Uwikłana - Katarzyna Wolwowicz

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (44,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Londyn. Rok wcześniej

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22

Londyn. Rok wcześniej

Serce biło jej jak oszalałe i obawiała się, że przez jego łomot nie zdoła uśpić dziewczynek. Myślała, że one też słyszą ten dźwięk, że wyczuwają jej zdenerwowanie, że przejmą jej emocje, które narastały w niej od wielu dni, a dzisiaj osiągnęły punkt kulminacyjny. Przecież wszędzie piszą o tym, że dzieci przejmują emocje rodziców. Myślała, że będą tak samo zlęknione, niespokojne i podekscytowane, że podobnie jak ona przez kolejne noce nie zmrużą oka, nie wiedząc, co powinny dalej robić i jak postąpić. Ale na szczęście tak się nie stało.

Vicky i Hannah zasnęły spokojnie, jak tylko usłyszały pierwsze tony głosu czytającej im bajkę mamy. Spojrzała na nie zaskoczona i zaczęła się zastanawiać, jakie to cudowne uczucie - mieć czyste sumienie. Jak dobrze musi być osobom, które nie mają sobie nic do zarzucenia, które każdy dzień witają z ufnością w to, że będzie cudowny, które zawsze są radosne i szczere, które cieszą się chwilą i nie zastanawiają się, za co przeżyją do kolejnej wypłaty i czy starczy im na rachunki albo lekarstwa. Ona nie była szczera. Nie była też radosna, choć przy dzieciach właśnie taką udawała. Nie chciała psuć im dzieciństwa, okazywać frustracji, a z powodu tego, jak potoczyło się jej życie, złościć się na los, że spotkała ją taka niesprawiedliwość. Zamiast tego robiła wszystko, żeby jej córeczki jak najdłużej żyły w przekonaniu, że świat jest dobry i przyjazny, a otaczający je ludzie pomocni i wspaniałomyślni.

Czasem się zastanawiała, czy to dobrze. Bo czy nie lepiej przygotować dzieci na prawdziwe życie? Czy wychowując je pod kloszem i oszczędzając im cierpień, nie sprawia się, że nieuniknione zderzenie z rzeczywistością w przyszłości będzie jeszcze boleśniejsze? Czy nie powinna wprost wyjaśniać im od najmłodszych lat, że świat czasem bywa okrutnym miejscem, w którym dobrych ludzi spotyka wielka niesprawiedliwość? Miejscem, w którym cierpienie, zmęczenie i bezsilność są niekiedy jedynymi towarzyszami każdego dnia? Może powinna, może nawet podjęła już decyzję, że kiedy trochę podrosną, będzie im to mówiła, żeby ustrzec je przed jeszcze większym cierpieniem, spowodowanym rozczarowaniem. Lepiej dla wszystkich, jeżeli wiedzą, czego mogą się spodziewać. Ale jeszcze nie teraz. Teraz dziewczynki były zbyt małe. Hannah miała zaledwie rok, a Vicky trzy latka. Obie takie słodkie i rozkoszne, ale Lygia wiedziała, że nie zostaną takie na zawsze. Kiedyś świat dopadnie je tak samo, jak dopadł ją. I ona nie będzie w stanie zrobić nic, żeby im tego oszczędzić. Jedyne, co może zrobić, to dobrze je na to przygotować.

Zamknęła drzwi do ich pokoiku drżącymi dłońmi, uważając, żeby nie obudzić dziewczynek, i po cichu weszła do salonu, w którym stały otwarte kartony. Do końca tygodnia musieli się wyprowadzić, ale właściwie jeszcze niczego nie spakowali. Chciała rozpocząć porządki tej nocy, czekając, aż jej mąż Adam wróci z pracy, ale ręce jej się trzęsły, a serce waliło tak mocno, że w tym momencie nie dałaby rady niczego spakować. Trzeba się uspokoić, wziąć kilka głębokich wdechów, napić się gorącej herbaty, by ustały zimne dreszcze, które przechodziły jej po plecach. Wolałaby napić się wina lub czegoś mocniejszego, ale wiedziała, że nie może. Była sama z dziećmi, a Vicky mogła w każdej chwili potrzebować jej pomocy. Nieraz z powodu zbyt silnego skurczu mięśni albo gwałtownych drgawek wzywała do niej karetkę pogotowia. Nie powinna być przecież po alkoholu, kiedy lekarz i sanitariusz zjawią się w jej domu, bo od razu ściągnęliby pomoc społeczną i zabrano by jej dzieci.

Czasem miała do siebie pretensje, że ten scenariusz jawił jej się niczym wybawienie. Ale wiedziała, że to tylko z powodu przemęczenia i ogromnego poczucia bezsilności. Nie mówiła tego mężowi, który z pewnością by jej nie zrozumiał. On nie rozumiał wielu rzeczy. Poślubiła dobrego człowieka, dla którego świat był przyzwoitym miejscem, w którym czasem ludzi spotyka coś złego, ale dzięki miłości i wsparciu najbliższych całe zło można przezwyciężyć. Ona odbierała świat jako dużo bardziej skomplikowany. Ludzie też byli skomplikowani, a ona chyba najbardziej z nich wszystkich. Dlatego wiedziała, że Adam by jej nie zrozumiał. Nie przyjąłby dobrze informacji, że ona ma już tego wszystkiego dosyć, że nie daje rady, że przecież wcale nie chciała mieć dzieci, że nigdy nie marzyła o małżeństwie i macierzyństwie. To jednak nie znaczyło, że nie kochała swoich córek. Kochała je, i to bardzo, i robiła dla nich wszystko. Tylko gdzie w tym całym trudzie i znoju była ona? Jej potrzeby, jej plany i marzenia, jej emocje i przemyślenia, które musiała chować głęboko w swojej duszy?

Doskonale rozumiała tych, którzy nie chcą zakładać rodzin i stawiają wyłącznie na siebie. Może nawet rozumiała te dziwne osoby, które pod wpływem narastającej potrzeby opiekowania się kimś, kto obdarzy je bezgraniczną miłością, kupują sobie psy i wożą je w wózkach. Ludzie coraz częściej zdawali sobie sprawę, że posiadanie dzieci to ogromna odpowiedzialność, strach i ból, i potwornie się tego bali.

Ona też zawsze się tego bała. Wiedziała, że nie będzie dobrą matką, że nie jest stworzona do tego, by poświęcić siebie dla drugiego człowieka, ale kiedy Vicky urodziła się z dziecięcym porażeniem mózgowym, Lygia poczuła w sercu tak ogromny ból, że uświadomiła sobie, iż musi zrobić wszystko, by pomóc córce. I robiła. Robiła wszystko kosztem siebie, kosztem swojej kariery i wcześniejszych marzeń, których już nigdy nie będzie w stanie zrealizować. Koszty były jednak znacznie większe i bardziej przyziemne. Kwoty potrzebne na rehabilitację i leczenie nigdy nie malały, a ona, siedząc cały dzień z dziewczynkami, nie mogła pracować.

Adam, który pozostał marzycielem, ciągle wierzył w to, że im się uda. Zakłamywał rzeczywistość. Mówił i zachowywał się tak, jakby nie potrafił, a może nie chciał trzeźwo ocenić sytuacji. Ale Lygia widziała, że sytuacja się pogarszała.

Poszła do kuchni i wstawiła wodę na herbatę. Rozejrzała się po stylowo i nowocześnie urządzonej przestrzeni i zaczęła się zastanawiać, jak dadzą sobie radę w mieszkaniu trzy razy mniejszym od tego, w kuchni, która ma jedynie kuchenkę gazową i mikrofalówkę, w salonie, który będzie nie tylko miejscem ich rodzinnych zabaw, ale także salą rehabilitacyjną dla Vicky oraz ich sypialnią, w łazience, w której zamiast wanny znajduje się jedynie wąski prysznic, więc dziewczynki trzeba będzie myć w salonie w wanience dla niemowlaków. Na lokal, w którym żyli obecnie, nie mogli już sobie pozwolić. Zbyt dużo wydawali na lekarzy, rehabilitacje i nowoczesne leki, które miały zwiększyć komfort życia ich córki. I zwiększały. Od miesięcy silne ataki się nie powtarzały i Lygia, choć nie była religijna, modliła się w duchu, by tak zostało. Oboje z Adamem wiedzieli, że ten spokój wart jest każdych pieniędzy, ale kiedy pomyślała o tym okropnym, obskurnym mieszkaniu na przedmieściach, które zajmą od przyszłego miesiąca, momentalnie robiło jej się niedobrze.

Nalała wrzątku do kubka, wrzuciła do niego herbatę Earl Grey i drżącymi rękoma wyjęła z kieszeni list, który dziś rano znalazła w skrzynce. W serii wszystkich nieszczęść, które ich ostatnio nawiedziły, to wydawało jej się w tej chwili największym. Wywoływało nie tylko strach i złość, ale także ogromne wyrzuty sumienia. Afir ją znalazł. Afir do niej napisał. Nigdy wcześniej nie mówiła Adamowi o tym mężczyźnie i drżała na samą myśl, że mąż pozna kiedyś tę historię. Do tej pory nie potrafiła otworzyć listu, bo zbyt dobrze wiedziała, że pomimo upływu wielu lat wiadomość od tego człowieka całkowicie rozstroi ją psychicznie. Przeszłość była zbyt okrutna i zbyt bolesna, by chcieć ją sobie przypominać, ale uczucia, które jej towarzyszyły, wciąż tkwiły w Lygii i paliły ją żywym ogniem.

A jednak musi otworzyć kopertę. Chciała to zrobić. I jednocześnie się bała. Dopadały ją skrajnie silne emocje, które całkowicie ją paraliżowały. Jeżeli to zrobi i w środku znajdzie to, czego się spodziewa, nie będzie już odwrotu. Przez moment przeszło jej przez myśl, żeby wyrzucić ten list. Podrzeć, spalić, zniszczyć i zapomnieć, że w ogóle go widziała. Niedługo się przeprowadzają i Afir się nie dowie, gdzie mieszka. Nie, to złe rozumowanie. Teraz też przecież nie powinien wiedzieć. A mimo to ją znalazł.

Wzięła głęboki wdech i już miała zebrać się na odwagę, by rozerwać kopertę, gdy na klatce schodowej usłyszała hałas, który po chwili wybrzmiał w mieszkaniu.

- Lygia!

Drzwi trzasnęły, a ona pomaszerowała szybkim krokiem do salonu.

- Boże! Coś się stało? - Serce zamarło jej w piersi, bo Adam doskonale się przecież orientował, że dziewczynki o tej porze śpią i że takim zachowaniem je obudzi.

Była przekonana, że los znowu doświadczył ich w jakiś okrutny sposób i jej mąż już nie próbuje nawet zachowywać pozorów. Ale kiedy mu się przyjrzała, nie potrafiła odczytać emocji malujących się na jego twarzy.

- Lygia! - krzyknął ze łzami w oczach, podbiegł do niej i mocno ją uścisnął.

- Co się stało? Adam! Przerażasz mnie, mów - poleciła, czując, że mąż drży.

- Udało się! W końcu coś nam się udało! - odparł z płaczem, nadal mocno ją obejmując.

- Udało się? - Nie pojmowała, co ma na myśli. - O czym ty mówisz? Co się udało? Mów!

Chwycił ją za rękę i zaprowadził na kanapę, a potem spojrzał jej w oczy i szeroko się uśmiechnął.

- Dostałem taką propozycję pracy, że nie uwierzysz! Wreszcie skończą się nasze problemy! Lygia, sam w to nie wierzę! Ale to prawda. Podpisałem już umowę i zaczynam od przyszłego tygodnia. Jestem taki szczęśliwy! - Po jego twarzy spływały łzy radości, a oczy błyszczały blaskiem, którego dawno w nich nie widziała. - Prywatna opieka zdrowotna dla całej rodziny, i to największy pakiet! Łącznie ze wszystkimi specjalistami, rehabilitacją i stomatologiem, wyobrażasz sobie? I nie musimy nigdzie się wyprowadzać. Ba! Może nawet niedługo wykupimy to mieszkanie, jeżeli po roku podpiszę kontrakt na stałe i będzie nas stać na kredyt.

- Co ty mówisz?

Nie wierzyła własnym uszom. To wszystko brzmiało zbyt pięknie, żeby mogło być prawdziwe, ale Adam tak się ekscytował, że poczuła cień nadziei.

- Naprawdę, kochanie. Naprawdę! - Chwycił jej twarz w dłonie i mocno pocałował. - Przecież nie można wiecznie mieć pod górkę. Przecież zawsze ci powtarzałem, że w końcu los się dla nas odmieni. I stało się tak, jak mówiłem. Jestem pewien, że teraz już wszystko dobrze się potoczy.

Uczucie ulgi rozlało się po jej ciele i pierwszy raz od dawna poczuła, że może przestać się martwić. Może nawet mogła pozwolić dziś sobie na radość, i to właśnie zamierzała zrobić. Zgniotła trzymany w rękach list i dyskretnie wsunęła go do kieszeni spodni. Teraz nie będzie się tym zajmowała. Teraz przyszedł czas na dobre dni...