Uwięziona w Bluszczu - J. Lerman

Reflow text when sidebars are open.
Bluszcz: odporna roślina pnąca o zimozielonych liściach i małych okrągłych owocach, która może działać na budynki destrukcyjnie, ale także i chronić je przed szkodliwym wpływem pogody.
Została Pani przyjęta...
Wpatruję się w list i nie wierzę własnym oczom. Słowa "Akademia pod Bluszczem" połyskują złoto na górze strony.
...na kierunek Aktorstwo Kreatywne w Akademii pod Bluszczem w Londynie.
Kubek z herbatą drży w mojej ręce; czuję na twarzy szeroki, głupawy uśmiech.
Nie mogę w to uwierzyć. Po prostu nie mogę. Tysiące młodych aktorów było tam w tym roku na przesłuchaniach. Ani przez chwilę nie przypuszczałam, że się dostanę.
Znowu patrzę na list, nie do końca przekonana, że jest realny, i wracam myślami do dnia przesłuchań.
Był to wyjątkowo gorący poranek, a w londyńskim metrze roiło się od spoconych ludzi z butelkami wody i puszkami gazowanych napojów.
Przedtem byłam w Londynie tylko raz, żeby pomóc mojej najlepszej przyjaciółce, Jen, znaleźć buty na ślub, ale wtedy nie zapuściłyśmy się poza Oxford Street.
Nigdy wcześniej nie doświadczyłam paniki, agresji i gorączki letnich godzin szczytu i teraz czułam się jak szmaciana lalka, ciskana na wszystkie strony.
Zgubiłam się, szukając akademii, a większość przechodniów, których prosiłam o pomoc, była zbyt zajęta, żeby się zatrzymać.
W końcu jakiś mężczyzna z białą brodą, połykający zgłoski, zaoferował, że pokaże mi drogę. Zeszliśmy z głównej ulicy, mijając kilka ładnych miejskich domów, i dotarliśmy do kilku akrów zieleni, otoczonych przez świerki i czarne ogrodzenie.
W głębi dostrzegłam zabudowania z czerwonej cegły, naprawdę obrośnięte przez bluszcz, srebrzysty i zielony. Wokół budynków nie było już nic poza trawą i lasami.
- Uwielbiam bluszcz - powiedziałam do mężczyzny. - To jedna z moich ulubionych roślin.
- Ciesz się nim, póki czas - odparł. - Akademia należy do jednego aktora z Hollywood. Zrówna go z ziemią i zamieni wszystko na szkło i beton. To tylko kwestia czasu.
- Mówi pan o Marcu Blackwellu? - spytałam.
Mężczyzna kiwnął głową.
- Nic dobrego o nim nie słyszałem. Zdaje się, że jest wyjątkowo arogancki. To zimny człowiek.
- Też tak słyszałam - mruknęłam. - Ale chyba ma powody, żeby być arogancki. Jest niewiele starszy ode mnie, a tak wiele już osiągnął. Zdobył dwa Oscary, założył tę szkołę.
Mężczyzna spojrzał na mnie, zastanawiając się pewnie, jaki interes w tej uczelni może mieć osoba w spłowiałym podkoszulku i dżinsach.
- Staram się o przyjęcie - wyjaśniłam. - Nie dostanę się. Nawet za milion lat. Przyjechałam tylko dlatego, że mój nauczyciel uniwersytecki powiedział, że przesłuchanie będzie ważnym doświadczeniem. Poza tym miło zobaczyć to miejsce. Jest piękne. Tyle tu drzew. Można się wśród nich zgubić.
Ceglane, pokryte bluszczem budynki przycupnęły blisko siebie, jakby chciały się ogrzać jeden od drugiego. Wyglądały jak dzieci, które zgubiły się w lesie.
- Cóż, życzę powodzenia. - Mężczyzna odszedł, a ja patrzyłam w zachwycie na zabudowania. Wszystkie miały wieżyczki, balkoniki i łukowate okna, jak jakiś baśniowy zamek. Pałac księżniczki. Ale drzewa podobały mi się bardziej niż budynki. Odrobina dzikiej natury w sercu Londynu.
Gapiłam się na nie dłuższą chwilę, a potem pchnęłam bramę z kutego żelaza i ruszyłam przed siebie. Czułam się taka mała i zwyczajna w tym wspaniałym otoczeniu, ale nie byłam zdenerwowana. Nie miałam nic do stracenia, a mogłam zyskać doświadczenie. Nie miałam pojęcia, że na przesłuchaniu spotkam Marca Blackwella we własnej osobie.
Udało mi się jakoś odnaleźć salę przesłuchań w labiryncie krętych korytarzy i ceglanych łuków.
Kiedy weszłam do sali, zobaczyłam dwie osoby siedzące za długim stołem.
Rozpoznałam kobietę po lewej stronie; była to Denise Crompton, aktorka sławna ze swoich ról w musicalach. Uśmiechnęła się do mnie i wokół jej oczu pojawiły się zmarszczki.
A kiedy zobaczyłam, kto siedzi obok niej, omal się nie przewróciłam. Miałam przed sobą samego Marca Blackwella. Oczywiście widziałam go w wielu filmach. Ale po raz pierwszy widziałam kogoś tak sławnego w rzeczywistości.
Miał jasnobrązowe włosy, które wydawały się bardziej miękkie niż na filmach, ale jego niebieskie oczy patrzyły spod gęstych, ciemnych brwi równie przenikliwie jak z ekranu. Był ubrany w czarny podkoszulek i pamiętam, jak szczupło wyglądał. Czytałam gdzieś, że w ostatnim filmie grał narkomana, więc pewnie musiał stracić na wadze do tej roli.
Policzki, i tak dość szczupłe, były trochę zapadnięte, pod oczami miał szare cienie. Jego skóra wydawała się bardzo biała, jak zwykle. Był przystojny w ten chłodny, surowy sposób, dzięki któremu tak świetnie pasował do tych wszystkich ambitnych filmów, za które dostawał nagrody. Ta szczupłość sprawiała, że wyglądał jakoś bardziej elegancko, a także trochę niebezpiecznie.
Miał na sobie czarną koszulę, która - mimo upału - była świeża i świetnie leżała na jego smukłej sylwetce.
Stałam tam jak idiotka i bez końca się na niego gapiłam. Na żywo był hipnotyzujący. Po prostu hipnotyzujący. Uświadomiłam sobie nagle, że patrzę na jego usta, bardzo czerwone i jakby lekko uśmiechnięte.
Mimo że był taki przystojny, jego niebieskie oczy wydawały się twarde i zdawały się mówić, że nie ma czasu na bzdury, a ja na razie nie zrobiłam na nim wrażenia.
Denise znowu się do mnie uśmiechnęła, ale twarz Marca pozostała poważna. Nie tracił czasu na uprzejmości.
- To jest Denise Crompton - powiedział, wskazując kobietę po swojej lewej stronie. Miał głęboki głos, każde słowo brzmiało bardzo wyraźnie i czysto. Mówił z lekkim angielskim akcentem, co mnie zaskoczyło, bo czytałam, że dorastał w Los Angeles. - Uczy śpiewu, muzyki i tańca. - Złączył szczupłe palce. - A kim ja jestem, oczywiście wiesz. Jestem właścicielem tej akademii i trzy razy w tygodniu tu wykładam. A ty jesteś...?
- Sopfia Rose - przedstawiłam się, czując, jak ściska mnie w gardle. Choćbym nie wiem jak się starała, nie byłam w stanie oderwać wzroku od jego oczu. Były jak świeca migocząca w ciemnym pokoju. Na nic innego nie mogłam patrzeć. Odpowiedział mi spojrzeniem, pochylając się do przodu i opierając na łokciach.
- Cóż, panno Rose - zaczął z lekkim uśmiechem. - Miło, że ubrała się pani dla nas tak elegancko.
Spojrzałam w dół, na swój biały podkoszulek i dżinsy.
- Mój wykładowca z uniwersytetu twierdzi, że na przesłuchania lepiej chodzić na luzie - odparłam. - W przeciwnym razie można sprawiać wrażenie, że za bardzo się staramy.
Marc uniósł jedną brew.
- Tak powiedział?
- Powiedziała.
Uśmiech sięgnął już jego oczu.
- Pani mnie poprawia, panno Rose?
- Ja...
- Zobaczmy, co pani potrafi. Kogo pani zagra?
- Lady Makbet.
- Och. - Marc odchylił się na oparcie krzesła i postukał granatowym długopisem o notatnik. - Zła kobieta z Szekspira.
- Nie. - Poczułam, że się prostuję. - Ona nie jest zła.
- Znowu mnie pani poprawia?
- Ale ona naprawdę nie jest zła - powtórzyłam z uporem. - Nie wierzę, że ktokolwiek może być całkiem zły. Nawet złe postacie mają w sobie światło. Tylko trzeba tego poszukać. Jeśli nie widzę w postaci dobra, nie mogę jej zagrać.
Spojrzenie Marca było tak intensywne, że naprawdę miałam wrażenie, że zaraz się pod nim przewrócę. Patrzyliśmy na siebie przez długą chwilę. Potem Marc rozparł się na krześle i obrócił w szczupłych palcach długopis.
- Cóż, panno Rose. Jak już mówiłem, zobaczymy, co pani potrafi. Gotowa?
- Tak. - Głupio kiwnęłam głową, strzepnęłam palce i wzięłam głęboki oddech.
Zagrałam scenę, w której Lady Makbet ma krew na rękach. Czytałam ze skryptu, który sama zmieniłam, i włożyłam w tę scenę całą swoją pasję i namiętność. Czułam mrok i światło tej kobiety, jej żądzę władzy, ale też jej wyrzuty sumienia i obłęd.
Nie patrzyłam na Marca, ale chwilami kątem oka dostrzegałam jego uniesione brwi albo dołeczek w jego policzku.
Kiedy skończyłam, Denise spontanicznie zaczęła klaskać. Marc patrzył na mnie z kamienną twarzą, a ja pomyślałam, że najwyraźniej musiałabym zaprezentować znacznie więcej, by zrobić wrażenie na zdobywcy dwóch Oscarów.
Potknęłam się w drodze do drzwi.
- Dziękuję, że poświęcili mi państwo swój czas.
- Panno Rose - warknął Marc.
Moja dłoń zadrżała na klamce.
- Światło i mrok, w to pani wierzy, tak? Dobro w każdym człowieku?
- Tak.
Ścisnął długopis z taką siłą, że aż zbielały mu kostki. Zauważyłam, że zacisnął też zęby, i zaczęłam się zastanawiać, czy go zdenerwowałam. Potem położył długopis na notatniku.
- Dziękuję za odegranie tej sceny. Bardzo mi się podobało.
Myślę o tym słowach, wpatrując się w list informujący mnie o przyjęciu do akademii. Bardzo mu się podobało. Chyba naprawdę tak myślał.
Biorę komórkę i dzwonię do Jen. W ogrodzie taty świeci słońce; zasłaniam ekranik ręką i wciskam ostatni klawisz. Jen to moja najlepsza przyjaciółka - zawsze jest pierwsza wśród najczęściej wybieranych numerów.
- Jen. Tu Soph.
- Co się stało? Wszystko w porządku? Masz dziwny głos - gdzie jesteś?
Śmieję się. Jen tak dobrze mnie zna.
- Wszystko w porządku. Nic złego się nie dzieje. Przynajmniej na razie. Tylko jestem u taty i zrobiłam sobie właśnie przerwę w sprzątaniu.
- Każdy weekend spędzasz na sprzątaniu ich domu...
- Wiem, Jen, ale oni potrzebują mojej pomocy. - Odkąd nowa dziewczyna taty, Genoveva, urodziła mu dziecko, w ich domu ciągle panuje chaos. Mieszkałam tam, zanim zaczęłam studia, ale teraz bywam u nich tylko w weekendy.
Biorę głęboki oddech.
- Ale... przyjęli mnie na studia podyplomowe. Dobre. W akademii w Londynie.
- Przyjęli cię? Do akademii? Myślałam, że skończyłaś już studia i tak dalej.
- To studia podyplomowe. W naprawdę bardzo dobrej akademii.
- W której?
- W Akademii pod Bluszczem. W Londynie.
- O. Mój. Boże. Nabijasz się ze mnie! - wrzeszczy Jen do telefonu. - Do akademii Marca Blackwella? Musisz się ze mnie nabijać. Mówiłaś, że były tysiące kandydatów. Tysiące! Mówiłaś, że nigdy się tam nie dostaniesz. Mówiłaś, że Marcowi nie spodobało się twoje przesłuchanie.
- Wiem. Ale chyba jednak mu się spodobało.
- Nie mogę w to uwierzyć, Soph. Mówiłam, że jesteś dobra. No, nie mówiłam?
- Dzięki, Jen.
- Marc Blackwell - piszczy Jen. - On cię będzie uczył! Będziesz mieszkała w jego akademii!
Zasłaniam usta ręką, żeby stłumić nerwowy śmiech.
- Obłęd, no nie? Rozumiesz, sama nie mogę w to uwierzyć.
- Zaczekaj.
Słyszę szelest papieru.
- Mam tu magazyn "Heat" - mówi Jen. - W tym numerze jest o nim artykuł... o, mam. Coś, że daje pieniądze, żeby ocalić jakiś stary, rozlatujący się kościół w Londynie. Jest też jego zdjęcie. Prawdziwe ciacho. Chociaż to raczej nie typ wykładowcy akademickiego. No, bo ile on ma lat - dwadzieścia siedem?
- Marc Blackwell grał od dziecka - mówię. - Ma na koncie więcej filmów niż większość czterdziestolatków.
- O Boże, Soph, on jest taki seksowny. Te oczy... to ciało... jest w nim coś dzikiego. Może to przez te wszystkie mocne filmy o sztukach walki, w których gra. I on będzie cię uczył! Rozmawiał z tobą!
- Jeśli przyjmę to miejsce - mówię. - Już go spotkałam, pamiętasz? Jest taki zimny. Niezbyt miły i wspierający. Może to nie są studia dla mnie.
- Mówiłaś już tacie?
Przygryzam paznokieć.
- Nie. No cóż, na razie nie ma o czym mówić, prawda? Nie zdecydowałam jeszcze, czy przyjmę to miejsce, czy nie.
- Żartujesz sobie ze mnie? Dość tego. - Połączenie zostaje przerwane. Wiem, co to znaczy. Jen już do mnie jedzie swoim nowym mini.
Jen i ja przyjaźnimy się od szkoły podstawowej, ale pochodzimy z zupełnie różnych światów. Jej tata pracuje w kancelarii prawnej, a mama zajmuje się domem, pierze, prasuje i w ogóle dba o to, żeby Jen i jej tata dobrze się prezentowali.
Mój świat jest bardziej chaotyczny. Kiedy miałam siedem lat, umarła moja mama i wychowywał mnie tata. Jest fantastyczny, ale pracuje w różnych godzinach, bo jest kierowcą taksówki, więc czasami całymi dniami go nie widuję. Starałam się dbać o dom najlepiej, jak umiałam, kiedy mieszkaliśmy razem, ale tata należy do osób, które samym spojrzeniem potrafią zrobić bałagan, więc zawsze było to trudne. W szkole często pojawiałam się w zmiętej spódniczce albo bluzce z przykrótkimi rękawami.
Kilka lat temu tata poznał Genovevę - kobietę, którą Jen nazywa moją złą macochą. Ja nie widzę jej w ten sposób. Ona nie jest zła, po prostu nie chce się dzielić moim ojcem z nikim i nie chce, żeby cokolwiek przypominało jej, że miał inne życie, zanim ją poznał.
Kiedy się spotkali, Genoveva wprowadziła się do naszego domku. Przez jakiś czas było w porządku, ale potem Genoveva zaszła w ciążę, a ja zaproponowałam, że przeniosę się do przybudówki, żeby mieli więcej miejsca. Dostałam się na uniwersytet w Szkocji, ale było oczywiste, że potrzebują mojej pomocy, więc wybrałam uczelnię w mieście obok.
W przybudówce warunki są dość spartańskie, ale jestem pod ręką i zawsze mogę im pomóc, a na czas studiów tata pozwolił mi mieszkać tam za darmo.
Patrzę na jego domek. Wiem, co powie tata, kiedy opowiem mu o Akademii pod Bluszczem: Podążaj za swoim sercem, za swoimi marzeniami. Ale wiem też, że jemu i Genovevie będzie ciężko bez mojej pomocy.
Słyszę pisk hamulców na zewnątrz i chrzęst żwiru, więc wiem, że mini Jen właśnie wjechał na podjazd. Chwytam list z akademii i wybiegam przed dom, machając do niej ręką.
Koniec wersji demonstracyjnej.