Uwięzieni w raju - Mitchell Zuckoff

Reflow text when sidebars are open.
Pod koniec II wojny światowej amerykański samolot wojskowy lecący nad Nową Gwineą rozbił się w dziewiczym rejonie zamieszkanym przez prehistoryczne plemię.
Przez wiele tygodni prasa prześcigała się w opowieściach o przetrwaniu, o stratach, o teoriach antropologicznych, odkryciu, bohaterstwie, przyjaźni i niemal nieprawdopodobnej akcji ratunkowej. Pisano o pięknej, upartej pani kapral i wielkim, zawziętym spadochroniarzu rzuconych między ludzi, którzy noszą kości w przekłutych nozdrzach i jak wieść niesie, są łowcami głów i kanibalami. O dzielnym poruczniku opłakującym śmierć brata bliźniaka, o kostycznym sierżancie ciężko rannym w głowę i o grupie amerykańskich żołnierzy z Filipin, zdecydowanych stanąć oko w oko z chmarą krajowców. Do autentycznych postaci dopisano jeszcze filmowca z Hollywood ściganego za kradzież biżuterii; mądralę pilota, latającego najlepiej wtedy, kiedy wysiadają silniki, i pułkownika o duszy kowboja, autora planu ratunkowego, który dość skutecznie zwiększyłby liczbę ofiar.
O katastrofie i jej skutkach donosiły tytuły z pierwszych stron. Zdyszani reporterzy radiowi informowali o każdym szczególe działań prowadzących do zdumiewającego zakończenia.
Jednak świat stał wtedy u progu ery atomowej i opowieść o życiu i śmierci w epoce kamiennej rychło zeszła na drugi plan. Z czasem poszła w niepamięć.
Na tekst o rozbiciu samolotu trafiłem przypadkiem przed laty, kiedy szukałem w archiwach prasowych czegoś zupełnie innego. Odłożyłem go wtedy na bok, ale nie dawał mi spokoju. Zacząłem zbierać pojedyncze niteczki, strzępy informacji w nadziei, że kiedyś złożą się w całość.
Relacje prasowe i oficjalne dokumenty opowiadają o przeszłości, ale nie można z nimi rozmawiać. Marzyło mi się spotkanie z kimś, kto tam był, kto mógłby osobiście opisać mi ludzi, miejsca i wypadki. Ponad sześćdziesiąt lat po katastrofie dotarłem do jedynego żyjącego jeszcze amerykańskiego uczestnika tamtych wydarzeń. Mieszkał sobie spokojnie w Oregonie nad oceanem; miał żywe wspomnienia i opowiedział mi fantastyczną historię.
Po tej rozmowie przyszły inne; kolejne wątki splatały się w coraz gęstszą tkaninę. Wśród najcenniejszych odkryć był dziennik pisany przez kilka tygodni, od chwili katastrofy do dnia uratowania, i prawdziwy skarb - zdjęcia. Trafiły mi też do rąk trzy prywatne albumy z wycinkami prasowymi i pudła pełne odtajnionych dokumentów wojskowych, oświadczeń, map, akt osobowych, biuletynów, listów i książek korespondencji radiostacji naziemnych. Krewni kilkunastu innych bohaterów tej historii dostarczyli mi kolejne dokumenty, zdjęcia, listy i szczegóły. Jeden z tropów naprowadził mnie na zupełnie wyjątkowe znalezisko - kilka tysięcy metrów taśmy z dokumentacją filmową.
Później wybrałem się na Nową Gwineę, chciałem zobaczyć, co dzieje się dziś na miejscu katastrofy; chciałem znaleźć starych ludzi, będących w dzieciństwie świadkami tamtych wydarzeń, wejść na szczyt góry, gdzie wciąż jeszcze leżą szczątki samolotu i tych, którzy tam zginęli.
Kiedy piszę te słowa, mam przed sobą na biurku kawałek metalu z samolotu, stopiony w kształt przypominający nieco zdeformowaną postać ludzką - namacalny dowód na to, że cała ta nieprawdopodobna opowieść jest prawdziwa w każdym calu.
Mitchell Zuckoff
W deszczowy majowy dzień 1945 r. doręczyciel Western Union krążył po spokojnym miasteczku Owego w północnej części stanu Nowy Jork. W pobliżu centrum skręcił w McMaster Street zabudowaną skromnymi, zadbanymi domami ocienionymi rzędem rosłych wiązów. Zwolnił i zatrzymał się przy zielonym domu w wiejskim stylu, z niewielkim gankiem i pustymi skrzynkami na kwiaty. Musiał teraz przygotować się do najtrudniejszego obowiązku, jaki mu przypadał w pracy - doręczenia telegramu z Departamentu Wojny.
We frontowym oknie dumnie wisiała mała biała chorągiewka z czerwonym obramieniem i błękitną gwiazdą w środku. Widywało się je w całym mieście; wieszano je na cześć tych, którzy poszli na wojnę - chłopców, a w paru przypadkach dziewcząt. Druga wojna światowa trwała już czwarty rok [dla Amerykanów wojna rozpoczęła się 7 grudnia 1941 r., po japońskim ataku na Pearl Harbor - przyp. tłum.], więc tu i ówdzie zamiast biało-niebieskich chorągiewek pojawiały się inne, ze złotymi gwiazdami, oznaczającymi śmierć w imię wielkiej sprawy i już na zawsze puste miejsce przy rodzinnym stole.
W domu z błękitną gwiazdą, przed którym stał teraz człowiek z Western Union, mieszkał sześćdziesięcioośmioletni wdowiec Patrick Hastings. W okularach w drucianej oprawie, ze starannie ostrzyżoną siwą głową i poważnym wyrazem twarzy uderzająco przypominał nowego prezydenta Harry'ego S. Trumana, który zaledwie miesiąc wcześniej, po śmierci Franklina Delano Roosevelta objął swój urząd.
Patrick Hastings, syn irlandzkich imigrantów, wychował się na farmie w sąsiedniej Pensylwanii. Po długim narzeczeństwie ożenił się z ukochaną Julią Hickey, nauczycielką. Przenieśli się do Owego, szukając pracy i miejsca na założenie rodziny. Mijały lata, Patrick stopniowo awansował w dziale technicznym lokalnej fabryki należącej do Endicott-Johnson Shoe Company, która masowo produkowała żołnierskie buty i eleganckie obuwie do galowych oficerskich mundurów. Razem z Julią wychowywali trzy bystre, żywe córki.
Teraz jednak Patrick mieszkał sam. Trzy lata wcześniej serce Julii nie wytrzymało silnej infekcji. Puste skrzynki na kwiaty przed domem były wyraźnym znakiem, że gospodyni już nie ma1.
Dwie młodsze córki, Catherine i Rita, wyprowadziły się po wyjściu za mąż. W ich domach też wisiały chorągiewki z błękitną gwiazdą, na cześć mężów w wojsku. Ale chorągiewkę w swoim oknie Patrick umieścił nie dla zięciów, tylko dla najstarszej, upartej córki, kapral Margaret Hastings z Women's Army Corps, w skrócie WAC.
Rok i cztery miesiące wcześniej, w styczniu 1944 r. Margaret Hastings weszła do biura rekrutacyjnego w pobliskim Binghamton2. Złożyła podpis i znalazła się w gronie pierwszych kobiet służących w amerykańskim wojsku. Kierowano je do stref działań wojennych na całym świecie, głównie do prac urzędniczych w bazach położonych daleko od linii frontu. Ojciec niepokoił się jednak, bo Margaret znalazła się na obcej i dalekiej ziemi - na Nowej Gwinei, dziewiczej wyspie na północ od Australii. Trafiła do amerykańskiej bazy wojskowej w zachodniej części wyspy, w Holenderskiej Nowej Gwinei.
Kapral Margaret Hastings z Women's Army Corps, zdjęcie z 1945 r. (za zgodą C. Earla Waltera juniora).
W połowie 1945 r. z wojska nadchodziły złe wiadomości, a posłańcy, którzy je roznosili, mieli pełne ręce roboty - liczba poległych Amerykanów zbliżała się do 300 tysięcy. Prócz tego 100 tysięcy zmarło z innych powodów, nie bezpośrednio w walce. Ponad 600 tysięcy odniosło rany3. W domach z błękitnymi gwiazdami wizja doręczyciela z Western Union pod drzwiami budziła przerażenie.
Tego dnia nieszczęście zawitało do wielu rodzin. Kiedy doręczyciel z Western Union sięgał do dzwonka przy drzwiach Patricka Hastingsa, jego koledzy z niemal identycznie brzmiącymi telegramami byli w drodze do dwudziestu trzech innych domów, z których ktoś pełnił służbę w Holenderskiej Nowej Gwinei. Rozjechali się po całym kraju, docierali do wiejskich osiedli, jak Shippenville w Pensylwanii, Trenton w Missouri czy Kelso w stanie Waszyngtona, a także do wielkich miast - Nowego Jorku, Filadelfii i Los Angeles4.
Każda informacja wyrażała współczucie ujęte w formę lakonicznego wojskowego komunikatu. Każdą podpisał generał James A. Ulio, szef administracji Armii. Patrick Hastings wziął w stwardniałe dłonie kremowy telegram.
W imieniu sekretarza wojny wyrażam głęboki żal, że córka pana, kapral Hastings, Margaret J., zaginęła na Holenderskiej Nowej Gwinei, trzynastego maja '45. W przypadku uzyskania szczegółowych lub innych informacji niezwłocznie pana o tym powiadomimy. Oficjalne zaświadczenie zostanie dostarczone osobno5.
Reporterowi z miejscowej gazety, która dowiedziała się o telegramie, Patrick opowiedział o ostatnim liście, jaki przyszedł od Margaret6. Opisywała w nim wycieczkowy lot nad wybrzeżem Nowej Gwinei i cieszyła się, że niedługo poleci jeszcze raz. Sens słów Patricka był oczywisty: obawiał się, że córka zginęła w katastrofie lotniczej. Ale tekst w gazecie zręcznie ominął wątek tego strachu, w zamian oferując mglisty optymizm. "Na podstawie treści otrzymanego wczoraj telegramu rodzina przypuszcza, że [Margaret] może odbywać kolejny lot i sprawa wyjaśni się później".
Kiedy Patrick Hastings telefonował do młodszych córek, nie osładzał wiadomości ani nie podtrzymywał złudnych nadziei co do losu ich siostry. W zwięzłości przewyższył nawet wojsko i sprowadził depeszę do dwóch słów: "Margaret zaginęła"7.
Jedenaście dni wcześniej Margaret obudziła się jak zwykle przed świtem. Wilgotny tropikalny upał już dawał się odczuć w ciasnym namiocie, który dzieliła z pięcioma koleżankami. Ubierała się, tak jak one, w przydziałowy wojskowy mundur; musiała go zresztą zmniejszyć, żeby dopasować do swej drobnej figury. "Wisi na mnie jak worek", pisała na początku do przyjaciółki w Owego. Po kilku nieudanych przeróbkach pochwaliła się jednak: "Zdobyłam męskie spodnie, sto razy na mnie za duże, i wykorzystałam materiał. Wyszło zupełnie dobrze"1.
Namioty członkiń Women's Army Corps w Hollandii w Holenderskiej Nowej Gwinei; lata II wojny światowej (za zgodą US Army).
Był 13 maja 1945 r., niedziela, więc trębacz, który codziennie o 5.30 trąbił pobudkę, miał wolne2. Co nie znaczy, że Margaret mogła spać. W amerykańskiej Bazie G otaczającej miasto Hollandia na północnym wybrzeżu Holenderskiej Nowej Gwinei pracowało się siedem dni w tygodniu. O ósmej Margaret była już na stanowisku, przy metalowym biurku z klekoczącą maszyną do pisania, gdzie każdego dnia udowadniała, że wojna nie jest zwykłym piekłem, jest piekłem biurokratycznym.
Margaret była śliczną, szczupłą szatynką. Miała trzydzieści lat, bystre niebieskie oczy, alabastrową cerę i długie włosy, które upinała w stylowy kok - "w ósemkę". Przy 156 cm wzrostu i ledwie 45 kg wagi wciąż mieściła się w ubrania z liceum, i tak jak kiedyś, pasowało do niej szkolne przezwisko "Mała"3. Ale drobna figurka mogła zwieść. Margaret nosiła się z fasonem - łopatki ściągnięte, broda w górę - na co złożyły się i przedstawienia szkolnego zespołu teatralnego, i lekcje gry na skrzypcach, i to, co jej młodsze siostry nazywały przebojową, "przywódczą" osobowością.
W Owego, gdzie dorastała, jeździła na rowerze na kąpielisko, odbywała podróże autostopem, w szkole radziła sobie dobrze, a nocami czytała książki pod kołdrą4. Wyrosła na jedną z najatrakcyjniejszych dziewczyn w mieście. Powodzenie jej pochlebiało, ale nie zmanierowało Margaret. Uważała się za niezależną młodą kobietę, która "pije, ale nie za wiele" i "lubi chłopców, ale bez przesady"5.
Młodsze siostry powychodziły za mąż, ale Margaret przeczekała trzydziestkę. Choć stanowiło to osobliwość - rówieśniczki na ogół zakładały rodziny, mając dwadzieścia jeden lat - samotność jej nie przeszkadzała. Nie interesowali jej mężczyźni z Owego, mimo że nie miała im nic do zarzucenia. "Szczerze mówiąc - wyznała kiedyś koleżance - chyba nie pociągają mnie faceci, którzy są dobrym materiałem na męża"6.
Po szkole średniej i kilku przymiarkach do pracy została sekretarką w miejscowej fabryce należącej do spółki Remington Rand, przerabiającej stal na co tylko się da - od maszyn do pisania po pistolety kaliber 45. Lubiła to, co robi, ale drażniło ją, że nigdy nie wyjechała dalej niż do Atlantic City i nic ciekawszego nie obejrzała7. Brzmiało to banalnie, ale Margaret chciała zobaczyć świat, służyć swojemu krajowi i się sprawdzić. W Women's Army Corps miała szansę wszystko to zrealizować.
Kiedy w niedzielę rano siadała do pracy, w amerykańskich domach przygotowywano się do Dnia Matki, od wybuchu wojny obchodzonego po raz czwarty. Tym razem jednak był dodatkowy powód do świętowania. Pięć dni wcześniej Niemcy podpisały bezwarunkową kapitulację. Pojawiły się informacje, że Adolf Hitler popełnił samobójstwo w berlińskim bunkrze. Inni hitlerowscy przywódcy dostali się do niewoli. Świat poznawał okropności wyzwalanych kolejno obozów koncentracyjnych. Po straszliwej ofierze "krwi, znoju, łez i potu" przyszło zwycięstwo - 13 maja 1945 r. mijało pięć lat od chwili, gdy brytyjski premier Winston Churchill wypowiedział te słowa, by zagrzać swych rodaków do walki.
Sukces odniesiony w Europie, niedawno jeszcze trudny do wyobrażenia, postanowiono uczcić i na Kapitolu. Kopuła budynku, zaciemniona od dnia ataku na Pearl Harbor, znów rozbłysła w światłach reflektorów. Kongres jednogłośnie poparł deklarację prezydenta Trumana, by 13 maja 1945 r. stał się nie tylko Dniem Matki, ale i Dniem Modlitwy. "Świat zachodni wyzwolił się od sił zła, które przez ponad pięć lat więziły ciała i łamały życie milionów wolnych ludzi"8. Przewodniczący Izby Reprezentantów Sam Rayburn z radością skomentował wiadomości z Europy, ale dodał dwie smutniejsze. Ubolewał nad śmiercią prezydenta Roosevelta kilka tygodni przed Dniem Zwycięstwa (V-E Day) i przypomniał, że wojna jeszcze się nie skończyła: - Jestem szczęśliwy, ale czuję też smutek, bo wciąż myślę o tysiącach naszych chłopców, którzy jeszcze muszą zginąć na rozrzuconych po Pacyfiku wyspach i na Dalekim Wschodzie, by nasze wojska odniosły zwycięstwo, by głosić chwałę Ameryki i by na świecie znów zapanowały pokój i ład9.
Wieści napływające z Pacyfiku brzmiały optymistycznie, ale ciężkie walki w tym rejonie nie ustawały. Przez ostatnie sześć tygodni toczyła się straszliwa bitwa na Okinawie, której amerykańscy generałowie chcieli użyć jako odskoczni do ewentualnego ataku na Japonię. Mało kogo ten pomysł zachwycał, ale nastroje były bardzo dobre. "New York Times" zapewniał tego dnia, że ostateczne zwycięstwo jest przesądzone, a poprzedzi je albo wynegocjowana kapitulacja, albo całkowita klęska Japonii: "Dla wroga będzie to pracowite lato; Hirohito może być pewien, że po krótkim okresie "złagodzenia" nastąpią śmiertelne ciosy"10.
Taki nieuchronny ciąg zdarzeń mógł być czytelny dla redaktorów NYT i decydentów w Waszyngtonie. Ale na Pacyfiku trwała nieprzerwana wojna - 13 maja 1945 r. między świtem a zmierzchem ponad 130 amerykańskich myśliwców i bombowców zaatakowało żołnierzy, pociągi, mosty i inne japońskie "cele okazyjne" w południowych i wschodnich Chinach. Dziesięć liberatorów B-24 zbombardowało podziemny hangar na skrawku ziemi, jakim była wyspa Moen. Dziewięć innych zaatakowało lotnisko na samotnej wyspie Marcus. Na Borneo B-24 dokonały nalotu na dwa lotniska. Dalej na wschodzie bombowce B-25 Mitchell i myśliwce P-38 Lightning wspierały siły naziemne na wyspie Tarakan. Przez japońską obronę na Okinawie przedarła się 7. Dywizja amerykańskich marines i zajęła wzgórza Dakeshi. Na Filipinach 40. Dywizja piechoty zdobyła lotnisko wojskowe Del Monte, a bombowce i myśliwce uderzyły na cele na wyspie Luzon11.
Ciąg dalszy w wersji pełnej