Uwięziona w bursztynie - Diana Gabaldon

Kup ebooka

85.00 zł
70.55 zł (59,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

1. Wykaz

Roger Wakefield stał pośrodku pokoju. Czuł się osaczony. Uznał, że to uzasadnione wrażenie. Otaczał go las przedmiotów: stoły zawalone bibelotami i papierami; ciężkie wiktoriańskie meble zasłonięte przed kurzem prześcieradłami, pluszem i wełnianymi szalami; małe, plecione dywaniki na wypolerowanej podłodze, tak niebezpieczne dla nieostrożnego przechodnia. Dwanaście pokoi pełnych mebli, ubrań i papierów. I książek - mój Boże, książek!

Gabinet, w którym stał, na trzech ścianach miał półki z książkami, wszystkie zapchane ponad miarę. Horrory w papierowych okładkach tworzyły kolorowe, nierówne stosy. Oprawione w skórę tomy stały ściśnięte jak sardynki wraz z książkami z klubów wysyłkowych, starymi woluminami ukradzionymi z nieistniejących już bibliotek, tysiącami broszur, papierków i zszywanych rękopisów.

W pozostałych częściach domu było podobnie. Książki i papiery pokrywały każdą poziomą powierzchnię. Wszystkie szafy aż trzeszczały i pękały w szwach. Jego zmarły przyszywany ojciec przeżył długie, spełnione życie. O dobrych kilkadziesiąt lat przekroczył biblijny wiek trzydziestu trzech wiosen. I przez ten czas wielebny Reginald Wakefield nigdy niczego nie wyrzucił.

Roger stłumił nieodpartą chęć natychmiastowego powrotu do Oksfordu, zostawienia domu i całej jego zawartości na łaskę i niełaskę losu. Spokojnie, powiedział do siebie. Zrobił głęboki wdech. Poradzisz sobie. Z książkami pójdzie łatwo: wystarczy posortować i wezwać kogoś, żeby je zabrał. Na pewno będzie potrzebna ciężarówka. Ubrania - nie ma sprawy. "Oxfam" weźmie wszystkie.

Nie miał pojęcia, co też "Oxfam" zrobi ze stosem garniturów z czarnej serży, rocznik mniej więcej tysiąc dziewięćset czterdziesty ósmy. Może biedni nie będą aż tak krytyczni? Zaczął oddychać nieco spokojniej. Żeby zająć się rzeczami wielebnego, wziął miesięczny urlop na wydziale historii w Oksfordzie. Czy starczy czasu? W chwilach zwątpienia Roger się obawiał, że porządkowanie zajmie całe lata.

Podszedł do jednego ze stolików i podniósł chińską czarkę. Były w niej niewielkie metalowe prostokąty; ołowiane gaberlunzies - plakietki wydawane przez parafie osiemnastowiecznym żebrakom jako coś w rodzaju licencji. Przy lampie stała kolekcja kamiennych butelek, a obok rogowa tabakierka ze srebrnymi okuciami. Oddać wszystko do muzeum? - pomyślał z powątpiewaniem. W domu pełno było przedmiotów z okresu działania jakobitów; wielebny był historykiem amatorem, a jego ulubiony teren łowiecki to osiemnasty wiek.

Roger bezwiednie pogłaskał tabakierkę. Wyczuł czarne linie napisów - nazwiska i daty przewodniczących oraz skarbników Stowarzyszenia Krawców z Canongate, z Edynburga, z tysiąc siedemset dwudziestego szóstego roku. Może powinienem zatrzymać część doborowych nabytków wielebnego... Cofnął dłoń. Zdecydowanie potrząsnął głową.

- Nic z tego, palancie - powiedział głośno. - To prowadzi do obłędu. - Gdyby zaczął wybierać przedmioty, w końcu zachowałby wszystko i zamieszkał w tym potwornym domu, otoczony masą niepotrzebnych rzeczy. - Mówienie do siebie również - mruknął.

Myśl o stertach zabytkowych śmieci przypomniała mu o garażu. Nogi się pod nim ugięły. Wielebny, stryjeczny dziadek, adoptował pięcioletniego Rogera. Rodzice chłopca zginęli w czasie drugiej wojny światowej: matka podczas blitzkriegu, ojciec nad ciemnymi wodami kanału. Wiedziony instynktem zbieracza wielebny zatrzymał wszystkie rzeczy rodziców Rogera. Schował je w skrzynkach i kartonach w garażu. Roger miał pewność, że nikt nie otwierał żadnego z pudeł przynajmniej od dwudziestu lat.

Na myśl o grzebaniu w rzeczach rodziców Roger aż jęknął.

- O, Boże! Tylko nie to! W tym samym momencie rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi. Roger z przerażenia ugryzł się w język. Otworzył drzwi. Zardzewiałe zawiasy zaskrzypiały głośno.

- Słucham panią - powiedział do stojącej za progiem kobiety.

Była średniego wzrostu, bardzo ładna. Drobna sylwetka, cera biała jak len, masa brązowych, kręconych włosów upiętych w luźny kok i... najniezwyklejsze w świecie, jasne oczy koloru dojrzałej czereśni.

Kobieta przeniosła wzrok z jego butów numer jedenaście, z gumowymi podeszwami, na twarz ponad trzydzieści centymetrów nad jej głową. Uśmiechnęła się szerzej.

- Przepraszam, że zaczynam od banalnego spostrzeżenia - odezwała się łagodnym głosem. - Ale... Rogerze, jak ty wyrosłeś! Roger poczuł, że się rumieni. Kobieta zaśmiała się i wyciągnęła rękę.

- Pan jest Rogerem, prawda? Nazywam się Claire Randall; byłam starą znajomą wielebnego. Ostatni raz widziałam pana, gdy miał pan pięć lat.

Ee... znajomą mojego ojca? To pewnie już pani wie... W miejsce uśmiechu pojawił się wyraz szczerego żalu.

Tak, słyszałam. Serce?

- Mhm, tak. To się stało tak nagle. Dopiero przyjechałem z Oksfordu, żeby się zająć wszystkim. - Zatoczył ręką półkole na znak, że chodzi mu o śmierć wielebnego, dom i całą jego zawartość.

- Jeśli dobrze pamiętam bibliotekę wielebnego, to będzie pan miał sporo roboty - zauważyła Claire.

- W takim razie może nie powinnyśmy przeszkadzać - powiedział miękki głos z amerykańskim akcentem.

- Ach, przepraszam. Zapomniałam. - Claire odwróciła się do stojącej w kącie ganku dziewczyny, niewidocznej dla Rogera. - Roger Wakefield, moja córka Brianna.

Brianna Randall podeszła bliżej z nieśmiałym uśmiechem. Roger wpatrywał się w nią przez chwilę. W końcu przypomniał sobie o dobrych manierach. Otworzył drzwi na oścież. Zastanawiał się, kiedy ostatnio zmieniał koszulę.

- Ależ nie, ależ nie! - powiedział serdecznie. - Przerwa dobrze mi zrobi. Zechcą panie wejść?

Wskazał drogę do gabinetu wielebnego. Córka, niezbyt atrakcyjna, była jedną z najwyższych kobiet, jakie Roger kiedykolwiek widział z bliska. Co najmniej metr osiemdziesiąt, pomyślał.

Gdy dziewczyna przechodziła przez hol, jej głowa sięgała górnej krawędzi boazerii. Roger podświadomie się wyprostował, aby osiągnąć pełną wysokość stu dziewięćdziesięciu centymetrów. Wchodząc za kobietami do gabinetu, w ostatniej chwili się schylił, żeby nie uderzyć głową o framugę drzwi.

- Chciałam przyjechać wcześniej - rzekła Claire, sadowiąc się wygodniej w ogromnym fotelu. Jedną ze ścian gabinetu wielebnego zajmowało okno.

Wpadające przez nie promienie słoneczne igrały na perłowej spince w jasnobrązowych włosach. Z upiętej fryzury wymykały się niesforne loki; Claire bezwiednie odgarnęła kosmyk za ucho.

- W zeszłym roku już wszystko zorganizowałam, żeby przyjechać, ale w szpitalu w Bostonie mieliśmy gorący okres. Jestem lekarzem - wyjaśniła i uśmiechnęła się leciutko na widok zaskoczonego spojrzenia Rogera. - Bardzo żałuję, że nie udało się uratować pańskiego ojca; ogromnie chciałam się z nim spotkać.

Roger zastanawiał się, dlaczego przybyły teraz, po śmierci wielebnego. Uznał jednak, że niegrzecznie byłoby o to pytać.

- Miały panie okazję trochę pozwiedzać... - odezwał się po chwili

Tak, przyjechałyśmy samochodem z Londynu - odrzekła Claire. Uśmiechnęła się do córki. - Chciałam pokazać Bree jej ojczysty kraj. Ma amerykański akcent, lecz jest Angielką, tak jak ja, chociaż nigdy tu nie mieszkała.

Naprawdę? - Roger rzucił okiem na Briannę. Nie wygląda na Angielkę, pomyślał. Duży wzrost, gęste, rude włosy opadające na ramiona, twarz o mocnych, zdecydowanych rysach, prosty nos, może odrobinę za długi.

- Urodziłam się w Ameryce - wtrąciła się Brianna - ale zarówno mama, jak i tata są... Byli... Anglikami.

- Byli?

- Mój mąż zmarł dwa lata temu - wyjaśniła Claire. - Sądzę, że go pan znał. To Frank Randall.

- Frank Randall! Oczywiście! - Roger uderzył się w czoło, a gdy Brianna zachichotała, poczuł, że palą go policzki. - Zapewne uznają mnie panie za skończonego durnia, ale dopiero teraz dotarło do mnie, kim panie są. Nazwisko wiele wyjaśniło; Frank Randall był znakomitym historykiem i przyjacielem wielebnego; przez całe lata wymieniali się informacjami na temat jakobitów. Od ostatniej wizyty Franka Randalla w domu wielebnego minęło jednak co najmniej dziesięć lat.

- Czyli... zamierzają panie zwiedzać historyczne miejsca w pobliżu Inverness? - spytał niepewnie Roger. - Były już panie w Culloden?

- Jeszcze nie - odrzekła Brianna. - Wybieramy się tam pod koniec tygodnia. - Uśmiechnęła się uprzejmie.

- Na dzisiejsze popołudnie kupiłyśmy bilety na wycieczkę nad Loch Ness - wyjaśniła Claire. - A jutro może pojedziemy do Fort William albo pokręcimy się po Inverness; bardzo się zmieniło od mojego ostatniego pobytu.

- Czyli od kiedy? - Roger zastanawiał się, czy powinien zaoferować swoje usługi jako przewodnik. Nie miał zbyt wiele czasu, ale Randallowie byli przyjaciółmi wielebnego. Poza tym wycieczka do Fort William w towarzystwie dwu atrakcyjnych kobiet wydawała mu się o wiele ciekawsza niż sprzątanie garażu.

- Och, od przeszło dwudziestu lat. Minęło dużo czasu. - W głosie Claire zabrzmiała dziwna nuta. Roger rzucił okiem na panią Randall. Odpowiedziała uśmiechem.

- Cóż, jeśli mogę paniom służyć podczas zwiedzania okolic... - zaproponował nieśmiało.

Claire wciąż się uśmiechała, ale w jej twarzy coś się zmieniło. Można byłoby pomyśleć, że tylko czekała na tę propozycję. Spojrzała na córkę, potem na Rogera.

- Skoro pan o tym wspomniał... - rzekła i uśmiechnęła się szerzej.

- Och, mamo! - wykrzyknęła Brianna, prostując się na krześle. - Nie zamierzasz chyba przeszkadzać panu Wakefieldowi! Spójrz, ile ma roboty! - Wskazała gabinet zastawiony kartonami i niebotycznymi stosami książek.

- Ależ to nie kłopot! - zaprotestował Roger. Claire znacząco popatrzyła na córkę.

- Nie miałam zamiaru ciągnąć pana siłą - powiedziała szorstko. - Ale może pan znać kogoś, kto mógłby nam pomóc. Szukam osoby, która dobrze zna historię osiemnastowiecznych jakobitów. Zaciekawiony Roger pochylił się w jej stronę.

- Nie specjalizuję się w tym okresie, ale co nieco wiem - odparł. - Trudno zresztą nie wiedzieć, mieszkając tak blisko Culloden. Tam rozegrała się ostatnia bitwa - wyjaśnił Briannie. - Zwolennicy księcia Karola zaatakowali księcia Cumberland i zostali wyrżnięci w pień.

- Zgadza się - potwierdziła Claire. - Właśnie z tym wydarzeniem wiążą się moje poszukiwania. - Sięgnęła do torebki i wyciągnęła kartkę.

Roger rozłożył papier i szybko przebiegł wzrokiem. Lista około trzydziestu nazwisk, samych mężczyzn. U góry napisano: "Powstanie jakobitów w tysiąc siedemset czterdziestym piątym roku, Culloden".

Ci ludzie walczyli pod Culloden, prawda? - spytał Roger.

Tak - odparła Claire. - Chcę się dowiedzieć, ilu z nich przeżyło bitwę. Wczytując się w listę, Roger pocierał dłonią podbródek.

- Pytanie jest proste - rzekł. - Ale z odpowiedzią może być kłopot. Pod Culloden poległo tak wielu popierających księcia Karola członków klanów, że nie grzebano ich osobno. Kopano zbiorowe mogiły, na których stawiano jedynie kamień z nazwą klanu.

- Wiem - mruknęła Claire. - Brianna tam nie była, ale ja tak. Bardzo dawno temu. - Wydawało mu się, że dostrzegł cień w jej oczach. Szybko spuściła wzrok i sięgnęła do torebki. Tak, Culloden to wzruszające miejsce, pomyślał. Jemu samemu łzy napływały do oczu na widok rozległej, podmokłej przestrzeni i na wspomnienie szlachetności oraz odwagi szkockich górali, poległych podczas rzezi, spoczywających teraz pod zieloną trawą.

Claire podała mu jeszcze kilka zapisanych na maszynie kartek. Długi, biały palec przesuwał się po marginesie jednej z nich. Piękne ręce, zauważył Roger; delikatne, wypielęgnowane, z jednym pierścionkiem na każdej dłoni. Szczególnie uderzający był srebrny pierścionek na prawej ręce: szeroka, jakobicka obrączka z przeplatanym wzorem szkockich górali, ozdobiona kwiatami ostu.

- Z tego, co wiem, są to nazwiska żon. Pomyślałam, że taki spis może się przydać. Wdowy prawdopodobnie ponownie wyszły za mąż lub wyemigrowały. Informacje o nich z pewnością znajdują się w księgach parafialnych. Wszyscy mieszkali w obrębie tej samej parafii; kościół stał w Broch Mordha, spory kawałek na południe stąd.

- Dobry pomysł - ocenił Roger, nieco zaskoczony. - Tak właśnie rozumuje historyk.

- Trudno mnie uznać za historyka - odparła sucho Claire Randall. - Ale mieszkając pod jednym dachem z historykiem, przyswoiłam sobie jego metody.

- Naturalnie. - Roger poderwał się z krzesła pod wpływem nagłej myśli. - Jestem okropnym gospodarzem. Proszę pozwolić, że zrobię paniom drinka, a potem opowiedzą mi panie więcej o swoich poszukiwaniach. Może sam będę mógł pomóc.

Na szczęście wiedział, gdzie w tym bałaganie znajdują się karafki. Szybko podał gościom whisky. Dolał sporo wody do szklanki Brianny, ale zauważył, że dziewczyna sączy napój, jakby był to środek owadobójczy, a nie najlepsza glenfiddich z jęczmienia słodowanego. Natomiast Claire, która nie życzyła sobie wody, alkohol smakował o wiele bardziej.

- Cóż. - Roger usiadł i ponownie sięgnął po kartkę. - To bardzo interesujący problem z punktu widzenia badań historycznych. Powiedziała pani, że mężczyźni należeli do jednej parafii? Byli więc członkami jednego klanu. Widzę, że wielu nosiło nazwisko Fraser.

Clare przytaknęła. Siedziała z dłońmi splecionymi na kolanach.

- Pochodzili z tej samej posiadłości, niewielkiej góralskiej farmy zwanej Broch Tuarach, znanej w okolicy jako Lallybroch. Należeli do klanu Fraserów, chociaż nigdy nie uznali lorda Lovata za swego pana. Wcześnie przyłączyli się do powstania. Walczyli w bitwie pod Prestonpans, podczas gdy ludzie Lovata wstąpili w powstańcze szeregi tuż przed bitwą pod Culloden.

- Naprawdę? Ciekawe. - W osiemnastym wieku, gdy panował pokój, posiadacze niewielkich majątków zwykle umierali tam, gdzie żyli. Potem chowano ich w porządnych grobach na cmentarzu, a daty śmierci skrzętnie odnotowano w księgach parafialnych. Jednak próba odzyskania szkockiego tronu przez księcia Karola w tysiąc siedemset czterdziestym piątym roku brutalnie przerwała ustalony porządek.

Po klęsce pod Culloden nastał głód. Wielu górali wyemigrowało do Nowego Świata; inni odeszli do miast w poszukiwaniu żywności i pracy. Bardzo niewielu uparcie trzymało się swojej ziemi i tradycji.

- Fascynujący temat na artykuł - myślał głośno Roger. - Warto prześledzić los tej grupy ludzi. Sprawdzić, co się z nimi stało. Gorzej, gdyby wszyscy polegli pod Culloden. Istnieje jednak szansa, że kilku z nich przeżyło.

Chętnie by się tym zajął. Zrobiłby sobie miłą przerwę w przykrych obowiązkach. Nawet gdyby nie prosiła o to Claire.

- Tak, chyba mogę paniom pomóc - oświadczył. Ucieszył się na widok ciepłego uśmiechu, którym obdarzyła go pani Randall.

- Naprawdę? Cudownie!

- Cała przyjemność po mojej stronie. - Roger złożył kartkę i położył na stole. - Ale proszę najpierw powiedzieć, jak się udała podróż z Londynu.

Rozmowa zeszła na tematy ogólne. Panie Randall opowiedziały o wrażeniach z transatlantyckiej podróży oraz z jazdy samochodem z Londynu. Roger nie słuchał zbyt uważnie, ponieważ już zaczął planować badania. Trapiło go lekkie poczucie winy: naprawdę nie miał czasu. Z drugiej strony jednak zagadnienie wydawało się bardzo interesujące. Poza tym praca nad nim będzie wymagała przejrzenia materiałów wielebnego. Roger wiedział, że w garażu stoi czterdzieści osiem kartonów z napisami: "Jakobici, różne". Na samą myśl o nich robiło mu się słabo.

Zmusił się, żeby przestać myśleć o składzie rupieci. Rozmowa nagle przeszła na inny temat.

- Druidzi? - Roger był oszołomiony. Podejrzliwie łypnął do szklanki, czy aby na pewno dolał wody.

- Nie słyszał pan o druidach? - spytała Claire, lekko rozczarowana. - Pański ojciec wiele o nich wiedział. Ale może uznawał to za żart, o którym nie warto mówić.

Roger podrapał się w głowę, rozczochrując sobie gęste, czarne włosy.

- Ma pani rację, pewnie nie podchodził do tego serio.

- Cóż, sama nie wiem, czy to poważna sprawa. - Założyła nogę na nogę. Promień słońca zalśnił na jej pończosze, podkreślając delikatność długiej łydki.

- Kiedy po raz ostatni byłam tu z Frankiem... Boże, dwadzieścia trzy lata temu! Wielebny wyznał, że w okolicy działa grupa... Współczesnych druidów, tak chyba można ich nazwać. Nie mam pojęcia, w jakim stopniu są wierni tradycji. Prawdopodobnie nie bardzo. - Teraz Brianna wykazała zainteresowanie tematem.

- Wielebny nie mógł uznawać ich oficjalnie. Pogaństwo, tajemnicze rytuały, sam pan wie. Ale do grupy należała jego gospodyni, pani Graham, więc od czasu do czasu dopytywał się, co się tam dzieje. Kiedyś wspomniał Frankowi o jakiejś ceremonii, która miała się odbyć o świcie Beltane, czyli pierwszego maja.

Roger potaknął. Próbował oswoić się z myślą, że starsza pani Graham, bardzo przyzwoita osoba, mogłaby brać udział w pogańskich ceremoniach i tańczyć o świcie w kamiennym kręgu. Słyszał, że podczas niektórych druidycznych obrzędów palono poświęcone ofiary w wiklinowych klatkach. Wizerunek leciwej, szkockiej prezbiterianki jeszcze mniej pasował mu do tego obrazu.

- Na szczycie pobliskiego wzgórza znajduje się krąg stojących głazów. Poszliśmy tam przed świtem, żeby ich, no cóż, szpiegować. - Przepraszająco wzruszyła ramionami. - Wie pan, jacy są naukowcy; zrobią wszystko, by zgłębić wiedzę na interesujący ich temat. Postępują niedelikatnie i nie mają wyrzutów sumienia. Roger leciutko się skrzywił, ale skinął głową, przyznając Claire rację.

- Byli tam - ciągnęła. - Pani Graham też, wszyscy okryci prześcieradłami. Śpiewali i tańczyli w kamiennym kręgu. Frank był zafascynowany - dodała z uśmiechem. - To robiło wrażenie, nawet na mnie. Zamilkła na chwilę. Patrzyła na Rogera w zamyśleniu.

- Słyszałam, że pani Graham zmarła parę lat temu. Ale zastanawiam się... Nie wie pan, czy nie miała rodziny? Sądzę, że członkostwo w takich grupach często jest dziedziczne; może żyje córka lub wnuczka, która mogłaby mi coś opowiedzieć.

- Cóż... - zaczął powoli Roger. - Jest wnuczka. Ma na imię Fiona. Fiona Graham. Przyjechała tu po śmierci babci, żeby pomagać w domu. Wielebny był już zbyt wiekowy, żeby zostać sam.

Myśl o dziewiętnastoletniej Fionie odgrywającej rolę strażniczki starej mistycznej wiedzy odpędziła wizję pani Graham tańczącej w prześcieradle. Roger szybko się opanował i mówił dalej:

- Niestety, teraz nie ma jej w domu. Ale mógłbym ją sprowadzić. Claire lekceważąco machnęła delikatną dłonią.

- Proszę sobie nie robić kłopotu. Innym razem. Już i tak zabrałyśmy pa-nu zbyt wiele czasu.

Postawiła pustą szklankę na stoliku pomiędzy dwoma krzesłami. Brianna z wyraźnym entuzjazmem dostawiła swoją, pełną. Zauważył, że panna Randall obgryza paznokcie. Ten mały dowód niedoskonałości dał mu odwagę do uczynienia następnego kroku. Intrygowała go. Nie chciał, żeby odeszła, nie pozostawiając mu pewności, że znów ją zobaczy.

- ... propos kamiennych kręgów - powiedział pośpiesznie. - Sądzę, że znam ten, o którym pani wspomniała. Jest bardzo efektowny i znajduje się niedaleko miasteczka. - Uśmiechnął się do Brianny Randall. Automatycznie zarejestrował fakt, że dziewczyna ma trzy pieprzyki na jednym policzku. - Pomyślałem, że moglibyśmy zacząć poszukiwania od wycieczki do Broch Tuarach. To w tym samym kierunku co kamienny krąg... Ach! Nagłym ruchem swej wypchanej torebki Claire Randall strąciła obie szklaneczki whisky ze stolika. Alkohol ze sporą ilością wody zalał Rogerowi uda.

- Bardzo przepraszam - powiedziała, wyraźnie zakłopotana. Schyliła się i zaczęła zbierać kawałki rozbitego kryształu, mimo że Roger próbował ją powstrzymać. Brianna rzuciła się na pomoc z garścią lnianych serwetek z kredensu.

- Ależ, mamo, jak oni pozwalają ci operować? - gderała. - Jesteś taka nieostrożna. Spójrz, przez ciebie pan Wakefield ma mokre buty! - Uklękła na podłodze i zaczęła szybko ścierać rozlaną szkocką i zbierać okruchy kryształu. - I spodnie.

Wzięła świeżą serwetkę ze stosu, który przytrzymywała ramieniem, i sprawnie wycierała buty Rogera. Jej ruda grzywka powiewała przy jego kolanach. Brianna podniosła głowę i zaczęła energicznie trzeć mokry sztruks. Roger zamknął oczy i gorączkowo myślał o straszliwych wypadkach samochodowych, formularzach podatkowych, kosmitach - o czymkolwiek, żeby tylko się nie skompromitować, gdy ciepły oddech Brianny Randall delikatnie przenikał przez jego mokre spodnie.

- Może resztę wytrze pan sam? - Głos dochodził z bardzo bliskiej odległości. Roger uniósł powieki i zobaczył parę oczu w kolorze głębokiego błękitu oraz szeroki uśmiech. Niemrawo wziął od Brianny serwetkę. Dyszał, jakby przed chwilą goniła go lokomotywa.

Pochylając głowę nad spodniami, napotkał wzrok Claire Randall. Kobieta przyglądała mu się z politowaniem, a zarazem rozbawieniem. W jasnych oczach nie było już iskry, którą, jak mu się zdawało, zauważył tuż przed katastrofą. A może widział ją tylko w wyobraźni?

- Odkąd to interesujesz się druidami, mamo? - Briannę chyba to bawiło; zauważyłam, że zagryzała wargi, kiedy rozmawiałam z Rogerem Wakefieldem. Uśmiech, który wtedy ukrywała, teraz wykwitł na jej twarzy. - Ubierzesz się w prześcieradło i pójdziesz z nimi tańczyć?

- To na pewno o wiele weselsze niż czwartkowe spotkania personelu szpitala - odparłam. - Chociaż można się przeziębić. Brianna wybuchła śmiechem, płosząc z chodnika dwie sikorki.

- Nie - powiedziałam poważnie. - Nie interesują mnie same druidki. Kiedyś znałam w Szkocji osobę, którą chciałabym odszukać. Nie mam jej adresu. Nie kontaktowałyśmy się przez przeszło dwadzieścia lat. Ciekawiły ją takie dziwactwa: czary, stare wierzenia, folklor. Mieszkała niegdyś w pobliżu. Pomyślałam, że jeśli tu jeszcze jest, może należeć do takiej grupy.

- Jak się nazywa?

Potrząsnęłam głową. Spinka zsunęła mi się z loków i wpadła w wysoką trawę przy chodniku.

- Cholera! - krzyknęłam. Ręce mi się trzęsły, gdy przeszukiwałam gęstą trawę. Myśl o Geillis Duncan wciąż wytrącała mnie z równowagi. Nawet teraz. - Nie wiem - powiedziałam, odgarniając włosy z zarumienionej twarzy. - To znaczy... Minęło tak dużo czasu, że na pewno nosi już inne nazwisko. Była wdową; mogła ponownie wyjść za mąż albo wrócić do nazwiska panieńskiego.

Brianna straciła zainteresowanie tematem. Przez chwilę szła w milczeniu. Nagle zapytała:

- Co myślisz o Rogerze Wakefieldzie, mamo?

Spojrzałam na nią badawczo. Miała zaróżowione policzki, ale może z powodu wiosennego wiatru.

Wydaje się bardzo miłym młodym człowiekiem - odpowiedziałam ostrożnie. - Z pewnością jest inteligentny. To jeden z najmłodszych profesorów w Oksfordzie. - Nie wątpiłam w jego inteligencję; zastanawiałam się tylko, czy ma wyobraźnię. Akademikom często jej brakuje. W tym wypadku jednak wyobraźnia by się przydała.

Ma przepiękne oczy - stwierdziła z rozmarzeniem Brianna. Całkiem ignorowała kwestię jego intelektu. - Chyba są najbardziej zielone na świecie?

- Tak, zwracają uwagę - przyznałam. - Zawsze takie były; pamiętam, że je zauważyłam, kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, miał wtedy pięć lat. Brianna spojrzała na mnie, marszcząc brwi.

- No właśnie, mamo! Czy musiałaś powiedzieć: "Jak ty wyrosłeś?", kiedy otworzył drzwi? Ale wstyd! Zaśmiałam się.

- Cóż, kiedy go ostatni raz widziałam, sięgał mi do pępka. A teraz musiałam zadzierać głowę - broniłam się. - Nie mogłam nie dostrzec różnicy.

- Mamo! - Parsknęła śmiechem.

- Ma też bardzo ładne pośladki - dodałam, żeby ją jeszcze bardziej rozśmieszyć. - Zauważyłam, kiedy schylił się po whisky.

- Mamooo! Ktoś usłyszy!

Byłyśmy tuż przy przystanku autobusowym. Stały tam dwie lub trzy kobiety oraz starszy mężczyzna w tweedowym garniturze; odwrócili się do nas i patrzyli, jak podchodzimy.

- Czy stąd odjeżdżają autobusy wycieczkowe "Loch-side"? - zapytałam, patrząc na mrowie ogłoszeń przyklejonych do tablicy.

- Tak - odpowiedziała grzecznie jedna z pań. - Autobus przyjedzie za jakieś dziesięć minut. - Obrzuciła wzrokiem Briannę, która w dżinsach i białej wiatrówce wyglądała bardzo amerykańsko. A na dodatek miała całą twarz czerwoną od hamowanego śmiechu. - Wybierają się panie nad Loch Ness pierwszy raz? Uśmiechnęłam się do niej.

- Żeglowałam po tym jeziorze z mężem, dwadzieścia parę lat temu, ale moja córka nigdy wcześniej nie była w Szkocji.

- Naprawdę? - Głośno wyrażone niedowierzanie zwróciło uwagę pozostałych pań. Podeszły do nas, nagle bardzo przyjacielskie. Udzielały życzliwych rad i zadawały pytania. W końcu zza rogu wyłonił się duży, sapiący, żółty autobus.

Brianna zatrzymała się, zanim weszła na stopnie. Przez chwilę podziwiała rysunek, przedstawiający zielone, wężowe zwoje na tle niebieskiego jeziora otoczonego czarnymi sosnami.

- Zapowiada się niezła zabawa - powiedziała ze śmiechem. - Myślisz, że zobaczymy potwora?

- Nigdy nic nie wiadomo - odrzekłam.

Przez resztę dnia Roger nie mógł się skupić. Bezmyślnie wykonywał różne prace. Książki czekające na spakowanie i przekazanie towarzystwu ochrony antyków wysypywały się z kartonu; stara ciężarówka wielebnego stała na podjeździe z podniesioną maską; kierowca dłubał coś przy silniku. Do połowy opróżniona filiżanka herbaty z mlekiem stała przy łokciu Rogera, a on wpatrywał się tępo w deszcz. Zapadał wieczór.

Wiedział, że powinien się zająć porządkowaniem samego serca gabinetu wielebnego. Książki nie nastręczały mu problemów: zadanie było ogromne, ale polegało jedynie na decydowaniu, co zachować dla siebie, a co przekazać towarzystwu lub bibliotece szkolnej. Prędzej czy później będzie się musiał wziąć do ogromnego biurka. Stosy papierów nie mieściły się w wielkich szufladach i wystawały z tuzinów schowków. Trzeba też zdjąć wszystkie ozdoby przypięte do wyłożonej korkiem ściany i zdecydować, co z nimi zrobić. Na myśl o tej robocie zadrżałoby najtwardsze serce.

Oprócz ogólnej niechęci do tej żmudnej pracy Rogera męczyło coś jeszcze. Nie chciał robić tego wszystkiego, choć było to konieczne. Wolał się skupić na zadaniu powierzonym mu przez Claire Randall, na szukaniu członków klanów spod Culloden.

Zajęcie wydawało się ciekawe, choć prawdopodobnie nie wymagało wiele wysiłku. Ale nie chodziło o to. Nie, pomyślał, jeśli mam być ze sobą szczery, muszę przyznać, że chcę się zająć sprawą Claire Randall, żeby pójść do pensjonatu pani Thomas i złożyć rezultaty swojej pracy u stóp Brianny Randall jak rycerz, który przynosi swej damie głowę smoka. Nawet gdyby wyniki nie były zachwycające, potrzebował pretekstu, żeby znów zobaczyć tę dziewczynę i z nią porozmawiać.

Brianna przypomina obraz Bronzina, pomyślał. Ona i jej matka wywierały dziwne wrażenie. Wyglądały tak, jakby namalowano je gwałtownymi pociągnięciami pędzla, a jednocześnie starannie zaznaczono szczegóły. Odcinały się od tła niczym wygrawerowane w nim postacie. Ale w Briannie było tyle fizyczności, jakby dziewczyna zaraz miała przemówić z ram obrazu Bronzina czy wodzić wzrokiem za oglądającym. Roger nigdy nie widział malowidła Bronzina przedstawiającego kobietę krzywiącą się nad szklaneczką whisky. Gdyby jednak istniało takie dzieło, z pewnością wyglądałoby tak, jakby pozowała do niego Brianna Randall.

- A, do diabła - powiedział na głos. - Chyba przejrzenie zapisków w muzeum Culloden nie zajmie mi jutro dużo czasu? Ty - zwrócił się do biurka i jego zawartości - możesz zaczekać jeden dzień. Ty też - poinformował korkową ścianę. Zuchwale wziął z półki horror. Rozejrzał się gniewnie, jakby rzucał wyzwanie meblom, ale nie usłyszał nic poza mruczeniem elektrycznego kominka. Wyłączył go, zgasił światło i z książką pod pachą wyszedł z gabinetu.

Po minucie wrócił, przeszedł przez ciemny pokój, wziął ze stołu listę nazwisk i włożył ją do kieszeni koszuli.

- Żebym rano nie zapomniał o tym cholerstwie. - Poklepał się po kieszeni, usłyszał miękki szelest papieru tuż nad sercem i poszedł się położyć.

Wróciłyśmy z Loch Ness owiane wiatrem i zmarznięte od deszczu. Powitała nas ciepła kolacja. W salonie napalono w kominku. Brianna zaczęła ziewać nad jajecznicą. Chwilę potem przeprosiła i poszła wziąć gorącą kąpiel. Wdałam się w pogawędkę z panią Thomas, właścicielką pensjonatu. Dopiero o dziesiątej umyłam się i przebrałam w koszulę nocną.

Brianna wcześnie wstawała i kładła się spać. Gdy otworzyłam drzwi sypialni, usłyszałam spokojny oddech córki. Starałam się cichutko chodzić po pokoju, wieszać i składać rzeczy. Tak czy inaczej niewielkie było niebezpieczeństwo, że ją obudzę. Miała mocny sen. W domu panowała głucha cisza. Kiedy zabrałam się do pracy, szelest moich własnych ruchów wydawał się hałasem.

Przywiozłam kilka książek Franka z zamiarem podarowania ich bibliotece w Inverness. Leżały równo na dnie mojej walizki. Stanowiły dobrą podstawę dla delikatniejszych rzeczy. Wyciągnęłam książki, po jednej, i położyłam na łóżku. Pięć tomów w sztywnej oprawie. Ładne, konkretne rzeczy; każda po pięćset, sześćset stron, nie licząc indeksów i ilustracji.

Dzieła wszystkie mojego zmarłego męża, w pełnym wydaniu. Na obwolutach wydrukowano fragmenty pochwalnych opinii i komentarzy wszystkich znanych historyków. Imponujące dzieło. Prawdziwy powód do dumy. Solidne, ciężkie, mądre.

Przeniosłam książki na stół, żeby rano ich nie zapomnieć. Tytuły na grzbietach były oczywiście różne, ale ja ułożyłam książki tak, żeby napis "Frank W. Randall" na każdej z nich znajdował się po jednej stronie. Obwoluty lśniły w małym snopie światła lampki nocnej.

W pensjonacie było cicho; o tej porze roku nie przyjeżdżało wielu gości, a nieliczni, którzy jednak przybyli, już dawno spali. Brianna westchnęła przez sen i obróciła się na drugi bok. Długie pasma rudych włosów udrapowały się na jej twarzy. Spod koca wystawała długa stopa, więc delikatnie ją przykryłam.

Impuls, który każe dotknąć śpiącego dziecka, nigdy nie ginie. Nawet gdy dziecko jest już młodą kobietą. Odgarnęłam włosy z twarzy córki. Delikatnie pogłaskałam Briannę. Uśmiechnęła się przez sen. Wyraz zadowolenia zniknął tak szybko, jak się pojawił. Patrząc na nią, uśmiechałam się dalej. Jak wiele razy przedtem szepnęłam: "Boże, jesteś do niego taka podobna".

Głośno przełknęłam ślinę. Wzięłam szlafrok z oparcia krzesła. Kwietniowe noce na szkockich wyżynach były okropnie zimne, ale ja nie byłam jeszcze gotowa, żeby schować się w ciepłym sanktuarium łóżka.

Poprosiłam właścicielkę pensjonatu, żeby zostawiła ogień w kominku w salonie. Zapewniłam, że zgaszę go przed wyjściem. Cicho zamykając drzwi, wciąż widziałam zarys długich nóg i masę miękkich rudych włosów na niebieskiej, pikowanej kołdrze.

- Też imponujące dzieło - szepnęłam do tonącego w mroku korytarza. Salonik był ciemny i przytulny. Ogień w kominku płonął stałym płomieniem wzdłuż kłody. Przyciągnęłam niewielki fotel i oparłam stopy o barierkę przed kominkiem. Słyszałam wszystkie zwykłe, ciche odgłosy współczesnego życia: delikatne mruczenie lodówki w piwnicy, szum i syczenie grzejników centralnego ogrzewania. Kominek był raczej dekoracją niż koniecznością. Od czasu do czasu z ulicy dobiegał warkot przejeżdżającego samochodu. Ale nad wszystkim panowała głęboka cisza górskiej nocy. Siedziałam nieruchomo, pogrążając się w niej. Minęło dwadzieścia lat, odkąd doświadczałam tej ciszy. Kojąca ciemność wciąż jednak tu była, kołysana pomiędzy górami. Z kieszeni szlafroka wyciągnęłam złożoną kartkę, kopię listy, którą dałam Rogerowi Wakefieldowi. Światło z kominka było zbyt nikłe, żeby przy nim czytać, jednak ja nie musiałam widzieć nazwisk. Rozłożyłam papier na osłoniętym jedwabiem kolanie. Ślepo wpatrywałam się w nieczytelne linie maszynopisu. Powoli przesuwałam palec wzdłuż każdego wersu, mrucząc poszczególne nazwiska jak modlitwę. Ciemność z zewnątrz wypełniła pustkę we mnie. Wypowiadając nazwiska zmarłych, zrobiłam pierwszy krok wstecz. Weszłam do pustej ciemności, gdzie czekali.

2. Spisek się zacieśnia

Następnego ranka Roger wyszedł z muzeum w Culloden z dwunastoma stronami notatek i poczuciem rosnącego oszołomienia. To, co z początku wyglądało na zwykłą pracę dla historyka, zdecydowanie przybierało bardzo dziwny obrót. W spisach poległych pod Culloden znalazł tylko trzy nazwiska z listy Claire Randall. To nie było jeszcze nic niezwykłego. W armii Karola Stuarta rzadko prowadzono spójne wykazy zaciągu. Niektórzy przywódcy klanów dołączyli do księcia chyba wiedzeni kaprysem. Wielu odeszło z jeszcze bardziej błahych powodów, zanim ktokolwiek zdążył umieścić nazwiska ich ludzi w oficjalnych rejestrach. Dokumentacja armii górali, w najlepszym okresie dość przypadkowa, pod koniec była niekompletna. Zresztą prowadzenie listy żołdów i tak nie miało większego sensu, skoro brakowało pieniędzy. Roger ostrożnie wsiadł do starego morrisa mini. Odruchowo schylił głowę, żeby się nie uderzyć. Wyjął spod ramienia teczkę, otworzył ją i zmarszczył czoło nad stronami, które skopiował. Prawie wszystkie nazwiska Claire figurowały w spisie innej armii. W szeregach danego regimentu klanu żołnierze mogli zdezerterować, gdy rozmiar nadchodzącej katastrofy stał się oczywisty. Niezrozumiałe jednak było to, że wszystkie nazwiska z listy pojawiły się w regimencie lorda Lovata, przysłanego w późniejszym okresie kampanii, w ramach spełnienia obietnicy wsparcia, złożonej Stuartom przez Simona Frasera. Ale Claire wyraźnie powiedziała, co potwierdziło szybkie spojrzenie na jej zapiski, że wszyscy ci ludzie pochodzili z Broch Tuarach - posiadłości na południowym zachodzie ziem Fraserów, właściwie na granicy z ziemiami klanu MacKenziech.

Co więcej, mówiła, że wymienieni mężczyźni służyli w armii górali od bitwy pod Prestonpans, która odbyła się na samym początku kampanii. Roger potrząsnął głową. To nie miało sensu. Oczywiście, Claire mogła pomylić daty. Sama przecież powiedziała, że nie jest historykiem. Ale nie myliła się przecież co do miejsca? A jak to możliwe, żeby mężczyźni z Broch Tuarach, którzy nie składali przysięgi wierności przywódcy klanu Fraserów, byli do dyspozycji Simona Frasera? To prawda, lord Lovat nie bez powodu nosił przezwisko "Stary Lis", Roger wątpił jednak, żeby nawet tak szanowany książę miał dość sprytu, by zorganizować podobną akcję. Roger wyjechał z parkingu. Archiwa w muzeum w Culloden były zniechęcająco niekompletne; w większości zawierały krasomówcze listy George'a Murraya, w których lord bełkotliwie rozwodził się na temat problemów z dostawami żywności. Roger potrzebował o wiele więcej. Czekaj, głupku, mruknął sam do siebie. Masz sprawdzić, co się stało z ludźmi, którzy nie zginęli pod Culloden. Jakie ma znaczenie, jak się tam dostali, skoro opuścili pole bitwy w jednym kawałku? Nie mógł jednak przestać myśleć o poległych. Sprawa była bardzo dziwna. Imiona powtarzały się bardzo często. W górach chyba połowę chłopców urodzonych w danym okresie nazywano Aleksander. Ludzi zwyczajowo kojarzono z miejscem zamieszkania. Czasami nazwy miejscowości używano zamiast nazwiska. Lochiel, jeden z największych przywódców jakobitów, w rzeczywistości był Donaldem Cameronem z Lochiel, co bardzo wyraźnie odróżniało go od innych Cameronów o imieniu Donald. Wszyscy górale, niebędący Donaldami lub Alekami, mieli na imię John. W archiwalnych wykazach znalazł trzy osoby z listy Claire: Donalda Murraya, Aleksandra MacKenziego Frasera i Johna Grahama Frasera. Nie było nazw miejscowości, tylko nazwisko i regiment, w którym służyli. Regiment pana Lovata, regiment Fraserów.

Bez nazwy miejscowości nie mógł być pewien, że byli to ludzie z listy Claire. W spisie poległych figurowało przynajmniej sześciu Johnów Fraserów, a wykaz ten również był niekompletny; Anglicy nie przywiązywali zbytnio wagi do dokładności - większość dokumentów została sporządzona po fakcie, przez przywódców klanów, liczących ludzi i sprawdzających, kto nie wrócił do domu. Często sami przywódcy nie wracali do domu, co komplikowało sprawę.

Sfrustrowany mocno pocierał dłonią głowę, jakby masaż mógł stymulować pracę jego mózgu. Jeśli trzy nazwiska nie należały do ludzi z jego listy, tajemnica była jeszcze głębsza. Ponad połowa armii Karola Stuarta zginęła pod Culloden. Ludzie Lovata walczyli w samym środku. Było nie do pomyślenia, żeby trzydziestu żołnierzy przeżyło w takim miejscu, bez żadnej ofiary. Ludzie pana Lovata późno przyłączyli się do powstania; podczas gdy dezercja szalała w innych regimentach, które służyły dość długo, żeby wiedzieć, po co tam są, Fraserowie byli bardzo lojalni - i w konsekwencji cierpieli.

Głośny dźwięk klaksonu przerwał jego skupienie. Roger zjechał na bok, żeby przepuścić dużą ciężarówkę. Myślenie nie idzie w parze z prowadzeniem samochodu, uznał. Jeśli będę tak robić dalej, wjadę na mur.

Przez chwilę siedział nieruchomo, zastanawiając się. Impuls nakazywał mu jechać do pensjonatu pani Thomas i powiedzieć Claire o wynikach dotychczasowych poszukiwań. Fakt, że mogłoby się to wiązać ze spędzeniem paru chwil z Brianną Randall, uatrakcyjniał jeszcze ten pomysł.

Z drugiej strony jednak instynkt historyka domagał się danych. Roger nie był pewien, czy Claire może mu ich dostarczyć. Nie miał pojęcia, dlaczego miałaby powierzyć mu to zadanie, a jednocześnie przeszkadzać mu, podając niedokładne informacje. To nie było rozsądne, a Claire Randall wydawała się uderzająco rozsądną osobą.

Był jednak incydent z whisky. Roger zarumienił się na samo wspomnienie. Przysiągłby, że zrobiła to celowo - a że nie wyglądała na skorą do takich dowcipów, musiał założyć, że zrobiła to, żeby nie zaprosił Brianny do Broch Tuarach. Czy chciała, żeby sam trzymał się z dala od tego miejsca, czy żeby tylko nie zabierał tam Brianny? Im więcej o tym myślał, tym bardziej był przekonany, że Claire Randall ukrywa coś przed córką. Nie potrafił jednak sobie wyobrazić, o co chodziło. Nie miał również zielonego pojęcia, jaki to mogło mieć związek z nim albo z zadaniem, którego się podjął.

Nie zamierzał rezygnować z dwóch powodów: Brianny i czystej ciekawości. Chciał wiedzieć, co się dzieje, i był zdecydowany to sprawdzić.

Zamyślony lekko uderzał pięścią w kierownicę, ignorując hałas przejeżdżających samochodów. Wreszcie podjął decyzję, włączył silnik i wyjechał na drogę. Na następnym rondzie skręcił w stronę centrum Inverness i stacji kolejowej.

Pociągiem "Flying Scotsman" mógł zajechać do Edynburga w ciągu trzech godzin. Kustosz zajmujący się dokumentami Stuartów był bliskim przyjacielem wielebnego. Roger miał punkt zaczepienia, choć bardzo zadziwiający. Z listy zawierającej nazwiska żołnierzy regimentu pana Lovata wynikało, że tych trzydziestu ludzi służyło pod kapitanem Jamesem Fraserem z Broch Tuarach. Człowiek ten był jedynym ogniwem łączącym Broch Tuarach i Fraserów z Lovat. Roger zastanawiał się, dlaczego Jamesa Frasera nie było na liście Claire.

Świeciło słońce, co rzadko zdarza się w połowie kwietnia, więc Roger opuścił szybę po stronie kierowcy, żeby wpuścić ciepły wiatr.

Musiał zostać na noc w Edynburgu. Po powrocie późnym popołudniem następnego dnia był tak zmęczony długą jazdą pociągiem, że tylko zjadł gorącą kolację, którą wmusiła w niego Fiona, i padł na łóżko. Dziś jednak wstał pełen energii i determinacji. Pojechał samochodem do miasteczka Broch Mordha, w pobliżu posiadłości zwanej Broch Tuarach. Może i Claire Randall nie chciała, żeby pojechała tam jej córka, ale jego nie mogła powstrzymać od powęszenia w tej okolicy.

Znalazł samo Broch Tuarach albo przynajmniej tak założył; zobaczył ogromny stos kamieni, otaczający zawalone szczątki jednej ze starych brochs, czyli wież, używanych w zamierzchłej przeszłości do mieszkania i obrony. Znał celtycki dość dobrze, żeby wiedzieć, że nazwa ta oznacza "wieżę zwróconą na północ", więc zastanawiał się przez chwilę, jak można było nadać taką nazwę okrągłej wieży.

W pobliżu znajdował się dwór i budynki gospodarcze, również w ruinach, choć sporo z nich się zachowało. Na palu przy drzwiach widniała tablica agenta nieruchomości, z wyblakłymi, prawie nieczytelnymi napisami. Roger stanął na wzniesieniu obok domu i rozejrzał się. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegał nic, co mogłoby tłumaczyć, dlaczego Claire nie chciała, żeby przyjechała tu jej córka.

Zaparkował przy drzwiach i wysiadł. Miejsce było piękne, ale bardzo odległe; ostrożne - żeby nie uszkodzić miski olejowej - przejechanie morrisem wyboistą ścieżką od głównej drogi zajęło mu trzy kwadranse.

Dom był opuszczony i może niebezpieczny. Roger nie wszedł do środka - niczego by tam nie znalazł. Nad drzwiami wygrawerowano nazwisko FRASER, które widniało również na większości małych kamieni nagrobnych na dawnym cmentarzu rodzinnym. Nie dostrzegł tam żadnego innego nazwiska z listy. Musiał jechać dalej; według mapy miasteczko Broch Mordha było oddalone o sześć kilometrów.

Tak jak się obawiał, mały, miejski kościół został zamknięty wiele lat temu. Roger wypatrywał okolicznych mieszkańców, ale w odpowiedzi otrzymał jedynie tępe lub wrogie spojrzenia. W końcu jakiś wiekowy rolnik wyraził przypuszczenie, że stare zapiski parafialne mogły zostać przekazane muzeum w Fort William, a może w Inverness, gdzie mieszkał duchowny, który kolekcjonował takie śmieci.

Zmęczony i zakurzony, ale nie zniechęcony Roger powlókł się do samochodu zaparkowanego przy miejskim pubie. Takie sytuacje często zdarzają się podczas naukowych badań. Był do tego przyzwyczajony. Jedno piwo - no, może dwa, bo dzień był wyjątkowo upalny - i z powrotem do Fort William.

Ale bym się czuł, pomyślał kwaśno, gdyby dane, których szukam, były w archiwum wielebnego. Zostałbym w ten sposób ukarany za zaniedbywanie pracy i fanfaronadę przed dziewczyną. Podczas pobytu w Edynburgu zdołał wyeliminować tylko trzy nazwiska, które znalazł w muzeum w Culloden. Okazało się, że wszystkie trzy osoby należały do innych regimentów i nie służyły w grupie z Broch Tuarach.

Dokumenty Stuartów zajmowały kilka sal oraz niezliczone skrzynki w podziemiach muzeum, więc oczywiście nie przeprowadził wyczerpujących badań. Ale znalazł duplikat jednej z list żołdów, którą widział w muzeum w Culloden. Według tego spisu wszyscy mężczyźni służyli w regimencie pod dowództwem pana Lovata, czyli młodego Simona - syna Starego Lisa. Stary drań nieźle się ustawił, pomyślał Roger; wysłał dziedzica do walki za Stuartów, a sam został w domu i cały czas twierdził, że jest lojalnym poddanym króla Geordiego. Nie wyszło mu to na dobre.

W dokumencie napisano, że dowódcą był Simon Fraser Młodszy. Nie wymieniono natomiast Jamesa Frasera. Jednakże imię i nazwisko pojawiało się w wielu rozkazach armii, memorandach i innych dokumentach. Niestety, samo nazwisko nie potwierdzało jednoznacznie, że był to James Fraser z Broch Tuarach; imię James wśród górali było imieniem równie popularnym jak Duncan czy Robert. Tylko w jednym dokumencie znalazł Jamesa Frasera z drugim imieniem, które mogłoby pomóc w identyfikacji, ale nie podano z kolei danych jego ludzi.

Roger wzruszył ramionami. Z irytacją odpędził chmurę natrętnych meszek. Dokładne przeszukanie zbiorów w Edynburgu zajęłoby kilka lat. Roger wszedł do ciemnego pubu, wypełnionego zapachem piwa.

Sącząc zimne, gorzkie ale, analizował dotychczasowe wyniki poszukiwań oraz możliwości, które mu zostały. Miał jeszcze czas, żeby jechać do Fort William, chociaż to oznaczałoby, że wróci do Inverness bardzo późno.

A jeśli nie znajdzie nic w muzeum Fort William, to, jak na ironię, następnym logicznym posunięciem będzie porządne przeszukanie archiwum wielebnego.

A potem? Wypił ostatnie krople piwa i poprosił o następny kufel. Prawdopodobnie najlepszym, najszybszym rozwiązaniem byłoby przeszukanie wszystkich cmentarzy i obszarów pochówków w okolicy Broch Tuarach. Wątpił, żeby panie Randall zostały w Inverness przez następne dwa lub trzy lata i cierpliwie czekały na wyniki.

Dotknął schowanego w kieszeni notesu, wiernego towarzysza historyka. Przed opuszczeniem Broch Mordha powinien przynajmniej rzucić okiem na stary cmentarz. Nigdy nie wiadomo, co może tam znaleźć, a przynajmniej nie trzeba będzie wracać.

Następnego popołudnia Roger zaprosił panie Randall na podwieczorek połączony ze sprawozdaniem z dotychczasowych dokonań.

- Odszukałem kilka nazwisk z naszej listy - powiedział Claire w drodze do gabinetu. - To bardzo dziwne; nie potwierdziłem, żeby którykolwiek z żołnierzy na pewno zginął pod Culloden. Myślałem, że mam takich trzech, ale okazało się, że to tylko zbieżność nazwisk. - Spojrzał na doktor Randall; stała nieruchomo, mocno ściskając oparcie fotela, jakby zapomniała, gdzie jest. - Może pani usiądzie? - zaproponował Roger. Claire nieznacznie drgnęła, kiwnęła głową i przysiadła na skraju fotela. Roger spojrzał na nią z ciekawością. Podał jej swoje notatki i mówił dalej:

- Jak już mówiłem, to dziwne. Nie znalazłem wszystkich nazwisk; będę chyba musiał powęszyć w rejestrach parafialnych i na cmentarzach w pobliżu Broch Tuarach. Większość tych zapisków znalazłem wśród papierów ojca. Przypuszczałem, że wpadnę na trop przynajmniej kilku poległych w bitwie. Jeśli, jak pani twierdzi, wszyscy służyli w jednym z regimentów Frasera, to byli prawie w środku ognia walki.

- Wiem - odparła dziwnym głosem. Schyliła się nad biurkiem, więc nie widział wyrazu jej twarzy. Większość dokumentów Roger przepisał ręcznie. Technologia fotokopiowania jeszcze nie dotarła do archiwum rządowego, w którym znajdowały się dokumenty Stuartów. Było jednak parę oryginalnych kartek, wykopanych ze stosów osiemnastowiecznych zbiorów wielebnego Wakefielda. Claire bardzo delikatnie i ostrożnie przewracała kartki.

- Ma pan rację, to jest dziwne. - Teraz w jej głosie rozpoznał emocję: ekscytację z nutką satysfakcji i ulgi. - Proszę mi powiedzieć... - zawahała się. - Co się stało z tymi ludźmi, którzy nie zginęli pod Culloden? Zaskoczyło go trochę, że ta sprawa jest dla niej tak istotna, ale posłusznie wyjął i otworzył teczkę z notatkami.

- Dwóch zaciągnęło się na statek; wyemigrowali do Ameryki wkrótce po Culloden. Czterech zmarło śmiercią naturalną około roku później. Nic dziwnego, po bitwie panował straszliwy głód. Nazwisko ostatniego znalazłem w dokumentach parafii, ale innej niż ta, z której pochodził. Jestem jednak pewien, że to jeden z poszukiwanych przez panią ludzi. Dopiero kiedy jej ramiona się rozluźniły, zauważył, jaka była spięta.

- Szukać dalej? - zapytał w nadziei, że usłyszy odpowiedź twierdzącą. Znad ramienia Claire obserwował Briannę. Stała przy korkowej ścianie, zwrócona bokiem. Sprawiała wrażenie zupełnie niezainteresowanej sprawą. Roger dostrzegł jednak pionową zmarszczkę między jej brwiami.

Może, podobnie jak on, czuła dziwną atmosferę tłumionego podekscytowania, która otaczała matkę jak pole elektryczne. Był tego świadom od chwili, kiedy Claire weszła do pokoju, a prezentowane rewelacje tylko nasiliły wrażenie. Pomyślał, że gdyby jej dotknął, przeskoczyłaby pomiędzy nimi iskra.

Jego myśli przerwało pukanie do drzwi gabinetu. Weszła Fiona Graham. Pchała barek z imbrykiem, filiżankami, ozdobnymi serwetkami, trzema rodzajami kanapek, ciasteczkami z kremem, biszkoptem, tartinkami z dżemem oraz placuszkami z mąki jęczmiennej.

- Ooo! - zawołała na ten widok Brianna. - Czy to wszystko dla nas, czy spodziewa się pan jeszcze tuzina gości?

Claire Randall z uśmiechem przyglądała się przygotowaniom. Napięcie jeszcze nie ustąpiło, ale stłumiła je z ogromnym wysiłkiem. Roger spojrzał na jej dłoń, zaciśniętą w fałdach spódnicy tak mocno, że krawędź pierścionka wbijała się w ciało.

- Po tak obfitym podwieczorku nie będziemy jeść przez następnych kilka tygodni - rzekła Claire. - Wygląda cudownie!

Twarz Fiony pojaśniała. Dziewczyna była niska, pulchna i ładna. Przypominała małą, brązową kurkę. Roger westchnął cicho. Cieszył się, że może tak wystawnie przyjąć gości, ale doskonale wiedział, że podwieczorek ma wywrzeć wrażenie na nim, nie na paniach Randall. Dziewiętnastoletnia Fiona miała jedną, wielką życiową ambicję: wyjść za mąż. Najlepiej za człowieka sukcesu. Przed tygodniem, gdy Roger przyjechał zająć się sprawami wielebnego, uznała, że asystent na wydziale historii jest najlepszą partią w Inverness.

Od tego momentu tuczyła go jak świąteczną gęś, czyściła mu buty, układała kapcie i szczoteczki do zębów, ścieliła łóżko, czyściła płaszcz, kupowała wieczorną gazetę i kładła obok talerza, masowała mu kark, gdy pracował parę godzin przy biurku. Ciągle też pytała, czy jest mu wygodnie, czy ma dobry nastrój i czy jest zdrów. Nigdy przedtem nie doświadczył tyle domowej troski. Co więcej, czuł jej nadmiar.

Krótko mówiąc, Fiona doprowadzała go do szału. Niedbałe ubieranie się, noszenie dwudniowego zarostu było z jego strony raczej reakcją na te jej wszystkie zabiegi niż naturalnym zachowaniem człowieka chwilowo uwolnionego od wymogów pracy i otoczenia.

Sama myśl o świętym związku małżeńskim z Fioną Graham przeszywała go strachem do szpiku kości. Ciągłym naprzykrzaniem się Fiona w ciągu roku wpędziłaby go w paranoję. Oprócz tego była jeszcze Brianna Randall. W tej chwili z namysłem patrzyła na barek z podwieczorkiem, jakby zastanawiała się, od czego zacząć.

Tego popołudnia Roger starał się jednak skupić na Claire Randall i jej sprawie. Claire była śliczna. Dzięki filigranowej budowie i świetlistej skórze zachowała w wieku sześćdziesięciu lat wygląd dwudziestolatki. Ale widok Brianny Randall zapierał mu dech w piersiach.

Nosiła się jak królowa, nie garbiąc się, jak wiele wysokich dziewczyn. Widząc proste plecy i pełną wdzięku postać matki, wiedział, po kim odziedziczyła tę postawę. Ale nie wysoki wzrost, kaskadę opadających do talii rudych włosów, iskrzących miedzią i złotem, muśniętych bursztynem i cynamonem, wijących się niedbale wokół twarzy i ramion. Nie oczy, tak ciemnoniebieskie, że czasami prawie czarne. Nie szerokie usta, z pełną dolną wargą, zapraszającą do namiętnych pocałunków. To zapewne odziedziczyła po ojcu.

Roger był raczej zadowolony z nieobecności jej ojca, który odwołując się do autorytetu rodzica, niewątpliwie utemperowałby myśli młodego asystenta, niestety, chyba widoczne na jego twarzy.

- Podwieczorek? - powtórzył z roztargnieniem. - Wspaniały. Cudowny. Wygląda przepysznie. Dziękuję, Fiono. Chyba, hm... niczego już nie potrzebujemy.

Fiona zignorowała prośbę o wyjście. Wdzięcznie skinęła głową w podzięce na komplementy i zaczęła rozstawiać spodeczki oraz filiżanki. Nalała herbaty, poczęstowała panie ciasteczkami. Wydawało się, że zamierza tu zostać w nieskończoność, pełniąc rolę pani domu.

- Proszę położyć sobie śmietanki na placuszki, Rog... To znaczy, panie Wakefield - zaproponowała i nie czekając na odpowiedź, nałożyła mu śmietankę. - Jest pan zdecydowanie za chudy, powinien pan przytyć. - Rzuciła konspiracyjne spojrzenie Briannie Randall. - Wie pani, jacy są mężczyźni. Sami nie potrafią się dobrze odżywiać.

- Szczęście, że ma panią - odpowiedziała Brianna.

Roger wziął głęboki wdech i kilkakrotnie wygiął palce, aż pragnienie uduszenia Fiony minęło.

- Fiono, czy mogłabyś mi wyświadczyć przysługę? - odezwał się z wymuszonym spokojem.

Pojaśniała jak wydrążona dynia ze świeczką w środku. Szeroko uśmiechnęła się na myśl o zrobieniu czegokolwiek dla niego.

- Oczywiście, Rog... panie Wakefield! Czego tylko pan sobie życzy!

Roger lekko wstydził się za siebie, ale przecież, tłumaczył sobie, robił to również dla jej dobra. Gdyby nie wyszła, wkrótce straciłby cierpliwość i powiedział coś, czego potem oboje by żałowali.

- Dziękuję, Fiono. Zamówiłem trochę... trochę... - Gorączkowo przypominał sobie nazwisko któregoś ze sklepikarzy z miasteczka. - Trochę tytoniu. U pana Buchana, przy High Street. Zechciałabyś mi przynieść? Po tak wspaniałym podwieczorku z przyjemnością zapalę fajkę. Fiona już zdejmowała fartuszek - plisowany, ozdobiony koronką. Gdy zamknęły się za nią drzwi, na moment zamknął oczy. Przez chwilę nie myślał o tym, że nie pali. Z westchnieniem ulgi wrócił do rozmowy z gośćmi.

- Pytał pan, czy szukać reszty nazwisk z mojej listy - przypomniała prawie od razu Claire. Roger miał dziwne wrażenie, że i ona z ulgą przyjęła odejście Fiony. - Tak, proszę... Jeśli nie sprawi to panu kłopotu.

- Ależ skąd! - zapewnił Roger, kłamiąc tylko odrobinę. - Zrobię to z przyjemnością.

Roger zatrzymał dłoń nad barkiem z podwieczorkiem. W końcu sięgnął po kryształową karafkę dwunastoletniej whisky Muir Breame. Czuł, że należy mu się to po potyczce z Fioną.

- Kropelkę whisky? - zapytał grzecznie. Widząc niesmak na twarzy Brianny, dodał szybko: - A może herbaty?

- Herbaty - odpowiedziała Brianna.

Nie wiesz, co tracisz - zwróciła się Claire do córki. Z przyjemnością wdychała aromat trunku.

Ależ wiem - odparła Brianna. - Dlatego właśnie nie piję. - Wzruszyła ramionami i mrugnęła do Rogera.

Żeby legalnie pić alkohol w Massachusetts, trzeba ukończyć dwadzieścia jeden lat - wyjaśniła Rogerowi Claire. - Bree brakuje ośmiu miesięcy, więc nie jest jeszcze przyzwyczajona do whisky.

- Tak jakby nielubienie whisky było zbrodnią - zaprotestowała Brianna i uśmiechnęła się do Rogera znad filiżanki. W odpowiedzi uniósł brwi.

Moja droga - zaczął surowo. - Jesteśmy w Szkocji. Tu nielubienie whisky jest wielką zbrodnią!

Och, naprawdę? - powiedziała słodko Brianna, doskonale naśladując jego lekki szkocki akcent. - Miejmy nadzieję, że nie tak poważną jak morrrderrrstwo.

Zaskoczony parsknął śmiechem, przy czym zakrztusił się whisky. Kaszląc i uderzając się w pierś, spojrzał na Claire. Jej usta rozciągnęły się w wymuszonym uśmiechu, ale twarz mocno pobladła. Claire zamrugała, uśmiech zrobił się bardziej naturalny, bladość ustąpiła.

Roger był zdziwiony, że tak łatwo im się rozmawiało - zarówno o niczym, jak i o sprawie Claire. Brianna wyraźnie interesowała się pracą ojca. Wiedziała o jakobitach o wiele więcej niż jej matka.

- Zadziwiające, że dotarli aż do Culloden - powiedziała. - Wiedział pan, że w bitwie pod Prestonpans uczestniczyło zaledwie dwa tysiące górali? I pokonali ośmiotysięczną armię Anglików? Niesamowite!

- Cóż, bitwa pod Falkirk przedstawiała się podobnie - wtrącił Roger. - Mniejsza liczebność, gorsze uzbrojenie, warunki walki... Teoretycznie nie powinni wygrać. A jednak!

- Mhm - mruknęła Claire i pociągnęła spory łyk whisky. - Zwyciężyli.

- Pomyślałem sobie - zwrócił się do Brianny Roger z wystudiowaną swobodą - że może zechciałaby pani odwiedzić ze mną kilka miejsc, na przykład dawnych pól bitewnych? To bardzo ciekawe, a poza tym jestem pewien, że ogromnie by mi pani pomogła w badaniach.

Brianna zaśmiała się i odgarnęła włosy.

- Nie wiem, czy potrafię pomóc, ale bardzo chętnie się przyłączę.

- Wspaniale! - Zachwycony zgodą sięgnął po karafkę i omal jej nie upuścił. Claire odebrała mu naczynie i napełniła szklaneczkę. - Tyle przynajmniej mogę zrobić po tym, jak ostatnio narozlewałam - powiedziała z uśmiechem, gdy jej podziękował.

Widząc ją teraz zadowoloną i rozluźnioną, Roger zaczął wątpić w swoje wcześniejsze podejrzenia. Może to jednak był przypadek? Ze ślicznej, spokojnej twarzy nie mógł nic wyczytać.

Pół godziny później na stoliku panował nieporządek. Karafka była pusta, a Roger, Claire i Brianna siedzieli wygodnie, syci i odprężeni. Brianna parę razy niespokojnie się poruszyła. Spojrzała na Rogera. W końcu zapytała, czy mogłaby "przypudrować nos".

- Toaleta? Naturalnie. - Z trudem wstał, ociężały od ciasta i migdałowych placuszków. Jeśli szybko nie odprawi Fiony, do Oksfordu wróci jako stupięćdziesięciokilogramowy tłuścioch. - Jest bardzo staromodna - wyjaśnił, wskazując łazienkę. - Z rezerwuarem pod sufitem i łańcuszkiem do pociągania.

- Widziałam takie w British Museum - oznajmiła Brianna, kiwając głową. - Ale nie na wystawie, tylko w toalecie dla pań. - Zawahała się, potem zapytała: - Nie ma pan takiego papieru toaletowego, jak w muzeum, prawda? Bo jeśli tak, to od razu wezmę chusteczki higieniczne. Roger zamknął jedno oko.

- Albo sama pani sobie przeczy, albo wypiłem o wiele więcej, niż myślałem. - On i Claire nie żałowali sobie whisky.

Claire zaśmiała się, słysząc ich rozmowę. Wstała, żeby wyjąć z torebki kilka chusteczek.

- Może to nie woskowany papier z pieczątką "Własność Rządu Jej Królewskiej Mości", ale prawdopodobnie niewiele lepszy - powiedziała córce. - Brytyjski papier toaletowy jest zazwyczaj sztywny.

- Dziękuję. - Brianna wzięła chusteczki i ruszyła do drzwi. Nagle się odwróciła. - Dlaczego właściwie ludzie robią papier toaletowy, który wygląda jak folia aluminiowa? - zapytała.

- "Dębowe serca mają nasi ludzie - zaintonował Roger - Z nierdzewnej stali zadki". To podkreśla charakter narodowy.

- W wypadku Szkotów jest to chyba dziedziczne obumieranie nerwów - dodała Claire. - Ludzie, którzy jeździli konno w kiltach, mieli pośladki jak skóra siodeł.

Brianna parsknęła śmiechem.

W takim razie wolałabym nie widzieć, do czego używali papieru toaletowego.

Nie było tak źle. - Tym stwierdzeniem Claire całkowicie zaskoczyła swoich rozmówców. - Liście dziewanny są bardzo miłe w dotyku, jak dwuwarstwowe chusteczki do rąk. A zimą lub w domach posługiwano się zwykle wilgotną szmatką. Niezbyt higieniczna metoda, ale wygodna.

Roger i Brianna przez chwilę gapili się na nią w osłupieniu.

- Ee... Czytałam o tym - wyjaśniła, niespodziewanie się rumieniąc.

Gdy Brianna, wciąż chichocząc, poszła wreszcie do toalety, Claire nie ruszyła się od drzwi.

Ogromnie miło z pana strony, że tak wspaniale nas pan zabawia - powiedziała z uśmiechem do Rogera. Chwilowe zakłopotanie zastąpiło zwykłe opanowanie. - I bardzo dziękuję, że zechciał pan się dowiedzieć o te nazwiska.

Cała przyjemność po mojej stronie - zapewnił Roger. - To zbawienna odmiana po uprzątaniu pajęczyn. Dam znać, jak tylko zdobędę trochę więcej informacji o pani jakobitach.

- Dziękuję. - Claire zawahała się, spojrzała przez ramię i zniżyła głos. - Właściwie skoro Bree na chwilę wyszła... Chcę pana o coś poprosić. Ale niech to zostanie między nami.

Roger odchrząknął i poprawił krawat, specjalnie włożony z okazji wizyty pań Randall.

- Proszę bardzo - zachęcił uprzejmie. Czuł się radośnie pewny siebie po udanym podwieczorku. - Jestem całkowicie do pani usług.

- Pytał pan Bree, czy ma ochotę pomóc w badaniach. Chciałam prosić... żeby nie zabierał jej pan w jedno miejsce. W głowie Rogera rozdzwonił się dzwonek alarmowy. Czyżby miał się dowiedzieć o jakiejś tajemnicy związanej z Broch Tuarach?

- Chodzi o krąg stojących kamieni Craigh na Dun. - Claire lekko się pochyliła. Bardzo spoważniała. - Mam istotny powód, w przeciwnym wypadku bym o to nie prosiła. Chcę jej sama pokazać krąg. Na razie wolałabym panu nie mówić dlaczego. Zrobię to w swoim czasie. Obieca pan?

Myśli kłębiły się w głowie Rogera. Czyli jednak nie chodziło o Broch Tuarach! Jedna tajemnica się wyjaśniła, tylko po to, żeby pogłębić drugą.

- Jeśli pani sobie życzy - powiedział w końcu. - Naturalnie.

- Dziękuję. - Delikatnie dotknęła jego ramienia i odwróciła się, żeby odejść. Widząc jej sylwetkę w świetle, nagle coś sobie przypomniał.

- Och, doktor Randall... Claire?

Odwróciła się i spojrzała na niego. Gdy nie rozpraszała go Brianna, doskonale widział, jak piękną kobietą jest pani Randall. Twarz miała zaróżowioną od whisky, a jej oczy były niezwykłego, jasnego, złotobrązowego koloru jak bursztynowy płyn w kryształowej karafce.

- We wszystkich dokumentach - zaczął, starannie dobierając słowa - wymieniano kapitana Jamesa Frasera. Był chyba dowódcą. Ale on nie figurował na pani liście. Czy wiedziała pani o jego istnieniu?

Zamarła na moment. Znów wyglądała tak jak tuż po przyjściu na podwieczorek.

- Tak, oczywiście. - Mówiła spokojnie, ale nagle pobladła. Roger dostrzegł na jej szyi pulsującą żyłkę. - Nie umieściłam go na liście, bo już wiedziałam, co się z nim stało. Jamie Fraser zginął pod Culloden.

- Jest pani pewna?

Claire podniosła torebkę, jakby koniecznie chciała wyjść. Spojrzała w kierunku łazienki, skąd dobiegał klekot starej klamki, znak, że Brianna próbuje się wydostać.

- Tak - potwierdziła, nie patrząc na Rogera. - Nie mam żadnych wątpliwości. Och, panie Wakefield... To znaczy Rogerze. - Dopiero teraz się odwróciła i popatrzyła na niego swoimi niesamowitymi oczyma. W tym świetle są prawie żółte, pomyślał. To oczy wielkiego kota, lamparta. - Proszę, nie mów mojej córce o Jamiem Fraserze.

Było późno. Roger już od dawna powinien leżeć w łóżku, ale nie mógł zasnąć. Czy to z powodu kłopotów z Fioną, czy zagadkowych zakazów Claire Randall, czy z radości na myśl o prowadzeniu badań z Brianną Randall... Nieistotne. Zamiast przewracać się z boku na bok albo liczyć barany, postanowił wykorzystać swoją przytomność umysłu. Przeglądanie papierów wielebnego prawdopodobnie uśpi go w mgnieniu oka.

W pokoju Fiony jeszcze paliło się światło. Roger zszedł po schodach na palcach, żeby jej nie przeszkadzać. Włączył światło w gabinecie i przez chwilę stał, kontemplując ogrom czekającego go zadania.

Jedna ze ścian idealnie odzwierciedlała umysłowość i charakter wielebnego Wakefielda. Była pokryta od podłogi do sufitu ogromną korkową płytą o wymiarach sześć na cztery metry. Ani kawałek korka nie prześwitywał spod warstw papierów, notatek, zdjęć, kopii z powielacza, rachunków, wykazów, ptasich piór, oddartych kawałków kopert z ciekawymi znaczkami pocztowymi, naklejek adresowych, kółek na klucze, pocztówek, gumek i innych zbędnych rzeczy przyczepionych pinezkami lub przywiązanych kawałkami sznurka.

Miejscami ścianę pokrywało kilkanaście warstw papierków z notatkami, ale wielebny zawsze bezbłędnie sięgał po karteczkę, której szukał. Roger pomyślał, że ścienne zbiory zostały zorganizowane według jakiejś zasady, tak skomplikowanej, że nie rozszyfrowaliby jej nawet amerykańscy naukowcy z NASA.

Roger z powątpiewaniem przyglądał się ścianie. Od czego zacząć? Sięgnął po powieloną listę dat spotkań zgromadzenia, ale rozproszył go widok wiszącego pod spodem, narysowanego kredkami smoka. Artystyczne kłęby dymu wydobywały się z rozpalonych nozdrzy potwora, zielone płomienie strzelały z otwartej paszczy.

U dołu kartki, dużymi, koślawymi literami, podpisano ROGER. Jak przez mgłę pamiętał swoje tłumaczenie, że smok miota zielone płomienie, bo je tylko szpinak. Puścił listę zgromadzenia i odwrócił się od ściany. Weźmie się do tego później.

Uprzątnięcie ogromnego, dębowego biurka z odsuwanym blatem i przynajmniej czterdziestoma przepełnionymi po brzegi skrytkami w porównaniu z uporządkowaniem karteczek na ścianie wydawało się drobiazgiem. Roger z westchnieniem odsunął zniszczony fotel i usiadł, żeby przejrzeć dokumenty, które zdaniem wielebnego warte były zachowania.

Stos niezapłaconych rachunków. Obok sterta urzędowych dokumentów: książka wozu, raporty nadzorców, świadectwa inspekcji budowlanej. Dalej plik historycznych notatek i danych. Kolejny stos - sprawy rodzinne. Ostatni - zdecydowanie największy - śmieci.

Pogrążony w pracy nie usłyszał odgłosu otwieranych drzwi ani zbliżających się kroków. Nagle pojawił się przed nim duży imbryk z herbatą.

- O! - Wyprostował się i zamrugał.

Pomyślałam, że chętnie napiłby się pan herbaty, panie Wake... Rogerze. - Fiona postawiła niewielką tacę z filiżanką, dzbanuszkiem i talerzem ciasteczek.

Och, dziękuję. - Rzeczywiście był głodny. Obdarzył Fionę przyjaznym uśmiechem, który wywołał rumieniec na jej pełnych policzkach. Wyraźnie zachęcona nie odeszła. Oparła się o róg biurka i pogryzając czekoladowe ciasteczko, patrzyła, jak Roger pracuje.

Roger czuł, że powinien jakoś zareagować na obecność Fiony. Podniósł nadgryzione ciastko i wymamrotał:

- Dobre.

- Naprawdę? Sama upiekłam. - Fiona zarumieniła się jeszcze bardziej. Atrakcyjna dziewczyna, pomyślał. Niska, zaokrąglona, z ciemnymi, kręconymi włosami i dużymi, brązowymi oczyma. Uświadomił sobie, że się zastanawia, czy Brianna Randall umie gotować. Potrząsnął głową, żeby pozbyć się tej myśli. Fiona uznała ten ruch za oznakę niedowierzania. Pochyliła się bardziej.

- Naprawdę? - powtórzyła. - Skorzystałam z przepisu babci. Zawsze mówiła, że to ulubione ciasteczka wielebnego. - Przez duże, brązowe oczy przebiegł cień. - Zostawiła mi wszystkie książki kucharskie. Byłam jej jedyną wnuczką.

- Bardzo mi przykro z powodu śmierci twojej babci - powiedział szczerze Roger. - Zmarła zupełnie niespodziewanie? Fiona smutno pokiwała głową.

- Och, tak. Przez cały dzień czuła się świetnie. Po kolacji powiedziała, że jest trochę zmęczona, i poszła się położyć. - Dziewczyna wzruszyła ramionami. - I już się nie obudziła.

- Dobry sposób na odejście - stwierdził Roger. - Przynajmniej nie cierpiała.

Pani Graham mieszkała w dworku jeszcze przed przybyciem Rogera - przerażonego, osieroconego pięciolatka. Była wdową w średnim wieku, z dorosłymi dziećmi. Zawsze jednak, gdy przyjeżdżał na ferie, okazywała mu wiele matczynego uczucia. Ona i wielebny tworzyli dziwaczną parę, ale dzięki nim w starym dworku panowała atmosfera prawdziwego domu.

Wzruszony wspomnieniami Roger uścisnął dłoń Fiony. Dziewczyna odwzajemniła uścisk, a brązowe oczy nagle zaszły mgłą. Różowe usteczka lekko się rozchyliły. Przysunęła się bliżej, tak, że Roger czuł na uchu jej ciepły oddech.

- Och, dziękuję - wybełkotał Roger. Jak oparzony wyrwał dłoń z jej uścisku. - Dziękuję bardzo. Za... ee... herbatę. Ciasteczka. Dobre. Wyśmienite. Dziękuję. - Odwrócił się i szybko sięgnął po kolejny stos papierów, żeby ukryć zakłopotanie. Chwycił zwinięte wycinki gazet z pierwszej z brzegu skrytki.

Rozwinął pożółkłe karteczki i rozłożył je na biurku. Zmarszczył brwi w pozornie głębokim skupieniu, pochylił głowę nad zamazanym tekstem. Po chwili Fiona wstała z głębokim westchnieniem. Roger usłyszał jej kroki zmierzające w stronę drzwi. Nie podniósł wzroku.

On również westchnął. Zamknął oczy i zmówił krótką modlitwę dziękczynną za to, że w ostatniej chwili udało mu się opanować. Tak, Fiona wyglądała atrakcyjnie. Niewątpliwie też wyśmienicie gotowała. Była również wścibska, irytująca i zdecydowana na ślub. Jeszcze raz połóż dłoń na tym różanym ciele, a za miesiąc usłyszysz zapowiedzi, przestrzegł sam siebie. Ale jeśliby miały zostać ogłoszone jakiekolwiek zapowiedzi, to tylko Rogera Wakefielda i Brianny Randall - gdyby Roger mógł sam zadecydować.

Otworzył oczy i zamrugał. Zobaczył przed sobą nazwisko, które wyobraził sobie na akcie ślubu - Randall.

Oczywiście nie Brianna Randall. Claire Randall. W nagłówku napisano: POWRÓCIŁA ZE ŚWIATA ZMARŁYCH. Pod spodem znajdowało się zdjęcie Claire Randall, o dwadzieścia lat młodszej, ale nieróżniącej się zbytnio od tej, którą poznał. Może z wyjątkiem wyrazu twarzy. Na fotografii siedziała prosto w szpitalnym łóżku, z rozczochranymi, przypominającymi proporce włosami. Delikatne usta zacisnęły się jak stalowa pułapka, a niezwykłe oczy patrzyły prosto w obiektyw.

Roger szybko przejrzał stos wycinków i zabrał się do uważnej lektury. Chociaż gazety starały się nadać sprawie jak najbardziej sensacyjny charakter, podały też kilka ważnych faktów.

Claire Randall, żona znanego historyka, doktora Franklina W. Randalla, zaginęła podczas wakacji w Inverness w Szkocji, późną wiosną tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku. Znaleziono jej samochód, ale ona sama zniknęła bez śladu. Wszelkie poszukiwania spełzły na niczym. Policja i zrozpaczony mąż uznali w końcu, że Claire Randall została zamordowana. Może przez jakiegoś włóczęgę, który ukrył ciało gdzieś na skalistych wzgórzach tego obszaru.

A w tysiąc dziewięćset czterdziestym ósmym roku, niemal trzy lata później, Claire Randall wróciła. Potargana i ubrana w łachmany wałęsała się w pobliżu miejsca, gdzie zniknęła. Stan zdrowia pani Randall oceniono jako zadowalający. Była tylko trochę niedożywiona. Poza tym mocno zdezorientowana.

Roger lekko uniósł brwi. Czy Claire Randall kiedykolwiek mogła być zdezorientowana? Przejrzał resztę wycinków. Znalazł w nich niewiele ponad informację, że pani Randall przeżyła wstrząs i jest leczona w lokalnym szpitalu. Zobaczył zdjęcia uradowanego - jak napisano - męża, Franka Randalla. Wygląda raczej na zaskoczonego niż uradowanego, pomyślał krytycznie Roger. Zresztą trudno się dziwić.

Uważnie przyjrzał się zdjęciom. Frank Randall był ciemnowłosym, szczupłym, przystojnym mężczyzną o arystokratycznym wyglądzie. Z jego sylwetki emanował zawadiacki wdzięk. Doktor Randall stał w drzwiach szpitala. Został zaskoczony przez fotografa w chwili, gdy szedł złożyć wizytę odzyskanej żonie.

Roger przyjrzał się zarysowi długiej, wąskiej szczęki oraz kształtowi głowy. Szukał podobieństwa do Brianny. Zaintrygowany tą myślą wstał i przyniósł jedną ze stojących na półce książek Franka Randalla. Na wewnętrznej stronie obwoluty znalazł lepsze zdjęcie. Fotograf ujął Franka w kolorze, en face. Nie, włosy były zdecydowanie ciemnobrązowe, nie rude. To oszałamiające piękno musiała odziedziczyć po dziadkach, tak jak ciemnoniebieskie oczy, skośne jak u kota. Cudowne, ale nieprzypominające oczu matki. Ani ojca. Mimo usilnych starań w twarzy sławnego historyka nie dostrzegł ani śladu cech charakterystycznych dla ognistej bogini.

Z westchnieniem zamknął książkę i zebrał wycinki. Naprawdę muszę natychmiast wziąć się do roboty. Inaczej będę tu siedział przez następny rok, pomyślał.

Miał już odłożyć wycinki na stosik przeznaczony do zatrzymania, kiedy w oko wpadł mu nagłówek: PORWANA PRZEZ WRÓŻKI. Zainteresowała go właściwie napisana tuż nad artykułem data. Szósty maja tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku.

Delikatnie położył wycinek, jakby to była bomba, mogąca wybuchnąć mu w dłoni. Zamknął oczy. Próbował sobie przypomnieć pierwszą rozmowę z paniami Randall. "Trzeba mieć skończone dwadzieścia jeden lat, żeby legalnie pić alkohol w Massachusetts", powiedziała Claire. "Briannie brakuje jeszcze ośmiu miesięcy". Czyli Brianna Randall miała dwadzieścia lat.

Spojrzał na kalendarz wikarego obejmujący okres stu lat. Znalazł datę. Przez chwilę stał z palcem przy kalendarzu. Krew odpłynęła mu z twarzy.

Claire Randall wróciła po swoim tajemniczym zniknięciu potargana, niedożywiona, zdezorientowana - i w ciąży.

Roger w końcu zasnął. Obudził się późno, z ciężkimi powiekami i nieznośnym bólem głowy, którego nie ukoił ani zimny prysznic, ani świergot Fiony przy śniadaniu.

Porzucił więc pracę i wyszedł na spacer. Świeże powietrze złagodziło ból.

Niestety rozjaśniło też Rogerowi w głowie na tyle, że znów mógł myśleć o znaczeniu wczorajszego odkrycia.

Brianna nie znała prawdy. To było dość oczywiste. Wynikało ze sposobu, w jaki mówiła o swoim zmarłym ojcu - czy raczej o człowieku, którego uważała za ojca, o Franku Randallu. Najwyraźniej Claire nie chciała, żeby córka się dowiedziała. Inaczej sama zdradziłaby jej tajemnicę. Chyba że szkocka wyprawa miała być wstępem do takiego wyznania. Prawdziwy ojciec to zapewne Szkot; Claire zniknęła przecież i pojawiła się z powrotem w Szkocji.

Czy ojciec Brianny jeszcze tu jest? Czy Claire przywiozła córkę do Szkocji, żeby przedstawić jej prawdziwego ojca? Roger z powątpiewaniem potrząsnął głową. To by było cholernie ryzykowne. Bardzo kłopotliwe dla Brianny i bolesne jak diabli dla samej Claire. I przerażające dla ojca. Dziewczyna uwielbiała Franka Randalla. Jak się poczuje na wieść, że człowiek, którego kochała i stawiała na piedestale przez całe życie, w ogóle nie był z nią spokrewniony?

Roger żałował wszystkich zainteresowanych, w tym siebie samego. Nie prosił o udział w całej sprawie i wolałby pozostać w stanie błogiej ignorancji z poprzedniego dnia. Lubił Claire Randall, i to bardzo; uznał jednak, że myśl o jej cudzołóstwie jest mu wstrętna. Jednocześnie beształ się w duchu za ten staromodny sentymentalizm. Kto wie, jak wyglądało jej życie z Frankiem Randallem? Może miała powody, żeby odejść z innym mężczyzną? Ale dlaczego wróciła?

Spocony i przygnębiony Roger wrócił do domu. Zostawił kurtkę w holu i poszedł na górę, do łazienki. Czasami kąpiel przynosiła mu ulgę. A czuł, że bardzo potrzebuje ukojenia.

Przesunął dłonią po rzędzie wiszących ubrań w szafie. Po omacku szukał kosmatego rękawa swojego znoszonego, białego szlafroka. Zatrzymał się na chwilę, sięgnął głębiej. Znalazł to, czego szukał.

Ze wzruszeniem spojrzał na zniszczony, jedwabny szlafrok. Żółte tło z czasem przybrało wyblakły kolor ochry, ale wielobarwne pawie były dumne jak zwykle. Rozpościerały ogony z prawdziwie lordowską nonszalancją i spoglądały czarnymi paciorkami oczu. Podniósł miękki materiał do nosa. Zamknął oczy i wdychał delikatny zapach Borkum Riff i whisky. Aromat przypominał wielebnego Wakefielda nawet bardziej niż pokryta różnościami ściana.

Wielokrotnie czuł ten sam miły zapach, z nutką wody kolońskiej Old

Spice, gdy wtulał twarz w gładką materię, a mocne ramiona wielebnego obejmowały go, dając bezpieczeństwo. Inne ubrania staruszka oddał "Oxfamowi", ale nie mógł się rozstać ze szlafrokiem.

Wiedziony impulsem włożył go na nagie ramiona. Przyjemne ciepło przywodziło na myśl delikatny dotyk palców. Z lubością owinął się szlafrokiem i zawiązał pasek w niedbały węzeł.

Rozejrzał się uważnie, żeby uniknąć ewentualnych nagabywań Fiony. Przeszedł przez hol do łazienki na piętrze. Gazowa terma stała u szczytu wanny jak strażnik świętego źródła, ciężka i wieczna. Pamiętał z dzieciństwa cotygodniowy lęk przed zapaleniem termy zapalniczką iskrową, gdy trzeba było podgrzać wodę do kąpieli. Nad głową Rogera złowrogo syczał gaz, a dłonie chłopca, spocone ze strachu przed wybuchem i pewną śmiercią, ślizgały się na metalowej zapalniczce.

Od dawna zautomatyzowana terma bulgotała cicho. Instalacja gazowa u dołu pomrukiwała i syczała, gdy rozniecał się płomień, niewidoczny pod metalową osłoną. Roger odkręcił do oporu porysowany kurek z napisem "Gorąca", znacznie lżej kurek z napisem "Zimna". Stanął przed lustrem. Czekał, aż wanna się napełni.

Nie jest ze mną tak źle, pomyślał. Wciągnął brzuch. Mocno wyprostowany przyglądał się swojemu odbiciu w lustrze pokrywającym całe drzwi. Umięśniony. Szczupły. Długie, lecz nie patykowate nogi. Może troszkę niezbyt rozbudowany w ramionach? Krytycznie zmarszczył brwi. Wygiął szczupłe ciało w przód i w tył.

Przesunął dłonią po gęstych, czarnych włosach, aż stanęły dęba, jak włosie pędzla do golenia. Próbował sobie wyobrazić, jak by wyglądał z brodą i długimi włosami. Tak nosili się niektórzy jego studenci. Czy wyglądałby oszałamiająco, czy niechlujnie? A może kolczyk? Wyglądałbym jak pirat. Zmarszczył brwi i wyszczerzył zęby.

- Grrr... - zawarczał do swojego odbicia.

- Panie Wakefield? - odpowiedziało odbicie.

Roger z przerażenia odskoczył w tył i boleśnie zawadził stopą o wystającą nogę staroświeckiej wanny.

- Och!

- Wszystko w porządku, panie Wakefield? - zapytało lustro. Zaklekotała porcelanowa klamka.

- Oczywiście! - burknął i spojrzał na drzwi. - Odejdź, Fiono, kąpię się! Z drugiej strony drzwi dobiegł chichot.

- Oo? To już drugi raz tego dnia! Dandys z pana. Chce pan aromatyczne mydło? Jest w szafce.

- Nie, nie chcę - odwarknął. Woda sięgała już do połowy wanny, więc zakręcił kran. Nagle zapadła kojąca cisza; wciągnął w płuca głęboki haust pary. Wszedł do wody i z radością się zanurzył. Czuł, jak na twarz występuje mu lekki pot, a ciepło przenika całe ciało.

- Panie Wakefield? - odezwał się znowu głos. Świergotał pod drzwiami jak rudzik w zalotach.

- Odejdź, Fiono - powiedział rozkazującym tonem. Wyciągnął się w wannie. Parująca woda była miła jak ramiona kochanki. - Mam wszystko, czego mi potrzeba.

- Nie, nie ma pan - odpowiedziała.

- Tak, mam. - Przebiegł wzrokiem po imponującej kolekcji buteleczek, słoiczków i innych rzeczy ustawionych na półce nad wanną. - Szampon, trzy rodzaje. Odżywka do włosów. Krem do golenia. Maszynka. Mydło do ciała. Mydło do twarzy. Płyn po goleniu. Woda kolońska. Dezodorant. - Niczego mi nie brakuje, Fiono.

- A ręczniki? - zapytała słodko.

Roger rozejrzał się dziko dookoła. Rzeczywiście, ręczników nie było. Zamknął oczy, zacisnął zęby i powoli policzył do dziesięciu. Kiedy i to nie pomogło, doliczył do dwudziestu. Potem, gdy już się nieco opanował, rzekł spokojnie:

- Dobrze, Fiono. Połóż je przy drzwiach. A potem, proszę, błagam, Fiono... odejdź.

Za drzwiami rozległ się szelest i odgłos niespiesznie oddalających się kroków. Roger z westchnieniem ulgi oddał się radości bycia samemu. Spokój. Nie ma Fiony.

Teraz mógł myśleć nieco obiektywniej o swoim niepokojącym odkryciu. Coraz bardziej go intrygowała postać tajemniczego, prawdziwego ojca Brianny. Sądząc po wyglądzie córki, człowiek ten musiał być wyjątkowo atrakcyjny fizycznie; czy samo to wystarczyłoby do omamienia kobiety takiej jak Claire Randall?

Zastanawiał się już wcześniej, czy ojciec Brianny był Szkotem. Czy mieszka - lub mieszkał - w Inverness? Przypuszczał, że to wyjaśniałoby niepokój Claire i wrażenie, że coś ukrywa. Ale czy mogło być powodem jej dziwnych próśb? Nie chciała, żeby zabrał Briannę do Craigh na Dun, żeby mówił jej o kapitanie z Broch Tuarach. Dlaczego?

Tknięty nagłą myślą gwałtownie usiadł prosto. Woda rozchlapała się po żelaznych, odlewanych ścianach wanny. A może Claire niepokoił nie osiemnastowieczny jakobicki żołnierz, lecz tylko jego nazwisko? A jeśli mężczyzna, który począł Briannę w tysiąc dziewięćset czterdziestym siódmym roku, również nazywał się James Fraser? Było to dość popularne nazwisko w Szkocji.

Tak, pomyślał, to może wszystko wyjaśniać. A fakt, że Claire chciała sama pokazać córce Craigh na Dun, świadczyłby, że kamienny krąg jest również związany z tajemnicą ojca; może tam właśnie poznała tego człowieka i poczęli Briannę. Roger dobrze wiedział, że w kamiennym kręgu często umawiano się na randki; on sam, w czasach liceum, zabierał tam dziewczyny. Uważał, że atmosfera pogańskiej tajemnicy pomoże przełamać ich opory. Zawsze się udawało.

Nagle nawiedziła go zadziwiająca wizja. Delikatne, jasne nogi Claire Randall oplatały w szaleńczym uniesieniu nagie, prężące się ciało rudowłosego mężczyzny; dwa ciała zmoczone deszczem i ubrudzone trawą wiły się w ekstazie pośród stojących kamieni. Obraz był tak szokujący, że Roger zaczął drżeć. Na piersi pojawiły mu się krople potu, które spływały do parującej wody w wannie.

Chryste! Jak jutro spojrzy w oczy Claire Randall? Co powie Briannie? "Czytała pani ostatnio jakieś dobre książki?", "Oglądała pani jakieś ciekawe filmy?".

Potrząsnął głową. Rozpaczliwie próbował zebrać myśli. Nie wiedział, co dalej robić. Sytuacja była kłopotliwa. Nie chciał brać w tym udziału, a jednak brał. Lubił Claire Randall; Briannę również - nawet bardzo. Chciał ją chronić. Oszczędzić jej bólu. Wydawało się jednak, że nie ma żadnego sposobu. Mógł tylko trzymać język za zębami, aż Claire Randall zrobi to, co zaplanowała. A potem być w pogotowiu, żeby wesprzeć oszołomioną dziewczynę.

3. Matki i córki

Zastanawiałam się, ile jest w Inverness maleńkich herbaciarni. Po obu stronach High Street, jak okiem sięgnąć, roi się od kawiarenek i sklepów z pamiątkami. Kiedy królowa Wiktoria sprawiła, że Szkocja stała się bezpiecznym miejscem dla podróżników, dając temu obszarowi swoje królewskie poparcie, turyści gromadnie ruszyli na północ, a ich liczba wciąż rosła. Szkoci, nieprzyzwyczajeni do przyjmowania z południa niczego poza zbrojnymi inwazjami i politycznymi wtrętami, podjęli wyzwanie.

Nie można przejść więcej niż kilka metrów po głównej ulicy w dowolnym góralskim mieście i nie trafić na sklep, gdzie sprzedaje się kruche ciasto, edynburskie skały, chusteczki do nosa haftowane w osty, miniaturowe dudy, aluminiowe brosze klanów, noże do otwierania listów przypominające obosieczne miecze claymore, portmonetki w kształcie sporranów oraz jaskrawe kraty różnych klanów, dekorujące chyba każdy przedmiot wykonany z tkaniny, od czapek, krawatów i serwetek, po szczególnie obrzydliwy żółty wzór "Buchanan" ozdabiający przody nylonowych męskich slipek.

Patrząc na kuchenne ściereczki z przyprasowaną wyjątkowo nierzetelną podobizną potwora z Loch Ness śpiewającego Auld Lang Syne, pomyślałam, że Wiktoria ma wiele na sumieniu.

Brianna powoli przechadzała się bocznym skrzydłem sklepu. Wysoko zadzierała głowę, żeby obejrzeć najprzeróżniejsze towary wiszące na belkach stropu.

Myślisz, że prawdziwe? - zapytała, wskazując poroże jelenia wystające z masy miniaturowych dud.

O, tak. Nie sądzę, żeby technologia plastyku zaszła aż tak daleko - odparłam. - Poza tym spójrz na cenę. Wszystko powyżej stu funtów jest prawdopodobnie autentyczne.

Brianna wytrzeszczyła oczy i opuściła głowę.

- Jezu. Chyba kupię Jane spódniczkę w szkocką kratę.

- Wełna dobrej jakości nie będzie o wiele tańsza - skomentowałam sucho. - Za to o wiele łatwiej zawieziemy ją do domu samolotem. Chodźmy do sklepu naprzeciwko, tam mają najlepsze materiały.

Zaczęło padać. Oczywiście. Zapakowane zakupy włożyłyśmy pod płaszcze przeciwdeszczowe, które zapobiegliwie zabrałam z domu. Brianna prychnęła z nagłym rozbawieniem.

- Tak się przyzwyczaiłaś do nazywania ich "macami", że chyba nie pamiętasz prawdziwej nazwy. Nie dziwi mnie, że wynalazł je Szkot - dodała, patrząc na wodę spływającą ze skraju markizy. - Czy tu pada cały czas?

- Często - przyznałam. Przez strugi deszczu spoglądałam na przejeżdżające samochody. - Zawsze uważałam, że pan Macintosh był bojaźliwy; większość znanych mi Szkotów nic sobie nie robiła z deszczu. - Nagle zagryzłam wargę, ale Brianna się nie zorientowała; przyglądała się głębokiemu po kostki strumieniowi płynącemu rynsztokiem.

- Wiesz co, mamo? Może lepiej pójdziemy do świateł na skrzyżowaniu. Nie ryzykujmy.

Kiwnęłam głową i poszłam za nią w górę ulicy, pod osłoną maca. Serce waliło mi jak młotem. Kiedy wreszcie z tym skończysz? - pytał mój umysł. Nie możesz wciąż uważać na słowa i nagle urywać wypowiedzi. Dlaczego po prostu jej nie powiesz?

Jeszcze nie, pomyślałam. Nie jestem tchórzem - a może i jestem, to bez znaczenia. Lecz najpierw musi zobaczyć Szkocję. Nie miasta - właśnie przechodziłyśmy obok sklepu z kraciastymi dziecięcymi bucikami na wystawie - ale wieś. I Culloden. Przede wszystkim chcę opowiedzieć jej zakończenie historii. A do tego potrzebny mi jest Roger Wakefield.

Nagle, jakby w odpowiedzi na moje myśli, pojawił się jaskrawopomarańczowy dach zniszczonego morrisa na parkingu po lewej stronie. Lśnił jak ognik we mgle.

Brianna również go zobaczyła. W Inverness niewiele samochodów było tak specyficznego koloru i w tak fatalnym stanie.

- Spójrz, mamo! Czy to nie auto Rogera Wakefielda?

- Tak sądzę - odparłam. Po prawej stronie była kawiarnia. Zapach świeżych placuszków, tostów i kawy mieszał się ze świeżym, deszczowym powietrzem. Chwyciłam Briannę za ramię i pociągnęłam ją w tamtą stronę. - Chyba zgłodniałam - wyjaśniłam. - Napijmy się kakao i przegryźmy kilka herbatników.

Wciąż na tyle dziecinna, żeby nie oprzeć się pokusie wypicia czekolady, i na tyle młoda, żeby czuć głód o każdej porze, Bree nie sprzeciwiła się ani słowem. Od razu usiadła i podniosła poplamioną herbatą, zieloną kartkę, która służyła za jadłospis.

Nie miałam ochoty na kakao, ale musiałam chwilę pomyśleć. Na betonowej ścianie po drugiej stronie ulicy widniał wyraźny napis: PARKING TYLKO DLA KORZYSTAJĄCYCH Z USŁUG SCOTRAIL. Zamieszczono tam również kilka uwag o tym, co czeka kierowców, którzy zaparkują, a nie wybierają się w podróż pociągiem. Albo Roger wiedział o sprawności służb porządkowych w Inverness coś, czego ja nie wiedziałam, albo pojechał koleją. Chociaż mógł się udać dokądkolwiek, to jednak najprawdopodobniej wyruszył do Edynburga lub Londynu. Przejął się moimi badaniami, kochany chłopak.

My same przyjechałyśmy pociągiem z Edynburga. Próbowałam sobie przypomnieć rozkład jazdy, ale bez skutku.

- Ciekawe, czy Roger wróci wieczornym pociągiem - zagadnęła Bree. Tak niesamowicie dokładnie wyraziła moje myśli, że aż zakrztusiłam się kakao. Przez chwilę się zastanawiałam, w jakim stopniu Brianna jest zainteresowana młodym panem Wakefieldem. Chyba w dużym.

- Pomyślałam - zaczęła od niechcenia - że może powinnyśmy kupić coś Rogerowi Wakefieldowi w ramach podziękowania za pomoc.

- Dobry pomysł - przyznałam ubawiona. - Jak myślisz, co by mu się spodobało? Zmarszczyła brwi nad filiżanką kakao, jakby szukała natchnienia.

- Nie wiem. Coś ładnego; zdaje się, że ta sprawa jest bardzo pracochłonna. - Nagle spojrzała na mnie, unosząc brwi. - Dlaczego go o to poprosiłaś? - zapytała. - Przecież po informacje na temat ludzi z osiemnastego wieku można się zwrócić do odpowiednich instytucji, które zajmują się genealogią. Tatuś zawsze korzystał z pomocy Scot-Search, jeśli musiał ustalić czyjeś pochodzenie, a nie miał czasu zrobić tego sam.

- Tak, wiem. - Wzięłam głęboki wdech. Wkroczyłyśmy na grząski grunt. - Ta sprawa... była bardzo ważna dla... twojego ojca. Na pewno by chciał, żeby zajął się nią Roger Wakefield.

- Aha. - Milczała przez chwilę. Patrzyła, jak krople deszczu perlą się na oknie kawiarni. - Tęsknisz za tatą? - zapytała nagle. Schyliła się nad filiżanką i spuściła wzrok, żeby na mnie nie spojrzeć.

- Tak - odrzekłam. Przesunęłam palcem po krawędzi filiżanki, ścierając kroplę kakao. - Nie zawsze się nam układało, ale... Szanowaliśmy się, a to niezmiernie ważne. I mimo wszystko bardzo się lubiliśmy. Tak, bardzo mi go brakuje.

Bez słowa skinęła głową i delikatnie uścisnęła mi dłoń. Zamknęłam rękę na jej długich, ciepłych palcach i przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu, sącząc kakao.

- Wiesz... - odezwałam się w końcu. Odsunęłam nieco krzesło. Metal zaskrzypiał na linoleum. - Zapomniałam o czymś. Muszę wysłać list do szpitala. Miałam to zrobić w drodze do miasta, ale wyleciało mi z głowy. Jeśli się pośpieszę, może jeszcze zdążę. Idź do sklepu z kiltami. To kawałek dalej, po drugiej stronie ulicy. Ja skoczę na pocztę i zaraz do ciebie dojdę.

Bree była zaskoczona, ale pokiwała głową.

- Dobrze. Czy poczta jest daleko? Przemokniesz.

- Drobiazg. Wezmę taksówkę. - Położyłam na stoliku funtowy banknot i wbiłam się w płaszcz przeciwdeszczowy.

W czasie deszczu taksówki zwykle znikają, jakby się bały, że się rozpuszczą. Ale nie w Inverness. Ciągłe ulewy pozbawiłyby pracy taksówkarzy. Zobaczyłam dwie wielkie taksówki przy pobliskim hotelu. Wślizgnęłam się do ciepłego, pachnącego tytoniem wnętrza, przytulnego i znajomego. Brytyjskie taksówki poza tym, że obszerniejsze od amerykańskich, miały też inny zapach; był to jeden z drobiazgów, za którymi bezwiednie tęskniłam przez ostatnich dwadzieścia lat.

- Numer sześćdziesiąt cztery? To stary dworek, tak? - Mimo włączonego ogrzewania kierowca był opatulony szalikiem i miał grubą kurtkę. Płaska czapka chroniła głowę przed przeciągiem. Współcześni Szkoci są mięczakami, pomyślałam; dawno minęły czasy, gdy dziarscy górale spali na wrzosowisku w samej koszuli. Skinęłam głową do kierowcy. Ruszyliśmy. Woda z kałuży rozbryzgnęła się na boki.

Czułam się trochę jak konspirator, zakradając się do domu Rogera pod jego nieobecność, żeby porozmawiać z gosposią, a do tego okłamując Bree. Z drugiej strony byłoby mi trudno wyjaśnić każdemu z nich, co naprawdę robię. Nie ustaliłam, jak i kiedy wyjawię im wszystko, ale wiedziałam, że jeszcze nie nadszedł czas.

Sięgnęłam do wewnętrznej kieszeni maca. Poczułam kopertę ze Scot-Search. Chociaż nie interesowałam się zbytnio pracą Franka, wiedziałam o tej instytucji. Zatrudniała kilku profesjonalnych badaczy, którzy specjalizowali się w szkockiej genealogii. Oni nie poprzestawali na narysowaniu drzewa genealogicznego, wykazującego związek klienta z Robertem The Bruce.

Jak zwykle solidni i dyskretni na moje zlecenie zajęli się Rogerem Wakefieldem. Dowiedziałam się, kim byli jego rodzice, dziadkowie i przodkowie do siedmiu czy ośmiu pokoleń wstecz.

Zapłaciłam taksówkarzowi i ruszyłam mokrą ścieżką w stronę drzwi do-mu starego duchownego. Stanęłam na osłoniętym ganku. Zadzwoniłam. Zdążyłam strząsnąć sporo wody z płaszcza, zanim otworzyły się drzwi.

Fiona powitała mnie radośnie. Miała okrągłą, wesołą, zawsze uśmiechniętą twarz. Ubrana była w dżinsy i plisowany fartuszek, rozsiewający jak kadzidło zapach cytrynowego środka do czyszczenia oraz świeżych ciasteczek.

- Pani Randall! - wykrzyknęła.

- Chciałabym z tobą porozmawiać o babci - powiedziałam bez żadnych wstępów.

- Na pewno nic ci się nie stanie, mamo? Mogę zadzwonić do Rogera i przełożyć wyjazd na jutro, jeśli chcesz, żebym z tobą została. - Brianna stała w drzwiach sypialni pensjonatu, z niepokojem marszcząc brwi. Była ubrana sportowo, w wygodne buty, dżinsy i sweter, ale włożyła też jaskrawą, pomarańczowo-niebieską jedwabną apaszkę, którą Frank kupił jej w Paryżu, dwa lata temu, tuż przed śmiercią.

- W kolorze twoich oczu, moja mała, piękna córeczko - powiedział wtedy, z uśmiechem drapując apaszkę na jej ramionach. "Mała córeczko" to był ich żart, ponieważ Bree już w wieku piętnastu lat przerosła Franka, który mierzył metr siedemdziesiąt pięć centymetrów.

Apaszka - niebieska część - rzeczywiście miała kolor oczu Brianny, barwę szkockich jezior i letniego nieba oraz zamglony błękit odległych gór. Wiedziałam, że apaszka jest jej skarbem, więc do skali zainteresowania córki Rogerem Wakefieldem dodałam kilka punktów.

- Nie, nic mi nie będzie - zapewniłam. Wskazałam dłonią na stolik przy łóżku. Stał tam niewielki imbryczek we włóczkowym pokrowcu trzymającym ciepło oraz platerowany pojemnik na tosty, równie dobrze trzymający zimno. - Pani Thomas przyniosła mi herbatę i tost; może za jakiś czas trochę skubnę. - Miałam nadzieję, że kołdra tłumi burczenie w moim pustym żołądku, głośno wyrażającym niezadowolenie z tej perspektywy.

- Cóż, w porządku. - Z ociąganiem odwróciła się do drzwi. - Ale wrócimy od razu po zwiedzeniu Culloden.

- Nie śpieszcie się z mojego powodu! - zawołałam.

Zaczekałam, aż na dole zamkną się za Brianną drzwi. Dopiero wtedy sięgnęłam do szuflady szafki nocnej i wyciągnęłam dużą tabliczkę czekolady "Hershey" z migdałami, którą ukryłam tam poprzedniego wieczoru.

Zaspokoiłam nieco głód, oparłam się o poduszkę i zaczęłam się gapić na szare chmury zasnuwające niebo. Obsypana pączkami gałązka lipy co chwila uderzała w szybę; wiatr się wzmagał. Piecyk centralnego ogrzewania brzęczał u stóp łóżka. W sypialni było dość ciepło, ale ja drżałam. Na polu Culloden na pewno panował ziąb.

Może nie aż taki jak w kwietniu tysiąc siedemset czterdziestego szóstego roku, kiedy książę Karol prowadził swoich ludzi na pole bitewne. Powitał ich wtedy lodowaty deszcz i ryk angielskich armat. Ze sprawozdań z tego dnia wynikało, że było przenikliwie zimno. Ranni górale leżeli wraz z poległymi, przemoczeni krwią i deszczem. Czekali na ostateczny cios ze strony angielskich pogromców. Ale książę Cumberland, dowódca armii Anglików, nie okazywał pokonanym łaski.

Poległych zbierano w stosy i palono, żeby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby. Historia mówi, że podobny los spotkał wielu rannych. Wszyscy leżeli teraz poza zasięgiem wojny i pogody, pod zieloną trawą pola Culloden.

W Culloden byłam tylko raz, niemal trzydzieści lat temu. Frank zawiózł mnie tam w czasie podróży poślubnej. Teraz Frank również nie żył, a ja przywiozłam córkę do Szkocji. Chciałam, żeby Brianna zobaczyła Culloden, ale żadna ziemska siła nie zmusiłaby mnie do postawienia stopy na tym polu noszącym piętno śmierci.

Pomyślałam, że powinnam zostać w łóżku, żeby uwiarygodnić nagłą niedyspozycję, która nie pozwoliła mi towarzyszyć Briannie i Rogerowi; gdybym wstała i poprosiła o lunch, pani Thomas mogłaby wszystko wygadać. Zajrzałam do szuflady: jeszcze trzy tabliczki czekolady i powieść sensacyjna. Może dzięki temu uda mi się przetrwać ten dzień.

Książka okazała się dość dobra, ale wycie wiatru za oknami hipnotyzowało mnie, a ciepłe łóżko było tak zachęcające. Spokojnie zapadłam w sen. Śniłam o góralach w kiltach. Słyszałam miękkie głosy Szkotów, szemrzących przy ogniu jak pszczoły na wrzosowisku.

4. Culloden

Cóż za paskudna, prosięca twarz! - Brianna zatrzymała się. Zafascynowana patrzyła na odziany w czerwień manekin, groźnie spoglądający na jedną stronę foyer w muzeum w Culloden. Miał jakieś metr siedemdziesiąt. Pudrowana peruka bojowo stroszyła się nad niskimi brwiami i obwisłymi, rumianymi policzkami.

Był małym grubaskiem - zgodził się ubawiony Roger. - Ale i świetnym generałem, przynajmniej w porównaniu z jego eleganckim kuzynem. - Machnął ręką w kierunku wyższej figury Karola Edwarda Stuarta po drugiej stronie foyer. Postać dumnie patrzyła w dal spod czapki z niebieskiego aksamitu ozdobionego białą kokardą. Z wyższością ignorowała księcia Cumberland.

- Nazywali go "Rzeźnikiem Billym". - Roger wskazał księcia w białych spodniach i płaszczu wyszywanym złotem. - Nie bez powodu. Oprócz tego, co stało się tutaj - machnął dłonią w kierunku wiosennie zazielenionego pola na zewnątrz, przytłoczonego ołowianym niebem - ludzie Cumberlanda ponoszą odpowiedzialność za najgorszy okres angielskiego terroru w górach. Ścigali resztki armii spod Culloden aż na wzgórza. Palili i plądrowali wszystko, co napotkali na drodze. Kobiety i dzieci zostawiali na pewną śmierć głodową. Mężczyzn zabijali na miejscu. Nawet się nie wysilając, żeby sprawdzić, czy akurat ci górale walczyli za Karola. Jeden ze współczesnych księcia powiedział o nim: "Zostawił po sobie pustynię. Siłą zaprowadził pokój". Obawiam się, że książę Cumberland wciąż jest niepopularny w tym regionie.

Opinię tę potwierdził kustosz muzeum, a zarazem przyjaciel Rogera. Opowiadał, że figurka księcia Karola była traktowana z należnym szacunkiem, natomiast z kurtki księcia Cumberlanda wciąż ginęły guziki, a sama postać niejednokrotnie padała ofiarą niewybrednych żartów.

- Pewnego ranka kustosz przyszedł wcześniej. Gdy zapalił światło, zobaczył prawdziwy góralski sztylet wbity w brzuch Jego Miłości - rzekł Roger, wskazując przysadzistą figurę. - Mówiono, że dopiero wtedy książę odpowiednio wyglądał.

- Nie wątpię - mruknęła Brianna. Uniosła brwi i ponownie spojrzała na podobiznę księcia. - Ludzie wciąż traktują to poważnie?

- Och, tak. Szkoci mają dobrą pamięć i nie są skorzy do wybaczania.

- Naprawdę? - Spojrzała na niego ciekawie. - Jesteś Szkotem, Rogerze? Nazwisko raczej na to nie wskazuje, ale kiedy mówisz o księciu Cumber-land... - W kącikach jej ust igrał uśmiech. Roger nie był pewien, czy dziewczyna po prostu się z nim nie drażni, ale odpowiedział całkiem poważnie.

- Oczywiście, jestem Szkotem. Wakefield to nie jest moje prawdziwe nazwisko; wielebny dał mi je przy adopcji. Był wujem mojej mamy. Gdy rodzice zginęli na wojnie, zabrał mnie do siebie. Moje prawdziwe nazwisko brzmi MacKenzie. - Wskazał widoczne za ogromnym oknem pole Culloden. - Tam stoi kamień klanu, z wykutym nazwiskiem MacKenzie, pod którym leży wielu moich krewnych. - Sięgnął ręką i trącił złoty epolet. - Nie podchodzę do tego tak emocjonalnie jak niektórzy, ale również nie zapomniałem. - Podał jej ramię. - Wyjdziemy na zewnątrz?

Było bardzo zimno. Porywisty wiatr smagał dwa sztandary na masztach ustawionych po obu stronach pola. Jeden żółty, drugi czerwony. Oznaczały pozycje dwóch dowódców, stojących za wojskami w oczekiwaniu na zakończenie i wynik bitwy.

- Bezpiecznie schowani z tyłu - zauważyła sucho Brianna. - Nie mogła ich dosięgnąć zbłąkana kula.

Roger spostrzegł, że dziewczyna drży. Przesunął jej rękę pod swoim ramieniem i przyciągnął bliżej. Bał się, że wybuchnie z nagłej radości, jaką sprawiał mu dotyk Brianny. Próbował jednak ukryć ekscytację. Wrócił do historycznego monologu.

- W tamtych czasach generałowie podczas boju pozostawali z tyłu. Szczególnie Karol; po bitwie uciekał tak szybko, że nie zdążył nawet zabrać swojej srebrnej zastawy stołowej.

- Zastawy stołowej? Zrobił sobie piknik na polu bitwy?

- Och, tak. - Roger uznał, że z powodu Brianny cieszy się ze szkockiego pochodzenia. Zwykle z trudem trzymał w ryzach swój akcent, żeby dostosować się do wszechobecnej mowy Oxbridge. Teraz jednak puścił wodze, żeby wywołać uśmiech na jej twarzy. - Wiesz, dlaczego, mówiąc o księciu Karolu, używano zdrobniałej formy jego imienia? - zapytał Roger. - Anglicy sądzą, że to świadczyło o wielkiej miłości ludzi do tej postaci.

- Nie było tak? Roger potrząsnął głową.

- Nie. Jego ludzie nazywali go księciem Tcharlach. - Starannie przeliterował. - Czyli po celtycku Karol. Tcharlach mac Seamus, "Karol, syn Jakuba". Niezwykle formalne. Tylko że celtyckie Tcharlach bardzo przypomina angielskie "Charlie".

Brianna uśmiechnęła się szeroko.

- Czyli nigdy nie był "Bonnie Prince Charliem"?

- Nie wtedy. - Roger wzruszył ramionami. - Teraz oczywiście nim jest. To jeden z drobnych, historycznych błędów, które zostały uznane za fakty.

- A ty jesteś historykiem! - powiedziała zaczepnie Brianna. Roger uśmiechnął się chytrze. Przechadzali się niespiesznie żwirowymi ścieżkami, przecinającymi pole bitwy. Roger pokazywał pozycje różnych regimentów. Tłumaczył, jak przebiegała bitwa. Opowiadał anegdoty o dowódcach.

Gdy tak spacerowali, wiatr ustał. Na polu bitwy zapanowała cisza. Ich rozmowa również stopniowo zanikała. W końcu odzywali się tylko od czasu do czasu, cicho, prawie szeptem. Niebo zasnuły szare chmury, a wszystko pod jego kopułą zdawało się przytłumione. Tylko porastające pole rośliny szemrały głosami ludzi, którzy pod nimi spoczywali.

- To miejsce nazywają Źródłem Śmierci. - Roger zatrzymał się przy źródełku. Było bardzo małe. Ciemna woda biła spod krawędzi głazu. - Zginął tu jeden z przywódców górali. Wodą z tego źródła jego ludzie obmyli mu twarz z krwi. A tam są groby klanów.

Ogromne głazy z szarego granitu, oszlifowane deszczem, z plamami porostów stały na łatach miękkiej trawy, szeroko rozrzucone po obrzeżach pola. Na każdym z nich widniało jedno wykute nazwisko. Niektóre napisy by-ły tak zamazane, że prawie nieczytelne. MacGillivray. MacDonald. Fraser. Grant. Chisholm. MacKenzie.

- Spójrz - wyszeptała Brianna. Wskazała na jeden z głazów. Leżała przed nim niewielka wiązanka szarozielonych gałązek z kilkoma zwiędłymi wiosennymi kwiatami.

- Wrzos - powiedział Roger. - Latem, gdy wrzos kwitnie, takie wieńce można znaleźć przed każdym głazem klanu. Purpurowy wrzos, gdzieniegdzie z gałązką białego. Biały wrzos jest symbolem szczęścia i władzy królewskiej; był emblematem Karola, obok białej róży.

- Kto je tu kładzie? - Brianna ukucnęła przy ścieżce i delikatnie dotknęła gałązek.

- Zwiedzający. - Roger ukucnął przy niej. Przesunął palcami po zmurszałych literach na głazie: FRASER. - Ludzie pochodzący z rodzin poległych tu mężczyzn. Albo ci, którzy chcą o nich pamiętać.

Spojrzała na niego z boku, włosy powiewały wokół jej twarzy.

- Czy ty kiedykolwiek to robiłeś?

Uśmiechnął się i utkwił wzrok w swoich dłoniach, zwieszonych między kolanami.

- Tak. Przypuszczam, że zachowuję się sentymentalnie, ale to robię.

Brianna spojrzała na bujną roślinność porastającą krawędź ścieżki po drugiej stronie.

- Pokaż mi wrzos - poprosiła.

Gdy wracali do domu, melancholia wywołana wizytą pod Culloden ustąpiła, ale wrażenie wspólnego doznania pozostało. Rozmawiali i śmiali się razem jak starzy przyjaciele.

- Szkoda, że mama nie przyjechała tu z nami - zauważyła Brianna, gdy skręcili w ulicę, przy której stał pensjonat, gdzie mieszkały panie Randall.

Choć Roger bardzo lubił Claire, wcale nie podzielał zdania Brianny. Troje, pomyślał, to już tłum. Zamruczał coś w odpowiedzi, a po chwili zapytał:

- Jak się czuje twoja matka? Mam nadzieję, że to nic poważnego.

- Ależ nie, tylko lekkie zatrucie pokarmowe. Tak przynajmniej mówi. - Brianna na moment zmarszczyła brwi, potem spojrzała na Rogera i delikatnie położyła mu dłoń na nodze. Poczuł drżenie mięśni od kolana do pachwiny. Z trudem starał się skoncentrować na słowach dziewczyny. Wciąż mówiła o matce. - ...Myślisz, że nic jej nie będzie? - skończyła. Potrząsnęła głową. Włosy zalśniły miedzianym blaskiem, widocznym nawet w mroku samochodu. - Wydaje mi się czymś zatroskana. Właściwie nie chora, raczej zmartwiona.

Roger poczuł nagle ciężar w żołądku.

- Mhm - mruknął. - Może tak reaguje na rozstanie z pracą. Jestem pewien, że wszystko będzie dobrze. Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Podjechali pod kamienny domek pani Thomas.

- Wspaniała wyprawa, Rogerze - powiedziała. Delikatnie dotknęła jego ramienia. - Ale nie zdziałaliśmy wiele w sprawie mamy. Czy mogłabym ci pomóc przy najcięższej pracy? Rogerowi bardzo poprawił się nastrój.

- Sądzę, że tak. - Uśmiechnął się szeroko. - Wpadniesz jutro, żeby poszperać ze mną w garażu? Trudno sobie wyobrazić gorszą robotę.

- Świetnie. - Pochyliła się, żeby jeszcze raz na niego spojrzeć. - Może mama też zechce nam towarzyszyć?

Roger poczuł, jak twarz mu sztywnieje, ale zdołał utrzymać grzeczny uśmiech.

- Świetnie - powiedział z wymuszoną uprzejmością.

Następnego dnia przyszła sama Brianna.

- Mama jest w bibliotece publicznej - wyjaśniła. - Wertuje stare książki telefoniczne. Szuka jakiegoś dawnego znajomego.

Serce Rogera podskoczyło. Poprzedniego wieczora przejrzał książkę telefoniczną wielebnego. Figurowały w niej trzy osoby, które nazywały się James Fraser. Byli jeszcze dwaj Fraserowie, o innych pierwszych imionach, ale ze środkowym inicjałem "J".

- Mam nadzieję, że go znajdzie - powiedział, wciąż siląc się na swobodę. - Jesteś pewna, że chcesz pomóc? To nudna, brudna praca. - Roger spojrzał z powątpiewaniem na Briannę, ale ona kiwnęła głową, ani trochę niezniechęcona tą perspektywą.

Wiem. Czasami z ojcem porządkowałam stare notatki. Poza tym chodzi o sprawę mamy; najmniej, co mogę zrobić, to trochę ci przy tym pomóc.

Dobrze. - Roger zerknął na swoją białą koszulę. - Przebiorę się tylko i pójdziemy do garażu. Drzwi garażu zaskrzypiały, zajęczały, aż w końcu uległy. Nagle otworzyły się na oścież z brzękiem sprężyn. Wokół wzniósł się tuman kurzu. Brianna machała dłońmi przed twarzą, kaszląc.

- Kurczę! - wykrztusiła. - Kiedy ostatni raz ktoś tu zaglądał?

- Przed wiekami, jak sądzę - odpowiedział automatycznie. Świecił latarką po garażu, wydobywając z mroku stosy kartonów i drewnianych skrzynek, starych marynarskich pudeł z odklejającymi się naklejkami oraz nieokreślone, pokryte plandekami przedmioty. Tu i tam było widać sterczące nogi odwróconych mebli. Kształty przypominały szkielety niewielkich dinozaurów, wystające ze skał.

Roger ruszył przez graciarnię i natychmiast zniknął w tunelu kurzu i cieni. Miejsce jego pobytu wskazywało światło latarki. Od czasu do czasu biała plamka pojawiała się na suficie. W końcu Roger z tryumfalnym okrzykiem chwycił zwisający z powały sznurek. Garaż oświetliła duża żarówka.

- Tędy - powiedział, pojawiając się nagle i biorąc Briannę za rękę. - Po drugiej stronie jest trochę miejsca.

Pod tylną ścianą stał staroświecki stół. Może kiedyś stanowił centralny element jadalni wielebnego Wakefielda. Nie ulegało jednak wątpliwości, że kilkakrotnie zmieniał funkcję: był stołem kuchennym, ławą narzędziową, podkładką do piłowania i stołem do malowania, zanim przeszedł na zasłużony odpoczynek w tym zakurzonym sanktuarium. Nad stołem znajdowało się zasnute pajęczynami okno. Przyćmione światło oświetlało wyszczerbiony, poplamiony farbą blat.

- Tu możemy pracować - oznajmił Roger. Z plątaniny gratów wyciągnął taboret i z grubsza wytarł go chusteczką do nosa. - Usiądź, a ja sprawdzę, czy da się otworzyć okno; w przeciwnym razie się podusimy.

Brianna pokiwała głową, ale zamiast spocząć, zaczęła się przyglądać najbliższym stosom rupieci. Tymczasem Roger szarpał się z wypaczonym oknem. Słyszał, jak Brianna czyta napisy na niektórych pudłach.

- Tysiąc dziewięćset trzydzieści-trzydzieści trzy. Tysiąc dziewięćset czterdzieści dwa-czterdzieści sześć. Co to jest?

- Dzienniki - wysapał Roger, zapierając się łokciami o brudny parapet. - Mój ojciec... to znaczy wielebny od zawsze prowadził dziennik. Pisał codziennie po kolacji.

- Zdaje się, że miał mnóstwo tematów. - Brianna przesunęła kilka pudeł i ustawiła je z boku, żeby przejrzeć następną warstwę. - Tu stoją paczki z nazwami: "Kerse", "Livingston", "Balnain". Parafianie?

- Nie. Wioski - wydyszał Roger. Na chwilę przerwał zmagania z oknem. Otarł czoło. Na rękawie została smuga brudu. Na szczęście oboje ubrali się w mocno zużyte rzeczy, odpowiednie do grzebania w starociach. - To notatki dotyczące historii różnych górskich wiosek. Niektóre z zapisków przybrały postać książek; można je znaleźć w sklepach dla turystów w całym tym regionie. Odwrócił się do skrzyni, z której wystawały najprzeróżniejsze narzędzia. Wybrał duży śrubokręt, żeby skuteczniej zaatakować okno.

- Szukaj pudeł z napisem "Rejestry parafialne" - poradził. - Albo nazw wiosek z okolicy Broch Tuarach.

- Nie znam żadnych tutejszych wiosek - powiedziała Brianna.

- Ach, tak. Zapomniałem. - Roger z trudem przebił się przez warstwy starej farby i wcisnął koniec śrubokręta pomiędzy framugę i ramę okna. - Broch Mordha... mm, Mariannan i... St. Kilda. Są też inne, ale miały spore kościoły, które potem zostały zamknięte lub zburzone. Brianna odsunęła kawał zwisającej plandeki. Nagle odskoczyła w tył i krzyknęła przeraźliwie.

- Co? Co się stało? - Roger odwrócił się od okna, gotowy do zadania ciosu śrubokrętem.

- Nie wiem. Coś uciekło, kiedy dotknęłam plandeki. - Brianna wskazała dłonią, a Roger z ulgą opuścił broń.

Najprawdopodobniej mysz. Może szczur.

Szczur! Są tu szczury? - Brianna była roztrzęsiona.

- Mam nadzieję, że nie, bo mogłyby pogryźć zapiski, których szukamy - odpowiedział. Podał jej latarkę. - Oświetlaj ciemne miejsca, przynajmniej cię nie zaskoczą.

Wielkie dzięki. - Dziewczyna przyjęła latarkę, ale wciąż przyglądała się kartonom z pewną niechęcią.

No to do roboty - zakomenderował Roger. - Chyba że chcesz usłyszeć szczurzą satyrę.

Na twarzy Brianny pojawił się szeroki uśmiech.

- Szczurzą satyrę? Co to takiego?

Roger zwlekał z odpowiedzią. Nadal mocował się z oknem. Pchał, aż poczuł, że jego biceps napręża się pod koszulą. W końcu okno ustąpiło ze skrzypieniem. Przez kilkunastocentymetrową szparę do garażu dostało się orzeźwiające, chłodne powietrze.

- Nareszcie. - Przez chwilę wachlował się z afektem, uśmiechając się do

Brianny. - Zaczynamy? Podała mu latarkę i cofnęła się o krok.

A może ty znajdziesz pudła, a ja przeszukam ich zawartość? I co to jest szczurza satyra?

Ale z ciebie tchórz - powiedział, schylając się nad gratami przykrytymi plandeką. - Szczurza satyra wiąże się ze starym, szkockim zwyczajem; gdyby w domu czy stodole zalęgły ci się myszy albo szczury, mogłabyś je odstraszyć, układając wierszyk lub piosenkę, mówiące, jak ubogo jest pod twoim dachem, a jak dostatnio gdzie indziej. Podobno jeśli satyra była dobra, odchodziły.

Wyciągnął karton z napisem: "Jakobici, różne", i przeniósł go na stół, śpiewając:

Szczury, szczury, dużo was, tu nie dostaniecie nic, a kysz, a kysz!

Z hukiem postawił karton i skłonił się w odpowiedzi na chichot Brianny. Potem odwrócił się z powrotem do półek i śpiewał dalej na cały głos:

Idźcie do Campbellów domu, kot go żaden nie pilnuje, a kapusta jest zielona.

Tam napchajcie sobie brzuchy I nie obżerajcie mnie, a kysz, szczury, a kysz!

Brianna prychnęła z zachwytu.

- Ułożyłeś to na poczekaniu?

- Oczywiście. - Roger rzucił na stół kolejne pudło. - Dobra szczurza satyra musi być oryginalna. - Zerknął na ściśnięte szeregi kartonów. - Po takim występie nie uświadczysz szczura w promieniu kilku kilometrów.

- Świetnie. - Brianna wyciągnęła z kieszeni scyzoryk i przecięła taśmę, którą był zaklejony górny karton. - Powinieneś dać koncert w pensjonacie; mama mówi, że w łazience na pewno są myszy. Znalazła nadgryzione mydło.

- Bóg jeden wie, jaki wiersz trzeba ułożyć, żeby przepędzić myszy zdolne do jedzenia mydła; obawiam się, że to przekracza moje możliwości. - Przytoczył zniszczony taboret zza chybotliwego stosu starych encyklopedii i usiadł obok Brianny. - Proszę, weź rejestry parafialne. Trochę łatwiej je odczytać.

Pracowali cały ranek w atmosferze przyjaznego partnerstwa. Od czasu do czasu odkrywali interesujące fragmenty, ale nie znaleźli właściwie niczego, co wiązałoby się ze sprawą Claire.

- Lepiej zróbmy sobie przerwę na lunch - zaproponował w końcu Roger. Nie miał ochoty wracać do domu, do troskliwej Fiony, ale w brzuchu Brianny burczało prawie tak głośno jak w jego własnym.

- Dobrze. Możemy popracować po jedzeniu, jeśli nie jesteś zbyt zmęczony. - Brianna wstała i przeciągnęła się. Jej pięści prawie dotykały stropowych belek starego garażu. Wytarła ręce o dżinsy i zniknęła pomiędzy stosami pudeł. - Hej! - Zatrzymała się nagle w pobliżu drzwi. Idący za nią Roger omal nie uderzył nosem w tył jej głowy.

- Co się stało? Chyba nie trafiłaś na kolejnego szczura? - Z zadowoleniem patrzył na gruby warkocz połyskujący w słońcu miedzią i złotem. Z niewielką jasną aureolą kurzu i rzymskim profilem, uwydatnionym w południowym świetle, Brianna wyglądała jak średniowieczna święta, Nasza Pani Archiwalna.

- Nie. Spójrz na to, Rogerze! - Wskazała kartonowe pudło mniej więcej w środku stosu. Z boku widniała naklejka z napisem "Randall".

Roger poczuł ukłucie jednocześnie podniecenia i obawy. Brianna nie kryła radości.

- Może tu są rzeczy, których szukamy! - wykrzyknęła. - Mama powiedziała, że tą sprawą interesował się mój ojciec. Może już pytał o to wielebnego?

- Możliwe. - Roger stłumił nagły strach, wywołany widokiem nazwiska. Ukląkł, żeby wyciągnąć pudło. - Zanieśmy je do domu. Po lunchu zajrzymy do środka.

* * *

Gdy otworzyli pudło w gabinecie wielebnego, znaleźli dziwną kolekcję. Stare fotokopie stron z kilku rejestrów parafialnych, dwa czy trzy wykazy armii, sporo listów i poszarpanych papierków, niewielki, cienki notes w szarych, kartonowych okładkach, paczka pożółkłych zdjęć oraz sztywna teczka z napisem "Randall".

Brianna otworzyła teczkę.

- Przecież to drzewo genealogiczne taty! - zawołała z entuzjazmem. - Spójrz. - Podała Rogerowi dwa arkusze grubego pergaminu, z równo wyrysowanymi liniami pokrewieństwa. Pierwszą datą był rok tysiąc sześćset trzydziesty trzeci; ostatni napis, na dole drugiej strony, głosił:

Frank Wolverton Randall x Claire Elizabeth Beauchamp, tysiąc dziewięćset trzydzieści siedem.

- Wykres sporządzono przed twoim urodzeniem - mruknął Roger.

Brianna spoglądała mu przez ramię, gdy jego palec przesuwał się powoli wzdłuż linii drzewa genealogicznego.

- Podobne drzewo genealogiczne tatuś miał w swoim gabinecie. Pokazywał mi je cały czas. Ale dopisał mnie na dole; to pewnie jest wcześniejsza wersja.

- Może wielebny prowadził dla niego jakieś badania? - Roger oddał Briannie teczkę i podniósł jedną z kartek ze stosu na biurku. - To będzie twój rodzinny skarb - powiedział. Przesunął palcami po herbie u góry dokumentu. - List z rozkazem armii, podpisany przez Jego Wysokość króla Jerzego II.

- Jerzego II? Jezu, to nawet przed amerykańską wojną secesyjną.

- Znacznie wcześniej. To pismo pochodzi z tysiąc siedemset trzydziestego piątego roku. Do Jonathana Wolvertona Randalla. Słyszałaś o kimś takim?

Brianna skinęła głową. Kosmyki włosów opadały jej na twarz. Odgarnęła je niedbale i wzięła list.

- Tatuś mówił o nim od czasu do czasu; był to jeden z nielicznych przodków, o których sporo wiedział. Jonathan Randall to kapitan armii pod Culloden. - Podniosła wzrok na Rogera, zamrugała. - Sądzę, że zginął w bitwie. Ale chyba nie został tam pochowany?

Roger potrząsnął głową.

- Po bitwie Anglicy wywieźli większość swoich poległych, żeby zrobić im godziwy pogrzeb. Na pewno oficerów. Od dalszych obserwacji oderwało go nagłe pojawienie się w drzwiach Fiony. Dziewczyna niosła miotełkę do kurzu jak bitewny sztandar.

- Panie Wakefield - zawołała. - Przyjechał człowiek po samochód wielebnego. Pyta, czy pomoże mu pan uruchomić auto?

Roger spojrzał z poczuciem winy. Miał zawieźć akumulator do warsztatu, ale nie wyjął go nawet z tylnego siedzenia morrisa. Nic dziwnego, że wysłużony pojazd wielebnego nie chciał ruszyć.

- Muszę się tym zająć - powiedział Briannie. - Obawiam się, że to chwilę potrwa.

- W porządku. - Uśmiechnęła się, jej oczy się zwęziły. - Ja też powinnam już iść. Mama pewnie wróciła; miałyśmy jechać do Clava Cairns. Dziękuję za lunch.

- Cała przyjemność po mojej stronie... i Fiony. - Roger poczuł lekki żal, że nie może jej towarzyszyć, ale wzywały go obowiązki. Rzucił okiem na papiery rozłożone na biurku, po czym schował je z powrotem do pudełka. - Proszę - powiedział. - To zapiski dotyczące rodziny Randallów. Weź je. Niewątpliwie zainteresują twoją matkę.

- Naprawdę? Dziękuję, Rogerze. Jesteś pewien, że mogę to zabrać?

- Oczywiście. - Ostrożnie położył na samej górze teczkę z drzewem genealogicznym. - Zaczekaj. - Spod listu z rozkazem wystawał róg szarego notesu. Roger wyciągnął zeszycik i wyrównał papiery w pudełku. - To wygląda na dziennik wielebnego. Nie mam pojęcia, co tu robi, ale lepiej schowam go z innymi. Towarzystwo historyczne wyraziło chęć zabrania całości.

- Och, jasne. - Brianna przycisnęła pudełko do piersi i wstała, żeby odejść, ale zawahała się. Spojrzała na Rogera. - Czy... Czy chcesz, żebym wróciła?

Roger uśmiechnął się szeroko. Miała pajęczyny we włosach i ubrudzony nos.

- Niczego więcej nie pragnę - powiedział. - Zatem do jutra?

Myśl o dzienniku wielebnego nieodłącznie towarzyszyła Rogerowi, gdy oddawał się żmudnej pracy polegającej na uruchomieniu starego samochodu. Nie opuszczała go również wtedy, gdy przyjmował rzeczoznawcę mebli.

Specjalista oddzielał cenne antyki od rupieci. Ustalał wartość różnych przedmiotów należących do wielebnego, które miały zostać wystawione na aukcję.

Rozporządzanie rzeczami przybranego ojca wprawiło Rogera w melancholijny nastrój. Pozbywał się przecież nie tylko bezużytecznych przedmiotów, ale także pamiątek z młodości. Kiedy po kolacji usiadł w gabinecie, nie mógł już stwierdzić, czy do zabrania dziennika skłoniło go zainteresowanie rodziną Randallów, czy też kierował się koniecznością utrzymania więzi z człowiekiem, który przez wiele lat był jego ukochanym opiekunem.

Wielebny prowadził dzienniki bardzo starannie. Równymi, atramentowymi literami spisywał najważniejsze wydarzenia z życia parafii lokalnej i społeczności. Widok szarej okładki i zapisanych stronic natychmiast wywołał w Rogerze wizję wielebnego z łysą głową lśniącą w świetle lampy na biurku, rzetelnie rejestrującego wydarzenia dnia.

- Chodzi o dyscyplinę - wyjaśnił kiedyś Rogerowi. - Regularne robienie czegoś, co porządkuje myśli, przynosi ogromne korzyści. Katoliccy mnisi codziennie o tej samej porze odmawiają modlitwy. Obawiam się, że nie jestem zdolny do aż takiego poświęcenia, ale zapisywanie codziennych wydarzeń rozjaśnia mi umysł; wieczorem mogą się modlić ze spokojnym sercem.

Spokojne serce. Roger chciałby osiągnąć taki stan, lecz spokój był mu obcy od dnia znalezienia wycinków w biurku wielebnego.

Na chybił trafił otworzył notes. Powoli odwracał strony w poszukiwaniu nazwiska Randall. Na okładce widniała data "styczeń-czerwiec 1948". To, co powiedział Briannie o towarzystwie historycznym, nie było główną przyczyną zatrzymania dziennika. W maju tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku Claire Randall wróciła po swoim tajemniczym zniknięciu. Wielebny dobrze znał państwa Randallów; takie wydarzenie z pewnością było warte odnotowania.

I rzeczywiście - Roger znalazł zapiski z siódmego maja:

Wieczorem wizyta u Franka Randalla; sprawa jego żony. Ależ przygnębiające! Widziałem Claire wczoraj - taka delikatna, lecz o przenikliwych oczach - nie mogłem przy niej siedzieć, biedna kobieta. Mówiła od rzeczy.

Każdego by wytrąciło z równowagi to, co przeszła. Straszne plotki. Doktor Bartholomew beztrosko powiedział wszystkim, że Claire jest w ciąży. To takie trudne dla Franka - i oczywiście dla niej! Serce mi się kraje z powodu ich obojga.

Pani Graham jest chora - mogła wybrać lepszy moment; w przyszłym tygodniu wyprzedaż, ganek pełen starych ubrań...

Roger szybko przebiegł oczami strony. W końcu znalazł następną wzmiankę o Randallach, pod datą z tego samego tygodnia.

10 maja - Frank Randall na kolacji. Staram się często pokazywać publicznie z nim i jego żoną; w większość dni spędzam z Claire godzinę, w nadziei rozwiania części plotek. To godne pożałowania; rozeszła się wieść, że jest niespełna rozumu. Znając Claire Randall, nie jestem pewien, czy nie byłaby bardziej urażona, gdyby uważano ją za szaloną niż za niemoralną - czy jednak musi być albo jedno, albo drugie?

Wielokrotnie próbowałem rozmawiać z Claire o jej przejściach, ale ona milczy na ten temat. O wszystkim innym mówi bez zahamowań, jednak cały czas mam wrażenie, że myślami jest gdzie indziej.

Muszę zapisać, żeby w niedzielnym kazaniu powiedzieć o tym, jak złe są plotki - chociaż obawiam się, że zwracanie uwagi na ten fakt tylko pogorszy sprawę.

12 maja - Nie mogę się pozbyć uczucia, że Claire Randall nie jest obłąkana. Słyszałem plotki, oczywiście, ale nic w jej zachowaniu nie wskazuje na brak równowagi psychicznej.

Myślę, że ma jakiś straszliwy sekret, którego nikomu nie wyjawi. Rozmawiałem - ostrożnie - z Frankiem; jest małomówny, ale na pewno coś wie. Próbowałem wyjaśnić, że chcę im pomóc, i zrobię, co tylko w mojej mocy.

14 maja - Wizyta Franka Randalla. Bardzo dziwna. Prosił mnie o pomoc. Trzyma się w karbach, ale najwyraźniej coś go gryzie. Obawiam się wyładowania - jeśli nastąpi.

Claire czuje się dość dobrze, żeby podróżować - Frank chce ją w tym tygodniu zabrać do Londynu. Zapewniłem go, że wszystkie wiadomości prześlę mu listownie pod adres uniwersytetu. Ani słowa żonie.

Mam kilka interesujących wieści na temat Jonathana Randalla, chociaż nie rozumiem związku przodka Franka z tą przykrą sprawą. Co do Jamesa Frasera - jak już powiedziałem Frankowi - nic, całkowita tajemnica.

Całkowita tajemnica. I to pod wieloma względami, pomyślał Roger. O co poprosił wielebnego Frank Randall? Chyba o znalezienie informacji o Jonathanie Randallu i Jamesie Fraserze. Zatem Claire powiedziała mężowi o Jamesie Fraserze - przynajmniej część.

Ale co łączyło angielskiego kapitana, poległego pod Culloden w tysiąc siedemset czterdziestym szóstym roku, z człowiekiem, którego nazwisko nierozerwalnie wiązało się ze zniknięciem Claire w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku - i z dalszą tajemnicą pochodzenia Brianny?

Resztę dziennika wypełniały zwykłe różności z życia parafii. Chroniczny pijak Derick Gowan utopił się w rzece Ness. Jego zwłoki wyłowiono pod koniec maja. Maggie Brown i William Dundee wzięli pospieszny ślub miesiąc przed chrztem ich córki June. Pani Graham usunięto wyrostek. Wielebny otrzymał w tym czasie ogromne ilości jadła od szczodrych parafianek. Herbert, pies wielebnego, skorzystał chyba na tym najbardziej.

Czytając te strony, Roger uśmiechał się do siebie. Pamiętał żywe zainteresowanie wielebnego losami trzódki wiernych. Jeszcze długo przeglądał dziennik i omal nie przegapił ostatniego zapisku dotyczącego prośby Franka Randalla.

18 czerwca - Dostałem liścik od Randalla. Frank powiadamia mnie o ciężkim stanie żony; ciąża jest zagrożona, prosi o modlitwy.

Zapewniłem go, że będę się modlił. Przekazałem najlepsze życzenia dla niego i małżonki. Dołączyłem również informacje, które znalazłem. Nie wiem, czy mu się przydadzą, oceni to sam. Powiedziałem o zaskakującym odkryciu grobu Jonathana Randalla w St. Kilda. Zapytałem, czy życzy sobie, żebym sfotografował nagrobek.

I to wszystko. Nie było żadnych dalszych wzmianek o Randallach ani o Jamesie Fraserze. Roger odłożył notes i zaczął masować sobie skronie; czytanie pochyłego pisma przyprawiło go o lekki ból głowy.

Oprócz potwierdzenia podejrzeń, że w sprawę był wmieszany niejaki James Fraser, nic więcej nie zyskał. Na miłość boską, co miał z tym wspólnego Jonathan Randall? Dlaczego został pogrzebany w St. Kilda? W rozkazie armii podano miejsce urodzenia Jonathana Randalla - posiadłość w Sussex; jak więc mógł zostać pochowany na odległym, szkockim cmentarzu? Prawda, to nie aż tak daleko od Culloden, ale dlaczego nie przewieziono jego cia-ła do Sussex?

- Czy będzie pan jeszcze czegoś dziś potrzebował, panie Wakefield? - Z bezowocnych medytacji wyrwał go głos Fiony. Usiadł i zamrugał. Zobaczył dziewczynę z mopem i ściereczką do polerowania.

- Co? Eee, nie. Dziękuję, Fiono. Ale co ty wyprawiasz? Chyba nie zamierzasz sprzątać o tak późnej porze?

- Nie pamięta pan? Panie z kościoła chcą tu jutro zorganizować swoje comiesięczne zebranie - wyjaśniła Fiona. - Pomyślałam, że lepiej trochę posprzątam.

Panie z kościoła? Roger zadrżał na myśl o czterdziestu matronach, gruchających litościwie i wkraczających do dworku jak lawina tweedowych kostiumików-bliźniaków oraz hodowlanych pereł.

- Wypije pan z nimi herbatę? - zapytała Fiona. - Wielebny zawsze tak robił. Roger nie mógł myśleć spokojnie o zabawianiu Brianny Randall i pań z kościoła jednocześnie.

- Eee, nie - powiedział. - Jestem... Jestem jutro umówiony. - Jego dłoń opadła na telefon, zakopany w śmieciach na biurku wielebnego. - Wybacz, Fiono, muszę zadzwonić.

Brianna wróciła do sypialni, lekko uśmiechnięta. Spojrzałam znad książki i pytająco uniosłam brew.

- Dzwonił Roger? - zapytałam.

- Skąd wiesz? - Przez chwilę była oszołomiona, potem uśmiechnęła się szeroko i zdjęła szlafrok. - No tak, jest jedynym znanym mi facetem w Inverness.

- Nie sądzę, żeby któryś z twoich kolegów dzwonił tu z Bostonu - odparłam. Rzuciłam okiem na zegar na stole. - W każdym razie nie o tej porze. Teraz są na treningu piłkarskim. Brianna zignorowała moją uwagę i schowała stopy pod kołdrę.

- Roger zaprosił nas na jutro do wioski St. Kilda. Mówi, że jest tam ciekawy, stary kościół.

- Tak, słyszałam - powiedziałam, ziewając. - Dobrze, czemu nie? Wezmę pojemnik na rośliny i sekator. Może znajdę wykę. Obiecałam doktorowi Abernathy'emu. Potrzebna mu do badań. Ale jeśli cały jutrzejszy dzień mamy spędzić na łażeniu i czytaniu starych nagrobków, to ja idę spać. Grzebanie w przeszłości to żmudna praca.

Przez twarz Brianny przebiegł nagły skurcz. Myślałam, że córka coś powie, lecz ona tylko kiwnęła głową i wyciągnęła rękę, żeby zgasić światło. W kącikach jej ust wciąż igrał tajemniczy uśmiech.

Leżałam, patrząc w ciemność. Brianna przewracała się z boku na bok, ale wkrótce zapadła w sen. Słuchałam jej równomiernego oddechu. St. Kilda?

Nigdy tam nie byłam, ale wiedziałam o tym miejscu i o starym, opuszczonym kościele. Znajdował się z dala od turystycznego szlaku. Rzadko się zdarzało, aby do tego zabytku zawitał jakiś badacz. Dobra okazja.

Będę miała Rogera i Briannę. Samych. Nikt nam nie przeszkodzi. I może to odpowiednie miejsce, żeby im zdradzić tajemnicę - pośród starych grobów parafian z St. Kilda. Roger nie sprawdził jeszcze, co się stało z resztą ludzi z Lallybroch. Wydawało się jednak prawie pewne, że przynajmniej przeżyli bitwę pod Culloden. A w tej chwili tylko to mnie interesowało. Nadarzała się więc okazja, aby przedstawić Briannie zakończenie.

Na samą myśl o jutrzejszym spotkaniu poczułam, że mam suche wargi. Czy znajdę odpowiednie słowa? Próbowałam sobie wyobrazić, jak się to odbędzie: co im powiem i jak zareagują. Wyobraźnia jednak mnie zawiodła. Bardziej niż kiedykolwiek przedtem żałowałam danej Frankowi obietnicy, że nie napiszę do wielebnego Wakefielda. Gdybym to zrobiła, przynajmniej Roger już by wiedział. A może nie - przecież wielebny wcale nie musiałby mi uwierzyć.

Przewracałam się z boku na bok, zastanawiając się nad tym wszystkim. W końcu zmogło mnie zmęczenie. Położyłam się na plecach i zamknęłam oczy. Tak jakby myśli o wielebnym przywołały jego ducha, w mojej gasnącej świadomości zabrzmiał biblijny cytat. "Dosyć ma dzień swojej biedy", mruczał wielebny. Zasnęłam.

Obudziłam się w ciemności. Dłonie miałam zaciśnięte na kołdrze. Serce biło mi tak gwałtownie, że cała drżałam jak werbel.

- Jezu - westchnęłam.

Jedwabna koszula nocna przykleiła się do ciała; spojrzałam w dół. Rysujące się pod delikatną tkaniną sutki były twarde jak marmur. Wciąż wstrząsały mną dreszcze. Miałam nadzieję, że nie krzyczałam. Prawdopodobnie nie: z drugiego końca pokoju dobiegał równy oddech Brianny.

Opadłam na poduszkę. Cała się trzęsłam z osłabienia. Skronie zalał mi pot.

- Jezu Chryste - wymamrotałam. Wzięłam kilka głębokich oddechów, żeby uspokoić serce.

Jednym z efektów przerywanego snu jest to, że człowiek przestaje śnić spójnie. Przez długie lata wczesnego macierzyństwa, a potem stażu, praktyki lekarskiej i nocnych wezwań przyzwyczaiłam się do usypiania, kiedy tylko przyłożyłam głowę do poduszki; moje sny były zaledwie przebłyskami, iskierkami w ciemności.

Ostatnimi laty, gdy życie nieco mi się unormowało, znów zaczęłam śnić zwykłe sny - czasami koszmarne, czasami przyjemne. Długie sekwencje obrazów, przechadzka po lesie umysłu. Do snów erotycznych też byłam przyzwyczajona; stanowiły charakterystyczny element tak zwanych okresów deprywacji.

Zwykle jednak takie sny płynęły, miękkie jak satynowa pościel. Jeśli mnie budziły, to natychmiast zasypiałam ponownie, z gasnącym wspomnieniem, które trwało tylko do rana.

Ten sen był inny. Zapamiętałam z niego niewiele, tylko niejasne wrażenie dotyku dłoni. Chwyciły mnie gwałtownie. I głos, prawie krzyk, który odbijał się echem wraz z biciem słabnącego serca.

Położyłam rękę na piersi, nad nierówno bijącym sercem. Brianna kilka razy zachrapała, ale po chwili jej oddech wrócił do równego rytmu. Pamiętałam, jak dawno temu wsłuchiwałam się w ten spokojny, chrapliwy, miarowy odgłos rozbrzmiewający w ciemnym pokoju.

Teraz moje serce zwalniało pod dłonią i ciemnoróżowym jedwabiem koloru zarumienionych od snu, dziecięcych policzków.

Dzieci są miękkie. Wie o tym każdy, kto na nie spojrzy i zobaczy ich delikatną, różaną skórę, która aż się prosi, by ją dotknąć. Ale gdy żyjesz z dzieckiem i kochasz je mocno, czujesz, że miękkość sięga samego wnętrza. Okrągłe policzki są niczym budyń, a maleńkie rączki jak pulchne ciasteczka. Nawet gdy mocno je całujesz, wyrażając całą swoją miłość, twoje usta nie wyczuwają kości. Gdy przytulisz dziecko do siebie, odnosisz wrażenie, że się rozpływa, jakby w każdej chwili mogło z powrotem wniknąć do twojego ciała.

Ale od samego początku w każdym dziecku istnieje maleńki kawałek stali, który tworzy jądro osobowości.

W drugim roku kości twardnieją i dziecko stoi prosto. Czaszka jest szeroka i mocna jak hełm. "Osobowość" również dojrzewa. Patrząc na dziecko, prawie ją widzisz, twardą jak sęk.

Gdy dziecko ma sześć lat, uwypuklają się kości twarzy. Proces kondensacji trwa kilkanaście lat. A gdy osiąga szczyt, cała miękkość nastolatka kryje się już pod narosłą, jak macica perłowa, nową osobowością.

W następnych latach twardnienie promieniuje ze środka, aż ostateczny kształt osobowości znieruchomieje, delikatny i pełny szczegółów jak owad zatopiony w bursztynie.

Myślałam, że już dawno minęłam ten etap, że straciłam wszelkie ślady miękkości i jestem na dobrej drodze do wieku średniego z nierdzewnej stali. Ale teraz pomyślałam, że śmierć Franka spowodowała pęknięcie mojej skorupy. Co więcej, szczeliny się poszerzały. Przywiozłam do Szkocji córkę. Miała kości mocne jak górskie łańcuchy. Sądziłam, że pancerz Brianny jest dość twardy, żeby ochronić delikatne wnętrze, choć wciąż można było sięgnąć środka jej "jestem".

Zasnęłam i śniłam raz jeszcze w chłodnym, górskim powietrzu. Głos z mojego snu odbijał się echem w uszach i sercu, wraz z oddechem śpiącej Brianny.

- Jesteś moja - powiedział. - Moja! I nie pozwolę ci odejść!

5. Ukochana żona

Cmentarz w St. Kilda oświetlało słońce. Znajdował się na płaszczyźnie wyrzeźbionej w zboczu wzgórza za sprawą jakiegoś geologicznego kaprysu. Teren był falisty, więc nagrobki kryły się w niewielkich wgłębieniach albo wyrastały nagle ze wzniesień. Wypiętrzanie terenu poruszyło wiele z nich tak, że poprzechylały się jak pijane albo leżały jedne na drugich, połamane w wysokiej trawie.

Trochę zaniedbany teren - powiedział przepraszająco Roger. Zatrzymali się u bramy cmentarza. Patrzyli na niewielkie zbiorowisko starych grobów, ocienionych szeregiem ogromnych cisów, zasadzonych dawno temu jako osłona przed północnymi wichrami znad morza. Teraz daleko, aż za odległą cieśninę kłębiły się chmury, ale na wzgórze padały promienie słoneczne. Powietrze było nieruchome i ciepłe.

Mój ojciec raz czy dwa razy w roku zbierał grupę mężczyzn z parafii i przywoził ich tutaj, żeby sprzątali cmentarz. Sądzę jednak, że ostatnio nikt tu nie zaglądał. - Lekko pchnął skrzydło bramy. Zauważył, że zawias trzyma się na jednym gwoździu.

To urocze, ciche miejsce. - Brianna ostrożnie przeszła obok chybotliwych wrót. - Naprawdę stare.

- Tak. Tata sądził, że sam cmentarz powstał na miejscu dawnego kościoła albo nawet starszej świątyni; dlatego właśnie jest tak źle usytuowany. Jeden z kolegów wielebnego zawsze groził, że przyjedzie z Oksfordu i rozkopie to miejsce. Chciał sprawdzić, co się kryje pod spodem, ale oczywiście nie mógł zdobyć pozwolenia od władz Kościoła, chociaż cmentarz już od wielu lat nie jest miejscem świętym.

Spora wspinaczka. - Z twarzy Brianny ustępował rumieniec wysiłku. Wachlowała się przewodnikiem. - Ale warto. Jest tak pięknie! - Z uznaniem patrzyła na fasadę kościoła. Mieścił się w naturalnej skalnej wyrwie; kamienie i podpory postawiono ręcznie, szczeliny wypełniono torfem i błotem. Całość wyglądała jak naturalna część zbocza. Belkę nad bramą oraz okna zdobiły stare płaskorzeźby. Niektóre przedstawiały symbole chrześcijaństwa, inne były bez wątpienia starsze.

Czy jest tu grób Jonathana Randalla? - Machnęła ręką w kierunku cmentarza, widocznego za bramą. - Ależ mama się zdziwi!

Przypuszczam, że jest, choć sam go nie widziałem. - Miał nadzieję, że niespodzianka będzie przyjemna. Gdy podczas wczorajszej rozmowy telefonicznej wspomniał Briannie o nagrobku, wzbudził w niej wielki entuzjazm.

Wiem o Jonathanie Randallu - oznajmiła. - Tatuś zawsze go podziwiał. Mówił, że to jeden z nielicznych ciekawych ludzi w naszym drzewie genealogicznym. Kapitan Randall był chyba dobrym żołnierzem. Tatuś miał wiele jego odznaczeń.

- Naprawdę? - Roger spojrzał za siebie, aby poszukać Claire. - Czy nie powinniśmy pomóc twojej mamie? Brianna potrząsnęła głową.

- Nie. Znalazła przy ścieżce jakąś roślinkę i nie mogła się powstrzymać. Zaraz nas dogoni.

Miejsce było ciche. Nawet ptaki umilkły. Zbliżało się południe. Ciemne świerki okalające teren stały nieruchomo, ich gałęziami nie poruszał nawet najlżejszy wietrzyk. Tu i ówdzie leżały sztuczne kwiaty świadczące o nieukojonym jeszcze żalu. Cmentarz tchnął spokojem zmarłych przed wiekami. Uwolnieni od konfliktów i trosk, tylko przez fakt swego istnienia naznaczyli ludzką obecnością samotne wyżyny pustej ziemi.

Troje zwiedzających powoli przechadzało się po starym cmentarzu. Roger i Brianna zatrzymywali się czasem, czytali na głos zamazane napisy na zniszczonych nagrobkach. Claire przyklękała, żeby wykopać niewielką, kwitnącą roślinę lub obciąć jej część.

Roger pochylił się nad jednym z nagrobków i z szerokim uśmiechem poprosił Briannę o odczytanie napisu.

Podejdź, przechodniu, i kapelusz zdejmij, Bo Bailie William Watson tu leży Znany z przenikliwego umysłu I wstrzemięźliwości w piciu

Brianna wstała znad grobu, z twarzą zaróżowioną od śmiechu.

- Nie ma dat. Ciekawe, kiedy żył William Watson.

- Najprawdopodobniej w osiemnastym wieku - odparł Roger. - Siedemnastowieczne groby są na ogół zbyt zniszczone, żeby można było odczytać litery. Poza tym od dwustu lat nikogo tu nie pochowano: od tysiąc osiemsetnego roku cmentarz ten nie jest miejscem świętym. Chwilę później Brianna wydała zdławiony okrzyk.

- Jest! - Pomachała do Claire, która stała w odległym końcu i przyglądała się trzymanej w dłoni roślinie. - Mamo! Chodź tu i popatrz!

Claire również pomachała. Ostrożnie omijając groby, podeszła do płaskiego, kwadratowego nagrobka.

- Co się stało? - zapytała. - Znaleźliście jakiś ciekawy grób?

Tak sądzę. Poznaje pani nazwisko? - Roger odsunął się, żeby lepiej widziała.

Jezu Chryste! - Lekko oszołomiony Roger spojrzał na Claire. Bardzo zbladła. Patrzyła tępo na zmurszały nagrobek i nerwowo przełykała ślinę. Bezwiednie mięła w dłoni zerwaną roślinę.

- Doktor Randall... Claire... Nic ci nie jest?

Bursztynowe oczy patrzyły bez wyrazu. Wydawało się, że kobieta go nie słyszy. Nagle zamrugała i podniosła wzrok. Wciąż była blada, ale wyglądała lepiej; odzyskała panowanie nad sobą.

Wszystko w porządku - szepnęła bezbarwnym głosem. Ukucnęła i przesunęła palcami po kamiennych literach, jak gdyby czytała w alfabecie Braille'a. - Jonathan Wolverton Randall - powiedziała miękko. - Tysiąc siedemset pięć-tysiąc siedemset czterdzieści sześć. Mówiłam ci, prawda? Łajdaku, mówiłam ci! - W jej głosie, tak spokojnym chwilę przedtem, teraz brzmiała ostra nuta powstrzymywanej furii.

Mamo! Co się z tobą dzieje? - Zdenerwowana Brianna pociągnęła matkę za ramię.

Roger odniósł wrażenie, że oczy Claire zasnuł cień. Uczucie, które przed chwilą w nich lśniło, nagle znikło, a ona sama z przerażeniem uświadomiła sobie obecność dwojga ludzi. Zdobyła się na krótki, wymuszony uśmiech i skinęła głową.

Nic. Absolutnie nic. Brianna spojrzała na nią z niepokojem.

Czy to nie ten przodek taty? Żołnierz poległy pod Culloden? Claire raz jeszcze wbiła wzrok w nagrobek.

Tak, to on - potwierdziła. - I naprawdę nie żyje.

Roger i Brianna wymienili spojrzenia. Roger czuł się odpowiedzialny za całe zajście. Dotknął ramienia Claire.

- Dzień jest dość upalny - powiedział, siląc się na swobodę. - Wejdźmy do kościoła, żeby się trochę ochłodzić. Jest tam wiele interesujących inskrypcji wartych obejrzenia.

Claire uśmiechnęła się do niego. Tym razem był to prawdziwy uśmiech, trochę zmęczony, lecz całkowicie naturalny.

- Idźcie sami. - Kiwnęła do Brianny głową. - Ja jeszcze tu pobędę.

- Zostanę z tobą. - Brianna wahała się. Wyraźnie nie chciała zostawić matki samej.

- Wykluczone - ucięła stanowczo Claire. - Czuję się doskonale. Posiedzę chwilę w cieniu drzew. Idźcie. Wolałabym być sama - dodała zdecydowanie. Roger nie zdążył zaprotestować.

Odwróciła się i odeszła w kierunku rzędu ciemnych cisów, okalających cmentarz od zachodu. Roger wziął zdezorientowaną Briannę za łokieć i pociągnął w stronę kościoła.

- Lepiej nie przeszkadzajmy - mruknął. - W końcu jest lekarzem. Dobrze wie, czy nic jej nie jest.

- Tak... Tak sądzę. - Brianna ostatni raz spojrzała z niepokojem na oddalającą się sylwetkę Claire. Potem pozwoliła się poprowadzić do kościoła.

Kościół był pustym pomieszczeniem z drewnianą podłogą i potężną chrzcielnicą, która została tylko dlatego, że nie dało się jej wynieść. Płytkie wgłębienie wykuto w kamiennej półce, biegnącej po jednej stronie pomieszczenia. Nad chrzcielnicą znajdowała się wyrzeźbiona twarz świętej Kildy z pobożnie wzniesionymi oczami, pusto patrzącymi w sklepienie.

- Prawdopodobnie najpierw był tu pogański bożek - wyjaśnił Roger.

Przesunął palcem po rzeźbie. - Widać, w którym miejscu dodali welon, drapowany kaptur i... oczy.

- Wyglądają jak jajka sadzone - skomentowała Brianna. - Co to za znaki? Przypominają wzory na piktyjskich głazach w Clavie.

Przechadzali się wzdłuż ścian kościoła. Wdychali pełne kurzu powietrze, oglądali stare płaskorzeźby i czytali napisy na drewnianych plakietkach umieszczonych przez dawnych parafian na pamiątkę przodków. Rozmawiali półgłosem. Ciągle nasłuchiwali, czy nic nie dzieje się na cmentarzu. Dookoła panowała cisza, więc zaczęli się odprężać.

Roger szedł za Brianną ku frontowej ścianie kościoła. Patrzył, jak kręcone kosmyki, które wymknęły się z warkocza, wiją się na szyi dziewczyny.

W przedniej części zabytkowej budowli została tylko półka z litego drewna. Osłaniała dziurę, w której kiedyś stał ołtarz. Roger poczuł nagły dreszcz, gdy stanął obok Brianny, żeby spojrzeć na to miejsce.

Miał nadzieję, że Brianna tego nie dostrzegła. Znali się zaledwie od tygodnia i właściwie prawie ze sobą nie rozmawiali. Zapewne by się przeraziła, gdyby się dowiedziała, co on czuje. Albo, co gorsza, mogłaby się roześmiać.

Ale gdy rzucił na nią okiem, zobaczył spokojną i poważną twarz. Brianna patrzyła na niego ciemnoniebieskimi oczami. Nie myśląc, co robi, odwrócił się, żeby ją objąć.

Pocałunek był krótki i delikatny, prawie jak formalność, która pieczętuje ślub, lecz tak wymowny, jakby w tej chwili się zaręczyli.

Roger puścił dziewczynę, ale jej ciepło pozostało: w dłoniach, ustach i ciele. Czuł, jakby wciąż trzymał ją w ramionach. Stali przez chwilę, blisko siebie, oddychając swoim oddechem. Brianna się cofnęła.

Nagle ciszę przeszył przeraźliwy krzyk. Wielokrotnie odbił się echem i wzniecił chmury kurzu. Roger bez zastanowienia wybiegł na zewnątrz. Potykając się o zwalone groby, pędził w stronę rzędu cisów. Odginał zawadzające gałęzie. Nawet ich nie przytrzymywał przed Brianną, która biegła tuż za nim.

W cieniu drzew zobaczył kredowobladą twarz Claire Randall. Na tle ciemnych gałęzi cisu kobieta wyglądała jak duch. Stała chwiejnie, potem opadła na kolana, jakby nogi nie mogły jej już utrzymać.

- Mamo! - Brianna uklękła przy skulonej postaci i zaczęła rozcierać jedną z bezwładnych dłoni. - Mamo, co ci jest? Zemdlałaś? Opuść głowę między kolana. Może się położysz?

Claire oparła się zabiegom córki. Z trudem podniosła głowę.

Nie chcę się kłaść - wykrztusiła. - Chcę... o, Boże. Święty Boże. - Sięgnęła drżącą ręką w stronę nagrobka. Był prosty, granitowy.

Doktor Randall! Claire? - Roger przyklęknął po drugiej stronie. Wsunął dłoń Claire pod swoje ramię, żeby podtrzymać nieszczęsną kobietę. Był bardzo zaniepokojony. Na jej skronie wystąpił pot. Wyglądała tak, jakby za moment miała zemdleć. - Claire - powtórzył z mocą. Próbował wyrwać ją z transu. - Co się stało? Znałaś kogoś o tym nazwisku? - Gdy to mówił, w uszach zadźwięczały mu jego własne słowa: "Nikogo nie pochowano tu od osiemnastego wieku", powiedział niedawno Briannie. "Nikt nie został pochowany na tym cmentarzu od dwustu lat".

Claire odsunęła jego rękę i dotknęła kamienia. Głaskała granit jak ludzkie ciało. Długie palce delikatnie przesuwały się po literach, płytkich, lecz wyraźnych.

- James Aleksander Malcolm MacKenzie-Fraser - przeczytała głośno. - Tak, znałam. - Odgarnęła bujną trawę przy nagrobku, zasłaniającą linię mniejszych liter. - Ukochany mąż Claire - przeczytała. - Znałam - powtórzyła tak cicho, że Roger prawie jej nie słyszał. - Ja jestem Claire. On był moim mężem. - Podniosła wzrok na pobladłą córkę. - I twoim ojcem - dodała.

Roger i Brianna patrzyli na nią w osłupieniu. Na cmentarzu panowała cisza. Tylko cisy szeleściły lekko.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.