Uwięzieni w mroku - S.B. Vinter

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SkySpring Hill, Ten­nes­see

Za­trzy­ma­łam sa­mo­chód na po­bo­czu i wy­pa­dłam na ze­wnątrz, od­da­jąc za­war­tość żo­łądka na chod­nik. Gdy już nic we mnie nie zo­stało, wy­tar­łam twarz i opar­łam się o drzwi. W gło­wie mi wi­ro­wało, a ciało nie­kon­tro­lo­wa­nie drżało. Nie mo­głam do­pu­ścić, by kto­kol­wiek zo­ba­czył mnie w ta­kim sta­nie. Mu­sia­łam się uspo­koić. Za­mknę­łam oczy i wzię­łam kilka głę­bo­kich od­de­chów.

Gdy po­czu­łam się nieco le­piej, po­now­nie ru­szy­łam w drogę. Nie mia­łam za dużo czasu, a jesz­cze cze­kały mnie za­kupy. Za­wsze ro­bi­łam je w Food Lion, jed­nak przez in­cy­dent na sta­cji zu­peł­nie za­po­mnia­łam. Spoj­rza­łam w lu­sterko wsteczne. Wy­glą­da­łam tra­gicz­nie. Za­miast ma­ki­jażu mia­łam na twa­rzy ciemną breję. Otar­łam po­li­czek, by usu­nąć ślady czar­nego tu­szu, który spły­nął mi z rzęs, lecz na samo wspo­mnie­nie wy­razu twa­rzy mo­to­cy­kli­sty głu­pie łzy po­ja­wiły się na nowo. Szybko je wy­tar­łam i wcią­gnę­łam głę­boko po­wie­trze. To nie był on. Męż­czy­zna po pro­stu tylko go przy­po­mi­nał. Wszystko działo się bar­dzo szybko, ale je­stem nie­mal pewna, że fa­cet, który od­cią­gnął ode mnie wście­kłego bi­kera, zwró­cił się do niego Jett, albo Jeff, a to ko­lejny do­wód, że to nie był on. Jed­nak te oczy, tak łu­dząco po­dobne do tych, które kie­dyś tak bar­dzo uwiel­bia­łam, spra­wiły, że mia­łam ogromny mę­tlik w gło­wie. Za­mru­ga­łam, a głu­pie łzy na­pły­nęły mi do oczu. Nie mo­głam znowu so­bie tego ro­bić. To nie był pierw­szy raz, kiedy wy­da­wało mi się, że go wi­dzę. Za­zwy­czaj zda­rzało się to w naj­gor­szych chwi­lach mo­jego ży­cia, wła­śnie wtedy, gdy naj­bar­dziej pra­gnę­łam obec­no­ści ko­goś bli­skiego, ko­goś, kto by mnie chro­nił i ko­chał. Dla­czego więc wi­dzia­łam wtedy wła­śnie jego? Prze­cież on nie był tym, kogo po­trze­bo­wa­łam... A przy­naj­mniej już nie. Zo­sta­wił mnie w naj­gor­szym mo­men­cie mo­jego ży­cia. I wbrew temu, co mó­wił, nie od­wza­jem­niał mo­jej mi­ło­ści. Wręcz prze­ciw­nie, wy­ko­rzy­stał mnie, a po­tem po­rzu­cił bez słowa wy­ja­śnie­nia. Zo­sta­wił mnie z nimi, mimo świa­do­mo­ści, że kon­se­kwen­cje na­szych czy­nów po­niosę wy­łącz­nie ja.

Za­drża­łam, przy­po­mi­na­jąc so­bie wy­raz twa­rzy męż­czy­zny ze sta­cji, gdy jak sza­le­niec rzu­cił się w moją stronę. Jezu Chry­ste, gdyby nie je­den z jego to­wa­rzy­szy, nie wiem, jakby się to dla mnie skoń­czyło. Męż­czy­zna był ogromny i nie mia­łam na my­śli tylko jego wzro­stu. Na po­czątku, gdy na­sze oczy się spo­tkały, by­łam pewna, że jego twarz wy­ra­żała zdzi­wie­nie, może na­wet szok, szybko się jed­nak prze­ko­na­łam, że to żadna z tych emo­cji. Co ja so­bie, do cho­lery, my­śla­łam, ga­piąc się na tego groź­nego mo­to­cy­kli­stę? Miał ze dwa me­try wzro­stu i mu­skuły wiel­ko­ści mo­jej głowy. Mógł mnie prze­cież za­bić jed­nym cio­sem, a ja za­miast wziąć nogi za pas, sta­łam tam jak idiotka. Na całe szczę­ście, za­nim ten zdą­żył do mnie do­sko­czyć, je­den z jego ko­le­gów za­gro­dził mu drogę, dzięki czemu mo­głam stam­tąd uciec.

Za­par­ko­wa­łam sa­mo­chód pod Su­per Tar­get i wy­sia­dłam z auta. Mi­chael nie zno­sił, gdy ro­bi­łam tu za­kupy. Twier­dził, że pro­dukty są tu dużo gor­sze niż w jego ulu­bio­nym Food Lion, skle­pie obok sta­cji Ra­ce­Trac, gdzie spo­tka­łam mo­to­cy­kli­stów. Jed­nak za nic w świe­cie nie za­mie­rza­łam dzi­siaj tam wra­cać. Ja, w prze­ci­wień­stwie do swo­jego męża, lu­bi­łam ro­bić za­kupy w Su­per Tar­get. Sklep był co prawda ogromny, więc mu­sia­łam się na­cho­dzić, ale za to wszystko, czego po­trze­bo­wa­łam, znaj­do­wało się w jed­nym bu­dynku.

Sto­jąc w ko­lejce do kasy, wy­cią­gnę­łam z kie­szeni li­stę, którą przy­go­to­wał mi Mi­chael, i raz jesz­cze po­rów­na­łam ją z rze­czami w ko­szyku. Ni­czego nie mo­gło za­brak­nąć, po­nie­waż Mi­chael nie zno­sił, gdy nie po­stę­po­wa­łam zgod­nie z jego wy­ma­ga­niami, a je­śli mia­łam być szczera, to z dwojga złego wo­la­łam już mie­rzyć się z ogrom­nym mo­to­cy­kli­stą niż ze zło­ścią swo­jego męża.

- Sky, skar­bie, cóż za nie­spo­dzianka.

Za­mknę­łam na mo­ment oczy, sły­sząc cha­rak­te­ry­styczny, skrze­kliwy głos. Oczy­wi­ście tylko ja mo­głam do­stać gów­nem w twarz dwa razy tego sa­mego dnia. Sta­ruszka może i była miła, jed­nak ja nie mia­łam dzi­siaj ochoty na żadne roz­mowy. Wy­pu­ści­łam ner­wowo po­wie­trze i od­wró­ci­łam się za sie­bie, przy­bie­ra­jąc naj­bar­dziej uprzejmy wy­raz twa­rzy, na jaki w tym mo­men­cie było mnie stać.

- Dzień do­bry, pani An­drews - przy­wi­ta­łam się grzecz­nie, na co blada twarz star­szej ko­biety roz­pro­mie­niła się w uśmie­chu.

- Tak my­śla­łam, że to ty. - Ru­szyła w moim kie­runku, pcha­jąc przed sobą wó­zek z za­ku­pami. - Deb­bie, pa­mię­tasz? Mia­łaś do mnie mó­wić Deb­bie. - Sta­nęła przede mną, przy­glą­da­jąc mi się z tro­ską.

Wie­dzia­łam, że to moje za­czer­wie­nione oczy mu­siały przy­cią­gnąć jej uwagę.

- Wszystko u cie­bie w po­rządku, złotko? Dawno cię nie wi­dzia­łam.

Po­sła­łam jej de­li­katny uśmiech, tylko na tyle mo­głam się zdo­być.

- Dzię­kuję, u mnie wszystko do­brze, ale wi­dzę, że u pani re­we­la­cyj­nie. Wy­gląda pani mło­dziej za każ­dym ra­zem, gdy pa­nią spo­ty­kam.

- Och, skar­bie - ko­bieta się ro­ze­śmiała, po czym po­kle­pała mnie po ra­mie­niu - nie mu­sisz mi pra­wić fał­szy­wych kom­ple­men­tów. Mam osiem­dzie­siąt trzy lata, je­stem stara jak świat i tak też wy­glą­dam. Po­nad go­dzinę za­jęła mi wy­prawa do tego sklepu, a jak wiesz, miesz­kam tuż za ro­giem. - Po­kle­pała się po udach. - Moje nogi nie współ­pra­cują już jak kie­dyś. Z re­guły to córka robi mi za­kupy, nie­stety zła­mała bio­dro, wie­sza­jąc za­słony u sie­bie w sa­lo­nie. Tak więc te­raz to ona po­trze­buje po­mocy, a ja mu­szę ra­dzić so­bie sama - wes­tchnęła. - Nie masz po­ję­cia, jak bar­dzo ciężko jest sta­rej, sa­mot­nej i do tego scho­ro­wa­nej ko­bie­cie ra­dzić so­bie z tru­dami sza­rej co­dzien­no­ści. Za­kupy zaj­mują mi pół dnia, a i tak póź­niej się oka­zuje, że o po­ło­wie rze­czy za­po­mnia­łam. Gdyby tylko mój John żył.

Mo­men­tal­nie ogar­nęło mnie współ­czu­cie.

- Mo­gła­bym od czasu do czasu ro­bić dla pani za­kupy. Może nie co­dzien­nie, ale dwa, trzy razy w ty­go­dniu my­ślę, że da­ła­bym radę.

- Och, złotko, na­prawdę? To by mi bar­dzo uła­twiło ży­cie. - Twarz sta­ruszki roz­świe­tliła się w uśmie­chu, który po chwili zbladł. - Je­steś pewna, że to nie kło­pot?

- Ża­den kło­pot, pani An­drews... to zna­czy Deb­bie. - Uśmiech­nę­łam się do niej uspo­ka­ja­jąco. - Chęt­nie po­mogę do czasu, aż twoja córka wy­do­brzeje. Może wpadnę za trzy dni, a ty zro­bisz li­stę po­trzeb­nych rze­czy?

Na jej twa­rzy po­now­nie za­go­ścił uśmiech.

- Cu­dow­nie. Pią­tek brzmi świet­nie.

Po za­pła­ce­niu za za­kupy i za­pa­ko­wa­niu ich do sa­mo­chodu za­wio­złam star­szą ko­bietę pod ogromną ce­gla­stą ka­mie­nicę na końcu ulicy, w któ­rej miesz­kała, i po­mo­głam jej z tor­bami. Gdy pod­je­cha­łam pod dom, ze zdzi­wie­niem od­kry­łam, że sa­mo­chód Mi­cha­ela stoi za­par­ko­wany na pod­jeź­dzie. Prze­łknę­łam ner­wowo ślinę. Cho­lera, prze­cież po­wi­nien być jesz­cze w pracy. Otwo­rzy­łam drzwi i z wa­lą­cym ser­cem wy­cią­gnę­łam za­kupy z ba­gaż­nika. Nim zdą­ży­łam w ogóle po­my­śleć, jak się z tego wy­tłu­ma­czyć, mój mąż sta­nął w drzwiach.

Moje oczy mo­men­tal­nie sku­piły się na jego twa­rzy, pró­bu­jąc od­gad­nąć, jak bar­dzo jest wście­kły. Jed­nak jego twarz, jak za­wsze, oprócz tego, że biła chło­dem, nie wy­ra­żała żad­nych emo­cji.

- By­łam na za­ku­pach, a po­tem spo­tka­łam pa­nią An­drews... - za­czę­łam ner­wowo, lecz urwa­łam w po­ło­wie zda­nia, gdy mój mąż uniósł dłoń na znak, że nie­spe­cjal­nie go to in­te­re­suje.

- Nie bę­dziemy chyba roz­ma­wiali na ulicy, prawda? - po­wie­dział spo­koj­nie, ale jego na­pięta po­stawa i za­ci­śnięta szczęka nie po­zo­sta­wiały wąt­pli­wo­ści, że się wścieka.

Ro­zej­rza­łam się ner­wowo, a na­stęp­nie po­trzą­snę­łam głową i po­de­szłam do niego na trzę­są­cych się no­gach.

- Nie, nie bę­dziemy - szep­nę­łam, gdy z bi­ją­cym ser­cem wcho­dzi­łam do środka.

JettDom klu­bowy Bla­sted Tu­sca­lo­osa, Ala­bama

- My­ślę, że masz już dość, bra­cie. - Asher pró­bo­wał za­brać mi drinka, ale ode­pchną­łem jego rękę.

- Zdaje się, że o tym to ja de­cy­duję, a nie ty - wy­beł­ko­ta­łem, ude­rza­jąc szklanką o blat, przez co tro­chę al­ko­holu wy­lało się na stół. Wy­pi­łem tyle, że nie pa­no­wa­łem nad swoim cia­łem i ob­raz nieco mi się roz­my­wał, mimo to wi­dzia­łem, jak Cal­der za­ci­snął szczękę, a po­tem wska­zał na mnie ręką.

- Osu­szy­łeś całą bu­telkę i nor­mal­nie nie ode­zwał­bym się ani sło­wem, ale ty ni­gdy nie pi­jesz, Jett, a przy­naj­mniej ni­gdy nie wi­dzia­łem, że­byś pił.

Fakt, nie pi­łem, a przy­naj­mniej od bar­dzo dawna tego nie ro­bi­łem. Kie­dyś al­ko­hol mnie otu­ma­niał i po­zwa­lał się roz­luź­nić, za­głu­sza­jąc żrące wy­rzuty su­mie­nia. Spra­wiał, że ogar­niało mnie odrę­twie­nie. Odrę­twie­nie, któ­rego de­spe­racko wtedy po­trze­bo­wa­łem. Po odej­ściu Sky pi­cie stało się dla mnie co­dzien­no­ścią. Było ra­tun­kiem, le­kar­stwem, który koił po­ha­ra­taną du­szę, choć w rze­czy­wi­sto­ści po­ma­gało tylko na chwilę, bo po­tem ro­biło się jesz­cze go­rzej. Mimo to nie po­tra­fi­łem, albo ra­czej nie chcia­łem prze­stać.

Po tym, jak ucie­kłem z Ca­iro, przez dwa lata dzień w dzień upi­ja­łem się do nie­przy­tom­no­ści, pra­gnąc za­po­mnieć o wszyst­kim, co jej zro­bi­łem. Skoń­czy­łem z tym do­piero, gdy po­zna­łem Smoke'a, ów­cze­snego pre­zesa Bla­sted. To on do­strzegł we mnie po­ten­cjał i zwer­bo­wał mnie do klubu. Do­piero tam do­tarło do mnie, że nie za­słu­gi­wa­łem na to, by co­kol­wiek ła­go­dziło moje cier­pie­nie i mój smu­tek. To jed­nak nie był je­dyny po­wód, dla któ­rego po­sta­no­wi­łem prze­stać pić: nie chcia­łem skoń­czyć jak mój stary, brudny, za­faj­dany pi­ja­czyna, któ­remu wóda wy­żarła nie­mal wszyst­kie ko­mórki mó­zgowe i który tłukł swo­jego syna za każ­dym ra­zem, gdy tylko się na­pił, czyli w za­sa­dzie co­dzien­nie. Nie chcia­łem być jak on, cho­ciaż po pew­nym cza­sie zro­zu­mia­łem, że ro­bi­łem do­kład­nie to samo.

Jed­nak dzi­siaj... dzi­siaj po pro­stu nie mo­głem. Nie by­łem w sta­nie po­ra­dzić so­bie z tym, co się ze mną działo. Nie umia­łem wy­ma­zać z głowy tych pięk­nych, smut­nych nie­bie­skich oczu tak po­dob­nych do oczu mo­jej Sky. Spo­tka­nie z dziew­czyną na sta­cji spra­wiło, że doj­mu­jący ból i tę­sk­nota ude­rzyły we mnie ze zdwo­joną mocą, tak ogromną, że nie mia­łem już siły wal­czyć. Oczami wy­obraźni znów zo­ba­czy­łem sie­bie w Spring Hill, gdzie ją spo­tka­łem.

Za­trzy­ma­li­śmy się na nie­wiel­kiej sta­cji, by za­tan­ko­wać ma­szyny i usta­lić kon­kretny plan dzia­ła­nia, gdy już do­trzemy na miej­sce. Zo­stało nam nieco po­nad go­dzinę, by do­je­chać do Spring­field, więc był to nasz ostatni przy­sta­nek.

- Idę po coś do pi­cia. Mam na­dzieję, że bę­dzie tam też ja­kieś żar­cie - za­wo­łał Cal­der, kiedy za­par­ko­wał mo­tor tuż za mną.

- Weź też coś dla mnie. Ko­lejki ra­czej nie bę­dzie - mruk­ną­łem, ski­nąw­szy głową w kie­runku lu­dzi, któ­rzy w po­śpie­chu opusz­czali sta­cję. Nic dziw­nego, wi­dok kil­ku­na­stu zmę­czo­nych i wkur­wio­nych mo­to­cy­kli­stów może po­rząd­nie prze­ra­zić.

- Le­piej dla nas - ro­ze­śmiał się Doc, je­den z lu­dzi Ga­vina. - Na­leżę do Ba­stards już kilka lat, ale cią­gle mnie to bawi. Ucie­kają, jakby sam dia­beł ich go­nił.

Cal­der par­sk­nął, sta­jąc obok niego.

- Wy­glą­dasz jak brat bliź­niak Freddy'ego Kru­egera, więc, kurwa, nic dziw­nego, że spier­da­lają gdzie po­pad­nie.

Po­trzą­sną­łem głową i zsia­dłem z mo­toru. Nie mia­łem za­miaru ko­lejny raz słu­chać ich pier­do­le­nia, dla­tego sam ru­szy­łem w kie­runku wej­ścia. Mia­łem na­dzieję, że uda nam się szybko od­na­leźć dziew­czynę i w końcu bę­dziemy mo­gli wró­cić do Tu­sca­lo­osy. Miesz­ka­nie w klu­bie Ba­stards było ku­rew­sko mę­czące, szcze­gól­nie że więk­szość z nas spe­cjal­nie za sobą nie prze­pa­dała. Może i mię­dzy na­szymi klu­bami pa­no­wał po­kój, jed­nak po­dej­rze­wa­łem, że jesz­cze parę dni i so­jusz pój­dzie się je­bać.

Otwo­rzy­łem drzwi i już mia­łem wejść do środka, gdy na­gle coś twar­dego zde­rzyło się z moją klatką pier­siową. Spoj­rza­łem w dół, a moim oczom uka­zała się bu­rza dłu­gich blond wło­sów. W tym sa­mym mo­men­cie dziew­czyna za­chwiała się na no­gach, więc zła­pa­łem ją w pa­sie, żeby po­móc jej zła­pać rów­no­wagę.

- O rany. Prze­pra­szam - usły­sza­łem de­li­katny ko­biecy głos.

W tym sa­mym cza­sie mięk­kie ciało się ode mnie od­su­nęło.

Dziew­czyna pod­nio­sła głowę i gdy na­sze spoj­rze­nia się spo­tkały, za­mar­łem w to­tal­nym szoku. Au­ten­tycz­nie, kurwa, za­mar­łem w bez­ru­chu, nie mo­gąc na­wet zła­pać tchu. Dziew­czyna wy­glą­dała na rów­nie zszo­ko­waną. Po chwili wy­trzesz­czyła oczy i otwo­rzyła usta, jakby chciała coś po­wie­dzieć, ale nie wy­do­był się z nich ża­den dźwięk. Czu­łem, że się du­szę. Nie mo­głem od­dy­chać, jakby moje płuca w jed­nej chwili prze­stały pra­co­wać. Serce tak mi ga­lo­po­wało, że to nie­mal czu­łem ból. Nie wie­dzia­łem, co się, kurwa, dzieje. Czy to, co wi­dzę, jest prawdą, czy wy­two­rem mo­jej wy­obraźni. Nie, to mu­siała być ja­kaś pier­do­lona fa­ta­mor­gana.

- P-po­win­nam była pa­trzeć, gdzie idę - ode­zwała się po­now­nie, jed­nak tym ra­zem jej głos był cich­szy i ro­ze­dr­gany, a mnie mało serce nie wy­sko­czyło z piersi. Na­wet cho­lerny głos miała po­dobny. Może nieco doj­rzal­szy, ale mimo wszystko bar­dzo po­dobny. - Jesz­cze raz bar­dzo... - Urwała, gdy zła­pa­łem się za głowę i ryk­ną­łem gło­śno, na co ta wy­trzesz­czyła oczy jesz­cze bar­dziej. W jed­nej chwili strach na jej twa­rzy za­mie­nił się w prze­ra­że­nie. Na­gle czy­jeś dło­nie od­cią­gnęły mnie od niej i zo­sta­łem przy­ci­śnięty do ściany.

- Jett, do chuja, co jest grane?

Spoj­rza­łem na Doca, któ­rego mina wy­ra­żała to­talną kon­ster­na­cję. Za­ci­sną­łem mocno po­wieki, pró­bu­jąc uspo­koić sza­le­jącą w mo­jej gło­wie bu­rzę, ale je­dyne, co zdo­ła­łem zro­bić, to po­now­nie uj­rzeć tę piękną, choć prze­ra­żoną twarz dziew­czyny. Otwo­rzy­łem oczy, jed­nak na­dal nie mo­głem wy­do­być z sie­bie choćby słowa. Po­pa­trzy­łem w bok, gdzie wcze­śniej stała dziew­czyna, ale tej już nie było.

- Czło­wieku, la­ska mało nie wy­zio­nęła du­cha... - ode­zwał się Doc.

Ode­pchną­łem go od sie­bie, zgią­łem się wpół i opar­łem dło­nie o bu­dy­nek sta­cji ben­zy­no­wej. Nogi trzę­sły mi się tak bar­dzo, że gdyby nie to, że mia­łem przed sobą ce­glaną ścianę, pew­nie le­żał­bym już na ziemi. W żo­łądku czu­łem tak mocny ucisk, że je­dy­nie ostat­kiem sił po­wstrzy­my­wa­łem się przed zwy­mio­to­wa­niem. Wcią­ga­łem po­wie­trze przez nos, pró­bu­jąc to prze­rwać, ale za cho­lerę nie po­tra­fi­łem uspo­koić ga­lo­pu­ją­cego serca ani pę­dzą­cych my­śli. By­łem kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wany. Dziew­czyna, którą przed mo­men­tem spo­tka­łem, wy­glą­dała nie­mal iden­tycz­nie jak moja Sky. Była może nieco star­sza, miała dłuż­sze włosy i szczu­plej­szą syl­wetkę... jed­nak te oczy... te cho­lerne oczy były nie­mal ta­kie same. Się­gną­łem po zdję­cie, które trzy­ma­łem w kie­szeni ka­mi­zelki. Po­czu­łem ból w klatce pier­sio­wej, jak za każ­dym ra­zem, gdy pa­trzy­łem na tę fo­to­gra­fię. Prze­je­cha­łem kciu­kiem po pięk­nej twa­rzy Sky. Jej dłu­gie lśniące blond włosy spły­wały po smu­kłych ra­mio­nach, a duże ciem­no­brą­zowe oczy pa­trzyły na mnie z mi­ło­ścią. Do­sko­nale pa­mię­ta­łem mo­ment, kiedy zro­bi­łem to zdję­cie. To był je­den z naj­szczę­śliw­szych dni w moim ży­ciu. Tam­tego dnia pierw­szy raz się po­ca­ło­wa­li­śmy.

- Co to, kurwa, było?

Unio­słem głowę, do­strze­ga­jąc pod­cho­dzą­cego do mnie Cal­dera.

Od­chrząk­ną­łem, usi­łu­jąc roz­luź­nić ści­śnięte gar­dło na tyle, by co­kol­wiek z sie­bie wy­du­sić, choć je­dyne, na co w tym mo­men­cie mia­łem ochotę, to od­wró­cić się i wa­lić głową w ścianę tak długo, aż z mo­jego mó­zgu zrobi się papka.

- Nic, po pro­stu kiep­sko się czuję - wy­chry­pia­łem, cho­wa­jąc z po­wro­tem zdję­cie do kie­szeni.

- To wi­dzę, ale py­ta­łem, o co cho­dziło z tą dziew­czyną. - Ge­stem wska­zał miej­sce, z któ­rego wła­śnie z pi­skiem opon od­je­chał czarny do­dge. - La­ska omal nie do­stała przez cie­bie za­wału.

Wzią­łem głę­boki od­dech i po­woli się wy­pro­sto­wa­łem. Po­czu­łem, że moje płuca w końcu za­częły pra­co­wać nor­mal­nie.

- O nic nie cho­dziło - burk­ną­łem. - Wku­rzy­łem się, bo nie­mal wla­zła mi pod nogi. To wszystko.

Blon­dyn skrzy­żo­wał ra­miona na piersi i prze­chy­lił głowę. Przez chwilę przy­glą­dał mi się uważ­nie.

- By­łem świad­kiem ca­łego zaj­ścia. Fakt, la­ska na cie­bie wpa­dła, ale to nie to cię zde­ner­wo­wało. Wi­dzia­łem, że na­wet po­mo­głeś jej od­zy­skać rów­no­wagę. Wszystko było okej, aż do mo­mentu, gdy zła­pa­łeś z nią kon­takt wzro­kowy. Wtedy od­sko­czy­łeś jak opa­rzony. Bra­cie, znam cię już do­brych parę lat, stąd wiem, że aż tak ła­two nie wpa­dasz w szał, a już na pewno ni­gdy nie wi­dzia­łem u cie­bie ta­kiego wkur­wie­nia, a szcze­gól­nie na ko­bietę. La­ska mało nie ze­mdlała, gdy na nią spoj­rza­łeś. To nie było nor­malne za­cho...

- Mó­wię, że wla­zła mi pod nogi, to wszystko - prze­rwa­łem mu. - Nie do­szu­kuj się cze­goś, czego nie ma! - wark­ną­łem tym ra­zem już ostro.

- Cal­der! - usły­sze­li­śmy do­no­śny głos i oboje od­wró­ci­li­śmy się w jego kie­runku.

Kilka me­trów od nas na sze­roko roz­sta­wio­nych no­gach stał Ga­vin, pre­zes klubu Ba­stards, któ­remu dzi­siaj po­ma­ga­li­śmy. Już z tego miej­sca wi­dać było, że jest wkur­wiony.

Brat prze­klął ci­cho, a po­tem po­now­nie na mnie spoj­rzał.

- Do­koń­czymy póź­niej. Te­raz mu­szę po­ga­dać z Ga­vi­nem. Je­śli tu spier­do­limy, to Shade po­urywa nam jaja - burk­nął, prze­cze­su­jąc włosy. - Ty w tym cza­sie zbierz się do kupy, za parę mi­nut po­win­ni­śmy znowu wy­ru­szyć w trasę.

Ski­ną­łem głową, pa­trząc, jak od­cho­dzi. Brat miał ra­cję, mu­sia­łem się po­zbie­rać i wy­ko­nać przy­dzie­lone nam za­da­nie, szcze­gól­nie że cho­dziło o ko­bietę Ga­vina, która zo­stała po­rwana i któ­rej ży­cie było za­gro­żone. Z re­guły ni­gdy nie mie­szamy się w in­te­resy in­nych klu­bów, tu­taj jed­nak mu­sie­li­śmy zro­bić wy­ją­tek. By­li­śmy im to winni. Ja­kiś czas temu to oni po­mo­gli w od­bi­ciu Mai, ko­biety na­szego pre­zy­denta. Długi za­wsze na­le­żało spła­cać. To była na­sza nie­pi­sana ho­no­rowa za­sada, któ­rej każdy czło­nek klubu bez­względ­nie prze­strze­gał.

- Wody?

Spoj­rza­łem na wy­cią­gniętą dłoń Ashera i nie­chęt­nie wzią­łem od niego bu­telkę.

- Dzięki - mruk­ną­łem, po czym po­woli, by nie po­draż­nić żo­łądka, wy­pi­łem całą za­war­tość.

- Wszystko w po­rządku? - za­py­tał, gdy wrzu­ca­łem bu­telkę do po­bli­skiego ko­sza.

Od­wró­ci­łem się twa­rzą do niego, mru­żąc oczy, ale za­miast kpią­cego uśmieszku, któ­rego się spo­dzie­wa­łem, zo­ba­czy­łem au­ten­tyczną cie­ka­wość.

- A dla­czego mia­łoby nie być? - od­po­wie­dzia­łem burk­nię­ciem.

Asher prze­chy­lił głowę i skrzy­żo­wał ra­miona na piersi, przez krótką chwilę pa­trząc gdzieś po­nad moim ra­mie­niem. Przy­się­gam, że wy­glą­dał nie­mal iden­tycz­nie jak jego star­szy brat. Po chwili wy­pu­ścił ciężko po­wie­trze z płuc, prze­cze­sał ciemne włosy i po­now­nie na mnie spoj­rzał.

- Po pro­stu py­tam. Wiele za­leży od po­wo­dze­nia dzi­siej­szej ak­cji. - Zro­bił krótką prze­rwę, nie od­ry­wa­jąc ode mnie wzroku. - Po­rażka nie wcho­dzi w grę, więc je­śli coś się dzieje... - Urwał, ko­lejny raz prze­cze­su­jąc swoje ciemne włosy.

Spoj­rza­łem w niebo i za­ci­sną­łem mocno szczęki. Wie­dzia­łem do­sko­nale, do czego zmie­rzał.

- Wiem, po co tu je­ste­śmy. Wiem, jak ważne jest od­zy­ska­nie ko­biety two­jego brata, więc nie trak­tuj mnie jak kre­tyna - wark­ną­łem, na­wet nie si­ląc się na uprzejmy ton.

Asher uniósł dło­nie przed sie­bie w prze­pra­sza­ją­cym ge­ście.

- Nie taki był mój cel. Po pro­stu chcę, żeby wszystko po­szło zgod­nie z pla­nem. Każdy ma ści­śle okre­ślone za­da­nie, od któ­rego bar­dzo dużo za­leży, a je­śli je­den z nas za­wie­dzie, wszystko może pójść się je­bać - wes­tchnął. - Je­śli Ga­vin ją straci...

Prze­łkną­łem gulę, która sta­nęła mi w gar­dle, i po­pa­trzy­łem na niego nieco ła­god­niej niż jesz­cze chwilę temu. Do­sko­nale wie­dzia­łem, ja­kie uczu­cia tar­gają czło­wie­kiem, gdy utraci uko­chaną osobę, szcze­gól­nie je­śli dzieje się to z jego winy.

- Wiem, jak to działa, nie mu­sisz mi tego tłu­ma­czyć. Tak jak mó­wi­łem, wszystko jest w po­rządku, więc wy­lu­zuj. Pój­dziemy do tego ru­ska i wy­cią­gniemy z niego in­for­ma­cje - po­wie­dzia­łem, a po­tem ski­ną­łem głową na po­czą­tek sze­regu, gdzie Ga­vin wła­śnie da­wał znać, że czas po­now­nie ru­szyć w drogę.

Nie­całą go­dzinę póź­niej sta­li­śmy przed bramą pro­wa­dzącą do po­sia­dło­ści Ro­ma­nowa. Wszę­dzie pa­no­wał to­talny roz­pier­dol. Mię­dzy nami a ochro­nia­rzami tego ru­ska do­szło do prze­py­chanki, skut­kiem czego Ro­ma­now skoń­czył z roz­trza­ska­nym no­sem, a kilku lu­dzi zo­stało po­tur­bo­wa­nych, za­równo po na­szej, jak i po ich stro­nie. Jed­nak w tym mo­men­cie to nie miało więk­szego zna­cze­nia, gdyż oczy wszyst­kich sku­pione były na Ga­vi­nie, który wła­śnie kro­czył w kie­runku po­sia­dło­ści, nio­sąc na rę­kach nie­przy­tomną So­fię.

Za­raz po do­tar­ciu na miej­sce oka­zało się, że fa­cet, który mógł mieć in­for­ma­cje do­ty­czące miej­sca po­bytu ko­biety Ga­vina, nie tylko jest oto­czony małą ar­mią uzbro­jo­nych po uszy ochro­nia­rzy, ale także upar­cie twier­dzi, że nie ma zie­lo­nego po­ję­cia, gdzie prze­bywa So­fia. Może i uwie­rzy­li­by­śmy w te jego za­pew­nie­nia, gdyby nie fakt, że po chwili na­sza za­gi­niona dziew­czyna wy­szła z jego po­sia­dło­ści. Do­kład­nie wtedy roz­pę­tało się pie­kło, i nie było ono spo­wo­do­wane jaw­nym kłam­stwem Ro­ma­nowa, za co zresztą Ga­vin wy­mie­rzył mu cios pro­sto w ryj, lecz tym, że twarz jego ko­biety była si­no­czer­wona. To, co działo się po­tem, przy­po­mi­nało scenę z kiep­skiego filmu. Któ­ryś z ochro­nia­rzy od­dał pierw­szy strzał, a po nim przy­szły na­stępne. Na szczę­ście wy­ryw­nego dupka udało nam się szybko spa­cy­fi­ko­wać, dzięki czemu nikt nie zo­stał ciężko ranny. Ucier­piała je­dy­nie So­fia, która stra­ciła przy­tom­ność, po­wa­lona na zie­mię przez jed­nego z lu­dzi Ro­ma­nowa, ale poza kil­koma za­dra­pa­niami nic jej się nie stało.

W gło­wie mi za­wi­ro­wało, na co z ję­kiem za­mkną­łem oczy. Mia­łem na­dzieję, że gdy po­now­nie je otwo­rzę, wszystko wróci do normy, a Cal­der ma­gicz­nie znik­nie. Tak się jed­nak nie stało, za­miast tego po­sa­dził dupę na krze­śle obok mnie i choć mu­sia­łem przy­znać, że jego gęba te­raz jesz­cze bar­dziej mi się roz­my­wała, to wy­raz po­iry­to­wa­nia na­dal był do­sko­nale wi­doczny.

- Po­wiesz mi, o co cho­dzi, do kurwy nę­dzy?

Upi­łem ko­lejny łyk wódki, po czym znów ude­rzy­łem szklanką o bar. Jak mia­łem mu to wy­tłu­ma­czyć? Jak mia­łem wy­ja­śnić Cal­de­rowi, że ja­kaś przy­pad­kowa dziew­czyna spra­wiła, że roz­sy­pa­łem się jak pie­przony do­mek z kart? Brat by tego nie zro­zu­miał, zresztą na­wet ja tego nie ro­zu­mia­łem.

- O nic, po pro­stu świę­tuję od­zy­ska­nie So­fii i to, że w końcu będę spał we wła­snym łóżku, a nie w tym nie­wy­god­nym gów­nie, które za­ofe­ro­wał nam Ga­vin.

- Nie było tak źle - mruk­nął Cal­der, po czym ski­nął na Wy­atta, na­szego kan­dy­data.

Chło­pak już po chwili stał za ba­rem i na­le­wał dla niego al­ko­hol.

- Bar­dziej się cie­szę, że nie będę mu­siał oglą­dać brzyd­kiej gęby Ashera, przy­naj­mniej przez ja­kiś czas, bo skoro Maya i So­fia się przy­jaź­nią, jest wię­cej niż pewne, że na­sze drogi po­now­nie się skrzy­żują.

- Tylko mi nie mów, że na­dal masz z nim pro­blem. My­śla­łem, że sprawa z Bla­ire zo­stała wy­ja­śniona.

- Nie cho­dzi o Bla­ire. Po pro­stu nie lu­bię tego aro­ganc­kiego skur­wiela i tyle - burk­nął Cal­der. - Zresztą nie roz­ma­wiamy o mnie, tylko o to­bie. - Dło­nią po­now­nie wska­zał moją szklankę. - Więc jaki jest praw­dziwy po­wód two­jego świę­to­wa­nia? Bo nie uwie­rzę, że cho­dzi o So­fię. Cał­kiem nie­dawno od­bi­li­śmy Mayę z rąk po­je­ba­nego psy­cho­paty, a nie przy­po­mi­nam so­bie, że­byś wtedy za­pi­jał się z ra­do­ści. Poza tym tro­chę się już znamy i po­tra­fię stwier­dzić, kiedy nie mó­wisz mi prawdy.

Po­trzą­sną­łem głową, co nie było mą­drym po­su­nię­ciem, gdy wy­piło się wia­dro wódki.

- A ja nie przy­po­mi­nam so­bie, bym za­ma­wiał u cie­bie se­sję te­ra­peu­tyczną. Mam ochotę się na­pić i to wła­śnie ro­bię. To był ku­rew­sko długi ty­dzień, więc po­sta­no­wi­łem się nieco roz­luź­nić. Nie do­szu­kuj się w tym cze­goś, czego nie ma, bra­cie - burk­ną­łem nie­zbyt uprzej­mie. Wsta­łem z krze­sła i po­ty­ka­jąc się o wła­sne nogi, ru­szy­łem przed sie­bie.

Cal­der mnie nie za­trzy­my­wał, ale wie­dzia­łem, że swoim wyj­ściem nie za­koń­czy­łem te­matu, a je­dy­nie odło­ży­łem w cza­sie na­szą roz­mowę. Cal­der był moim przy­ja­cie­lem i w za­sa­dzie jako je­dyny z braci wie­dział o mnie wszystko, mimo to na­wet jemu nie po­tra­fi­łem tego wy­ja­śnić.

SkySpring Hill, Ten­nes­see

Piąt­kowy po­ra­nek za­czę­łam od tej sa­mej ru­tyny co za­wsze. Po po­ran­nej to­a­le­cie na­ło­ży­łam ma­ki­jaż, zwra­ca­jąc szcze­gólną uwagę na oko­licę żu­chwy i le­wego po­liczka. Tam uży­łam odro­binę wię­cej ko­rek­tora. Kosz­to­wało mnie to tro­chę wy­siłku, ale mu­sia­łam przy­znać, że wy­szło bar­dzo do­brze. Przez te lata za­uwa­ży­łam, że ma­sko­wa­nie si­nia­ków opa­no­wa­łam wręcz do per­fek­cji. Tylko na­prawdę wprawne oko mo­głoby się cze­goś do­pa­trzyć. Od dawna nie bił mnie po twa­rzy, a do­kład­nie od dnia, gdy jego wspól­nik Roy nie­za­po­wie­dziany przy­wiózł mu pa­piery do pod­pisu. Męż­czy­zna nie sko­men­to­wał mo­jego lima ani roz­cię­tej wargi, lecz od tego czasu mój mąż wy­bie­rał nie­wi­doczne miej­sca, które mo­głam z ła­two­ścią ukryć pod ubra­niem.

Jed­nak tego dnia, gdy wró­cił wcze­śniej z pracy, był na­prawdę wście­kły. W kli­nice do­szło do ja­kie­goś in­cy­dentu, więc mu­sieli prze­rwać pracę, a póź­niej się oka­zało, że nie za­stał mnie w domu. Pró­bo­wa­łam mu tłu­ma­czyć, ale żadne moje wy­ja­śnie­nie do niego nie do­cie­rało, czego skutki wi­doczne były na mo­jej twa­rzy.

Otrzą­snę­łam się ze wspo­mnień i po wej­ściu do kuchni na­tych­miast za­ję­łam się przy­go­to­wy­wa­niem śnia­da­nia. Dzie­sięć mi­nut póź­niej to­sty, jajka i be­kon były już go­towe, a w eks­pre­sie cze­kała świeżo za­pa­rzona kawa. Wła­śnie po­ło­ży­łam na stole ulu­bioną ga­zetę Mi­cha­ela, gdy wszedł do kuchni. Moje ciało na mo­ment za­sty­gło w prze­ra­że­niu. Cho­ciaż wie­dzia­łam, że dzi­siaj nie mam się czego oba­wiać, mój mózg na­dal był w try­bie obron­nym. Mu­sia­łam wziąć się w garść. Ode­tchnę­łam głę­boko i przy­wi­ta­łam męża z uśmie­chem na twa­rzy.

- Wła­śnie mia­łam po cie­bie pójść. Sia­daj, śnia­da­nie już jest go­towe.

Mi­chael pod­szedł do mnie i ob­jął mnie od tyłu.

- Mhm, czuję. To wła­śnie te za­pa­chy mnie tu zwa­biły - mruk­nął, sku­biąc zę­bami moją szyję.

Żółć mo­men­tal­nie po­de­szła mi do gar­dła. Nie­na­wi­dzi­łam, jak za każ­dym ra­zem uda­wał, że nic się nie stało. Na po­czątku na­szego mał­żeń­stwa po każ­dej awan­tu­rze Mi­chael ka­jał się i spra­wiał wra­że­nie, jakby na­prawdę było mu przy­kro. Jed­nak z cza­sem na­wet to prze­stał ro­bić. Te­raz po pro­stu za­cho­wy­wał się tak, jakby to, że znowu mnie ude­rzył, w ogóle nie miało zna­cze­nia. Cho­ciaż dla niego pew­nie nie miało.

- Po­wi­nie­neś się po­śpie­szyć, je­śli nie chcesz spóź­nić się do pracy.

- Masz ra­cję. - Spoj­rzał na swój ze­ga­rek. - Mam dzi­siaj mnó­stwo ro­boty. Do tego w przy­szłym ty­go­dniu Roy idzie na urlop, więc to ja będę mu­siał prze­jąć jego pa­cjen­tów - mruk­nął, wie­sza­jąc ma­ry­narkę na krze­śle i sia­da­jąc przy stole.

Wzię­łam z półki dwa ta­le­rze i na jed­nym uło­ży­łam to­sty, a na dru­gim jajka i be­kon, tak jak lu­bił. Wszystko po­sta­wi­łam tuż przed nim. Na­stęp­nie na­la­łam kawy do dwóch fi­li­ża­nek i rów­nież usia­dłam przy stole.

Pa­trzy­łam w mil­cze­niu, jak Mi­chael po­chła­nia po­si­łek i prze­gląda po­ranną ga­zetę. Wy­glą­dał zu­peł­nie nor­mal­nie. Jak za­wsze nie­na­gan­nie ubrany, w śnież­no­bia­łej ko­szuli i ciem­no­gra­na­to­wych spodniach, sie­dział roz­po­starty na krze­śle, je­dząc przy­go­to­wane przeze mnie śnia­da­nie. Twarz ogo­lił na gładko, a gę­ste włosy w ko­lo­rze kawy za­cze­sał do tyłu, przez co wy­da­wał się bar­dzo po­waż­nym czło­wie­kiem. Nie był za­nadto umię­śniony, ale nie na­zwa­łaby go chu­dym. Nic w jego wy­glą­dzie nie wska­zy­wało, że jed­nym cio­sem po­trafi pod­bić ko­muś oko lub kop­nia­kiem zła­mać że­bro. Tylko nie­liczni wie­dzieli, że pod tą nie­po­zorną fa­sadą kryje się praw­dziwy po­twór.

Spoj­rza­łam na ze­gar wi­szący nad jego głową. Zo­stało pięć mi­nut do jego wyj­ścia. Nie mo­głam więc dłu­żej zwle­kać, mu­sia­łam za­cząć roz­mowę już te­raz.

- Chcia­ła­bym od­wie­dzić dzi­siaj pa­nią An­drews... - Urwa­łam i prze­łknę­łam ner­wowo ślinę, wi­dząc, jak od­kłada ga­zetę i kie­ruje spoj­rze­nie ciem­nych oczu wprost na mnie. Od­chrząk­nę­łam i po­ło­ży­łam dło­nie na udach, by nie wi­dział ich drże­nia. - Pa­mię­tasz, mó­wi­łam ci o tym. Jej córka zła­mała bio­dro i nie jest w sta­nie za­jąć się matką.

- Tak, wspo­mi­na­łaś, że po­trze­buje po­mocy. - Zmarsz­czył brwi i oparł się o krze­sło.

- To tylko na ja­kiś czas, góra na kilka mie­sięcy, póki jej córka nie wy­do­brzeje. Poza tym my­ślę, że bę­dzie to do­brze o to­bie świad­czyło - do­da­łam po­śpiesz­nie.

- O mnie? - za­kpił.

Wy­tar­łam mo­kre od potu dło­nie i zła­pa­łam za sto­jącą przede mną fi­li­żankę.

- Je­steś le­ka­rzem i pra­cu­jesz z ludźmi, więc bar­dzo do­brze wiesz, jak ważne są opi­nia i uzna­nie in­nych. To wła­śnie dzięki tej opi­nii... do­brej opi­nii masz tylu pa­cjen­tów. - Wi­dzia­łam ma­lu­jące się na jego twa­rzy za­do­wo­le­nie. - Pani An­drews zna mnó­stwo lu­dzi, dla­tego my­ślę, że je­śli udzielę się cha­ry­ta­tyw­nie, to w pew­nym stop­niu ja rów­nież przy­czy­nię się do... do two­jego suk­cesu. - Wie­dzia­łam, że tymi sło­wami od­po­wied­nio po­łech­ta­łam jego ego. Nie­stety jed­no­cze­śnie czu­łam, jak umiera resztka mo­jej god­no­ści.

- Może i masz ra­cję, ale nie chcę, byś mar­no­wała na to cały swój czas - burk­nął, do­pi­ja­jąc kawę, po czym wstał, za­bie­ra­jąc z opar­cia ma­ry­narkę. - Chciał­bym, by moja żona cze­kała na mnie w domu, gdy zmę­czony wra­cam z pracy. Mo­żesz po­ma­gać sta­rej, ale nie chcę, byś ro­biła to moim kosz­tem. Ro­zu­miesz?

Jezu Chry­ste, udało się!

- Oczy­wi­ście. - Od­chrząk­nę­łam. - My­śla­łam o kilku go­dzi­nach, dwa, może trzy razy w ty­go­dniu. Za­czę­ła­bym dzi­siaj, ale obie­cuję, że będę w domu na czas - do­da­łam z na­dzieją.

Na całe szczę­ście Mi­chael tylko ski­nął głową i ru­szył do wyj­ścia. Po­drep­ta­łam za nim i sta­nę­łam w drzwiach, by jak za­wsze po­że­gnać męża. To był nasz co­dzienny ry­tuał. Dzień w dzień jak szma­ciana ku­kła sta­wa­łam w tych cho­ler­nych drzwiach i ca­ło­wa­łam swo­jego zde­ge­ne­ro­wa­nego męża na do wi­dze­nia. Z da­leka wy­glą­dało to cał­kiem na­tu­ral­nie, dla mnie jed­nak było naj­gor­szym ro­dza­jem ka­tu­szy.

Ode­tchnę­łam głę­boko do­piero wtedy, gdy jego sa­mo­chód znik­nął za za­krę­tem. Nie­na­wi­dzi­łam ta­kiego ży­cia. Gar­dzi­łam sobą, że nie umia­łam się mu prze­ciw­sta­wić. Na po­czątku myl­nie za­ło­ży­łam, że ta nad­mierna opieka była wy­ra­zem tro­ski z jego strony, szcze­gól­nie po tym, co mnie spo­tkało. Do­piero póź­niej zro­zu­mia­łam, że to żadna opie­kuń­czość, on do­słow­nie prze­jął kon­trolę nad moim ży­ciem i każ­dym jego aspek­tem. By nie pro­wo­ko­wać kłótni, na­uczy­łam się ukry­wać emo­cje, choć i to z cza­sem prze­stało dzia­łać. Z każ­dym ro­kiem kon­trola Mi­cha­ela prze­ra­dzała się w ob­se­sję, a on sam sta­wał się po­two­rem.

Za­mknę­łam drzwi i ru­szy­łam w po­śpie­chu do kuchni, by po­sprzą­tać ba­ła­gan, któ­rego na­ro­bi­łam, przy­go­to­wu­jąc śnia­da­nie. Na­dal nie mo­głam uwie­rzyć, że Mi­chael przy­stał na moją prośbę. Z re­guły z miej­sca od­rzu­cał każdy mój po­mysł, twier­dząc, że moim je­dy­nym za­da­niem jest dba­nie o nasz dom i wy­godę męża. To było wszystko, do czego, we­dług niego, nada­wała się taka ko­bieta jak ja. Mój mąż nie chciał, że­bym pra­co­wała. Uwa­żał, że po szkole śred­niej nie znajdę po­rząd­nej pracy, a on nie mógł po­zwo­lić so­bie na to, że­bym ka­lała jego do­bre imię ja­kąś ro­botą w pod­rzęd­nej re­stau­ra­cji czy skle­pie.

JettDom klu­bowy Bla­sted Tu­sca­lo­osa, Ala­bama

- Na­lej mi jesz­cze. - Opar­łem się o ladę, pod­su­wa­jąc szklankę Wy­at­towi, który aku­rat dzi­siaj stał za ba­rem.

Blon­dyn przy­tak­nął, choć nie uszło mo­jej uwa­dze, że nie­znacz­nie się przy tym skrzy­wił.

Po­sła­łem mu wkur­wione spoj­rze­nie, na co ten mo­men­tal­nie wy­trzesz­czył oczy.

- Już się robi - mruk­nął i na­tych­miast prze­niósł się na ko­niec baru, za­bie­ra­jąc się do ro­boty.

Z re­guły uni­ka­łem im­prez, a je­śli już mu­sia­łem w nich uczest­ni­czyć, to ogra­ni­cza­łem to do mi­ni­mum. Nie lu­bi­łem tłu­mów. Wo­la­łem ci­szę i swoje to­wa­rzy­stwo. Te­raz jed­nak było zu­peł­nie ina­czej. Każdą chwilę sa­mot­no­ści mój mózg wy­ko­rzy­sty­wał do tego, by mnie drę­czyć. Ci­sza spra­wiała, że do mo­jej głowy po­wra­cały wspo­mnie­nia, do któ­rych z pew­no­ścią nie chcia­łem wra­cać.

Do mo­ich uszu do­biegł ja­kiś chi­chot. Obej­rza­łem się przez ra­mię, na­po­ty­ka­jąc spoj­rze­nia skąpo ubra­nych ko­biet, ko­ły­szą­cych się w rytm mu­zyki. Za­ci­sną­łem usta na wi­dok wy­so­kiej blon­dynki, która kie­ro­wała się w moją stronę. Naj­wy­raź­niej już samo moje spoj­rze­nie było dla niej za­pro­sze­niem. Ostat­nio dość czę­sto ją tu wi­dy­wa­łem, mimo to nie mia­łem po­ję­cia, jak ma na imię, i w za­sa­dzie nie­wiele mnie ono ob­cho­dziło. Ani ona, ani żadna inna ko­bieta nic dla mnie nie zna­czyły. Dla­tego nie za­wra­ca­łem so­bie głowy za­pa­mię­ty­wa­niem ich imion czy in­nych gó­wien z nimi zwią­za­nych. W za­sa­dzie mia­łem to w du­pie, po­dob­nie jak to, skąd po­cho­dzą i co ro­bią. Li­czyło się tylko to, co mo­głem od nich do­stać - reszta była bez zna­cze­nia. Ko­biety przy­cho­dziły do klubu w jed­nym celu - by się za­ba­wić i je­śli do­pi­sze im szczę­ście, prze­je­chać się na tyl­nym sie­dze­niu mo­to­cy­kla któ­re­goś z nas. Z re­guły to moi bra­cia za­pew­niali im tę za­bawę, na­to­miast ja ro­bi­łem to ra­czej spo­ra­dycz­nie. Jak każdy męż­czy­zna mia­łem swoje po­trzeby, jed­nak w grę wcho­dził tylko seks i nic po­nadto. Nie ba­wi­łem się w żadne związki. W moim ży­ciu li­czyła się tylko jedna ko­bieta i żadna ni­gdy nie bę­dzie w sta­nie jej za­stą­pić.

- Do­trzy­mać ci to­wa­rzy­stwa? - mruk­nęła mdląco słod­kim gło­sem, który praw­do­po­dob­nie miał brzmieć zmy­słowo.

Skrzy­wi­łem się, pa­trząc na jej mocno wy­ma­lo­waną twarz. Wo­la­łem na­tu­ralne ko­biety. W tej wszystko było sztuczne i na­dmu­chane, po­cząw­szy od cyc­ków, a skoń­czyw­szy na wło­sach i ustach.

- Nie! - burk­ną­łem, naj­pew­niej zbyt szorstko, bo dziew­czyna cof­nęła się o krok. Prze­łkną­łem ślinę i po­sła­łem jej nieco ła­god­niej­sze spoj­rze­nie. Wie­dzia­łem, że za­cho­wuję się jak gru­bo­skórny du­pek, mimo że dziew­czyna ni­czym so­bie na to nie za­słu­żyła. - Nie bierz tego do sie­bie, ale po pro­stu te­raz chciał­bym zo­stać sam. Znajdę cię póź­niej - zmi­ty­go­wa­łem się, na co ski­nęła głową, a na jej twa­rzy na­tych­miast po­ja­wił się uwo­dzi­ciel­ski uśmiech.

- Będę tam cały wie­czór. - Wska­zała miej­sce, gdzie stała wcze­śniej.

- Ja­sne - od­par­łem, po czym po­now­nie prze­nio­słem wzrok na bar, da­jąc jej tym sa­mym znać, że roz­mowa skoń­czona.

Dziew­czyna chyba zro­zu­miała alu­zję, bo po chwili usły­sza­łem, jak od­cho­dzi.

- Do­stanę w końcu swoją pier­do­loną whi­sky? - wark­ną­łem w kie­runku Wy­atta, no co ten mi­mo­wol­nie pod­sko­czył.

- Stoi przed tobą - od­po­wie­dział zmie­szany.

Zmarsz­czy­łem brwi i spoj­rza­łem w dół, mo­men­tal­nie zda­jąc so­bie sprawę, że mó­wił prawdę.

- Jak tak da­lej pój­dzie, to od­stra­szysz nam wszyst­kich kan­dy­da­tów - par­sk­nął ci­cho sia­da­jący obok mnie Cal­der.

Unio­słem brew i ski­ną­łem w stronę Wy­atta, który wła­śnie ob­słu­gi­wał sto­jące przy ba­rze ko­biety.

- Skoro robi w ga­cie przy na­le­wa­niu mi al­ko­holu, to nie wróżę mu dłu­giej ka­riery w klu­bie - bąk­ną­łem lekko przy­ci­szo­nym gło­sem, choć je­śli wziąć pod uwagę gra­jącą w tle mu­zykę i chi­cho­czące la­ski, było mało praw­do­po­dobne, by kan­dy­dat usły­szał co­kol­wiek z na­szej roz­mowy.

Cal­der się za­śmiał, a na­stęp­nie prze­niósł spoj­rze­nie na kan­dy­data, który nie­pew­nie spo­glą­dał w na­szym kie­runku.

- Na jego obronę po­wiem tylko, że przy to­bie każdy robi w ga­cie.

Prze­wró­ci­łem oczami i upi­łem so­lidny łyk whi­sky.

- Nie mia­łeś wró­cić ju­tro?

Cal­der po­pa­trzył na mnie, po czym wes­tchnął:

- Już jest ju­tro.

Wy­cią­gną­łem z kie­szeni te­le­fon i spoj­rza­łem na wy­świe­tlacz. By­łem pe­wien, że zmarszczka na moim czole po­głę­biła się dwu­krot­nie, gdy się prze­ko­na­łem, że brat mó­wił prawdę.

- Kurwa, by­łem pe­wien, że mamy czwar­tek.

Cal­der prych­nął kpiąco.

- Nie chcę się cze­piać, ale ostat­nio wiele rze­czy ci umyka, bra­cie - stwier­dził, zer­ka­jąc na szkło, które trzy­ma­łem w dłoni.

- Skoro nie chcesz się cze­piać, to tego nie rób.

Wy­pu­ścił gło­śno po­wie­trze z płuc.

- Stary, wiem, że coś cię gry­zie... coś w chuj cięż­kiego, skoro od ty­go­dni za­pi­jasz się do nie­przy­tom­no­ści nie­mal co­dzien­nie. Wiem, że nie chcesz o tym ga­dać, i nor­mal­nie bym nie na­ci­skał...

- Daj temu spo­kój - wark­ną­łem, ści­ska­jąc moc­niej szkło.

Nie mia­łem ochoty o tym ga­dać. Ani te­raz, ani póź­niej, wła­ści­wie to ni­gdy! Prze­chy­li­łem szyb­kim ru­chem szklankę i całą jej za­war­tość wla­łem so­bie do gar­dła, a na­stęp­nie od­sta­wi­łem ją z hu­kiem na bar.

- Po pro­stu się o cie­bie mar­twię, zresztą jak wszy­scy.

- Nie­po­trzeb­nie - po­wie­dzia­łem, sta­ra­jąc się przy­brać wy­lu­zo­wany ton. - Ro­bię do­kład­nie to, na co na­ma­wia­łeś mnie przez lata, czyli do­brze się ba­wię.

Cal­der oparł się o bar i po­now­nie ciężko wes­tchnął.

- Nie o taką za­bawę mi cho­dziło.

Prze­łkną­łem ślinę, bo żo­łą­dek za­wią­zał mi się w su­peł i tym ra­zem po­wo­dem nie był wy­pity al­ko­hol.

Za­ci­sną­łem szczękę i wsta­łem z krze­sła, nie­mal po­ty­ka­jąc się o wła­sne nogi. Ilość al­ko­holu, którą w sie­bie wla­łem, po­wa­li­łaby ko­nia, mimo to drę­czące mnie my­śli nie uci­chły na­wet na mo­ment. Jesz­cze parę dni temu al­ko­hol na chwilę tłu­mił to, co czu­łem, wy­ma­zy­wał z mo­jej głowy ob­razy, któ­rych nie chcia­łem pa­mię­tać. Jed­nak z każ­dym dniem było co­raz go­rzej i już ani al­ko­hol, ani nic in­nego nie po­ma­gało. Wo­la­łem swoją pu­stą, po­zba­wioną więk­szego sensu eg­zy­sten­cję, czyli to, co ro­bi­łem od ośmiu lat. To po­wolne gni­cie było znacz­nie lep­sze od tego, co czu­łem te­raz, bo ostat­nie, z czym mia­łem siłę się mie­rzyć, to prze­szłość.

In­cy­dent na sta­cji obu­dził wspo­mnie­nia i żal, które skrzęt­nie cho­wa­łem w so­bie przez lata, i za cho­lerę nie wie­dzia­łem, jak to po­wstrzy­mać.

- Bę­dziesz mu­siał to ja­koś prze­łknąć, bra­cie. - Klep­ną­łem go w plecy i ru­szy­łem w kie­runku chęt­nej blon­dyny. Wo­la­łem się ulot­nić, niż przez resztę wie­czoru słu­chać jego ga­da­nia.

Cal­der wpraw­dzie ni­gdy nie za­dzie­rał nosa, ni­gdy też mnie nie oce­niał, ale na­wet z nim nie chcia­łem po­ru­szać tego te­matu.

* * *

Obu­dził mnie gło­śny huk. Otwo­rzy­łem oczy i pod­nio­słem się do po­zy­cji sie­dzą­cej, ła­piąc się przy tym za głowę, która pul­so­wała, jakby miała za­raz eks­plo­do­wać. Był­bym zdzi­wiony, gdyby po ta­kiej ilo­ści al­ko­holu obyło się bez kon­se­kwen­cji. Spoj­rza­łem na pod­łogę i od razu do­strze­głem po­wód swo­jej po­budki. Tuż obok łóżka le­żała bu­telka, z któ­rej na­dal wy­le­wała się wódka. Mu­sia­łem ją przez przy­pa­dek zrzu­cić z szafki noc­nej. Pod­nio­słem na szczę­ście na wpół jesz­cze pełną bu­telkę i po­sta­wi­łem na miej­sce. W po­koju śmier­działo jak w za­tę­chłej spe­lu­nie. Prze­łkną­łem ślinę, bo odór był nie­mal nie do znie­sie­nia, w szcze­gól­no­ści dla mo­jego bar­dzo po­draż­nio­nego żo­łądka. Już mia­łem wstać, gdy do mo­ich uszu do­biegł ni­ski jęk, a ktoś obok mnie się po­ru­szył. Za­mkną­łem oczy, zda­jąc so­bie sprawę, że mu­sia­łem wczo­raj kon­kret­nie po­pły­nąć, skoro po­zwo­li­łem jej tu zo­stać. Moje pi­jac­kie zdo­by­cze z re­guły wy­cho­dziły za­raz po nu­merku, a te mniej ku­mate sam wy­ko­py­wa­łem z po­koju, dla­tego było ja­sne, że wczo­raj kon­kret­nie prze­sa­dzi­łem z al­ko­ho­lem. La­ski ge­ne­ro­wały pro­blemy, a ja już i tak mia­łem wy­star­cza­jąco na gło­wie, dla­tego za­wsze szybko się ich po­zby­wa­łem. Nie szu­ka­łem związku, więc spe­cjal­nie wy­bie­ra­łem ta­kie, które chciały do­kład­nie tego sa­mego co ja - seksu i kilku chwil za­po­mnie­nia.

Naj­ci­szej, jak tylko mo­głem, wsta­łem z łóżka, zła­pa­łem le­żące na ziemi spodnie i chwiej­nym kro­kiem ru­szy­łem do ła­zienki. W gło­wie mi wi­ro­wało, przez co żo­łą­dek jesz­cze bar­dziej się skur­czył. Po­trze­bo­wa­łem ta­ble­tek, prysz­nica i moc­nej kawy, do­kład­nie w tej ko­lej­no­ści. Na­dal by­łem kon­kret­nie na­wa­lony, dla­tego, by po dro­dze nie upaść na twarz, mu­sia­łem przy­trzy­my­wać się ściany.

Za­mkną­łem za sobą drzwi i sta­ną­łem przy umy­walce. Zła­pa­łem za brzeg lu­stra, otwo­rzy­łem szafkę, wy­cią­gną­łem z niej dwie ta­bletki prze­ciw­bó­lowe i na­tych­miast wsa­dzi­łem je so­bie do ust. Spoj­rza­łem na swoje od­bi­cie i aż się skrzy­wi­łem. Nic dziw­nego, że czu­łem się jak gówno, skoro do­kład­nie tak wy­glą­da­łem. Mia­łem bladą, nie­mal białą twarz, a nie­bie­skie oczy były te­raz za­mglone i cho­ler­nie prze­krwione, jak­bym nie spał od ty­go­dni. Ciemne włosy i ciemny za­rost, które za­zwy­czaj no­si­łem krót­kie, były dłuż­sze niż zwy­kle i ster­czały w każ­dym kie­runku.

Od­krę­ci­łem kran i nie cze­ka­jąc, aż woda się za­grzeje, wsze­dłem pod prysz­nic. Sta­ną­łem pod dy­szą, za­mkną­łem oczy i od­chy­li­łem głowę do tyłu, po­zwa­la­jąc, by zimny stru­mień otu­lił moje zmę­czone ciało. Trwa­łem tak chwilę, a gdy woda zmie­niła tem­pe­ra­turę, się­gną­łem po żel. Na­gle drzwi ka­biny się otwo­rzyły, a do środka we­szła la­ska z wczo­raj. Za­ci­sną­łem szczękę, bo mia­łem na­dzieję, że gdy dziew­czyna się obu­dzi, za­bie­rze się stąd w cho­lerę, ale - jak wi­dać - dzi­siaj rów­nież szczę­ście mi nie do­pi­sy­wało. Mu­sia­łem jed­nak przy­znać, że na wi­dok jej na­giego ciała mój fiut mo­men­tal­nie obu­dził się do ży­cia.

- Ka­bina jest za mała, żeby po­mie­ścić nas dwoje.

Dziew­czyna uśmiech­nęła się za­lot­nie, omia­ta­jąc moje ciało peł­nym uzna­nia spoj­rze­niem, a po­tem jej dłoń po­wę­dro­wała do na wpół twar­dego ku­tasa, przez co w moim mó­zgu na­stą­piło krót­kie spię­cie.

- Bez obaw, nie zajmę dużo miej­sca.

- Kurwa - mruk­ną­łem, wi­dząc, jak opada przede mną na ko­lana.

Za­krę­ci­łem kran i opar­łem się o zimne płytki, a ta mo­men­tal­nie wzięła pe­nisa do ust.

Za­mkną­łem po­wieki i wy­da­łem z gar­dła zdu­szony jęk, nie mo­gąc sfor­mu­ło­wać żad­nej ra­cjo­nal­nej my­śli ani lo­gicz­nego zda­nia, gdy dziew­czyna za­częła pra­co­wać ję­zy­kiem wo­kół koń­cówki mo­jego fiuta. Uczu­cie było za­je­bi­ście do­bre. Chwilę póź­niej w za­pa­ro­wa­nym po­miesz­cze­niu sły­chać było je­dy­nie mój przy­śpie­szony od­dech. Brała mnie ca­łego, na zmianę po­ma­ga­jąc so­bie dło­nią. My­li­łem się, ani prysz­nic, ani mocna kawa nie przy­wra­cały czło­wieka do ży­cia tak jak po­rządne po­ranne ob­cią­ga­nie. Cie­pło za­częło się roz­le­wać po moim krę­go­słu­pie i wie­dzia­łem, że za­raz dojdę.

- Ekh - usły­sza­łem chrząk­nię­cie, na co na­tych­miast otwo­rzy­łem oczy.

W drzwiach ka­biny z kpią­cym wy­ra­zem twa­rzy stał Cal­der. Dziew­czyna rów­nież mu­siała go usły­szeć, bo po­ru­szyła się ner­wowo, ale za­miast prze­rwać, je­dy­nie spoj­rzała w bok na blon­dyna i za­ssała mo­jego fiuta, po­now­nie do­pro­wa­dza­jąc mnie przy tym do obłędu. Cal­der, wi­dząc, że la­ska nie ma pro­blemu z tym, że nie je­ste­śmy sami, uniósł wy­soko brwi, a po­tem uśmiech­nął się sze­roko, czym wkur­wił mnie jesz­cze bar­dziej.

- Je­stem za­jęty - sap­ną­łem, gdy panna prze­je­chała ję­zy­kiem wzdłuż pul­su­ją­cej główki, pom­pu­jąc go ręką.

- Wi­dzę i nor­mal­nie nie za­wra­cał­bym ci dupy, ale mamy ro­botę do zro­bie­nia. Sam do­brze wiesz, że Shade nie lubi cze­kać, dla­tego ra­dzę ci się po­śpie­szyć - mruk­nął, su­ge­styw­nie po­ru­sza­jąc brwiami i nie spusz­cza­jąc wzroku z ryt­micz­nie po­ru­sza­ją­cej się głowy ko­biety.

- Kurwa - wy­plu­łem, od­rzu­ca­jąc głowę do tyłu, bo by­łem już bli­sko. Zła­pa­łem ją de­li­kat­nie za włosy i przy­trzy­ma­łem przy swoim kro­czu, a chwilę póź­niej nie­mal nogi się pode mną ugięły, kiedy do­cho­dzi­łem w jej ustach.

Dziew­czyna od­su­nęła się, prze­ły­ka­jąc wszystko, co jej da­łem.

Od­dy­cha­łem nie­równo, a serce wa­liło mi jak osza­lałe, gdy oparty o ścianę spo­glą­da­łem, jak wstaje z ko­lan i z za­lot­nym uśmie­chem od­wraca się do Cal­dera. Ten na­tych­miast uniósł ręce do góry.

- Dzięki, mała, ale spa­suję, tak jak mó­wi­łem, mam ro­botę do zro­bie­nia.

- W ta­kim ra­zie nic tu po mnie - mruk­nęła i spoj­rzała na mnie przez ra­mię. - Jett, noc była nie­sa­mo­wita, mam na­dzieję, że wkrótce to po­wtó­rzymy.

- Ja­sne - mruk­ną­łem, sły­sząc przy tym par­sk­nię­cie Cal­dera.

Brat znał mnie le­piej niż kto­kol­wiek inny, więc wie­dział, że to ra­czej mało praw­do­po­dobne. Skoro la­ska raz zo­stała u mnie na noc, to jest wię­cej niż pewne, że bę­dzie chciała zro­bić to po raz ko­lejny, a to nie wcho­dziło w grę.

Nim po­now­nie wsze­dłem pod stru­mień wody, znów usły­sza­łem sar­ka­styczny głos brata, który ko­lejny raz oznaj­mił, że­bym ru­szył dupę. Za­miast mu od­po­wie­dzieć, za­mkną­łem oczy i roz­ko­szo­wa­łem się roz­luź­nia­ją­cym wpły­wem wody na swoje zmę­czone ciało.

Gdy kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej wkro­czy­łem do kuchni, bra­cia już sie­dzieli przy stole, za­ja­da­jąc się tym, co przy­go­to­wały Iris z Che­rie.

- Pro­szę, pro­szę, jest i nasz ranny pta­szek - za­re­cho­tał wy­mow­nie Crow, wy­wo­łu­jąc kpiące par­sk­nię­cia u po­zo­sta­łych.

Do­my­śli­łem się więc, że Cal­der zdą­żył im już wszystko prze­ka­zać.

- Pier­dol się, Crow, i ty, Cal­der, przy oka­zji - burk­ną­łem, na­le­wa­jąc so­bie kawy.

- Nic nie zro­bi­łem, bra­cie. - Blon­dyn oparł się wy­god­nie o krze­sło i wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu. - To ta la­ska, wy­cho­dząc z klubu, po­chwa­liła się bra­ciom, z kim spę­dziła noc i dzi­siej­szy po­ra­nek. - Upił łyk z kubka, który trzy­mał w dłoni. - Ja je­dy­nie po­twier­dzi­łem jej wer­sję.

Usia­dłem przy stole, ob­ser­wu­jąc swo­ich braci.

- A wy za­miast za­jąć się swo­imi spra­wami, pew­nie w kółko pier­do­li­cie tylko o tym - wark­ną­łem przez za­ci­śnięte zęby.

- Wy­lu­zuj, Jett, po pro­stu wszy­scy je­ste­śmy cho­ler­nie cie­kawi, co ta­kiego się stało, że po­rzu­ci­łeś swoje do­tych­cza­sowe za­sady i w końcu za­czą­łeś żyć, jak przy­stało na praw­dzi­wego bi­kera - par­sk­nął sie­dzący na­prze­ciwko mnie Smoke.

- Wła­śnie tak - wtrą­cił Drake, kła­dąc rękę na moim ra­mie­niu. - Do tej pory ży­łeś jak pier­do­lony mnich, zero al­ko­holu, zero im­prez, zero ko­biet. Część z nas na­wet są­dziła, że wo­lisz ku­tasy, skoro nikt ni­gdy nie wi­dział cię z żadną la­ską. Nic więc dziw­nego, że je­ste­śmy nieco... - urwał, po czym po­dra­pał się po bro­dzie -...za­sko­czeni.

Nie od­po­wie­dzia­łem na to, a je­dy­nie po­trzą­sną­łem głową. Upra­wia­łem seks, choć nie tak czę­sto jak oni i ni­gdy się z tym nie afi­szo­wa­łem. By­łem człon­kiem klubu od do­brych paru lat, mimo to ni­gdy nie mia­łem ochoty w pełni po­sma­ko­wać tego ży­cia ani czer­pać ko­rzy­ści, ja­kie da­wało mi by­cie jed­nym z Bla­sted. Nie za­słu­gi­wa­łem na to, by od­dy­chać, a co do­piero do­brze się ba­wić. Po­wi­nie­nem był skoń­czyć ze sobą już dawno temu. Je­den strzał i po wszyst­kim. Skoń­czy­łaby się ta ka­torga zwana ży­ciem. Jed­nak nie mo­głem tego zro­bić. To nie by­łaby kara, a na­groda, a na to nie za­słu­gi­wa­łem. Dla­tego za­miast tego we­ge­to­wa­łem, gni­jąc od środka i z każ­dym dniem czu­jąc do sie­bie co­raz więk­szą od­razę. Moja kara i tak nie była współ­mierna do winy. To ja od­po­wia­da­łem za wszystko, co się wtedy stało, za tra­ge­dię, która spo­tkała moją dziew­czynę. To przeze mnie cier­piała i to przeze mnie umarła. I wła­śnie ta świa­do­mość do­pro­wa­dzała mnie do sza­leń­stwa. Sky zo­sta­wiła po so­bie pustkę, któ­rej nic ani nikt nie mo­gło za­peł­nić.

Jed­nak kilka ty­go­dni temu wszystko szlag tra­fił. Od razu wie­dzia­łem, że tym ra­zem nie dam rady, że sam so­bie z tym nie po­ra­dzę. Pró­bo­wa­łem, na­prawdę pró­bo­wa­łem, ale nie mo­głem wy­ma­zać z głowy ob­razu prze­ra­żo­nych ciem­no­brą­zo­wych oczu dziew­czyny ze sta­cji, tak łu­dząco po­dob­nych do oczu mo­jej Sky. Po­cząt­kowo al­ko­hol i seks po­ma­gały. Ucisk w klatce pier­sio­wej odro­binę się roz­luź­niał, co da­wało mi chwi­lowe wy­tchnie­nie... No wła­śnie - chwi­lowe. Pro­blem w tym, że na dłuż­szą metę nic nie da­wało rady.

Pe­łen fru­stra­cji wy­pu­ści­łem od­dech i zmarsz­czy­łem brwi wkur­wiony, gdy się zo­rien­to­wa­łem, że oczy wszyst­kich po­now­nie są sku­pione na mnie. I tak czu­łem się jak gówno, więc nie po­trze­bo­wa­łem do­dat­kowo, by mi o tym przy­po­mi­nano.

- Co? - wark­ną­łem.

- Py­ta­łem, czy je­steś go­towy na dzi­siej­szą wy­mianę - ode­zwał się Shade, który wła­śnie sta­nął przy eks­pre­sie.

Od­chrząk­ną­łem, prze­no­sząc wzrok na pre­zesa, który nie wie­dzieć kiedy wszedł do kuchni.

- Jak za­wsze, prez.

Przez chwilę prze­wier­cał mnie spoj­rze­niem.

- Je­steś pe­wien? Bo żadna wpadka nie wcho­dzi w grę, a już na pewno nie z tym klien­tem - mruk­nął, cały czas przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie, a do mnie od razu do­tarło, że mam prze­je­bane. Shade był za­je­bi­ście spo­strze­gaw­czym fa­ce­tem. Rzadko coś mu umy­kało, więc nie zdzi­wi­łem się, że i jego za­sko­czyła moja zmiana, jed­nak w prze­ci­wień­stwie do reszty póki co tego nie sko­men­to­wał.

Od­sta­wi­łem ku­bek na stół.

- Na sto pro­cent.

Pre­zy­dent ski­nął mi głową, po czym na­peł­nił swój ku­bek go­rącą kawą i ru­szył do drzwi.

- Świet­nie, za­nim wy­je­dzie­cie, zaj­rzyj­cie do mnie do biura.

- Do­brze - od­po­wie­dzie­li­śmy wszy­scy chó­rem, pa­trząc, jak Shade znika za drzwiami.

Na mo­ment w kuchni za­pa­dła ci­sza, którą szybko prze­rwał Drake.

- No więc, Jett, co ta­kiego spra­wiło, że skoń­czy­łeś ze swoim wstrze­mięź­li­wym ży­ciem? - za­kpił.

Mil­cza­łem przez chwilę, wpa­tru­jąc się w brata. Pierw­szy raz w ży­ciu nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. Poza Cal­de­rem ża­den z braci sie­dzą­cych przy stole nie zro­zu­miałby tego, co działo się w mo­jej gło­wie. Zresztą ostat­nie, na co mia­łem ochotę, to się im tłu­ma­czyć, jed­nak zda­wa­łem so­bie rów­nież sprawę, że je­śli nie dam im od­po­wie­dzi, to te hieny nie da­dzą mi spo­koju.

Opar­łem się wy­god­nie o krze­sło i spoj­rza­łem wprost na niego.

- Na trzeźwo ciężko znieść wa­sze pier­do­le­nie. Pró­bo­wa­łem przez lata, ale je­dyne, co na tym zy­ska­łem, to po­tężna ner­wica. Dla­tego wolę za­le­wać się w trupa, niż do końca spier­do­lić so­bie mózg, a i la­ski, które przy­cho­dzą do klubu, dzięki whi­sky mniej rażą po oczach - za­drwi­łem z na­dzieją, że taka od­po­wiedź wy­star­czy.

Wszy­scy sie­dzący przy stole par­sk­nęli śmie­chem.

- Co ra­cja, to ra­cja. Ostat­nio tro­chę się po­gor­szyło w tym te­ma­cie, a szcze­gól­nie od­kąd to Duży Mike zaj­muje się spro­wa­dza­niem pa­nie­nek na im­prezy - po­wie­dział Crow, na­dal się śmie­jąc.

- Zga­dzam się, na­stęp­nym ra­zem po­wi­nie­neś spa­so­wać z pi­ciem, albo nieco je ogra­ni­czyć, za­nim wyj­dziesz na łowy - do­dał Cal­der, a oczy wszyst­kich po­wę­dro­wały do bru­neta, który nie przej­mu­jąc się tym, co wła­śnie usły­szał, na­dal pa­ła­szo­wał swoje śnia­da­nie.

- Spier­da­lać, ku­ta­fony - mruk­nął z peł­nymi ustami Duży Mike. - To wa­sza wina. Sami prze­pło­szy­li­ście wszyst­kie fajne la­ski, więc mam ogra­ni­czone moż­li­wo­ści.

Po ko­lej­nych kilku par­sk­nię­ciach Drake po­now­nie spoj­rzał w moją stronę.

- W za­sa­dzie to w więk­szo­ści twoja wina, Jett. Wy­star­czyło, że spoj­rza­łeś na któ­rąś krzywo, a ich dupy w se­kundę były za drzwiami klubu. Nie­raz na­wet ja mało się nie po­sra­łem w ga­cie, gdy rzu­ci­łeś mi jedno ze swo­ich wkur­wio­nych spoj­rzeń.

Prze­wró­ci­łem oczami na to jawne kłam­stwo. Drake był na­szym eg­ze­ku­to­rem i jed­nym z naj­groź­niej­szych skur­wieli, ja­kich spo­tka­łem w ży­ciu. Fa­cet żył, jak chciał, i ni­czym się nie przej­mo­wał, a już na pewno ni­czego się nie bał. Upi­łem łyk kawy, a po­tem po­pa­trzy­łam na Drake'a.

- Gdyby ro­zu­miały słowo "nie", to nie by­łoby pro­blemu. Wkur­wia mnie, że la­ski nie poj­mują, że można nie mieć na nie ochoty.

Smoke po­trzą­snął głową z lekką dez­apro­batą.

- Pier­do­le­nie - par­sk­nął. - Je­śli la­ska pro­po­nuje ci seks, to idziesz w to w ciemno, na­wet je­śli mia­łaby to być ostat­nia rzecz, jaką zro­bisz w ży­ciu - pod­kre­ślił do­bit­nie. - Ko­rzy­stasz, po­tem dzię­ku­jesz i tyle w te­ma­cie. Ża­den zdrowy fa­cet ni­gdy, ale to ni­gdy nie od­ma­wia seksu.

- Chciał­bym, że­byś to po­wtó­rzył w obec­no­ści Iris. Szcze­gól­nie to o od­ma­wia­niu - po­wie­dzia­łem, pa­trząc wprost w ja­sno­zie­lone oczy na­szego by­łego pre­zy­denta.

- Też chciał­bym to zo­ba­czyć. - Cal­der ro­ze­śmiał się gło­śno, pa­trząc na swo­jego ojca. - Kurwa, by­łoby na co po­pa­trzeć. Ta ko­bieta po­trafi być słodka i po­tulna jak ba­ra­nek, ale jak się ją wkurwi, to le­piej od razu zmie­nić toż­sa­mość i wy­je­chać z kraju - stwier­dził, na co wszy­scy ze śmie­chem ski­nęli gło­wami. - Na­to­miast je­śli cho­dzi o na­chalne ko­biety, to sorry, sta­ruszku, ale w pełni zga­dzam się z Jet­tem. Je­śli panny mó­wią "nie", to my bez­względ­nie mu­simy sza­no­wać ich zda­nie. Ale je­śli to fa­cet nie chce... Tu już się, kurwa, robi pro­blem. - Uniósł wy­soko ja­sne brwi, a po­tem wzru­szył ra­mio­nami. - Nie ma spra­wie­dli­wo­ści na tym pier­do­lo­nym świe­cie, prawda, Jett?

Prze­łkną­łem ślinę i pró­bu­jąc wy­glą­dać na wy­lu­zo­wa­nego, ski­ną­łem głową.

Ab­so­lut­nie zga­dza­łem się z tym stwier­dze­niem. Nie ma spra­wie­dli­wo­ści na świe­cie, nie było i ni­gdy nie bę­dzie, bo gdyby ist­niała spra­wie­dli­wość, to ta­kie ścierwa jak ja dawno gry­złyby zie­mię. Wy­pu­ści­łem gło­śno po­wie­trze z płuc i od­su­ną­łem z pi­skiem swoje krze­sło.

- Po­win­ni­śmy się zbie­rać, je­śli chcemy zdą­żyć z to­wa­rem na czas - burk­ną­łem do Cal­dera, wsta­jąc z miej­sca.

Blon­dyn spoj­rzał na swój te­le­fon le­żący na stole.

- Spo­koj­nie, mamy jesz­cze parę mi­nut, wy­lu­zuj.

Prze­chy­li­łem głowę i za­ło­ży­łem ra­miona na piersi.

- Jesz­cze chwilę temu to ty po­pę­dza­łeś mnie. Poza tym to­war nie jest spa­ko­wany, a zdaje się, że czeka nas jesz­cze roz­mowa z Shade'em.

- To­war od wczo­raj czeka w for­dzie.

Zmarsz­czy­łem brwi.

- Dla­czego ja nic o tym nie wiem?

Cal­der przyj­rzał mi się uważ­nie, ale na jego twa­rzy nie było już uśmie­chu.

- Mó­wi­łem ci wczo­raj, że kan­dy­daci już się tym za­jęli.

Od­chrząk­ną­łem, prze­no­sząc spoj­rze­nie na drzwi.

- Mu­sia­łem za­po­mnieć. Tak czy ina­czej, czas się po­woli zbie­rać.

- Do­brze mó­wisz, czło­wieku - burk­nął Smoke. - Im wcze­śniej wy­je­dziemy, tym wcze­śniej wró­cimy.

- Otóż to - mruk­nął Duży Mike. - Po po­łu­dniu mam wi­zytę u oku­li­sty i wo­lał­bym się nie spóź­nić. Już dwa razy prze­no­sili mi ter­min.

Wszy­scy unie­śli­śmy brwi ze zdzi­wie­nia. Ża­den z nas nie miał po­ję­cia, że brat po­trze­buje oku­li­sty.

- Hm... nie wie­dzia­łem, że masz pro­blemy ze wzro­kiem - wtrą­cił Drake, uśmie­cha­jąc się przy tym sze­roko. - Ale to by wy­ja­śniało twój nad­zwy­czaj kiep­ski gust do la­sek, które tu przy­pro­wa­dzasz. Ty po pro­stu je­steś ślepy jak kret.

Wszy­scy przy stole par­sk­nęli śmie­chem, na­wet Duży Mike nie zdo­łał ukryć uśmie­chu.

- A może to wasz gust się ostat­nio po­pier­do­lił.

- Ra­czej po­pra­wił - od­po­wie­dział mu Drake.

* * *

- Jett, kurwa mać, zo­staw go! - Krzyk Crowa niósł się po ca­łym ba­rze. - Fa­cet za­raz po­łknie wła­sny ję­zyk! - krzyk­nął po­now­nie, ja jed­nak nie mia­łem za­miaru od­pu­ścić, a przy­naj­mniej jesz­cze nie. Gnój pro­sił się o po­rządny wpier­dol i wła­śnie to ode mnie do­sta­wał.

- Na­stęp­nym ra­zem trzy razy się za­sta­nowi, za­nim otwo­rzy ja­daczkę. Przyda się skur­wie­lowi lek­cja po­kory - par­sk­nął sie­dzący przy ba­rze Smoke.

Za­mach­ną­łem się i wy­pro­wa­dzi­łem ostatni po­tężny cios w jego szczękę, a gość na­tych­miast stra­cił przy­tom­ność. Od­dy­cha­łem szybko i nie­re­gu­lar­nie. Moja pierś uno­siła się w nie­wy­po­wie­dzia­nej wście­kło­ści, gdy pusz­cza­łem to za­krwa­wione ścierwo na zie­mię.

- Le­piej? - Cal­der pod­szedł do mnie, a po­tem spraw­dził puls go­ścia le­żą­cego u mo­ich stóp.

Fa­cet nie był mar­twy, ale wie­dzia­łem, że gdy się obu­dzi, z pew­no­ścią bę­dzie pro­sił Boga o śmierć.

Spoj­rza­łem na brata, a po­tem po­now­nie prze­nio­słem wzrok na ścierwo le­żące przede mną.

- Nie. Ta kupa gówna nie do­stała tego, na co za­słu­żyła.

Cal­der za­śmiał się pod no­sem.

- Uwierz mi, bra­cie, wię­cej i tak by nie zniósł. Wy­gląda jak mie­lonka z in­dyka, którą Iris przy­go­to­wała nam ty­dzień temu. My­ślę, że gość do końca ży­cia za­pa­mięta, by nie wcho­dzić ci w drogę. Twoja lek­cja po­kory na za­wsze za­pad­nie mu w pa­mięć. A je­śli nie, to po­kie­re­szo­wana gęba bę­dzie mu o tym sku­tecz­nie przy­po­mi­nała.

- Zga­dza się - po­wie­dział pod­cho­dzący do nas Crow. - Ten tę­pak po­czuł dzi­siaj na wła­snej skó­rze, jak to jest wku­rzyć jed­nego z Bla­sted. - Sta­nął obok Cal­dera i spoj­rzał na mia­zgę na pod­ło­dze, po czym prze­niósł wzrok na mnie. - Mu­szę jed­nak przy­znać, bra­cie, że przez chwilę są­dzi­łem, że bez worka na zwłoki i so­lid­nej ło­paty się nie obej­dzie.

Zmarsz­czy­łem brwi i po­trzą­sną­łem głową.

- Nie za­mie­rza­łem go za­bić.

- Wiem, że nie, ale twoja pięść jest więk­sza niż jego twarz, więc ist­niało wy­so­kie praw­do­po­do­bień­stwo, że gość wy­zio­nie du­cha.

Spoj­rza­łem na swoje za­krwa­wione pię­ści i za­ci­sną­łem szczękę. Crow miał ra­cję. Jesz­cze kilka cio­sów i z go­ścia nie by­łoby co zbie­rać. Fakt, gnój za­słu­żył na manto, jed­nak zda­wało się, że prze­sa­dzi­łem z karą. Fa­cet pro­wo­ko­wał mnie od sa­mego po­czątku. Pier­do­lił za­sły­szane gdzieś głu­poty do­ty­czące na­szego klubu. Za­pewne jego pi­jana głowa nie wy­ła­pała po­głę­bia­ją­cego się wkur­wie­nia, które ma­lo­wało się na mo­jej twa­rzy, bo za­miast prze­stać, jak ra­dzili jego rów­nie na­je­bani ko­le­dzy, drą­żył te­mat da­lej. Gdy jed­nak za­czął opo­wia­dać, że po­ry­wamy ko­biety, gwał­cimy je, a po­tem sprze­da­jemy do bur­deli lub mor­du­jemy, nie wy­trzy­ma­łem. Kum­ple od kie­li­cha mo­men­tal­nie dali nogę, na­to­miast ten nie ogar­nął na czas, że pora spier­da­lać.

Jesz­cze pół go­dziny temu nic nie wska­zy­wało na to, że na­sza mała prze­rwa prze­ro­dzi się w ty­powe mor­do­bi­cie. Po skoń­czo­nej wy­mia­nie, w dro­dze do Tu­sca­lo­osy, za­trzy­ma­li­śmy się na sta­cji w Star­kville, by za­tan­ko­wać ma­szyny i chwilę od­po­cząć. Nie­mal czter­dzie­sto­stop­niowy upał dał nam za­je­bi­ście w kość. Gdy tylko we­szli­śmy do baru, pra­wie wszy­scy klienci na­tych­miast wy­szli. Zo­stało je­dy­nie kilku śmiał­ków sie­dzą­cych z sa­mego tyłu, a wśród nich zna­la­zła się le­żąca te­raz u mo­ich stóp kupa gówna. Fa­cet był już nie­źle na­wa­lony i, jak są­dzę, to wła­śnie al­ko­hol do­da­wał mu od­wagi, gdy się do mnie zbli­żył.

Smoke pod­szedł i po­ło­żył mi rękę na ra­mie­niu.

- Po­win­ni­śmy się zbie­rać. Wła­ści­ciel do­stał kasę, więc nie po­wi­nien pu­ścić pary z ust.

Ski­ną­łem mu głową.

- Zro­bię po­rzą­dek z tym - wska­za­łem głową na swoje dło­nie - i mo­żemy ru­szać.

- A co z nim? - za­py­tał Crow, pod­no­sząc nie­przy­tom­nego go­ścia z ziemi.

- Po­sadź jego dup­sko przy ba­rze. Jak oprzy­tom­nieje, ktoś z tej spe­luny od­stawi go do domu - od­po­wie­dział Cal­der, gdy od­cho­dzi­łem w kie­runku to­a­lety.

Po umy­ciu za­krwa­wio­nych kłykci i star­ciu kilku kro­pel krwi ze swo­jej twa­rzy i ka­tany wy­sze­dłem przed bar, gdzie bra­cia już na mnie cze­kali. Gdy kilka go­dzin póź­niej do­tar­li­śmy do klubu, na ze­wnątrz było już ciemno, jed­nak na­wet w mroku nie dało się nie za­uwa­żyć wkur­wio­nej twa­rzy na­szego pre­zesa, który cze­kał przed wej­ściem.

Le­dwo po­sta­wi­li­śmy stopy na żwi­rze, gdy ru­szył w na­szą stronę.

- Co to, do kurwy nę­dzy, było?

Prze­chy­li­łem głowę na bok, wi­dząc, że Shade pa­trzy wprost na mnie.

- Mó­wisz do mnie?

- A do kogo mam, do chuja, mó­wić?

Bra­cia sta­nęli obok mnie i ze zdzi­wie­niem przy­glą­dali się, jak ten ru­szył w na­szym kie­runku, a po­tem wkur­wiony sta­nął cen­tral­nie na­prze­ciwko mnie.

- Nie wiem, o co ci cho­dzi.

Shade za­ci­snął szczękę i zbli­żył się do mnie na tyle bli­sko, że po­czu­łem na twa­rzy jego wkur­wiony od­dech.

- To ci, kurwa, przy­po­mnę. Nie da­lej jak go­dzinę temu do­sta­łem te­le­fon od sze­ryfa hrab­stwa Oktib­beha, że jego syn zo­stał do­tkli­wie po­bity przez jed­nego z mo­ich lu­dzi. Gno­jek za­rze­kał się, że ten, który spu­ścił mu ło­mot, miał na imię Jett, a przy­naj­mniej tak zwra­cali się do niego jego kum­ple.

Kurwa. Te­raz stało się ja­sne, dla­czego ten fra­jer był tak pewny sie­bie. Miał plecy w po­staci ta­tu­sia z od­znaką.

- Skąd pew­ność, że to gno­jek nie pró­buje nas wro­bić? Już nie­je­den skur­wiel pró­bo­wał przy­pi­sać nam winy za coś, czego nie zro­bi­li­śmy - wtrą­cił po­moc­nie Smoke, sto­jący po mo­jej pra­wej stro­nie.

Po­trzą­sną­łem głową, po czym spoj­rza­łem pre­ze­sowi w oczy. By­li­śmy prak­tycz­nie tego sa­mego wzro­stu, więc to nie było trudne.

- Ta łajza mó­wiła prawdę. To ja stłu­kłem tego śmie­cia i je­śli mam być szczery, to po tym, co pier­do­lił, z ra­do­ścią zro­bił­bym to po­now­nie.

Shade na­piął ra­miona i za­ci­snął szczękę.

- Nie ob­cho­dzi mnie, czy gnój sam się o to pro­sił, czy może po pro­stu mia­łeś ochotę ko­muś do­je­bać. Chase od lat przy­myka oko na to, że pro­wa­dzimy in­te­resy na jego te­re­nie - wark­nął. - Nie chcemy mieć w nim wroga tylko dla­tego, że je­den z na­szych nie po­trafi nad sobą za­pa­no­wać.

- Ten mały skur­wiel roz­no­sił gówno na te­mat na­szego klubu. Po­wi­nie­nem był wy­rwać mu ję­zyk, z któ­rego i tak nie po­tra­fił zro­bić użytku, a po­tem wsa­dzić mu go w dupę, co w jego przy­padku aku­rat mia­łoby sens, bio­rąc pod uwagę to, co wy­cho­dziło z jego par­szy­wej gęby.

Sto­jący po mo­ich oby­dwu stro­nach bra­cia par­sk­nęli ci­cho śmie­chem. Shade przez chwilę pa­trzył mi w oczy, a po­tem on rów­nież ro­ze­śmiał się gło­śno.

- Na­stęp­nym ra­zem, za­nim ko­goś po­ła­miesz, upew­nij się tylko, że to nie za­szko­dzi klu­bowi. Wbrew po­zo­rom nie jest ła­two zna­leźć ko­goś ta­kiego jak Chase. On, w prze­ci­wień­stwie do syna, trzyma gębę na kłódkę. Po­ga­dam z nim i każę mu skró­cić smycz temu gnoj­kowi.

- W tym przy­padku le­piej się spraw­dzi ka­ga­niec - za­śmiał się Cal­der.

Shade wy­giął brew ku gó­rze i wska­zał na mnie pal­cem.

- To, że sy­nal­kowi się na­le­żało, nie zmie­nia faktu, że masz nad sobą pa­no­wać - po­wie­dział, po czym spoj­rzał na resztę braci. - To zresztą do­ty­czy was wszyst­kich.

- Tak jest, sze­fie - par­sk­nął Cal­der, po­da­jąc Shade'owi torbę z pie­niędzmi.

Pre­zy­dent od razu zaj­rzał do środka, a po­tem z uzna­niem ski­nął głową.

- Wi­dzę, że po­mimo drob­nych nie­po­ro­zu­mień wszystko po­szło zna­ko­mi­cie.

- A czy kie­dyś było ina­czej? - za­py­tał Cal­der.

Shade prych­nął, spo­glą­da­jąc na swo­jego vice.

- Póki co nie, ale kto wie. Z wa­szymi tem­pe­ra­men­tami je­stem pe­wien, że to tylko kwe­stia czasu - wes­tchnął. - Do­brze, ro­bota zro­biona, więc czas się wy­lu­zo­wać i tro­chę za­ba­wić. - Prze­rzu­cił torbę przez ra­mię, przez co ta z ło­sko­tem ude­rzyła go w plecy, i ru­szył w kie­runku wej­ścia.

* * *

- Ale do­piero, gdy jej mąż wró­cił wcze­śniej z pracy, zro­biło się na­prawdę go­rąco - par­sk­nął sie­dzący przy ba­rze Crow, który od paru mi­nut opo­wia­dał nam o swo­jej dzi­siej­szej randce z wy­ha­czoną na mie­ście la­ską. - Gość mało nie do­stał wy­lewu, wi­dząc, jak jego żona robi mi loda.

- U-uu, czyli nie za­li­czy­łeś tej panny? - za­py­tał Cade, przy­bie­ra­jąc kpiący wy­raz twa­rzy.

Crow po­trzą­snął głową, uśmie­cha­jąc się dum­nie.

- Nie no, osta­tecz­nie ją puk­ną­łem, choć naj­pierw mu­sia­łem się za­jąć jej mę­żem.

Cade za­chły­snął się pi­wem, a ja mało nie oplu­łem się swoim. Bra­cia sie­dzący obok nas par­sk­nęli śmie­chem.

- Ja pier­dolę, nie mów mi, że jego też wy­ru­cha­łeś - prych­nął Duży Mike, na­dal się śmie­jąc.

- Nie, de­bilu. - Crow z uśmie­chem po­trzą­snął głową, od­su­wa­jąc się od kasz­lą­cego Cade'a. - Mę­żu­lek wpadł w szał, więc da­łem mu w pysk, a to wy­star­czyło, żeby od­pły­nął na ja­kiś czas.

- A ty sko­rzy­sta­łeś z oka­zji, by do­brać się do jego nie­wier­nej żonki - za­kpił Drake.

Crow upił spory łyk z bu­telki, a po­tem po­słał nam wszyst­kim sze­roki uśmiech.

- W za­sa­dzie to nie mu­sia­łem nic ro­bić. La­ska tak się na­pa­liła, że pra­wie po­darła na mnie spodnie.

- Kurwa, masz wię­cej szczę­ścia niż ro­zumu, bra­cie. - Tym ra­zem głos na­le­żał do Smoke'a. - Gość mógł z ła­two­ścią od­strze­lić ci fiuta, skoro był już na wierz­chu.

- Ra­cja - przy­tak­nął ojcu Cal­der. - Zdra­dzony fa­cet nie my­śli ra­cjo­nal­nie.

Po­sta­wi­łem piwo na ba­rze i opar­łem łok­cie o blat.

- Prze­bić go może je­dy­nie zdra­dzona ko­bieta. Chyba nie ma na świe­cie nic bar­dziej nie­bez­piecz­nego niż wście­kła baba - po­wie­dzia­łem.

- Zga­dzam się. - Drake stuk­nął swoim pi­wem w moją bu­telkę. - Baby po­tra­fią być wredne. Taka już ich na­tura. To cud, że ża­den z nas nie skoń­czył z od­strze­lo­nym ku­ta­sem.

Kiw­ną­łem na zgodę, po­dob­nie jak po­zo­stali.

- Są wredne, bo trak­tu­je­cie je okrop­nie.

Wszy­scy spoj­rze­li­śmy za sie­bie, sły­sząc de­li­katny głos Mai. Ża­den z nas nie za­uwa­żył, kiedy do nas po­de­szła.

- Nie wie­dzia­łem, że tam sto­isz - zmi­ty­go­wał się Drake.

Usta dziew­czyny wy­gięły się w uśmie­chu.

- A co, był­byś mniej szorstki w swo­jej oce­nie, gdy­byś wie­dział, że słu­cham?

Drake uśmiech­nął się sze­roko i po­trzą­snął głową.

- Ab­so­lut­nie nie.

- Tak my­śla­łam. Po­win­ni­ście po­pra­co­wać nieco nad ma­nie­rami, chłopcy, bo nie­długo żadna nor­malna ko­bieta nie bę­dzie chciała mieć z wami nic wspól­nego. - Po­de­szła do Smoke'a i przy­tu­liła się do niego.

Męż­czy­zna mo­men­tal­nie ob­jął ją ra­mie­niem i zło­żył po­ca­łu­nek na jej czole. Oglą­da­nie na­szego by­łego pre­zy­denta w roli tro­skli­wego ojca było nie­co­dzien­nym, ale bar­dzo cie­ka­wym zja­wi­skiem. Na ogół kon­kretny, do­świad­czony i nieco zimny, gdy na ho­ry­zon­cie po­ja­wiała się Maya, za­mie­niał się w plu­szo­wego mi­sia. Zresztą nic dziw­nego. Fa­cet do­piero nie­dawno od­zy­skał córkę. Przez lata my­ślał, że za­mor­do­wał ją kon­ku­ren­cyjny klub, który zresztą się do tego przy­znał. Prawda oka­zała się zu­peł­nie inna. Car­mella, bo tak brzmiało jej praw­dziwe imię, zo­stała po­rwana przez jed­nego z na­szych lu­dzi, a wszystko przez, jak się oka­zało, chorą mi­łość, którą gość ży­wił do matki dziew­czyny. Do­piero nie­dawno wy­szło na jaw, że jego córka przez lata żyła tuż obok. Dziew­czynę wy­cho­wy­wała Abi­gail, matka Con­nie, na­szej klu­bo­wej dziwki. Ko­bieta wmó­wiła ma­łej Mai, że jest jej bab­cią i poza nią i Con­nie ta nie ma żad­nej ro­dziny. Do­piero po śmierci Abi­gail, gdy Maya tra­fiła do na­szego klubu, prawda uj­rzała świa­tło dzienne.

- Jak się dzi­siaj czu­jesz? - za­py­tał z tro­ską Smoke, kiedy dziew­czyna we­szła za bar.

Jej wzrok na mo­ment za­trzy­mał się na bu­telce, którą trzy­ma­łem w dłoni, jed­nak szybko prze­nio­sła spoj­rze­nie z po­wro­tem na ojca.

- Cał­kiem nie­źle, dzię­kuję. Rana już pra­wie się za­go­iła, więc prak­tycz­nie nie boli.

- To do­brze - od­parł z ulgą. - A nud­no­ści? Na­dal masz z tym pro­blem?

Dziew­czyna po­gła­dziła się po le­dwo wi­docz­nym uwy­pu­kle­niu na brzu­chu i uśmiech­nęła się do niego czule.

- Rano tro­chę jesz­cze mnie mdli, ale her­batki Iris po­ma­gają, tak że jest okej.

- O tak, mik­stury Iris i Che­rie wszyst­kich sta­wiają na nogi. Kilka szkla­ne­czek i czło­wiek od razu czuje się jak nowo na­ro­dzony - wtrą­cił Crow.

Blon­dynka po­słała mu kpiący uśmiech.

- No cóż... w twoim wy­padku po pro­stu trzeba by było ogra­ni­czyć spo­ży­wa­nie al­ko­holu, albo naj­le­piej w ogóle prze­stać pić. Wtedy żadne mik­stury nie będą ci po­trzebne - za­drwiła, się­ga­jąc po czy­stą szklankę. Na­lała so­bie wody, a po­tem unio­sła szklankę w ge­ście to­a­stu. - Cier­pisz dla chwi­lo­wych przy­jem­no­ści, ko­lego.

Crow wy­mow­nie spoj­rzał na jej brzuch, a po­tem uniósł brwi i za­cmo­kał.

- A więc zdaje się, że dużo nas łą­czy. - Uśmiech­nął się chy­trze. - I ty, i ja cier­pimy z tych sa­mych po­wo­dów. - Za­śmiał się, a po­tem syk­nął, gdy Cal­der zdzie­lił go ręką po gło­wie. - Aua, za co to, kurwa, było?

Przy ba­rze na­stała ci­sza, którą prze­rwał gło­śny śmiech Mai. Dziew­czyna od­sta­wiła szklankę, oparła łok­cie o blat baru i po­trzą­snęła głową.

- W twoim kre­tyń­skim stwier­dze­niu jest zia­renko prawdy, ale mimo wszystko nie mó­wi­ła­bym tego gło­śno. Ktoś mógłby się nie­źle wku­rzyć, sły­sząc twoje słowa.

Crow po­now­nie się wy­szcze­rzył i po­dob­nie jak Maya oparł łok­cie na ba­rze.

- A co może mi zro­bić ko­bieta, szcze­gól­nie w ciąży?

Tym ra­zem to blon­dynka wy­szcze­rzyła do niego zęby.

- Och... nie mó­wi­łam o so­bie. - Za­mil­kła na chwilę, po czym wy­pa­liła: - Mó­wi­łam o Sha­dzie.

Jej słowa na­tych­miast starły głup­ko­waty uśmiech z twa­rzy na­szego brata.

- Chyba mnie nie wsy­piesz przed sze­fem, co?

Maya za­gry­zła wargę, praw­do­po­dob­nie pró­bu­jąc nie wy­buch­nąć śmie­chem.

- Nie mu­szę. Od dwóch mi­nut stoi za two­imi ple­cami.

- Kurwa - mruk­nął Crow, wy­trzesz­cza­jąc oczy, a na­stęp­nie z wy­cią­gnię­tymi przed sie­bie dłońmi od­wró­cił się do tyłu, sta­jąc twa­rzą w twarz z na­szym pre­zy­den­tem. Brat przy­brał swoją naj­bar­dziej nie­winną minę, po czym zwró­cił się do Shade'a: - Prez, wiem, że sam się pro­szę o wpier­dol, jed­nak za­nim stłu­czesz mnie na mia­zgę, pa­mię­taj, że na ju­tro je­stem umó­wiony z klien­tem, a zdaje się, że reszta ma już przy­dzie­lone za­ję­cia, więc byłby to dla cie­bie spory kło­pot.

Nasz pre­zy­dent za­ło­żył ra­miona na piersi i wy­giął usta w krzy­wym uśmie­chu, mie­rząc Crowa wzro­kiem.

- Bez obaw. Zdaje się, że Cal­der już po­zba­wił cię jed­nej z dwóch ist­nie­ją­cych ko­mó­rek w twoim mó­zgu. I masz ra­cję, spusz­cze­nie ci manta by­łoby jak strzał w ko­lano, bo na twoje szczę­ście po­trze­buję lu­dzi.

Crow uśmiech­nął się sze­roko, po­kle­pał Shade'a po ra­mie­niu, a po­tem prze­chy­lił się do tyłu, opie­ra­jąc się ple­cami o bar.

- I to w to­bie lu­bię, prez. Nie dzia­łasz im­pul­syw­nie. Za­wsze kie­ru­jesz się roz­sąd­kiem, a nie emo­cjami. Twoje de­cy­zje w więk­szo­ści są za­pla­no­wane, bo umiesz prze­wi­dzieć ich skutki. Wła­śnie dla­tego je­steś ide­al­nym przy­wódcą.

To stwier­dze­nie wy­wo­łało kilka par­sk­nięć i ci­chy chi­chot Mai. I to nie tak, że Crow nie mó­wił prawdy. Shade rze­czy­wi­ście był świet­nym przy­wódcą, mię­dzy in­nymi dla­tego, że kie­ro­wał się zdro­wym roz­sąd­kiem i kal­ku­la­cją, co moim zda­niem jest zde­cy­do­wa­nie lep­szą stra­te­gią w po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji. Tak więc stwier­dze­nie brata po­twier­dzało fak­tyczny stan, jed­nak po­wód, dla któ­rego to po­wie­dział, był już ra­czej kiep­ski. Pod­li­zy­wa­nie się, by ra­to­wać skórę, było, jest i bę­dzie... chu­jowe.

- Otóż to. Wła­śnie dla­tego po­sta­no­wi­łem, że jak już wró­cisz od klienta, to na­stępny ty­dzień spę­dzisz w kuchni, po­ma­ga­jąc Che­rie i Iris. - Shade, po­dob­nie jak bra­cia sie­dzący przy ba­rze, wy­giął usta w uśmie­chu, wi­dząc, jak sze­roki uśmiech znika z twa­rzy na­szego brata. - Bę­dzie to ide­alna oka­zja, by zo­ba­czyć, jak po­wstają te cu­downe mik­sturki. - Urwał, po czym uśmiech­nął się nie­mal tak sze­roko jak przed mo­men­tem Crow. - W za­sa­dzie skoro ro­botę masz za­pla­no­waną do­piero na ju­tro, to mo­żesz za­cząć już dzi­siaj.

Bra­cia nie zdo­łali po­wstrzy­mać śmie­chu, wi­dząc jego minę.

- Ale... - za­czął Crow, lecz mo­men­tal­nie za­milk­nął, gdy Shade po­trzą­snął głową.

- I je­śli na­prawdę nie chcesz mnie wkur­wić, ra­dzę ci zro­bić wszystko, żeby ko­biety były za­do­wo­lone z two­jej pracy, czy to ja­sne?

Crow prze­wró­cił oczami, mimo to ski­nął głową.

- Jak słońce, sze­fie.

- Świet­nie - po­wie­dział Shade, a na­stęp­nie zwró­cił się do Cal­dera: - Je­dziemy z Car­mellą do Bir­ming­ham, więc przez naj­bliż­sze kilka go­dzin będę nie­do­stępny. Zaj­miesz się wszyst­kim.

- Okej - od­parł nie­pew­nie blon­dyn, po czym zmarsz­czył brwi. - My­ślisz, że to do­bry czas, by ro­bić so­bie wy­cieczki? Bar­dzo moż­liwe, że oj­ciec Da­sha bę­dzie szu­kał ze­msty, skoro za­bi­li­śmy mu syna. - Urwał, po czym pa­trząc na sio­strę, do­dał nieco ci­szej: - Poza tym moja sio­stra chyba jesz­cze nie czuje się naj­le­piej.

Shade na­piął się jak struna.

- Nie py­ta­łem cię...

- Shade. - Jedno słowo dziew­czyny wy­star­czyło, by pre­zy­dent nieco się uspo­koił. Przez chwilę na nią pa­trzył, po czym po­now­nie prze­niósł wzrok na swo­jego vice.

- Nie po­zwolę ni­komu skrzyw­dzić two­jej sio­stry - burk­nął, po­sy­ła­jąc mu ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. - Wiem, że Dy­mi­trow może szu­kać ze­msty, ale je­dyne, co do­sta­nie, to długa i po­wolna śmierć, czyli do­kład­nie to samo, co do­stał jego syn. - Z tymi sło­wami wy­cią­gnął rękę do Mai. - Go­towa?

- Tak. - Dziew­czyna wy­szła zza baru i po­dała mu dłoń.

Shade przy­cią­gnął ją do swo­jego boku i ob­jął opie­kuń­czo ra­mie­niem, przez co drobna dziew­czyna nie­mal znik­nęła w jego ob­ję­ciach.

- I nie, nie wy­bie­ramy się na wy­cieczkę - ode­zwał się po­now­nie Shade - Je­dziemy do le­ka­rza.

Smoke i Cal­der wstali ze swych krze­seł.

- Co się dzieje? - za­py­tali nie­mal w tym sa­mym mo­men­cie, sta­jąc tuż przed przy­tu­la­jącą się parą. - Coś z dziec­kiem?

Maya wy­su­nęła się z opie­kuń­czych ob­jęć swo­jego męż­czy­zny i spoj­rzała na ojca i brata.

- Wszystko w po­rządku. - Uśmiech­nęła się do nich czule. - To zwy­kła wi­zyta kon­tro­lna, czyli nic, czym po­win­ni­ście się mar­twić, bo, tak jak mó­wi­łam wcze­śniej, oprócz nie­wiel­kich mdło­ści nic mi nie do­lega. A co do tego ca­łego Dy­mi­trowa, to prze­cież by­li­ście świad­kami na­szej roz­mowy z Ga­vi­nem, więc wie­cie, że jego lu­dzie mają go na oku. Je­śli po­jawi się gdzieś w po­bliżu, to bę­dziemy o tym wie­dzieć.

Cal­der wsu­nął dło­nie w tylne kie­sze­nie spodni i za­ko­ły­sał się na pię­tach. Wy­glą­dało, jakby chciał coś po­wie­dzieć, ale tego nie zro­bił.

- Wiem, że wasz strach wy­nika z obawy, że znowu mnie stra­ci­cie, ale tak się nie sta­nie. Z Shade'em je­stem tak samo bez­pieczna jak z wami. Mu­si­cie się tro­chę uspo­koić, a szcze­gól­nie ty, bra­ciszku, bo je­śli nie wy­lu­zu­jesz, to za chwilę bę­dziesz si­wiutki jak oj­ciec.

- Halo, ja tu cią­gle stoję - ob­ru­szył się Smoke, choć na jego twa­rzy po­ja­wił się uśmiech, gdy córka szturch­nęła go w ra­mię.

Cal­der spoj­rzał na ojca, a po­tem wy­giął ką­ciki ust ku gó­rze.

- Cho­lera, chyba masz ra­cję. Nie chcę wy­glą­dać jak nasz sta­ru­szek. Bra­kuje mu jesz­cze dłu­giej szaty i oku­la­rów w kształ­cie pół­księ­życa, by wy­glą­dać jak ten dzi­wak Dum­ble­dore z Harry'ego Pot­tera.

Dziew­czyna unio­sła brwi.

- Je­stem w szoku, że wiesz, jak wy­glą­dał Dum­ble­dore. Nie wie­dzia­łam, że czy­tasz ta­kie książki.

- Bo nie czy­tam. La­ska, z którą się kie­dyś spo­ty­ka­łem, miała ho­pla na punk­cie tej se­rii, dla­tego w kółko o niej na­wi­jała - par­sk­nął.

Maya z wy­ra­zem roz­ba­wie­nia na twa­rzy prze­nio­sła spoj­rze­nie z brata na ojca.

- Dum­ble­dore nie był dzi­wa­kiem, tylko cza­ro­dzie­jem, ale fak­tycz­nie, je­śli po­mi­nąć wiek, tro­chę go przy­po­mi­nasz.

- Może coś w tym jest. - Smoke po­ru­szył dłońmi i chrząk­nął z za­do­wo­le­niem. - Iris wciąż po­wta­rza, że moje pa­luszki są ma­giczne.

Wszy­scy par­sk­nęli śmie­chem, na­to­miast Maya zro­biła ko­miczną minę, a na­stęp­nie po­cią­gnęła Shade'a za rękę, ru­sza­jąc ra­zem z nim w kie­runku drzwi.

- Chodźmy już. Mój żo­łą­dek może nie wy­trzy­mać dal­szych wy­nu­rzeń mo­jego ojca. - Jed­nak za­nim prze­kro­czyli próg, od­wró­ciła się i za­wo­łała do brata: - Pa­mię­taj, Cal­der, że ży­cie jest zbyt piękne i zbyt krót­kie, by je mar­no­wać. Więc za­miast wszę­dzie do­szu­ki­wać się ne­ga­ty­wów, skup się na tym, co do­bre.

Cal­der prze­cze­sał dło­nią swoje blond włosy i wy­giął usta ku gó­rze, co z pew­no­ścią miało ją uspo­koić.

- Za­pa­mię­tam - po­wie­dział, nim znik­nęła za drzwiami.

Zna­łem go na tyle, by móc z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że ten uśmiech nie był praw­dziwy, lecz wy­mu­szony. Mój naj­lep­szy przy­ja­ciel, po­dob­nie jak ja, miał swoje de­mony, któ­rych mimo upływu czasu na­dal nie udało mu się po­ko­nać, i zma­gał się z wy­rzu­tami su­mie­nia. Żal i po­czu­cie winy, które wciąż go tra­wiły, miały zwią­zek z dwiema ko­bie­tami, które, jak są­dzę, bar­dzo ko­chał. Pierw­szą z nich była Maya. Cal­der przez lata ob­wi­niał się za jej po­rwa­nie i mimo że sam był wtedy dziec­kiem, ubz­du­rał so­bie, że wszystko, co się w tam­tym cza­sie wy­da­rzyło, to wy­łącz­nie jego wina. Uznał tak, po­nie­waż w dniu, gdy do­szło do po­rwa­nia, jego matka po­je­chała ku­pić mu pre­zent uro­dzi­nowy, o który ją cią­gle mę­czył. Brat długo uwa­żał, że w in­nym przy­padku matka zo­sta­łaby w domu, a jego sio­strze nic by się nie stało. To oczy­wi­sta bzdura, po­nie­waż gnój, który ją po­rwał, i tak zna­la­złby spo­sób, by ją upro­wa­dzić. A po­tem, kiedy Maya po la­tach zja­wiła się w klu­bie, Cal­der był do niej bar­dzo scep­tycz­nie na­sta­wiony. Uwa­żał, że dziew­czyna nie jest tym, za kogo się po­daje, i kom­bi­nuje coś z Con­nie. Swoje na­sta­wie­nie zmie­nił do­piero po ba­da­niach DNA, które do­wio­dły, że fak­tycz­nie są bio­lo­gicz­nym ro­dzeń­stwem. Jed­nak na­wet to, że dziew­czyna wy­ba­czyła bratu jego pa­skudne za­cho­wa­nie i, po­dob­nie jak ich oj­ciec, prze­ko­ny­wała go, że jej po­rwa­nie nie miało z nim nic wspól­nego, na nie­wiele się zdało. Żal i po­czu­cie winy zbyt głę­boko się w nim za­ko­rze­niły, by mógł się ich tak po pro­stu po­zbyć.

Ko­lejną ko­bietą była Bla­ire, córka Che­rie i na­szego naj­star­szego członka klubu, Cade'a. Bla­ire ra­czej rzadko się tu po­ja­wiała. Z tego, co mi było wia­domo, ani Che­rie, ani tym bar­dziej Cade nie ży­czyli so­bie, by ich córka się tu krę­ciła, szcze­gól­nie pod­czas im­prez. Wszystko się zmie­niło, gdy w klu­bie po­ja­wiła się Maya. Dziew­czyny były w po­dob­nym wieku, więc nikt się nie dzi­wił, że mo­men­tal­nie zła­pały kon­takt. Dzięki temu Bla­ire mo­gła być tu częst­szym go­ściem, co oczy­wi­ście nie uszło uwa­dze Cal­dera. Nie dało się za­prze­czyć, cią­gnęło ich do sie­bie. Byli jak dwa przy­cią­ga­jące się ma­gnesy. Ile­kroć dziew­czyna wpa­dała z wi­zytą, nie mo­gła ode­rwać wzroku od brata swo­jej no­wej przy­ja­ciółki. Cal­der rów­nież ob­ser­wo­wał ją ni­czym ja­strząb i war­czał na każ­dego, kto choćby spoj­rzał na tę ru­do­włosą pięk­ność. Jed­nak za­wsze za­cho­wy­wał dy­stans, cza­sami na­wet uda­jąc obo­jęt­ność... a przy­naj­mniej tak było do im­prezy po­wi­tal­nej Mai. Wtedy spę­dzili ze sobą noc. Mo­głoby się wy­da­wać, że to po­winno ich do sie­bie zbli­żyć, ale Cal­der po­wie­dział Bla­ire, żeby po­rzu­ciła na­dzieję na ja­ki­kol­wiek zwią­zek, bo tak na­prawdę po­peł­nili błąd. Te słowa zra­niły Bla­ire. Je­śli miał­bym być szczery, to ja rów­nież by­łem nieco zszo­ko­wany, szcze­gól­nie że wi­dzia­łem, jak na nią pa­trzył. Jakby była naj­pięk­niej­szą istotą na ziemi, dla­tego za cho­lerę nie mo­głem zro­zu­mieć, dla­czego to zro­bił. Do­piero po kilku dniach udało mi się wy­cią­gnąć z niego prawdę. Chciał ją po pro­stu od­su­nąć od sie­bie, żeby ją chro­nić. Cal­der zdał so­bie sprawę, że idąc z nią do łóżka, po­stą­pił ego­istycz­nie. Wie­dział, że dziew­czyna jest w nim za­ko­chana, i mimo że to uczu­cie było w stu pro­cen­tach od­wza­jem­nione, nie mo­gli być ra­zem. Przez nie­mal osiem­na­ście lat Che­rie i Cade trzy­mali córkę z dala od tego miej­sca, wie­dząc do­sko­nale, jak nie­bez­pieczne bywa ży­cie w klu­bie. Mie­li­śmy wro­gów, któ­rzy tylko cze­kali, by skrzyw­dzić ko­go­kol­wiek z nas lub na­szych bli­skich.

Oka­zało się, że brat był dużo lep­szym czło­wie­kiem niż ja, wie­dział, kiedy się wy­co­fać. Zre­zy­gno­wał ze szczę­ścia, by uko­chana ko­bieta miała szansę na nor­malne ży­cie, któ­rego on nie mógł jej dać. Nie­stety w kon­se­kwen­cji drę­czyły go wy­rzuty su­mie­nia, bo zła­mał jej serce.

Ro­zu­mia­łem po­stę­po­wa­nie brata i gdy­bym mógł cof­nąć czas, zro­bił­bym iden­tycz­nie ze Sky. Usu­nął­bym się w cień, gdy­bym był świa­domy, do czego do­pro­wa­dzi ją nasz zwią­zek. Je­dyne, co w przy­padku Cal­dera roz­wią­zał­bym ina­czej, to po­wie­dział­bym prawdę. Bla­ire nie była głu­pia, wie­lo­krot­nie wi­działa, do czego zdolni są nasi wro­go­wie, dla­tego zro­zu­mia­łaby mo­tywy jego de­cy­zji. A na­wet je­śli nie, to i tak na­wet naj­gor­sza prawda była lep­sza niż ja­kie­kol­wiek kłam­stwo, choćby użyte w do­brym celu. Cal­der jed­nak po­sta­no­wił ina­czej, a ja nie mia­łem prawa się wtrą­cać.

- A więc masz za­miar znów spo­tkać się z tą mę­żatką? - za­py­tał Smoke.

Prze­łkną­łem ślinę i zmu­si­łem się, by po­now­nie sku­pić się na tym, co mówi.

- Za cho­lerę. - Crow po­trzą­snął głową z wy­ra­zem znie­sma­cze­nia na twa­rzy. - Ten je­den raz w zu­peł­no­ści mi wy­star­czy. Lu­bię ad­re­na­linę, ale nie aż tak. La­ska była kon­kret­nie szur­nięta, a od ta­kich le­piej trzy­mać się z da­leka.

- Ra­cja - wes­tchnął Smoke. - W na­szym ży­ciu wra­żeń mamy aż nadto i nie po­trzeba nam ko­lej­nych.

Drake prze­chy­lił głowę i uśmie­cha­jąc się kpiąco, spoj­rzał na Crowa.

- Tak, a skoro mowa o wra­że­niach, to le­piej po­wiedz, czym nas dzi­siaj na­kar­misz - za­kpił, po czym prze­niósł na nas roz­ba­wione spoj­rze­nie. - Zjadł­bym du­żego, do­brego, krwi­stego steka, a wy, chło­paki?

- O tak, naj­le­piej ta­kiego z ma­słem czosn­ko­wym i gril­lo­wa­nymi wa­rzy­wami - do­da­łem, pa­trząc wprost na co­raz bar­dziej wkur­wio­nego brata.

Naj­wy­raź­niej już za­po­mniał, że ma dzi­siaj dy­żur w kuchni, i to zresztą na wła­sne ży­cze­nie.

- Do tego pie­czone ziem­niaczki albo kla­syczne frytki. Cho­lera, już zro­bi­łem się głodny - mruk­nął Cade, gła­ska­jąc się po swoim za­okrą­glo­nym brzu­chu.

- Gówno do­sta­nie­cie - mruk­nął brat, wsta­jąc z krze­sła. - A to­bie, Cade, za­miast góry mię­cha przy­da­łaby się ra­czej dieta. - Su­ge­styw­nie spoj­rzał na jego brzuch. - Nie­długo dupa nie zmie­ści ci się na mo­to­rze. Nie wspo­mnę już o tym, że w łóżku Che­rie za­miast ogiera ma wa­ła­cha z nad­wagą.

Wszy­scy par­sk­nęli śmie­chem, na­wet ja, wi­dząc zło­śliwy błysk w oczach Cade'a.

- Wolę wal­czyć z nad­wagą niż z cho­robą we­ne­ryczną, tak jak ty.

Crow zmarsz­czył brwi, pa­trząc na niego.

- Wolne żarty. Za­wsze się za­bez­pie­czam i jesz­cze mi się nie zda­rzyło, że­bym coś ze sobą przy­wlókł. - Zła­pał się za kro­cze, po czym prze­niósł wzrok na Du­żego Mike'a. - Ale znam ko­goś, kto wy­ho­do­wał coś ta­kiego na ja­jach. To była chla­my­dia, prawda, bra­cie?

Mike na­tych­miast za­re­ago­wał. Od­sta­wił piwo i spoj­rzał na niego gniew­nie.

- Pier­dol się, Crow. To nie była żadna cho­roba we­ne­ryczna, tylko zwy­kłe prze­zię­bie­nie - wy­ce­dził przez zęby, ru­sza­jąc w jego kie­runku, na co ten pu­ścił się bie­giem w stronę kuchni.

- No nie wiem - par­sk­nął, od­wra­ca­jąc się tuż przed drzwiami. - Za­li­czy­łeś wtedy chyba z pię­ciu le­ka­rzy i spła­wi­łeś każdą la­skę, która miała na cie­bie ochotę. Gdyby to była zwy­kła grypa, nic by cię nie po­wstrzy­mało. Chla­my­dia jak nic! - Ostat­nie nie­mal wy­krzy­czał, wbie­ga­jąc do kuchni.

Duży Mike po­trzą­snął głową i ru­szył z po­wro­tem do baru, mru­cząc pod no­sem prze­kleń­stwa, ale gdy spoj­rzał na nas, sta­nął w miej­scu.

- Co?! - wark­nął, marsz­cząc przy tym brwi.

- Prze­cież nic nie mó­wimy - ode­zwał się Cal­der, le­d­wie po­wstrzy­mu­jąc śmiech.

- Nie mu­si­cie nic ga­dać, wy­star­czy, że wi­dzę wa­sze za­do­wo­lone mordy - burk­nął, po­now­nie sia­da­jąc przy ba­rze.

- Daj spo­kój, bra­cie. Sam mu­sisz przy­znać, że to było za­bawne. Wszy­scy pa­mię­tamy, jak snu­łeś się bez ży­cia po klu­bie, a wszystko z po­wodu kilku dni abs­ty­nen­cji.

Duży Mike skie­ro­wał spoj­rze­nie na na­szego vice.

- Kilku? Po­nad mie­siąc nie mia­łem seksu, bo któ­ryś z was, pa­ta­ła­chy - pod­kre­ślił ostat­nie słowo - na­pier­do­lił wszyst­kim oko­licz­nym la­skom, że mam cho­robę we­ne­ryczną. I na­wet wtedy, gdy oka­zało się to bzdurą, panny na­dal nie chciały mieć ze mną nic wspól­nego.

- Ekm, no cóż... - Cal­der po­dra­pał się po swo­jej blond czu­pry­nie, a po­tem wy­szcze­rzył się do Du­żego Mike'a -...w za­sa­dzie to twoja wina. Sam za­su­ge­ro­wa­łeś pan­nom, że po­winny skon­tro­lo­wać zdro­wie. My tylko pod­po­wie­dzie­li­śmy, w ja­kim kie­runku na­le­ża­łoby się prze­ba­dać.

- Wiel­kie, kurwa, dzięki. A tak w ogóle to wszystko wina Mai i tej jej kum­peli. To one wci­snęły mi kit o cho­ro­bie, a ja, jak skoń­czony de­bil, uwie­rzy­łem - wes­tchnął. - Nie od dziś wia­domo, że ba­bom w ogóle nie można ufać.

- Uwa­żaj - wark­nął Smoke, na co Duży Mike uniósł dło­nie przed sie­bie.

- Było, mi­nęło. Do ni­kogo nie cho­wam urazy.

- No ja my­ślę - wy­ce­dził po­now­nie nasz były pre­zy­dent. - Cho­ciaż mu­szę przy­znać, że gdy te dwie są ra­zem, to ka­ta­strofa mu­ro­wana.

- Fakt - po­twier­dził Cal­der. - Ale są też do­bre strony. Nasz ro­zejm z Ba­stards jesz­cze ni­gdy nie trwał tak długo.

Smoke za­ci­snął usta.

- Ra­cja. Te­raz, kiedy Bar­raza pa­no­szy się co­raz bar­dziej, każdy so­jusz­nik jest na wagę złota.

- Ostat­nio coś uci­chli. Może w końcu zro­zu­mieli, że gówno od nas do­staną.

Od­sta­wi­łem pu­stą bu­telkę na bar, po czym zwró­ci­łem się do przy­ja­ciela:

- Ra­czej mało praw­do­po­dobne. Kar­tel tak ła­two nie zre­zy­gnuje. To pew­nie ci­sza przed bu­rzą.

Drake po­pa­trzył na mnie z za­cie­ka­wie­niem.

- My­ślę, że Jett ma ra­cję. Te su­kin­syny coś kom­bi­nują i z pew­no­ścią nie­długo znowu da­dzą o so­bie znać.

- Oby nie­prędko - wes­tchnął po­now­nie Smoke. - Nie mam już, kurwa, siły na ko­lejne ba­ta­lie. Prze­prawa z Loki cał­ko­wi­cie mnie wy­koń­czyła.

- Może czas przejść na eme­ry­turę, sta­ruszku. Iris z pew­no­ścią znaj­dzie ci ja­kieś za­ję­cie. Pie­le­nie ogródka czy coś - za­drwił Duży Mike.

Smoke prze­chy­lił głowę i spoj­rzał na brata z drwiną w oczach.

- Je­dyna praca, jaką będę kie­dy­kol­wiek wy­ko­ny­wał w ogro­dzie, to za­ko­py­wa­nie two­ich zwłok, ty mały, śmier­dzący za­razku.

Jego słowa wy­wo­łały salwy śmie­chu przy ba­rze i tylko Duży Mike nie wy­da­wał się roz­ba­wiony epi­te­tem, któ­rym okre­ślił go Smoke. W tym sa­mym mo­men­cie drzwi wej­ściowe się otwo­rzyły, a do baru we­szło kilka dziew­czyn za­pro­szo­nych na dzi­siej­szy wie­czór. Zlu­stro­wa­łem wzro­kiem nowo przy­by­łych go­ści i gdy moje oczy spo­częły na naj­bar­dziej wy­uz­da­nej pan­nie, jaka tu dzi­siaj za­wi­tała, od razu wie­dzia­łem, z kim spę­dzę noc.

Już dawno stra­ci­łem ra­chubę, z iloma ko­bie­tami by­łem. Od kilku ty­go­dni w za­sa­dzie nie ro­bi­łem nic in­nego, tylko pi­łem i za­li­cza­łem pa­nienki. Za­wsze wy­bie­ra­łem ta­kie, które chciały tylko tego co ja, czyli chwili za­po­mnie­nia, bez kom­pli­ka­cji i zbęd­nych py­tań.

* * *

Mu­sia­łem przy­trzy­mać się ściany, gdy kilka go­dzin póź­niej, już kon­kret­nie na­wa­lony, wbi­ja­łem się w pannę od tyłu. Pot spły­wał mi po twa­rzy i szyi, mo­cząc ko­szulkę, gdy moje bio­dra ryt­micz­nie ude­rzały w na­pa­loną la­skę. W po­koju było sły­chać je­dy­nie na­sze przy­śpie­szone od­de­chy.

- Moc­niej, Jett - sap­nęła, pa­trząc na mnie przez ra­mię.

Jedną rękę za­nu­rzy­łem w jej ciem­nych wło­sach i owi­ną­łem je so­bie wo­kół pię­ści, a drugą zła­pa­łem ją mocno za bio­dra, wbi­ja­jąc się ostro w jej mo­kre wnę­trze. La­ska jęk­nęła gło­śno, po czym za­częła ryt­micz­nie po­ru­szać bio­drami, na­dzie­wa­jąc się na mo­jego ku­tasa. Czu­łem, że jest już bli­sko, za­ci­sną­łem zęby i za­czą­łem rznąć ją jesz­cze moc­niej i szyb­ciej, do­kład­nie tak, jak tego po­trze­bo­wała. Chwilę póź­niej dziew­czyna do­szła z gło­śnym ję­kiem, a ja do­łą­czy­łem do niej kilka se­kund póź­niej, eks­plo­du­jąc w jej go­rą­cym, pul­su­ją­cym wnę­trzu. Wy­sze­dłem z niej i zdy­szany opar­łem się o ścianę. Za­mkną­łem oczy, pró­bu­jąc uspo­koić sza­le­jące tętno.

- To było nie­sa­mo­wite - mruk­nęła dziew­czyna, od­dy­cha­jąc rów­nie szybko jak ja.

Otwo­rzy­łem oczy aku­rat, gdy po­pra­wiała su­kienkę. Jej twarz była za­ru­mie­niona, a oczy prak­tycz­nie lśniły w de­li­kat­nym świe­tle noc­nej lampki. Ode­tchną­łem głę­boko.

- Pójdę się tego po­zbyć - mruk­ną­łem, wska­zu­jąc na pre­zer­wa­tywę, którą na­dal na so­bie mia­łem. - Po­win­naś do­łą­czyć do swo­ich przy­ja­ció­łek na dole - do­da­łem i nie pa­trząc na nią po­now­nie, ru­szy­łem w kie­runku ła­zienki, po­ty­ka­jąc się o po­roz­rzu­cane na pod­ło­dze rze­czy. W gło­wie wi­ro­wało mi jesz­cze bar­dziej niż wcze­śniej. Za­mkną­łem za sobą drzwi i pierw­sze, co zro­bi­łem, to po­zby­łem się gumki. Na­stęp­nie spoj­rza­łem na sie­bie w lu­strze i po­trzą­sną­łem głową. Może nie wy­glą­da­łem tra­gicz­nie, a z pew­no­ścią zda­rzało mi się wy­glą­dać le­piej. Do mo­ich noz­drzy do­szła kwia­towa, słodka woń per­fum dziew­czyny. Po tym, co przed chwilą ro­bi­li­śmy, nie było dziwne, że mdlący za­pach prze­szedł rów­nież na mnie. Od­krę­ci­łem kran i wsze­dłem pod prysz­nic, ma­jąc na­dzieję, że panna zdą­żyła już so­bie pójść. Je­dyne, o czym w tym mo­men­cie ma­rzy­łem, to wal­nąć się do łóżka i za­mknąć oczy. Mia­łem na­dzieję na cho­ciaż krótki sen. Ju­tro cze­kała mnie wy­prawa do Na­shville, a trzy­ipół­go­dzinna jazda na kacu nie na­le­żała do przy­jem­no­ści. Chwilę póź­niej, owi­nięty je­dy­nie w ręcz­nik, wsze­dłem do po­koju, by ze zdzi­wie­niem od­kryć, że la­ska nie ru­szyła się z miej­sca. Pod­sze­dłem do ko­mody po czy­stą bie­li­znę.

- Mia­łaś wyjść - burk­ną­łem, prze­szu­ku­jąc szu­fladę.

Usły­sza­łem ci­chy śmiech, a za­raz po­tem po­czu­łem jej za­pach tuż koło sie­bie.

- To dla cie­bie - mruk­nęła kilka cen­ty­me­trów za mną.

Zmarsz­czy­łem brwi i nim zdą­ży­łem na nią spoj­rzeć, przed mo­imi oczami po­ja­wiła się zło­żona na pół biała kartka.

- Co to jest? - za­py­ta­łem, jed­nak nim dziew­czyna zdą­żyła wy­ja­śnić, wzią­łem kartkę i ją roz­ło­ży­łem. Serce za­marło mi w piersi, a nogi nie­mal się pode mną ugięły. Mia­łem wra­że­nie, że cały wy­pity al­ko­hol w se­kundę ze mnie wy­pa­ro­wał. Za­ci­sną­łem palce na pa­pie­rze i wy­pu­ści­łem po­wie­trze przez nos, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad sza­le­ją­cymi we mnie emo­cjami.

- To mój...

- Wyjdź - wark­ną­łem, prze­ry­wa­jąc jej nie­zbyt uprzej­mie. - Za­bierz swoje rze­czy i wróć do swo­ich ko­le­ża­nek.

Przez mo­ment wy­glą­dała na zdez­o­rien­to­waną, lecz po chwili jej usta wy­krzy­wiły się w uśmie­chu.

- Ale ja nie chcę do nich wra­cać. Z tobą za­bawa jest dużo lep­sza - mruk­nęła, prze­jeż­dża­jąc pa­znok­ciem po moim na­gim tor­sie. - Wie­czór za­czął się cu­dow­nie i wie­rzę, że noc bę­dzie rów­nie im­po­nu­jąca.

Jej do­tyk nie­mal pa­lił moją skórę. Zro­bi­łem krok do tyłu, przez co jej ręka za­wi­sła w po­wie­trzu.

- Coś nie tak?

- Wyjdź - po­wie­dzia­łem, le­d­wie nad sobą pa­nu­jąc. Mój głos drżał, a żo­łą­dek za­ci­snął się w bo­le­sny su­peł.

Bru­netka za­gry­zła dolną wargę, a po­tem po­now­nie zmniej­szyła dy­stans mię­dzy nami.

- Ty chyba nie mó­wisz tego po­waż­nie.

- A wy­glą­dam, jak­bym, kurwa, żar­to­wał? - Za­ci­sną­łem szczękę i spoj­rza­łem na­chal­nej la­sce pro­sto w oczy. Mia­łem na­dzieję, że to wy­star­czy.

- Nie ro­zu­miem... - Dziew­czyna zmarsz­czyła brwi, pa­trząc na mnie tak, jakby mi wy­ro­sły dwie głowy.

- Po­wie­dzia­łem, że­byś wy­szła, więc to, kurwa, zrób! - wy­ce­dzi­łem przez zęby, a po­tem pod­sze­dłem do łóżka, gdzie le­żała jej to­rebka.

- Ale...

- Zdaje się, że moje słowa do cie­bie nie do­cie­rają, dla­tego po­wiem tak, że­byś tym ra­zem zro­zu­miała. - Wy­pier­da­laj z mo­jego po­koju! - Wci­sną­łem jej w rękę to­rebkę, zła­pa­łem ją za ra­mię i zszo­ko­waną po­pro­wa­dzi­łem do drzwi. Na­ci­sną­łem klamkę, lecz za­miast pu­stego ko­ry­ta­rza moim oczom uka­zał się Drake.

Eg­ze­ku­tor na mo­ment za­wie­sił wzrok na dziew­czy­nie, a po chwili prze­chy­lił głowę i spoj­rzał na mnie, su­ge­styw­nie uno­sząc brwi, gdy jego spoj­rze­nie spo­częło na ręcz­niku, któ­rym na­dal by­łem za­kryty.

- Wszystko w po­rządku? Sły­sza­łem krzyki.

Nie­znacz­nie ski­ną­łem głową, po czym po­ło­ży­łem dłoń na ple­cach bru­netki i de­li­kat­nie pchną­łem ją do przodu, przez co zna­la­zła się w jego ra­mio­nach.

- Dziew­czyna chce po­wtórki i nie za­mie­rza przy­jąć do wia­do­mo­ści, że ja nie mam na to ochoty.

Bru­netka, sły­sząc moje słowa, wy­pro­sto­wała się jak struna.

- Nie po­chle­biaj so­bie, Jett. Mia­łam dużo lep­szych od cie­bie. Chcia­łam ci je­dy­nie wy­świad­czyć przy­sługę. Kto wie, kiedy znowu za­li­czysz - mruk­nęła, wy­krzy­wia­jąc usta w szy­der­czym uśmie­chu. Po mi­łej dziew­czy­nie, którą była jesz­cze chwilę temu, nie zo­stał na­wet ślad. Wy­swo­bo­dziła się z ob­jęć Drake'a i spoj­rzała wprost na mnie. - Sama po­tra­fię zejść na dół, idioto. Nie po­trze­buję ni­czy­jej eskorty - prych­nęła, ru­sza­jąc przed sie­bie, jed­nak silne ra­mię Drake'a za­trzy­mało ją w miej­scu.

Opar­łem się o fra­mugę drzwi i za­ło­ży­łem ra­miona na piersi, cze­ka­jąc na to, co nie­unik­nione.

- Ro­zu­miem twoją wście­kłość, ma­leńka. Od­rzu­ce­nie to bar­dzo chu­jowe uczu­cie. To jed­nak nie daje ci prawa od­no­sić się w ten spo­sób do któ­re­go­kol­wiek z nas. Zdaje się, że za­po­mnia­łaś, że je­steś tu tylko go­ściem. Dla­tego weź­miesz swoje rze­czy i za­bie­rzesz się stąd w cho­lerę, a ja oso­bi­ście do­pil­nuję, żeby twoja dupa wię­cej się tu nie po­ja­wiła.

- Bez jaj! Chyba nie mó­wisz tego po­waż­nie? Prze­cież ja nic nie zro­bi­łam - pi­snęła, otwie­ra­jąc sze­roko oczy. - Zresztą to Duży Mike mnie tu za­pro­sił, więc tylko on może mnie stąd wy­rzu­cić.

Drake ro­ze­śmiał się gło­śno, a po­tem ru­szył ko­ry­ta­rzem wraz z szar­piącą się dziew­czyną.

- Jett, skoro ju­tro mamy ten wy­jazd, to bę­dzie ide­alna oka­zja, by ku­pić skur­wie­lowi oku­lary, bo zdaje się, że to jed­nak dość pilna sprawa - za­wo­łał do mnie, gdy za­trzy­mał się przy scho­dach pro­wa­dzą­cych na dół.

Dziew­czyna na­tych­miast wy­ko­rzy­stała oka­zję, by się wy­rwać, prze­kli­na­jąc przy tym gło­śno.

- Wąt­pię, by to co­kol­wiek po­mo­gło.

- Po­ży­jemy, zo­ba­czymy. - Prze­rzu­cił bru­netkę przez ra­mię i ru­szył z nią w dół.

Po­trzą­sną­łem głową i wsze­dłem z po­wro­tem do po­koju. Do­piero gdy usia­dłem na łóżku, zda­łem so­bie sprawę, że na­dal ści­skam w dłoni ten cho­lerny pa­pier. Prze­łkną­łem ślinę i po­now­nie spoj­rza­łem na to, co było tam na­pi­sane. Moje serce znów na mo­ment sta­nęło. To nie ciąg cyfr, który za­pewne był jej nu­me­rem te­le­fonu, tak bar­dzo mną wstrzą­snął, i spra­wił, że płuca skur­czyły mi się do wiel­ko­ści zia­re­nek gro­chu, przez co nie mo­głem od­dy­chać, ale to, jak się tam pod­pi­sała. Sky. Na wi­dok tego słowa prze­szył mnie ból, jakby setka noży dźgnęła moje ciało, a żo­łą­dek nie­bez­piecz­nie pod­je­chał mi do gar­dła. Za­mkną­łem oczy w na­dziei, że gdy po­now­nie je otwo­rzę, wszyst­kie wspo­mnie­nia i ból odejdą, a mnie znowu bę­dzie ota­czała je­dy­nie pustka.

Osiem mie­sięcy póź­niej...

- My­ślę, że masz już dość.

Cal­der za­brał ode mnie bu­telkę i umie­ścił ją da­leko poza moim za­się­giem.

- Przy­nieś ją z po­wro­tem! - za­żą­da­łem, pró­bu­jąc wstać z łóżka, ale na­tych­miast klap­ną­łem na dupę. W gło­wie mi wi­ro­wało i wie­dzia­łem, że nie będę w sta­nie utrzy­mać rów­no­wagi.

- Nie. Nie ma, kurwa, mowy. Da­łem ci czas, bo wie­dzia­łem, że tego po­trze­bu­jesz, ale to już ko­niec. Pora wziąć się w garść. - Mó­wiąc to, pod­szedł do okna i od­sło­nił ża­lu­zje.

Zdu­si­łem jęk, gdy ja­sne świa­tło za­ata­ko­wało mnie z ca­łym im­pe­tem.

- Od­pier­dol się, Cal­der - mruk­ną­łem, za­sła­nia­jąc ra­mie­niem oczy. Mia­łem na­dzieję, że w końcu wyj­dzie i da mi święty spo­kój.

Tak się jed­nak nie stało, bo po chwili po­czu­łem, że ma­te­rac ugiął się pod cię­ża­rem jego ciała.

- Wszystko, co do­ty­czy cie­bie lub któ­re­go­kol­wiek z braci, jest moim pro­ble­mem - po­wie­dział z na­ci­skiem. - Wi­dzę, że za­po­mnia­łeś, gdzie je­steś, więc ci przy­po­mnę, Jett. Na­le­żysz do Bla­sted, dla­tego wszystko, co do­ty­czy cie­bie, do­ty­czy rów­nież klubu. Nie wiem, co się dzieje w two­jej gło­wie, ale do­my­ślam się, że ma to zwią­zek z tą la­ską, którą spo­tka­li­śmy w Spring Hill, bo to wła­śnie od tam­tego mo­mentu ewi­dent­nie coś się z tobą dzieje.

Moje gar­dło za­ci­snęło się bo­le­śnie na samo wspo­mnie­nie dziew­czyny, która do złu­dze­nia przy­po­mi­nała Sky... Moją Sky. Zdu­si­łem wszyst­kie emo­cje i przy­ją­łem obo­jętny wy­raz twa­rzy.

- A może za­miast ba­wić się w psy­cho­loga, pój­dziesz gdzieś, gdzie bę­dziesz mile wi­dziany?

Po­trzą­snął głową z iry­ta­cją.

- Nie, Jett, tym ra­zem nie dam się spła­wić. Da­li­śmy ci spo­kój, bo wie­dzie­li­śmy, że tego po­trze­bu­jesz, ale gdy za­wa­lasz za­da­nia, to nie jest już tylko twoja sprawa, ale sprawa nas wszyst­kich. Od mie­sięcy snu­jesz się po klu­bie jak cień, a wie­czo­rami za­le­wasz się w trupa. Wszy­scy nad­sta­wia­li­śmy karku, kry­jąc cię przed Shade'em, ale z tym już ko­niec!

- Osta­tecz­nie wszystko po­szło zgod­nie z pla­nem, więc nie ro­zu­miem, po co do tego wra­casz.

Cal­der rzu­cił mi wście­kłe spoj­rze­nie.

- Tak, po­szło, ale nie dzięki to­bie. Gdyby nie moja in­ter­wen­cja, stra­ci­li­by­śmy za­równo klienta, jak i kasę. Rzu­ci­łeś się do niego z ła­pami tylko dla­tego, że ci­snął ja­kimś głu­pim tek­stem. Zda­jesz so­bie sprawę, że gdyby Shade się o tym do­wie­dział, to skrę­ciłby ci kark? Bra­cie, to już nie są żarty.

- Skoro za­miast Shade'a to ty tu­taj sto­isz, to wnio­skuję, że nie za­mie­rzasz mu nic mó­wić.

Brat za­ci­snął usta.

- Nie, cho­ciaż pew­nie po­wi­nie­nem, bo to nie pierw­sza taka sy­tu­acja, Jett. Coś się dzieje i ja chcę wie­dzieć co! Coś cię gry­zie i to ma zwią­zek z tam­tym wy­jaz­dem. Chcę wie­dzieć, co tam się wtedy stało i jaki zwią­zek miała z tym tamta la­ska ze sta­cji! - wark­nął, tym ra­zem nie si­ląc się na uprzejmy ton.

Prze­łkną­łem ślinę. Wie­dzia­łem, że te­raz już nie od­pu­ści.

- Nic się nie stało. Dziew­czyna była po­dobna... po­dobna do ko­goś, kogo kie­dyś zna­łem.

- I tylko tyle? Co­dzien­nie za­le­wasz się w trupa, bo ja­kaś dupa ci ko­goś przy­po­mi­nała? - Za­śmiał się, choć w tym śmie­chu nie było na­wet grama ra­do­ści. - Czło­wieku, masz mnie za idiotę? Wiem, że to ta dziew­czyna jest tego po­wo­dem. - Mach­nął ręką, wska­zu­jąc na po­roz­rzu­cane bu­telki. - Wi­dzia­łem, wszy­scy wi­dzieli, co tam się wtedy stało, ale za cho­lerę tego nie ro­zu­miemy.

Sfru­stro­wany wy­pu­ści­łem po­wie­trze z płuc.

- Tu nie ma czego ro­zu­mieć. Po­my­li­łem się, to wszystko. Ko­niec te­matu.

- Stary, prze­stań mnie ro­bić w chuja. Skoro dziew­czyna tylko przy­po­mi­nała la­skę, którą kie­dyś zna­łeś, to dla­czego ucie­kała, jakby sam dia­beł ją go­nił?

- Nie wiem, kurwa - wark­ną­łem, pod­no­sząc się do po­zy­cji sie­dzą­cej. - Za­sta­nówmy się. Może dla­tego, że zo­ba­czyła kil­ku­na­stu męż­czyzn w skó­rza­nych por­t­kach, a może dla­tego, że rzu­ci­łem się na nią jak ja­kieś pier­do­lone zwie­rzę?

Brat po­trzą­snął głową.

- Dziew­czyna była po­srana ze stra­chu, jesz­cze za­nim ci od­je­bało. Je­steś pe­wien, że jej nie znasz?

Prze­łkną­łem ner­wowo ślinę, pró­bu­jąc na­brać od­wagi przed tym, co chcia­łem po­wie­dzieć.

- Tak, je­stem pe­wien. Dziew­czyna przy­po­mi­nała... wy­glą­dała jak Sky. - Za­mkną­łem na mo­ment oczy, usi­łu­jąc po­zbyć się z głowy ob­razu jej prze­ra­żo­nej twa­rzy. - Była, kurwa, nie­mal iden­tyczna! Więc tak jak mó­wi­łem, to była po­myłka, zwy­kła je­bana po­myłka - wes­tchną­łem. - Jed­nak od tam­tego czasu nie mogę, nie umiem... - Za­mil­kłem, szu­ka­jąc słowa, żeby opi­sać to, co działo się w mo­jej gło­wie.

- Kurwa - syk­nął, po czym w końcu zszedł z mo­jego łóżka i sta­nął tuż przede mną. - Bra­cie, to jest... - Prze­rwał, po­nie­waż w tym sa­mym mo­men­cie usły­sze­li­śmy ko­biecy głos zza jego ple­ców.

- Kim jest Sky?

- Ja pier­dolę - jęk­ną­łem i sfru­stro­wany wy­pu­ści­łem od­dech.

Cal­der od­wró­cił się twa­rzą do Mai.

- Sio­stra, co ty tu ro­bisz?

- Chcia­łam z tobą po­roz­ma­wiać. Tata po­wie­dział, że znajdę cię tu­taj - Urwała, roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu. Po chwili jej wzrok za­trzy­mał się na mnie. - Cześć, Hulk.

- Hej - burk­ną­łem, czu­jąc się jak kre­tyn. Wie­dzia­łem, na co Maya pa­trzyła. Mój po­kój wy­glą­dał jak po przej­ściu tor­nada. Wszę­dzie wa­lały się pu­ste bu­telki i brudne ubra­nia.

Cal­der prze­cze­sał ja­sne włosy.

- Za parę mi­nut do cie­bie przyjdę, okej?

Dziew­czyna, za­miast wyjść, za­mknęła drzwi i po­de­szła do nas.

- Wła­ści­wie to do­brze się składa, że tu je­steś, bo chcia­łam po­roz­ma­wiać o nim. - Ge­stem wska­zała na mnie.

- Już się tym za­ją­łem. Po­win­naś wró­cić do dziecka.

- Beth ma się do­brze. Iris się nią zaj­muje - wark­nęła na brata, po czym zwró­ciła się do mnie: - Kim jest Sky?

- Słu­chaj, to nie jest do­bry czas...

- Nie. - Wy­cią­gnęła dłoń, żeby mnie uci­szyć. - Wiem, że krótko się znamy i za­pewne je­stem ostat­nią osobą, z którą chciał­byś roz­ma­wiać, ale nie mogę pa­trzeć na to, co ze sobą ro­bisz, Jett.

- A co ta­kiego we­dług cie­bie ro­bię? Spę­dzam czas na im­pre­zo­wa­niu, po­dob­nie jak reszta braci.

Dziew­czyna po­trzą­snęła głową, aż za­fa­lo­wały jej włosy.

- Do­brze wiesz, że to nie jest prawda. Wie­lo­krot­nie wi­dzia­łam cię pod­czas tej za­bawy - po­wie­działa, ak­cen­tu­jąc ostat­nie słowo. - Nic nie wska­zy­wało na to, że do­brze się ba­wisz, wręcz prze­ciw­nie, za każ­dym ra­zem spra­wia­łeś wra­że­nie, jakby stra­to­wało cię stado by­dła. To nie wy­glą­dało na za­bawę, a ra­czej sa­mo­za­gładę, Jett. Zu­peł­nie cię nie po­znaję, wiesz? Ta cała Sky ma z tym coś wspól­nego, prawda?

- Sio­stra, wszystko mam pod kon­trolą. My­ślę, że bę­dzie le­piej, je­śli wró­cisz do Beth.

Po­trzą­sną­łem głową na wi­dok miny dziew­czyny. By­łem świad­kiem wielu emo­cji, które to­wa­rzy­szyły Mai przez ostat­nie mie­siące, za­równo tych do­brych, jak i złych, dla­tego od razu wie­dzia­łem, że brat po­peł­nił ogromny błąd.

- Moja córka ma się do­brze, Cal­der! Ale skoro tak się o nią mar­twisz, to pro­po­nuję, że­byś sam po­szedł i spraw­dził. Może cho­ciaż tam się do cze­goś przy­dasz, bo tu, jak wi­dać, nic nie zdzia­ła­łeś - wy­ce­dziła, kła­dąc na­cisk na każde słowo i po­now­nie lu­stru­jąc po­miesz­cze­nie.

Ta drobna, de­li­katna blon­dynka była jedną z naj­mil­szych i naj­bar­dziej bez­in­te­re­sow­nych osób, ja­kie w ży­ciu spo­tka­łem. Jed­nak w ra­zie po­trzeby umiała o sie­bie za­dbać. To wła­śnie ta­kie mo­menty nie po­zo­sta­wiały wąt­pli­wo­ści, że ona, Smoke i Cal­der to ro­dzina. Po­ja­wiła się dość nie­spo­dzie­wa­nie, wy­wra­ca­jąc ży­cie kilku mo­ich braci do góry no­gami, a w szcze­gól­no­ści na­szego pre­zy­denta Shade'a. Fa­cet kom­plet­nie osza­lał na jej punk­cie, co nie by­łoby ni­czym dziw­nym, gdyby nie fakt, że ko­biety od za­wsze sta­no­wiły dla niego tylko roz­rywkę, spo­sób na roz­luź­nie­nie. Zmie­niał je rów­nie szybko, co Cal­der na­stroje. Dla­tego wszyst­kich za­sko­czyło, że nasz pre­zy­dent od sa­mego po­czątku ro­ścił so­bie do niej prawo i war­czał na każ­dego, kto choćby na nią spoj­rzał. Lecz to ni­kogo do niej nie zra­ziło, a na­wet wręcz prze­ciw­nie. Wszy­scy chcieli po­znać ko­bietę, która skra­dła serce naj­tward­szemu spo­śród nas. I nie było to wcale trudne. Maya była bar­dzo otwarta i do wszyst­kich od­no­siła się z ogromną tro­ską i wraż­li­wo­ścią.

Na po­czątku ta jej nad­mierna tro­skli­wość strasz­nie mnie de­ner­wo­wała. Nie by­łem przy­zwy­cza­jony do ta­kiego za­cho­wa­nia... a przy­naj­mniej już nie. Z cza­sem jed­nak prze­ko­na­łem się, że jej opie­kuń­czość nie wy­ni­kała z po­trzeby przy­po­do­ba­nia się in­nym, lecz z jej do­brego serca. I na­wet jej uparte na­zy­wa­nie mnie Hul­kiem prze­stało mnie iry­to­wać.

- On nie chciał cię ura­zić. My­ślę, że po pro­stu chce mnie chro­nić.

Na twa­rzach ro­dzeń­stwa od­ma­lo­wało się nie­mal iden­tyczne za­sko­cze­nie. Jed­nak u Mai szok szybko za­mie­nił się w za­nie­po­ko­je­nie.

- Chro­nić? Ale przed czym?

Od­chrząk­ną­łem z za­kło­po­ta­niem.

- Przed prze­szło­ścią.

- Nie ro­zu­miem - pi­snęła, wy­raź­nie zmar­twiona. - Je­śli ktoś ci za­graża, po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać z No­ahem.

Cal­der prych­nął, krę­cąc przy tym głową.

Noah. Bra­cia mieli nie­zły ubaw, gdy Maya pierw­szy raz zwró­ciła się tak do na­szego pre­zy­denta. Oczy­wi­ście każdy z nas miał świa­do­mość, że Shade nie było jego praw­dzi­wym imie­niem. Taką ksywkę do­stał w woj­sku i, jak wszy­scy wo­kół wie­dzieli, miało to zwią­zek z jego umie­jęt­no­ściami. W klu­bie rów­nież nie­jed­no­krot­nie do­wiódł, że ksywa ide­al­nie do niego pa­suje. Shade nie zno­sił, gdy jego ko­bieta zwra­cała się do niego jego praw­dzi­wym imie­niem, i je­śli miał­bym zga­dy­wać, nie cho­dziło o to, że to imię śred­nio pa­so­wało do groź­nego skur­wiela, ale miało zwią­zek z jego prze­szło­ścią i tym, kim był jako Noah, czyli sła­bym, nie­umie­ją­cym się obro­nić chłop­cem, któ­remu oj­ciec co­dzien­nie spusz­czał wpier­dol, a po­tem ka­zał pa­trzeć, jak to samo robi z jego matką. Po­dej­rze­wa­łem, że to wła­śnie zje­bana prze­szłość po­wo­do­wała jego awer­sję do tego imie­nia... a przy­naj­mniej tak wła­śnie było u mnie.

- Nie, nic z tych rze­czy. Nie bę­dziemy nie­po­koić Shade'a bez po­trzeby. Cal­der miał na my­śli wy­da­rze­nia z mo­jej prze­szło­ści. Nic mi nie za­graża - za­pew­ni­łem. Moje słowa nieco ją uspo­ko­iły.

- Wy­da­rze­nia zwią­zane ze Sky?

Prze­tar­łem dło­nią zmę­czoną twarz. Oprócz Cal­dera nikt tu­taj nie po­znał mo­jej hi­sto­rii. Nie chcia­łem, by co­kol­wiek z tego, co prze­ży­łem, wpły­wało na to, jak po­strze­gają mnie w klu­bie. Nie po­trze­bo­wa­łem li­to­ści... nie tu­taj. Nie mia­łem ochoty o tym roz­ma­wiać, mimo to wie­dzia­łem, że je­śli nie po­wiem jej prawdy, Maya za­alar­muje Shade'a i po­zo­sta­łych.

- Tak - wes­tchną­łem, wi­dząc, że z za­tro­skaną miną czeka na moje dal­sze wy­ja­śnie­nia. - Wy­da­rze­nia zwią­zane ze Sky - po­wtó­rzy­łem za nią. Gdy tylko to imię opu­ściło moje usta, coś jakby we mnie pę­kło. Mia­łem wra­że­nie, że słowa same ze mnie wy­pły­wają. Za­czą­łem opo­wia­dać od mo­mentu, gdy pierw­szy raz spo­tka­łem Sky Nel­son, i o swoim po­czu­ciu winy zwią­za­nym z tym, co się wtedy stało, aż do in­cy­dentu na sta­cji kilka mie­sięcy temu.

- Po­wi­nie­neś tam po­je­chać - oznaj­miła, gdy kilka mi­nut póź­niej skoń­czy­łem opo­wia­dać.

Zmarsz­czy­łem brwi.

- Gdzie?

- Do Ca­iro. - Usia­dła w miej­scu, gdzie jesz­cze chwilę temu sie­dział jej brat. - Po­wi­nie­neś po­je­chać do domu, Jett. Nie mia­łeś oka­zji, by się z nią po­że­gnać, a są­dzę, że bar­dzo tego po­trze­bu­jesz. Po­trze­bu­jesz za­mknię­cia, po­go­dze­nia się z tym, co się wtedy wy­da­rzyło. Bez tego nie bę­dziesz mógł pójść da­lej.

- Nie są­dzę, by to był do­bry po­mysł - prych­ną­łem. Przez lata uni­ka­łem tej je­ba­nej dziury jak za­razy i w naj­bliż­szym cza­sie nie za­mie­rza­łem tego zmie­niać.

- Mu­sisz - stwier­dziła sta­now­czo. - Ży­jesz z tym od tylu lat, a po­czu­cie winy nie po­zwala ci iść na­przód. Wbrew temu, co mó­wili ci lu­dzie, nie by­łeś od­po­wie­dzialny za to, co się tam wtedy stało. Wy­rzuty su­mie­nia zże­rają cię od środka i prawda jest taka, że nie zdo­łasz się z nimi upo­rać, póki nie skon­fron­tu­jesz się z prze­szło­ścią. To cię nisz­czy, Jett, a pi­ciem i... - od­chrząk­nęła, za­pewne szu­ka­jąc od­po­wied­niego słowa.

Na po­moc przy­szedł jej Cal­der:

-... i pie­prze­niem - par­sk­nął.

Dziew­czyna spoj­rzała ostro na brata, choć nie dało się prze­oczyć de­li­kat­nych ru­mień­ców na jej twa­rzy. Na­stęp­nie po­now­nie prze­nio­sła spoj­rze­nie na mnie.

- I upra­wia­niem seksu z kim po­pad­nie, nie za­głu­szysz tego, co cię gry­zie.

Cal­der od­chrząk­nął, po czym za­ko­ły­sał się na pię­tach.

- Bra­cie, mu­szę przy­znać, że Maya ma ra­cję - wtrą­cił się. - To nie była twoja wina i naj­wyż­sza pora, że­byś i ty w to uwie­rzył. Tamta dziew­czyna ze sta­cji obu­dziła w to­bie mrok, który po­cho­wa­łeś głę­boko i który nie znik­nie, póki so­bie nie wy­ba­czysz i nie po­go­dzisz się z prze­szło­ścią. A żeby to zro­bić - wes­tchnął - mu­sisz tam wró­cić.

SkySpring Hill, Ten­nes­see

Pod­nio­słam z pod­łogi ostat­nią torbę i po­sta­wi­łam na stole, uwa­ża­jąc przy tym, by za­nadto nie nad­we­rę­żać po­tłu­czo­nych że­ber. Za­czę­łam roz­pa­ko­wy­wać za­kupy, przy­glą­da­jąc się roz­ma­wia­ją­cej przez te­le­fon Deb­bie. Sta­ruszka krzą­tała się po sa­lo­nie z co­raz po­chmur­niej­szą miną. Uśmiech­nę­łam się do sie­bie, wie­dząc do­sko­nale, jak ta roz­mowa się skoń­czy. Roz­ma­wiała z Tracy, są­siadką z na­prze­ciwka. I mimo że ko­biety da­rzyły się głę­boką przy­jaź­nią, bar­dzo czę­sto do­cho­dziło mię­dzy nimi do awan­tur, a wszystko za sprawą ich tem­pe­ra­ment­nych, wy­bu­cho­wych cha­rak­te­rów. Wy­cią­gnę­łam z re­kla­mówki cia­sto i wło­ży­łam do lo­dówki w oba­wie, że krem się roz­pu­ści, za­nim w ogóle zdążę je po­kroić. W domu, po­dob­nie zresztą jak na ze­wnątrz, tem­pe­ra­tura prze­kro­czyła trzy­dzie­ści stopni. Było go­rąco i parno, a kli­ma­ty­za­cja znowu nie dzia­łała. Chcia­łam we­zwać fa­chowca, ale Deb­bie się nie zgo­dziła, twier­dząc, że go­rąco wcale jej nie prze­szka­dza, a wręcz prze­ciw­nie, zba­wien­nie wpły­wało na jej stare ko­ści. Może i by­ła­bym skłonna w to uwie­rzyć, gdyby nie fakt, że po­ciła się ni­czym ma­ra­toń­czyk. Wie­dzia­łam, że jej uda­wana mi­łość do wy­so­kiej tem­pe­ra­tury wy­ni­kała wy­łącz­nie z braku pie­nię­dzy. Ko­bieta wszyst­kie oszczęd­no­ści od­da­wała córce, od­kąd ta zła­mała bio­dro. Mia­łam tro­chę za­osz­czę­dzo­nych pie­nię­dzy, które zdo­by­łam, za­wy­ża­jąc ceny nie­któ­rych pro­duk­tów pod­czas ro­bie­nia za­ku­pów. Było tego nie­wiele, bo nie chcia­łam, by Mi­chael się po­ła­pał, że go oszu­kuję. Za­ofe­ro­wa­łam te pie­nią­dze Deb­bie, lecz ta ka­te­go­rycz­nie od­mó­wiła.

Córka Deb­bie była wdową, która wraz z sy­nem cier­pią­cym na po­ra­że­nie mó­zgowe miesz­kała na obrze­żach Le­wis­burg. Od wy­padku mi­nęło już dzie­więć mie­sięcy, jed­nak ta rzadko od­wie­dzała matkę. Deb­bie nie miała jej tego za złe. Zaj­mo­wa­nie się cho­rym, do­ro­słym sy­nem, po­trze­bu­ją­cym sta­łej opieki, wy­ma­gało od Sa­man­thy mnó­stwa wy­siłku i pracy, dla­tego sta­ruszka nie chciała jej jesz­cze do­kła­dać obo­wiąz­ków, szcze­gól­nie że ja by­wa­łam u niej dwa, trzy dni w ty­go­dniu, po­ma­ga­jąc we wszyst­kim, w czym tylko mo­głam. Ro­bi­łam po­rządki i za­kupy, pie­li­łam ogró­dek, a gdy ni­czego z tych rze­czy nie po­trze­bo­wała, to naj­czę­ściej po pro­stu do­trzy­my­wa­łam jej to­wa­rzy­stwa.

Na szczę­ście Mi­chael nie ro­bił pro­ble­mów, a wręcz prze­ciw­nie, był z tego bar­dzo za­do­wo­lony. Fama o tym, że jego żona udziela się spo­łecz­nie, szybko ro­ze­szła się po mia­steczku, co nie­zwy­kle ucie­szyło mo­jego męża. Dla­tego z apro­batą przyj­mo­wał każde moje wyj­ście do Deb­bie. Lecz to nie zmie­niło w ża­den spo­sób jego po­stę­po­wa­nia, na­dal każdą złość i fru­stra­cję wy­ła­do­wy­wał na mnie.

- Jed­nak zo­staję w domu - wes­tchnęła sta­ruszka, sia­da­jąc przy stole.

Po­grą­żona w my­ślach na­wet nie za­uwa­ży­łam, że skoń­czyła roz­ma­wiać.

- Dla­czego? - Za­mru­ga­łam zdzi­wiona. - Prze­cież dzi­siaj jest pią­tek, czyli dzień bingo.

- No wła­śnie. - Wy­rzu­ciła dło­nie w górę. - Tracy po­sta­no­wiła od­wie­dzić wnuczkę w Spring­field. Jakby nie mo­gła zro­bić tego in­nego dnia - wy­sy­czała z dez­apro­batą.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Więc idź sama.

Sta­ruszka po­słała mi miaż­dżące spoj­rze­nie.

- A jak niby mia­ła­bym się tam do­stać, co? Tracy nas tam za­wo­ziła. Bez niej i jej sa­mo­chodu je­stem uzie­miona!

Po­dra­pa­łam się po czole.

- Rze­czy­wi­ście. Zu­peł­nie o tym za­po­mnia­łam. W ta­kim ra­zie może ja cię za­wiozę? Na miej­scu na pewno znaj­dziesz ko­goś, z kim bę­dziesz mo­gła wró­cić.

- Dzię­kuję ci, ko­chana, wolę jed­nak zo­stać dzi­siaj w domu.

- Ale dla­czego? Prze­cież wiem, że uwiel­biasz tam cho­dzić.

Po su­ro­wym spoj­rze­niu, które jesz­cze przed chwilą zdo­biło jej twarz, nie było te­raz ani śladu. Te­raz z jej oczu biła je­dy­nie tro­ska.

- Nie chcę ci ro­bić pro­ble­mów.

- Nie przej­muj się. Ja­koś wy­tłu­ma­czę to Mi­cha­elowi.

- Nie po­win­naś mu się z cze­go­kol­wiek tłu­ma­czyć. Po­win­naś zo­sta­wić tego dra­nia!

Wes­tchnę­łam, bo wie­dzia­łam, że ma ra­cję. Kilka mie­sięcy temu Deb­bie do­strze­gła moje trud­no­ści z po­ru­sza­niem się, przy­parła mnie do muru i za­żą­dała ode mnie prawdy. W pierw­szej chwili wy­my­śli­łam hi­sto­ryjkę o upadku pod prysz­ni­cem. Sta­ruszka była jed­nak na tyle mą­dra, że nie uwie­rzyła w moje kłam­stwa. Do­dała rów­nież, że to nie pierw­szy raz, kiedy wi­dzi, że coś jest ze mną nie tak, lecz cze­kała cier­pli­wie, aż sama wy­znam jej, co się dzieje. Gdy jed­nak za­uwa­żyła, że nie mam za­miaru dzie­lić się z nią tą czę­ścią swo­jego ży­cia, po­sta­no­wiła in­ter­we­nio­wać. Za­pew­niła mnie, że moje se­krety są u niej bez­pieczne i że nic, co po­wiem, nie wyj­dzie poza mury jej domu. Nie wiem, czy to jej słowa, czy może fakt, że po­trze­bo­wa­łam czy­je­goś wspar­cia, spra­wiły, że wy­ja­wi­łam jej wszystko, po­cząw­szy od oko­licz­no­ści, w ja­kich po­ślu­bi­łam Mi­cha­ela osiem lat temu, a skoń­czyw­szy na po­przed­nim wie­czo­rze, kiedy to mój mąż wró­cił z pracy w kiep­skim hu­mo­rze. Wy­le­wa­łam z sie­bie żale, jakby tama emo­cji, którą bu­do­wa­łam przez całe swoje ży­cie, na­gle pę­kła.

Przy­zna­jąc się do tego, że Mi­chael mnie bije, po­twier­dzi­łam tylko to, co Deb­bie po­dej­rze­wała już od dawna. Od tego czasu wciąż po­wta­rzała, że po­win­nam go zo­sta­wić. Nie chcia­łam tego słu­chać, choć wie­dzia­łam, że ko­bieta ma ra­cję i mówi to wszystko wy­łącz­nie z tro­ski. Nie­na­wi­dzi­łam każ­dej se­kundy spę­dzo­nej z tym dra­niem, każ­dego wy­mu­szo­nego uśmie­chu i każ­dej uda­wa­nej czu­ło­ści, po któ­rych co­raz bar­dziej sobą gar­dzi­łam. Jed­nak nie mo­głam od niego odejść. Przy­naj­mniej jesz­cze nie. Wiele razy gro­ził, że mnie za­bije, je­śli choćby po­my­ślę o tym, by go opu­ścić. Mi­chael do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę, że i tak nie mia­ła­bym do­kąd pójść.

Już kie­dyś zresztą pró­bo­wa­łam szu­kać po­mocy. Było to kilka mie­sięcy po na­szym ślu­bie. Pod­czas jed­nego ze swo­ich ata­ków szału Mi­chael ude­rzył mnie pię­ścią w twarz. By­łam tak prze­ra­żona, że kom­plet­nie nie wie­dzia­łam, co zro­bić. Zwró­ci­łam się więc do swo­jego ojca. Pa­mię­tam, że po­bie­głam tam z pła­czem, roz­ciętą wargą i opuch­nię­tym po­licz­kiem, li­cząc na jego in­ter­wen­cję, ale usły­sza­łam tylko, że z pew­no­ścią mi się na­le­żało. Po­wie­dział rów­nież, że skoro on nie po­tra­fił mnie na­pro­sto­wać, to może Mi­cha­elowi się uda. Mo­jej matki nie było wtedy w domu, ale nie za­mie­rza­łam jej nic mó­wić, bo to i tak nie mia­łoby żad­nego sensu. Od­kąd pa­mię­tam, moja ro­dzi­cielka nie miała wła­snego zda­nia i ro­biła tylko to, co ka­zał jej mąż. Ni­gdy mu się nie sprze­ci­wiała i wie­dzia­łam, że i w tym wy­padku tak bę­dzie.

Poza ro­dzi­cami mia­łam jesz­cze jed­nego krew­nego, brata ojca, wuja De­smonda. Męż­czy­zna był wła­ści­cie­lem kre­ma­to­rium i jesz­cze więk­szym or­to­dok­sem niż mój oj­ciec. U niego więc też nie mia­łam czego szu­kać. U ro­dzi­ców Mi­cha­ela także nic nie wskó­ra­łam. Za­dzwo­ni­łam do nich z prośbą o po­moc, ale je­dyne, co do­sta­łam, to kilka in­wek­tyw pod swoim ad­re­sem. Matka Mi­cha­ela, Eli­za­beth, na­tych­miast po­in­for­mo­wała o wszyst­kim syna, wy­po­mi­na­jąc mu, że szar­gam do­bre imię jej ro­dziny, i za­strze­gła, że nie ży­czy so­bie żad­nych kon­tak­tów ze mną, chyba że w obec­no­ści jego sa­mego. Ro­dzice Mi­cha­ela ni­gdy mnie nie lu­bili, twier­dzili, że Mi­chael po­peł­nił błąd, wią­żąc się ze mną. Uwa­żali, że ich syn za­słu­guje na ko­goś lep­szego niż córka bied­nych far­me­rów, do tego z wąt­pliwą re­pu­ta­cją. Jego oj­ciec, po­dob­nie zresztą jak Mi­chael, pro­wa­dził prak­tykę le­kar­ską, dla­tego chciał, by jego je­dyny syn prze­jął po nim kli­nikę gi­ne­ko­lo­giczną. Mój mąż miał jed­nak inne plany. Po skoń­cze­niu re­zy­den­tury otwo­rzył wraz z przy­ja­cie­lem ze stu­diów Royem wła­sną pry­watną kli­nikę w Spring Hill, po­nad czte­ry­sta mil od swo­jego ro­dzin­nego domu. Są­dzę, że to wła­śnie mnie ob­wi­niali za wy­jazd syna i ich już i tak ogromna nie­na­wiść po­głę­biła się jesz­cze bar­dziej. Gdy więc po­pro­si­łam o po­moc, ode­słali mnie z kwit­kiem. Po tym wy­da­rze­niu zro­zu­mia­łam, że je­stem zdana tylko na sie­bie.

Zgło­sze­nie tego na po­li­cję rów­nież już dawno wy­bi­łam so­bie z głowy. Jack­son, nasz sze­ryf, od dwóch lat gry­wał z Mi­cha­elem w golfa, a za­tem ta opcja cał­ko­wi­cie od­pa­dała. Zresztą kto by mi uwie­rzył? On młody, przy­stojny i cza­ru­jący męż­czy­zna, du­sza to­wa­rzy­stwa i je­den z naj­bar­dziej uwiel­bia­nych le­ka­rzy w mia­steczku, kon­tra ci­cha, za­mknięta w so­bie i uni­ka­jąca lu­dzi szara myszka.

Prze­chy­li­łam głowę i spoj­rza­łam na Deb­bie.

- W ta­kim ra­zie może od­wiozę cię nieco wcze­śniej? Może koło szes­na­stej, co ty na to? Mo­gła­byś tam chwilę za­cze­kać na roz­po­czę­cie gry, a ja zdą­ży­ła­bym wró­cić do domu przed przy­jaz­dem Mi­cha­ela.

- Mowy nie ma! Je­śli ten de­ge­ne­rat się do­wie, że ro­bi­łaś so­bie wy­cieczki po mie­ście, a obie do­sko­nale wiemy, że się do­wie, to znowu cię skrzyw­dzi! Nie mam za­miaru cię na­ra­żać. Je­dyne, do czego przy­łożę rękę, to przy­wa­le­nie w tę jego pa­skudną gębę, gdy już od niego odej­dziesz.

Wy­pu­ści­łam gło­śno po­wie­trze z płuc.

- Wiesz, że nie mam in­nego wyj­ścia. Mu­szę z nim zo­stać, przy­naj­mniej na ra­zie.

- Nie­prawda - wes­tchnęła. - Mo­gła­byś za­miesz­kać u mnie albo... albo po pro­stu wy­je­chać.

Opar­łam łok­cie na stole i syk­nę­łam z bólu, gdy moje że­bra ze­tknęły się z bla­tem.

- U cie­bie nie mo­gła­bym zo­stać. To oczy­wi­ste, że Mi­chael naj­pierw szu­kałby mnie tu­taj. Ten czło­wiek jest zdolny do wszyst­kiego, więc mógłby i to­bie zro­bić krzywdę. A wy­jazd? - jęk­nę­łam z udręką. - Gdzie mia­ła­bym niby wy­je­chać, co? U kogo się za­trzy­mać? Je­śli mam od niego uciec, to jak naj­da­lej, tak żeby ni­gdy mnie nie od­na­lazł. A do tego po­trzebne są pie­nią­dze - po­wie­dzia­łam i do­da­łam w my­ślach: Dużo pie­nię­dzy.

Mi­chael wie­lo­krot­nie się od­gra­żał, że je­śli choćby po­my­ślę o odej­ściu, to mnie za­bije lub zleci to ko­muś in­nemu. Wie­rzy­łam mu. Ten czło­wiek ni­gdy nie rzu­cał słów na wiatr. Nie­jed­no­krot­nie prze­cież na wła­snej skó­rze po­czu­łam, do czego jest zdolny. To po­zba­wiony uczuć po­twór, który od lat kar­mił się moim bó­lem i stra­chem. De­ge­ne­rat czer­piący ra­dość z krzyw­dze­nia dru­giego czło­wieka. Wie­dzia­łam, że kiedy odejdę, to ten po­ru­szy niebo i zie­mię, by mnie od­na­leźć. Dla­tego mu­sia­łam się na­prawdę do­brze ukryć. Wy­jazd do Eu­ropy wy­da­wał się ide­al­nym wyj­ściem. Nie­stety na to po­trze­bo­wa­łam za­równo czasu, jak i pie­nię­dzy. Poza tym nie­zbędne będą rów­nież fał­szy­wych do­ku­men­tów. Po­słu­gi­wa­nie się praw­dzi­wym imie­niem i na­zwi­skiem by­łoby jak przy­wią­za­nie so­bie do szyi tar­czy strze­lec­kiej.

- Dasz so­bie radę. Je­steś młoda, za­radna, dla­tego je­stem pewna, że z miej­sca znaj­dziesz pracę. Mu­sisz się tylko od­wa­żyć, Sky. - Zła­pała moją dłoń i ści­snęła ją de­li­kat­nie. - Nie mo­żesz dłu­żej mu na to po­zwa­lać.

Za­mru­ga­łam kil­ku­krot­nie, by od­go­nić łzy, które na­pły­nęły mi do oczu, nim po­now­nie spoj­rza­łam na Deb­bie.

- Już nie­długo uzbie­ram tyle, że będę mo­gła wy­je­chać.

- Wiem, że nie chcesz tego słu­chać, ale my­ślę, że po­win­naś po­szu­kać tego chłopca.

Moje serce za­biło moc­niej. Wy­swo­bo­dzi­łam rękę z jej uści­sku i za­czę­łam roz­pa­ko­wy­wać resztę za­ku­pów.

- Nie, nie za­mie­rzam go szu­kać. Zro­bię tak, jak mó­wi­łam. Uzbie­ram pie­nią­dze i wtedy wy­jadę gdzieś, gdzie Mi­chael ni­gdy mnie nie znaj­dzie. Do tego czasu...

- Do tego czasu ten gnój może cię już za­bić - wark­nęła zde­ner­wo­wana.

Odło­ży­łam jabłka do misy i uspo­ka­ja­jąco po­gła­dzi­łam ją po ra­mie­niu.

- Nie, nic ta­kiego się nie sta­nie. Wy­trzy­ma­łam z nim osiem lat, więc tych kilka mie­sięcy rów­nież wy­trzy­mam. To moje je­dyne wyj­ście.

- Ja mo­gła­bym...

- Nie - ucię­łam od razu. - Tak jak po­wie­dzia­łam, jesz­cze kilka mie­sięcy i uzbie­ram wy­star­cza­jącą ilość go­tówki.

Nie­wielka eme­ry­tura Deb­bie le­dwo star­czała jej na ży­cie, a do tego prze­cież jesz­cze po­ma­gała córce i wnu­kowi.

- No do­brze, ro­zu­miem, że moja po­moc na nie­wiele się zda, ale prze­cież są or­ga­ni­za­cje, które wspie­rają ta­kie ko­biety jak ty. Kie­dyś oglą­da­łam pro­gram o jed­nej z ta­kich in­sty­tu­cji, która po­ma­gała uciec mal­tre­to­wa­nym ko­bie­tom. Da­wała im dach nad głową, pracę, a przede wszyst­kim ochronę przed opraw­cami. Do­stały szansę na nowe ży­cie. Ty też na to za­słu­gu­jesz. Ten by­dlak nie bę­dzie miał do cie­bie do­stępu. Je­stem prze­ko­nana, że je­śli po­szu­kamy, to w po­bliżu Spring Hill na pewno znaj­dziemy nie­je­den taki ośro­dek.

Wes­tchnę­łam głę­boko.

- Jest je­den, na­wet cał­kiem nie­da­leko, bo w Ar­ring­ton.

- A nie mó­wi­łam? - za­świer­go­tała i na­tych­miast ru­szyła do drzwi pro­wa­dzą­cych do jej sy­pialni. Po chwili wró­ciła do stołu z oku­la­rami w dłoni i wielką książką te­le­fo­niczną pod pa­chą. - Za­raz znaj­dziemy ich nu­mer. Je­stem prze­ko­nana, że gdy opo­wiesz im swoją hi­sto­rię, to oni z pew­no­ścią znajdą ja­kieś roz­wią­za­nie.

- To nie ma sensu, Deb­bie. Oni mi nie po­mogą.

- A to niby dla­czego? Prze­cież wła­śnie tym się zaj­mują, po­ma­gają mal­tre­to­wa­nym ko­bie­tom.

- Zga­dzam się z tobą, wła­śnie tym się zaj­mują, i być może wła­śnie tam bym się zgło­siła, gdyby nie to, że jedną z za­ło­ży­cie­lek tej or­ga­ni­za­cji jest Be­atrice Cal­trand, żona naj­lep­szego przy­ja­ciela Mi­cha­ela - wes­tchnę­łam. - Nie mogę po­wie­dzieć, ko­bieta za­wsze była dla mnie miła, ale to nie zmie­nia faktu, że jest żoną Roya. Je­stem nie­mal pewna, że mo­men­tal­nie po­wia­do­mi­łaby o wszyst­kim męża.

Sta­ruszka zmięła w ustach prze­kleń­stwo i mało de­li­kat­nie rzu­ciła oku­lary na stół.

- Wy­gląda na to, że ten gnój wszę­dzie ma swo­ich lu­dzi. Le­ka­rze, po­li­cjanci, a te­raz jesz­cze to.

- Dla­tego mu­szę so­bie po­ra­dzić sama. Nie mogę ry­zy­ko­wać, że Mi­chael do­wie się, co za­mie­rzam. Już te­raz za choćby drobne prze­wi­nie­nie, ta­kie jak ku­pie­nie nie tego szam­ponu, po­trafi wpaść w taki szał, że moje ciało przez ko­lejne dwa ty­go­dnie jest si­no­nie­bie­skie.

Deb­bie za­mknęła oczy, a po­tem wes­tchnęła ci­cho.

- No do­brze, ta or­ga­ni­za­cja od­pada, ale prze­cież są inne.

Po­trzą­snę­łam głową.

- Mi­chael ma mnó­stwo zna­jo­mych za­równo tu­taj, jak i poza mia­stem. Nie będę ry­zy­ko­wała, że tra­fię na jed­nego z nich. Dla­tego, jak wi­dzisz, nie­spe­cjal­nie mam wyj­ście i mu­szę to zro­bić tak, jak za­pla­no­wa­łam.

- Jest jesz­cze jedna opcja - szep­nęła, spo­glą­da­jąc na mnie z tro­ską. - Da­mon. My­ślę, że po­win­naś go po­szu­kać.

- Nie - od­par­łam krótko, a żo­łą­dek za­ci­snął mi się w su­peł na samą myśl, że mia­ła­bym go znowu zo­ba­czyć.

- Dziecko, ja wiem, że ten chło­piec bar­dzo cię zra­nił, ale cza­sami mu­simy scho­wać dumę do kie­szeni, szcze­gól­nie kiedy cho­dzi o na­sze ży­cie.

- Zra­nił? - za­śmia­łam się, choć nie był to we­soły śmiech. W mo­ich oczach po­ja­wiły się łzy. - Prze­cież to wszystko jego wina! To przez niego je­stem tu, gdzie je­stem. - Po­de­szłam do okna i ob­ję­łam się ra­mio­nami, chcąc so­bie do­dać otu­chy. - Wie­dział, co mnie czeka, gdy ro­dzice do­wie­dzą się o ciąży, mimo to zo­sta­wił mnie na ich pa­stwę, jak­bym nic dla niego nie zna­czyła! I za­pewne wła­śnie tak było. A ja, głu­pia, wie­rzy­łam, gdy obie­cy­wał, że ra­zem wy­je­dziemy, że bę­dzie mnie chro­nił, że za­wsze bę­dziemy ra­zem. Mó­wił... mó­wił, że mnie ko­cha - do­da­łam nieco ci­szej. - Ale gdy tylko nada­rzyła się oka­zja, uciekł ni­czym tchórz, nie oglą­da­jąc się za sie­bie! - Mru­gnę­łam kil­ku­krot­nie, bo przez łzy stra­ci­łam ostrość wi­dze­nia. - To przez niego mu­sia­łam wyjść za Mi­cha­ela! Dla­tego każdy na­wet naj­mniej­szy si­niak jest rów­nież jego winą! Więc nie, nie za­mie­rzam go szu­kać, ani te­raz, ani w przy­szło­ści. Da­mon się mną ba­wił, a ja jak ostat­nia idiotka są­dzi­łam, że od­wza­jem­nia moje uczu­cia. - Za­łka­łam i w tym sa­mym mo­men­cie po­czu­łam, jak obej­mują mnie drobne ra­miona Deb­bie. - Przez tyle lat ra­dzi­łam so­bie bez niego, to i te­raz dam radę.

Deb­bie po­cią­gnęła no­sem, a po­tem wes­tchnęła.

- Obyś miała ra­cję, dziecko. - Ści­snęła mnie nieco moc­niej, po czym do­dała ze smut­kiem: - Obyś miała ra­cję.

* * *

- Za­pro­si­łem kilka osób na ko­la­cje.

Za­mar­łam z wi­del­cem w po­ło­wie drogi do ust. Szybko jed­nak otrzą­snę­łam się z pierw­szego szoku i wy­gię­łam wargi w czymś, co - mia­łam na­dzieję - przy­po­mi­nało uśmiech.

- Czy to ja­kaś spe­cjalna oka­zja?

Mi­chael od­sta­wił szklankę na stół. Jego brwi wy­strze­liły w górę.

- A czy po­trze­buję oka­zji, by zjeść po­si­łek i na­pić się drinka ze zna­jo­mymi z pracy?

- Nie, oczy­wi­ście, że nie. - Od­chrząk­nę­łam. - Więc ile osób przyj­dzie?

- Bę­dzie Roy z Be­atrice, Lo­gan i Me­re­dith.

Za­mar­łam na mo­ment, bo o ile Be­atrice wy­da­wała się miła, tak jej mąż był jej kom­plet­nym prze­ci­wień­stwem. Lo­gana wi­dzia­łam może kilka razy, ale na szczę­ście był w po­rządku, ni­gdy jed­nak nie sły­sza­łam o żad­nej Me­re­dith.

- Me­re­dith? To nowa dziew­czyna Lo­gana? - za­py­ta­łam, wsta­jąc. Za­czę­łam zbie­rać ta­le­rze ze stołu, cze­ka­jąc na jego od­po­wiedź.

Roz­siadł się wy­god­nie na krze­śle i ro­ze­śmiał się, jak­bym po­wie­działa coś śmiesz­nego.

- Nie. Nic z tych rze­czy, cho­ciaż za­pewne Lo­gan nie miałby nic prze­ciwko - prych­nął. - Me­re­dith stu­dio­wała na tej sa­mej uczelni co ja i Roy, a od mniej wię­cej mie­siąca pra­cuje ra­zem z nami w kli­nice. Je­stem pe­wien, że ci o niej opo­wia­da­łem.

Nie, choć to i tak nie miało żad­nego zna­cze­nia.

- Pew­nie tak było, ale za­po­mnia­łam. My­śla­łeś już, co po­win­nam przy­go­to­wać na ten wie­czór? - za­py­ta­łam, na­kła­da­jąc na ta­le­rze jego ulu­bione brow­nie.

- Może kur­czak z bia­łym so­sem. Nie­źle ci wy­cho­dzi.

Ski­nę­łam głową, sta­wia­jąc przed nim de­ser.

- Tak, za­wsze mi wy­cho­dzi. - Unio­słam wargi w uda­wa­nym uśmie­chu i usia­dłam przy stole. - Wy­bra­łeś ja­kiś kon­kretny dzień na tę ko­la­cję? - Do­strze­ga­jąc złość, która za­częła za­le­wać twarz mo­jego męża, po­śpiesz­nie do­da­łam: - Py­tam, bo po­trze­buję wie­dzieć tro­chę wcze­śniej, by wszystko przy­go­to­wać. Poza tym może po­win­nam rów­nież pójść do fry­zjera... - Zła­pa­łam za ko­smyk swo­ich dłu­gich ja­snych wło­sów w na­dziei, że Mi­chael po­łknie ha­czyk. - Dawno nic z nimi nie ro­bi­łam.

- Fakt. - Ob­rzu­cił mnie spoj­rze­niem i uśmiech­nął się kpiąco. - Po­win­naś coś ze sobą zro­bić. Nie chcę, by moja żona wy­glą­dała jak wy­cie­ruch. Nic nie ro­bisz ca­łymi dniami, to cho­ciaż o wy­gląd po­win­naś za­dbać - mruk­nął, po czym po­now­nie sku­pił się na je­dze­niu. - Za­pro­si­łem ich na wto­rek, więc bę­dziesz miała czas, by zro­bić po­rządne za­kupy i pójść do fry­zjera.

Prze­łknę­łam ner­wowo ślinę.

- Z wczo­raj­szych za­ku­pów nie­wiele mi zo­stało...

- Jezu - wark­nął, wy­cią­ga­jąc port­fel z kie­szeni ma­ry­narki, po czym rzu­cił na stół trzy­sta do­la­rów. - Mam na­dzieję, że tyle ci wy­star­czy. - Zmru­żył po­wieki i po­now­nie mi się przyj­rzał. - Tylko nie skra­caj wło­sów. Niech zro­bią ci ja­kąś fry­zurę, że­byś wy­glą­dała jak czło­wiek, ale niech ich dłu­gość zo­sta­nie taka jak te­raz, zro­zu­miano?

Po­śpiesz­nie ski­nę­łam mu głową na zgodę.

- Żad­nego pod­ci­na­nia.

- Świet­nie - mruk­nął, wkła­da­jąc do ust ostatni ka­wa­łek cia­sta. - Pójdę się po­ło­żyć, to był cho­ler­nie ciężki dzień. - Wstał i ru­szył w kie­runku na­szej sy­pialni. Za­trzy­mał się tuż przed drzwiami i spoj­rzał na mnie przez ra­mię. - Mam na­dzieję, że nie ka­żesz mi na sie­bie zbyt długo cze­kać.

Po­trzą­snę­łam głową.

- Nie, oczy­wi­ście, że nie. Po­sprzą­tam tu­taj i rów­nież się po­łożę - od­par­łam, na co na jego twa­rzy po­ja­wił się lu­bieżny uśmiech.

- Do­brze.

Ode­tchnę­łam z ulgą do­piero, gdy znik­nął za drzwiami. Szcze­rze nie wie­dzia­łam, co było gor­sze: jego wście­kłość, którą tak chęt­nie na mnie wy­ła­do­wy­wał, czy może jego po­żą­dliwe spoj­rze­nie. Obie te rze­czy spra­wiały, że ro­biło mi się nie­do­brze. Jed­nak mimo wszystko od­nio­słam dziś ma­leńki suk­ces. Część otrzy­ma­nych pie­nię­dzy za­mie­rza­łam do­ło­żyć do tych, które mia­łam prze­zna­czone na wy­jazd. Mąż ra­czej się nie po­ła­pię, że sama się ucze­sa­łam.

Skrzyp­nię­cie za drzwiami przy­wró­ciło mnie do rze­czy­wi­sto­ści i ze­rwa­łam się z miej­sca, za­bie­ra­jąc ze sobą pu­ste ta­le­rze. Gdyby Mi­chael za­stał mnie po­grą­żoną w roz­my­śla­niach, go­tów byłby zro­bić ko­lejną awan­turę. Mia­łam na­dzieję, że nim ogarnę kuch­nię, zdąży już za­snąć i nie będę zmu­szona do, jak to okre­ślał, "mał­żeń­skich obo­wiąz­ków". Żółć pod­cho­dziła mi do gar­dła na samą myśl, że znów bę­dzie mnie do­ty­kał.

* * *

- Nie my­śla­łaś, żeby w końcu zna­leźć so­bie ja­kieś za­ję­cie?

Pod­nio­słam wzrok znad ta­le­rza w samą porę, by zo­ba­czyć, jak Lo­gan od­suwa od Me­re­dith bu­telkę z wi­nem.

- Zdaje się, że jak na je­den wie­czór już dość wy­pi­łaś.

- Nie bądź śmieszny - wark­nęła, od­bie­ra­jąc od niego wino. - Je­stem po pro­stu cie­kawa, czy nie mę­czy jej to cią­głe ży­cie na gar­nuszku męża. - Ski­nęła w moją stronę. Na­stęp­nie po­now­nie sku­piła się na ko­le­dze z pracy. - A co do cie­bie, to wa­ro­wa­nie przy moim kie­liszku chyba nie na­leży do two­ich obo­wiąz­ków.

Spoj­rza­łam na Mi­cha­ela, a po­tem na swoje dło­nie. Mia­łam ochotę od­po­wie­dzieć tej wred­nej ba­bie i do­dać rów­nież, co o niej my­ślę, jed­nak nie mo­głam. Z dwojga złego wo­la­łam zno­sić jej uszczy­pli­wo­ści, niż po­now­nie po­czuć na so­bie wście­kłość męża. A za­pewne tak wła­śnie by się to skoń­czyło, gdy­bym w ten spo­sób po­trak­to­wała jego go­ścia.

- Nie, nie na­leży. Ale wi­dzę, że z każ­dym kie­lisz­kiem ro­bisz się co­raz bar­dziej... aro­gancka - od­po­wie­dział jej Lo­gan.

- My­lisz aro­gan­cję z cie­ka­wo­ścią. To prze­cież oczy­wi­ste, że żadna ko­bieta nie ma­rzy o by­ciu kurą do­mową. - Pod­nio­sła kie­li­szek z wi­nem i za­ko­ły­sała nim na boki.

Wy­tar­łam spo­cone dło­nie o ma­te­riał su­kienki. Ta ko­la­cja od po­czątku była ska­zana na nie­po­wo­dze­nie. Spo­tka­nia z przy­ja­ciółmi Mi­cha­ela za­wsze po­wo­do­wały u mnie silny stres, ale gdy zo­sta­łam przed­sta­wiona ru­do­wło­sej, pięk­nej Me­re­dith, któ­rej uroda nie­stety nie szła w pa­rze z do­brym wy­cho­wa­niem, było tylko go­rzej. Ko­bieta osten­ta­cyj­nie zmie­rzyła mnie wzro­kiem, a po­tem przez cały wie­czór nie prze­sta­wała rzu­cać w moim kie­runku ja­do­wi­tych spoj­rzeń. To nie był pierw­szy raz, kiedy mu­sia­łam się mie­rzyć z nie­chę­cią ko­goś z grona przy­ja­ciół swo­jego męża, mimo to pierw­szy raz od bar­dzo dawna ktoś tak jaw­nie oka­zy­wał mi swoją wro­gość.

- Sky nie pra­cuje, bo nie musi - wtrą­cił Mi­chael, czym wpra­wił mnie w osłu­pie­nie.

Z re­guły zu­peł­nie igno­ro­wało to, że Roy czy też moi te­ścio­wie ze mnie kpią. Jego naj­bliżsi ni­gdy nie mar­no­wali oka­zji, by przy­po­mnieć mi, że je­stem gor­szą ka­te­go­rią czło­wieka i nie do­ra­stam Mi­cha­elowi do pięt, dla­tego po­win­nam być wdzięczna, że ten zwró­cił na mnie uwagę. Mój mąż ni­gdy nie re­ago­wał, gdy inni wy­ra­żali się o mnie nie­zbyt przy­chyl­nie. Mo­gła­bym na­wet po­wie­dzieć, że za­wsze przy­słu­chi­wał się temu z ogromną sa­tys­fak­cją. Dla­tego jego dzi­siej­sze za­cho­wa­nie to­tal­nie od­bie­gało od normy.

- Za­ra­biam wy­star­cza­jąco dużo pie­nię­dzy, by moja żona nie mu­siała się tym mar­twić - kon­ty­nu­ował, po­sy­ła­jąc Me­re­dith twarde spoj­rze­nie.

Ko­bieta wy­gięła krwi­sto­czer­wone usta w uśmie­chu, po czym wy­mow­nie unio­sła kie­li­szek w moją stronę.

- Cóż, w ta­kim ra­zie chyba po­win­nam ci po­gra­tu­lo­wać. Ta­kich męż­czyzn jak twój mąż już prak­tycz­nie nie ma. Opie­kuń­czy, ko­cha­jący, a do tego cho­ler­nie przy­stojny. Po­win­naś go do­brze pil­no­wać, bo je­stem pewna, że nie­jedna ko­bieta bę­dzie ci go chciała sprząt­nąć sprzed nosa. Taki fa­cet to praw­dziwy skarb.

Przez kilka dłu­gich krę­pu­ją­cych se­kund je­dy­nym dźwię­kiem w po­miesz­cze­niu było ty­ka­nie ze­gara wi­szą­cego na ścia­nie w kuchni. Prze­łknę­łam gulę, która ufor­mo­wała się w moim gar­dle, po czym prze­rwa­łam nie­szczę­sną ci­szę:

- Tak, chyba tak. Mi­chael po­trafi spra­wić, by ko­bieta czuła się... wy­jąt­kowa.

Ką­tem oka do­strze­głam krzywy uśmiech Roya, jed­nak wo­la­łam uda­wać, że tego nie wi­dzę. Było ja­sne, że cie­szył się z mo­jego za­kło­po­ta­nia. Męż­czy­zna, po­dob­nie zresztą jak moi te­ścio­wie, wy­jąt­kowo mnie nie­na­wi­dził. Co prawda ni­gdy wprost mi tego nie po­wie­dział, ale każdy, kto miał oczy i cho­ciaż ćwierć mó­zgu, do­strze­gał po­gardę, z jaką na mnie pa­trzył. Co naj­dziw­niej­sze, za­uwa­ży­łam, że ta jego nie­chęć do mnie po­głę­biła się jesz­cze bar­dziej, gdy nie­za­po­wie­dziany przy­szedł do na­szego domu i za­stał mnie z po­obi­janą twa­rzą.

- A więc za Mi­cha­ela! - Me­re­dith prze­chy­liła kie­li­szek, upi­ja­jąc so­lidny łyk wina.

Wi­dząc, że wszy­scy ro­bią to samo, pod­nio­słam swój i rów­nież upi­łam odro­binę, pró­bu­jąc się przy tym nie skrzy­wić. Nie zno­si­łam Char­don­nay, lecz we­dług prze­pisu to wino ide­al­nie współ­grało z da­niem, które dzi­siaj przy­go­to­wa­łam. Za to smak dzi­siej­szego trunku bar­dzo przy­padł do gu­stu przy­ja­ciółce mo­jego męża. Nie pa­mię­tam, że­bym kie­dy­kol­wiek wi­działa osobę, która wle­wa­łaby w sie­bie al­ko­hol w ta­kim tem­pie. Reszta go­ści w więk­szo­ści po­pi­jała wodę i tylko spo­ra­dycz­nie do to­a­stu upi­jała wina. Nic dziw­nego, skoro wszy­scy przy­je­chali wła­snymi sa­mo­cho­dami. Naj­wy­raź­niej jed­nak Me­re­dith to nie prze­szka­dzało.

Reszta ko­la­cji dłu­żyła się nie­mi­ło­sier­nie. Na szczę­ście ko­bieta uni­kała już te­ma­tów do­ty­czą­cych mo­jej osoby, za to sku­piła się na wspo­mi­na­niu stu­denc­kich cza­sów, przez co po­si­łek mi­nął w akom­pa­nia­men­cie śmie­chów. Wi­dać było, że przy­ja­ciele do­brze się ba­wili w swoim to­wa­rzy­stwie. Na­to­miast Be­atrice i Lo­gan wy­glą­dali na nieco znu­dzo­nych słu­cha­niem praw­do­po­dob­nie ko­lejny raz tych sa­mych hi­sto­rii. Od czasu do czasu Lo­gan po­sy­łał w moją stronę współ­czu­jące spoj­rze­nie. Nie zna­łam go do­brze. Tak na­prawdę wi­dzia­łam go tylko kilka razy, mimo że pra­co­wał w kli­nice już nie­mal trzy lata. W prze­ci­wień­stwie do Roya rzadko do nas za­glą­dał. Jed­nak z tego, jak za­re­ago­wał na przy­tyki Me­re­dith, mo­głam wy­wnio­sko­wać, że nie był tak ze­psuty jak jego współ­pra­cow­nicy.

- Na nas chyba już pora - ode­zwał się Roy ja­kąś go­dzinę póź­niej, pa­trząc na ze­ga­rek. - Zro­biło się strasz­nie późno, a z sa­mego rana wy­bie­ramy się z Be­atrice do jej ro­dzi­ców w Hunt­sville.

- Pro­szę cię - wy­beł­ko­tała kpiąco Me­re­dith. - Le­d­wie mi­nęła dwu­dzie­sta pierw­sza, a ty już się zmy­wasz? Kom­plet­nie zdzia­dzia­łeś w tym mał­żeń­stwie. Za­cho­wu­jesz się, jak­byś do­bi­jał do sześć­dzie­siątki, a le­dwo stuk­nęła ci trzy­dziestka. Be­atrice, po­win­naś po­lu­zo­wać mu nieco tę smycz, bo się bie­da­czy­sko udusi.

Be­atrice zmarsz­czyła brwi i za­miast od­po­wie­dzieć, je­dy­nie po­trzą­snęła głową. W tym sa­mym cza­sie Roy z uśmie­chem przy­tu­lił sie­dzącą obok niego żonę.

- Trzy­dzie­ści sie­dem. Stuk­nęło mi do­kład­nie trzy­dzie­ści sie­dem lat, tyle samo co to­bie - po­pra­wił ją. - To się na­zywa do­ro­słość, Mer. Może kie­dyś i cie­bie do­pad­nie - za­kpił z niej, po czym nie cze­ka­jąc na jej ri­po­stę, zwró­cił się twa­rzą do mnie i Mi­cha­ela. - Dzię­ku­jemy za za­pro­sze­nie. Świet­nie się ba­wi­li­śmy. - Od­su­nął swoje krze­sło i pod­niósł się, na co jego żona zro­biła to samo.

- My rów­nież dzię­ku­jemy. Mu­simy to wkrótce po­wtó­rzyć - ode­zwał się mój mąż, wsta­jąc, a ja po­szłam w jego ślady.

- Ja­sne, ale tym ra­zem za­pra­szamy do nas.

- Na pewno przyj­dziemy, prawda, ko­cha­nie? - za­py­tał mnie piesz­czo­tli­wie Mi­chael, przez co omal nie udła­wi­łam się wła­snym ję­zy­kiem. Od lat tak do mnie nie mó­wił.

Od­chrząk­nę­łam i po­sła­łam mu de­li­katny uśmiech, po czym zwró­ci­łam się do na­szych go­ści:

- Oczy­wi­ście. Dzię­ku­jemy za za­pro­sze­nie.

Be­atrice za­rzu­ciła na ra­mię to­rebkę, która wcze­śniej wi­siała na opar­ciu krze­sła, po czym z uśmie­chem wy­cią­gnęła do mnie dłoń.

- Je­dze­nie było wy­śmie­nite, jak za­wsze zresztą - po­wie­działa, na co jej mąż ski­nię­ciem głowy po­twier­dził jej słowa.

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. - Uści­snę­łam jej dłoń, od­wza­jem­nia­jąc uśmiech.

- Zdaje się, że i na mnie już pora - ode­zwał się Lo­gan i rów­nież wstał.

Je­dyną osobą, która sie­działa te­raz przy stole, była Me­re­dith.

- Nie wy­głu­piaj się i zo­stań jesz­cze. Na­pi­jemy się cze­goś moc­niej­szego - za­czął prze­ko­ny­wać Lo­gana Mi­chael.

- Dzięki, stary, ale je­stem pad­nięty. - Prze­cze­sał pal­cami swoje krót­kie kru­czo­czarne włosy. - To był długi dzień. Poza tym nie lu­bię jeź­dzić tak­sów­kami. - Na­stęp­nie spoj­rzał na Me­re­dith. - Może pod­wiozę cię do domu?

- To miłe z two­jej strony, ale ni­g­dzie się nie wy­bie­ram. - Uśmiech­nęła się do niego drwiąco. - Ja w prze­ci­wień­stwie do was, sztyw­niaki, mam ochotę się jesz­cze na­pić. Za­mó­wię so­bie tak­sówkę. Mnie one nie prze­szka­dzają - do­dała z sar­ka­zmem.

Za­gry­złam wargę, spo­glą­da­jąc na nią. Ko­bieta była za­lana w pestkę. Nic dziw­nego, skoro prak­tycz­nie sama opróż­niła dwie bu­telki wina. Nie są­dzę, by była w sta­nie sa­mo­dziel­nie dojść do drzwi, a co do­piero wejść do tak­sówki, szcze­gól­nie po ko­lej­nej dawce al­ko­holu.

- Jak chcesz. - Wzru­szył ra­mio­nami, po czym uśmiech­nął się i spoj­rzał wprost na mnie. - Dzię­kuję za pyszną ko­la­cję, Sky. - Po­chy­lił się i po­ca­ło­wał mnie w po­li­czek. Na­stęp­nie wy­cią­gnął rękę w kie­runku Mi­cha­ela. - Dzięki, stary, i do zo­ba­cze­nia w po­nie­dzia­łek.

Mi­chael ski­nął głową.

- Nie ma sprawy. Za­wsze je­steś u nas mile wi­dziany. - Po­trzą­snął dło­nią ko­legi. - Ale je­śli twoje usta jesz­cze raz znajdą się w po­bliżu mo­jej żony, to po­ła­mię ci nogi - za­gro­ził żar­to­bli­wym to­nem, uśmie­cha­jąc się przy tym.

Ja jed­nak zna­łam go na tyle, by wie­dzieć, że w środku aż ki­piał ze zło­ści.

- Spo­koj­nie. - Lo­gan uśmiech­nął się do niego przy­jaź­nie, po czym na krótki mo­ment spoj­rzał mi w oczy. - Nie pod­ry­wam ci żony. Po pro­stu dzię­ko­wa­łem za ko­la­cję. - Po czym po­now­nie prze­niósł wzrok na Mi­cha­ela. - Cho­lerny z cie­bie szczę­ściarz. Nie dość, że twoja żona to piękna ko­bieta, to jesz­cze nie­sa­mo­wi­cie uta­len­to­wana.

- Fakt, moja Sky to praw­dziwy skarb.

Me­re­dith, która do tej pory sie­działa ci­cho, mruk­nęła coś pod no­sem, a za­raz po­tem par­sk­nęła śmie­chem.

- Może jed­nak cię za­wiozę? Nie wiem, czy to bez­pieczne, byś w ta­kim sta­nie wra­cała tak­sówką. - Lo­gan po­now­nie zwró­cił się do Me­re­dith, na co ta po­trzą­snęła głową i nim zdą­żyła mu od­po­wie­dzieć, wtrą­cił się mój mąż:

- Nie ma ta­kiej po­trzeby. Mamy ze Sky wolną sy­pial­nię, gdzie Mer mo­głaby się prze­spać. Je­śli oczy­wi­ście bę­dzie chciała.

Och, tego się nie spo­dzie­wa­łam.

- I to jest ide­alny po­mysł. - Ko­bieta roz­pro­mie­niła się ni­czym słońce.

- No do­brze. - Roy kla­snął w dło­nie. - Nie bę­dziemy wam dłu­żej za­wra­cać głowy. Jesz­cze raz dzię­ku­jemy za wy­śmie­nity po­si­łek, Sky. - Po­słał mi wy­mu­szony uśmiech.

- Pro­szę bar­dzo - od­par­łam uprzej­mie.

Po po­że­gna­niu go­ści i od­pro­wa­dze­niu ich do drzwi wró­ci­li­śmy do sa­lonu, gdzie za­sta­li­śmy Me­re­dith z głową opartą na ręce. Jej oczy były za­mknięte.

- Chyba za­snęła - wes­tchnę­łam ci­cho.

- Cho­lera - mruk­nął Mi­chael, sta­jąc tuż nad nią. - Wie­dzia­łem, że nie po­winna tyle pić. Za­wsze miała słabą głowę. Za­pro­wa­dzę ją do po­koju.

Ski­nę­łam głową, wi­dząc, jak pod­nosi pi­janą w sztok ko­bietę.

- Do­brze, ja w tym cza­sie tro­chę tu po­sprzą­tam. - Wzię­łam kilka brud­nych ta­le­rzy ze stołu i ru­szy­łam do kuchni.

Gdy wró­ci­łam mi­nutę póź­niej, mo­jego męża i jego przy­ja­ciółki już nie było, tak więc mo­głam się w spo­koju za­brać za pracę. Ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej sa­lon lśnił, a zmy­warka była za­ła­do­wana. Za­do­wo­lona z tego, co zro­bi­łam, po­ga­si­łam świa­tła i ru­szy­łam ciem­nym ko­ry­ta­rzem w kie­runku sy­pialni. I gdy mia­łam już wejść do na­szego po­koju, usły­sza­łam ostry i pe­łen zło­ści głos Mi­cha­ela:

- Nie mie­szaj do tego Sky.

Zmarsz­czy­łam brwi i za­gry­złam wargę, sły­sząc swoje imię. Spoj­rza­łam w kie­runku po­koju na końcu ko­ry­ta­rza, z któ­rego do­cho­dził głos mo­jego męża. Sta­łam tak przez chwilę, nie­pewna, jak po­stą­pić. Cie­ka­wość jed­nak wzięła górę i po­woli ru­szy­łam w kie­runku sy­pialni, gdzie miała no­co­wać przy­ja­ciółka Mi­cha­ela.

Drzwi były odro­binę uchy­lone. Sta­nę­łam przy ścia­nie, by nie mo­gli mnie do­strzec, i zaj­rza­łam do środka. Zdzi­wiona unio­słam wy­soko brwi, gdy do­strze­głam, że Me­re­dith ze skrzy­żo­wa­nymi na piersi rę­kami stoi obok okna. Prze­cież jesz­cze chwilę temu mój mąż trans­por­to­wał ją nie­przy­tomną do po­koju. Albo mi­giem nieco wy­trzeź­wiała, albo uda­wała bar­dziej pi­janą, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. Na­to­miast on opie­rał się bio­drem o brzeg ko­mody, dzięki czemu mia­łam ide­alny wi­dok na pro­fil jego twa­rzy i wie­dzia­łam, że jest wście­kły.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego wciąż z nią je­steś - mruk­nęła beł­ko­tli­wie przy­ja­ciółka Mi­cha­ela. - Prze­cież ona jest zu­peł­nie... ni­jaka. Boże, a te ubra­nia? - Ro­ze­śmiała się chra­pli­wie. - Wy­gląda jak cho­lerna za­kon­nica. Nie wie­rzę, że to cię kręci.

Mi­chael zła­pał ko­bietę za nad­gar­stek, a na­stęp­nie po­cią­gnął do sie­bie tak, że te­raz ich twa­rze dzie­liło może kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów. Spię­łam się w ocze­ki­wa­niu na ude­rze­nie, ale on tylko uśmiech­nął się kpiąco.

- Nie przy­po­mi­nam so­bie, bym pro­sił cię o opi­nię na te­mat Sky. To, jak wy­gląda na­sze mał­żeń­stwo, to wy­łącz­nie na­sza sprawa. Na­stęp­nym ra­zem ra­dzę ci uwa­żać na słowa, gdy ona lub kto­kol­wiek inny jest w po­bliżu.

Me­re­dith po­ło­żyła mu dło­nie na klatce pier­sio­wej i ode­pchnęła go z ca­łej siły, przez co sama za­to­czyła się do tyłu i upa­dła na łóżko. Za­klęła siar­czy­ście, po czym po­now­nie spoj­rzała na mo­jego męża.

- Po pro­stu pró­buję zro­zu­mieć, dla­czego po­ślu­bi­łeś ją, a nie mnie. Prze­cież było nam ze sobą cu­dow­nie. Na­dal jest - mruk­nęła, wy­cią­ga­jąc rękę w kie­runku jego kro­cza, nim jed­nak zdą­żyła go do­tknąć, zła­pał jej nad­gar­stek i od­su­nął od sie­bie.

Nie za­sko­czyło mnie, że Mi­chael mnie zdra­dza. Nie­jed­no­krot­nie zda­rzało się, że gdy wra­cał z pracy, czu­łam od niego za­pach dam­skich per­fum, przy­pusz­cza­łam więc, że z kimś się spo­tyka. Na­wet na­iw­nie są­dzi­łam, że skoro zna­lazł so­bie ko­chankę, to da mi w końcu spo­kój i po­zwoli odejść. Jed­nak czas mi­jał, a mię­dzy nami nic się nie zmie­niało, a je­śli już, to tylko na gor­sze. Te­raz się oka­zało, że sy­piał z Me­re­dith, ko­le­żanką ze stu­diów i nową współ­pra­cow­nicą. Wcze­śniej mó­wił mi, że ich drogi ro­ze­szły się za­raz po stu­diach, a po­now­nie spo­tkali się kilka mie­sięcy temu, a od paru ty­go­dni pra­co­wali ra­zem w kli­nice. Naj­wy­raź­niej mój mąż i w tej kwe­stii mnie okła­mał.

- Je­śli nie chcesz tego za­koń­czyć, to ra­dzę ci, być na­stęp­nym ra­zem fil­tro­wała słowa albo trzy­mała usta za­mknięte.

- A to niby dla­czego? - prych­nęła. - Po­wie­dzia­łam tylko prawdę. Ona kom­plet­nie do cie­bie nie pa­suje. Prze­cież poza wy­glą­dem ta ko­bieta nie ma w so­bie nic cie­ka­wego.

- Masz się do tego nie mie­szać. Moja żona nie jest twoją sprawą. - Zni­żył głos, spra­wia­jąc, że ciarki prze­szły mi po ple­cach.

- A wła­śnie, że to jest moja sprawa! - wark­nęła i sta­nęła przed nim po­now­nie na chwiej­nych no­gach. - To ja mia­łam zo­stać twoją żoną, pa­mię­tasz? To mnie obie­cy­wa­łeś "na do­bre i na złe", a po­tem zo­ba­czy­łeś tę małą i za­po­mnia­łeś o wszyst­kich de­kla­ra­cjach, które mi zło­ży­łeś. By­łeś ze mną, a jed­no­cze­śnie ła­zi­łeś za nią jak pie­przony stal­ker. To przez nią i tę twoją cho­ro­bliwą ob­se­sję na jej punk­cie nie je­ste­śmy ra­zem... a przy­naj­mniej nie ofi­cjal­nie, więc to jest moja pie­przona sprawa - wy­pluła zgorzk­niale.

- Ci­szej! - wy­sy­czał jej w twarz.

Nie zro­biło to na niej więk­szego wra­że­nia. Wy­cią­gnęła pa­lec i prze­je­chała po jego szyi.

- Bo co? Bo­isz się, że twoja żonka do­wie się, co zro­bi­łeś? - za­re­cho­tała. - Może opo­wiemy jej, co tak na­prawdę wy­da­rzyło się przed laty. Ja chęt­nie zo­ba­czę minę tej kre­tynki, gdy do­wie się prawdy. A po­tem jesz­cze mo­żemy opo­wie­dzieć jej, jaki z cie­bie przy­kładny mąż.

Sta­łam tam kom­plet­nie spa­ra­li­żo­wana. Co wy­da­rzyło się przed laty? O ja­kiej praw­dzie mó­wiła? Nic z tego nie ro­zu­mia­łam. Na­to­miast mina mo­jego męża świad­czyła o tym, że nie za­sko­czyło go to, co przed chwilą usły­szał.

- Może za­pro­simy tu­taj tę idiotkę i zre­la­cjo­nu­jemy jej to, co ro­bimy w twoim ga­bi­ne­cie po go­dzi­nach? Albo jesz­cze le­piej... - Uśmiech­nęła się i za­ha­czyła pal­cem o roz­pięty pod szyją gu­zik jego ko­szuli. - Mo­żemy jej to za­de­mon­stro­wać.

Mi­chael ode­pchnął jej dłoń i za­ci­snął usta w cienką kre­skę.

- Idź spać, Me­re­dith.

- Spać? - Za­wie­siła głos, a po­tem pod­jęła: - My­ślisz, że zmrużę choć oko, wie­dząc, że bę­dziesz le­żał z nią za ścianą w jed­nym łóżku? - Po­trzą­snęła głową, a po­tem dło­nią wska­zała na drzwi. - To ja po­win­nam być tam z tobą, a nie ona! - wark­nęła tym ra­zem gło­śniej. - To moje miej­sce, a nie tej suki!

Mi­chael zdu­sił jej słowa, ła­piąc ją za szczękę i przy­cią­ga­jąc do sie­bie jesz­cze bli­żej. Ko­bieta otwo­rzyła sze­roko oczy, a ja cała ze­sztyw­nia­łam.

- Jesz­cze jedno słowo, a skręcę ci kark - wy­sy­czał, a jego klatka pier­siowa za­częła gwał­tow­nie fa­lo­wać.

Wzdry­gnę­łam się pewna, że za­raz ją ude­rzy, że wpad­nie w szał, tak jak nie­jed­no­krot­nie ro­bił to przy mnie, i użyje pię­ści, by wy­ła­do­wać swoją fru­stra­cję i złość. Na szczę­ście tak się nie stało. Z ulgą od­kry­łam, że za­miast pię­ści Mi­chael po­słał ko­bie­cie szy­der­czy uśmiech.

- To ja de­cy­duję, kto śpi w moim łóżku, a kto nie, Mer. Od sa­mego po­czątku wie­dzia­łaś, na co się pi­szesz. Ale skoro nasz układ prze­stał ci od­po­wia­dać, to droga wolna. - Pu­ścił jej twarz i zro­bił krok do tyłu.

Ko­bieta ner­wowo po­trzą­snęła głową. Jej ra­miona za­częły drżeć.

- Chyba nie mó­wisz po­waż­nie. Nie mo­żesz mi tego zro­bić. - Jej głos nie był już pe­łen jadu, jak jesz­cze chwilę temu. Te­raz ra­czej przy­po­mi­nał bła­ga­nie.

Mi­chael wło­żył dło­nie do kie­szeni i prze­chy­lił głowę.

- Mogę i zro­bię to, je­śli nie bę­dziesz się sto­so­wała do na­szych usta­leń. To, co ro­bię ze Sky, jest wy­łącz­nie moją sprawą, ro­zu­miemy się? Je­śli masz z tym pro­blem, to tak jak po­wie­dzia­łem, mo­żemy za­koń­czyć na­szą re­la­cję. Bez pro­blemu znajdę kan­dy­datkę na twoje miej­sce, i nie mam na my­śli tylko pracy. - Zlu­stro­wał ją z góry do dołu. - W tym mie­ście aż roi się od ta­kich jak ty.

Po ple­cach prze­szedł mi zimny dreszcz. Za­sło­ni­łam dło­nią usta, by nie wy­dać żad­nego dźwięku, i naj­de­li­kat­niej, jak po­tra­fi­łam, wy­co­fa­łam się spod drzwi. Gdy do­tar­łam do swo­jej sy­pialni, w końcu ode­tchnę­łam głę­boko. W gło­wie mi wi­ro­wało od słów, które przed chwilą usły­sza­łam. Nic z tego nie ro­zu­mia­łam. Co stało się przed laty, o czym nie wie­dzia­łam? O ja­kiej ob­se­sji mó­wiła? To nie mógł być pi­jacki beł­kot. Nie mia­łam zie­lo­nego po­ję­cia, o co mo­gło cho­dzić ko­chance Mi­cha­ela. Za­mknę­łam oczy i za­drża­łam, przy­po­mi­na­jąc so­bie wy­raz twa­rzy męża. Mój Boże, by­łam pewna, że ją ude­rzy, że po­trak­tuje ją tak, jak przy­wykł trak­to­wać mnie. Zimny pot zro­sił moje czoło na samo wspo­mnie­nie. Mru­gnę­łam po­wie­kami, pró­bu­jąc od­zy­skać ostrość wi­dze­nia, którą za­bu­rzyły pierw­sze łzy.

Na­bra­łam głę­boko po­wie­trza do płuc, a na­stęp­nie wy­pu­ści­łam je po­woli, usi­łu­jąc wy­rów­nać od­dech i choć tro­chę się uspo­koić. Nie mo­głam do­pu­ścić, by Mi­chael zo­ba­czył mnie w ta­kim sta­nie. Szyb­kim kro­kiem ru­szy­łam w kie­runku ła­zienki, a pięć mi­nut póź­niej le­ża­łam już łóżku, na­dal pró­bu­jąc to wszystko zro­zu­mieć. W gło­wie mia­łam to­talny mę­tlik. O ile to, że Mi­chael mnie zdra­dzał, nie było dla mnie za­sko­cze­niem, o tyle słowa tej ko­biety już tak. Coś stało się w prze­szło­ści i to coś było zwią­zane ze mną.

Się­gnę­łam pa­mię­cią do dnia, kiedy pierw­szy raz spo­tka­łam Mi­cha­ela. Mia­łam wtedy sie­dem­na­ście lat. Pa­mię­tam do­sko­nale ten dzień. Ro­dzice zro­bili mi wtedy kar­czemną awan­turę, po­nie­waż do­wie­dzieli się, że spo­ty­kam się z Da­mo­nem. Do tej pory śnią mi się po no­cach te krzyki, wy­zwi­ska i groźby, które od nich usły­sza­łam. Matka i oj­ciec byli wście­kli i pew­nie na­wet na swój spo­sób zra­nieni tym, że ich córkę wi­dziano z kimś, kto ich zda­niem na­le­żał do ni­zin spo­łecz­nych, zgni­li­zny, która ka­lała ich ide­alne mia­steczko. Wpa­dli w fu­rię, cho­ciaż to słowo nie od­daje w pełni tego, co tam wów­czas za­szło. Oj­ciec krzy­czał, a matka pła­kała. Twier­dzili, że nisz­czę ich re­pu­ta­cję i przy­no­szę wstyd ca­łej ro­dzi­nie. Tego dnia za­gro­zili, że je­śli na­tych­miast nie skoń­czę tej zna­jo­mo­ści, to zruj­nują Da­mo­nowi ży­cie. Wie­dzia­łam, że by­liby do tego zdolni. Pa­mię­tam, że za­pła­kana wy­bie­głam wtedy z domu. Pa­dał deszcz, a ja bie­głam przed sie­bie, zu­peł­nie na nic nie zwra­ca­jąc uwagi, przez co o mały włos nie wpa­dłam pod koła nad­jeż­dża­ją­cego sa­mo­chodu. I gdyby nie szybka re­ak­cja kie­rowcy, który zdo­łał wy­ha­mo­wać w ostat­nim mo­men­cie, kto wie, jakby się to dla mnie skoń­czyło. Chło­pak, któ­remu prak­tycz­nie wsko­czy­łam pod ma­skę, z fu­rią wy­sko­czył z auta, jed­nak ku mo­jemu wiel­kiemu za­sko­cze­niu w jed­nej chwili zmie­nił swoją po­stawę i za­miast na mnie na­krzy­czeć, za­py­tał, czy wszystko ze mną w po­rządku. Za­nim ode­szłam, przed­sta­wił się jako Mi­chael, a na ko­niec za­pro­po­no­wał mi kawę. Od­mó­wi­łam i ro­bi­łam to za każ­dym ra­zem, gdy przy­pad­kiem na sie­bie wpa­da­li­śmy. Jed­nak te­raz, po usły­sze­niu słów Me­re­dith, za­czy­nam mieć wąt­pli­wo­ści co do przy­pad­ko­wo­ści tych spo­tkań. Za­wsze, gdy go spo­ty­ka­łam, za­cho­wy­wał się cał­kiem nor­mal­nie. Cza­sami za­mie­ni­li­śmy ze sobą kilka słów, ale to by było na tyle. Co prawda już na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że się mną in­te­re­suje, lecz w żad­nym ra­zie nie był na­chalny... Cóż, przy­naj­mniej w tam­tym cza­sie.

Za­czę­łam prze­szu­ki­wać w gło­wie wspo­mnie­nia i szcze­gó­łowo wszystko ana­li­zo­wać. Cier­pli­wość Mi­cha­ela skoń­czyła się do­kład­nie wtedy, gdy Da­mon ode mnie od­szedł. To on był pierw­szą osobą, którą zo­ba­czy­łam tuż po swo­jej ope­ra­cji. Gdy za­py­ta­łam, skąd się tam w ogóle wziął, po­wie­dział, że aku­rat cze­kał przed blo­kiem ope­ra­cyj­nym na ko­legę, który zła­mał rękę pod­czas gry w fo­ot­ball. To wła­śnie wów­czas zo­ba­czył, jak wy­wożą mnie nie­przy­tomną z bloku ope­ra­cyj­nego. Od tego czasu prak­tycz­nie nie opusz­czał mo­jej szpi­tal­nej sali, a póź­niej, gdy wy­pi­sano mnie do domu, za­czął przy­jeż­dżać rów­nież tam. Pa­mię­tam, że w tam­tym okre­sie bez reszty po­grą­ży­łam się w roz­pa­czy. Przez ból i cier­pie­nie nie do­strze­ga­łam tego, co praw­do­po­dob­nie wi­doczne było go­łym okiem. Igno­ro­wa­łam sy­gnały, które pod­su­wał mi umysł... bo tak wtedy było mi ła­twiej. Pa­mię­tam, że ro­dzice wręcz ubó­stwiali Mi­cha­ela. W końcu po­cho­dził z bo­ga­tej ro­dziny, jego oj­ciec był sza­no­wa­nym le­ka­rzem, a on sam także wkrótce miał nim zo­stać. Był zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem Da­mona, któ­rego nie­na­wi­dzili ca­łym ser­cem. Dla mnie nie miało to żad­nego zna­cze­nia. Mia­łam w no­sie, kim był i ile pie­nię­dzy miał na kon­cie. On nic dla mnie nie zna­czył. Chcia­łam je­dy­nie, by mój uko­chany po mnie wró­cił, a przede wszyst­kim, by wy­ja­śnił mi, dla­czego zo­sta­wił mnie bez słowa, szcze­gól­nie po tym, co się stało. Moi ro­dzice uznali te czę­ste wi­zyty Mi­cha­ela za ide­alną oka­zję do tego, bym choć w nie­wiel­kim stop­niu zni­we­lo­wała grzech, któ­rego niby się do­pu­ści­łam. Za­częli na­ci­skać, bym dała Mi­cha­elowi szansę. Uwa­żali, że po tym, jak spla­mi­łam swój ho­nor i do­bre imię ro­dziny, po­win­nam wręcz dzię­ko­wać, że w ogóle mnie chce. Nie prze­szka­dzało im na­wet to, że był ode mnie dwa­na­ście lat star­szy. Ich na­mowy z każ­dym dniem przy­bie­rały na sile, aż w końcu po­ja­wiły się rów­nież groźby. Po odej­ściu Da­mona i cią­głych awan­tu­rach czu­łam się tak wy­czer­pana psy­chicz­nie, że w pew­nym mo­men­cie było mi już wszystko jedno, co się ze mną sta­nie. Zgo­dzi­ła­bym się na wszystko, by­leby tylko dali mi spo­kój.

Szybko do­strze­głam, ja­kim czło­wie­kiem był Mi­chael. Wła­ści­wie już kilka dni po ślu­bie zda­łam so­bie sprawę z błędu, jaki po­peł­ni­łam, i chcia­łam się z tego wy­co­fać, nie­stety było już za późno. Mi­chael ja­sno dał mi do zro­zu­mie­nia, że je­stem jego wła­sno­ścią i ni­gdy nie po­zwoli mi odejść.

- Śpisz?

Pod­sko­czy­łam mi­mo­wol­nie, sły­sząc jego głos. Po­grą­żona w my­ślach, nie usły­sza­łam, kiedy wszedł do po­koju.

Moja re­ak­cja wy­star­czyła mu za od­po­wiedź, bo już po chwili po­ło­żył się obok mnie, a jego ręka spo­częła na moim bio­drze. Prze­łknę­łam ślinę, do­sko­nale zda­jąc so­bie sprawę, czego ode mnie ocze­kuje. Nie­na­wi­dzi­łam tego rów­nie mocno, co jego. Każdy jego do­tyk czy po­ca­łu­nek wzbu­dzał we mnie obrzy­dze­nie i jesz­cze więk­szą od­razę do sa­mej sie­bie. By­łam słabą, tchórz­liwą ko­bietą, która po­zwa­lała mu na to wszystko, bo bała się jego re­ak­cji. Mi­chael ni­gdy mnie nie zgwał­cił, mimo to miał inne spo­soby, by na­kło­nić mnie do ule­gło­ści. Już raz, na po­czątku mał­żeń­stwa, pró­bo­wa­łam sta­wić mu opór, ale po­bił mnie tak bar­dzo, że ko­lejny raz już się na to nie zde­cy­do­wa­łam.

- N-nie śpię - od­par­łam, a żółć po­de­szła mi do gar­dła, gdy po­czu­łam, jak jego wzwód wbija się w moje plecy.

Był nagi. Chcia­łam go od sie­bie ode­pchnąć, ale nie mo­głam tego zro­bić.

- Wiem, że nie - po­wie­dział, pod­cią­ga­jąc moją ko­szulę nocną, a po­tem po­ło­żył dłoń na moim po­śladku.

Za­mar­łam, wsłu­chu­jąc się w jego przy­śpie­szony od­dech.

- Nie mo­głam za­snąć.

- Cze­ka­łaś na mnie? - za­py­tał gło­sem ocie­ka­ją­cym po­żą­da­niem.

Sap­nę­łam, za­miast od­po­wie­dzieć, bo zro­biło mi się nie­do­brze. On mu­siał wziąć moją re­ak­cję za oznakę pod­nie­ce­nia, bo zła­pał mnie za rękę i od­wró­cił do sie­bie. Le­ża­łam te­raz na ple­cach, mo­dląc się, by nie zwy­mio­to­wać. Na szczę­ście w po­koju było ciemno, więc nie wi­dział wy­razu mo­jej twa­rzy, gdy jego palce za­ha­czyły o moje majtki, a po­tem je zsu­nęły. Nie tra­cił czasu i na­tych­miast przy­ci­snął usta do mo­ich, a gdy wcią­gnę­łam po­wie­trze do płuc, wy­ko­rzy­stał tę chwilę, by wtar­gnąć ję­zy­kiem do środka. Za­mknę­łam oczy, które wzbie­rały łzami, gdy we mnie wszedł. Pie­kący ból roz­lał się w moim pod­brzu­szu, ale za­ci­snę­łam zęby, by nie wy­dać z sie­bie żad­nego dźwięku. Sa­pał i dy­szał wprost w moje usta, a ja le­d­wie mo­głam to wy­trzy­mać. Nie mo­głam znieść jego bli­sko­ści. Ze wszyst­kich sił pró­bo­wa­łam wy­obra­zić so­bie, że to nie jego dło­nie mnie piesz­czą i nie jego usta mnie ca­łują. Po­czu­łam do sie­bie jesz­cze więk­szą od­razę, gdy jak za­wsze w wy­obraźni zo­ba­czy­łam męż­czy­znę, któ­rego nie chcia­łam pa­mię­tać, a który re­gu­lar­nie na­wie­dzał mój umysł, bo tylko dzięki niemu mo­głam to prze­trwać.