Rozdział 1
Piątek 7 sierpnia
- Masz wszystko, czego potrzebujesz, Mackenzie? - zapytała mama,
patrząc, jak upycham ciuchy do torby.
- Chyba tak. Zresztą to tylko dwa dni. - Dwa koszmarne dni znoszenia
Josha.
- Pamiętaj, żeby zostawić adres i numer telefonu na lodówce.
- Nie wydaje mi się, żeby mieli tam telefon stacjonarny, ale zostawię
adres. Chyba jest tam zasięg, więc dam ci znać, jak dojadę.
Przytaknęła nerwowo i obdarzyła mnie słabym uśmiechem.
- Oj mamo, nic mi nie będzie.
- Spędzisz cały weekend z kimś, kogo nie lubisz.
- Nie, spędzę weekend z Aaronem, Courtney, Megan i Kyle'em. Niefortunny
zbieg okoliczności sprawił, że Josh też tam będzie i tyle. - Gdybym
mogła go odzaprosić, zrobiłabym to.
Jednak domek należał do jego rodziców, więc to raczej nie wchodziło w grę. Bez szans. Do Wielkiej Brytanii w końcu dotarło, że jest lato, więc
gdy skończyła się szkoła, Josh zaprosił nas na weekend do domku za
miastem, który mają jego rodzice. To ostatnia taka szansa, nim w przyszłym roku nasze drogi się rozejdą, gdy pójdziemy na studia.
- Jeżeli zechcesz, żeby przyjechać po ciebie wcześniej...
Potrząsnęłam głową.
- Dzięki, ale naprawdę nie ma takiej potrzeby, poradzę sobie. Nie
pozwolę Joshowi zepsuć mi fajnego weekendu z przyjaciółmi. Dobra, muszę
już lecieć.
- Podrzucę cię do Josha.
- Nie, mamo, naprawdę nie trzeba. Przespaceruję się. - Złapałam torbę i przerzuciłam ją przez ramię. - Do zobaczenia w niedzielę wieczorem.
Kocham cię - powiedziałam i pocałowałam ją w policzek.
- Też cię kocham, skarbie. Zadzwoń, jeśli będziesz czegokolwiek
potrzebować.
- Dobrze - obiecałam.
Josh mieszkał zaledwie dwie minuty drogi stąd, więc spacer i tak nie
miał zająć mi zbyt długo. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i ruszyłam przed
siebie. Było niewiarygodnie gorąco - w końcu to początek sierpnia - i cieszyłam się, że wybrałam szorty i koszulkę.
Gdy dotarłam do domu Josha, wszyscy byli na zewnątrz, pakując torby do
samochodów. Jezu, wyjeżdżaliśmy tylko na weekend, a wyglądało na to, że
Courtney i Megan spakowały się na cały tydzień.
- Kenz! - zawołała Courtney, biegnąc do mnie. Jej czerwony kucyk
podskakiwał na wszystkie strony, a zielone oczy błyszczały entuzjazmem.
Była jedyną osobą, która naprawdę szczerze cieszyła się na ten wyjazd.
Wzięłam głęboki oddech i odsuwając od siebie wątpliwości, jakie miałam w związku z tym weekendem, uśmiechnęłam się do niej.
- Cześć, Court! Wszyscy gotowi?
- Prawie. Josh zaraz wróci - odpowiedziała, uśmiechając się trochę
głupawo. - No, nie rób takiej miny - dodała, gdy skrzywiłam się, słysząc
jego imię.
Ups, no to mnie złapała.
- Sorry, nie chciałam. To... miłe z jego strony, że zaprosił nas do
domku swoich starych.
Przyjęła moje kiepskie przeprosiny z uśmiechem.
- On naprawdę chce, żeby wszystko było jak dawniej.
Czyżby miał wehikuł czasu, żeby móc się dzięki niemu cofnąć i nie
powiedzieć tych okropnych rzeczy o moich przyjaciołach? Żeby cofnąć to,
co mi zrobił? To, co ciągle mi robił?
Josh mógł sobie próbować naprawiać przeszłość - o ile w ogóle mielibyśmy
uwierzyć w szczerość jego intencji - ale nie potrafiliśmy mu tak łatwo
przebaczyć. Niektóre krzywdy trudno przeboleć, a ja nie mogłabym
wybaczyć komuś, komu nawet nie było przykro i kto nie zmienił swojego
zachowania. Courtney już mu przebaczyła, oczywiście, ale ona za nic w świecie nie była w stanie dostrzec, jakim zerem był jej chłopak.
Uniosłam brew.
- Mackenzie, proszę - powiedziała Courtney i westchnęła ciężko,
odgarniając grzywkę wpadającą jej do oczu. - On się stara i to naprawdę
wiele by dla mnie znaczyło, gdybyś ty też spróbowała. Proszę?
Jęknęłam i opuściłam ramiona.
- Dobra. Będę miła.
Dwa dni, to wszystko. Dasz radę.
- Wszyscy będziemy - dodała Megan, dołączając do nas. - Prawda? -
Spojrzała na chłopaków.
Aaron i Kyle skinęli potakująco głowami, zgadzając się na rozejm -
przynajmniej na ten weekend.
- A gdzie w ogóle jest Josh? - zapytałam.
- Pojechał po swojego brata. - Courtney przewróciła oczami. - Blake
chciał się z nim zobaczyć, więc dziś rano Josh mu zaproponował, żeby
pojechał z nami. Na dobrą sprawę domek należy również do Blake'a, więc
raczej nikt nie mógłby mu zabronić przyjechać.
- Och - wymamrotałam, niezupełnie pewna, jak czułam się na myśl o spędzeniu weekendu w towarzystwie kogoś obcego. Nie znaliśmy Blake'a, a jeśli był choć trochę podobny do Josha, weekend zapowiadał się
koszmarnie. - Więc przyjeżdża też braciszek z wygnania.
Świetnie. Ten wyjazd zapowiada się coraz lepiej.
Widziałam go wcześniej, może ze dwa razy, gdy ich rodzice wymieniali się
dziećmi, ale nigdy z nim nie rozmawiałam. Blake wyprowadził się z ojcem
po rozwodzie rodziców, a Josh został z mamą. Bracia nie spędzali zatem
zbyt wiele czasu razem, gdy dorastali, prawdopodobnie z korzyścią dla
Blake'a.
Courtney znów odgarnęła niesforną grzywkę, która nigdy nie trzymała się
tam, gdzie trzeba, więc nie rozumiałam, dlaczego po prostu nie zetnie
jej krócej.
- Blake nie przebywa na wygnaniu.
Rzadko się widywali. Ja bym to w ten sposób określiła.
- Dlaczego wbija na imprę swojego brata? - zapytałam.
- Czuje się samotny? - podsunął Kyle, robiąc smutną minę.
Courtney oparła się o samochód Aarona.
- Nie, po prostu chce spędzić trochę czasu z własnym bratem. Obaj tego
chcą.
Jeżeli Blake był podobny do Josha, miałam zamiar wrócić wcześniej do
domu. Nie chciałam nawet oddychać tym samym powietrzem co Josh, więc w pewnym sensie miałam nadzieję, że Blake również okaże się idiotą, a ja
będę miała wymówkę, żeby wcześniej wyjechać, nie raniąc przy tym uczuć
Courtney.
Powiew ciepłego powietrza sprawił, że moje długie kasztanowe włosy
wpadły mi do oczu. Odgarnęłam kosmyk akurat na czas, aby dostrzec, jak
metalicznoczarny mitsubishi warrior - jedyny samochód, jaki
rozpoznawałam bez znaczka, dzięki temu, że to ulubiony model Kyle'a -
zaparkował tuż obok mnie.
No to w drogę...
Josh siedział po stronie pasażera, jego brat prowadził. Obaj mieli
identyczne ciemnobrązowe włosy i niebieskie oczy, lecz poza tym
wyglądali zupełnie inaczej. Josh nie wygrał genów na loterii. Blake
sprzątnął mu sprzed nosa każdą uncję zabójczego wyglądu, nie zostawiając
dla młodszego brata absolutnie nic. Szczęściarz.
Odwróciłam wzrok i obeszłam dookoła samochód Aarona, próbując zachować
tak dużą odległość od Josha, jak to tylko możliwe. Sam widok jego twarzy
wystarczał, żebym miała ochotę mu przywalić, a już zwłaszcza po jego
żądaniach. Courtney to bystra dziewczyna, lecz gdy chodziło o niego,
była jak beton.
Josh wysiadł z auta.
- Siema, ludzie. Pamiętacie mojego brata, Blake'a?
Megan potrząsnęła głową.
- Nie, ale cześć.
Blake podszedł do maski swojego wozu i leniwie się o nią oparł,
przybierając pozę znudzonego.
- Cześć - powiedział, kiwając głową.
Miał na sobie masywne czarne buty, ciemne dżinsy i czarną kurtkę, co
dodawało jego postaci aury tajemniczości. Być może nieco niebezpiecznej
tajemniczości. Jego ciemne włosy sterczały niedbale we wszystkie strony,
co miało pokazywać, że ma wszystko gdzieś - i, jak przypuszczałam,
faktycznie tak było. Wzrok miał niezwykle intensywny, trochę tak, jakby
przenikał wszystko. Nie chciałam, żeby dostrzegł cokolwiek we mnie.
- No, jedźmy już - powiedziałam, otwierając drzwi samochodu, po czym
wgramoliłam się do środka. Im szybciej tam dotrzemy, tym szybciej
będziemy mogli wrócić. - Cholera, zabrzmiałam tak jak moi rodzice w Wigilię, próbujący wysłać mnie do łóżka, gdy wskazówka zegara zbliża się
niebezpiecznie do północy.
Ale teraz przynajmniej zyskiwałam całe dwa dni bez dorosłych, tylko z przyjaciółmi. To z całą pewnością coś, na co warto było czekać.
- Ej, Mackenzie - powiedziała Courtney - ty jedziesz ze mną.
Sposępniałam. Wiedziałam, co to oznacza.
- Co?
Courtney podeszła bliżej i nachyliła się do auta, żebyśmy mogły zamienić
kilka słów na osobności.
- Jedziesz ze mną, Joshem i Blakiem.
- Żartujesz, nic z tego - odpowiedziałam.
- Kenz, proszę. Słuchaj, wiem, że jesteś na niego wściekła, i rozumiem
dlaczego, ale spróbujesz? Naprawdę uważam, że wam dwojgu ten wyjazd
pomoże to jakoś przepracować.
- Cóż, Court, ja tak nie sądzę.
- Ten weekend będzie do bani, jeżeli przez cały czas będziesz wściekać
się na Josha.
Nachmurzyłam się. Nie byłam jedyną osobą, która nie mogła go znieść,
więc dlaczego tylko mnie zmuszano do "postarania się bardziej"?
- Jego brat jest jakiś dziwny - wyszeptałam, jak gdyby to miało
przekonać Courtney do zmiany zdania.
- Blake jest nieszkodliwy.
Nie mogłam wymyślić już żadnej innej wymówki. Westchnęłam zrezygnowana.
- W porządku. Ale jeżeli Josh wkurzy mnie jakimiś swoimi durnymi
uwagami, przesiądę się - odpowiedziałam.
Courtney uniosła ręce.
- Dobra, w porządku. Dzięki.
- Bierzemy samochód Blake'a?
- Tak, musieli uzgodnić, że wezmą jego wóz. Teraz rozumiem dlaczego. -
Courtney miała hopla na punkcie aut. Znała wszystkie marki i modele i potrafiła rozpoznać je jednym rzutem oka. Ja natomiast nie byłam w stanie nawet stwierdzić, czy z samochodem jest coś nie tak - chyba że
padł już silnik.
- Blake będzie prowadził?
- To jego auto, więc chyba tak. - Courtney wzruszyła ramionami,
spoglądając z uwielbieniem na Josha, co sprawiło, że miałam ochotę nią
potrząsnąć, żeby w końcu nabrała rozumu.
- Ja z przodu - rzuciłam szybko. Skoro już miałam jechać tym samym
autem, na pewno nie zamierzałam siedzieć obok niego. Wiedziałam, że
zachowuję się trochę jak dziecko, ale miałam to gdzieś. Josh przegiął, a ja nie miałam zamiaru mu wybaczyć. W zasadzie to przegiął jakiś milion
razy.
Usiadłam na miejscu obok kierowcy, zanim Josh miałby szansę cokolwiek
powiedzieć lub zrobić. Blake uśmiechnął się jakby z zakłopotaniem i odpalił silnik. Nie emanował pewnością siebie, lecz sprawiał wrażenie,
jakby nie dbał, co ktokolwiek o nim myśli.
- Też z wami jadę - powiedział Kyle.
Oczy Courtney zwęziły się.
- Ty jedziesz z Aaronem i Megan.
- Macie jeszcze jedno miejsce, no nie?
- Kyle, piątka w jednym aucie i dwójka w drugim to głupi pomysł. Nikt
nie chce się gnieść na tylnym siedzeniu.
- Och, na litość boską, Kyle, po prostu wsiadaj do Aarona i już - wciął
się Josh, przechodząc obok niego. - Żałosny dupek.
Zazgrzytałam zębami. Czy to naprawdę miało znaczenie, kto jedzie jednym
samochodem, a kto drugim?
Odpowiedź brzmiała "nie".
Blake i ja nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, więc szybko zapadła
niezręczna cisza, gdy czekaliśmy, aż Josh i Courtney wsiądą do środka.
Przygryzłam policzek i kręciłam młynka palcami. No powiedz coś do
niego! Nigdy wcześniej ze sobą nie rozmawialiśmy. Teraz miało się to
zmienić. Czekała nas czterdziestopięciominutowa przejażdżka do odległej
części Lake District.
- Dlaczego aż tak nie lubisz Josha? - zapytał nagle.
Jego bezpośredniość wprawiła mnie w zdumienie. To, że nie cierpiałam
Josha, nie było sekretem, jednak nie spodziewałam się, że jego brat może
tak bezpośrednio o to zapytać.
- Hmm, bo jest pieprzonym idiotą.
Brwi Blake'a uniosły się i chłopak zacisnął wargi. W końcu skinął głową.
- Aha, okej.
- Nie widujesz go zbyt często, prawda?
- Niespecjalnie. Gdy dorastaliśmy, nasi starzy dość długo nie byli w stanie się dogadać i sensownie ułożyć naszych wizyt. Gdy w końcu trochę
to ogarnęli, przez większość czasu po prostu zamieniali się nami na
dzień czy dwa. Wydaje mi się, że mógłbym policzyć na palcach jednej
ręki, ile razy na przestrzeni ostatnich dwunastu lat widziałem się z własną matką.
Poczułam w sercu ukłucie. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, co musiał
przejść jako dziecko. Z pewnością strasznie tęsknił za mamą. Ja na pewno
bym tęskniła. Moja mama była jedyną osobą, do której mogłam się zwrócić
z każdym problemem - no dobra, prawie z każdym.
- To bardzo smutne.
Lekko wzruszył ramionami.
- Czasem tak bywa.
- Tak, ale... - Potrząsnęłam głową. Nie mogłam sobie wyobrazić, że nie mam
mamy na co dzień, chociaż czasem doprowadzała mnie do szału. Blake
musiał czuć się porzucony przez własną matkę, skoro ta nigdy nie
postarała się o to, by mieć z nim lepszy kontakt. Może tak samo czuł się
Josh w relacjach z ojcem? Wow, Josh i głębsze uczucia. Dziwnie było
myśleć o nim w ten sposób... Jeżeli chodziło o jego charakter, znałam go
tylko od tej płytkiej i egoistycznej strony.
Josh i Courtney wsiedli do auta, a ja zasznurowałam usta. Atmosfera
zgęstniała, jak zawsze w obecności Josha. Wiedział, że wolałabym, aby
Courtney z nim nie była, nie po tych wszystkich okropnościach, które
powiedział o naszych kumpelach - Tilly i Gigi.
Był przeszczęśliwy, że Courtney nie rzuciła go za traktowanie jej
przyjaciół jak śmieci. Dupek.
- Och, Mackenzie, oczywiście, że nie mam nic przeciwko temu, że siedzisz
z przodu obok mojego brata - rzucił Josh, nie kryjąc sarkazmu, gdy
gramolił się na tylne siedzenie.
Zacisnęłam pięści. Nie pozwól mu się sprowokować.
- To mój wóz, braciszku, a ja wolę siedzieć obok ślicznej buzi zamiast
obok tej twojej paskudnej gęby.
Uśmiechając się do siebie, chwyciłam torebkę z lizakami i poczęstowałam
Blake'a. Choć prawdopodobnie powinnam się wściec za komentarz o "ślicznej buzi", to nazwanie Josha paskudnym przesłoniło tamte słowa.
Blake wybrał smak pomarańczowy - mój ulubiony - i puścił do mnie oko.
- Nie podzielisz się, Mackenzie? - zapytał Josh.
Wzięłam głęboki oddech, próbując opanować dziką chęć wbicia mu
plastikowego patyczka prosto w oko.
- Jasne - odpowiedziałam, podając do tyłu paczkę. Wziął dwa, zapewne po
to, żeby mnie wkurzyć, ale nie zareagowałam.
- Dobra, weźcie wszyscy spróbujcie zachowywać się normalnie - zaczęła
jęczeć Courtney. - To weekend, bez rodziców, ma być epicko, więc możecie
się w końcu pogodzić?
- Wiesz, kochanie, że ja nic do nikogo z nich nie mam - odpowiedział
Josh.
- Niech ci będzie - wymamrotałam, zaciskając szczękę.
Obserwowałam Blake'a, gdy prowadził. Jego oczy prześlizgiwały się to tu,
to tam, od czasu do czasu spoczywając na mnie, jednak nie mówił ani
słowa. Nagle pomyślałam, że chciałabym go poznać, choć sama nie byłam
pewna dlaczego. Po tym weekendzie wróci do domu, a ja prawdopodobnie
nigdy więcej go nie zobaczę.
A jednak - Blake był boski i coś nieodparcie mnie do niego ciągnęło.
Szczęśliwie udało nam się dotrzeć do celu bez rozlewu krwi, więc byłam
dumna ze swojej samokontroli - jak dotąd, w każdym razie. Courtney
próbowała zająć Josha, flirtując z nim i puszczając mu muzykę. Nie
mogłam się doczekać, aż ona w końcu przejrzy na oczy. Chciałam mieć
pewność, że znajdę się w pierwszym rzędzie, gdy nadejdzie scena, w której kopnie go w dupę.
- To tutaj? - zapytałam, wyglądając przez okno, za którym dostrzegłam
ogromny, piętrowy dom. Bez problemu mogłoby tam mieszkać z dziesięć
osób.
Blake wyłączył silnik.
- A czego oczekiwałaś? Ritza? - rzucił ironicznie.
- To niesamowite. Nie spodziewałam się, że będzie aż tak duży.
- Słysząc taki tekst, trzy lata temu rzuciłbym jakimś sprośnym żartem -
odpowiedział Blake.
- A teraz wszyscy dorośliśmy, co?
- Nieee, po prostu wtedy przyuważyłem, jak Josh próbuje zgrywać takiego
twardziela, i zdałem sobie sprawę, jak idiotycznie takie teksty w rzeczywistości brzmią.
Uśmiechnęłam się szeroko i wysiadłam z samochodu. Polubiłam Blake'a. No
i ta jego wręcz do bólu piękna twarz... Może ten weekend nie będzie jednak
aż tak beznadziejny. Kyle i Aaron wyciągnęli torby z bagażnika i rzucili
je na ziemię. Gdzieś w połowie drogi do domku Kyle chwycił telefon i zaczął nagrywać, tak jak to ma w zwyczaju. Planował karierę w branży
filmowej, i według mnie świetnie się do tego nadawał.
- Uśmiech, Kenz! - powiedział, obracając się w moją stronę.
Wystawiłam język, a Aaron pokazał środkowy palec.
- Świetnie, Aaron - rzucił Kyle, nie kryjąc sarkazmu.
Megan wpatrywała się w olbrzymi dom. Zaniedbane rośliny i wyblakłe ramy
okienne wskazywały na to, że od dawna nikogo tutaj nie było. Josh i Courtney spędzili ostatni weekend, przygotowując wszystko na nasz
przyjazd, ale uprzątnęli tylko wnętrze.
Dom znajdował się na polanie z trzech stron otoczonej drzewami. Przed
nim rozciągało się cudowne jezioro. Było tu po prostu przepięknie. Nie
rozumiałam, dlaczego rodzina Josha nie korzystała z uroków tego miejsca
częściej.
- Cieszysz się, że znów tu jesteś? - zapytałam Blake'a, gdy leniwie
zmierzaliśmy w kierunku drzwi frontowych. Stawiał ciężko nogę za nogą,
jakby niespecjalnie miał ochotę tu być.
Wzruszył ramionami i burknął od niechcenia:
- Przyjechałem tu tylko się nachlać.
No jasne, że tak.
Josh otworzył drzwi kluczem i obrócił się w naszą stronę. Kyle
przewrócił oczami, przewidując, co za chwilę nastąpi, a ja próbowałam
powstrzymać się od śmiechu. My, osiemnastolatkowie - no i Blake,
ilekolwiek lat miał - mieliśmy właśnie wysłuchać kazania o zasadach.
- Courtney i ja nieźle się napracowaliśmy, żeby przygotować dla was to
miejsce, więc doceniłbym, gdybyście to uszanowali i nie zostawili po
sobie bajzlu.
Ugryzłam się w język. Jaki on był nadęty! Nikt z nas nie miał zamiaru
nabałaganić i Josh dobrze o tym wiedział. Courtney stała obok niego
niczym pani na włościach, skupiając na sobie całą uwagę. Bardzo ją
lubiłam, ale zasługiwała na porządne szturchnięcie, które wbiłoby jej do
głowy choć odrobinę rozsądku.
Josh otworzył drzwi i wmaszerował do środka, tuż przed nosem Courtney.
Pieprzony dżentelmen! Ale Court w ogóle nie zwróciła na to uwagi, tylko
podążyła za nim jak posłuszny piesek.
- Wezmę resztę bagaży - powiedział Aaron, odwracając się z powrotem w stronę aut.
Weszłam do środka i szczęka mi opadła. Wow.
Domek był prześliczny, mimo że nieco staroświecki. Widok na jezioro z okna salonu zapierał dech w piersiach. Słońce odbijało się od tafli
wody, sprawiając, że ta wręcz lśniła. W pokoju był również spory
kominek, w którym na upartego sama mogłabym się zmieścić. Kyle szedł za
mną, nie przestając nagrywać.
- Mam zamiar się rozejrzeć. Ktoś chce dołączyć? - zapytała Megan, niemal
podskakując z podekscytowania jak małe dziecko. Jej krótkie włosy, na
które nałożyła zdecydowanie zbyt dużo lakieru, prawie się nie poruszyły.
Rzuciła już torbę u dołu schodów, co w jej przypadku spełniało definicję
rozpakowania się.
Siatkę z piwami podałam Courtney, która w kuchni zawiadywała jedzeniem i piciem.
- Jakoś nie mam ochoty zgubić się dzisiaj w lesie, tak że dzięki -
odpowiedziałam Megan.
Aaron upuścił na podłogę ostatnie bagaże.
- Ja pójdę - powiedział i wyszedł, zanim ktokolwiek miałby szansę go
zatrzymać i poprosić o pomoc. Patrzyłam, jak znikali wśród drzew. Mocne
południowe słońce tańczyło w jasnych, niemal białych włosach Aarona,
rozświetlając je. Oboje wyglądali na uszczęśliwionych tym wyjazdem, a ja
miałam zamiar dołożyć wszelkich starań, żeby również się nim cieszyć.
- A teraz spacerek - powiedział Kyle, potrząsając głową w ich kierunku,
gdy odkładał telefon. W drugiej ręce trzymał sześciopak piwa. -
Szaleństwo. Ej, Blake, gdzie postawić piwo?
- W piekarniku - odpowiedział ten cierpko.
Próbowałam powstrzymać się od uśmiechu, choć bezskutecznie. Nie byłam
pewna, co Blake tu robił. Nie wyglądało na to, żeby miał szczególnie
dobry kontakt ze swoim bratem, i prawdopodobnie nawet nie zamierzał się
o to starać. Usta Kyle'a zwęziły się w sztucznym uśmiechu, a ja mogłabym
przysiąc, że próbował zwalczyć w sobie chęć odparcia zaczepki. Zamiast
tego zmrużył oczy, odwrócił się na pięcie i potrząsając głową, po prostu
odszedł. Kyle był wrażliwy i niezbyt dobrze sobie radził, gdy ktoś z niego żartował.
W ten sposób Blake i ja zostaliśmy w salonie jako jedyni. Znowu sami.
Zacisnęłam wargi, nie mając pojęcia, co powiedzieć. Czy w ogóle
powinnam się odezwać? Cisza była niezręczna, ale jemu chyba wcale nie
przeszkadzała. Nic nie robiło na nim wrażenia. Był chłodny, opanowany,
niemal przypominał robota. Jednak ja nie byłam aż tak naiwna, aby
uwierzyć, że absolutnie nic go nie rusza.
- Więc... często tu przyjeżdżałeś, gdy byliście dziećmi? - rzuciłam, aby
przerwać ciszę.
Spojrzał przez ramię, uśmiechając się półgębkiem.
- Pytasz, czy często tu przyjeżdżam?
- Nie, zapytałam, czy często tu przyjeżdżaliście. - To spora różnica.
Blake odwrócił się tak, że teraz staliśmy twarzą w twarz. Nie
wiedziałam, czy zrobił to po to, aby mnie onieśmielić, ale taki właśnie
był efekt. Roztaczał wokół siebie aurę pewnej arogancji, lecz nie było
to tak odpychające jak w przypadku Josha.
- Przyjeżdżaliśmy tu często przed rozstaniem rodziców. Po rozwodzie dom
w zasadzie stał pusty, aż do teraz.
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Przykro mi.
- Dlaczego? Ludzie ciągle się rozwodzą. - Wyszedł na zewnątrz, zanim
miałam szansę cokolwiek dodać. Z całą pewnością kryło się w nim znacznie
więcej niż to, co pozwalał ludziom zobaczyć.
- Kenz, browarek? - zapytał Kyle, wyglądając zza moich pleców.
- Wiesz, że jest dopiero jedenasta rano, co nie? - Obróciłam się do
niego, nie mogąc powstrzymać się od ironii.
- Nooo i...? - odpowiedział, przechylając głowę i czekając na moje
wyjaśnienie.
Uśmiechnęłam się i wzięłam od niego puszkę.
- Nieważne.
Usiedliśmy razem na kanapie, podczas gdy Josh i Courtney krzątali się,
wynosząc rzeczy do kuchni.
- Może powinniśmy im pomóc? - zapytałam Kyle'a.
- Zaproponowałem to. Ale wiesz, jaki jest Josh.
Uwielbia się rządzić i ma wręcz obsesję na punkcie kontrolowania
wszystkiego. Cokolwiek byśmy zrobili, nie spełniłoby to jego oczekiwań.
Na ile różnych sposobów można włożyć jedzenie do szafek? Ale to była
"chata Josha", a my mieliśmy świadomość tego, że byliśmy jedynie gośćmi.
- Będę potrzebować sporo procentów, żeby jakoś przetrwać ten weekend -
powiedziałam. Obiecałam rodzicom, że nie będę pić, wiadomo, ale tu
byliśmy wolni od rodzicielskiej kontroli i zdecydowani, by wykorzystać
to na maksa. Starzy myślą, że będziemy pływać w jeziorze i przypiekać
pianki nad ogniskiem. Mieliśmy taki zamiar, więc ściśle rzecz ujmując,
to nie było kłamstwo, ale pić też zamierzaliśmy.
Kyle skinął potakująco głową i uniósł swoją butelkę.
- No to niech popłyną.
Stuknęłam swoją butelką o jego i pociągnęłam łyk.
Kyle i ja właśnie kończyliśmy trzecie piwo, gdy dołączyła do nas reszta.
- Wow, nieźle się bawicie - stwierdził Aaron, szczerząc się do butelek
rozstawionych na ławie.
- Taaak, Kyle i ja pomyśleliśmy, że dobrze byłoby mieć je w zasięgu
ręki. Zdrówko! - powiedziałam, podnosząc swoją na wpół już pustą
butelkę.
- Nooo, jak już to robimy, to róbmy to porządnie. Czuję, że też chcę się
ubzdryngolić - odpowiedział Aaron, wybierając absynt.
- Wszyscy w to wchodzą, nikt się nie czai. Josh, brachu, dawaj no
kieliszki! - Uśmiechałam się coraz szerzej. Nie byłam szczególną fanką
alkoholu, zwłaszcza po ostatnim razie, gdy wydarzyło się tamto, lecz
dzisiaj miałam po prostu ochotę na głupkowatą, infantylną zabawę.
- Eeee, ludzie, nie chciałbym, żeby ktokolwiek się porzygał w moim domu
- powiedział Josh swoim wnerwiającym, snobistycznym tonem pod tytułem
"jestem ponad wami". W tym momencie poczułam dziką chęć schlania się
tak, żeby faktycznie mu wszystko zarzygać.
Gdy on czegoś chciał, ja chciałam czegoś dokładnie przeciwnego.
Wiedziałam jednak, że to ryzykowne. Wiedziałam, że nie mogę - i nie
byłam aż tak głupia, żeby to naprawdę zrobić - ale skrycie o tym
marzyłam.
- Rozluźnij się, chłopie, no już. Wszyscy chcemy spędzić fajny weekend -
odpowiedział mu Kyle.
Josh spiorunował go wzrokiem, zaciskając szczękę. Nie lubił, gdy mu się
sprzeciwiano.
- Ja jestem wyluzowany - wycedził przez zaciśnięte zęby.
Aaron wziął do ręki dopiero co napełniony kieliszek i uniósł go w kierunku Josha w lekko prowokacyjnym geście. Uśmiechnęłam się i zrobiłam
to samo. A w następnej sekundzie tego pożałowałam, bo brew Josha uniosła
się i wiedziałam dokładnie, co sobie pomyślał.
I nie zawahał się otworzyć swojej parszywej gęby. Ale zanim zdołał
cokolwiek powiedzieć, Aaron rzucił:
- Toast! - Tym razem uniósł butelkę. - Za zabójczy weekend!
Każdy z nas podniósł to, co akurat trzymał w ręku.
- Za zabójczy weekend!
Rozdział 2
Po jakiejś godzinie picia odpuściłam sobie,
żeby nie paść na twarz, zanim zrobi się ciemno. Josh i Courtney, jedyna
para wśród nas, poszli do pokoju jego rodziców zażyć nieco prywatności,
co oznaczało po prostu, że Josh miał ochotę na seks.
Megan i Aaron siedzieli w kuchni. Słyszałam, jak przyjaciółka zaśmiała
się z czegoś, co powiedział Aaron. Kyle poszedł do łazienki krótko po
tym, jak Josh i Courtney zniknęli na górze, czyli całe wieki temu, więc
obiecałam sobie, że nie będę korzystać z tej łazienki.
Blake rozprostował nogi, kładąc stopy w butach na ławie. Nie pasował
tutaj. Pił z nami i włączał się do rozmowy, gdy było to konieczne, ale
trzymał się na uboczu. Pomiędzy nim a Joshem panowało napięcie, będące
zdecydowanie czymś więcej niż nasz brak sympatii do niego. Gdy jeden
powiedział coś, co nie spodobało się drugiemu, ten piorunował go
wzrokiem. To było cholernie krępujące i powodowało, że chciałam
natychmiast wyjść z pokoju.
Wyraźnie się nie dogadywali, więc czemu, do licha, Blake się tutaj
wprosił?
- Czym się zajmujesz? - zapytałam, próbując dowiedzieć się o nim czegoś
więcej niż to, jaki alkohol lub najbardziej.
- Pracuję tu i tam - mruknął.
Rany, łatwiej byłoby skłonić do rozmowy kamień.
- Nie jesteś zbyt rozmowny, co?
Rzucił mi szybkie spojrzenie, nie poruszając przy tym głową ani o milimetr.
- A po co miałbym być?
- Żeby poznać ludzi, zaprzyjaźnić się, nie żyć jak pustelnik -
odpowiedziałam, obdarzając go szerokim, szczerym uśmiechem, co sprawiło,
że jego twarz nieco złagodniała.
- Sądzisz, że żyję jak pustelnik?
- A nie?
- Nie - odpowiedział. - Prawie nigdy nie jestem sam.
Błysk w jego oczach powiedział mi wszystko. Skrzywiłam się z obrzydzeniem.
- Co noc inna laska, co?
- Nie zmieniają się każdej nocy.
Hmm, to się za bardzo nie trzymało kupy - choć może jego wcześniejsza
nieśmiałość była tylko pozą? Ale dlaczego zgrywałby nieśmiałego w otoczeniu kobiet? Był wyraźnie dumny, że mógł zaciągnąć do łóżka prawie
każdą, którą tylko chciał.
Co zabawne, żołądek zawiązał mi się w supeł, gdy pomyślałam o nim i tych
wszystkich dziewczynach. Nie byliśmy w związku. Prawie go nie znałam.
Przygryzłam wargi.
- Ktoś ci już kiedyś złamał serce czy po prostu jeszcze nie dorosłeś?
Uniósł brwi, wyraźnie zdumiony.
- Co?
- Chcę wiedzieć, dlaczego wykorzystujesz kobiety.
- Może po prostu lubię seks, ale nie chcę być w związku?
- Zwykle tak nie jest. - Coś mi zaświtało w głowie. - Och, okej, nie
przejmuj się. Już czaję.
Westchnął.
- Co czaisz? - zapytał.
- No, dlaczego to robisz.
Potarł czoło wyraźnie zirytowany.
- Kobiety... - wymamrotał. - Co ci się wydaje, że "czaisz", Mackenzie?
- Nie chcesz związku, bo przeżyłeś nie całkiem pokojowe rozstanie
rodziców. Boisz się, że z tobą będzie podobnie.
Przez chwilę siedział jak zauroczony, twarz mu sposępniała, a ja
wiedziałam, że uderzyłam w czułą strunę. Jeden do zera dla Mackenzie.
Cisza się przedłużała. Kręciłam młynka palcami.
Oczy Blake'a się zwęziły.
- Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Nie spotkałem jeszcze nikogo, z kim
chciałbym być, to wszystko.
- Skoro tak twierdzisz, w porządku.
Jego wzrok stał się chłodny.
Cholera. Poczułam ucisk w żołądku, zżerało mnie poczucie winy.
- Blake, przepraszam. Nie chciałam cię urazić.
- Nie czuję się urażony.
Jego szorstki, niski głos mówił co innego.
Wpatrywał się we mnie wzrokiem tak przenikliwym, że niemal czułam, jak
przeszywa mnie na wylot. Serce mi przyspieszyło. Atmosfera zgęstniała
tak bardzo, że robiło się to już nie do zniesienia. W jednej chwili
Blake wyglądał tak, jakby miał gdzieś, czy zaraz wstanę i wyjdę, a sekundę później sprawiał wrażenie, jakby chciał poznać całą historię
mojego życia.
Powiedzieć, że był nieodgadniony, to mało. Był również niezwykle
seksowny, tak bardzo, że przy nim każdy inny facet, jaki kiedykolwiek mi
się podobał, wydawał się pasztetem.
Jednak nie mogłam go rozgryźć i kompletnie mi się to nie podobało. W moim życiu byli różni ludzie - jednych uwielbiałam, inni mnie za bardzo
nie obchodzili, jednak zawsze wiedziałam, na czym stoję.
- Chcesz się stąd na chwilę wyrwać? - zapytałam.
- Serio? Nie wydajesz się typem dziewczyny, która by to zaproponowała -
odpowiedział. W jego krystalicznie czystych niebieskich oczach znowu
pojawił się błysk.
- Daruj sobie takie teksty, wiesz, że nie to miałam na myśli.
Sądziłam, że odmówi, ale wstał, odpychając się rękami od kanapy. Kiedy
ja się nie ruszyłam, tylko uśmiechnął się ironicznie.
- Nie chciałaś przypadkiem dokądś iść? To było jakieś podchwytliwe
pytanie, Mackenzie? - zapytał, przewracając sugestywnie oczami.
- Nie, nie było - odpowiedziałam, podnosząc się. Serce waliło mi z wściekłości i oczekiwania. - Nie sądziłam, że odbierzesz to w taki
sposób.
Oczy mu pociemniały, gdy na moment odpłynął myślami.
- Prawdopodobnie wielu rzeczy byś się po mnie nie spodziewała.
Na dźwięk tonu jego głosu przeszył mnie dreszcz ekscytacji. Tak, nawet
przez chwilę nie miałam co do tego wątpliwości. To była część jego
uroku.
Blake odwrócił się bez słowa i ruszył w stronę drzwi. Podążyłam za nim i po chwili razem szliśmy ścieżką biegnącą od domu w stronę lasu, choć
prawdę mówiąc, nie byłam pewna, czy było to rozsądne. Mama od maleńkości
powtarzała mi, żeby nigdy nie ufać komuś, kogo nie znam. Las był
olbrzymi, my znajdowaliśmy się całe mile od miasta, najbliższy dom zaś
był jakieś dwadzieścia minut drogi stąd. A ja beztrosko wybrałam się na
leśną przechadzkę z nieznajomym.
Blake wszedł do lasu od strony rzeki. Gdybyśmy odeszli wystarczająco
daleko, nikt nie usłyszałby, jak krzyczę. A ciała bardzo łatwo byłoby
się pozbyć.
Przełknęłam nerwowo ślinę.
Zachowujesz się idiotycznie. Koniec z oglądaniem horrorów.
- No, Mackenzie, to co jest z tobą nie tak? Czy jesteś tak idealna, na
jaką wyglądasz? - zapytał, obrzucając mnie szybkim spojrzeniem.
- Hmm, nie jestem pewna, jak to rozumieć - odpowiedziałam. Blake
wzruszył ramionami. Byłam pewna, że użył słowa "idealna" z zamierzoną
ironią. Idealna z pewnością nie byłam. Popełniałam błędy i robiłam
rzeczy, które chciałabym odwrócić, gdybym tylko mogła cofnąć czas.
- Nic specjalnego. Jestem do bólu normalna.
- Nie ukrywasz żadnych mrocznych sekretów?
Potknęłam się, tracąc grunt pod nogami. Żołądek podjechał mi do gardła
tak, że prawie się zakrztusiłam. Czy Josh mu powiedział? Nie, nie
mógłby. Nie miał żadnego powodu, żeby to zrobić. Mówienie o wszystkim
nielubianemu bratu nie było w jego stylu.
- Niestety, żadnych sekretów.
- Kłamczuszka - rzucił pod nosem.
Stanęłam jak wryta. Blake zrobił jakieś dziesięć kroków, zanim zauważył,
że przestałam za nim iść. Odwrócił głowę i uśmiechnął się ironicznie.
- Och, no chodź już, Mackenzie, każdy ma jakieś tajemnice - powiedział,
przewracając oczami.
- Niekoniecznie mroczne.
Z wyjątkiem ciebie, powiedziałam do siebie w myślach. Jak dużo on
wie?
Podszedł do mnie, przygważdżając mnie wzrokiem. Stałam niewzruszona jak
skała, gdy się zbliżał. Gałązki trzeszczały mu pod stopami, gdy wolno
kroczył w moją stronę. Zatrzymał się tuż przede mną, tak że nasze stopy
niemal się stykały. Próbowałam ignorować walące głośno serce. Blake był
tak niebezpiecznie blisko. Jego muskularna budowa i uwodzicielskie
spojrzenie sprawiały, że naprawdę miałam ochotę zaciągnąć go do łóżka.
Ugryzłam się w policzek. Był jednocześnie zbyt blisko i zbyt daleko.
Cholerne hormony.
- Sekrety, które skrywasz sama przed sobą, zawsze są najbardziej
niebezpieczne - wymruczał niskim głosem, niemal tak, jakby mówił sam do
siebie.
- Niczego przed nikim nie ukrywam.
- Jesteś zbyt otwarta.
Przez jakąś minutę to przetwarzałam. A w każdym razie próbowałam. Ale to
dalej nie miało żadnego sensu.
- Co? - zapytałam.
- Można w tobie czytać jak w książce, Mackenzie. Ledwie znosisz to, że
Courtney stoi po stronie Josha, prawda?
Przytaknęłam.
- Dlaczego? Dlaczego po prostu nie zerwiesz z nią kontaktu? Nie
przestaniesz naprawiać waszej przyjaźni i cały czas dokładać starań, by
każda sytuacja była bezkonfliktowa? Ludzie będą cię zawodzić i wykorzystywać. Musisz wiedzieć, kiedy odpuścić. Widzę to w twoich
oczach. Męczysz się, próbując zebrać siebie i wszystkich wokół do kupy.
To musi być wykańczające. Kiedy zabraknie ci pary? Oszalejesz, nim
skończysz trzydziestkę.
Wyprostowałam się raptownie. Jakim cudem mógł mnie tak przejrzeć, znając
mnie zaledwie od paru godzin? Albo byłam totalnie przezroczysta, albo to
on fenomenalnie znał się na ludziach. Tak czy inaczej, nie mogłam dać po
sobie poznać, że miał całkowitą rację. Stałam więc niewzruszona i skrzyżowałam ręce na piersi.
- Nic o mnie nie wiesz.
Za bardzo zbliżył się do prawdy, co mi się nie podobało. Były w mojej
przeszłości pewne rzeczy, których nie akceptowałam - gigantyczny błąd,
który wymazałabym w mgnieniu oka, gdyby tylko to było możliwe.
Próbowałam jakoś naprawić tamtą straszną decyzję, będąc obecnie
wszystkim, czego ode mnie oczekiwano - wszystkim, czego teraz ja od
siebie oczekiwałam.
To było wyczerpujące.
A najbardziej irytującym elementem w tej układance był Blake - gość,
którego znałam raptem od paru godzin. Dostrzegł więcej niż wszyscy moi
przyjaciele i rodzina razem wzięci. Okej, może nie wiedział, co się
konkretnie stało, ale dostrzegł, że coś ukrywam. Jeśli to będzie
zależało tylko ode mnie, Blake nigdy się o niczym nie dowie.
- Nie znam szczegółów, ale fakt, że coś się stało, masz wytatuowany na
twarzy.
- A co ty masz wytatuowane na sobie? Obstawiam zarozumiałego dupka.
- Japoński wschód słońca.
- Eee...?
Podwinął rękaw koszulki, odsłaniając wytatuowane czarne półsłońce.
Mówił serio!
- Co to oznacza?
- Nie mam pojęcia. Po prostu mi się spodobało.
No dobra...
- Hmm, fajne - powiedziałam.
Śmiejąc się do siebie, wszedł głębiej w las. Drzewa zachwycały świeżą,
czystą zielenią, a liście szeleściły miękko na delikatnym wietrze. Wśród
drzew było chłodniej, a ponieważ nad Anglię nadciągała właśnie potężna
fala upałów, było to bardziej niż pożądane.
- Wy wszyscy znacie się od dawna? - zapytał, gdy podbiegłam, by go
dogonić.
- Tak.
- Kyle i Aaron nie wyglądali na zbyt uszczęśliwionych, że wtryniłem się
w wasz weekend. Zresztą Megan też.
Wzruszyłam ramionami.
- Są w porządku. Po prostu tęsknią za tym, jak to było przed erą
Josha-i-Courtney. Potrafią być trochę nadopiekuńczy, szczególnie Aaron.
On zrobiłby dosłownie wszystko dla swoich przyjaciół. Stanąłby za nas na
linii ognia. Nie zrozum mnie źle, ja również bym to dla nich zrobiła.
Raz jakiś gość złapał mnie za tyłek, gdy odmówiłam mu tańca, i Aaron go
znokautował.
- Jak dla mnie to przypomina raczej zachowanie kogoś psychicznie
chorego, a nie opiekuńczego, ale określaj to sobie, jak tam chcesz.
- A będę - odpowiedziałam, mrużąc oczy. To, że sobie coś tam o mnie
myślał, to jedno. Ale nie podobało mi się, że mówił źle o moich
przyjaciołach.
- No, to opowiedz mi trochę. Paczka tak zżyta jak wasza...
Wiedziałam, do czego zmierzał.
- Ja nie. Josh i Courtney, o czym wiesz. Aaron i Tilly schodzili się i rozchodzili.
- A ty nigdy nic z nikim?
- Nie. Widzisz, dziewczyny i chłopaki naprawdę mogą pozostawać tylko
przyjaciółmi, bez podtekstów.
- Jasne, tyle że to trochę dziwne. Kręciłem się koło różnych grupek i zawsze ktoś się z kimś przespał po pijaku. Albo przynajmniej trochę
poobściskiwał.
Och, to dopiero urocze.
- Sorry, w tej paczce nie znajdziesz ani odrobiny pikanterii. - No, w każdym razie nie takiej pikanterii.
- Wow, Kenzie, ty naprawdę jesteś nieskalana. Planujesz na wieczór
jakieś gry planszowe?
- Nie, oczywiście, że nie! Sorry, że tacy z nas nudziarze, Wasza
Ekscytacjo. A tak dla odmiany, jak ty się zabawiasz?
Obrócił się gwałtownie. W jego szeroko otwartych oczach widać było głód,
gdy chwycił mnie za nadgarstki i oparł o drzewo, przygważdżając mnie
całym sobą. Zaniemówiłam. Każdy milimetr mojego ciała go pragnął.
Chciałam czuć jego skórę na swojej, jego język w moich ustach, jego
oddech na mojej szyi.
Uspokój. Się. Mackenzie. Do cholery.
Co się ze mną działo? Nigdy wcześniej nie przydarzyło mi się coś
takiego, nigdy dotąd nie poczułam z nikim takiej chemii - nie tak
szybko. A w zasadzie to w ogóle. To wszystko jego wina. Blake wyglądał
wręcz nieprzyzwoicie dobrze, a otaczająca go aura tajemnicy tym bardziej
na mnie działała. Musiałam się skoncentrować. Nogi zamieniły mi się w galaretkę i gdyby mnie nie trzymał, upadłabym na ziemię.
Mobilizując się do względnego ogarnięcia, przełknęłam ślinę, bo w ustach
miałam sucho niczym na Saharze i mogłam tylko szeptać.
- Seks to jedyna zabawa, jaką uznajesz?
Przycisnął swoje ciało jeszcze mocniej do mojego, a ja stłumiłam jęk.
Mogłam bardzo wyraźnie poczuć jego twarde mięśnie klatki piersiowej.
Przestań.
- Nie, ale w to bawię się najczęściej. - Jego oczy płonęły, przeszywał
mnie wzrokiem na wylot, szukając sekretów, które próbowałam przed nim
ukryć. Cały czas stał, przyciskając mnie mocno do pnia, jego szczęka
zacisnęła się, jak gdyby trudno mu było się powstrzymać.
Nie mogę teraz tego zrobić. Ani w ogóle. Nie jestem osobą, która by od
razu na kogoś leciała. Musiałam najpierw coś stworzyć, poznać partnera,
lecz Blake działał na mnie tak, że miałam ochotę wyrzucić wszystkie
zasady przez okno. Zasady, których tak usilnie starałam się trzymać.
Odsunął się ode mnie raptownie. Nogi miałam jak z waty. Wspierając się
na drzewie, z trudem się wyprostowałam.
- Co? - zapytałam, potrząsając głową i usiłując rozproszyć aurę chaosu i pożądania, która mnie zalewała.
- Jakie jest prawdopodobieństwo, że po wszystkim ci odbije?
- Wysokie - odpowiedziałam. Uprawianie seksu w środku lasu, z bratem
Josha, którego poznałam zaledwie parę godzin temu, było słabym pomysłem.
Mimo to, przez szalejący puls i rozgrzane ciało, średnio to do mnie
docierało.
- Tak myślałem. Chodź, pokażę ci, gdzie wepchnąłem Josha do rzeki i złamałem mu rękę.
Co takiego? W jednej chwili facet praktycznie na mnie leży, a w następnej zabawia się w przewodnika?
Wzięłam głęboki oddech, próbując zebrać myśli i przestać zachowywać się
w jego towarzystwie jak skończona idiotka.
- Złamałeś mu rękę? - dopytywałam znów w biegu, gdy próbowałam dotrzymać
mu kroku.
- Niechcący. - Uśmiechnął się ironicznie. - Nie jestem socjopatą.
Rozdział 3
Dwie godziny później Blake i ja wróciliśmy
do domku, gdzie zasiedliśmy do kolejnej rundy gry w chlanie z resztą
przyjaciół. Nie potrwało długo, nim znów byłam ubzdryngolona... a chwilę
później totalnie pijana. Ciągle kojarzyłam, jak mam na imię i kto jest
naszym premierem, ale z całą pewnością pozwoliłam sobie na jednego
drinka za dużo.
Odchylając głowę do tyłu, śmiałam się histerycznie, dopóki mój żołądek
nie zaczął protestować. Wszystko, co na trzeźwo jest co najwyżej
minimalnie śmieszne, urastało do rangi najlepszego dowcipu - tak więc
to, jak Kyle się potknął, było wręcz przezabawne. Nie upadł nawet na
podłogę - raczej próbował złapać równowagę - ale byłam pijana, więc to
nie miało znaczenia. Wstał i rozejrzał się wokół, jakby miał nadzieję,
że nikt niczego nie zauważył.
Chichotałam, nie mogąc się opanować.
- Odpierdziel się - rzucił, mrużąc oczy w kierunku Courtney, która też
się śmiała.
- Jaki przewrażliwiony - wymamrotała, opierając się o pierś Josha, który
obejmował ją ramieniem.
Kyle założył ręce.
- Przewrażliwiony? Serio, Court?
Gdyby to Courtney się potknęła, nie uważałaby tego za zabawne.
- Odwal się - warknął Josh.
Czy my naprawdę nie mogliśmy wytrzymać chociaż godziny, żeby ktoś się z kimś nie pokłócił?
"Przed Joshem" naprawdę rzadko kiedy się żarliśmy. Jęknęłam ciężko i złapałam się za brzuch. Był pełen enchilad, które łapczywie
pochłaniałam, i prawdopodobnie tylko dlatego udało mi się wypić tyle,
ile w siebie wlałam.
Blake zarzucił nogi na ławę, a ramię na oparcie kanapy, na której
siedzieliśmy. Niebieskie jak u dziecka oczy Aarona śledziły nas
podejrzliwie. Starałam się unikać kontaktu wzrokowego z nim i skuliwszy
się, objęłam kolana ramionami, nie chcąc znaleźć się w centrum
czyjegokolwiek zainteresowania.
Mój spacer z Blakiem wprawił wszystkich w zdumienie. Przyjaciele - może
oprócz Court i zdecydowanie oprócz Josha - wydawali się traktować go jak
zły omen, ale prawdopodobnie tylko dlatego, że był spokrewniony z Joshem
i nie zamienili z nim jeszcze ani słowa. Jeżeli Joshowi dali drugą - a raczej dziesiątą - szansę, tym bardziej powinni dać Blake'owi pierwszą.
Jednak Aaron był uparty i wręcz nadopiekuńczo troskliwy, więc
wiedziałam, że jego najtrudniej będzie przekonać.
- O Boże, jutro będzie straszny kac! - jęczała Megan. Nie była tak
pijana, jaką zgrywała, ale z nią zawsze tak było. Do perfekcji
doprowadziła swój wizerunek "och, patrzcie, jak się zataczam", udając,
że potyka się o własne nogi. Nie lubiła pić i tracić kontroli, ale nie
chciała się wyłamywać, więc udawała. Wszyscy o tym wiedzieli.
Przypuszczam, że ona sama zdawała sobie sprawę z tego, że inni
wiedzieli, ale graliśmy w jej grę i śmialiśmy się z głupiutkiej, pijanej
Megan. W sumie to wszystko było dość zabawne.
- Polejcie jeszcze! - Aaron wskazał puste kieliszki na stole. Straciłam
rachubę, ile do tej pory wypiliśmy. Jednak ilekolwiek by tego było, to i tak nic w porównaniu z tamtą nocą.
Blake był zaskakująco trzeźwy, zważywszy na to, jaką ilość alkoholu w siebie wlał. Przypuszczałam, że sporo balował w domu i był już
zaprawiony. Gdy wstał po kolejne piwo, szedł zupełnie prosto.
Kieliszki dźwięczały, a ze mną było coraz gorzej. Żołądek mi wariował i czułam nieprzyjemny ucisk w gardle za każdym razem, kiedy przełykałam
ślinę. Megan wzięła ze sobą jakiś włoski likier i zmusiła nas do
opróżnienia całej butelki, bo, jak stwierdziła: "Gdybym przywiozła to
gówno z powrotem, matka by mnie wydziedziczyła". Mogłam zrozumieć
dlaczego. Smakowało jak cytryna i paliło w przełyku. Taki smak musiał
mieć płyn do czyszczenia kibli. Osuszyliśmy też przyniesioną przez
Aarona flaszkę przyprawionego rumu.
Pojękiwałam i z trudem trzymałam głowę w pionie. Moje ciało ważyło tonę,
a ja czułam się strasznie słaba. Dochodziłam do tej sennej fazy bycia
pijanym. Przed moimi oczami wszystko pływało i wirowało.
- Czy wy też tak dziwnie się czujecie? - zapytałam.
Boże, to będzie cud, jak się dzisiaj nie pochoruję.
- Jak? Pijani? - zachichotała Megan.
- Trochę. Chyba - odpowiedziałam, przyciskając dłoń do czoła. Było za
gorące. Tylko się tu nie porzygaj. W gardle czułam, że to już
nadchodzi, byłam o krok od paniki.
- Mackenzie, jesteś cała zielona - powiedział Blake, odgarniając moje
długie włosy za ramiona. Gdyby nie było mi tak niedobrze, rozpłynęłabym
się w zachwycie, gdy jego ręka musnęła moją szyję.
W głowie mi wirowało.
- O cholera. - Zdołałam się podnieść i przyciskając dłoń do ust, dałam
nura do łazienki. Na szczęście udało mi się dobiec do toalety, zanim
wypłynęła ze mnie dobra połowa spożytego alkoholu. Podparłam się rękami
o ścianę za kiblem, kończąc wymiotowanie. Jęcząc, powoli stanęłam na
nogi, wcisnęłam spłuczkę i umyłam zęby. Chwiejnie szłam z powrotem do
salonu, nie czując się ani odrobinę bardziej trzeźwa. Ale przynajmniej
było o tyle lepiej, że żołądek już mi tak nie wariował.
- Dobrze się czujesz? - zapytała Courtney, gdy wróciłam.
- A wygląda, jakby się dobrze czuła? - parsknął Josh.
Nie miałam siły mu się odszczeknąć, więc tylko wystawiłam środkowy palec
i opadłam ciężko na kanapę.
Blake rzucił mi szybki, szczery uśmiech, który totalnie mnie rozbroił.
- Już okej?
- Ehem. Muszę tylko dać przez chwilę odpocząć oczom. - Siedź spokojnie
i się nie ruszaj. Jeśli posiedzę nieruchomo jak mumia, powinnam
opanować falę mdłości. Zamykając oczy, czułam, jak bardzo, bardzo chce
mi się spać.
- Idę na górę do łóżka - powiedziała Megan. - Jestem zmęczona, a jutro
na pewno będę mieć strasznego kaca.
Ułożyłam się wygodnie na poduszkach, z ciągle zamkniętymi oczami, i upominałam się w myślach. Mackenzie, tylko się nie ruszaj!
- Eee, Megan, dzisiaj śpimy tutaj - przypomniał Josh. To był pomysł
Courtney, żebyśmy wszyscy spali na dole, jak na wielkim piżamowym
przyjęciu. Jakie to miało znaczenie, gdzie się znajdowaliśmy, skoro i tak byliśmy nieprzytomni - tego nie rozumiałam. Ale oczywiście Josh ją
poparł. Nie dlatego, że była jego dziewczyną, tylko dlatego, że dzięki
temu wychodził na dobrego chłopaka. Jeśli o niego chodziło, Megan mogła
spać nawet na zewnątrz.
- Zamknij się, Josh - powiedziała jadowitym głosem.
- No weź, Megan, zgodziłaś się - zajęczała Courtney.
Josh położył jej rękę na udzie i nachylił się ku Megan.
- To nie twój dom, jakbyś przypadkiem o tym zapomniała.
Aaron żachnął się.
- Jak mogłaby zapomnieć? Przypominasz nam o tym co pięć minut!
- Aaron, jesteś gościem, więc robisz to, co mówię, wtedy, kiedy mówię!
- Do jasnej cholery, Josh, a jakie to ma znaczenie, gdzie będziemy spać?
- wtrącił nagle Blake.
Dzięki! - powiedziałam w myślach. Przynajmniej jednej osoby w tym
towarzystwie nie opuścił zdrowy rozsądek.
- Megan, jak chcesz, to idź na górę i już - powiedział Blake.
Otworzyłam szeroko oczy akurat w chwili, gdy Megan pokazywała Joshowi
język i zaczynała gramolić się po schodach. Blake siedział już cicho,
uśmiechając się tylko z politowaniem.
Strasznie go polubiłaś. To prawda - o wiele bardziej, niż powinnam.
- Masz jakiś problem? - zapytał Aaron Josha. Siedząc na podłodze,
podciągnął się i oparł o brzeg kanapy. - Od czasu śmierci Tilly i Gigi
stałeś się totalnym dupkiem.
Przedtem też nim był.
Zwinęłam się w kłębek, nie chcąc rozmawiać z Joshem o śmierci
przyjaciółek. Gdy tylko pomyślałam o tym wszystkim, co mówił i robił,
wzbierała we mnie wściekłość. Można być zadowolonym, że uniknąłeś
śmierci, ale nie wolno się cieszyć, że komuś innemu się nie udało.
Zazgrzytałam zębami.
- To raczej ja powinienem zapytać ciebie, jaki ty masz problem -
zadrwił Josh. - Rzuciłeś Tilly chwilę wcześniej, nie pamiętasz?
Oczy Aarona pociemniały.
- Wiesz co, Josh, niech cię szlag trafi! Przysięgam, że jeżeli jeszcze
raz wymówisz jej imię, zabiję cię.
Myślałam, że Aaron poderwie się i walnie go w ryj. Ale tylko tam
siedział. Czy też schlał się zbyt mocno, żeby być w stanie się ruszyć?
Na ogół to go nie powstrzymywało.
Wzdychając, potarłam twarz rękoma. Teraz każdy wieczór, który
spędzaliśmy razem, kończył się awanturą, a ja miałam już tego serdecznie
dosyć.
- Dość! - krzyknęła Courtney. - W tej chwili się uspokójcie.
Zacisnęłam pięści. Jak mogła nie widzieć, kim Josh był naprawdę? Że to
on ciągle prowokował? Aaron potrząsnął głową i pociągnął następny łyk
wódki, osuszając butelkę do ostatniej kropli. Chciałam wstać i stamtąd
wyjść, jednak nie mogłam poruszyć nawet ramieniem. Moje powieki znów
zaczęły ważyć tonę. Miałam już tego serdecznie dosyć. Czułam się
fatalnie. Tak też prawdopodobnie wyglądałam. Pokój wirował wokół mnie, a moje kończyny stawały się coraz lżejsze i lżejsze, jak gdyby chciały się
unieść i podryfować w przestworza. Schowałam głowę w poduszki i odpłynęłam.
Wydawało mi się, że minęły zaledwie minuty, gdy zostałam obudzona przez
najodważniejszego człowieka na świecie. Nigdy nie wyglądam zbyt dobrze
tuż po otwarciu oczu. Lepiej, żeby to było tego warte.
- Czego? - wycharczałam. Niezwykle rozbawiona twarz Blake'a była
pierwszym, co dostrzegłam, niechętnie unosząc powieki.
Jego oczy zamigotały wesoło i chłopak uśmiechnął się szeroko.
- Twoja koszulka.
Podparłam się na jednym łokciu i spojrzałam w dół. Miałam na sobie
koszulkę, więc nie wiedziałam, o co mu chodziło.
- Co? Blake, o czym ty gadasz?
- To... - Przejechał palcem po mojej kości biodrowej, gdzie koszulka
podwijała się o centymetr czy dwa, ukazując niewielki skrawek
odsłoniętej skóry. Och. Próbowałam oddychać normalnie, ale moje zmysły
były przeciążone. Widziałam jedynie jego intensywne spojrzenie. Nie
czułam też nic poza mocnym zapachem męskiej wody po goleniu. Opuszki
jego palców tańczyły na mojej skórze, delikatnie łaskocząc i niemal
pozbawiając mnie tchu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki