tylko cho­dził. Cza­sem mu się zda­wało, że cho­dzi alej­kami w gigan­tycz­nym, jasno oświe­tlo­nym super­mar­ke­cie, a jego jedyną funk­cją jest chce­nie.

Pew­nego ranka obu­dził się wcze­śnie i, nie mogąc ponow­nie zasnąć, posta­no­wił spę­dzić dzień jak jo-jo, jeż­dżąc metrem w tę i nazad pod 42. Ulicą, od Times Squ­are do Grand Canal i z powro­tem. Po dro­dze do umy­walni w Naszym Domu potknął się o dwa puste mate­race. Zaciął się przy gole­niu, a przy pró­bie wymiany żyletki roz­pła­tał sobie palec. Wszedł pod prysz­nic, żeby spłu­kać krew. Kurki się nie krę­ciły. Kiedy w końcu zna­lazł dzia­ła­jący prysz­nic, wrzą­tek lał się z niego na prze­mian z lodo­watą wodą w spo­sób zupeł­nie nie­prze­wi­dy­walny. Pro­fane tań­czył i ska­kał jak wariat, to wrzesz­cząc, to dygo­cząc z zimna, aż pośli­znął się na mydle i omal nie skrę­cił karku. Wycie­ra­jąc się, roz­darł postrzę­piony ręcz­nik na pół, tak że ten nada­wał się do wyrzu­ce­nia. Koszulkę z dłu­gimi ręka­wami wło­żył tył na przód, przez dzie­sięć minut wal­czył z roz­por­kiem, a przez kolejne pięt­na­ście ze sznu­rówką, która pękła, kiedy usi­ło­wał ją zawią­zać. Przez resztę poranka pod­śpie­wy­wał pod nosem wyłącz­nie prze­kleń­stwa. Nie był zmę­czony ani nawet szcze­gól­nie nie­zborny, cho­dziło o coś innego, o czym jako szle­miel wie­dział od lat: nie mogło być pokoju mię­dzy nim i mate­rią nie­oży­wioną.

Metrem doje­chał z Lexing­ton Ave­nue na dwo­rzec Grand Cen­tral. Tak się zło­żyło, że wagon, do któ­rego wsiadł, pękał w szwach od olśnie­wa­ją­cych ślicz­no­tek: atrak­cyj­nych sekre­ta­rek w dro­dze do pracy i ape­tycz­nych nie­let­nich jadą­cych do szkoły. Tego było za wiele, za wiele. Osła­biony Pro­fane uwie­sił się na gór­nym uchwy­cie. Z księ­ży­cową regu­lar­no­ścią drę­czyły go napady bli­żej nie­spre­cy­zo­wa­nej chcicy, pod­czas któ­rych wszyst­kie kobiety w pew­nej gru­pie wie­ko­wej i o okre­ślo­nym typie syl­wetki sta­wały się przed­mio­tem jego gwał­tow­nego, nie­po­ha­mo­wa­nego pożą­da­nia. Wycho­dził z tych cyklicz­nych ata­ków z oczo­plą­sem, żału­jąc, że nie potrafi obra­cać głowy w zakre­sie peł­nych trzy­stu sześć­dzie­się­ciu stopni.

Po poran­nych godzi­nach szczytu pociąg jest pra­wie pusty, jak zaśmie­cona plaża po sezo­nie. Od dzie­wią­tej do dwu­na­stej stali miesz­kańcy zakra­dają się na swoje miej­sca, nie­pewni i onie­śmie­leni. Wcze­śniej, od świtu, świat tęt­nił atmos­ferą życia i sło­necz­nego lata roz­ta­czaną przez zamoż­nych pasa­że­rów wszel­kiej maści. Teraz śpiący włó­czę­dzy i sta­ruszki na zasił­kach (któ­rzy cały czas tu byli, choć nie­zau­wa­żani) wra­cają, upo­mi­nają się o swoje i zapo­wia­dają nadej­ście jesieni.

Pod­czas jede­na­stego lub dwu­na­stego prze­jazdu Pro­fane zasnął i śnił. Docho­dziło połu­dnie, gdy obu­dziły go popisy trójki por­to­ry­kań­skich dzie­cia­ków: Tolito, José i Kooka (skrót od Cuca­ra­chito). Urzą­dzali swój mały występ, żeby wyże­brać tro­chę gro­sza, cho­ciaż musieli wie­dzieć, że metro przed połu­dniem w dzień powsze­dni no es bueno dla tańca i bon­go­sów. José miał ze sobą puszkę po kawie, która, obró­cona dnem do góry, słu­żyła mu do wybi­ja­nia zwa­rio­wa­nych ryt­mów meren­gue i baión, a po odwró­ce­niu dnem do dołu - do zbie­ra­nia od peł­nej uzna­nia publicz­no­ści drob­nia­ków, żeto­nów na metro, gum do żucia i splu­nięć.

Pro­fane zamru­gał, otrzą­snął się ze snu i patrzył, jak tań­czą, ska­czą, fikają, udają zaloty. Zwie­szali się z uchwy­tów, wspi­nali po słup­kach, Tolito rzu­cał sied­mio­let­nim Kookiem po całym wago­nie jak wor­kiem gro­chu, a w tle José łomo­tał w swoją puszkę w poli­ryt­mii z łosko­czą­cym wago­nem: dło­nie i przed­ra­miona wibro­wały w ryt­mie nie­da­ją­cym się śle­dzić wzro­kiem, zęby szcze­rzyły się w nie­zmor­do­wa­nym uśmie­chu sze­ro­kim jak West Side.

Pociąg wjeż­dżał na Times Squ­are, kiedy zaczęli krą­żyć z puszką po wago­nie. Pro­fane zamknął oczy, zanim do niego pode­szli. Usie­dli naprze­ciwko, żeby prze­li­czyć zaro­bek. Nogi dyn­dały im w powie­trzu. Kook sie­dział w środku, dwaj pozo­stali usi­ło­wali zepchnąć go na pod­łogę. Do wagonu wsia­dło dwóch nasto­lat­ków z dziel­nicy: czarne chi­nosy, czarne koszule, czarne kurtki gangu, PLAY­BOYS wypi­sane na ple­cach ocie­ka­ją­cymi czer­wie­nią lite­rami. Sie­dząca trójka zamarła w bez­ru­chu. Jedni gapili się na dru­gich sze­roko otwar­tymi oczami.

Kook, naj­młod­szy, nie wytrzy­mał.

- Mari­cón! - wykrzyk­nął z ucie­chą.

Pro­fane otwo­rzył oczy.

Pod­kute obcasy star­szych chło­pa­ków odda­liły się wynio­słym stac­cato w kie­runku sąsied­niego wagonu. Tolito zła­pał Kooka za głowę, pró­bu­jąc go wci­snąć w pod­łogę. Kook mu się wymknął. Drzwi się zamknęły, pociąg ruszył ponow­nie w stronę Grand Cen­tral. Trzej Por­to­ry­kań­czycy spoj­rzeli na Pro­fane'a.

- Hej, ty - zagad­nął Kook.

Pro­fane obser­wo­wał go z odro­biną ostroż­no­ści.

- Ale jak to - zdzi­wił się José. Machi­nal­nym gestem nało­żył sobie puszkę od kawy na głowę. Zsu­nęła się i oparła mu się na uszach. - Dla­czego nie wysia­dłeś przy Times Squ­are.

- Zaspał - wyja­śnił Tolito.

- To jo-jo - powie­dział José. - Zoba­czy­cie.

Chwi­lowo zapo­mnieli o Pro­fa­nie, prze­nie­śli się jeden wagon w przód i tam zaczęli odgry­wać swój spek­takl. Wró­cili, kiedy pociąg odjeż­dżał z powro­tem z Grand Cen­tral.

- Mówi­łem - powie­dział José.

- Hej, ty - ode­zwał się Kook. - A co to.

- Nie masz pracy - domy­ślił się Tolito.

- Mógł­byś polo­wać na ali­ga­tory - zasu­ge­ro­wał Kook. - Jak mój brat.

- Brat Kooka strzela do ali­ga­to­rów ze strzelby - dodał Tolito.

- Jeżeli szu­kasz pracy, to fak­tycz­nie powi­nie­neś spró­bo­wać - zgo­dził się z nimi José.

Pro­fane podra­pał się po brzu­chu. Zaga­pił się na pod­łogę.

- To stała fucha? - zapy­tał.

Pociąg wje­chał na Times Squ­are, wypluł pasa­że­rów, przy­jął nowych, zamknął drzwi i z piskli­wym zgrzy­tem prze­padł w tunelu. Przy­je­chał drugi, po innym torze. Ciała zakłę­biły się w bru­nat­nym świe­tle, z gło­śni­ków popły­nęła zapo­wiedź. Była pora lun­chu. Sta­cja zaczęła szu­mieć, wypeł­niona ludz­kim zgieł­kiem i ruchem. Napły­wały tłumy tury­stów. Przy­je­chał drugi pociąg, otwo­rzył drzwi, zamknął, odje­chał. Ścisk na drew­nia­nych pero­nach wzma­gał się, a wraz z nim nasi­lała się duszna atmos­fera nie­wy­gody, głodu i nie­spo­koj­nych pęche­rzy. Wró­cił pierw­szy pociąg.

W tłu­mie, który tym razem wci­snął się do środka, zna­la­zła się młoda dziew­czyna. Dłu­gie włosy opa­dały jej na czarny płaszcz. Prze­szu­kała cztery wagony, zanim zna­la­zła Kooka. Sie­dział obok Pro­fane'a i patrzył na niego.

- Chce pomóc Ange­lowi zabi­jać ali­ga­tory - wyja­śnił. Pro­fane leżał na skos na ławce i spał.

We śnie był zupeł­nie sam, jak zwy­kle. Szedł ulicą, na któ­rej poza jego polem widze­nia nic się nie poru­szało. Była noc, na tej ulicy musiała być noc. Hydranty i poroz­rzu­cane po całej jezdni pokrywy stu­dzie­nek mie­niły się w bla­sku nie­mru­ga­ją­cych latarń. Tu i ówdzie świe­ciły neo­nowe szyldy z napi­sami, któ­rych słów nie będzie pamię­tał po prze­bu­dze­niu.

Sen w jakiś spo­sób łączył się z zasły­szaną kie­dyś przez niego histo­rią o chłopcu, który uro­dził się ze złotą śrubą w miej­scu pępka. Przez dwa­dzie­ścia lat kon­sul­tuje się z leka­rzami i spe­cja­li­stami z całego świata, pró­bu­jąc pozbyć się śruby. Bez powo­dze­nia. Aż w końcu idzie na Haiti do sza­mana voodoo, który podaje mu cuch­nący elik­sir. Wypija go, kła­dzie się spać i śni. We śnie idzie ulicą oświe­tloną zie­lo­nymi latar­niami. Pomny zale­ceń sza­mana skręca dwa razy w prawo i raz w lewo i znaj­duje drzewo rosnące przy siód­mej z kolei latarni, całe obwie­szone kolo­ro­wymi balo­ni­kami. Na czwar­tej gałęzi od góry jest przy­cze­piony czer­wony balo­nik. Prze­bija go i znaj­duje w środku śru­bo­kręt z żółtą pla­sti­kową rączką. Tym śru­bo­krętem wykręca sobie śrubę z brzu­cha. W tej samej chwili się budzi. Jest ranek. Patrzy w dół, na brzuch: śruba znik­nęła. Dwu­dzie­sto­let­nia klą­twa została zdjęta. Osza­lały z rado­ści zrywa się z łóżka i wtedy tyłek mu odpada.

Wędru­jąc samot­nie tą ulicą, Pro­fane za każ­dym razem miał prze­czu­cie, że może on także szuka cze­goś, co uwia­ry­god­ni­łoby fakt jego roz­padu, upodob­niło go do roz­bie­ra­nej na czę­ści maszyny. Zawsze w tym momen­cie ogar­niał go lęk, nacho­dziła go myśl, że sen prze­ro­dzi się w kosz­mar; że jeśli dalej będzie szedł przed sie­bie, to nie tylko odpad­nie mu tyłek, ale także ręce, nogi, gąb­cza­sty mózg i zega­rowe serce posy­pią się na chod­nik i roz­pro­szą wśród pokryw stu­dzie­nek.

Czy to był jego dom, ta oświe­tlona rtę­cio­wymi lam­pami ulica? Czy jak słoń wra­cał do miej­sca, w któ­rym skona, położy się na ziemi i wkrótce prze­mieni w kość sło­niową, w któ­rej drze­mią ukryte prze­piękne figury sza­chowe, dra­paczki do ple­ców, zagnież­dżone jedna w dru­giej ażu­rowe chiń­skie kule?

Niczego wię­cej nie wyśnił, jak zwy­kle. Była tylko Ulica.

Wkrótce potem się obu­dził - bez śru­bo­kręta, bez klu­cza. Tuż obok zoba­czył twarz dziew­czyny. W tle stał Kook, w lek­kim roz­kroku, ze zwie­szoną głową. Dwa wagony dalej, prze­mie­szana z łosko­tem metra na zwrot­ni­cach, roz­brzmie­wała meta­liczna kano­nada Tolito na puszce od kawy.

Miała młodą, łagodną twarz i brą­zowy pie­przyk na policzku. Mówiła coś do niego już wcze­śniej, zanim otwo­rzył oczy. Chciała go zabrać do sie­bie do domu. Nazy­wała się Jose­fina Men­doza, była sio­strą Kooka i miesz­kała na przed­mie­ściach. Pomoże mu.

Nie miał poję­cia, co się dzieje.

- Ale jak to, kobito - wykrztu­sił. - Ale jak to.

- Podoba ci się tutaj - zapy­tała płacz­li­wie.

- Nie, nie podoba mi się.

Zatło­czony pociąg pędził w stronę Times Squ­are. Dwie star­sze panie po zaku­pach u Blo­oming­dale'a mie­rzyły ich wro­gim spoj­rze­niem. Fina się roz­pła­kała. Kum­ple Kooka wró­cili, roz­śpie­wani.

- Pomocy - powie­dział Pro­fane.

Nie wie­dział, do kogo się zwraca. Po prze­bu­dze­niu kochał wszyst­kie kobiety w mie­ście. Wszyst­kich ich pra­gnął. A ta jedna kon­kretna chciała zabrać go do sie­bie. Pociąg wje­chał na sta­cję Times Squ­are. Drzwi się otwo­rzyły. Zama­szy­stym gestem, nie do końca świa­domy swo­ich dzia­łań, Pro­fane zgar­nął Kooka pod pachę i wybiegł na peron. Fina - w roz­wia­nym czar­nym płasz­czu, spod któ­rego co rusz wyzie­rały tro­pi­kalne ptaki gnież­dżące się na jej zie­lo­nej sukience - wypa­dła za nim, trzy­ma­jąc za ręce Tolito i José. Prze­bie­gli przez całą sta­cję, pod łań­cu­chem zie­lo­nych lam­pek. Sadzący cięż­kie susy nie­spor­towca Pro­fane co rusz wpa­dał na kosze na śmieci i auto­maty z colą. Kook wyrwał mu się i popę­dził na prze­łaj przez połu­dniowy tłum.

- Luis Apa­ri­cio - zawo­łał i wpadł z pośli­zgiem na jakąś wła­sną pry­watną metę bejs­bo­lową. - Luis Apa­ri­cio - powtó­rzył, pło­sząc oddział har­ce­rek.

Scho­dami w dół, na peron kolei pod­miej­skiej, pociąg już cze­kał, Fina i dzie­ciaki wsko­czyli do środka, a kiedy Pro­fane pró­bo­wał wsiąść, zamy­ka­jące się drzwi ści­snęły go wpół. Fina wyba­łu­szyła oczy, jej brat rów­nież. Z cichym okrzy­kiem zgrozy zła­pała Pro­fane'a za rękę, pocią­gnęła i stał się cud. Drzwi się otwo­rzyły. Przy­gar­nęła go w zasięg swo­jego spo­koj­nego pola siło­wego, a on od razu poznał prawdę: tu i teraz, chwi­lowo, ruchy Pro­fane'a-szle­miela mogły nabrać pew­no­ści i wdzięku. Przez całą drogę do domu Kook śpie­wał "Tie­nes Mi Cora­zón", zasły­szaną w jakimś fil­mie pio­senkę miło­sną.

Miesz­kali na pół­noc od cen­trum, pomię­dzy 80. i 90. ulicą, Amster­dam Ave­nue i Broad­wayem. Fina, Kook, matka, ojciec i jesz­cze jeden brat imie­niem Angel. Gero­nimo, kum­pel Angela, wpa­dał cza­sem na noc i spał na pod­ło­dze w kuchni. Ojciec rodziny był na zasiłku. Matka z miej­sca zako­chała się w Pro­fa­nie. Oddali mu wannę.

Następ­nego dnia Kook zastał go śpią­cego w wan­nie i puścił zimną wodę.

- Jezu Chry­ste! - wydarł się Pro­fane, budząc się i plu­jąc wodą.

- Powi­nie­neś iść szu­kać roboty - powie­dział Kook. - Fina tak mówi.

Pro­fane zerwał się i zaczął gonić go po całym miesz­kanku, zosta­wia­jąc za sobą mokry ślad. W pokoju od frontu potknął się o wycią­gnię­tych na pod­ło­dze Angela i Gero­nimo: popi­jali wino i roz­ma­wiali o dziew­czy­nach, które zamie­rzali oglą­dać w River­side Park. Kook uciekł, zano­sząc się śmie­chem i pokrzy­ku­jąc:

- Luis Apa­ri­cio.

Pro­fane leżał na brzu­chu z nosem wci­śnię­tym w pod­łogę.

- Masz - powie­dział Angel. - Napij się.

Parę godzin póź­niej potwor­nie ubz­dryn­go­leni zeszli, zata­cza­jąc się, po scho­dach sta­rej kamie­nicy z brą­zo­wego pia­skowca. Angel i Gero­nimo sprze­czali się, czy nie jest za zimno, żeby dziew­czyny spa­ce­ro­wały po parku. Środ­kiem ulicy ruszyli na zachód. Niebo było posęp­nie zachmu­rzone. Pro­fane co rusz wpa­dał na samo­chody. Naje­chali znaj­du­jący się na rogu kiosk z hot-dogami i napili się pi?a colady, żeby prze­trzeź­wieć. Nie pomo­gło. Dotarli do River­side Drive i Gero­nimo osu­nął się na zie­mię. Pro­fane z Ange­lem pod­nie­śli go mię­dzy sobą jak taran, prze­bie­gli na drugą stronę ulicy, z górki, do parku. Pro­fane potknął się o kamień i wszy­scy trzej wyrżnęli jak dłu­dzy. Leżeli na zmro­żo­nej tra­wie, gro­mada dzie­cia­ków w gru­bych weł­nia­nych cza­pach bie­gała wśród nich, prze­rzu­ca­jąc się jaskra­wo­ró­żo­wym worecz­kiem z gro­chem. Gero­nimo zaczął śpie­wać.

- Patrz­cie - powie­dział Angel. - Idzie.

Dziew­czyna pro­wa­dziła na smy­czy brzyd­kiego, wred­nego pudla. Młoda, z dłu­gimi wło­sami, które prze­sy­py­wały się i mie­niły na koł­nie­rzu płasz­cza. Gero­nimo na chwilę prze­stał śpie­wać, zawo­łał "Co?o" i zatrze­po­tał pal­cami, po czym pod­jął prze­rwaną pio­senkę, teraz już kie­ru­jąc ją wprost do dziew­czyny. Nie zwró­ciła na nich naj­mniej­szej uwagi, szła na pół­noc, spo­kojna, uśmiech­nięta, zapa­trzona na bez­listne drzewa. Odpro­wa­dzili ją wzro­kiem, aż znik­nęła im z oczu. Zro­biło im się smutno.

- Tyle ich jest... - Angel wes­tchnął. - Miliony, miliony dziew­czyn. Tutaj, w Nowym Jorku, w Bosto­nie, gdzie kie­dyś byłem, w tysiącu innych miast... Przy­gnę­bia­jące.

- W Jer­sey też są - ode­zwał się Pro­fane. - Pra­co­wa­łem w Jer­sey.

- W Jer­sey w ogóle jest dużo dobrych rze­czy - zgo­dził się Angel.

- Na uli­cach - dodał Pro­fane. - Były w samo­cho­dach.

- Ja i Gero­nimo pra­cu­jemy w kana­łach. Pod uli­cami. Tam nic nie widać.

- Pod ulicą - rzekł po dłuż­szej chwili Pro­fane. - Pod Ulicą.

Gero­nimo prze­stał śpie­wać i opo­wie­dział mu, jak to wygląda. Pamię­tał tę histo­rię z małymi ali­ga­to­rami? W zeszłym roku albo może dwa lata temu dzie­ciaki z całego Nueva Yorku kupo­wały małe ali­ga­torki jako zwie­rzątka domowe. Macy sprze­da­wał je po pięć­dzie­siąt cen­tów, miało się wra­że­nie, że dosłow­nie każde dziecko koniecz­nie chce takiego mieć. Szybko się jed­nak znu­dziły nowymi pupi­lami, nie­które powy­pusz­czały je na ulice, ale więk­szość po pro­stu spłu­kała w je sede­sie. I wła­śnie te ostat­nie doro­sły i się roz­mno­żyły. Nażarły się szczu­rów, opiły ście­ków i roz­pa­no­szyły po całych kana­łach: wiel­kie, ślepe albi­nosy. Bóg jeden wie­dział, ile ich tam było. Nie­które zaczęły poże­rać ludzi, po tym, jak zja­dły albo prze­pło­szyły wszyst­kie szczury z oko­licy.

Po skan­dalu, jaki wybuchł w zeszłym roku, Wydział wziął się do roboty. Zaczęli szu­kać ochot­ni­ków, któ­rzy zeszliby do kana­łów ze strzel­bami i pozbyli się ali­ga­to­rów. Nie­wielu się zgło­siło, a ci, któ­rzy przy­szli, szybko rezy­gno­wali. Angel i on, z dumą pod­kre­ślił Gero­nimo, wytrzy­mali już trzy mie­siące dłu­żej niż kto­kol­wiek inny.

Pro­fane wytrzeź­wiał w oka­mgnie­niu.

- Dalej szu­kają ochot­ni­ków - zapy­tał, cedząc słowa. Angel zaczął śpie­wać. Pro­fane spoj­rzał spode łba na Gero­nimo. - No?

- Pew­nie - odparł Gero­nimo. - Strze­la­łeś kiedy ze strzelby?

Pro­fane powie­dział, że tak. Ni­gdy nie strze­lał i nie zamie­rzał tego robić, nie na ulicy, ale pod ulicą - pod Ulicą - to co innego. To mogło być w porządku. Mógł się przy oka­zji zabić, ale to będzie okej. Spró­buje.

- Poroz­ma­wiam z panem Zeit­sus­sem - obie­cał Gero­nimo. - To nasz szef.

Wore­czek z gro­chem zawisł na moment w powie­trzu, weso­lutki i kolo­rowy.

- Patrz­cie! - zawo­łały dzieci. - Patrz­cie, jak spada!

Roz­dział drugi

Roz­dział drugi

Ekipa Pomy- leń­ców V

I

Około połu­dnia Pro­fane, Angel i Gero­nimo daro­wali sobie dal­sze oglą­da­nie dziew­czyn i wyszli z parku w poszu­ki­wa­niu wina. Mniej wię­cej godzinę póź­niej Rachel Owl­glass - Pro­fane'owa Rachel - w dro­dze do domu prze­szła obok miej­sca, w któ­rym się wcze­śniej wyle­gi­wali.

Spo­sobu, w jaki się poru­szała, nie da się opi­sać ina­czej niż jako dzielny, zmy­słowy, mozolny marsz - jakby śpie­sząc na spo­tka­nie z uko­cha­nym, prze­dzie­rała się przez śnieżne zaspy się­ga­jące jej czubka nosa. Szła samym środ­kiem pro­me­nady, jej szary płaszcz trze­po­tał lekko tar­gany zefir­kiem zawie­wa­ją­cym od strony New Jer­sey. Jej szpilki za każ­dym razem tra­fiały ide­al­nie w iksy kratki odpły­wo­wej bie­gną­cej przez śro­dek chod­nika. Pół roku w tym mie­ście i przy­naj­mniej tę jedną rzecz opa­no­wała do per­fek­cji - kil­ka­krot­nie tra­ciła obcasy, od czasu do czasu także pano­wa­nie nad sobą, ale teraz potra­fi­łaby to zro­bić z zawią­za­nymi oczami. Dla­tego szła samym środ­kiem, żeby się popi­sać. Sama przed sobą.

Pra­co­wała w agen­cji zatrud­nie­nia w cen­trum, odpo­wia­dała za prze­pro­wa­dza­nie roz­mów z kan­dy­da­tami, ale w tej chwili wra­cała z East Side, ze spo­tka­nia z dok­to­rem Sha­lem Scho­en­ma­ke­rem, chi­rur­giem pla­stycz­nym. Scho­en­ma­ker był rze­mieśl­ni­kiem, i to nie tanim. Miał dwoje asy­sten­tów. Sekre­tarka/recep­cjo­nistka/pie­lę­gniarka z nie­sa­mo­wi­tym, kokie­te­ryj­nie zadar­tym noskiem i tysią­cem pie­gów (jedno i dru­gie zawdzię­czała panu dok­to­rowi, piegi były tatu­owane), która za sprawą jakie­goś wybryku sko­ja­rze­nio­wego nosiła nazwi­sko Irving, była jego kochanką. Drugi z pary asy­sten­tów, mło­do­ciany prze­stępca nazwi­skiem Trench, w prze­rwach pomię­dzy obsłu­gi­wa­niem pacjen­tów zaba­wiał się rzu­ca­niem skal­pe­lami w drew­nianą tabliczkę pamiąt­kową, którą jego sze­fowi spre­zen­to­wał Uni­ted Jewish Appeal. Firma mie­ściła się w mod­nym labi­ryn­cie poko­jów apar­ta­men­towca sto­ją­cego pomię­dzy ale­jami Pierw­szą i York, na obrze­żach Ger­man­town. Sto­sow­nie do loka­li­za­cji, z dys­kret­nie ukry­tych gło­śni­ków nie­ustan­nie trą­biła piwiar­niana muzyka.

Przy­je­chała o dzie­sią­tej. Irving kazała jej zacze­kać. Cze­kała więc. Dok­tor miał tego ranka sporo pracy. Domy­ślała się, że w przy­chodni panuje ścisk, bo wygo­je­nie się nosa po ope­ra­cji trwa cztery mie­siące. Za cztery mie­siące od teraz będzie czer­wiec, a to ozna­czało, że mnó­stwo ślicz­nych mło­dych Żydó­wek, które uwa­ża­łyby się za dosko­nałe kan­dy­datki do zamąż­pój­ścia, gdyby tylko nie paskudny nochal, będzie mogło łowić mężów w waka­cyj­nych kuror­tach, dzięki posia­da­niu iden­tycz­nych, ide­al­nie ufor­mo­wa­nych prze­gród noso­wych.

Wydało jej się to obrzy­dliwe, ponie­waż była zwo­len­niczką teo­rii, że dziew­czyny te pod­dają się ope­ra­cji nie z powo­dów kosme­tycz­nych, tylko dla­tego, że gar­baty nos tra­dy­cyj­nie koja­rzy się z Żydem, zadarty zaś z WASP-em, Bia­łym Anglo­sa­skim Pro­te­stan­tem z fil­mów i reklam.

Sie­działa wygod­nie i obser­wo­wała prze­wi­ja­ją­cych się przez recep­cję pacjen­tów. Nie­szcze­gól­nie śpie­szyło jej się do spo­tka­nia z Scho­en­ma­ke­rem. Mło­dziak z wątłą bródką, która w żaden spo­sób nie masko­wała cof­nię­tego pod­bródka, popa­try­wał na nią z nie­skry­wa­nym zakło­po­ta­niem w załza­wio­nych oczach, oddzie­lony od niej poła­cią wykła­dziny w neu­tral­nych kolo­rach. Dziew­czyna z dzio­bem z gazy i zamknię­tymi oczami pół­le­żała na sofie; sie­dzący po jej obu stro­nach rodzice szep­tem dys­ku­to­wali o cenie.

Naprze­ciw Rachel wysoko na ścia­nie wisiało lustro. Niżej bie­gła półka, na któ­rej stał zegar z prze­łomu wie­ków. Wsparta na czte­rech zło­tych przy­po­rach dwu­stronna tar­cza wień­czyła labi­rynt werku zamknięty w obu­do­wie z prze­zro­czy­stego szwedz­kiego szkła oło­wio­wego. Waha­dło nie koły­sało się: miało kształt dysku rów­no­le­głego do pod­łogi i zawie­szo­nego na pio­no­wym trzpie­niu, który wyko­ny­wał po ćwierć obrotu to w jedną, to w drugą stronę; przy każ­dym takim ruchu koło wychwy­towe prze­su­wało się o jeden ząbek. Dysk zdo­biły postaci dwóch dia­błów albo demo­nów z kutego złota, przed­sta­wio­nych w fan­ta­zyj­nych pozach. Ich ruchy odbi­jały się w lustrze razem z oknem za ple­cami Rachel, które się­gało od pod­łogi do sufitu i odsła­niało widok na gałę­zie i zie­lone igły sosny. Tar­gane luto­wym wia­trem konary kole­bały się w tę i z powro­tem, nie­zmor­do­wane i błysz­czące, a na ich tle para demo­nów wiro­wała w swoim metro­no­mo­wym tańcu pod pio­nową wystawą zło­tych try­bów i zapa­dek, dźwi­gni i sprę­żyn, lśnią­cych cie­płym bla­skiem, jakiego nie powsty­dziłby się żyran­dol w sali balo­wej.

Patrzyła w lustro pod kątem czter­dzie­stu pię­ciu stopni, dzięki czemu widziała obie tar­cze zegara - tę od strony pokoju i tę zwró­coną ku ścia­nie, odbitą w lustrze. Oto czas i prze­ciw-czas, współ­ist­nie­jące i anu­lu­jące się nawza­jem. Czy dużo było takich punk­tów odnie­sie­nia, roz­sia­nych po świe­cie, może ulo­ko­wa­nych tylko w punk­tach węzło­wych takich jak ten pokój, z jego wędrowną popu­la­cją nie­do­sko­na­łych i nie­za­do­wo­lo­nych? Czy suma czasu rze­czy­wi­stego i wir­tu­al­nego, zwier­cia­dla­nego, równa się zeru i przez to służy jakie­muś nie w pełni poję­temu celowi moral­nemu? A może liczył się tylko ten lustrzany świat, może ważna była tylko obiet­nica tego rodzaju, że zaklę­śnię­cie grzbietu nosa albo dodat­kowe wybrzu­sze­nie chrząstki na pod­bródku odwróci zły los i świat prze­mo­de­lo­wa­nych będzie od tej pory posłu­gi­wał się zwier­cia­dlaną rachubą czasu, pra­co­wał i kochał przy zwier­cia­dla­nym świe­tle i sta­nie się - do czasu, gdy śmierć wstrzyma ciche tyka­nie serca (muzykę metro­nomu) jak gasnące wibra­cje świa­tła - wyłącz­nie tań­cem dia­bła pod żyran­do­lami wieku?...

- Panno Owl­glass. - Irving uśmie­cha­jąca się z progu zakry­stii Scho­en­ma­kera.

Rachel wstała, zabrała torebkę i mija­jąc lustro, rzu­ciła okiem z ukosa na swo­jego sobo­wtóra w lustrza­nej dziel­nicy. Prze­szła przez drzwi, by sta­nąć twa­rzą w twarz z dok­to­rem, roz­le­ni­wio­nym i nie­przy­ja­znym za ner­ko­wa­tym biur­kiem. Przed nim na bla­cie leżały rachu­nek i arkusz kalki.

- Rachu­nek za pannę Harvitz - powie­dział.

Rachel wyjęła z torebki zwi­tek dwu­dzie­stek i upu­ściła go na papiery.

- Pro­szę prze­li­czyć - powie­działa. - Powinno wystar­czyć.

- Póź­niej. Pro­szę sia­dać, panno Owl­glass.

- Esther jest spłu­kana i w tej chwili prze­cho­dzi przez pie­kło. Pań­ska dzia­łal­ność to...

- ...bru­talny prze­wał - dokoń­czył oschle. - Papie­rosa.

- Mam wła­sne.

Usia­dła na skraju krze­sła, odrzu­ciła z czoła nie­sforny kosmyk albo dwa, zaczęła szu­kać papie­rosa.

- Han­del ludzką próż­no­ścią - pod­jął Scho­en­ma­ker. - Pro­pa­go­wa­nie błęd­nego prze­ko­na­nia, że piękno nie tkwi w duszy i można je kupić. Otóż... - Jego ręka wystrze­liła w przód z ciężką srebrną zapal­niczką, cienki pło­myk, war­kliwy głos. - Można je kupić, panno Owl­glass, a ja je sprze­daję. Nie uwa­żam się nawet za zło konieczne.

- Nie jest pan konieczny - odparła w aure­oli dymu. Jej oczy zabły­sły jak kra­wę­dzie dwóch sąsied­nich zębów piły. - Zachęca pan ludzi, żeby dali się oszu­kać.

Przy­glą­dał się zmy­sło­wym kon­tu­rom jej nosa.

- Jest pani orto­dok­sem? Nie. Kon­ser­wa­tystką? Mło­dzi ni­gdy nie są. Moi rodzice byli orto­dok­sami. Wie­rzą, podob­nie jak ja, że bez względu na pocho­dze­nie ojca, jeśli ktoś ma matkę Żydówkę, to jest Żydem, bo wszy­scy pocho­dzimy z łona matki. Długi, nie­prze­rwany łań­cuch żydow­skich matek, zapo­cząt­ko­wany przez Ewę.

Posłała mu spoj­rze­nie "Ty hipo­kryto".

- Nie - powie­dział. - Ewa była pierw­szą żydow­ską matką. Zapo­cząt­ko­wała ciąg. Słowa, któ­rymi zwró­ciła się do Adama, powta­rzają wszyst­kie jej córki. "Ada­mie", powie­działa, "chodź, zjedz fruchta".

- Ha, ha, ha.

- Wra­ca­jąc do tego łań­cu­cha, do cech dzie­dzicz­nych. Prze­szli­śmy długą drogę, jeste­śmy bar­dziej wyra­fi­no­wani, nie wie­rzymy już, że zie­mia jest pła­ska. Cho­ciaż jest w Anglii taki facet, pre­zes Towa­rzy­stwa Pła­skiej Ziemi, który twier­dzi, że jed­nak jest pła­ska i obwie­dziona lodową barierą, za którą zni­kają wszyst­kie osoby zagi­nione, by już ni­gdy nie wró­cić. To samo Lamarck, który mówił, że jeżeli obe­tnie się ogon mysiej matce, to jej dzieci uro­dzą się bez ogo­nów. Ale to nie jest prawda, prze­czą temu liczne dowody naukowe, tak jak wszyst­kie zdję­cia zro­bione z rakiet nad White Sands albo przy­ląd­kiem Cana­ve­ral prze­czą Towa­rzy­stwu Pła­skiej Ziemi. Cokol­wiek zro­bię z nosem żydow­skiej dziew­czyny, nie zmieni to nosów jej dzieci, gdy zosta­nie, jak zostać musi, żydow­ską matką. Dla­czego więc nazywa się mnie nik­czem­nym? Czy prze­ry­wam wielki, odwieczny łań­cuch? Nie. Nie dzia­łam wbrew natu­rze, nie oszu­kuję Żydów. Jed­nostki robią, co chcą, ale łań­cuch trwa i taka wątła siła jak ja ni­gdy go nie prze­może. Do tego trzeba cze­goś więk­szego, cze­goś, co zmie­ni­łoby pla­zmę zarod­kową, może pro­mie­nio­wa­nia jądro­wego. Dopiero wtedy Żydzi naprawdę zostaną oszu­kani, może przy­szłe poko­le­nia będą miały po dwa nosy, a może nie będą miały ich wcale, ha, ha, ha. Cały rodzaj ludzki zosta­nie oszu­kany.

Zza drzwi naprze­ciwko dobiegł głu­chy stu­kot: to Trench ćwi­czył rzu­ca­nie skal­pe­lem. Rachel sie­działa z nogą zało­żoną na nogę.

- Cho­dzi o wnę­trze - powie­działa. - Jak to je zmie­nia w środku. Bo zmie­nia. Jakie z nich będą żydow­skie matki, otóż takie, że każą córce zro­bić sobie nos, cho­ciaż ona wcale tego nie chce. Na ilu poko­le­niach pra­co­wał pan do tej pory, dla ilu ode­grał pan rolę dro­giego rodzin­nego leka­rza.

- Nie­grzeczna z pani dziew­czynka - odparł Scho­en­ma­ker. - I bar­dzo ładna. Dla­czego pani na mnie krzy­czy, jestem tylko zwy­czaj­nym chi­rur­giem pla­stycz­nym, nie psy­cho­ana­li­ty­kiem. Może docze­kamy się wyspe­cja­li­zo­wa­nych chi­rur­gów pla­stycz­nych, któ­rzy będą ope­ro­wali mózgi, z chło­paka zro­bią Ein­ste­ina, z dziew­czyny Ele­anor Roose­velt. Albo nawet spra­wią, że ktoś będzie mniej podły, niż był. Ale wcze­śniej, skąd mam wie­dzieć, co się dzieje we wnę­trzu. Wnę­trze nie ma nic wspól­nego z łań­cu­chem.

- Ini­cjuje pan inny łań­cuch. - Rachel bar­dzo sta­rała się nie krzy­czeć. - Zmie­nia­nie ich wnętrz zapo­cząt­ko­wuje nowy ciąg, to nie ma nic wspól­nego z pla­zmą zarod­kową. Może pan uze­wnętrz­niać nie­które cechy, prze­ka­zy­wać nasta­wie­nie...

- Wnę­trze, zewnę­trze... Jest pani nie­kon­se­kwentna. Zgu­bi­łem się.

- Chcia­ła­bym, żeby tak było - powie­działa, wsta­jąc. - Śnię kosz­mary o takich ludziach jak pan.

- Niech psy­cho­ana­li­tyk je pani obja­śni.

- Panu życzę, aby śnił pan dalej. - Stała już w drzwiach, na wpół odwró­cona tyłem.

- Stan mojego konta ban­ko­wego jest odpo­wied­nio wysoki, żeby nie roz­wie­wać moich złu­dzeń.

Jak przy­stało na dziew­czynę, która musi mieć ostat­nie słowo:

- Sły­sza­łam o roz­cza­ro­wa­nym chi­rurgu pla­stycz­nym - powie­działa. - Powie­sił się.

I wyszła zagnie­wana, cięż­kim kro­kiem minęła odbi­ja­jący się w lustrze zegar, wyszła na dwór, na ten sam wiatr, który poru­szał gałę­ziami sosny, zosta­wiła za sobą mięk­kie pod­bródki, koślawe nosy i bli­zny na twa­rzach po czymś, w czym z lękiem dostrze­gała duchowe przy­cią­ga­nie albo wspól­notę.

Zszedł­szy z kra­tek odpły­wo­wych, szła po wyschnię­tej tra­wie River­side Park pod bez­list­nymi drze­wami i znacz­nie pokaź­niej­szymi szkie­le­tami kamie­nic przy Drive i roz­my­ślała o Esther Harvitz, swo­jej współ­lo­ka­torce z dłu­gim sta­żem, którą wycią­gała z tara­pa­tów finan­so­wych wię­cej razy, niż któ­ra­kol­wiek z nich byłaby w sta­nie zli­czyć. Napa­to­czyła się na starą, zardze­wiałą puszkę po piwie. Kop­nęła ją ze zło­ścią. Na czym to polega, zasta­na­wiała się, czy cały Nueva York tak funk­cjo­nuje, podzie­lony na dar­mo­zja­dów i ich ofiary? Scho­en­ma­ker paso­ży­tuje na mojej współ­lo­ka­torce, a ona na mnie. Czy naprawdę ist­nieje długi, zamknięty ciąg krwio­pij­ców i ich ofiar, dyma­ją­cych i dyma­nych? A jeśli tak, to kogo ja dymam? W pierw­szej chwili przy­szedł jej do głowy Slab, Slab z trium­wi­ratu Raoul-Slab-Melvin, jedna z dwóch skraj­no­ści (drugą była nie­chęć do wszyst­kich męż­czyzn), mię­dzy któ­rymi mio­tała się stale, odkąd przy­była do tego mia­sta.

- Dla­czego zawsze jej dajesz? - zapy­tał kie­dyś. - Za każ­dym razem.

To było u niego w miesz­ka­niu, trwała jedna z tych idylli Slaba z Rachel, które zwy­kle poprze­dzały romanse Slaba z Esther. Elek­trow­nia nie­dawno odcięła prąd, więc patrzyli po sobie w bla­sku gazo­wego pal­nika na kuchence, błę­kitno-żół­tego mina­retu świa­tła, w któ­rym twa­rze zmie­niały się w maski, a oczy w pozba­wione wyrazu świetlne płasz­czy­zny.

- Ależ, Slab, kocha­nie, ona po pro­stu jest spłu­kana, więc jeśli mnie na to stać, to czemu nie - odparła.

- Nie - powie­dział. Poli­czek zadrgał mu w ner­wo­wym tiku, a może to tylko gazowe świa­tło oszu­ki­wało jej wzrok. - Nie. Myślisz, że nie widzę, jak to naprawdę wygląda, ona cię potrze­buje dla pie­nię­dzy, które nie­ustan­nie od cie­bie cią­gnie, a ty potrze­bujesz jej, żeby poczuć się jak matka. Każde dzie­sięć cen­tów z two­jej torebki to kolejne włókno w łączą­cym was pępo­wi­no­wym sznu­rze, który coraz trud­niej prze­ciąć, przez co jej prze­trwa­nie jest coraz bar­dziej zagro­żone, gdyby do takiego prze­cię­cia fak­tycz­nie kie­dyś doszło. Ile ci oddała.

- Kie­dyś odda.

- Jasne. A tym­cza­sem kolejne osiem stó­wek. Żeby zmie­nić to. - Ski­nął na por­tre­cik oparty o ścianę obok kosza na śmieci. Wycią­gnął rękę i pod­niósł go do świa­tła, nachy­lił w stronę błę­kit­nego pło­mie­nia, żeby oboje mogli popa­trzeć. - Dziew­czyna na impre­zie.

Być może zdję­cie od początku było prze­zna­czone do oglą­da­nia w węglo­wo­do­ro­wym świe­tle. Esther, oparta o ścianę, patrzyła przed sie­bie, poza kadr, na kogoś idą­cego w jej stronę. I to jej spoj­rze­nie: ni to ofiary, ni to cał­kiem ogar­nię­tej dziew­czyny.

- Spójrz na to, na ten nos. Po co chce go zmie­niać. Z tym nosem jest istotą ludzką.

- Wąt­pli­wo­ści arty­sty. Twój sprze­ciw ma pod­łoże malar­skie. Albo towa­rzy­skie. Jakież by inne.

- Ale, Rachel! - wykrzyk­nął. - Zara­bia pięć dych tygo­dniowo. Dwa­dzie­ścia pięć na psy­cho­ana­lizę, dwa­na­ście na czynsz, zostaje trzy­na­ście. Na co, na szpilki, które poła­mie na krat­kach odpły­wo­wych w metrze, szminkę, kol­czyki, ciu­chy. Cza­sem coś do jedze­nia. A teraz osiem stów na zro­bie­nie nosa. Co będzie następne. Mer­ce­des 300 SL? Ory­gi­nalny Picasso? Skro­banka? Co...

- Nie spóź­nia jej się - wtrą­ciła lodo­wa­tym tonem Rachel. - Nie musisz się mar­twić.

- Kocha­nie. - Nie­spo­dzie­wa­nie tęsk­nie, chło­pięco. - Jesteś dobrą kobietą, przed­sta­wi­cielką giną­cego gatunku. Słusz­nie chcesz poma­gać tym, któ­rym się nie poszczę­ściło. Ale są gra­nice.

Spie­rali się, prze­rzu­cali argu­men­tami, żadne naprawdę się nie zło­ściło, aż o trze­ciej nad ranem przy­szedł nie­uchronny kres - łóżko - żeby zapie­ścić ból głowy, któ­rego oboje się doro­bili. Nie doszli do poro­zu­mie­nia, ni­gdy nie docho­dzili. To było we wrze­śniu. Od tam­tej pory dziób z gazy znik­nął i nos niczym dumny sierp celo­wał, zdało się, pro­sto w znaj­du­jące się w nie­bie wiel­kie Wes­t­che­ster, do któ­rego prę­dzej czy póź­niej tra­fiali wszy­scy Boży wybrańcy.

Wyszła z parku i 112. ulicą zaczęła się odda­lać od Hud­sonu. Dyma­jący i dymany. Może na tym wła­śnie fun­da­men­cie opie­rała się ta wyspa, od dna naj­głęb­szego kanału ście­ko­wego, poprzez poziom ulic, aż po czu­bek anteny tele­wi­zyj­nej na szczy­cie Empire State Buil­ding.

Weszła do holu swo­jego budynku, uśmiech­nęła się do por­tiera sta­ruszka. Do windy, sie­dem pię­ter w górę, do 7G, do domu, ho, ho, ho. Pierw­szą rze­czą, jaka rzu­ciła jej się w oczy przez otwarte drzwi, była tabliczka na ścia­nie w kuchni z napi­sem IMPREZA, zilu­stro­wana ołów­ko­wymi kary­ka­tu­rami Ekipy Pomy­leń­ców. Rzu­ciła torebkę na kuchenny stół, zamknęła drzwi. Dzieło Paoli, Paoli Maij­stral, trze­ciej współ­lo­ka­torki. Która zosta­wiła rów­nież list na bla­cie: "Win­some, Cha­ri­sma, Fu i ja. V-Note, McC­lin­tic Sphere. Paola Maij­stral". Same nazwy wła­sne. Ta dziew­czyna żyła nazwami wła­snymi. Ludzie, miej­sca. Nie rze­czy. Ktoś jej w ogóle wspo­mniał o rze­czach? Rachel miała wra­że­nie, że w jej życiu ist­nieją wyłącz­nie rze­czy. W tej chwili naj­waż­niej­szą był nos Esther.

Pod prysz­ni­cem śpie­wała o nie­szczę­śli­wej miło­ści, gło­sem gorą­cej mamuśki wzmoc­nio­nym przez wyka­fel­ko­wane wnę­trze. Wie­działa, że pio­senka bawi ludzi, kiedy śpiewa ją taka mała dziew­czynka:

Powiem ci, że każdy facet

naj­chęt­niej by hulał do rana bia­łego,

w bur­delu by miesz­kał,

po mie­ście się bujał do upa­dłego.

Praw­dziwy drań, porządną

kobietę zgnoi na całego,

taką porządną jak ja.

Kiedy tak mówię, wcale nie żar­tuję:

sama zna­łam kie­dyś łobuza wred­nego,

dzi­siaj zupeł­nie się tym nie przej­muję.

Nie jest łatwo zna­leźć kogoś życz­li­wego,

Bo taki ktoś zawsze...

Nie­długo potem świa­tło zaczęło wycie­kać z pokoju Paoli przez okno i przez prze­wód wen­ty­la­cyjny, w niebo, przy wtó­rze łazien­ko­wego szczęku bute­le­czek, pły­ną­cej wody i odgło­sów spłu­ki­wa­nia toa­lety, potem także led­wie sły­szal­nych dźwię­ków Rachel upi­na­ją­cej dłu­gie włosy.

Kiedy wycho­dziła, poga­siw­szy wszyst­kie świa­tła, na pod­świe­tla­nym zega­rze przy łóżku Paoli Maij­stral docho­dziła szó­sta. Zegar nie tykał, był elek­tryczny. Nie było widać ruchów minu­to­wej wska­zówki, wkrótce jed­nak prze­su­nęła się przed dwu­nastką i roz­po­częła zjazd po dru­giej połówce cyfer­blatu, jakby prze­szła na drugą stronę lustra i teraz w zwier­cia­dla­nym cza­sie musiała powtó­rzyć to wszystko, co wcze­śniej zro­biła w rze­czy­wi­stym.

II

Impreza - jakby mimo wszystko była bytem nie­oży­wio­nym - roz­krę­cała się niczym sprę­żyna zegara, dążąc ku obrze­żom cze­ko­la­do­wego pokoju w poszu­ki­wa­niu stanu roz­luź­nie­nia i rów­no­wagi. Mniej wię­cej pośrodku pomiesz­cze­nia Rachel Owl­glass sie­działa sku­lona na sosno­wej pod­ło­dze, jej jasne nogi prze­zie­rały spod czar­nych poń­czoch.

Czuło się, że pod­dała swoje oczy tysiąc­owi tajem­nych zabie­gów. Nie potrze­bo­wały mgły papie­ro­so­wego dymu, żeby słać z jej odmę­tów sek­sowne, nie­zgłę­bione spoj­rze­nia; były osnute wła­snym opa­rem. Nowy Jork musiał dla niej być mia­stem dymów, jego ulice - przed­sion­kami otchłani, zamiesz­ku­jące go ciała - zja­wami. Dym był nie­mal obecny w jej gło­sie, w jej ruchach, przez co wyda­wała się tym bar­dziej mate­rialna, obecna tu i teraz, jakby słowa, spoj­rze­nia, drobne lubież­no­ści nie­ru­cho­miały skon­ster­no­wane, jak dym pochwy­cony w jej dłu­gie włosy, i tkwiły bez ruchu, dopóki ich nie uwol­niła przy­pad­ko­wym, nie­świa­do­mym zarzu­ce­niem głową.

Sie­dzący na zle­wo­zmy­waku młody Sten­cil, świa­to­wiec i poszu­ki­wacz przy­gód, zatrze­po­tał łopat­kami jak skrzy­dłami. Była zwró­cona do niego tyłem, przez otwarte drzwi kuchni widział cień wypu­kło­ści jej krę­go­słupa wijący się ciem­niej­szą czer­nią na czar­nym tle swe­tra i śle­dził leciut­kie ruchy jej głowy i wło­sów, kiedy słu­chała.

Doszedł do wnio­sku, że nie przy­padł jej do gustu.

- To przez to, jak patrzy na Paolę - tłu­ma­czyła w roz­mo­wie z Esther.

Esther, ma się rozu­mieć, powie­działa Sten­ci­lowi.

Ale to nie była kwe­stia ero­tyki, cho­dziło o coś głęb­szego. Paola była Mal­tanką.

Uro­dzony w roku tysiąc dzie­więć­set pierw­szym - roku śmierci Wik­to­rii - miał z cza­sem stać się mode­lo­wym dziec­kiem stu­le­cia. Wycho­wy­wał się bez matki. Ojciec, mało­mówny i kom­pe­tentny Sid­ney Sten­cil, pra­co­wał w Fore­ign Office. Żad­nych fak­tów na temat znik­nię­cia matki. Zmarła w połogu, ucie­kła z kimś, popeł­niła samo­bój­stwo - nie wia­domo, w każ­dym razie znik­nęła z życia Sid­neya w spo­sób dosta­tecz­nie bole­sny, żeby ani razu nie wspo­mniał o niej w całej dostęp­nej kore­spon­den­cji z synem. Zmarł w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach w roku tysiąc dzie­więć­set dzie­więt­na­stym, bada­jąc sprawę nie­po­ko­jów czerw­co­wych na Mal­cie.

Pew­nego wie­czoru w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym szó­stym syn Sten­cila sie­dział z nie­jaką mar­gra­biną di Chiave Lowen­stein na tara­sie jej willi na zachod­nim wybrzeżu Majorki, oddzie­lony kamienną balu­stradą od Morza Śród­ziem­nego. Słońce zacho­dziło wśród gęstych chmur, cały widoczny obszar morza przy­brał per­ło­wo­szary odcień. Może mogli się poczuć jak ostatni bogo­wie - ostatni miesz­kańcy - wod­nej ziemi, a może... Ale nie, nie fair byłoby wycią­ga­nie jakichś wnio­sków. Tak czy ina­czej, scena poto­czyła się nastę­pu­jąco:

Marg: Czyli wyjeż­dżasz?

Sten: Przed koń­cem tygo­dnia Sten musi być w Lucer­nie.

Marg: Nie podo­bają mi się te dzia­ła­nia pre­mi­li­tarne.

Sten: To nie szpie­go­stwo.

Marg: A co?

(Sten­cil się śmieje, patrząc w zmierzch).

Marg: Jesteś tak bli­sko.

Sten: Z kim? Nie jest bli­sko nawet z samym sobą, mar­gra­bino. To miej­sce, ta wyspa; przez całe życie nie robił nic innego, tylko ska­kał z jed­nej wyspy na drugą. To ma być powód? Czy w ogóle musi być jakiś powód? Czy ma ci powie­dzieć, że nie pra­cuje dla Whi­te­hallu, dla rządu, w każ­dym razie nie dla jakie­goś dają­cego się wyobra­zić rządu, chyba że cho­dzi o rząd pustych white halls, bia­łych pomiesz­czeń, w jego mózgu, ha, ha, ha, nija­kich, bez wyrazu, które utrzy­muje w ide­al­nym porządku na wypa­dek rzad­kich odwie­dzin agen­tów, posłań­ców z krain ukrzy­żo­wa­nego bliź­niego, baśnio­wych ziem ludz­kiej miło­ści. Komu więc służy? Nie sobie samemu, to byłoby sza­leń­stwo, obłęd każ­dego samo­zwań­czego pro­roka...

(Długa chwila mil­cze­nia, w któ­rej docie­ra­jące do nich zza chmur świa­tło wątleje i rzed­nie, aż oblewa ich osła­bione i brzyd­kie).

Sten: Sten­cil osią­gnął peł­no­let­ność trzy lata po śmierci sta­rego Sten­cila. W skład majątku, który wtedy odzie­dzi­czył, wcho­dziła pewna liczba ręko­pi­sów opra­wio­nych w cie­lęcą skórę i pofał­do­wa­nych w wil­got­nym powie­trzu licz­nych euro­pej­skich miast. Jego zapi­ski, nie­ofi­cjalny dzien­nik kariery taj­nego agenta. Pod hasłem "Flo­ren­cja, kwie­cień 1899" jest takie zda­nie, młody Sten­cil nauczył się go na pamięć: "V. skrywa wię­cej tajem­nic, niż przy­pusz­czał kto­kol­wiek z nas. Pyta­nie nie brzmi, kim jest, lecz czym: czym ona jest. Obym ni­gdy nie musiał udzie­lać na nie odpo­wie­dzi, ani tutaj, ani w ofi­cjal­nym rapor­cie".

Marg: Kobieta.

Sten: Kolejna kobieta.

Marg: To jej śla­dem podą­żasz? Jej szu­kasz?

Sten: Za chwilę zapy­tasz, czy uważa, że jest jego matką. To nie­do­rzeczne pyta­nie.

Od roku tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego pią­tego Sten­cil cał­ko­wi­cie świa­do­mie toczył kam­pa­nię na rzecz obcho­dze­nia się bez snu. Wcze­śniej był z natury leniwy i akcep­to­wał sen jako jedno z naj­więk­szych bło­go­sła­wieństw w życiu. Czas pomię­dzy jedną wojną a drugą spę­dzał wolny jak ptak, czer­piąc dochody - zarówno wtedy, jak i dzi­siaj - z nie­wia­do­mych źró­deł. Sid­ney nie zosta­wił po sobie zbyt wielu fun­tów i szy­lin­gów, za to nie­mal w każ­dym mie­ście w świe­cie zachod­nim mógł liczyć na życz­li­wość ludzi ze swo­jego poko­le­nia, a ponie­waż było to poko­le­nie wciąż pokła­da­jące wiarę w Rodzinę, przed mło­dym Her­ber­tem otwie­rały się cał­kiem obie­cu­jące per­spek­tywy. Nie przez całe życie był dar­mo­zja­dem: pra­co­wał jako kru­pier na połu­dniu Fran­cji, bry­ga­dzi­sta na plan­ta­cji we wschod­niej Afryce, kie­row­nik bur­delu w Gre­cji, a także na kilku róż­nych pań­stwo­wych posa­dach w ojczyź­nie. Grą w pokera zawsze mógł zasy­pać więk­szy czy mniej­szy dołek finan­sowy, choć trzeba uczci­wie przy­znać, że w podobny spo­sób zni­we­lo­wał także jedną czy dwie górki.

W okre­sach inter­re­gnum, pomię­dzy jed­nym kró­le­stwem śmierci a dru­gim, żył z dnia na dzień, a z dzien­ni­ków ojca czer­pał tylko wie­dzę o tym, jak zado­wo­lić odzie­dzi­czone po nim "kon­takty" ceniące rodzinne więzi. Frag­ment o V. ni­gdy nie wpadł mu w oko.

W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dzie­wią­tym był w Lon­dy­nie, pra­co­wał w Fore­ign Office. Wrze­sień nastał i prze­mi­nął. Miał wra­że­nie, jakby ktoś obcy, zawie­szony powy­żej gra­nic świa­do­mo­ści, pró­bo­wał nim potrzą­snąć. Nie miał szcze­gól­nej ochoty się budzić, ale zdał sobie sprawę, że jeśli tego nie zrobi, wkrótce będzie spał sam. A że z natury był towa­rzy­ski, zgło­sił się na ochot­nika do służby. W nie­do­okre­ślo­nej roli szpiega/tłu­ma­cza/łącz­nika wysłali go do Afryki Pół­noc­nej, gdzie bujał się razem ze wszyst­kimi od Tobruku do Al-Ukajli, z powro­tem przez Tobruk do Al-Ala­majn i znów do Tune­zji. Zanim się to skoń­czyło, naoglą­dał się wię­cej tru­pów, niżby chciał. Kiedy zapa­no­wał pokój, flir­to­wał przez jakiś czas z myślą o powro­cie do swo­jego przed­wo­jen­nego luna­ty­ko­wa­nia. Sie­dząc pew­nego dnia w Ora­nie w kawiarni odwie­dza­nej głów­nie przez byłych żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich, któ­rzy posta­no­wili na razie jesz­cze nie wra­cać do Sta­nów, bez­myśl­nie kart­ko­wał dzien­nik z Flo­ren­cji, gdy zda­nia na temat V. nagle zalśniły wła­snym bla­skiem.

- V jak Vic­tory - pod­su­nęła pół­żar­tem mar­gra­bina. - Zwy­cię­stwo.

- Nie. - Sten­cil pokrę­cił głową. - Może być, że Sten­cil czuje się samotny i potrze­buje towa­rzy­stwa.

Bez względu na przy­czyny zaczął docho­dzić do wnio­sku, że sen zaj­muje mu czas, w któ­rym mógłby coś robić. Zamiast wra­cać do swo­ich przy­pad­ko­wych przed­wo­jen­nych podry­gów, pod­jął wysi­łek prze­miesz­cze­nia się od bez­wład­no­ści w stronę... może nie wiel­kiego oży­wie­nia, ale przy­naj­mniej aktyw­no­ści. Ten wysi­łek, ten pościg (bo uda­wał się w pogoń za V.) nie miały nic wspól­nego z poboż­no­ścią i wysła­wia­niem Boga (jak utrzy­mują pury­ta­nie), nie przy­no­siły mu żad­nej rado­ści: były prze­ja­wem świa­do­mego pogo­dze­nia się z pro­stą, nie­miłą kon­sta­ta­cją, że trzeba wytro­pić V.

Znaj­dzie ją - i co dalej? Wszelki miło­sny poten­cjał, jaki w nim drze­mał, został zwró­cony do wewnątrz, nakie­ro­wany na tę nowo nabytą świa­do­mość wła­snego oży­wie­nia. Nie mógł się jej wyzbyć, była mu zbyt droga, a żeby ją pod­trzy­my­wać, musiał tro­pić V. Ale gdyby ją zna­lazł, co innego by mu pozo­stało, jeśli nie powrót do tam­tego stanu pół­świa­do­mo­ści? Dla­tego sta­rał się nie myśleć o końcu poszu­ki­wań. Zbliż się i uni­kaj.

Odkąd zja­wił się w Nowym Jorku, impas zaczął być dokucz­liwy. Przy­szedł na imprezę zapro­szony przez Esther Harvitz, któ­rej chi­rurg pla­styczny, Scho­en­ma­ker, był w posia­da­niu waż­nego ele­mentu ukła­danki V., ale zasła­niał się nie­wie­dzą.

Sten­cil był gotowy pocze­kać. Wyna­jął tanie miesz­ka­nie w rejo­nie 30. ulicy (East Side), chwi­lowo opusz­czone przez egip­to­loga nazwi­skiem Bongo-Sha­fts­bury, syna innego egip­to­loga, zna­jo­mego Sid­neya. Daw­niej, przed pierw­szą wojną, byli rywa­lami. To samo zresztą doty­czyło Sid­neya i wielu dzi­siej­szych "kon­tak­tów", co z pew­no­ścią było intry­gu­jące, ale dla Her­berta szczę­śliwe, bo podwa­jało jego szanse prze­ży­cia. Od mie­siąca pomiesz­ki­wał w tym pied-a-terre: wpa­dał tam na krót­kie drzemki pomię­dzy nie­ma­ją­cymi końca spo­tka­niami z "kon­tak­tami", któ­rych spo­łecz­ność w coraz więk­szym stop­niu skła­dała się z synów i zna­jo­mych ory­gi­na­łów. Z każ­dym kolej­nym poko­le­niem świa­do­mość wię­zów krwi sła­bła i oczami wyobraźni Sten­cil widział nadej­ście dnia, w któ­rym będzie co naj­wy­żej tole­ro­wany. Wtedy zostaną sami, on i V., w świe­cie, który w pew­nym sen­sie straci ich oboje z oczu.

Na razie jed­nak cze­kał na Scho­en­ma­kera, a dla roz­rywki miał Chic­litza Króla Oręża i Eige­nva­lue Medyka (oba przy­domki jak zwy­kle pocho­dziły z cza­sów Sid­neya, cho­ciaż żad­nego z tych dwóch ludzi nie miał oka­zji poznać oso­bi­ście). Zda­wał sobie sprawę, że to z jego strony zwy­kłe leni­stwo, nie­po­trzebne nie­zde­cy­do­wa­nie. Nie powi­nien aż mie­siąc tkwić w jed­nym miej­scu, jeśli nie miał w nim kon­kret­nej poszlaki do zba­da­nia. Zaczął się włó­czyć po mie­ście bez celu, wycze­ku­jąc jakie­goś zbiegu oko­licz­no­ści. Nic takiego nie nastą­piło. Ucze­pił się zapro­sze­nia od Esther w nadziei na to, że natknie się na jakiś ślad, trop, wska­zówkę, ale Ekipa Pomy­leń­ców nie miała mu nic do zaofe­ro­wa­nia.

Wła­ści­ciel miesz­ka­nia był jakby wyra­zi­cie­lem łączą­cego ich wszyst­kich nastroju. Niczym przed­wo­jenne "ja" Sten­cila, zaser­wo­wał mu maka­bryczne wido­wi­sko.

Fer­gus Mixo­ly­dian, irlandzko-armeń­ski Żyd i czło­wiek rene­sansu, twier­dził, że jest naj­le­niw­szą istotą w Nueva Yorku. Skala jego poczy­nań twór­czych (wiecz­nie nie­do­koń­czo­nych) się­gała od napi­sa­nia westernu bia­łym wier­szem po wymon­to­wa­nie ścianki dzia­ło­wej z męskiej toa­lety na Penn Sta­tion i zgło­sze­nie jej na wystawę sztuki jako przy­kładu cze­goś, co dawni dada­iści nazwa­liby ready-made (dzieło nie spo­tkało się z życz­li­wym przy­ję­ciem kry­tyki). Do tego stop­nia się roz­le­ni­wił, że jego jedyną aktyw­no­ścią (poza tymi nie­zbęd­nymi do pod­trzy­ma­nia życia) było coty­go­dniowe buszo­wa­nie w zle­wo­zmy­waku z suchymi ogni­wami, retor­tami, alem­bi­kami i roz­two­rami soli. Zaj­mo­wał się pro­duk­cją wodoru, któ­rym następ­nie napeł­niał balon z gru­bej zie­lo­nej gumy z nadru­ko­waną wielką literą Z. Balon ten przy­wią­zy­wał sznur­kiem do nogi łóżka, gdy zamie­rzał iść spać. Dla gości była to jedyna wska­zówka pozwa­la­jąca odgad­nąć, czy Fer­gus prze­bywa aktu­al­nie w kra­inie snu, czy jawy.

Jego drugą roz­rywką było oglą­da­nie tele­wi­zji. Wyna­lazł nad­zwy­czaj pomy­słowy wyłącz­nik senny, który pobie­rał sygnał z dwóch elek­trod przy­kle­jo­nych po wewnętrz­nej stro­nie przed­ra­mie­nia. Kiedy świa­do­mość Fer­gusa opa­dała poni­żej pew­nego poziomu, opór elek­tryczny skóry prze­kra­czał wcze­śniej usta­loną war­tość i uru­cha­miał wyłącz­nik. Tym spo­so­bem Fer­gus stał się prze­dłu­że­niem tele­wi­zora.

Resztę Ekipy ogar­nął podobny letarg. Raoul, piszący sce­na­riu­sze dla tele­wi­zji, miał pełną świa­do­mość ist­nie­nia roz­licz­nych spon­sor­skich fety­szów tego medium i stale pomsto­wał na nie z roz­go­ry­cze­niem. Slab malo­wał w spo­ra­dycz­nych eks­plo­zjach talentu twór­czego; nazy­wał sie­bie eks­pre­sjo­ni­stą kata­to­nicz­nym, a swoje prace okre­ślał jako "szczyt braku poro­zu­mie­nia". Melvin grał na gita­rze i śpie­wał postę­powe pio­senki ludowe. Ten sche­mat i twór­czy, z lekka pre­ten­sjo­nalny kli­mat cyga­ne­rii mógłby nawet wyglą­dać zna­jomo, gdyby nie fakt, że w wyko­na­niu Pomy­leń­ców był bar­dziej niż zwy­kle ode­rwany od rze­czy­wi­sto­ści, roman­tyczna deka­den­cja posu­nięta do skraj­no­ści, wysi­lone naśla­dow­nic­two nędzy, buntu i arty­stycz­nej "duszy". Przy­kra prawda była bowiem taka, że więk­szość z nich nor­mal­nie pra­co­wała, żeby zaro­bić na życie, a tematy do roz­mów czer­pali ze stro­nic "Time" i podob­nych publi­ka­cji.

Zda­niem Sten­cila uda­wało im się trwać wyłącz­nie dzięki temu, że nie byli sami. Jeden Bóg raczył wie­dzieć, ilu jesz­cze było takich jak oni, z cie­plar­nia­nym poczu­ciem czasu i zero­wym poję­ciem o życiu, zda­nych na łaskę for­tuny.

Dzi­siej­sze przy­ję­cie podzie­liło się na trzy czę­ści. Fer­gus ze swoją panną oraz jesz­cze jedną parą znik­nęli w sypialni z galo­nem wina, zamknęli drzwi na klucz i dali Eki­pie wolną rękę w kwe­stii zapro­wa­dze­nia cha­osu na pozo­sta­łym obsza­rze miesz­ka­nia. Na zle­wie, na któ­rym w tej chwili sie­dział Sten­cil, przy­sią­dzie Melvin z gitarą i przed pół­nocą w kuchni wszy­scy będą tań­czyć horę i afry­kań­skie tańce płod­no­ści. Świa­tła w salo­nie poga­sną jedno po dru­gim, z gra­mo­fonu/zmie­niarki popłyną kwar­tety Scho­en­berga (wyda­nie pełne), zapę­tlone, zapę­tlone, żarzące się czubki papie­ro­sów upstrzą pokój jak ogni­ska sygna­łowe, a roz­wią­zła Debby Sen­say (na przy­kład) wylą­duje na pod­ło­dze, piesz­czona, powiedzmy, przez Raoula albo Slaba, prze­su­wa­jąca dło­nią po udzie dziew­czyny sie­dzą­cej na sofie w towa­rzy­stwie swo­jej współ­lo­ka­torki... I tak dalej, niby na jakiejś aga­pie albo orgietce. Wino się poleje, sprzęty zostaną poła­mane, a ran­kiem Fer­gus na chwilę się prze­bu­dzi, osza­cuje znisz­cze­nia, obej­rzy poroz­wa­lane w całym miesz­ka­niu nie­do­bitki gości, zeklnie ich, wyrzuci za drzwi i znów pój­dzie spać.

Ziry­to­wany Sten­cil wzru­szył ramio­nami, wstał i zna­lazł swój płaszcz. Wycho­dząc, zaha­czył o sze­ścio­oso­bowy ludzki supeł: Raoul, Slab, Melvin i trzy dziew­czyny.

- Stary - powie­dział Raoul.

- Dzieje się - powie­dział Slab, gestem obej­mu­jąc roz­krę­ca­jącą się imprezę.

- Kiedy indziej - powie­dział Sten­cil i wyszedł.

Dziew­czyny mil­czały. W pew­nym sen­sie były jak mar­kie­tanki, zbędne, a na pewno łatwe do zastą­pie­nia.

- O tak - powie­dział Melvin.

- Przed­mie­ścia rzą­dzą świa­tem - powie­dział Slab.

- Ha, ha, ha - zaśmiała się jedna z dziew­czyn.

- Cicho bądź - mruk­nął Slab i obcią­gnął rondo kape­lu­sza.

Zawsze nosił kape­lusz, w domu i na dwo­rze, w łóżku albo pijany w trupa. I gar­ni­tury od Geo­rge'a Rafta, z gigan­tycz­nymi szpi­cza­stymi kla­pami. Szpi­cza­ste, wykroch­ma­lone, nie­przy­pi­nane guzi­kami koł­nie­rzyki. Wywa­to­wane, kan­cia­ste ramiona. Cały był kan­cia­sty, cho­ciaż nie, nie cały, zauwa­żyła dziew­czyna, twarz nie, twarz miał raczej miękką, jak u roz­wią­złego anioła. Krę­cone włosy, oczy pod­krą­żone na czer­wo­no­fio­le­towo, podwój­nie, potrój­nie. Dzi­siaj zamie­rzała sca­ło­wać te smutne kręgi pod oczami, jeden po dru­gim.

- Prze­pra­szam - mruk­nęła, dry­fu­jąc w kie­runku bal­konu i dra­binki poża­ro­wej.

Sta­nąw­szy przy oknie, zapa­trzyła się na rzekę. Było widać tylko mgłę. Dłoń dotknęła jej ple­ców dokład­nie w tym miej­scu, które każdy męż­czy­zna, jakiego poznała, znaj­do­wał prę­dzej czy póź­niej. Wypro­sto­wała się, ścią­gnęła łopatki, wyprę­żyła piersi, które nagle zary­so­wały się wyraź­niej przy szy­bie. Patrzyła na jego odbi­cie w szkle, jak patrzy na ich odbi­cie. Odwró­ciła się. Zaru­mie­nił się. Ostrzy­żony na jeża, mary­narka z har­ris twe­edu.

- Jesteś nowy, jak widzę. - Uśmiech­nęła się. - Jestem Esther.

Zaczer­wie­nił się uro­czo.

- Brad. Prze­pra­szam, że cię zestre­so­wa­łem.

Wie­działa instynk­tow­nie: będzie sobie spo­koj­nie żył jako chło­piec ze sto­wa­rzy­sze­nia stu­den­tów pro­sto po Ivy League, który wie, że do końca życia pozo­sta­nie chłop­cem ze sto­wa­rzy­sze­nia, ale który zara­zem czuje, że coś mu umyka, dla­tego będzie się krę­cił przy Eki­pie Pomy­leń­ców. Jeżeli jest spe­cem od zarzą­dza­nia, może pisać, jeżeli inży­nie­rem albo archi­tek­tem - malo­wać albo rzeź­bić. Będzie stał okra­kiem na gra­nicy mię­dzy dwoma świa­tami, świa­domy faktu, że dostaje mu się to, co naj­gor­sze z nich obu, ale ni­gdy nie prze­sta­nie się gło­wić, dla­czego taka gra­nica w ogóle mia­łaby ist­nieć i czy naprawdę ist­nieje. Nauczy się żyć w roz­dwo­je­niu i będzie trwał w takim roz­kroku, dopóki z nad­miaru napię­cia nie roz­sz­czepi się od kro­cza w górę. To go znisz­czy.

Sta­nęła w pozy­cji bale­to­wej czwar­tej, usta­wiła piersi pod kątem czter­dzie­stu pię­ciu stopni do jego linii wzroku, wyce­lo­wała nosem w jego serce i spoj­rzała na niego w górę spo­mię­dzy rzęs.

- Od dawna jesteś w Nowym Jorku?

***

Menele krę­cili się przed wej­ściem do V-Note, zaglą­dali do środka przez okna, przy­dy­miali szkło swo­imi odde­chami. Od czasu do czasu przez waha­dłowe drzwi wycho­dził ze środka gość w typie stu­denta, zwy­kle z dziew­czyną pod rękę, a wtedy pro­sili go po kolei, usta­wieni w sze­reg wzdłuż krót­kiego odcinka chod­nika przy Bowery, o papie­rosa, drobne na metro, pie­nią­dze na piwo. Przez całą noc silny lutowy wiatr dął sze­roką prze­lo­tową Trze­cią Aleją, omia­ta­jąc ich wszyst­kich: wióry, olej maszy­nowy, odpady z nowo­jor­skiej tokarki.

W środku sza­lał McC­lin­tic Sphere. Skórę miał twardą, jakby sta­no­wiła nie­od­łączny skład­nik czaszki. Każda żyłka, każdy włos na jego gło­wie ryso­wały się wyraź­nie w świe­tle zie­lo­nego reflek­tora. Dwie głę­bo­kie bruzdy scho­dziły w dół z kąci­ków ust: wyryte siłą przy­ci­śnię­tych do ust­nika warg, wyglą­dały jak prze­dłu­że­nie wąsów.

Grał na ręcz­nie rzeź­bio­nym sak­so­fo­nie alto­wym z kości sło­nio­wej z czte­ro­ipół­ca­lo­wym ust­ni­kiem. Publika ni­gdy nie sły­szała podob­nego dźwięku. Nastą­piły tra­dy­cyjne podziały: stu­den­cia­kom się nie podo­bało, wycho­dzili śred­nio po wysłu­cha­niu pół­tora kawałka. Inni, któ­rzy albo mieli wolny wie­czór, albo robili sobie długą prze­rwę od cze­goś po dru­giej stro­nie mia­sta, słu­chali w sku­pie­niu i usil­nie pró­bo­wali polu­bić to, co sły­szą; "Wciąż się zasta­na­wiam", odpo­wie­dzie­liby, gdyby zapy­tać ich o zda­nie. Klienci przy barze wyglą­dali zaś na takich, któ­rym się podoba - w takim sen­sie, że rozu­mieją, apro­bują, utoż­sa­miają się - ale praw­do­po­dob­nie tylko dla­tego, że ludzie, któ­rzy wolą stać przy barze, naj­czę­ściej mają nie­prze­nik­nione miny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki