Ostatkiem sił powstrzymuję się, żeby nie trzasnąć za sobą drzwiami do biura tego starego chuja.
- I co?
Nie zdążę nawet mrugnąć, a Miguel, mój asystent, prawa ręka i wieloletni przyjaciel już jest przy mnie. Luzuję krawat, choć tak naprawdę mam ochotę go zdjąć i cisnąć o wyłożoną marmurem podłogę. A najchętniej to owinąć go wokół szyi Santiago Montenegro i powoli zaciskać pętlę.
- Skurwysyn postanowił zabawić się w dziewicę, o której względy trzeba stawać w konkury z innymi absztyfikantami - cedzę przez zęby i ruszam szybkim krokiem w stronę wyjścia z budynku. W środku aż się cały gotuję. - Nie wierzę, że całe te lata, gdy urabiałem go i wchodziłem mu w dupę bez mydła, doprowadziły do tego, że w kulminacyjnym momencie, gdy miało dojść do fuzji naszych firm, pokazał mi środkowy palec.
- Może to on chciał być aktywem w waszym związku...? - Miguel postanawia okrasić sytuację żartem, który bawi wyłącznie jego.
- Jeszcze jeden taki komentarz i zwiedzisz od środka oddział OIOM-u - wściekam się, gdy nagle na naszej drodze staje Luis Fernando, wrzód na dupie, bezwzględna hiena i mój największy rywal. Choć to określenie jest dla niego zdecydowanie zbyt wielkim komplementem.
Zatrzymuję się w pół kroku, mierząc mężczyznę nienawistnym wzrokiem. Zamiast garnituru włożył spodnie khaki, białą koszulę i różowy sweterek, który rzucił niedbale na plecy i związał na piersi jak członek Bractwa Różowych Kuciapek. Nawet strojem udowadnia, że nie jest godzien, by prowadzić interesy z Montenegro, którego firma produkująca wycieczkowce jest jedną z największych w całej Europie.
To ta chodząca wagina krążyła nad starym niczym padlinożerny sęp, doskonale wyczuwając moment, gdy zmęczony wymagającym rynkiem mężczyzna zechce się udać na zasłużoną emeryturę. Nie mam pojęcia, jak wpadł na pomysł, by zaprosić Montenegro na rodzinną kolację do swojej siostry - dumnej posiadaczki piątki dzieci. Skąd wiedział, że stary tak pokocha te małe potworki i spojrzy na tego kutafona jak na potencjalnego partnera biznesowego?
- Witaj, del Campo. - W tonie głosu mężczyzny słychać szyderstwo. Cała jego twarz to jedna wielka prowokacja. Mam nieodparte pragnienie, by mu ją przefasonować! - Po twojej minie wnoszę, że Santiago dał ci kosza...
- Na twoim miejscu nie otwierałbym jeszcze szampana. Według mnie szybko zrozumie, że nie warto zadawać się z płotkami mającymi w biznesie więcej szczęścia niż rozumu.
Firma Luisa Fernando, podobnie jak moja, zajmuje się produkcją jachtów, lecz wartość rynkowa jego przedsiębiorstwa jest ponad połowę niższa od prowadzonej przeze mnie "DelCampo Yachts". To moi pracownicy wdrażają innowacyjne rozwiązania, najnowsze technologie i są pionierami wielu niecodziennych rozwiązań wprowadzanych do produkcji jachtów. Zatrudniam najlepszych projektantów oraz specjalistów do inteligentnego zarządzania energią, a design moich statków docenił niejeden celebryta, składając zamówienie na przeznaczony specjalnie dla niego żaglowiec.
To moja coroczna impreza na pokładzie "Destiny" ściąga gwiazdy sportu, kina oraz muzyki, i to artykuł o mojej firmie znalazł się w magazynie "Forbes", gdzie pisano o spektakularnym tempie jej rozwoju. Ten żółtodziób nie może się pochwalić podobnymi sukcesami. Jego największym osiągnięciem jest zrobienie śnieżnobiałego zgryzu odznaczającego się na tle opalenizny oraz zdobycie karty VIP do sklepów ze zniewieściałymi sweterkami.
- Wiesz co? - Przewodniczący Bractwa Różowych Kuciapek przychyla głowę i mierzy mnie pełnym politowania spojrzeniem. - Żal mi ciebie. Jesteś tak biedny, że masz w swoim życiu tylko pieniądze, a co gorsza, uważasz, że inni są dokładnie tacy jak ty - stwierdza górnolotnie niczym Paulo Coelho na fazie. - Żądza władzy i sukcesu tak przeżarła ci mózg, że nie potrafisz pojąć, iż dla innych ludzi istnieją o wiele cenniejsze rzeczy. I to właśnie dlatego Santiago się od ciebie odsuwa. Za bardzo kocha swoją firmę, by oddać ją w ręce automatu zafiksowanego wyłącznie na zysk.
- Wow, co prawda od twojej płomiennej przemowy aż stwardniały mi sutki, ale na wszelki wypadek nie startuj na stanowisko mówcy motywacyjnego. Mógłbyś szybko splajtować.
Nie wiem, czy uśmiech Fernando świadczy o tym, że nie zrozumiał sarkazmu, czy w ten sposób prowokuje mnie do zrobienia sobie efektownych braków w tym olśniewającym uzębieniu.
- Możesz się nabijać, ile wlezie, albo pomyśleć, co jest z tobą nie tak, że taki magnat finansowy zaczyna wątpić w wejście w układ z twoją firmą, choć teoretycznie nie masz przecież konkurencji...
- Mógłbym, ale wolę oddać się rozważaniom, czy następnym razem, gdy staniesz mi na drodze, skrócić cię o głowę, czy też może o fiuta - cedzę przez zęby, a potem mijam go i trącam ramieniem, na co on tylko się śmieje.
To wkurwia mnie jeszcze bardziej.
Wychodzę z budynku, a ostre marcowe słońce wściekle atakuje moje rozszerzone gniewem źrenice. Wsuwam okulary na nos i kieruję się do zaparkowanego przy wieżowcu auta.
- Do portu - wydaję kierowcy komendę i otwieram skrzynkę mailową na telefonie, gdzie prowadzę negocjacje z firmą, która ma nam dostarczać nietoksyczne farby antyporostowe. W ostatnim czasie zwiększyła się liczba klientów kochających ekologię i chcemy wyjść naprzeciw ich oczekiwaniom, szukając najwyższej jakości materiałów tego rodzaju.
- Słyszałem, że stary Montenegro bardzo polubił dzieci - odzywa się Miguel po kilku minutach.
Zerkam na niego, nie kryjąc frustracji.
- I co? Oczekujesz, że mu je urodzę?
- Podobno dorastał w bardzo ubogiej i patologicznej rodzinie, w której występował problem z alkoholem. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, miał dwójkę starszego rodzeństwa, ale to on musiał się o wszystkich troszczyć. Pierwszą pracę podjął w wieku sześciu lat, gdy czyścił buty klientom wychodzącym z drogich restauracji. Potem były kolejne, ponieważ jego rodzice nie byli już w stanie pracować...
- Mył szyby, zbierał złom i pracował na budowach - wchodzę mu gwałtownie w słowo. - Znam historię człowieka, z którym chcę robić biznes, Miguel. Dokładnie przestudiowałem ścieżkę jego kariery, poznałem osobiście jego współpracowników, a nawet kobiety, z którymi sypiał. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma dzieci, ale z tego, co mi wiadomo, nigdy nie chciał ich mieć, więc nie mam pierdolonego pojęcia, czemu bachory siostry Louisa Fernando zrobiły na nim aż takie wrażenie!
Na samą myśl o tym, że tak nagle zmienił zdanie, mam ochotę coś rozwalić. Tyle lat starań, wspólnych projektów, rozmów... Przecież cholerny Montenegro wie, że jesteśmy tacy sami. Że ja też dorastałem w domu, gdzie się nie przelewało. Ma świadomość tego, jak byłem wyśmiewany w szkole, i że przez brak pieniędzy nie mogłem zrobić kariery piłkarskiej, mimo iż miałem prawdziwy talent. A przede wszystkim wie o czymś, co jest najgorszym z możliwych skutków ubóstwa - o śmierci mojej siostry bliźniaczki. Brak wystarczającej ilości środków finansowych uniemożliwił skuteczne leczenie w prywatnych klinikach, które mogło skutecznie wydłużyć jej życie.
Choć na zewnątrz tego nie pokazuję, w środku szaleje we mnie gwałtowne i nieujarzmione tornado gniewu. Czuję się zdradzony przez tego człowieka. Mam wrażenie, jakby napluł mi w twarz, zrównując z gównem wszystkie nasze wartości. Sprawił, że cel, który był już na wyciągnięcie ręki, zaczął się oddalać, a ja znów czuję się tym małym i bezsilnym chłopcem, który musi patrzeć na cierpienie siostry. Znów mierzę się z tą jebaną bezradnością, której nienawidzę najbardziej na świecie!
- Więc może za tym spotkaniem z dzieciakami kryje się coś więcej? - Z nieprzyjemnej wycieczki w przeszłość wyrywa mnie Miguel.
- Niby co?
- Nie mam zielonego pojęcia, ale spróbuję rozesłać swoich ludzi.
Zerkam na niego kątem oka.
Miguel jest niczym cholerny Lord Varys z Gry o tron, dowodzący siecią informatorów na dwóch kontynentach. Teren działań Miguela jest zdecydowanie mniejszy, za to ma broń, której Varys nigdy nie użył, a która czyni mojego kompana nie mniej skutecznym niż Starszy nad Szeptaczami. To kuśka, za pomocą, której rozwiązuje języki wielu panienek posiadających cenne informacje. Poprawia mi nieco humor, co szybko mija, bo w kieszeni marynarki rozbrzmiewa dźwięk dzwonka z mojej prywatnej komórki.
Wyciągam ją z ukrytej kieszeni. To matka.
- Cześć, mamo. Coś się stało?
- Tak. Mój syn ma jutro trzydzieste drugie urodziny - oświadcza wesoło, a podły nastrój pikuje w dół o kolejne poziomy, niczym polujący ptak. - Dlatego chciałam cię zaprosić na rodzinny obiad. Będzie Milagros z narzeczonym i Diego z rodziną. Babcia Esmeralda zrobi paellę, a Valeria twoje ulubione cocido madrile?o1. Ja na deser podam flan2 z migdałami i oczywiście dwupoziomowy tort! Wujek Carlito zagra na gitarze, a potem otworzymy jedną z najstarszych butelek wina twojego dziadka, co ty na to?!
Za każdym razem to samo. Co roku mama zaprasza mnie na urodzinowy obiad, mając nadzieję, że w końcu się zgodzę, ale ja nie mam ochoty zasiadać do stołu w domu, który przywołuje wszystkie trudne wspomnienia. Poza tym wciąż boli mnie to, że nie przyjęli mojego prezentu w postaci domu przy plaży, który miał uprzyjemnić im życie na stare lata.
- A może zrobię rezerwację w mojej ulubionej restauracji i nikt nie będzie musiał nic robić? - proponuję w odpowiedzi, na co słyszę standardowy wywód:
- Czy zdajesz sobie sprawę, że nie postawiłeś nogi w domu od przeszło pięciu lat? Wszystkie spotkania rodzinne odbywają się poza nim.
- Mamo, tyle razy ci tłumaczyłem, że...
- Tak, tak. Jesteś bardzo zapracowanym człowiekiem, który stworzył świetnie prosperującą firmę od zera. Masz mnóstwo zobowiązań, przedsięwzięć i planów. Obracasz się w towarzystwie znanych ludzi i musisz dbać o wizerunek. Ja to wszystko rozumiem, ale czasem... - Po drugiej stronie słuchawki zapada milczenie, które przeszywa moje serce poczuciem winy. - Czasem jest mi po prostu przykro, że się nas wstydzisz.
- Mamo, błagam cię. Nie wstydzę się was!
- Zdaję sobie sprawę, że nie daliśmy ci z ojcem wszystkiego, czego potrzebowałeś, ale jednego nigdy ci nie szczędziliśmy. Bezgranicznej i bezinteresownej miłości, która jest niczym woda dla wzrastającej rośliny.
Łapię się za nasadę nosa, czując się coraz podlej.
- Tak, wiem, ale ja też nie szczędzę wam tego, co udało mi się osiągnąć. Kupiłem wam dom przy plaży. Nowoczesny, wygodny, z palmami i pięknymi widokami za oknem, ale nim pogardziliście. Chciałem wyremontować ten, w którym mieszkacie, ale przegoniliście ekipę budowlańców. Zorganizowałem wycieczki do Aspen, Nowego Jorku i Sydney, ale one też okazały się zbędne. Tysiące razy przysyłałem do domu prywatnych lekarzy, ale wy wolicie chodzić do Maribel Mendozy, która ledwo widzi na oczy!
- Wypraszam sobie. Doktor Mendoza jest świetną lekarką, która zna nas całe życie i traktuje jak rodzinę, a przy okazji patrzy na nas kompleksowo. Nie interesują jej wyłącznie pieniądze, tak jak...
- ...jak mnie? - kończę za nią, a mama nie odpowiada.
Bogiem a prawdą ma trochę racji. Wstydzę się nie tyle rodziny, która często zachowuje się w dość nieokrzesany sposób - ale przede wszystkim ich nieporadności życiowej. Nie potrafię zrozumieć, jak przez tyle lat może im wystarczać tradycyjny biały dom w stylu śródziemnomorskim, ozdobiony kratami z kutego żelaza, ornamentami i mozaikami, z mnóstwem kolorowych kwiatów wokół. Jestem pewien, że teraz, po pięciu latach nieobecności zastałbym w środku te same meble i sprzęt. Ba! Postawiłbym milion euro na to, że na patio są te same drewniane krzesła wokół okrągłego stołu, przy kolumnach identyczne kolorowe donice, a pod sufitem stare pomarańczowe lampiony. Układ poduszek na wiklinowej narożnej kanapie też odgadłbym bez problemu. I chociaż przyznam, że w domu zawsze było gwarno i wesoło, to z zazdrością patrzyłem w stronę dzieciaków, których rodzice skutecznie wspinali się po szczeblach drabiny zawodowej, sprawiając młodym markowe ciuchy, nowe telefony czy zagraniczne wycieczki.
Ja zawsze byłem tym gorszym. Biednym synem sprzedawcy ryb, wytykanym palcami za niski status społeczny i specyficzny zapach, którego nigdy nie potrafiłem się pozbyć.
Gniew, frustracja i bezradność rosły we mnie z roku na rok, aż któregoś lata wybuchły niczym Pico del Teide na Teneryfie. To właśnie wtedy, stojąc przed restauracją z bukietem polnych kwiatów w jednej ręce i listem w drugiej, dostałem najważniejszą lekcję w swoim życiu. Gdy w zimny i bezduszny sposób zostałem wymieniony na bogatszy model...
Raquel była moją bratnią duszą. Ona też pochodziła z ubogiej rodziny i dokładnie, tak jak ja, była wyśmiewana przez rówieśników. Ojciec odszedł, gdy miała pięć lat, i od tamtego momentu wszystko zaczęło się sypać. Jej matka nie potrafiła związać końca z końcem, a coraz to nowi mężczyźni, których przyprowadzała do domu, zamiast pomagać, sprowadzali tylko do ich życia kolejne kłopoty. Bardzo często uciekaliśmy późną porą, wdrapując się na dachy domów, gdzie podziwialiśmy księżyc i snuliśmy marzenia o lepszym życiu. Raquel opowiadała, że bardzo chciałaby wyjechać z kraju i poznać inną kulturę, więc pewnego dnia przyniosłem jej mapę Europy i poprosiłem, by palcem wskazała miejsce, które chciałaby odwiedzić. Wybrała Finlandię, a ja przysiągłem jej, że znajdę sposób, by ją tam zabrać. Zacząłem gromadzić informacje o tym kraju i gdy natrafiłem na fakt, że oferuje on darmowe studia, wiedziałem, że właśnie znalazłem to, czego szukałem. Od tamtej pory robiłem wszystko, by dostać się na Uniwersytet Helsiński, zakuwając po nocach i wkładając w swą edukację niemal sto procent energii. Miałem cel: uszczęśliwić swoją Raquel, która zechciała mnie mimo mojego ubóstwa.
Trzy lata później, gdy gnałem na swoim rowerze co sił, by przekazać jej wiadomość, że dostałem się na studia w Finlandii, i że zabieram ją ze sobą, dostałem najboleśniejszy cios w życiu. Nigdy nie zapomnę widoku swojej dziewczyny, która odbiera od bogatego lamusa wielki bukiet czerwonych róż, a potem ujmuje jego dłoń i daje się prowadzić do nowego lśniącego ścigacza, którego koszt z pewnością kilkukrotnie przekraczał wartość mojego domu.
Ten widok jeszcze nie roztrzaskał mojego serca na miliony drobnych kawałków. Zrobiło to dopiero spojrzenie bursztynowych oczu, gdy spostrzegła, że ich obserwuję. Ta krótka chwila paniki, zawahania, a potem decyzji, gdy wybrała tamtego typa...
Patrząc, jak zakłada kask, siada na szerokim siedzeniu i chwyta w pasie nieznajomego snoba, czułem, że przechodzę wewnętrzną transformację. Chłopak, który wierzył w takie pierdoły jak "pokrewne dusze", umarł w męczarniach, wyśmiewany przez mężczyznę, który pojawił się na jego miejscu. Nowa wersja mnie wiedziała już, czego tak naprawdę pragną kobiety i jak zdobyć ich atencję oraz zapewnić sobie wszystko, o czym całe życie marzyłem...
- Lubię pieniądze, mamo, i nie zamierzam za to przepraszać - odzywam się po dłuższej chwili milczenia, wracając do rzeczywistości. - Nigdy nie znalazłem się w sytuacji, w której okazałyby się dla mnie przeszkodą. Pieniądze to siła, władza, wysoka jakość życia, spokój i moc sprawcza, gdy twój los nie leży już w rękach innych.
Nie mówię już tego na głos, ale mnie odpowiednia ilość zasobów finansowych daje kontrolę, której w dzieciństwie tak bardzo mi brakowało. Mogłem tylko przyjmować kolejne ciosy, nie mając narzędzi, by się bronić. Potrafiłem jedynie słuchać, jak rówieśnicy ubliżają mi i mojej rodzinie, a jedyną manifestacją siły, na którą mogłem sobie pozwolić, było hamowanie łez; ich nigdy im nie dałem.
- Bogaty stajesz się dopiero wtedy, gdy posiadasz rzeczy, których nie da się kupić za pieniądze, wiesz? - rzuca filozoficznie mama w odpowiedzi.
Jeśli mam być szczery, to nie. Dawno już przestałem wierzyć w bajki o bezinteresownej i szczerej miłości, która wprawia w ruch gwiazdy. Dałem się nabrać raz, i srogi wpierdol, jaki sprawiła mi ta naiwność, wystarczył, bym odrobił lekcję.
Jeśli poważnie zachoruję, to nie miłość załatwi mi najlepszych lekarzy. Gdy mój dom spłonie, żadni budowlańcy nie wzniosą nowego za słowa: "Dziękuję, wysyłam wam moc miłości". To uczucie nie położy mi żarcia na talerzu, nie pozwoli zrealizować pasji, ani nie zapewni bezpieczeństwa. Nie da mi też poczucia wolności ani akceptacji społecznej. Nie da mi niczego, prócz kopa w dupę w najmniej spodziewanym momencie...
- Powiedz mi, synku, ale tak szczerze. Kiedy ostatnio czułeś się szczęśliwy? Kiedy ostatni raz w twoim sercu panował spokój, który burzył jedynie trzepot skrzydeł motyla? Kiedy otworzyłeś oczy i uśmiechnąłeś się szeroko do świata, tak po prostu, bez powodu?
- Podejrzewam, że dobry towar zapewniłby mi takie odklejenie od rzeczywistości, ale niestety nie bawię się w dragi - odpowiadam żartobliwie.
Choć z tymi narkotykami to akurat prawda. Nigdy nie tknąłem tego ścierwa.
- Wiesz, kto powinien ci je zapewnić? Miłość do Leticii - wyjaśnia bez zająknięcia. - Ale nie zapewni, ponieważ jej nie kochasz.
I znowu ta sama śpiewka...
- Miłość jest przereklamowana, mamo. Leticia jest piękną kobietą, która prócz przyjemnych wrażeń estetycznych, zapewnia mi relaks po ciężkim dniu pracy.
- Mówisz o niej jak o designerskim fotelu do masażu!
Od razu stają mi przed oczami niecenzuralne sceny z masażem i jej ustami w roli głównej, ale szybko je od siebie odsuwam.
- Mówię o niej jak o partnerce, która zna moje potrzeby i bez biadolenia je spełnia. Wie, kiedy się odezwać, a kiedy milczeć. Potrafi bez problemu odgadnąć, kiedy jej towarzystwo jest pożądane, a kiedy odsunąć się w cień. Jest wykształcona, obyta, elokwentna i ma wiedzę prawniczą, która wielokrotnie okazywała się pomocna.
- Ta kobieta przypomina robota bez uczuć! - Mama wypowiada te słowa jak przekleństwo.
- Tak. To akurat jej największa zaleta - przyznaję z uśmiechem.
Leticia jest... wygodna. Przewidywalna i niewymagająca. Jako córka wysoko postawionego właściciela kancelarii prawnej od dziecka uczona była zasad dobrego wychowania i etykiety, a przede wszystkim powściągliwości, która wybawia mnie od wszelkiego rodzaju sztucznych dramatów, scen zazdrości i innych rzeczy podpinanych pod PMS.
- Wiesz co? - W głosie mamy słyszę naganę. - Mam tego dość.
- Czego konkretnie?
- Twojej ślepoty i bezsensownego marnotrawienia czasu. Naprawdę długo pozwalałam ci tkwić w tym szaleństwie, w którym liczą się tylko dobra materialne.
- Dla mnie szaleństwem jest życie bez nich.
- Bo jesteś głupcem. Z bólem to przyznaję, ale babcia Esmeralda miała rację. Sam nie zawrócisz ze ścieżki, która wiedzie cię do zguby.
- Mamo, znów naczytałaś się tych tanich romansideł?
- Już my z babcią otworzymy ci oczy! - zapowiada złowieszczo, a po moim kręgosłupie automatycznie przelatuje dreszcz. - Szykuj się na zmiany, Alejandro... - dodaje, po czym bezceremonialnie się rozłącza.
Typowe. Gdy coś nie idzie po jej myśli, potrafi wybuchnąć w ułamku sekundy. Albo, co gorsza, wciągać w to swoją matkę!
- Czy ja słyszałem o babci Esmeraldzie? - Oczy Miguela rozszerzają się z przerażenia, gdy wychwytuje z rozmowy jej imię.
Moja babcia jest medium i wróżką. Ma szeroko pojęte zdolności parapsychiczne, w tym: dar jasnowidzenia, jasnosłyszenia, telepatii oraz perfekcyjnie opanowaną sztukę skutecznej manifestacji i innych tego typu dziadostw. Nie żebym cokolwiek z tego rozumiał. Powtarzam tylko słyszane w dzieciństwie hasła. Jedyne, co wiem, to fakt, że istnieją ludzie, którzy w to wierzą, bo do babci, odkąd tylko pamiętam, ustawiali się w kolejce. I co najdziwniejsze: wracali!
- Tylko mi nie mów, że wierzysz w te brednie... - Patrzę na przyjaciela z politowaniem.
- Ja nie, ale pan powinien. Pamięta szef, jak nabił sobie guza zaraz po tym, jak pokazał jej język? Albo jak kazała panu zwrócić do sklepu bransoletkę, którą szef podwędził dla Raquel? Wiedziała nawet, w której kieszeni ją pan ukrył!
- Pewnie ktoś mnie zauważył i jej doniósł. Też mi zjawisko paranormalne - kpię, po czym każę kierowcy zmienić kurs podróży. - Zawieź mnie do mojego apartamentu. Od całej tej rozmowy z matką rozbolała mnie głowa.
- Jak szef uważa. - Głos Miguela jest pełen powagi i lęku, jakby właśnie jego największy guru wydał na mnie wyrok śmierci. - Ale ja bym się miał na baczności.
- I tym się właśnie różnimy, mój drogi przyjacielu. - Mierzę go pobłażliwym spojrzeniem. - Ja, w przeciwieństwie do ciebie, sam kreuję i ustalam swoją przyszłość. Żadne czary-mary nie będą mi dyktowały, jak żyć.
- Wierzę w szefa niezachwianą pewność siebie. - Podnosi na mnie zlęknione spojrzenie. - Ale na wszelki wypadek będę się za szefa modlił.