2.
Położone na szczycie wzgórza miasteczko Beaucastel, z brukowanymi uliczkami, niskimi sklepieniami i białymi kamieniami domów o wąskich drzwiach, sprawiało wrażenie, jakby nie zmieniało się od wieków. Stary zamek na skalnym nawisie z na wpół zawaloną strażnicą i kwadratową wieżą u boku zdawał się je strzec lub miażdżyć - w zależności od światła i nastroju przechodniów.
Burmistrz, niejaki Lucien Bouis, dysponował kluczami do ich nowego domu. Louise nie musiała pukać, bo na dźwięk silnika natychmiast pojawił się na progu. Był to człowiek dość krępy, z wydatnym brzuchem sterczącym pod kraciastą koszulą. Cécile stwierdziła, że jego przyjemna, lekko zdumiona twarz, przypomina Białego Królika Alicji. Burmistrz-Królik rozłożył ramiona w geście powitania, a jego oblicze rozpromienił szeroki uśmiech.
- Pani Jacquot! No, no, a więc jesteś z powrotem!
- Panna Vidal, jeśli pozwolisz, Lucien. Wróciłam do panieńskiego nazwiska.
- Masz! I tak też wyglądasz, mimo tej tu słodkiej dzieciny! - Mężczyzna, wyraźnie zakłopotany, ściszył głos. - Wiem o rozwodzie od miejskiego notariusza... - urwał, gdy zorientował się, że być może mówi zbyt dużo przy dziecku i teraz zwrócił się już bezpośrednio do dziewczynki: - A ty musisz być Cécile! Wyglądasz jak twoja mama, gdy ją poznałem. Śliczna jak kwiatuszek!
Cécile zaczerwieniła się. Na myśl o tym, że jej mama stanowi źródło tak żywych wspomnień, poczuła się dziwnie i jeszcze bardziej obco. Na szczęście mężczyzna, zaaferowany rolą przewodnika, już się nią nie interesował - faktycznie był wykapaną kopią Białego Królika z książki! Na widok załadowanego po brzegi kabrioletu świsnął przez zęby:
- To twoja bagażówka?
- Oczywiście!
- Myślisz, że dasz radę gdzieś się wcisnąć, jeśli dalej ja poprowadzę?
- Na te ostatnie metry powinno się udać! - Louise uprzątnęła stolik nocny i kapelusze, które wylądowały na kolanach jej córki. - W drogę!
- Najszybciej będzie minąć pralnię, potem skręcić w prawo i wjechać na drogę do Peyrolles...
- Tak, pamiętam.
- Święta prawda, głupiec ze mnie! Przecież zawsze biegałaś wszędzie jak prawdziwa dzikuska! Masz, to dopiero będzie odmiana od Paryża!
- Mam nadzieję...
- Musisz jeszcze tylko przypomnieć sobie nasz akcent, bo jeśli będziesz mówiła tak hardo, skupisz na sobie uwagę miejscowych.
- Przyjdzie samo...
Obraz matki mówiącej jak niemota, z cudacznym akcentem i "maszami" w co drugim zdaniu, nagle zaniepokoił Cécile. Niech sobie z niej drwią lub traktują jak jakąś paryżaneczkę - ona nie zamierza niczego zmieniać...
Samochód zatrzymał się przed skromnym domkiem, jednym z wielu we wsi. Dotarli na miejsce!
Widząc staromodny korytarz prowadzący do salonu z masywnymi meblami, dziewczynka poczuła gulę w gardle. Patrzyła w osłupieniu na starą sofę w bordowe kwiaty, smutną lakierowaną komodę z mahoniu, ogromną szafę, przysadziste stołki i koło od pługa przerobione na stolik kawowy. Za oświetlenie służyła jedynie skromna żarówka u sufitu, nadająca pomieszczeniu ponury charakter. Nie mogła uwierzyć, że był to ten wymarzony dom, którym matka tak się chwaliła! Kuchnia wcale nie była lepsza, ciasna z brązowo-zielonymi ścianami. Tylne drzwi prowadziły na cementowy taras zagracony pustymi wiadrami. Dalej, w głębi opuszczonego ogrodu, z dzikich traw wynurzała się stara szklarnia z brudnymi szybami.
Nieświadomy wrażenia, jakie właśnie wywołał dom, burmistrz z entuzjazmem agenta nieruchomości zabrał głos:
- Wystrój wymaga lekkiego odświeżenia, ale jest komfortowo, macie nawet łazienkę i toaletę... to dopiero luksusy! Tutaj nie każdy może się tym pochwalić. - Następnie wskazał na kosz leżący na laminowanym blacie. - Prezent powitalny. Jesteście bardzo bledziutkie, musicie nabrać kolorów. Jest wieprzowina, konfitura morelowa od starej Mathilde, masło i ser, jajka, owoce, bochenek chleba i oliwa z oliwek od wuja Barnabé. Opowiesz mi, co u ciebie.
- O, jak miło.
- Pokażę ci gabinet lekarski, a potem obejrzymy resztę pomieszczeń.
Pokój przyjęć był zdecydowanie bardziej nowoczesny. Prowadziły do niego przeszklone drzwi na końcu korytarza, w którym trzy krzesła pełniły funkcję poczekalni. Drzwi otwierały się wprost na gabinet pomalowany na biało - kolor kojarzący się z higieną i szpitalem. Za wyposażenie służyły stalowy stół, przeszklona szafka, biurko i dwa metalowe krzesła.
W obliczu wymownego milczenia zwiedzających, burmistrz stracił nieco animuszu.
- Zostawiliśmy wszystko jak było, skoro zastąpisz nam doktora.
- Nie jestem lekarzem, Lucien.
- Masz, pielęgniarka, lekarz, wszystko jedno, nie? Poza tym tutaj będziesz miała do czynienia z twardymi ludźmi ze wsi, jesteśmy bardziej odporni na choroby. Nikt nie będzie wyliczał, czy masz dwa dyplomy czy dziesięć, najważniejsze, że będziesz leczyć, prawda?
Louise z uśmiechem pokiwała głową. Zachęty Luciena tylko spotęgowały jej panikę, choć może był to tylko efekt wyczerpania podróżą. Pragnęła nowego życia i planowała je, ale po złożeniu wypowiedzenia i wyrwaniu córki z jej świata, poczuła się przyparta do muru. Nie było już odwrotu. Musiała być silna. Życie Cécile i tak już wywróciło się do góry nogami, nie mogła dodatkowo obciążać jej swoimi wątpliwościami. Siląc się na wesołość, odpowiedziała:
- Wspaniale, Lucien. Dziękuję ci za twoją życzliwość. Nie wiem, co byśmy bez ciebie...
- Eee tam! To nic nadzwyczajnego, przecież jesteś stąd. I nie zapominaj o tym, zwłaszcza jeśli niektórzy będą cię na początku traktować z góry - twoi dziadkowie byli tutaj szanowani!
Zjadły w kuchni prowizoryczną kolację złożoną z konfitury, sera i mleka. Louise zapaliła dwie świece, by trochę rozweselić wnętrza, lecz mimo jej wysiłków Cécile nadal milczała, a jej twarzyczka pozostawała pochmurna ze zmęczenia. Aby ją nieco ożywić, matka podsunęła pomysł przemalowania ścian. Mogłyby zacząć od ich pokoju, potem przenieść się do tego żółtego i skończyć na salonie. Kupiłyby nowy stolik kawowy, wyłożyły ładnym aksamitem ławeczkę w oknie i uszyły zasłony w paski i wisienki do kuchni. Przy każdym z pomysłów Cécile grzecznie przytakiwała, aż w końcu Louise skapitulowała i wysłała ją do łóżka.
Dochodziła dziesiąta. Tak późno kładła się tylko w święta lub kiedy odwiedzał ją ojciec. Zamykając drzwi do pokoju, zatrzymała się na chwilę i spróbowała wyobrazić sobie, jak to będzie dorastać tutaj. Pokój był na poddaszu, a znajdujący się w nim świetlik stanowił zdecydowanie najmniej koszmarny element całego budynku. Jeszcze przed posiłkiem zdążyła pospiesznie rozpakować książki i kolekcję figurek Starlux[3], które ustawiła na dużej, pękatej komodzie. Reszta zabawek i plakaty wciąż czekały w kartonie. Wsuwając go pod łóżko, Cécile znalazła nocnik. Jak wyjaśniła mama, taki był zwyczaj na wsi - według Cécile dość obrzydliwy! Na całe szczęście, w łazience na piętrze była toaleta. Dziewczynka nie miała już nawet siły się złościć. Jedynym co czuła, było okropne poczucie straty, które sprawiało, że łzy cisnęły jej się do oczu.
Więc to było to wspaniałe nowe życie obiecywane przez mamę?
Postanowiła się ruszyć. Dotarła do szafy, rozebrała się, wypięła z włosów czerwoną spinkę i założyła koszulę nocną.
Na stoliku przy łóżku mama postawiła jedną z ich lamp zwieńczoną różowym abażurem. Cécile domyślała się, że w ten sposób chciała ja udobruchać, ale to wcale nie było takie proste. Jutro poprosi matkę o zdjęcie ojca, jedynie po to, by ją zdenerwować. I po to, by nad nią czuwał...
Gdy tylko wyłączyła lampę, ciekawość popchnęła ją w kierunku świetlika. Usadowiła się na stołku, otworzyła okno i odetchnęła łagodnym, tajemniczo szepczącym powietrzem. Pachniało ziemią i suchą trawą. Podniosła głowę i prawie krzyknęła zdziwiona - jeszcze nigdy nie widziała tylu gwiazd naraz! W Paryżu, z budynkami i światłami ulicznych latarni, niebo wydawało się oddalone o tysiące kilometrów, tutaj wystarczyło wspiąć się na palce, by jego aksamit był niemal na wyciągnięcie dłoni.
Z bijącym sercem wsłuchiwała się w wiatr przemykający między gałęziami drzew na wzgórzu. Wpatrywała się w sylwetkę górującego nad wioską zamku i resztki zawalonej strażnicy - w przeciwieństwie do niej, kwadratowa wieża wydawała się odporna na próbę czasu. W oddali dało się słyszeć szczekanie psa, natychmiast, jakby w odpowiedzi, podjęte przez następnego. Gdzieś blisko jakieś stworzenie pohukiwało smętnie. Sowa? Mama na pewno by wiedziała...
Świadomość, że matka w jej wieku spędzała tu lato oswojona z wiejskim życiem, była dziwna. Z powodu wojny nigdy o tym nie opowiadała. Cécile wiedziała tylko, że dom w Beaucastel został sprzedany po śmierci dziadków, tuż przed jej narodzinami.
Wracając do łóżka, zapytała samą siebie, czy kiedykolwiek mogłaby przyzwyczaić się do życia tutaj. W tym ponurym domu wydawało się to niewyobrażalne!
Ciąg dalszy w wersji pelnej
[3] Starlux - popularna we Francji w latach 60. firma produkująca wysokiej jakości miniaturowe figurki kolekcjonerskie, głównie żołnierzy (przyp. tłum.).