Uwikłana - Natasha Preston

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Pią­tek 7 sierp­nia

- Masz wszystko, czego potrze­bu­jesz, Mac­ken­zie? - zapy­tała mama, patrząc, jak upy­cham ciu­chy do torby.

- Chyba tak. Zresztą to tylko dwa dni. - Dwa kosz­marne dni zno­sze­nia Josha.

- Pamię­taj, żeby zosta­wić adres i numer tele­fonu na lodówce.

- Nie wydaje mi się, żeby mieli tam tele­fon sta­cjo­narny, ale zosta­wię adres. Chyba jest tam zasięg, więc dam ci znać, jak dojadę.

Przy­tak­nęła ner­wowo i obda­rzyła mnie sła­bym uśmie­chem.

- Oj mamo, nic mi nie będzie.

- Spę­dzisz cały week­end z kimś, kogo nie lubisz.

- Nie, spę­dzę week­end z Aaro­nem, Court­ney, Megan i Kyle'em. Nie­for­tunny zbieg oko­licz­no­ści spra­wił, że Josh też tam będzie i tyle. - Gdy­bym mogła go odza­pro­sić, zro­bi­ła­bym to.

Jed­nak domek nale­żał do jego rodzi­ców, więc to raczej nie wcho­dziło w grę. Bez szans. Do Wiel­kiej Bry­ta­nii w końcu dotarło, że jest lato, więc gdy skoń­czyła się szkoła, Josh zapro­sił nas na week­end do domku za mia­stem, który mają jego rodzice. To ostat­nia taka szansa, nim w przy­szłym roku nasze drogi się rozejdą, gdy pój­dziemy na stu­dia.

- Jeżeli zechcesz, żeby przy­je­chać po cie­bie wcze­śniej...

Potrzą­snę­łam głową.

- Dzięki, ale naprawdę nie ma takiej potrzeby, pora­dzę sobie. Nie pozwolę Joshowi zepsuć mi faj­nego week­endu z przy­ja­ciółmi. Dobra, muszę już lecieć.

- Pod­rzucę cię do Josha.

- Nie, mamo, naprawdę nie trzeba. Prze­spa­ce­ruję się. - Zła­pa­łam torbę i prze­rzu­ci­łam ją przez ramię. - Do zoba­cze­nia w nie­dzielę wie­czo­rem. Kocham cię - powie­dzia­łam i poca­ło­wa­łam ją w poli­czek.

- Też cię kocham, skar­bie. Zadzwoń, jeśli będziesz cze­go­kol­wiek potrze­bo­wać.

- Dobrze - obie­ca­łam.

Josh miesz­kał zale­d­wie dwie minuty drogi stąd, więc spa­cer i tak nie miał zająć mi zbyt długo. Zatrza­snę­łam za sobą drzwi i ruszy­łam przed sie­bie. Było nie­wia­ry­god­nie gorąco - w końcu to począ­tek sierp­nia - i cie­szy­łam się, że wybra­łam szorty i koszulkę.

Gdy dotar­łam do domu Josha, wszy­scy byli na zewnątrz, paku­jąc torby do samo­cho­dów. Jezu, wyjeż­dża­li­śmy tylko na week­end, a wyglą­dało na to, że Court­ney i Megan spa­ko­wały się na cały tydzień.

- Kenz! - zawo­łała Court­ney, bie­gnąc do mnie. Jej czer­wony kucyk pod­ska­ki­wał na wszyst­kie strony, a zie­lone oczy błysz­czały entu­zja­zmem. Była jedyną osobą, która naprawdę szcze­rze cie­szyła się na ten wyjazd.

Wzię­łam głę­boki oddech i odsu­wa­jąc od sie­bie wąt­pli­wo­ści, jakie mia­łam w związku z tym week­en­dem, uśmiech­nę­łam się do niej.

- Cześć, Court! Wszy­scy gotowi?

- Pra­wie. Josh zaraz wróci - odpo­wie­działa, uśmie­cha­jąc się tro­chę głu­pawo. - No, nie rób takiej miny - dodała, gdy skrzy­wi­łam się, sły­sząc jego imię.

Ups, no to mnie zła­pała.

- Sorry, nie chcia­łam. To... miłe z jego strony, że zapro­sił nas do domku swo­ich sta­rych.

Przy­jęła moje kiep­skie prze­pro­siny z uśmie­chem.

- On naprawdę chce, żeby wszystko było jak daw­niej.

Czyżby miał wehi­kuł czasu, żeby móc się dzięki niemu cof­nąć i nie powie­dzieć tych okrop­nych rze­czy o moich przy­ja­cio­łach? Żeby cof­nąć to, co mi zro­bił? To, co cią­gle mi robił?

Josh mógł sobie pró­bo­wać napra­wiać prze­szłość - o ile w ogóle mie­li­by­śmy uwie­rzyć w szcze­rość jego inten­cji - ale nie potra­fi­li­śmy mu tak łatwo prze­ba­czyć. Nie­które krzywdy trudno prze­bo­leć, a ja nie mogła­bym wyba­czyć komuś, komu nawet nie było przy­kro i kto nie zmie­nił swo­jego zacho­wa­nia. Court­ney już mu prze­ba­czyła, oczy­wi­ście, ale ona za nic w świe­cie nie była w sta­nie dostrzec, jakim zerem był jej chło­pak.

Unio­słam brew.

- Mac­ken­zie, pro­szę - powie­działa Court­ney i wes­tchnęła ciężko, odgar­nia­jąc grzywkę wpa­da­jącą jej do oczu. - On się stara i to naprawdę wiele by dla mnie zna­czyło, gdy­byś ty też spró­bo­wała. Pro­szę?

Jęk­nę­łam i opu­ści­łam ramiona.

- Dobra. Będę miła.

Dwa dni, to wszystko. Dasz radę.

- Wszy­scy będziemy - dodała Megan, dołą­cza­jąc do nas. - Prawda? - Spoj­rzała na chło­pa­ków.

Aaron i Kyle ski­nęli pota­ku­jąco gło­wami, zga­dza­jąc się na rozejm - przy­naj­mniej na ten week­end.

- A gdzie w ogóle jest Josh? - zapy­ta­łam.

- Poje­chał po swo­jego brata. - Court­ney prze­wró­ciła oczami. - Blake chciał się z nim zoba­czyć, więc dziś rano Josh mu zapro­po­no­wał, żeby poje­chał z nami. Na dobrą sprawę domek należy rów­nież do Blake'a, więc raczej nikt nie mógłby mu zabro­nić przy­je­chać.

- Och - wymam­ro­ta­łam, nie­zu­peł­nie pewna, jak czu­łam się na myśl o spę­dze­niu week­endu w towa­rzy­stwie kogoś obcego. Nie zna­li­śmy Blake'a, a jeśli był choć tro­chę podobny do Josha, week­end zapo­wia­dał się kosz­mar­nie. - Więc przy­jeż­dża też bra­ci­szek z wygna­nia.

Świet­nie. Ten wyjazd zapo­wiada się coraz lepiej.

Widzia­łam go wcze­śniej, może ze dwa razy, gdy ich rodzice wymie­niali się dziećmi, ale ni­gdy z nim nie roz­ma­wia­łam. Blake wypro­wa­dził się z ojcem po roz­wo­dzie rodzi­ców, a Josh został z mamą. Bra­cia nie spę­dzali zatem zbyt wiele czasu razem, gdy dora­stali, praw­do­po­dob­nie z korzy­ścią dla Blake'a.

Court­ney znów odgar­nęła nie­sforną grzywkę, która ni­gdy nie trzy­mała się tam, gdzie trzeba, więc nie rozu­mia­łam, dla­czego po pro­stu nie zetnie jej kró­cej.

- Blake nie prze­bywa na wygna­niu.

Rzadko się widy­wali. Ja bym to w ten spo­sób okre­śliła.

- Dla­czego wbija na imprę swo­jego brata? - zapy­ta­łam.

- Czuje się samotny? - pod­su­nął Kyle, robiąc smutną minę.

Court­ney oparła się o samo­chód Aarona.

- Nie, po pro­stu chce spę­dzić tro­chę czasu z wła­snym bra­tem. Obaj tego chcą.

Jeżeli Blake był podobny do Josha, mia­łam zamiar wró­cić wcze­śniej do domu. Nie chcia­łam nawet oddy­chać tym samym powie­trzem co Josh, więc w pew­nym sen­sie mia­łam nadzieję, że Blake rów­nież okaże się idiotą, a ja będę miała wymówkę, żeby wcze­śniej wyje­chać, nie raniąc przy tym uczuć Court­ney.

Powiew cie­płego powie­trza spra­wił, że moje dłu­gie kasz­ta­nowe włosy wpa­dły mi do oczu. Odgar­nę­łam kosmyk aku­rat na czas, aby dostrzec, jak meta­licz­no­czarny mit­su­bi­shi war­rior - jedyny samo­chód, jaki roz­po­zna­wa­łam bez znaczka, dzięki temu, że to ulu­biony model Kyle'a - zapar­ko­wał tuż obok mnie.

No to w drogę...

Josh sie­dział po stro­nie pasa­żera, jego brat pro­wa­dził. Obaj mieli iden­tyczne ciem­no­brą­zowe włosy i nie­bie­skie oczy, lecz poza tym wyglą­dali zupeł­nie ina­czej. Josh nie wygrał genów na lote­rii. Blake sprząt­nął mu sprzed nosa każdą uncję zabój­czego wyglądu, nie zosta­wia­jąc dla młod­szego brata abso­lut­nie nic. Szczę­ściarz.

Odwró­ci­łam wzrok i obe­szłam dookoła samo­chód Aarona, pró­bu­jąc zacho­wać tak dużą odle­głość od Josha, jak to tylko moż­liwe. Sam widok jego twa­rzy wystar­czał, żebym miała ochotę mu przy­wa­lić, a już zwłasz­cza po jego żąda­niach. Court­ney to bystra dziew­czyna, lecz gdy cho­dziło o niego, była jak beton.

Josh wysiadł z auta.

- Siema, ludzie. Pamię­ta­cie mojego brata, Blake'a?

Megan potrzą­snęła głową.

- Nie, ale cześć.

Blake pod­szedł do maski swo­jego wozu i leni­wie się o nią oparł, przy­bie­ra­jąc pozę znu­dzo­nego.

- Cześć - powie­dział, kiwa­jąc głową.

Miał na sobie masywne czarne buty, ciemne dżinsy i czarną kurtkę, co doda­wało jego postaci aury tajem­ni­czo­ści. Być może nieco nie­bez­piecz­nej tajem­ni­czo­ści. Jego ciemne włosy ster­czały nie­dbale we wszyst­kie strony, co miało poka­zy­wać, że ma wszystko gdzieś - i, jak przy­pusz­cza­łam, fak­tycz­nie tak było. Wzrok miał nie­zwy­kle inten­sywny, tro­chę tak, jakby prze­ni­kał wszystko. Nie chcia­łam, żeby dostrzegł cokol­wiek we mnie.

- No, jedźmy już - powie­dzia­łam, otwie­ra­jąc drzwi samo­chodu, po czym wgra­mo­li­łam się do środka. Im szyb­ciej tam dotrzemy, tym szyb­ciej będziemy mogli wró­cić. - Cho­lera, zabrzmia­łam tak jak moi rodzice w Wigi­lię, pró­bu­jący wysłać mnie do łóżka, gdy wska­zówka zegara zbliża się nie­bez­piecz­nie do pół­nocy.

Ale teraz przy­naj­mniej zyski­wa­łam całe dwa dni bez doro­słych, tylko z przy­ja­ciółmi. To z całą pew­no­ścią coś, na co warto było cze­kać.

- Ej, Mac­ken­zie - powie­działa Court­ney - ty jedziesz ze mną.

Spo­sęp­nia­łam. Wie­dzia­łam, co to ozna­cza.

- Co?

Court­ney pode­szła bli­żej i nachy­liła się do auta, żeby­śmy mogły zamie­nić kilka słów na osob­no­ści.

- Jedziesz ze mną, Joshem i Bla­kiem.

- Żar­tu­jesz, nic z tego - odpo­wie­dzia­łam.

- Kenz, pro­szę. Słu­chaj, wiem, że jesteś na niego wście­kła, i rozu­miem dla­czego, ale spró­bu­jesz? Naprawdę uwa­żam, że wam dwojgu ten wyjazd pomoże to jakoś prze­pra­co­wać.

- Cóż, Court, ja tak nie sądzę.

- Ten week­end będzie do bani, jeżeli przez cały czas będziesz wście­kać się na Josha.

Nachmu­rzy­łam się. Nie byłam jedyną osobą, która nie mogła go znieść, więc dla­czego tylko mnie zmu­szano do "posta­ra­nia się bar­dziej"?

- Jego brat jest jakiś dziwny - wyszep­ta­łam, jak gdyby to miało prze­ko­nać Court­ney do zmiany zda­nia.

- Blake jest nie­szko­dliwy.

Nie mogłam wymy­ślić już żad­nej innej wymówki. Wes­tchnę­łam zre­zy­gno­wana.

- W porządku. Ale jeżeli Josh wku­rzy mnie jaki­miś swo­imi dur­nymi uwa­gami, prze­siądę się - odpo­wie­dzia­łam.

Court­ney unio­sła ręce.

- Dobra, w porządku. Dzięki.

- Bie­rzemy samo­chód Blake'a?

- Tak, musieli uzgod­nić, że wezmą jego wóz. Teraz rozu­miem dla­czego. - Court­ney miała hopla na punk­cie aut. Znała wszyst­kie marki i modele i potra­fiła roz­po­znać je jed­nym rzu­tem oka. Ja nato­miast nie byłam w sta­nie nawet stwier­dzić, czy z samo­cho­dem jest coś nie tak - chyba że padł już sil­nik.

- Blake będzie pro­wa­dził?

- To jego auto, więc chyba tak. - Court­ney wzru­szyła ramio­nami, spo­glą­da­jąc z uwiel­bie­niem na Josha, co spra­wiło, że mia­łam ochotę nią potrzą­snąć, żeby w końcu nabrała rozumu.

- Ja z przodu - rzu­ci­łam szybko. Skoro już mia­łam jechać tym samym autem, na pewno nie zamie­rza­łam sie­dzieć obok niego. Wie­dzia­łam, że zacho­wuję się tro­chę jak dziecko, ale mia­łam to gdzieś. Josh prze­giął, a ja nie mia­łam zamiaru mu wyba­czyć. W zasa­dzie to prze­giął jakiś milion razy.

Usia­dłam na miej­scu obok kie­rowcy, zanim Josh miałby szansę cokol­wiek powie­dzieć lub zro­bić. Blake uśmiech­nął się jakby z zakło­po­ta­niem i odpa­lił sil­nik. Nie ema­no­wał pew­no­ścią sie­bie, lecz spra­wiał wra­że­nie, jakby nie dbał, co kto­kol­wiek o nim myśli.

- Też z wami jadę - powie­dział Kyle.

Oczy Court­ney zwę­ziły się.

- Ty jedziesz z Aaro­nem i Megan.

- Macie jesz­cze jedno miej­sce, no nie?

- Kyle, piątka w jed­nym aucie i dwójka w dru­gim to głupi pomysł. Nikt nie chce się gnieść na tyl­nym sie­dze­niu.

- Och, na litość boską, Kyle, po pro­stu wsia­daj do Aarona i już - wciął się Josh, prze­cho­dząc obok niego. - Żało­sny dupek.

Zazgrzy­ta­łam zębami. Czy to naprawdę miało zna­cze­nie, kto jedzie jed­nym samo­cho­dem, a kto dru­gim?

Odpo­wiedź brzmiała "nie".

Blake i ja ni­gdy wcze­śniej się nie spo­tka­li­śmy, więc szybko zapa­dła nie­zręczna cisza, gdy cze­ka­li­śmy, aż Josh i Court­ney wsiądą do środka. Przy­gry­złam poli­czek i krę­ci­łam młynka pal­cami. No powiedz coś do niego! Ni­gdy wcze­śniej ze sobą nie roz­ma­wia­li­śmy. Teraz miało się to zmie­nić. Cze­kała nas czter­dzie­sto­pię­cio­mi­nu­towa prze­jażdżka do odle­głej czę­ści Lake District.

- Dla­czego aż tak nie lubisz Josha? - zapy­tał nagle.

Jego bez­po­śred­niość wpra­wiła mnie w zdu­mie­nie. To, że nie cier­pia­łam Josha, nie było sekre­tem, jed­nak nie spo­dzie­wa­łam się, że jego brat może tak bez­po­śred­nio o to zapy­tać.

- Hmm, bo jest pie­przo­nym idiotą.

Brwi Blake'a unio­sły się i chło­pak zaci­snął wargi. W końcu ski­nął głową.

- Aha, okej.

- Nie widu­jesz go zbyt czę­sto, prawda?

- Nie­spe­cjal­nie. Gdy dora­sta­li­śmy, nasi sta­rzy dość długo nie byli w sta­nie się doga­dać i sen­sow­nie uło­żyć naszych wizyt. Gdy w końcu tro­chę to ogar­nęli, przez więk­szość czasu po pro­stu zamie­niali się nami na dzień czy dwa. Wydaje mi się, że mógł­bym poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki, ile razy na prze­strzeni ostat­nich dwu­na­stu lat widzia­łem się z wła­sną matką.

Poczu­łam w sercu ukłu­cie. Nie potra­fi­łam sobie wyobra­zić, co musiał przejść jako dziecko. Z pew­no­ścią strasz­nie tęsk­nił za mamą. Ja na pewno bym tęsk­niła. Moja mama była jedyną osobą, do któ­rej mogłam się zwró­cić z każ­dym pro­ble­mem - no dobra, pra­wie z każ­dym.

- To bar­dzo smutne.

Lekko wzru­szył ramio­nami.

- Cza­sem tak bywa.

- Tak, ale... - Potrzą­snę­łam głową. Nie mogłam sobie wyobra­zić, że nie mam mamy na co dzień, cho­ciaż cza­sem dopro­wa­dzała mnie do szału. Blake musiał czuć się porzu­cony przez wła­sną matkę, skoro ta ni­gdy nie posta­rała się o to, by mieć z nim lep­szy kon­takt. Może tak samo czuł się Josh w rela­cjach z ojcem? Wow, Josh i głęb­sze uczu­cia. Dziw­nie było myśleć o nim w ten spo­sób... Jeżeli cho­dziło o jego cha­rak­ter, zna­łam go tylko od tej płyt­kiej i ego­istycz­nej strony.

Josh i Court­ney wsie­dli do auta, a ja zasznu­ro­wa­łam usta. Atmos­fera zgęst­niała, jak zawsze w obec­no­ści Josha. Wie­dział, że wola­ła­bym, aby Court­ney z nim nie była, nie po tych wszyst­kich okrop­no­ściach, które powie­dział o naszych kum­pe­lach - Tilly i Gigi.

Był prze­szczę­śliwy, że Court­ney nie rzu­ciła go za trak­to­wa­nie jej przy­ja­ciół jak śmieci. Dupek.

- Och, Mac­ken­zie, oczy­wi­ście, że nie mam nic prze­ciwko temu, że sie­dzisz z przodu obok mojego brata - rzu­cił Josh, nie kry­jąc sar­ka­zmu, gdy gra­mo­lił się na tylne sie­dze­nie.

Zaci­snę­łam pię­ści. Nie pozwól mu się spro­wo­ko­wać.

- To mój wóz, bra­ciszku, a ja wolę sie­dzieć obok ślicz­nej buzi zamiast obok tej two­jej paskud­nej gęby.

Uśmie­cha­jąc się do sie­bie, chwy­ci­łam torebkę z liza­kami i poczę­sto­wa­łam Blake'a. Choć praw­do­po­dob­nie powin­nam się wściec za komen­tarz o "ślicz­nej buzi", to nazwa­nie Josha paskud­nym prze­sło­niło tamte słowa. Blake wybrał smak poma­rań­czowy - mój ulu­biony - i puścił do mnie oko.

- Nie podzie­lisz się, Mac­ken­zie? - zapy­tał Josh.

Wzię­łam głę­boki oddech, pró­bu­jąc opa­no­wać dziką chęć wbi­cia mu pla­sti­ko­wego patyczka pro­sto w oko.

- Jasne - odpo­wie­dzia­łam, poda­jąc do tyłu paczkę. Wziął dwa, zapewne po to, żeby mnie wku­rzyć, ale nie zare­ago­wa­łam.

- Dobra, weź­cie wszy­scy spró­buj­cie zacho­wy­wać się nor­mal­nie - zaczęła jęczeć Court­ney. - To week­end, bez rodzi­ców, ma być epicko, więc może­cie się w końcu pogo­dzić?

- Wiesz, kocha­nie, że ja nic do nikogo z nich nie mam - odpo­wie­dział Josh.

- Niech ci będzie - wymam­ro­ta­łam, zaci­ska­jąc szczękę.

Obser­wo­wa­łam Blake'a, gdy pro­wa­dził. Jego oczy prze­śli­zgi­wały się to tu, to tam, od czasu do czasu spo­czy­wa­jąc na mnie, jed­nak nie mówił ani słowa. Nagle pomy­śla­łam, że chcia­ła­bym go poznać, choć sama nie byłam pewna dla­czego. Po tym week­en­dzie wróci do domu, a ja praw­do­po­dob­nie ni­gdy wię­cej go nie zoba­czę.

A jed­nak - Blake był boski i coś nie­od­par­cie mnie do niego cią­gnęło.

Szczę­śli­wie udało nam się dotrzeć do celu bez roz­lewu krwi, więc byłam dumna ze swo­jej samo­kon­troli - jak dotąd, w każ­dym razie. Court­ney pró­bo­wała zająć Josha, flir­tu­jąc z nim i pusz­cza­jąc mu muzykę. Nie mogłam się docze­kać, aż ona w końcu przej­rzy na oczy. Chcia­łam mieć pew­ność, że znajdę się w pierw­szym rzę­dzie, gdy nadej­dzie scena, w któ­rej kop­nie go w dupę.

- To tutaj? - zapy­ta­łam, wyglą­da­jąc przez okno, za któ­rym dostrze­głam ogromny, pię­trowy dom. Bez pro­blemu mogłoby tam miesz­kać z dzie­sięć osób.

Blake wyłą­czył sil­nik.

- A czego ocze­ki­wa­łaś? Ritza? - rzu­cił iro­nicz­nie.

- To nie­sa­mo­wite. Nie spo­dzie­wa­łam się, że będzie aż tak duży.

- Sły­sząc taki tekst, trzy lata temu rzu­cił­bym jakimś spro­śnym żar­tem - odpo­wie­dział Blake.

- A teraz wszy­scy doro­śli­śmy, co?

- Nieee, po pro­stu wtedy przy­uwa­ży­łem, jak Josh pró­buje zgry­wać takiego twar­dziela, i zda­łem sobie sprawę, jak idio­tycz­nie takie tek­sty w rze­czy­wi­sto­ści brzmią.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko i wysia­dłam z samo­chodu. Polu­bi­łam Blake'a. No i ta jego wręcz do bólu piękna twarz... Może ten week­end nie będzie jed­nak aż tak bez­na­dziejny. Kyle i Aaron wycią­gnęli torby z bagaż­nika i rzu­cili je na zie­mię. Gdzieś w poło­wie drogi do domku Kyle chwy­cił tele­fon i zaczął nagry­wać, tak jak to ma w zwy­czaju. Pla­no­wał karierę w branży fil­mo­wej, i według mnie świet­nie się do tego nada­wał.

- Uśmiech, Kenz! - powie­dział, obra­ca­jąc się w moją stronę.

Wysta­wi­łam język, a Aaron poka­zał środ­kowy palec.

- Świet­nie, Aaron - rzu­cił Kyle, nie kry­jąc sar­ka­zmu.

Megan wpa­try­wała się w olbrzymi dom. Zanie­dbane rośliny i wybla­kłe ramy okienne wska­zy­wały na to, że od dawna nikogo tutaj nie było. Josh i Court­ney spę­dzili ostatni week­end, przy­go­to­wu­jąc wszystko na nasz przy­jazd, ale uprząt­nęli tylko wnę­trze.

Dom znaj­do­wał się na pola­nie z trzech stron oto­czo­nej drze­wami. Przed nim roz­cią­gało się cudowne jezioro. Było tu po pro­stu prze­pięk­nie. Nie rozu­mia­łam, dla­czego rodzina Josha nie korzy­stała z uro­ków tego miej­sca czę­ściej.

- Cie­szysz się, że znów tu jesteś? - zapy­ta­łam Blake'a, gdy leni­wie zmie­rza­li­śmy w kie­runku drzwi fron­to­wych. Sta­wiał ciężko nogę za nogą, jakby nie­spe­cjal­nie miał ochotę tu być.

Wzru­szył ramio­nami i burk­nął od nie­chce­nia:

- Przy­je­cha­łem tu tylko się nachlać.

No jasne, że tak.

Josh otwo­rzył drzwi klu­czem i obró­cił się w naszą stronę. Kyle prze­wró­cił oczami, prze­wi­du­jąc, co za chwilę nastąpi, a ja pró­bo­wa­łam powstrzy­mać się od śmie­chu. My, osiem­na­sto­lat­ko­wie - no i Blake, ile­kol­wiek lat miał - mie­li­śmy wła­śnie wysłu­chać kaza­nia o zasa­dach.

- Court­ney i ja nie­źle się napra­co­wa­li­śmy, żeby przy­go­to­wać dla was to miej­sce, więc doce­nił­bym, gdy­by­ście to usza­no­wali i nie zosta­wili po sobie baj­zlu.

Ugry­złam się w język. Jaki on był nadęty! Nikt z nas nie miał zamiaru naba­ła­ga­nić i Josh dobrze o tym wie­dział. Court­ney stała obok niego niczym pani na wło­ściach, sku­pia­jąc na sobie całą uwagę. Bar­dzo ją lubi­łam, ale zasłu­gi­wała na porządne szturch­nię­cie, które wbi­łoby jej do głowy choć odro­binę roz­sądku.

Josh otwo­rzył drzwi i wma­sze­ro­wał do środka, tuż przed nosem Court­ney. Pie­przony dżen­tel­men! Ale Court w ogóle nie zwró­ciła na to uwagi, tylko podą­żyła za nim jak posłuszny pie­sek.

- Wezmę resztę bagaży - powie­dział Aaron, odwra­ca­jąc się z powro­tem w stronę aut.

Weszłam do środka i szczęka mi opa­dła. Wow.

Domek był prze­śliczny, mimo że nieco sta­ro­świecki. Widok na jezioro z okna salonu zapie­rał dech w pier­siach. Słońce odbi­jało się od tafli wody, spra­wia­jąc, że ta wręcz lśniła. W pokoju był rów­nież spory komi­nek, w któ­rym na upar­tego sama mogła­bym się zmie­ścić. Kyle szedł za mną, nie prze­sta­jąc nagry­wać.

- Mam zamiar się rozej­rzeć. Ktoś chce dołą­czyć? - zapy­tała Megan, nie­mal pod­ska­ku­jąc z pod­eks­cy­to­wa­nia jak małe dziecko. Jej krót­kie włosy, na które nało­żyła zde­cy­do­wa­nie zbyt dużo lakieru, pra­wie się nie poru­szyły. Rzu­ciła już torbę u dołu scho­dów, co w jej przy­padku speł­niało defi­ni­cję roz­pa­ko­wa­nia się.

Siatkę z piwami poda­łam Court­ney, która w kuchni zawia­dy­wała jedze­niem i piciem.

- Jakoś nie mam ochoty zgu­bić się dzi­siaj w lesie, tak że dzięki - odpo­wie­dzia­łam Megan.

Aaron upu­ścił na pod­łogę ostat­nie bagaże.

- Ja pójdę - powie­dział i wyszedł, zanim kto­kol­wiek miałby szansę go zatrzy­mać i popro­sić o pomoc. Patrzy­łam, jak zni­kali wśród drzew. Mocne połu­dniowe słońce tań­czyło w jasnych, nie­mal bia­łych wło­sach Aarona, roz­świe­tla­jąc je. Oboje wyglą­dali na uszczę­śli­wio­nych tym wyjaz­dem, a ja mia­łam zamiar doło­żyć wszel­kich sta­rań, żeby rów­nież się nim cie­szyć.

- A teraz spa­ce­rek - powie­dział Kyle, potrzą­sa­jąc głową w ich kie­runku, gdy odkła­dał tele­fon. W dru­giej ręce trzy­mał sze­ścio­pak piwa. - Sza­leń­stwo. Ej, Blake, gdzie posta­wić piwo?

- W pie­kar­niku - odpo­wie­dział ten cierpko.

Pró­bo­wa­łam powstrzy­mać się od uśmie­chu, choć bez­sku­tecz­nie. Nie byłam pewna, co Blake tu robił. Nie wyglą­dało na to, żeby miał szcze­gól­nie dobry kon­takt ze swoim bra­tem, i praw­do­po­dob­nie nawet nie zamie­rzał się o to sta­rać. Usta Kyle'a zwę­ziły się w sztucz­nym uśmie­chu, a ja mogła­bym przy­siąc, że pró­bo­wał zwal­czyć w sobie chęć odpar­cia zaczepki. Zamiast tego zmru­żył oczy, odwró­cił się na pię­cie i potrzą­sa­jąc głową, po pro­stu odszedł. Kyle był wraż­liwy i nie­zbyt dobrze sobie radził, gdy ktoś z niego żar­to­wał.

W ten spo­sób Blake i ja zosta­li­śmy w salo­nie jako jedyni. Znowu sami. Zaci­snę­łam wargi, nie mając poję­cia, co powie­dzieć. Czy w ogóle powin­nam się ode­zwać? Cisza była nie­zręczna, ale jemu chyba wcale nie prze­szka­dzała. Nic nie robiło na nim wra­że­nia. Był chłodny, opa­no­wany, nie­mal przy­po­mi­nał robota. Jed­nak ja nie byłam aż tak naiwna, aby uwie­rzyć, że abso­lut­nie nic go nie rusza.

- Więc... czę­sto tu przy­jeż­dża­łeś, gdy byli­ście dziećmi? - rzu­ci­łam, aby prze­rwać ciszę.

Spoj­rzał przez ramię, uśmie­cha­jąc się pół­gęb­kiem.

- Pytasz, czy czę­sto tu przy­jeż­dżam?

- Nie, zapy­ta­łam, czy czę­sto tu przy­jeż­dża­li­ście. - To spora róż­nica.

Blake odwró­cił się tak, że teraz sta­li­śmy twa­rzą w twarz. Nie wie­dzia­łam, czy zro­bił to po to, aby mnie onie­śmie­lić, ale taki wła­śnie był efekt. Roz­ta­czał wokół sie­bie aurę pew­nej aro­gan­cji, lecz nie było to tak odpy­cha­jące jak w przy­padku Josha.

- Przy­jeż­dża­li­śmy tu czę­sto przed roz­sta­niem rodzi­ców. Po roz­wo­dzie dom w zasa­dzie stał pusty, aż do teraz.

Nie wie­dzia­łam, co powie­dzieć.

- Przy­kro mi.

- Dla­czego? Ludzie cią­gle się roz­wo­dzą. - Wyszedł na zewnątrz, zanim mia­łam szansę cokol­wiek dodać. Z całą pew­no­ścią kryło się w nim znacz­nie wię­cej niż to, co pozwa­lał ludziom zoba­czyć.

- Kenz, bro­wa­rek? - zapy­tał Kyle, wyglą­da­jąc zza moich ple­ców.

- Wiesz, że jest dopiero jede­na­sta rano, co nie? - Obró­ci­łam się do niego, nie mogąc powstrzy­mać się od iro­nii.

- Nooo i...? - odpo­wie­dział, prze­chy­la­jąc głowę i cze­ka­jąc na moje wyja­śnie­nie.

Uśmiech­nę­łam się i wzię­łam od niego puszkę.

- Nie­ważne.

Usie­dli­śmy razem na kana­pie, pod­czas gdy Josh i Court­ney krzą­tali się, wyno­sząc rze­czy do kuchni.

- Może powin­ni­śmy im pomóc? - zapy­ta­łam Kyle'a.

- Zapro­po­no­wa­łem to. Ale wiesz, jaki jest Josh.

Uwiel­bia się rzą­dzić i ma wręcz obse­sję na punk­cie kon­tro­lo­wa­nia wszyst­kiego. Cokol­wiek byśmy zro­bili, nie speł­ni­łoby to jego ocze­ki­wań. Na ile róż­nych spo­so­bów można wło­żyć jedze­nie do sza­fek? Ale to była "chata Josha", a my mie­li­śmy świa­do­mość tego, że byli­śmy jedy­nie gośćmi.

- Będę potrze­bo­wać sporo pro­cen­tów, żeby jakoś prze­trwać ten week­end - powie­dzia­łam. Obie­ca­łam rodzi­com, że nie będę pić, wia­domo, ale tu byli­śmy wolni od rodzi­ciel­skiej kon­troli i zde­cy­do­wani, by wyko­rzy­stać to na maksa. Sta­rzy myślą, że będziemy pły­wać w jezio­rze i przy­pie­kać pianki nad ogni­skiem. Mie­li­śmy taki zamiar, więc ści­śle rzecz ujmu­jąc, to nie było kłam­stwo, ale pić też zamie­rza­li­śmy.

Kyle ski­nął pota­ku­jąco głową i uniósł swoją butelkę.

- No to niech popłyną.

Stuk­nę­łam swoją butelką o jego i pocią­gnę­łam łyk.

Kyle i ja wła­śnie koń­czy­li­śmy trze­cie piwo, gdy dołą­czyła do nas reszta.

- Wow, nie­źle się bawi­cie - stwier­dził Aaron, szcze­rząc się do bute­lek roz­sta­wio­nych na ławie.

- Taaak, Kyle i ja pomy­śle­li­śmy, że dobrze byłoby mieć je w zasięgu ręki. Zdrówko! - powie­dzia­łam, pod­no­sząc swoją na wpół już pustą butelkę.

- Nooo, jak już to robimy, to róbmy to porząd­nie. Czuję, że też chcę się ubz­dryn­go­lić - odpo­wie­dział Aaron, wybie­ra­jąc absynt.

- Wszy­scy w to wcho­dzą, nikt się nie czai. Josh, bra­chu, dawaj no kie­liszki! - Uśmie­cha­łam się coraz sze­rzej. Nie byłam szcze­gólną fanką alko­holu, zwłasz­cza po ostat­nim razie, gdy wyda­rzyło się tamto, lecz dzi­siaj mia­łam po pro­stu ochotę na głup­ko­watą, infan­tylną zabawę.

- Eeee, ludzie, nie chciał­bym, żeby kto­kol­wiek się porzy­gał w moim domu - powie­dział Josh swoim wner­wia­ją­cym, sno­bi­stycz­nym tonem pod tytu­łem "jestem ponad wami". W tym momen­cie poczu­łam dziką chęć schla­nia się tak, żeby fak­tycz­nie mu wszystko zarzy­gać.

Gdy on cze­goś chciał, ja chcia­łam cze­goś dokład­nie prze­ciw­nego. Wie­dzia­łam jed­nak, że to ryzy­kowne. Wie­dzia­łam, że nie mogę - i nie byłam aż tak głu­pia, żeby to naprawdę zro­bić - ale skry­cie o tym marzy­łam.

- Roz­luź­nij się, chło­pie, no już. Wszy­scy chcemy spę­dzić fajny week­end - odpo­wie­dział mu Kyle.

Josh spio­ru­no­wał go wzro­kiem, zaci­ska­jąc szczękę. Nie lubił, gdy mu się sprze­ci­wiano.

- Ja jestem wylu­zo­wany - wyce­dził przez zaci­śnięte zęby.

Aaron wziął do ręki dopiero co napeł­niony kie­li­szek i uniósł go w kie­runku Josha w lekko pro­wo­ka­cyj­nym geście. Uśmiech­nę­łam się i zro­bi­łam to samo. A w następ­nej sekun­dzie tego poża­ło­wa­łam, bo brew Josha unio­sła się i wie­dzia­łam dokład­nie, co sobie pomy­ślał.

I nie zawa­hał się otwo­rzyć swo­jej par­szy­wej gęby. Ale zanim zdo­łał cokol­wiek powie­dzieć, Aaron rzu­cił:

- Toast! - Tym razem uniósł butelkę. - Za zabój­czy week­end!

Każdy z nas pod­niósł to, co aku­rat trzy­mał w ręku.

- Za zabój­czy week­end!

Rozdział 2

Po jakiejś godzi­nie picia odpu­ści­łam sobie, żeby nie paść na twarz, zanim zrobi się ciemno. Josh i Court­ney, jedyna para wśród nas, poszli do pokoju jego rodzi­ców zażyć nieco pry­wat­no­ści, co ozna­czało po pro­stu, że Josh miał ochotę na seks.

Megan i Aaron sie­dzieli w kuchni. Sły­sza­łam, jak przy­ja­ciółka zaśmiała się z cze­goś, co powie­dział Aaron. Kyle poszedł do łazienki krótko po tym, jak Josh i Court­ney znik­nęli na górze, czyli całe wieki temu, więc obie­ca­łam sobie, że nie będę korzy­stać z tej łazienki.

Blake roz­pro­sto­wał nogi, kła­dąc stopy w butach na ławie. Nie paso­wał tutaj. Pił z nami i włą­czał się do roz­mowy, gdy było to konieczne, ale trzy­mał się na ubo­czu. Pomię­dzy nim a Joshem pano­wało napię­cie, będące zde­cy­do­wa­nie czymś wię­cej niż nasz brak sym­pa­tii do niego. Gdy jeden powie­dział coś, co nie spodo­bało się dru­giemu, ten pio­ru­no­wał go wzro­kiem. To było cho­ler­nie krę­pu­jące i powo­do­wało, że chcia­łam natych­miast wyjść z pokoju.

Wyraź­nie się nie doga­dy­wali, więc czemu, do licha, Blake się tutaj wpro­sił?

- Czym się zaj­mu­jesz? - zapy­ta­łam, pró­bu­jąc dowie­dzieć się o nim cze­goś wię­cej niż to, jaki alko­hol lub naj­bar­dziej.

- Pra­cuję tu i tam - mruk­nął.

Rany, łatwiej byłoby skło­nić do roz­mowy kamień.

- Nie jesteś zbyt roz­mowny, co?

Rzu­cił mi szyb­kie spoj­rze­nie, nie poru­sza­jąc przy tym głową ani o mili­metr.

- A po co miał­bym być?

- Żeby poznać ludzi, zaprzy­jaź­nić się, nie żyć jak pustel­nik - odpo­wie­dzia­łam, obda­rza­jąc go sze­ro­kim, szcze­rym uśmie­chem, co spra­wiło, że jego twarz nieco zła­god­niała.

- Sądzisz, że żyję jak pustel­nik?

- A nie?

- Nie - odpo­wie­dział. - Pra­wie ni­gdy nie jestem sam.

Błysk w jego oczach powie­dział mi wszystko. Skrzy­wi­łam się z obrzy­dze­niem.

- Co noc inna laska, co?

- Nie zmie­niają się każ­dej nocy.

Hmm, to się za bar­dzo nie trzy­mało kupy - choć może jego wcze­śniej­sza nie­śmia­łość była tylko pozą? Ale dla­czego zgry­wałby nie­śmia­łego w oto­cze­niu kobiet? Był wyraź­nie dumny, że mógł zacią­gnąć do łóżka pra­wie każdą, którą tylko chciał.

Co zabawne, żołą­dek zawią­zał mi się w supeł, gdy pomy­śla­łam o nim i tych wszyst­kich dziew­czy­nach. Nie byli­śmy w związku. Pra­wie go nie zna­łam. Przy­gry­złam wargi.

- Ktoś ci już kie­dyś zła­mał serce czy po pro­stu jesz­cze nie doro­słeś?

Uniósł brwi, wyraź­nie zdu­miony.

- Co?

- Chcę wie­dzieć, dla­czego wyko­rzy­stu­jesz kobiety.

- Może po pro­stu lubię seks, ale nie chcę być w związku?

- Zwy­kle tak nie jest. - Coś mi zaświ­tało w gło­wie. - Och, okej, nie przej­muj się. Już czaję.

Wes­tchnął.

- Co cza­isz? - zapy­tał.

- No, dla­czego to robisz.

Potarł czoło wyraź­nie ziry­to­wany.

- Kobiety... - wymam­ro­tał. - Co ci się wydaje, że "cza­isz", Mac­ken­zie?

- Nie chcesz związku, bo prze­ży­łeś nie cał­kiem poko­jowe roz­sta­nie rodzi­ców. Boisz się, że z tobą będzie podob­nie.

Przez chwilę sie­dział jak zauro­czony, twarz mu spo­sęp­niała, a ja wie­dzia­łam, że ude­rzy­łam w czułą strunę. Jeden do zera dla Mac­ken­zie.

Cisza się prze­dłu­żała. Krę­ci­łam młynka pal­cami.

Oczy Blake'a się zwę­ziły.

- Nie masz poję­cia, o czym mówisz. Nie spo­tka­łem jesz­cze nikogo, z kim chciał­bym być, to wszystko.

- Skoro tak twier­dzisz, w porządku.

Jego wzrok stał się chłodny.

Cho­lera. Poczu­łam ucisk w żołądku, zże­rało mnie poczu­cie winy.

- Blake, prze­pra­szam. Nie chcia­łam cię ura­zić.

- Nie czuję się ura­żony.

Jego szorstki, niski głos mówił co innego.

Wpa­try­wał się we mnie wzro­kiem tak prze­ni­kli­wym, że nie­mal czu­łam, jak prze­szywa mnie na wylot. Serce mi przy­spie­szyło. Atmos­fera zgęst­niała tak bar­dzo, że robiło się to już nie do znie­sie­nia. W jed­nej chwili Blake wyglą­dał tak, jakby miał gdzieś, czy zaraz wstanę i wyjdę, a sekundę póź­niej spra­wiał wra­że­nie, jakby chciał poznać całą histo­rię mojego życia.

Powie­dzieć, że był nie­od­gad­niony, to mało. Był rów­nież nie­zwy­kle sek­sowny, tak bar­dzo, że przy nim każdy inny facet, jaki kie­dy­kol­wiek mi się podo­bał, wyda­wał się pasz­te­tem.

Jed­nak nie mogłam go roz­gryźć i kom­plet­nie mi się to nie podo­bało. W moim życiu byli różni ludzie - jed­nych uwiel­bia­łam, inni mnie za bar­dzo nie obcho­dzili, jed­nak zawsze wie­dzia­łam, na czym stoję.

- Chcesz się stąd na chwilę wyrwać? - zapy­ta­łam.

- Serio? Nie wyda­jesz się typem dziew­czyny, która by to zapro­po­no­wała - odpo­wie­dział. W jego kry­sta­licz­nie czy­stych nie­bie­skich oczach znowu poja­wił się błysk.

- Daruj sobie takie tek­sty, wiesz, że nie to mia­łam na myśli.

Sądzi­łam, że odmówi, ale wstał, odpy­cha­jąc się rękami od kanapy. Kiedy ja się nie ruszy­łam, tylko uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

- Nie chcia­łaś przy­pad­kiem dokądś iść? To było jakieś pod­chwy­tliwe pyta­nie, Mac­ken­zie? - zapy­tał, prze­wra­ca­jąc suge­styw­nie oczami.

- Nie, nie było - odpo­wie­dzia­łam, pod­no­sząc się. Serce waliło mi z wście­kło­ści i ocze­ki­wa­nia. - Nie sądzi­łam, że odbie­rzesz to w taki spo­sób.

Oczy mu pociem­niały, gdy na moment odpły­nął myślami.

- Praw­do­po­dob­nie wielu rze­czy byś się po mnie nie spo­dzie­wała.

Na dźwięk tonu jego głosu prze­szył mnie dreszcz eks­cy­ta­cji. Tak, nawet przez chwilę nie mia­łam co do tego wąt­pli­wo­ści. To była część jego uroku.

Blake odwró­cił się bez słowa i ruszył w stronę drzwi. Podą­ży­łam za nim i po chwili razem szli­śmy ścieżką bie­gnącą od domu w stronę lasu, choć prawdę mówiąc, nie byłam pewna, czy było to roz­sądne. Mama od maleń­ko­ści powta­rzała mi, żeby ni­gdy nie ufać komuś, kogo nie znam. Las był olbrzymi, my znaj­do­wa­li­śmy się całe mile od mia­sta, naj­bliż­szy dom zaś był jakieś dwa­dzie­ścia minut drogi stąd. A ja bez­tro­sko wybra­łam się na leśną prze­chadzkę z nie­zna­jo­mym.

Blake wszedł do lasu od strony rzeki. Gdy­by­śmy ode­szli wystar­cza­jąco daleko, nikt nie usły­szałby, jak krzy­czę. A ciała bar­dzo łatwo byłoby się pozbyć.

Prze­łknę­łam ner­wowo ślinę.

Zacho­wu­jesz się idio­tycz­nie. Koniec z oglą­da­niem hor­ro­rów.

- No, Mac­ken­zie, to co jest z tobą nie tak? Czy jesteś tak ide­alna, na jaką wyglą­dasz? - zapy­tał, obrzu­ca­jąc mnie szyb­kim spoj­rze­niem.

- Hmm, nie jestem pewna, jak to rozu­mieć - odpo­wie­dzia­łam. Blake wzru­szył ramio­nami. Byłam pewna, że użył słowa "ide­alna" z zamie­rzoną iro­nią. Ide­alna z pew­no­ścią nie byłam. Popeł­nia­łam błędy i robi­łam rze­czy, które chcia­ła­bym odwró­cić, gdy­bym tylko mogła cof­nąć czas.

- Nic spe­cjal­nego. Jestem do bólu nor­malna.

- Nie ukry­wasz żad­nych mrocz­nych sekre­tów?

Potknę­łam się, tra­cąc grunt pod nogami. Żołą­dek pod­je­chał mi do gar­dła tak, że pra­wie się zakrztu­si­łam. Czy Josh mu powie­dział? Nie, nie mógłby. Nie miał żad­nego powodu, żeby to zro­bić. Mówie­nie o wszyst­kim nie­lu­bia­nemu bratu nie było w jego stylu.

- Nie­stety, żad­nych sekre­tów.

- Kłam­czuszka - rzu­cił pod nosem.

Sta­nę­łam jak wryta. Blake zro­bił jakieś dzie­sięć kro­ków, zanim zauwa­żył, że prze­sta­łam za nim iść. Odwró­cił głowę i uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

- Och, no chodź już, Mac­ken­zie, każdy ma jakieś tajem­nice - powie­dział, prze­wra­ca­jąc oczami.

- Nie­ko­niecz­nie mroczne.

Z wyjąt­kiem cie­bie, powie­dzia­łam do sie­bie w myślach. Jak dużo on wie?

Pod­szedł do mnie, przy­gważ­dża­jąc mnie wzro­kiem. Sta­łam nie­wzru­szona jak skała, gdy się zbli­żał. Gałązki trzesz­czały mu pod sto­pami, gdy wolno kro­czył w moją stronę. Zatrzy­mał się tuż przede mną, tak że nasze stopy nie­mal się sty­kały. Pró­bo­wa­łam igno­ro­wać walące gło­śno serce. Blake był tak nie­bez­piecz­nie bli­sko. Jego musku­larna budowa i uwo­dzi­ciel­skie spoj­rze­nie spra­wiały, że naprawdę mia­łam ochotę zacią­gnąć go do łóżka.

Ugry­złam się w poli­czek. Był jed­no­cze­śnie zbyt bli­sko i zbyt daleko. Cho­lerne hor­mony.

- Sekrety, które skry­wasz sama przed sobą, zawsze są naj­bar­dziej nie­bez­pieczne - wymru­czał niskim gło­sem, nie­mal tak, jakby mówił sam do sie­bie.

- Niczego przed nikim nie ukry­wam.

- Jesteś zbyt otwarta.

Przez jakąś minutę to prze­twa­rza­łam. A w każ­dym razie pró­bo­wa­łam. Ale to dalej nie miało żad­nego sensu.

- Co? - zapy­ta­łam.

- Można w tobie czy­tać jak w książce, Mac­ken­zie. Led­wie zno­sisz to, że Court­ney stoi po stro­nie Josha, prawda?

Przy­tak­nę­łam.

- Dla­czego? Dla­czego po pro­stu nie zerwiesz z nią kon­taktu? Nie prze­sta­niesz napra­wiać waszej przy­jaźni i cały czas dokła­dać sta­rań, by każda sytu­acja była bez­kon­flik­towa? Ludzie będą cię zawo­dzić i wyko­rzy­sty­wać. Musisz wie­dzieć, kiedy odpu­ścić. Widzę to w two­ich oczach. Męczysz się, pró­bu­jąc zebrać sie­bie i wszyst­kich wokół do kupy. To musi być wykań­cza­jące. Kiedy zabrak­nie ci pary? Osza­le­jesz, nim skoń­czysz trzy­dziestkę.

Wypro­sto­wa­łam się rap­tow­nie. Jakim cudem mógł mnie tak przej­rzeć, zna­jąc mnie zale­d­wie od paru godzin? Albo byłam total­nie prze­zro­czy­sta, albo to on feno­me­nal­nie znał się na ludziach. Tak czy ina­czej, nie mogłam dać po sobie poznać, że miał cał­ko­witą rację. Sta­łam więc nie­wzru­szona i skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi.

- Nic o mnie nie wiesz.

Za bar­dzo zbli­żył się do prawdy, co mi się nie podo­bało. Były w mojej prze­szło­ści pewne rze­czy, któ­rych nie akcep­to­wa­łam - gigan­tyczny błąd, który wyma­za­ła­bym w mgnie­niu oka, gdyby tylko to było moż­liwe. Pró­bo­wa­łam jakoś napra­wić tamtą straszną decy­zję, będąc obec­nie wszyst­kim, czego ode mnie ocze­ki­wano - wszyst­kim, czego teraz ja od sie­bie ocze­ki­wa­łam.

To było wyczer­pu­jące.

A naj­bar­dziej iry­tu­ją­cym ele­men­tem w tej ukła­dance był Blake - gość, któ­rego zna­łam rap­tem od paru godzin. Dostrzegł wię­cej niż wszy­scy moi przy­ja­ciele i rodzina razem wzięci. Okej, może nie wie­dział, co się kon­kret­nie stało, ale dostrzegł, że coś ukry­wam. Jeśli to będzie zale­żało tylko ode mnie, Blake ni­gdy się o niczym nie dowie.

- Nie znam szcze­gó­łów, ale fakt, że coś się stało, masz wyta­tu­owany na twa­rzy.

- A co ty masz wyta­tu­owane na sobie? Obsta­wiam zaro­zu­mia­łego dupka.

- Japoń­ski wschód słońca.

- Eee...?

Pod­wi­nął rękaw koszulki, odsła­nia­jąc wyta­tu­owane czarne pół­słońce.

Mówił serio!

- Co to ozna­cza?

- Nie mam poję­cia. Po pro­stu mi się spodo­bało.

No dobra...

- Hmm, fajne - powie­dzia­łam.

Śmie­jąc się do sie­bie, wszedł głę­biej w las. Drzewa zachwy­cały świeżą, czy­stą zie­le­nią, a liście sze­le­ściły miękko na deli­kat­nym wie­trze. Wśród drzew było chłod­niej, a ponie­waż nad Anglię nad­cią­gała wła­śnie potężna fala upa­łów, było to bar­dziej niż pożą­dane.

- Wy wszy­scy zna­cie się od dawna? - zapy­tał, gdy pod­bie­głam, by go dogo­nić.

- Tak.

- Kyle i Aaron nie wyglą­dali na zbyt uszczę­śli­wio­nych, że wtry­ni­łem się w wasz week­end. Zresztą Megan też.

Wzru­szy­łam ramio­nami.

- Są w porządku. Po pro­stu tęsk­nią za tym, jak to było przed erą Josha-i-Court­ney. Potra­fią być tro­chę nado­pie­kuń­czy, szcze­gól­nie Aaron. On zro­biłby dosłow­nie wszystko dla swo­ich przy­ja­ciół. Sta­nąłby za nas na linii ognia. Nie zro­zum mnie źle, ja rów­nież bym to dla nich zro­biła. Raz jakiś gość zła­pał mnie za tyłek, gdy odmó­wi­łam mu tańca, i Aaron go zno­kau­to­wał.

- Jak dla mnie to przy­po­mina raczej zacho­wa­nie kogoś psy­chicz­nie cho­rego, a nie opie­kuń­czego, ale okre­ślaj to sobie, jak tam chcesz.

- A będę - odpo­wie­dzia­łam, mru­żąc oczy. To, że sobie coś tam o mnie myślał, to jedno. Ale nie podo­bało mi się, że mówił źle o moich przy­ja­cio­łach.

- No, to opo­wiedz mi tro­chę. Paczka tak zżyta jak wasza...

Wie­dzia­łam, do czego zmie­rzał.

- Ja nie. Josh i Court­ney, o czym wiesz. Aaron i Tilly scho­dzili się i roz­cho­dzili.

- A ty ni­gdy nic z nikim?

- Nie. Widzisz, dziew­czyny i chło­paki naprawdę mogą pozo­sta­wać tylko przy­ja­ciółmi, bez pod­tek­stów.

- Jasne, tyle że to tro­chę dziwne. Krę­ci­łem się koło róż­nych gru­pek i zawsze ktoś się z kimś prze­spał po pijaku. Albo przy­naj­mniej tro­chę poob­ści­ski­wał.

Och, to dopiero uro­cze.

- Sorry, w tej paczce nie znaj­dziesz ani odro­biny pikan­te­rii. - No, w każ­dym razie nie takiej pikan­te­rii.

- Wow, Ken­zie, ty naprawdę jesteś nie­ska­lana. Pla­nu­jesz na wie­czór jakieś gry plan­szowe?

- Nie, oczy­wi­ście, że nie! Sorry, że tacy z nas nudzia­rze, Wasza Eks­cy­ta­cjo. A tak dla odmiany, jak ty się zaba­wiasz?

Obró­cił się gwał­tow­nie. W jego sze­roko otwar­tych oczach widać było głód, gdy chwy­cił mnie za nad­garstki i oparł o drzewo, przy­gważ­dża­jąc mnie całym sobą. Zanie­mó­wi­łam. Każdy mili­metr mojego ciała go pra­gnął. Chcia­łam czuć jego skórę na swo­jej, jego język w moich ustach, jego oddech na mojej szyi.

Uspo­kój. Się. Mac­ken­zie. Do cho­lery.

Co się ze mną działo? Ni­gdy wcze­śniej nie przy­da­rzyło mi się coś takiego, ni­gdy dotąd nie poczu­łam z nikim takiej che­mii - nie tak szybko. A w zasa­dzie to w ogóle. To wszystko jego wina. Blake wyglą­dał wręcz nie­przy­zwo­icie dobrze, a ota­cza­jąca go aura tajem­nicy tym bar­dziej na mnie dzia­łała. Musia­łam się skon­cen­tro­wać. Nogi zamie­niły mi się w gala­retkę i gdyby mnie nie trzy­mał, upa­dła­bym na zie­mię.

Mobi­li­zu­jąc się do względ­nego ogar­nię­cia, prze­łknę­łam ślinę, bo w ustach mia­łam sucho niczym na Saha­rze i mogłam tylko szep­tać.

- Seks to jedyna zabawa, jaką uzna­jesz?

Przy­ci­snął swoje ciało jesz­cze moc­niej do mojego, a ja stłu­mi­łam jęk. Mogłam bar­dzo wyraź­nie poczuć jego twarde mię­śnie klatki pier­sio­wej. Prze­stań.

- Nie, ale w to bawię się naj­czę­ściej. - Jego oczy pło­nęły, prze­szy­wał mnie wzro­kiem na wylot, szu­ka­jąc sekre­tów, które pró­bo­wa­łam przed nim ukryć. Cały czas stał, przy­ci­ska­jąc mnie mocno do pnia, jego szczęka zaci­snęła się, jak gdyby trudno mu było się powstrzy­mać.

Nie mogę teraz tego zro­bić. Ani w ogóle. Nie jestem osobą, która by od razu na kogoś leciała. Musia­łam naj­pierw coś stwo­rzyć, poznać part­nera, lecz Blake dzia­łał na mnie tak, że mia­łam ochotę wyrzu­cić wszyst­kie zasady przez okno. Zasady, któ­rych tak usil­nie sta­ra­łam się trzy­mać.

Odsu­nął się ode mnie rap­tow­nie. Nogi mia­łam jak z waty. Wspie­ra­jąc się na drze­wie, z tru­dem się wypro­sto­wa­łam.

- Co? - zapy­ta­łam, potrzą­sa­jąc głową i usi­łu­jąc roz­pro­szyć aurę cha­osu i pożą­da­nia, która mnie zale­wała.

- Jakie jest praw­do­po­do­bień­stwo, że po wszyst­kim ci odbije?

- Wyso­kie - odpo­wie­dzia­łam. Upra­wia­nie seksu w środku lasu, z bra­tem Josha, któ­rego pozna­łam zale­d­wie parę godzin temu, było sła­bym pomy­słem.

Mimo to, przez sza­le­jący puls i roz­grzane ciało, śred­nio to do mnie docie­rało.

- Tak myśla­łem. Chodź, pokażę ci, gdzie wepchną­łem Josha do rzeki i zła­ma­łem mu rękę.

Co takiego? W jed­nej chwili facet prak­tycz­nie na mnie leży, a w następ­nej zaba­wia się w prze­wod­nika?

Wzię­łam głę­boki oddech, pró­bu­jąc zebrać myśli i prze­stać zacho­wy­wać się w jego towa­rzy­stwie jak skoń­czona idiotka.

- Zła­ma­łeś mu rękę? - dopy­ty­wa­łam znów w biegu, gdy pró­bo­wa­łam dotrzy­mać mu kroku.

- Nie­chcący. - Uśmiech­nął się iro­nicz­nie. - Nie jestem socjo­patą.

Rozdział 3

Dwie godziny póź­niej Blake i ja wró­ci­li­śmy do domku, gdzie zasie­dli­śmy do kolej­nej rundy gry w chla­nie z resztą przy­ja­ciół. Nie potrwało długo, nim znów byłam ubz­dryn­go­lona... a chwilę póź­niej total­nie pijana. Cią­gle koja­rzy­łam, jak mam na imię i kto jest naszym pre­mie­rem, ale z całą pew­no­ścią pozwo­li­łam sobie na jed­nego drinka za dużo.

Odchy­la­jąc głowę do tyłu, śmia­łam się histe­rycz­nie, dopóki mój żołą­dek nie zaczął pro­te­sto­wać. Wszystko, co na trzeźwo jest co naj­wy­żej mini­mal­nie śmieszne, ura­stało do rangi naj­lep­szego dow­cipu - tak więc to, jak Kyle się potknął, było wręcz prze­za­bawne. Nie upadł nawet na pod­łogę - raczej pró­bo­wał zła­pać rów­no­wagę - ale byłam pijana, więc to nie miało zna­cze­nia. Wstał i rozej­rzał się wokół, jakby miał nadzieję, że nikt niczego nie zauwa­żył.

Chi­cho­ta­łam, nie mogąc się opa­no­wać.

- Odpier­dziel się - rzu­cił, mru­żąc oczy w kie­runku Court­ney, która też się śmiała.

- Jaki prze­wraż­li­wiony - wymam­ro­tała, opie­ra­jąc się o pierś Josha, który obej­mo­wał ją ramie­niem.

Kyle zało­żył ręce.

- Prze­wraż­li­wiony? Serio, Court?

Gdyby to Court­ney się potknęła, nie uwa­ża­łaby tego za zabawne.

- Odwal się - wark­nął Josh.

Czy my naprawdę nie mogli­śmy wytrzy­mać cho­ciaż godziny, żeby ktoś się z kimś nie pokłó­cił?

"Przed Joshem" naprawdę rzadko kiedy się żar­li­śmy. Jęk­nę­łam ciężko i zła­pa­łam się za brzuch. Był pełen enchi­lad, które łap­czy­wie pochła­nia­łam, i praw­do­po­dob­nie tylko dla­tego udało mi się wypić tyle, ile w sie­bie wla­łam.

Blake zarzu­cił nogi na ławę, a ramię na opar­cie kanapy, na któ­rej sie­dzie­li­śmy. Nie­bie­skie jak u dziecka oczy Aarona śle­dziły nas podejrz­li­wie. Sta­ra­łam się uni­kać kon­taktu wzro­ko­wego z nim i sku­liw­szy się, obję­łam kolana ramio­nami, nie chcąc zna­leźć się w cen­trum czy­je­go­kol­wiek zain­te­re­so­wa­nia.

Mój spa­cer z Bla­kiem wpra­wił wszyst­kich w zdu­mie­nie. Przy­ja­ciele - może oprócz Court i zde­cy­do­wa­nie oprócz Josha - wyda­wali się trak­to­wać go jak zły omen, ale praw­do­po­dob­nie tylko dla­tego, że był spo­krew­niony z Joshem i nie zamie­nili z nim jesz­cze ani słowa. Jeżeli Joshowi dali drugą - a raczej dzie­siątą - szansę, tym bar­dziej powinni dać Blake'owi pierw­szą. Jed­nak Aaron był uparty i wręcz nado­pie­kuń­czo tro­skliwy, więc wie­dzia­łam, że jego naj­trud­niej będzie prze­ko­nać.

- O Boże, jutro będzie straszny kac! - jęczała Megan. Nie była tak pijana, jaką zgry­wała, ale z nią zawsze tak było. Do per­fek­cji dopro­wa­dziła swój wize­ru­nek "och, patrz­cie, jak się zata­czam", uda­jąc, że potyka się o wła­sne nogi. Nie lubiła pić i tra­cić kon­troli, ale nie chciała się wyła­my­wać, więc uda­wała. Wszy­scy o tym wie­dzieli. Przy­pusz­czam, że ona sama zda­wała sobie sprawę z tego, że inni wie­dzieli, ale gra­li­śmy w jej grę i śmia­li­śmy się z głu­piut­kiej, pija­nej Megan. W sumie to wszystko było dość zabawne.

- Polej­cie jesz­cze! - Aaron wska­zał puste kie­liszki na stole. Stra­ci­łam rachubę, ile do tej pory wypi­li­śmy. Jed­nak ile­kol­wiek by tego było, to i tak nic w porów­na­niu z tamtą nocą.

Blake był zaska­ku­jąco trzeźwy, zwa­żyw­szy na to, jaką ilość alko­holu w sie­bie wlał. Przy­pusz­cza­łam, że sporo balo­wał w domu i był już zapra­wiony. Gdy wstał po kolejne piwo, szedł zupeł­nie pro­sto.

Kie­liszki dźwię­czały, a ze mną było coraz gorzej. Żołą­dek mi wario­wał i czu­łam nie­przy­jemny ucisk w gar­dle za każ­dym razem, kiedy prze­ły­ka­łam ślinę. Megan wzięła ze sobą jakiś wło­ski likier i zmu­siła nas do opróż­nie­nia całej butelki, bo, jak stwier­dziła: "Gdy­bym przy­wio­zła to gówno z powro­tem, matka by mnie wydzie­dzi­czyła". Mogłam zro­zu­mieć dla­czego. Sma­ko­wało jak cytryna i paliło w prze­łyku. Taki smak musiał mieć płyn do czysz­cze­nia kibli. Osu­szy­li­śmy też przy­nie­sioną przez Aarona flaszkę przy­pra­wio­nego rumu.

Poję­ki­wa­łam i z tru­dem trzy­ma­łam głowę w pio­nie. Moje ciało ważyło tonę, a ja czu­łam się strasz­nie słaba. Docho­dzi­łam do tej sen­nej fazy bycia pija­nym. Przed moimi oczami wszystko pły­wało i wiro­wało.

- Czy wy też tak dziw­nie się czu­je­cie? - zapy­ta­łam.

Boże, to będzie cud, jak się dzi­siaj nie pocho­ruję.

- Jak? Pijani? - zachi­cho­tała Megan.

- Tro­chę. Chyba - odpo­wie­dzia­łam, przy­ci­ska­jąc dłoń do czoła. Było za gorące. Tylko się tu nie porzy­gaj. W gar­dle czu­łam, że to już nad­cho­dzi, byłam o krok od paniki.

- Mac­ken­zie, jesteś cała zie­lona - powie­dział Blake, odgar­nia­jąc moje dłu­gie włosy za ramiona. Gdyby nie było mi tak nie­do­brze, roz­pły­nę­ła­bym się w zachwy­cie, gdy jego ręka musnęła moją szyję.

W gło­wie mi wiro­wało.

- O cho­lera. - Zdo­ła­łam się pod­nieść i przy­ci­ska­jąc dłoń do ust, dałam nura do łazienki. Na szczę­ście udało mi się dobiec do toa­lety, zanim wypły­nęła ze mnie dobra połowa spo­ży­tego alko­holu. Pod­par­łam się rękami o ścianę za kiblem, koń­cząc wymio­to­wa­nie. Jęcząc, powoli sta­nę­łam na nogi, wci­snę­łam spłuczkę i umy­łam zęby. Chwiej­nie szłam z powro­tem do salonu, nie czu­jąc się ani odro­binę bar­dziej trzeźwa. Ale przy­naj­mniej było o tyle lepiej, że żołą­dek już mi tak nie wario­wał.

- Dobrze się czu­jesz? - zapy­tała Court­ney, gdy wró­ci­łam.

- A wygląda, jakby się dobrze czuła? - par­sk­nął Josh.

Nie mia­łam siły mu się odszczek­nąć, więc tylko wysta­wi­łam środ­kowy palec i opa­dłam ciężko na kanapę.

Blake rzu­cił mi szybki, szczery uśmiech, który total­nie mnie roz­broił.

- Już okej?

- Ehem. Muszę tylko dać przez chwilę odpo­cząć oczom. - Siedź spo­koj­nie i się nie ruszaj. Jeśli posie­dzę nie­ru­chomo jak mumia, powin­nam opa­no­wać falę mdło­ści. Zamy­ka­jąc oczy, czu­łam, jak bar­dzo, bar­dzo chce mi się spać.

- Idę na górę do łóżka - powie­działa Megan. - Jestem zmę­czona, a jutro na pewno będę mieć strasz­nego kaca.

Uło­ży­łam się wygod­nie na podusz­kach, z cią­gle zamknię­tymi oczami, i upo­mi­na­łam się w myślach. Mac­ken­zie, tylko się nie ruszaj!

- Eee, Megan, dzi­siaj śpimy tutaj - przy­po­mniał Josh. To był pomysł Court­ney, żeby­śmy wszy­scy spali na dole, jak na wiel­kim piża­mo­wym przy­ję­ciu. Jakie to miało zna­cze­nie, gdzie się znaj­do­wa­li­śmy, skoro i tak byli­śmy nie­przy­tomni - tego nie rozu­mia­łam. Ale oczy­wi­ście Josh ją poparł. Nie dla­tego, że była jego dziew­czyną, tylko dla­tego, że dzięki temu wycho­dził na dobrego chło­paka. Jeśli o niego cho­dziło, Megan mogła spać nawet na zewnątrz.

- Zamknij się, Josh - powie­działa jado­wi­tym gło­sem.

- No weź, Megan, zgo­dzi­łaś się - zaję­czała Court­ney.

Josh poło­żył jej rękę na udzie i nachy­lił się ku Megan.

- To nie twój dom, jak­byś przy­pad­kiem o tym zapo­mniała.

Aaron żach­nął się.

- Jak mogłaby zapo­mnieć? Przy­po­mi­nasz nam o tym co pięć minut!

- Aaron, jesteś gościem, więc robisz to, co mówię, wtedy, kiedy mówię!

- Do jasnej cho­lery, Josh, a jakie to ma zna­cze­nie, gdzie będziemy spać? - wtrą­cił nagle Blake.

Dzięki! - powie­dzia­łam w myślach. Przy­naj­mniej jed­nej osoby w tym towa­rzy­stwie nie opu­ścił zdrowy roz­są­dek.

- Megan, jak chcesz, to idź na górę i już - powie­dział Blake.

Otwo­rzy­łam sze­roko oczy aku­rat w chwili, gdy Megan poka­zy­wała Joshowi język i zaczy­nała gra­mo­lić się po scho­dach. Blake sie­dział już cicho, uśmie­cha­jąc się tylko z poli­to­wa­niem.

Strasz­nie go polu­bi­łaś. To prawda - o wiele bar­dziej, niż powin­nam.

- Masz jakiś pro­blem? - zapy­tał Aaron Josha. Sie­dząc na pod­ło­dze, pod­cią­gnął się i oparł o brzeg kanapy. - Od czasu śmierci Tilly i Gigi sta­łeś się total­nym dup­kiem.

Przed­tem też nim był.

Zwi­nę­łam się w kłę­bek, nie chcąc roz­ma­wiać z Joshem o śmierci przy­ja­ció­łek. Gdy tylko pomy­śla­łam o tym wszyst­kim, co mówił i robił, wzbie­rała we mnie wście­kłość. Można być zado­wo­lo­nym, że unik­ną­łeś śmierci, ale nie wolno się cie­szyć, że komuś innemu się nie udało. Zazgrzy­ta­łam zębami.

- To raczej ja powi­nie­nem zapy­tać cie­bie, jaki ty masz pro­blem - zadrwił Josh. - Rzu­ci­łeś Tilly chwilę wcze­śniej, nie pamię­tasz?

Oczy Aarona pociem­niały.

- Wiesz co, Josh, niech cię szlag trafi! Przy­się­gam, że jeżeli jesz­cze raz wymó­wisz jej imię, zabiję cię.

Myśla­łam, że Aaron pode­rwie się i wal­nie go w ryj. Ale tylko tam sie­dział. Czy też schlał się zbyt mocno, żeby być w sta­nie się ruszyć? Na ogół to go nie powstrzy­my­wało.

Wzdy­cha­jąc, potar­łam twarz rękoma. Teraz każdy wie­czór, który spę­dza­li­śmy razem, koń­czył się awan­turą, a ja mia­łam już tego ser­decz­nie dosyć.

- Dość! - krzyk­nęła Court­ney. - W tej chwili się uspo­kój­cie.

Zaci­snę­łam pię­ści. Jak mogła nie widzieć, kim Josh był naprawdę? Że to on cią­gle pro­wo­ko­wał? Aaron potrzą­snął głową i pocią­gnął następny łyk wódki, osu­sza­jąc butelkę do ostat­niej kro­pli. Chcia­łam wstać i stam­tąd wyjść, jed­nak nie mogłam poru­szyć nawet ramie­niem. Moje powieki znów zaczęły ważyć tonę. Mia­łam już tego ser­decz­nie dosyć. Czu­łam się fatal­nie. Tak też praw­do­po­dob­nie wyglą­da­łam. Pokój wiro­wał wokół mnie, a moje koń­czyny sta­wały się coraz lżej­sze i lżej­sze, jak gdyby chciały się unieść i pod­ry­fo­wać w prze­stwo­rza. Scho­wa­łam głowę w poduszki i odpły­nę­łam.

Wyda­wało mi się, że minęły zale­d­wie minuty, gdy zosta­łam obu­dzona przez naj­od­waż­niej­szego czło­wieka na świe­cie. Ni­gdy nie wyglą­dam zbyt dobrze tuż po otwar­ciu oczu. Lepiej, żeby to było tego warte.

- Czego? - wychar­cza­łam. Nie­zwy­kle roz­ba­wiona twarz Blake'a była pierw­szym, co dostrze­głam, nie­chęt­nie uno­sząc powieki.

Jego oczy zami­go­tały wesoło i chło­pak uśmiech­nął się sze­roko.

- Twoja koszulka.

Pod­par­łam się na jed­nym łok­ciu i spoj­rza­łam w dół. Mia­łam na sobie koszulkę, więc nie wie­dzia­łam, o co mu cho­dziło.

- Co? Blake, o czym ty gadasz?

- To... - Prze­je­chał pal­cem po mojej kości bio­dro­wej, gdzie koszulka pod­wi­jała się o cen­ty­metr czy dwa, uka­zu­jąc nie­wielki skra­wek odsło­nię­tej skóry. Och. Pró­bo­wa­łam oddy­chać nor­mal­nie, ale moje zmy­sły były prze­cią­żone. Widzia­łam jedy­nie jego inten­sywne spoj­rze­nie. Nie czu­łam też nic poza moc­nym zapa­chem męskiej wody po gole­niu. Opuszki jego pal­ców tań­czyły na mojej skó­rze, deli­kat­nie łasko­cząc i nie­mal pozba­wia­jąc mnie tchu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki