JettDom klubowy Blasted Tuscaloosa, Alabama
- Nalej mi jeszcze. - Oparłem się o ladę, podsuwając szklankę Wyattowi, który akurat dzisiaj stał za barem.
Blondyn przytaknął, choć nie uszło mojej uwadze, że nieznacznie się przy tym skrzywił.
Posłałem mu wkurwione spojrzenie, na co ten momentalnie wytrzeszczył oczy.
- Już się robi - mruknął i natychmiast przeniósł się na koniec baru, zabierając się do roboty.
Z reguły unikałem imprez, a jeśli już musiałem w nich uczestniczyć, to ograniczałem to do minimum. Nie lubiłem tłumów. Wolałem ciszę i swoje towarzystwo. Teraz jednak było zupełnie inaczej. Każdą chwilę samotności mój mózg wykorzystywał do tego, by mnie dręczyć. Cisza sprawiała, że do mojej głowy powracały wspomnienia, do których z pewnością nie chciałem wracać.
Do moich uszu dobiegł jakiś chichot. Obejrzałem się przez ramię, napotykając spojrzenia skąpo ubranych kobiet, kołyszących się w rytm muzyki. Zacisnąłem usta na widok wysokiej blondynki, która kierowała się w moją stronę. Najwyraźniej już samo moje spojrzenie było dla niej zaproszeniem. Ostatnio dość często ją tu widywałem, mimo to nie miałem pojęcia, jak ma na imię, i w zasadzie niewiele mnie ono obchodziło. Ani ona, ani żadna inna kobieta nic dla mnie nie znaczyły. Dlatego nie zawracałem sobie głowy zapamiętywaniem ich imion czy innych gówien z nimi związanych. W zasadzie miałem to w dupie, podobnie jak to, skąd pochodzą i co robią. Liczyło się tylko to, co mogłem od nich dostać - reszta była bez znaczenia. Kobiety przychodziły do klubu w jednym celu - by się zabawić i jeśli dopisze im szczęście, przejechać się na tylnym siedzeniu motocykla któregoś z nas. Z reguły to moi bracia zapewniali im tę zabawę, natomiast ja robiłem to raczej sporadycznie. Jak każdy mężczyzna miałem swoje potrzeby, jednak w grę wchodził tylko seks i nic ponadto. Nie bawiłem się w żadne związki. W moim życiu liczyła się tylko jedna kobieta i żadna nigdy nie będzie w stanie jej zastąpić.
- Dotrzymać ci towarzystwa? - mruknęła mdląco słodkim głosem, który prawdopodobnie miał brzmieć zmysłowo.
Skrzywiłem się, patrząc na jej mocno wymalowaną twarz. Wolałem naturalne kobiety. W tej wszystko było sztuczne i nadmuchane, począwszy od cycków, a skończywszy na włosach i ustach.
- Nie! - burknąłem, najpewniej zbyt szorstko, bo dziewczyna cofnęła się o krok. Przełknąłem ślinę i posłałem jej nieco łagodniejsze spojrzenie. Wiedziałem, że zachowuję się jak gruboskórny dupek, mimo że dziewczyna niczym sobie na to nie zasłużyła. - Nie bierz tego do siebie, ale po prostu teraz chciałbym zostać sam. Znajdę cię później - zmitygowałem się, na co skinęła głową, a na jej twarzy natychmiast pojawił się uwodzicielski uśmiech.
- Będę tam cały wieczór. - Wskazała miejsce, gdzie stała wcześniej.
- Jasne - odparłem, po czym ponownie przeniosłem wzrok na bar, dając jej tym samym znać, że rozmowa skończona.
Dziewczyna chyba zrozumiała aluzję, bo po chwili usłyszałem, jak odchodzi.
- Dostanę w końcu swoją pierdoloną whisky? - warknąłem w kierunku Wyatta, no co ten mimowolnie podskoczył.
- Stoi przed tobą - odpowiedział zmieszany.
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem w dół, momentalnie zdając sobie sprawę, że mówił prawdę.
- Jak tak dalej pójdzie, to odstraszysz nam wszystkich kandydatów - parsknął cicho siadający obok mnie Calder.
Uniosłem brew i skinąłem w stronę Wyatta, który właśnie obsługiwał stojące przy barze kobiety.
- Skoro robi w gacie przy nalewaniu mi alkoholu, to nie wróżę mu długiej kariery w klubie - bąknąłem lekko przyciszonym głosem, choć jeśli wziąć pod uwagę grającą w tle muzykę i chichoczące laski, było mało prawdopodobne, by kandydat usłyszał cokolwiek z naszej rozmowy.
Calder się zaśmiał, a następnie przeniósł spojrzenie na kandydata, który niepewnie spoglądał w naszym kierunku.
- Na jego obronę powiem tylko, że przy tobie każdy robi w gacie.
Przewróciłem oczami i upiłem solidny łyk whisky.
- Nie miałeś wrócić jutro?
Calder popatrzył na mnie, po czym westchnął:
- Już jest jutro.
Wyciągnąłem z kieszeni telefon i spojrzałem na wyświetlacz. Byłem pewien, że zmarszczka na moim czole pogłębiła się dwukrotnie, gdy się przekonałem, że brat mówił prawdę.
- Kurwa, byłem pewien, że mamy czwartek.
Calder prychnął kpiąco.
- Nie chcę się czepiać, ale ostatnio wiele rzeczy ci umyka, bracie - stwierdził, zerkając na szkło, które trzymałem w dłoni.
- Skoro nie chcesz się czepiać, to tego nie rób.
Wypuścił głośno powietrze z płuc.
- Stary, wiem, że coś cię gryzie... coś w chuj ciężkiego, skoro od tygodni zapijasz się do nieprzytomności niemal codziennie. Wiem, że nie chcesz o tym gadać, i normalnie bym nie naciskał...
- Daj temu spokój - warknąłem, ściskając mocniej szkło.
Nie miałem ochoty o tym gadać. Ani teraz, ani później, właściwie to nigdy! Przechyliłem szybkim ruchem szklankę i całą jej zawartość wlałem sobie do gardła, a następnie odstawiłem ją z hukiem na bar.
- Po prostu się o ciebie martwię, zresztą jak wszyscy.
- Niepotrzebnie - powiedziałem, starając się przybrać wyluzowany ton. - Robię dokładnie to, na co namawiałeś mnie przez lata, czyli dobrze się bawię.
Calder oparł się o bar i ponownie ciężko westchnął.
- Nie o taką zabawę mi chodziło.
Przełknąłem ślinę, bo żołądek zawiązał mi się w supeł i tym razem powodem nie był wypity alkohol.
Zacisnąłem szczękę i wstałem z krzesła, niemal potykając się o własne nogi. Ilość alkoholu, którą w siebie wlałem, powaliłaby konia, mimo to dręczące mnie myśli nie ucichły nawet na moment. Jeszcze parę dni temu alkohol na chwilę tłumił to, co czułem, wymazywał z mojej głowy obrazy, których nie chciałem pamiętać. Jednak z każdym dniem było coraz gorzej i już ani alkohol, ani nic innego nie pomagało. Wolałem swoją pustą, pozbawioną większego sensu egzystencję, czyli to, co robiłem od ośmiu lat. To powolne gnicie było znacznie lepsze od tego, co czułem teraz, bo ostatnie, z czym miałem siłę się mierzyć, to przeszłość.
Incydent na stacji obudził wspomnienia i żal, które skrzętnie chowałem w sobie przez lata, i za cholerę nie wiedziałem, jak to powstrzymać.
- Będziesz musiał to jakoś przełknąć, bracie. - Klepnąłem go w plecy i ruszyłem w kierunku chętnej blondyny. Wolałem się ulotnić, niż przez resztę wieczoru słuchać jego gadania.
Calder wprawdzie nigdy nie zadzierał nosa, nigdy też mnie nie oceniał, ale nawet z nim nie chciałem poruszać tego tematu.
* * *
Obudził mnie głośny huk. Otworzyłem oczy i podniosłem się do pozycji siedzącej, łapiąc się przy tym za głowę, która pulsowała, jakby miała zaraz eksplodować. Byłbym zdziwiony, gdyby po takiej ilości alkoholu obyło się bez konsekwencji. Spojrzałem na podłogę i od razu dostrzegłem powód swojej pobudki. Tuż obok łóżka leżała butelka, z której nadal wylewała się wódka. Musiałem ją przez przypadek zrzucić z szafki nocnej. Podniosłem na szczęście na wpół jeszcze pełną butelkę i postawiłem na miejsce. W pokoju śmierdziało jak w zatęchłej spelunie. Przełknąłem ślinę, bo odór był niemal nie do zniesienia, w szczególności dla mojego bardzo podrażnionego żołądka. Już miałem wstać, gdy do moich uszu dobiegł niski jęk, a ktoś obok mnie się poruszył. Zamknąłem oczy, zdając sobie sprawę, że musiałem wczoraj konkretnie popłynąć, skoro pozwoliłem jej tu zostać. Moje pijackie zdobycze z reguły wychodziły zaraz po numerku, a te mniej kumate sam wykopywałem z pokoju, dlatego było jasne, że wczoraj konkretnie przesadziłem z alkoholem. Laski generowały problemy, a ja już i tak miałem wystarczająco na głowie, dlatego zawsze szybko się ich pozbywałem. Nie szukałem związku, więc specjalnie wybierałem takie, które chciały dokładnie tego samego co ja - seksu i kilku chwil zapomnienia.
Najciszej, jak tylko mogłem, wstałem z łóżka, złapałem leżące na ziemi spodnie i chwiejnym krokiem ruszyłem do łazienki. W głowie mi wirowało, przez co żołądek jeszcze bardziej się skurczył. Potrzebowałem tabletek, prysznica i mocnej kawy, dokładnie w tej kolejności. Nadal byłem konkretnie nawalony, dlatego, by po drodze nie upaść na twarz, musiałem przytrzymywać się ściany.
Zamknąłem za sobą drzwi i stanąłem przy umywalce. Złapałem za brzeg lustra, otworzyłem szafkę, wyciągnąłem z niej dwie tabletki przeciwbólowe i natychmiast wsadziłem je sobie do ust. Spojrzałem na swoje odbicie i aż się skrzywiłem. Nic dziwnego, że czułem się jak gówno, skoro dokładnie tak wyglądałem. Miałem bladą, niemal białą twarz, a niebieskie oczy były teraz zamglone i cholernie przekrwione, jakbym nie spał od tygodni. Ciemne włosy i ciemny zarost, które zazwyczaj nosiłem krótkie, były dłuższe niż zwykle i sterczały w każdym kierunku.
Odkręciłem kran i nie czekając, aż woda się zagrzeje, wszedłem pod prysznic. Stanąłem pod dyszą, zamknąłem oczy i odchyliłem głowę do tyłu, pozwalając, by zimny strumień otulił moje zmęczone ciało. Trwałem tak chwilę, a gdy woda zmieniła temperaturę, sięgnąłem po żel. Nagle drzwi kabiny się otworzyły, a do środka weszła laska z wczoraj. Zacisnąłem szczękę, bo miałem nadzieję, że gdy dziewczyna się obudzi, zabierze się stąd w cholerę, ale - jak widać - dzisiaj również szczęście mi nie dopisywało. Musiałem jednak przyznać, że na widok jej nagiego ciała mój fiut momentalnie obudził się do życia.
- Kabina jest za mała, żeby pomieścić nas dwoje.
Dziewczyna uśmiechnęła się zalotnie, omiatając moje ciało pełnym uznania spojrzeniem, a potem jej dłoń powędrowała do na wpół twardego kutasa, przez co w moim mózgu nastąpiło krótkie spięcie.
- Bez obaw, nie zajmę dużo miejsca.
- Kurwa - mruknąłem, widząc, jak opada przede mną na kolana.
Zakręciłem kran i oparłem się o zimne płytki, a ta momentalnie wzięła penisa do ust.
Zamknąłem powieki i wydałem z gardła zduszony jęk, nie mogąc sformułować żadnej racjonalnej myśli ani logicznego zdania, gdy dziewczyna zaczęła pracować językiem wokół końcówki mojego fiuta. Uczucie było zajebiście dobre. Chwilę później w zaparowanym pomieszczeniu słychać było jedynie mój przyśpieszony oddech. Brała mnie całego, na zmianę pomagając sobie dłonią. Myliłem się, ani prysznic, ani mocna kawa nie przywracały człowieka do życia tak jak porządne poranne obciąganie. Ciepło zaczęło się rozlewać po moim kręgosłupie i wiedziałem, że zaraz dojdę.
- Ekh - usłyszałem chrząknięcie, na co natychmiast otworzyłem oczy.
W drzwiach kabiny z kpiącym wyrazem twarzy stał Calder. Dziewczyna również musiała go usłyszeć, bo poruszyła się nerwowo, ale zamiast przerwać, jedynie spojrzała w bok na blondyna i zassała mojego fiuta, ponownie doprowadzając mnie przy tym do obłędu. Calder, widząc, że laska nie ma problemu z tym, że nie jesteśmy sami, uniósł wysoko brwi, a potem uśmiechnął się szeroko, czym wkurwił mnie jeszcze bardziej.
- Jestem zajęty - sapnąłem, gdy panna przejechała językiem wzdłuż pulsującej główki, pompując go ręką.
- Widzę i normalnie nie zawracałbym ci dupy, ale mamy robotę do zrobienia. Sam dobrze wiesz, że Shade nie lubi czekać, dlatego radzę ci się pośpieszyć - mruknął, sugestywnie poruszając brwiami i nie spuszczając wzroku z rytmicznie poruszającej się głowy kobiety.
- Kurwa - wyplułem, odrzucając głowę do tyłu, bo byłem już blisko. Złapałem ją delikatnie za włosy i przytrzymałem przy swoim kroczu, a chwilę później niemal nogi się pode mną ugięły, kiedy dochodziłem w jej ustach.
Dziewczyna odsunęła się, przełykając wszystko, co jej dałem.
Oddychałem nierówno, a serce waliło mi jak oszalałe, gdy oparty o ścianę spoglądałem, jak wstaje z kolan i z zalotnym uśmiechem odwraca się do Caldera. Ten natychmiast uniósł ręce do góry.
- Dzięki, mała, ale spasuję, tak jak mówiłem, mam robotę do zrobienia.
- W takim razie nic tu po mnie - mruknęła i spojrzała na mnie przez ramię. - Jett, noc była niesamowita, mam nadzieję, że wkrótce to powtórzymy.
- Jasne - mruknąłem, słysząc przy tym parsknięcie Caldera.
Brat znał mnie lepiej niż ktokolwiek inny, więc wiedział, że to raczej mało prawdopodobne. Skoro laska raz została u mnie na noc, to jest więcej niż pewne, że będzie chciała zrobić to po raz kolejny, a to nie wchodziło w grę.
Nim ponownie wszedłem pod strumień wody, znów usłyszałem sarkastyczny głos brata, który kolejny raz oznajmił, żebym ruszył dupę. Zamiast mu odpowiedzieć, zamknąłem oczy i rozkoszowałem się rozluźniającym wpływem wody na swoje zmęczone ciało.
Gdy kilkanaście minut później wkroczyłem do kuchni, bracia już siedzieli przy stole, zajadając się tym, co przygotowały Iris z Cherie.
- Proszę, proszę, jest i nasz ranny ptaszek - zarechotał wymownie Crow, wywołując kpiące parsknięcia u pozostałych.
Domyśliłem się więc, że Calder zdążył im już wszystko przekazać.
- Pierdol się, Crow, i ty, Calder, przy okazji - burknąłem, nalewając sobie kawy.
- Nic nie zrobiłem, bracie. - Blondyn oparł się wygodnie o krzesło i wyszczerzył zęby w uśmiechu. - To ta laska, wychodząc z klubu, pochwaliła się braciom, z kim spędziła noc i dzisiejszy poranek. - Upił łyk z kubka, który trzymał w dłoni. - Ja jedynie potwierdziłem jej wersję.
Usiadłem przy stole, obserwując swoich braci.
- A wy zamiast zająć się swoimi sprawami, pewnie w kółko pierdolicie tylko o tym - warknąłem przez zaciśnięte zęby.
- Wyluzuj, Jett, po prostu wszyscy jesteśmy cholernie ciekawi, co takiego się stało, że porzuciłeś swoje dotychczasowe zasady i w końcu zacząłeś żyć, jak przystało na prawdziwego bikera - parsknął siedzący naprzeciwko mnie Smoke.
- Właśnie tak - wtrącił Drake, kładąc rękę na moim ramieniu. - Do tej pory żyłeś jak pierdolony mnich, zero alkoholu, zero imprez, zero kobiet. Część z nas nawet sądziła, że wolisz kutasy, skoro nikt nigdy nie widział cię z żadną laską. Nic więc dziwnego, że jesteśmy nieco... - urwał, po czym podrapał się po brodzie -...zaskoczeni.
Nie odpowiedziałem na to, a jedynie potrząsnąłem głową. Uprawiałem seks, choć nie tak często jak oni i nigdy się z tym nie afiszowałem. Byłem członkiem klubu od dobrych paru lat, mimo to nigdy nie miałem ochoty w pełni posmakować tego życia ani czerpać korzyści, jakie dawało mi bycie jednym z Blasted. Nie zasługiwałem na to, by oddychać, a co dopiero dobrze się bawić. Powinienem był skończyć ze sobą już dawno temu. Jeden strzał i po wszystkim. Skończyłaby się ta katorga zwana życiem. Jednak nie mogłem tego zrobić. To nie byłaby kara, a nagroda, a na to nie zasługiwałem. Dlatego zamiast tego wegetowałem, gnijąc od środka i z każdym dniem czując do siebie coraz większą odrazę. Moja kara i tak nie była współmierna do winy. To ja odpowiadałem za wszystko, co się wtedy stało, za tragedię, która spotkała moją dziewczynę. To przeze mnie cierpiała i to przeze mnie umarła. I właśnie ta świadomość doprowadzała mnie do szaleństwa. Sky zostawiła po sobie pustkę, której nic ani nikt nie mogło zapełnić.
Jednak kilka tygodni temu wszystko szlag trafił. Od razu wiedziałem, że tym razem nie dam rady, że sam sobie z tym nie poradzę. Próbowałem, naprawdę próbowałem, ale nie mogłem wymazać z głowy obrazu przerażonych ciemnobrązowych oczu dziewczyny ze stacji, tak łudząco podobnych do oczu mojej Sky. Początkowo alkohol i seks pomagały. Ucisk w klatce piersiowej odrobinę się rozluźniał, co dawało mi chwilowe wytchnienie... No właśnie - chwilowe. Problem w tym, że na dłuższą metę nic nie dawało rady.
Pełen frustracji wypuściłem oddech i zmarszczyłem brwi wkurwiony, gdy się zorientowałem, że oczy wszystkich ponownie są skupione na mnie. I tak czułem się jak gówno, więc nie potrzebowałem dodatkowo, by mi o tym przypominano.
- Co? - warknąłem.
- Pytałem, czy jesteś gotowy na dzisiejszą wymianę - odezwał się Shade, który właśnie stanął przy ekspresie.
Odchrząknąłem, przenosząc wzrok na prezesa, który nie wiedzieć kiedy wszedł do kuchni.
- Jak zawsze, prez.
Przez chwilę przewiercał mnie spojrzeniem.
- Jesteś pewien? Bo żadna wpadka nie wchodzi w grę, a już na pewno nie z tym klientem - mruknął, cały czas przyglądając mi się uważnie, a do mnie od razu dotarło, że mam przejebane. Shade był zajebiście spostrzegawczym facetem. Rzadko coś mu umykało, więc nie zdziwiłem się, że i jego zaskoczyła moja zmiana, jednak w przeciwieństwie do reszty póki co tego nie skomentował.
Odstawiłem kubek na stół.
- Na sto procent.
Prezydent skinął mi głową, po czym napełnił swój kubek gorącą kawą i ruszył do drzwi.
- Świetnie, zanim wyjedziecie, zajrzyjcie do mnie do biura.
- Dobrze - odpowiedzieliśmy wszyscy chórem, patrząc, jak Shade znika za drzwiami.
Na moment w kuchni zapadła cisza, którą szybko przerwał Drake.
- No więc, Jett, co takiego sprawiło, że skończyłeś ze swoim wstrzemięźliwym życiem? - zakpił.
Milczałem przez chwilę, wpatrując się w brata. Pierwszy raz w życiu nie wiedziałem, co powiedzieć. Poza Calderem żaden z braci siedzących przy stole nie zrozumiałby tego, co działo się w mojej głowie. Zresztą ostatnie, na co miałem ochotę, to się im tłumaczyć, jednak zdawałem sobie również sprawę, że jeśli nie dam im odpowiedzi, to te hieny nie dadzą mi spokoju.
Oparłem się wygodnie o krzesło i spojrzałem wprost na niego.
- Na trzeźwo ciężko znieść wasze pierdolenie. Próbowałem przez lata, ale jedyne, co na tym zyskałem, to potężna nerwica. Dlatego wolę zalewać się w trupa, niż do końca spierdolić sobie mózg, a i laski, które przychodzą do klubu, dzięki whisky mniej rażą po oczach - zadrwiłem z nadzieją, że taka odpowiedź wystarczy.
Wszyscy siedzący przy stole parsknęli śmiechem.
- Co racja, to racja. Ostatnio trochę się pogorszyło w tym temacie, a szczególnie odkąd to Duży Mike zajmuje się sprowadzaniem panienek na imprezy - powiedział Crow, nadal się śmiejąc.
- Zgadzam się, następnym razem powinieneś spasować z piciem, albo nieco je ograniczyć, zanim wyjdziesz na łowy - dodał Calder, a oczy wszystkich powędrowały do bruneta, który nie przejmując się tym, co właśnie usłyszał, nadal pałaszował swoje śniadanie.
- Spierdalać, kutafony - mruknął z pełnymi ustami Duży Mike. - To wasza wina. Sami przepłoszyliście wszystkie fajne laski, więc mam ograniczone możliwości.
Po kolejnych kilku parsknięciach Drake ponownie spojrzał w moją stronę.
- W zasadzie to w większości twoja wina, Jett. Wystarczyło, że spojrzałeś na którąś krzywo, a ich dupy w sekundę były za drzwiami klubu. Nieraz nawet ja mało się nie posrałem w gacie, gdy rzuciłeś mi jedno ze swoich wkurwionych spojrzeń.
Przewróciłem oczami na to jawne kłamstwo. Drake był naszym egzekutorem i jednym z najgroźniejszych skurwieli, jakich spotkałem w życiu. Facet żył, jak chciał, i niczym się nie przejmował, a już na pewno niczego się nie bał. Upiłem łyk kawy, a potem popatrzyłam na Drake'a.
- Gdyby rozumiały słowo "nie", to nie byłoby problemu. Wkurwia mnie, że laski nie pojmują, że można nie mieć na nie ochoty.
Smoke potrząsnął głową z lekką dezaprobatą.
- Pierdolenie - parsknął. - Jeśli laska proponuje ci seks, to idziesz w to w ciemno, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką zrobisz w życiu - podkreślił dobitnie. - Korzystasz, potem dziękujesz i tyle w temacie. Żaden zdrowy facet nigdy, ale to nigdy nie odmawia seksu.
- Chciałbym, żebyś to powtórzył w obecności Iris. Szczególnie to o odmawianiu - powiedziałem, patrząc wprost w jasnozielone oczy naszego byłego prezydenta.
- Też chciałbym to zobaczyć. - Calder roześmiał się głośno, patrząc na swojego ojca. - Kurwa, byłoby na co popatrzeć. Ta kobieta potrafi być słodka i potulna jak baranek, ale jak się ją wkurwi, to lepiej od razu zmienić tożsamość i wyjechać z kraju - stwierdził, na co wszyscy ze śmiechem skinęli głowami. - Natomiast jeśli chodzi o nachalne kobiety, to sorry, staruszku, ale w pełni zgadzam się z Jettem. Jeśli panny mówią "nie", to my bezwzględnie musimy szanować ich zdanie. Ale jeśli to facet nie chce... Tu już się, kurwa, robi problem. - Uniósł wysoko jasne brwi, a potem wzruszył ramionami. - Nie ma sprawiedliwości na tym pierdolonym świecie, prawda, Jett?
Przełknąłem ślinę i próbując wyglądać na wyluzowanego, skinąłem głową.
Absolutnie zgadzałem się z tym stwierdzeniem. Nie ma sprawiedliwości na świecie, nie było i nigdy nie będzie, bo gdyby istniała sprawiedliwość, to takie ścierwa jak ja dawno gryzłyby ziemię. Wypuściłem głośno powietrze z płuc i odsunąłem z piskiem swoje krzesło.
- Powinniśmy się zbierać, jeśli chcemy zdążyć z towarem na czas - burknąłem do Caldera, wstając z miejsca.
Blondyn spojrzał na swój telefon leżący na stole.
- Spokojnie, mamy jeszcze parę minut, wyluzuj.
Przechyliłem głowę i założyłem ramiona na piersi.
- Jeszcze chwilę temu to ty popędzałeś mnie. Poza tym towar nie jest spakowany, a zdaje się, że czeka nas jeszcze rozmowa z Shade'em.
- Towar od wczoraj czeka w fordzie.
Zmarszczyłem brwi.
- Dlaczego ja nic o tym nie wiem?
Calder przyjrzał mi się uważnie, ale na jego twarzy nie było już uśmiechu.
- Mówiłem ci wczoraj, że kandydaci już się tym zajęli.
Odchrząknąłem, przenosząc spojrzenie na drzwi.
- Musiałem zapomnieć. Tak czy inaczej, czas się powoli zbierać.
- Dobrze mówisz, człowieku - burknął Smoke. - Im wcześniej wyjedziemy, tym wcześniej wrócimy.
- Otóż to - mruknął Duży Mike. - Po południu mam wizytę u okulisty i wolałbym się nie spóźnić. Już dwa razy przenosili mi termin.
Wszyscy unieśliśmy brwi ze zdziwienia. Żaden z nas nie miał pojęcia, że brat potrzebuje okulisty.
- Hm... nie wiedziałem, że masz problemy ze wzrokiem - wtrącił Drake, uśmiechając się przy tym szeroko. - Ale to by wyjaśniało twój nadzwyczaj kiepski gust do lasek, które tu przyprowadzasz. Ty po prostu jesteś ślepy jak kret.
Wszyscy przy stole parsknęli śmiechem, nawet Duży Mike nie zdołał ukryć uśmiechu.
- A może to wasz gust się ostatnio popierdolił.
- Raczej poprawił - odpowiedział mu Drake.
* * *
- Jett, kurwa mać, zostaw go! - Krzyk Crowa niósł się po całym barze. - Facet zaraz połknie własny język! - krzyknął ponownie, ja jednak nie miałem zamiaru odpuścić, a przynajmniej jeszcze nie. Gnój prosił się o porządny wpierdol i właśnie to ode mnie dostawał.
- Następnym razem trzy razy się zastanowi, zanim otworzy jadaczkę. Przyda się skurwielowi lekcja pokory - parsknął siedzący przy barze Smoke.
Zamachnąłem się i wyprowadziłem ostatni potężny cios w jego szczękę, a gość natychmiast stracił przytomność. Oddychałem szybko i nieregularnie. Moja pierś unosiła się w niewypowiedzianej wściekłości, gdy puszczałem to zakrwawione ścierwo na ziemię.
- Lepiej? - Calder podszedł do mnie, a potem sprawdził puls gościa leżącego u moich stóp.
Facet nie był martwy, ale wiedziałem, że gdy się obudzi, z pewnością będzie prosił Boga o śmierć.
Spojrzałem na brata, a potem ponownie przeniosłem wzrok na ścierwo leżące przede mną.
- Nie. Ta kupa gówna nie dostała tego, na co zasłużyła.
Calder zaśmiał się pod nosem.
- Uwierz mi, bracie, więcej i tak by nie zniósł. Wygląda jak mielonka z indyka, którą Iris przygotowała nam tydzień temu. Myślę, że gość do końca życia zapamięta, by nie wchodzić ci w drogę. Twoja lekcja pokory na zawsze zapadnie mu w pamięć. A jeśli nie, to pokiereszowana gęba będzie mu o tym skutecznie przypominała.
- Zgadza się - powiedział podchodzący do nas Crow. - Ten tępak poczuł dzisiaj na własnej skórze, jak to jest wkurzyć jednego z Blasted. - Stanął obok Caldera i spojrzał na miazgę na podłodze, po czym przeniósł wzrok na mnie. - Muszę jednak przyznać, bracie, że przez chwilę sądziłem, że bez worka na zwłoki i solidnej łopaty się nie obejdzie.
Zmarszczyłem brwi i potrząsnąłem głową.
- Nie zamierzałem go zabić.
- Wiem, że nie, ale twoja pięść jest większa niż jego twarz, więc istniało wysokie prawdopodobieństwo, że gość wyzionie ducha.
Spojrzałem na swoje zakrwawione pięści i zacisnąłem szczękę. Crow miał rację. Jeszcze kilka ciosów i z gościa nie byłoby co zbierać. Fakt, gnój zasłużył na manto, jednak zdawało się, że przesadziłem z karą. Facet prowokował mnie od samego początku. Pierdolił zasłyszane gdzieś głupoty dotyczące naszego klubu. Zapewne jego pijana głowa nie wyłapała pogłębiającego się wkurwienia, które malowało się na mojej twarzy, bo zamiast przestać, jak radzili jego równie najebani koledzy, drążył temat dalej. Gdy jednak zaczął opowiadać, że porywamy kobiety, gwałcimy je, a potem sprzedajemy do burdeli lub mordujemy, nie wytrzymałem. Kumple od kielicha momentalnie dali nogę, natomiast ten nie ogarnął na czas, że pora spierdalać.
Jeszcze pół godziny temu nic nie wskazywało na to, że nasza mała przerwa przerodzi się w typowe mordobicie. Po skończonej wymianie, w drodze do Tuscaloosy, zatrzymaliśmy się na stacji w Starkville, by zatankować maszyny i chwilę odpocząć. Niemal czterdziestostopniowy upał dał nam zajebiście w kość. Gdy tylko weszliśmy do baru, prawie wszyscy klienci natychmiast wyszli. Zostało jedynie kilku śmiałków siedzących z samego tyłu, a wśród nich znalazła się leżąca teraz u moich stóp kupa gówna. Facet był już nieźle nawalony i, jak sądzę, to właśnie alkohol dodawał mu odwagi, gdy się do mnie zbliżył.
Smoke podszedł i położył mi rękę na ramieniu.
- Powinniśmy się zbierać. Właściciel dostał kasę, więc nie powinien puścić pary z ust.
Skinąłem mu głową.
- Zrobię porządek z tym - wskazałem głową na swoje dłonie - i możemy ruszać.
- A co z nim? - zapytał Crow, podnosząc nieprzytomnego gościa z ziemi.
- Posadź jego dupsko przy barze. Jak oprzytomnieje, ktoś z tej speluny odstawi go do domu - odpowiedział Calder, gdy odchodziłem w kierunku toalety.
Po umyciu zakrwawionych kłykci i starciu kilku kropel krwi ze swojej twarzy i katany wyszedłem przed bar, gdzie bracia już na mnie czekali. Gdy kilka godzin później dotarliśmy do klubu, na zewnątrz było już ciemno, jednak nawet w mroku nie dało się nie zauważyć wkurwionej twarzy naszego prezesa, który czekał przed wejściem.
Ledwo postawiliśmy stopy na żwirze, gdy ruszył w naszą stronę.
- Co to, do kurwy nędzy, było?
Przechyliłem głowę na bok, widząc, że Shade patrzy wprost na mnie.
- Mówisz do mnie?
- A do kogo mam, do chuja, mówić?
Bracia stanęli obok mnie i ze zdziwieniem przyglądali się, jak ten ruszył w naszym kierunku, a potem wkurwiony stanął centralnie naprzeciwko mnie.
- Nie wiem, o co ci chodzi.
Shade zacisnął szczękę i zbliżył się do mnie na tyle blisko, że poczułem na twarzy jego wkurwiony oddech.
- To ci, kurwa, przypomnę. Nie dalej jak godzinę temu dostałem telefon od szeryfa hrabstwa Oktibbeha, że jego syn został dotkliwie pobity przez jednego z moich ludzi. Gnojek zarzekał się, że ten, który spuścił mu łomot, miał na imię Jett, a przynajmniej tak zwracali się do niego jego kumple.
Kurwa. Teraz stało się jasne, dlaczego ten frajer był tak pewny siebie. Miał plecy w postaci tatusia z odznaką.
- Skąd pewność, że to gnojek nie próbuje nas wrobić? Już niejeden skurwiel próbował przypisać nam winy za coś, czego nie zrobiliśmy - wtrącił pomocnie Smoke, stojący po mojej prawej stronie.
Potrząsnąłem głową, po czym spojrzałem prezesowi w oczy. Byliśmy praktycznie tego samego wzrostu, więc to nie było trudne.
- Ta łajza mówiła prawdę. To ja stłukłem tego śmiecia i jeśli mam być szczery, to po tym, co pierdolił, z radością zrobiłbym to ponownie.
Shade napiął ramiona i zacisnął szczękę.
- Nie obchodzi mnie, czy gnój sam się o to prosił, czy może po prostu miałeś ochotę komuś dojebać. Chase od lat przymyka oko na to, że prowadzimy interesy na jego terenie - warknął. - Nie chcemy mieć w nim wroga tylko dlatego, że jeden z naszych nie potrafi nad sobą zapanować.
- Ten mały skurwiel roznosił gówno na temat naszego klubu. Powinienem był wyrwać mu język, z którego i tak nie potrafił zrobić użytku, a potem wsadzić mu go w dupę, co w jego przypadku akurat miałoby sens, biorąc pod uwagę to, co wychodziło z jego parszywej gęby.
Stojący po moich obydwu stronach bracia parsknęli cicho śmiechem. Shade przez chwilę patrzył mi w oczy, a potem on również roześmiał się głośno.
- Następnym razem, zanim kogoś połamiesz, upewnij się tylko, że to nie zaszkodzi klubowi. Wbrew pozorom nie jest łatwo znaleźć kogoś takiego jak Chase. On, w przeciwieństwie do syna, trzyma gębę na kłódkę. Pogadam z nim i każę mu skrócić smycz temu gnojkowi.
- W tym przypadku lepiej się sprawdzi kaganiec - zaśmiał się Calder.
Shade wygiął brew ku górze i wskazał na mnie palcem.
- To, że synalkowi się należało, nie zmienia faktu, że masz nad sobą panować - powiedział, po czym spojrzał na resztę braci. - To zresztą dotyczy was wszystkich.
- Tak jest, szefie - parsknął Calder, podając Shade'owi torbę z pieniędzmi.
Prezydent od razu zajrzał do środka, a potem z uznaniem skinął głową.
- Widzę, że pomimo drobnych nieporozumień wszystko poszło znakomicie.
- A czy kiedyś było inaczej? - zapytał Calder.
Shade prychnął, spoglądając na swojego vice.
- Póki co nie, ale kto wie. Z waszymi temperamentami jestem pewien, że to tylko kwestia czasu - westchnął. - Dobrze, robota zrobiona, więc czas się wyluzować i trochę zabawić. - Przerzucił torbę przez ramię, przez co ta z łoskotem uderzyła go w plecy, i ruszył w kierunku wejścia.
* * *
- Ale dopiero, gdy jej mąż wrócił wcześniej z pracy, zrobiło się naprawdę gorąco - parsknął siedzący przy barze Crow, który od paru minut opowiadał nam o swojej dzisiejszej randce z wyhaczoną na mieście laską. - Gość mało nie dostał wylewu, widząc, jak jego żona robi mi loda.
- U-uu, czyli nie zaliczyłeś tej panny? - zapytał Cade, przybierając kpiący wyraz twarzy.
Crow potrząsnął głową, uśmiechając się dumnie.
- Nie no, ostatecznie ją puknąłem, choć najpierw musiałem się zająć jej mężem.
Cade zachłysnął się piwem, a ja mało nie oplułem się swoim. Bracia siedzący obok nas parsknęli śmiechem.
- Ja pierdolę, nie mów mi, że jego też wyruchałeś - prychnął Duży Mike, nadal się śmiejąc.
- Nie, debilu. - Crow z uśmiechem potrząsnął głową, odsuwając się od kaszlącego Cade'a. - Mężulek wpadł w szał, więc dałem mu w pysk, a to wystarczyło, żeby odpłynął na jakiś czas.
- A ty skorzystałeś z okazji, by dobrać się do jego niewiernej żonki - zakpił Drake.
Crow upił spory łyk z butelki, a potem posłał nam wszystkim szeroki uśmiech.
- W zasadzie to nie musiałem nic robić. Laska tak się napaliła, że prawie podarła na mnie spodnie.
- Kurwa, masz więcej szczęścia niż rozumu, bracie. - Tym razem głos należał do Smoke'a. - Gość mógł z łatwością odstrzelić ci fiuta, skoro był już na wierzchu.
- Racja - przytaknął ojcu Calder. - Zdradzony facet nie myśli racjonalnie.
Postawiłem piwo na barze i oparłem łokcie o blat.
- Przebić go może jedynie zdradzona kobieta. Chyba nie ma na świecie nic bardziej niebezpiecznego niż wściekła baba - powiedziałem.
- Zgadzam się. - Drake stuknął swoim piwem w moją butelkę. - Baby potrafią być wredne. Taka już ich natura. To cud, że żaden z nas nie skończył z odstrzelonym kutasem.
Kiwnąłem na zgodę, podobnie jak pozostali.
- Są wredne, bo traktujecie je okropnie.
Wszyscy spojrzeliśmy za siebie, słysząc delikatny głos Mai. Żaden z nas nie zauważył, kiedy do nas podeszła.
- Nie wiedziałem, że tam stoisz - zmitygował się Drake.
Usta dziewczyny wygięły się w uśmiechu.
- A co, byłbyś mniej szorstki w swojej ocenie, gdybyś wiedział, że słucham?
Drake uśmiechnął się szeroko i potrząsnął głową.
- Absolutnie nie.
- Tak myślałam. Powinniście popracować nieco nad manierami, chłopcy, bo niedługo żadna normalna kobieta nie będzie chciała mieć z wami nic wspólnego. - Podeszła do Smoke'a i przytuliła się do niego.
Mężczyzna momentalnie objął ją ramieniem i złożył pocałunek na jej czole. Oglądanie naszego byłego prezydenta w roli troskliwego ojca było niecodziennym, ale bardzo ciekawym zjawiskiem. Na ogół konkretny, doświadczony i nieco zimny, gdy na horyzoncie pojawiała się Maya, zamieniał się w pluszowego misia. Zresztą nic dziwnego. Facet dopiero niedawno odzyskał córkę. Przez lata myślał, że zamordował ją konkurencyjny klub, który zresztą się do tego przyznał. Prawda okazała się zupełnie inna. Carmella, bo tak brzmiało jej prawdziwe imię, została porwana przez jednego z naszych ludzi, a wszystko przez, jak się okazało, chorą miłość, którą gość żywił do matki dziewczyny. Dopiero niedawno wyszło na jaw, że jego córka przez lata żyła tuż obok. Dziewczynę wychowywała Abigail, matka Connie, naszej klubowej dziwki. Kobieta wmówiła małej Mai, że jest jej babcią i poza nią i Connie ta nie ma żadnej rodziny. Dopiero po śmierci Abigail, gdy Maya trafiła do naszego klubu, prawda ujrzała światło dzienne.
- Jak się dzisiaj czujesz? - zapytał z troską Smoke, kiedy dziewczyna weszła za bar.
Jej wzrok na moment zatrzymał się na butelce, którą trzymałem w dłoni, jednak szybko przeniosła spojrzenie z powrotem na ojca.
- Całkiem nieźle, dziękuję. Rana już prawie się zagoiła, więc praktycznie nie boli.
- To dobrze - odparł z ulgą. - A nudności? Nadal masz z tym problem?
Dziewczyna pogładziła się po ledwo widocznym uwypukleniu na brzuchu i uśmiechnęła się do niego czule.
- Rano trochę jeszcze mnie mdli, ale herbatki Iris pomagają, tak że jest okej.
- O tak, mikstury Iris i Cherie wszystkich stawiają na nogi. Kilka szklaneczek i człowiek od razu czuje się jak nowo narodzony - wtrącił Crow.
Blondynka posłała mu kpiący uśmiech.
- No cóż... w twoim wypadku po prostu trzeba by było ograniczyć spożywanie alkoholu, albo najlepiej w ogóle przestać pić. Wtedy żadne mikstury nie będą ci potrzebne - zadrwiła, sięgając po czystą szklankę. Nalała sobie wody, a potem uniosła szklankę w geście toastu. - Cierpisz dla chwilowych przyjemności, kolego.
Crow wymownie spojrzał na jej brzuch, a potem uniósł brwi i zacmokał.
- A więc zdaje się, że dużo nas łączy. - Uśmiechnął się chytrze. - I ty, i ja cierpimy z tych samych powodów. - Zaśmiał się, a potem syknął, gdy Calder zdzielił go ręką po głowie. - Aua, za co to, kurwa, było?
Przy barze nastała cisza, którą przerwał głośny śmiech Mai. Dziewczyna odstawiła szklankę, oparła łokcie o blat baru i potrząsnęła głową.
- W twoim kretyńskim stwierdzeniu jest ziarenko prawdy, ale mimo wszystko nie mówiłabym tego głośno. Ktoś mógłby się nieźle wkurzyć, słysząc twoje słowa.
Crow ponownie się wyszczerzył i podobnie jak Maya oparł łokcie na barze.
- A co może mi zrobić kobieta, szczególnie w ciąży?
Tym razem to blondynka wyszczerzyła do niego zęby.
- Och... nie mówiłam o sobie. - Zamilkła na chwilę, po czym wypaliła: - Mówiłam o Shadzie.
Jej słowa natychmiast starły głupkowaty uśmiech z twarzy naszego brata.
- Chyba mnie nie wsypiesz przed szefem, co?
Maya zagryzła wargę, prawdopodobnie próbując nie wybuchnąć śmiechem.
- Nie muszę. Od dwóch minut stoi za twoimi plecami.
- Kurwa - mruknął Crow, wytrzeszczając oczy, a następnie z wyciągniętymi przed siebie dłońmi odwrócił się do tyłu, stając twarzą w twarz z naszym prezydentem. Brat przybrał swoją najbardziej niewinną minę, po czym zwrócił się do Shade'a: - Prez, wiem, że sam się proszę o wpierdol, jednak zanim stłuczesz mnie na miazgę, pamiętaj, że na jutro jestem umówiony z klientem, a zdaje się, że reszta ma już przydzielone zajęcia, więc byłby to dla ciebie spory kłopot.
Nasz prezydent założył ramiona na piersi i wygiął usta w krzywym uśmiechu, mierząc Crowa wzrokiem.
- Bez obaw. Zdaje się, że Calder już pozbawił cię jednej z dwóch istniejących komórek w twoim mózgu. I masz rację, spuszczenie ci manta byłoby jak strzał w kolano, bo na twoje szczęście potrzebuję ludzi.
Crow uśmiechnął się szeroko, poklepał Shade'a po ramieniu, a potem przechylił się do tyłu, opierając się plecami o bar.
- I to w tobie lubię, prez. Nie działasz impulsywnie. Zawsze kierujesz się rozsądkiem, a nie emocjami. Twoje decyzje w większości są zaplanowane, bo umiesz przewidzieć ich skutki. Właśnie dlatego jesteś idealnym przywódcą.
To stwierdzenie wywołało kilka parsknięć i cichy chichot Mai. I to nie tak, że Crow nie mówił prawdy. Shade rzeczywiście był świetnym przywódcą, między innymi dlatego, że kierował się zdrowym rozsądkiem i kalkulacją, co moim zdaniem jest zdecydowanie lepszą strategią w podejmowaniu decyzji. Tak więc stwierdzenie brata potwierdzało faktyczny stan, jednak powód, dla którego to powiedział, był już raczej kiepski. Podlizywanie się, by ratować skórę, było, jest i będzie... chujowe.
- Otóż to. Właśnie dlatego postanowiłem, że jak już wrócisz od klienta, to następny tydzień spędzisz w kuchni, pomagając Cherie i Iris. - Shade, podobnie jak bracia siedzący przy barze, wygiął usta w uśmiechu, widząc, jak szeroki uśmiech znika z twarzy naszego brata. - Będzie to idealna okazja, by zobaczyć, jak powstają te cudowne miksturki. - Urwał, po czym uśmiechnął się niemal tak szeroko jak przed momentem Crow. - W zasadzie skoro robotę masz zaplanowaną dopiero na jutro, to możesz zacząć już dzisiaj.
Bracia nie zdołali powstrzymać śmiechu, widząc jego minę.
- Ale... - zaczął Crow, lecz momentalnie zamilknął, gdy Shade potrząsnął głową.
- I jeśli naprawdę nie chcesz mnie wkurwić, radzę ci zrobić wszystko, żeby kobiety były zadowolone z twojej pracy, czy to jasne?
Crow przewrócił oczami, mimo to skinął głową.
- Jak słońce, szefie.
- Świetnie - powiedział Shade, a następnie zwrócił się do Caldera: - Jedziemy z Carmellą do Birmingham, więc przez najbliższe kilka godzin będę niedostępny. Zajmiesz się wszystkim.
- Okej - odparł niepewnie blondyn, po czym zmarszczył brwi. - Myślisz, że to dobry czas, by robić sobie wycieczki? Bardzo możliwe, że ojciec Dasha będzie szukał zemsty, skoro zabiliśmy mu syna. - Urwał, po czym patrząc na siostrę, dodał nieco ciszej: - Poza tym moja siostra chyba jeszcze nie czuje się najlepiej.
Shade napiął się jak struna.
- Nie pytałem cię...
- Shade. - Jedno słowo dziewczyny wystarczyło, by prezydent nieco się uspokoił. Przez chwilę na nią patrzył, po czym ponownie przeniósł wzrok na swojego vice.
- Nie pozwolę nikomu skrzywdzić twojej siostry - burknął, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie. - Wiem, że Dymitrow może szukać zemsty, ale jedyne, co dostanie, to długa i powolna śmierć, czyli dokładnie to samo, co dostał jego syn. - Z tymi słowami wyciągnął rękę do Mai. - Gotowa?
- Tak. - Dziewczyna wyszła zza baru i podała mu dłoń.
Shade przyciągnął ją do swojego boku i objął opiekuńczo ramieniem, przez co drobna dziewczyna niemal zniknęła w jego objęciach.
- I nie, nie wybieramy się na wycieczkę - odezwał się ponownie Shade - Jedziemy do lekarza.
Smoke i Calder wstali ze swych krzeseł.
- Co się dzieje? - zapytali niemal w tym samym momencie, stając tuż przed przytulającą się parą. - Coś z dzieckiem?
Maya wysunęła się z opiekuńczych objęć swojego mężczyzny i spojrzała na ojca i brata.
- Wszystko w porządku. - Uśmiechnęła się do nich czule. - To zwykła wizyta kontrolna, czyli nic, czym powinniście się martwić, bo, tak jak mówiłam wcześniej, oprócz niewielkich mdłości nic mi nie dolega. A co do tego całego Dymitrowa, to przecież byliście świadkami naszej rozmowy z Gavinem, więc wiecie, że jego ludzie mają go na oku. Jeśli pojawi się gdzieś w pobliżu, to będziemy o tym wiedzieć.
Calder wsunął dłonie w tylne kieszenie spodni i zakołysał się na piętach. Wyglądało, jakby chciał coś powiedzieć, ale tego nie zrobił.
- Wiem, że wasz strach wynika z obawy, że znowu mnie stracicie, ale tak się nie stanie. Z Shade'em jestem tak samo bezpieczna jak z wami. Musicie się trochę uspokoić, a szczególnie ty, braciszku, bo jeśli nie wyluzujesz, to za chwilę będziesz siwiutki jak ojciec.
- Halo, ja tu ciągle stoję - obruszył się Smoke, choć na jego twarzy pojawił się uśmiech, gdy córka szturchnęła go w ramię.
Calder spojrzał na ojca, a potem wygiął kąciki ust ku górze.
- Cholera, chyba masz rację. Nie chcę wyglądać jak nasz staruszek. Brakuje mu jeszcze długiej szaty i okularów w kształcie półksiężyca, by wyglądać jak ten dziwak Dumbledore z Harry'ego Pottera.
Dziewczyna uniosła brwi.
- Jestem w szoku, że wiesz, jak wyglądał Dumbledore. Nie wiedziałam, że czytasz takie książki.
- Bo nie czytam. Laska, z którą się kiedyś spotykałem, miała hopla na punkcie tej serii, dlatego w kółko o niej nawijała - parsknął.
Maya z wyrazem rozbawienia na twarzy przeniosła spojrzenie z brata na ojca.
- Dumbledore nie był dziwakiem, tylko czarodziejem, ale faktycznie, jeśli pominąć wiek, trochę go przypominasz.
- Może coś w tym jest. - Smoke poruszył dłońmi i chrząknął z zadowoleniem. - Iris wciąż powtarza, że moje paluszki są magiczne.
Wszyscy parsknęli śmiechem, natomiast Maya zrobiła komiczną minę, a następnie pociągnęła Shade'a za rękę, ruszając razem z nim w kierunku drzwi.
- Chodźmy już. Mój żołądek może nie wytrzymać dalszych wynurzeń mojego ojca. - Jednak zanim przekroczyli próg, odwróciła się i zawołała do brata: - Pamiętaj, Calder, że życie jest zbyt piękne i zbyt krótkie, by je marnować. Więc zamiast wszędzie doszukiwać się negatywów, skup się na tym, co dobre.
Calder przeczesał dłonią swoje blond włosy i wygiął usta ku górze, co z pewnością miało ją uspokoić.
- Zapamiętam - powiedział, nim zniknęła za drzwiami.
Znałem go na tyle, by móc z całą pewnością stwierdzić, że ten uśmiech nie był prawdziwy, lecz wymuszony. Mój najlepszy przyjaciel, podobnie jak ja, miał swoje demony, których mimo upływu czasu nadal nie udało mu się pokonać, i zmagał się z wyrzutami sumienia. Żal i poczucie winy, które wciąż go trawiły, miały związek z dwiema kobietami, które, jak sądzę, bardzo kochał. Pierwszą z nich była Maya. Calder przez lata obwiniał się za jej porwanie i mimo że sam był wtedy dzieckiem, ubzdurał sobie, że wszystko, co się w tamtym czasie wydarzyło, to wyłącznie jego wina. Uznał tak, ponieważ w dniu, gdy doszło do porwania, jego matka pojechała kupić mu prezent urodzinowy, o który ją ciągle męczył. Brat długo uważał, że w innym przypadku matka zostałaby w domu, a jego siostrze nic by się nie stało. To oczywista bzdura, ponieważ gnój, który ją porwał, i tak znalazłby sposób, by ją uprowadzić. A potem, kiedy Maya po latach zjawiła się w klubie, Calder był do niej bardzo sceptycznie nastawiony. Uważał, że dziewczyna nie jest tym, za kogo się podaje, i kombinuje coś z Connie. Swoje nastawienie zmienił dopiero po badaniach DNA, które dowiodły, że faktycznie są biologicznym rodzeństwem. Jednak nawet to, że dziewczyna wybaczyła bratu jego paskudne zachowanie i, podobnie jak ich ojciec, przekonywała go, że jej porwanie nie miało z nim nic wspólnego, na niewiele się zdało. Żal i poczucie winy zbyt głęboko się w nim zakorzeniły, by mógł się ich tak po prostu pozbyć.
Kolejną kobietą była Blaire, córka Cherie i naszego najstarszego członka klubu, Cade'a. Blaire raczej rzadko się tu pojawiała. Z tego, co mi było wiadomo, ani Cherie, ani tym bardziej Cade nie życzyli sobie, by ich córka się tu kręciła, szczególnie podczas imprez. Wszystko się zmieniło, gdy w klubie pojawiła się Maya. Dziewczyny były w podobnym wieku, więc nikt się nie dziwił, że momentalnie złapały kontakt. Dzięki temu Blaire mogła być tu częstszym gościem, co oczywiście nie uszło uwadze Caldera. Nie dało się zaprzeczyć, ciągnęło ich do siebie. Byli jak dwa przyciągające się magnesy. Ilekroć dziewczyna wpadała z wizytą, nie mogła oderwać wzroku od brata swojej nowej przyjaciółki. Calder również obserwował ją niczym jastrząb i warczał na każdego, kto choćby spojrzał na tę rudowłosą piękność. Jednak zawsze zachowywał dystans, czasami nawet udając obojętność... a przynajmniej tak było do imprezy powitalnej Mai. Wtedy spędzili ze sobą noc. Mogłoby się wydawać, że to powinno ich do siebie zbliżyć, ale Calder powiedział Blaire, żeby porzuciła nadzieję na jakikolwiek związek, bo tak naprawdę popełnili błąd. Te słowa zraniły Blaire. Jeśli miałbym być szczery, to ja również byłem nieco zszokowany, szczególnie że widziałem, jak na nią patrzył. Jakby była najpiękniejszą istotą na ziemi, dlatego za cholerę nie mogłem zrozumieć, dlaczego to zrobił. Dopiero po kilku dniach udało mi się wyciągnąć z niego prawdę. Chciał ją po prostu odsunąć od siebie, żeby ją chronić. Calder zdał sobie sprawę, że idąc z nią do łóżka, postąpił egoistycznie. Wiedział, że dziewczyna jest w nim zakochana, i mimo że to uczucie było w stu procentach odwzajemnione, nie mogli być razem. Przez niemal osiemnaście lat Cherie i Cade trzymali córkę z dala od tego miejsca, wiedząc doskonale, jak niebezpieczne bywa życie w klubie. Mieliśmy wrogów, którzy tylko czekali, by skrzywdzić kogokolwiek z nas lub naszych bliskich.
Okazało się, że brat był dużo lepszym człowiekiem niż ja, wiedział, kiedy się wycofać. Zrezygnował ze szczęścia, by ukochana kobieta miała szansę na normalne życie, którego on nie mógł jej dać. Niestety w konsekwencji dręczyły go wyrzuty sumienia, bo złamał jej serce.
Rozumiałem postępowanie brata i gdybym mógł cofnąć czas, zrobiłbym identycznie ze Sky. Usunąłbym się w cień, gdybym był świadomy, do czego doprowadzi ją nasz związek. Jedyne, co w przypadku Caldera rozwiązałbym inaczej, to powiedziałbym prawdę. Blaire nie była głupia, wielokrotnie widziała, do czego zdolni są nasi wrogowie, dlatego zrozumiałaby motywy jego decyzji. A nawet jeśli nie, to i tak nawet najgorsza prawda była lepsza niż jakiekolwiek kłamstwo, choćby użyte w dobrym celu. Calder jednak postanowił inaczej, a ja nie miałem prawa się wtrącać.
- A więc masz zamiar znów spotkać się z tą mężatką? - zapytał Smoke.
Przełknąłem ślinę i zmusiłem się, by ponownie skupić się na tym, co mówi.
- Za cholerę. - Crow potrząsnął głową z wyrazem zniesmaczenia na twarzy. - Ten jeden raz w zupełności mi wystarczy. Lubię adrenalinę, ale nie aż tak. Laska była konkretnie szurnięta, a od takich lepiej trzymać się z daleka.
- Racja - westchnął Smoke. - W naszym życiu wrażeń mamy aż nadto i nie potrzeba nam kolejnych.
Drake przechylił głowę i uśmiechając się kpiąco, spojrzał na Crowa.
- Tak, a skoro mowa o wrażeniach, to lepiej powiedz, czym nas dzisiaj nakarmisz - zakpił, po czym przeniósł na nas rozbawione spojrzenie. - Zjadłbym dużego, dobrego, krwistego steka, a wy, chłopaki?
- O tak, najlepiej takiego z masłem czosnkowym i grillowanymi warzywami - dodałem, patrząc wprost na coraz bardziej wkurwionego brata.
Najwyraźniej już zapomniał, że ma dzisiaj dyżur w kuchni, i to zresztą na własne życzenie.
- Do tego pieczone ziemniaczki albo klasyczne frytki. Cholera, już zrobiłem się głodny - mruknął Cade, głaskając się po swoim zaokrąglonym brzuchu.
- Gówno dostaniecie - mruknął brat, wstając z krzesła. - A tobie, Cade, zamiast góry mięcha przydałaby się raczej dieta. - Sugestywnie spojrzał na jego brzuch. - Niedługo dupa nie zmieści ci się na motorze. Nie wspomnę już o tym, że w łóżku Cherie zamiast ogiera ma wałacha z nadwagą.
Wszyscy parsknęli śmiechem, nawet ja, widząc złośliwy błysk w oczach Cade'a.
- Wolę walczyć z nadwagą niż z chorobą weneryczną, tak jak ty.
Crow zmarszczył brwi, patrząc na niego.
- Wolne żarty. Zawsze się zabezpieczam i jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym coś ze sobą przywlókł. - Złapał się za krocze, po czym przeniósł wzrok na Dużego Mike'a. - Ale znam kogoś, kto wyhodował coś takiego na jajach. To była chlamydia, prawda, bracie?
Mike natychmiast zareagował. Odstawił piwo i spojrzał na niego gniewnie.
- Pierdol się, Crow. To nie była żadna choroba weneryczna, tylko zwykłe przeziębienie - wycedził przez zęby, ruszając w jego kierunku, na co ten puścił się biegiem w stronę kuchni.
- No nie wiem - parsknął, odwracając się tuż przed drzwiami. - Zaliczyłeś wtedy chyba z pięciu lekarzy i spławiłeś każdą laskę, która miała na ciebie ochotę. Gdyby to była zwykła grypa, nic by cię nie powstrzymało. Chlamydia jak nic! - Ostatnie niemal wykrzyczał, wbiegając do kuchni.
Duży Mike potrząsnął głową i ruszył z powrotem do baru, mrucząc pod nosem przekleństwa, ale gdy spojrzał na nas, stanął w miejscu.
- Co?! - warknął, marszcząc przy tym brwi.
- Przecież nic nie mówimy - odezwał się Calder, ledwie powstrzymując śmiech.
- Nie musicie nic gadać, wystarczy, że widzę wasze zadowolone mordy - burknął, ponownie siadając przy barze.
- Daj spokój, bracie. Sam musisz przyznać, że to było zabawne. Wszyscy pamiętamy, jak snułeś się bez życia po klubie, a wszystko z powodu kilku dni abstynencji.
Duży Mike skierował spojrzenie na naszego vice.
- Kilku? Ponad miesiąc nie miałem seksu, bo któryś z was, patałachy - podkreślił ostatnie słowo - napierdolił wszystkim okolicznym laskom, że mam chorobę weneryczną. I nawet wtedy, gdy okazało się to bzdurą, panny nadal nie chciały mieć ze mną nic wspólnego.
- Ekm, no cóż... - Calder podrapał się po swojej blond czuprynie, a potem wyszczerzył się do Dużego Mike'a -...w zasadzie to twoja wina. Sam zasugerowałeś pannom, że powinny skontrolować zdrowie. My tylko podpowiedzieliśmy, w jakim kierunku należałoby się przebadać.
- Wielkie, kurwa, dzięki. A tak w ogóle to wszystko wina Mai i tej jej kumpeli. To one wcisnęły mi kit o chorobie, a ja, jak skończony debil, uwierzyłem - westchnął. - Nie od dziś wiadomo, że babom w ogóle nie można ufać.
- Uważaj - warknął Smoke, na co Duży Mike uniósł dłonie przed siebie.
- Było, minęło. Do nikogo nie chowam urazy.
- No ja myślę - wycedził ponownie nasz były prezydent. - Chociaż muszę przyznać, że gdy te dwie są razem, to katastrofa murowana.
- Fakt - potwierdził Calder. - Ale są też dobre strony. Nasz rozejm z Bastards jeszcze nigdy nie trwał tak długo.
Smoke zacisnął usta.
- Racja. Teraz, kiedy Barraza panoszy się coraz bardziej, każdy sojusznik jest na wagę złota.
- Ostatnio coś ucichli. Może w końcu zrozumieli, że gówno od nas dostaną.
Odstawiłem pustą butelkę na bar, po czym zwróciłem się do przyjaciela:
- Raczej mało prawdopodobne. Kartel tak łatwo nie zrezygnuje. To pewnie cisza przed burzą.
Drake popatrzył na mnie z zaciekawieniem.
- Myślę, że Jett ma rację. Te sukinsyny coś kombinują i z pewnością niedługo znowu dadzą o sobie znać.
- Oby nieprędko - westchnął ponownie Smoke. - Nie mam już, kurwa, siły na kolejne batalie. Przeprawa z Loki całkowicie mnie wykończyła.
- Może czas przejść na emeryturę, staruszku. Iris z pewnością znajdzie ci jakieś zajęcie. Pielenie ogródka czy coś - zadrwił Duży Mike.
Smoke przechylił głowę i spojrzał na brata z drwiną w oczach.
- Jedyna praca, jaką będę kiedykolwiek wykonywał w ogrodzie, to zakopywanie twoich zwłok, ty mały, śmierdzący zarazku.
Jego słowa wywołały salwy śmiechu przy barze i tylko Duży Mike nie wydawał się rozbawiony epitetem, którym określił go Smoke. W tym samym momencie drzwi wejściowe się otworzyły, a do baru weszło kilka dziewczyn zaproszonych na dzisiejszy wieczór. Zlustrowałem wzrokiem nowo przybyłych gości i gdy moje oczy spoczęły na najbardziej wyuzdanej pannie, jaka tu dzisiaj zawitała, od razu wiedziałem, z kim spędzę noc.
Już dawno straciłem rachubę, z iloma kobietami byłem. Od kilku tygodni w zasadzie nie robiłem nic innego, tylko piłem i zaliczałem panienki. Zawsze wybierałem takie, które chciały tylko tego co ja, czyli chwili zapomnienia, bez komplikacji i zbędnych pytań.
* * *
Musiałem przytrzymać się ściany, gdy kilka godzin później, już konkretnie nawalony, wbijałem się w pannę od tyłu. Pot spływał mi po twarzy i szyi, mocząc koszulkę, gdy moje biodra rytmicznie uderzały w napaloną laskę. W pokoju było słychać jedynie nasze przyśpieszone oddechy.
- Mocniej, Jett - sapnęła, patrząc na mnie przez ramię.
Jedną rękę zanurzyłem w jej ciemnych włosach i owinąłem je sobie wokół pięści, a drugą złapałem ją mocno za biodra, wbijając się ostro w jej mokre wnętrze. Laska jęknęła głośno, po czym zaczęła rytmicznie poruszać biodrami, nadziewając się na mojego kutasa. Czułem, że jest już blisko, zacisnąłem zęby i zacząłem rznąć ją jeszcze mocniej i szybciej, dokładnie tak, jak tego potrzebowała. Chwilę później dziewczyna doszła z głośnym jękiem, a ja dołączyłem do niej kilka sekund później, eksplodując w jej gorącym, pulsującym wnętrzu. Wyszedłem z niej i zdyszany oparłem się o ścianę. Zamknąłem oczy, próbując uspokoić szalejące tętno.
- To było niesamowite - mruknęła dziewczyna, oddychając równie szybko jak ja.
Otworzyłem oczy akurat, gdy poprawiała sukienkę. Jej twarz była zarumieniona, a oczy praktycznie lśniły w delikatnym świetle nocnej lampki. Odetchnąłem głęboko.
- Pójdę się tego pozbyć - mruknąłem, wskazując na prezerwatywę, którą nadal na sobie miałem. - Powinnaś dołączyć do swoich przyjaciółek na dole - dodałem i nie patrząc na nią ponownie, ruszyłem w kierunku łazienki, potykając się o porozrzucane na podłodze rzeczy. W głowie wirowało mi jeszcze bardziej niż wcześniej. Zamknąłem za sobą drzwi i pierwsze, co zrobiłem, to pozbyłem się gumki. Następnie spojrzałem na siebie w lustrze i potrząsnąłem głową. Może nie wyglądałem tragicznie, a z pewnością zdarzało mi się wyglądać lepiej. Do moich nozdrzy doszła kwiatowa, słodka woń perfum dziewczyny. Po tym, co przed chwilą robiliśmy, nie było dziwne, że mdlący zapach przeszedł również na mnie. Odkręciłem kran i wszedłem pod prysznic, mając nadzieję, że panna zdążyła już sobie pójść. Jedyne, o czym w tym momencie marzyłem, to walnąć się do łóżka i zamknąć oczy. Miałem nadzieję na chociaż krótki sen. Jutro czekała mnie wyprawa do Nashville, a trzyipółgodzinna jazda na kacu nie należała do przyjemności. Chwilę później, owinięty jedynie w ręcznik, wszedłem do pokoju, by ze zdziwieniem odkryć, że laska nie ruszyła się z miejsca. Podszedłem do komody po czystą bieliznę.
- Miałaś wyjść - burknąłem, przeszukując szufladę.
Usłyszałem cichy śmiech, a zaraz potem poczułem jej zapach tuż koło siebie.
- To dla ciebie - mruknęła kilka centymetrów za mną.
Zmarszczyłem brwi i nim zdążyłem na nią spojrzeć, przed moimi oczami pojawiła się złożona na pół biała kartka.
- Co to jest? - zapytałem, jednak nim dziewczyna zdążyła wyjaśnić, wziąłem kartkę i ją rozłożyłem. Serce zamarło mi w piersi, a nogi niemal się pode mną ugięły. Miałem wrażenie, że cały wypity alkohol w sekundę ze mnie wyparował. Zacisnąłem palce na papierze i wypuściłem powietrze przez nos, próbując zapanować nad szalejącymi we mnie emocjami.
- To mój...
- Wyjdź - warknąłem, przerywając jej niezbyt uprzejmie. - Zabierz swoje rzeczy i wróć do swoich koleżanek.
Przez moment wyglądała na zdezorientowaną, lecz po chwili jej usta wykrzywiły się w uśmiechu.
- Ale ja nie chcę do nich wracać. Z tobą zabawa jest dużo lepsza - mruknęła, przejeżdżając paznokciem po moim nagim torsie. - Wieczór zaczął się cudownie i wierzę, że noc będzie równie imponująca.
Jej dotyk niemal palił moją skórę. Zrobiłem krok do tyłu, przez co jej ręka zawisła w powietrzu.
- Coś nie tak?
- Wyjdź - powiedziałem, ledwie nad sobą panując. Mój głos drżał, a żołądek zacisnął się w bolesny supeł.
Brunetka zagryzła dolną wargę, a potem ponownie zmniejszyła dystans między nami.
- Ty chyba nie mówisz tego poważnie.
- A wyglądam, jakbym, kurwa, żartował? - Zacisnąłem szczękę i spojrzałem nachalnej lasce prosto w oczy. Miałem nadzieję, że to wystarczy.
- Nie rozumiem... - Dziewczyna zmarszczyła brwi, patrząc na mnie tak, jakby mi wyrosły dwie głowy.
- Powiedziałem, żebyś wyszła, więc to, kurwa, zrób! - wycedziłem przez zęby, a potem podszedłem do łóżka, gdzie leżała jej torebka.
- Ale...
- Zdaje się, że moje słowa do ciebie nie docierają, dlatego powiem tak, żebyś tym razem zrozumiała. - Wypierdalaj z mojego pokoju! - Wcisnąłem jej w rękę torebkę, złapałem ją za ramię i zszokowaną poprowadziłem do drzwi. Nacisnąłem klamkę, lecz zamiast pustego korytarza moim oczom ukazał się Drake.
Egzekutor na moment zawiesił wzrok na dziewczynie, a po chwili przechylił głowę i spojrzał na mnie, sugestywnie unosząc brwi, gdy jego spojrzenie spoczęło na ręczniku, którym nadal byłem zakryty.
- Wszystko w porządku? Słyszałem krzyki.
Nieznacznie skinąłem głową, po czym położyłem dłoń na plecach brunetki i delikatnie pchnąłem ją do przodu, przez co znalazła się w jego ramionach.
- Dziewczyna chce powtórki i nie zamierza przyjąć do wiadomości, że ja nie mam na to ochoty.
Brunetka, słysząc moje słowa, wyprostowała się jak struna.
- Nie pochlebiaj sobie, Jett. Miałam dużo lepszych od ciebie. Chciałam ci jedynie wyświadczyć przysługę. Kto wie, kiedy znowu zaliczysz - mruknęła, wykrzywiając usta w szyderczym uśmiechu. Po miłej dziewczynie, którą była jeszcze chwilę temu, nie został nawet ślad. Wyswobodziła się z objęć Drake'a i spojrzała wprost na mnie. - Sama potrafię zejść na dół, idioto. Nie potrzebuję niczyjej eskorty - prychnęła, ruszając przed siebie, jednak silne ramię Drake'a zatrzymało ją w miejscu.
Oparłem się o framugę drzwi i założyłem ramiona na piersi, czekając na to, co nieuniknione.
- Rozumiem twoją wściekłość, maleńka. Odrzucenie to bardzo chujowe uczucie. To jednak nie daje ci prawa odnosić się w ten sposób do któregokolwiek z nas. Zdaje się, że zapomniałaś, że jesteś tu tylko gościem. Dlatego weźmiesz swoje rzeczy i zabierzesz się stąd w cholerę, a ja osobiście dopilnuję, żeby twoja dupa więcej się tu nie pojawiła.
- Bez jaj! Chyba nie mówisz tego poważnie? Przecież ja nic nie zrobiłam - pisnęła, otwierając szeroko oczy. - Zresztą to Duży Mike mnie tu zaprosił, więc tylko on może mnie stąd wyrzucić.
Drake roześmiał się głośno, a potem ruszył korytarzem wraz z szarpiącą się dziewczyną.
- Jett, skoro jutro mamy ten wyjazd, to będzie idealna okazja, by kupić skurwielowi okulary, bo zdaje się, że to jednak dość pilna sprawa - zawołał do mnie, gdy zatrzymał się przy schodach prowadzących na dół.
Dziewczyna natychmiast wykorzystała okazję, by się wyrwać, przeklinając przy tym głośno.
- Wątpię, by to cokolwiek pomogło.
- Pożyjemy, zobaczymy. - Przerzucił brunetkę przez ramię i ruszył z nią w dół.
Potrząsnąłem głową i wszedłem z powrotem do pokoju. Dopiero gdy usiadłem na łóżku, zdałem sobie sprawę, że nadal ściskam w dłoni ten cholerny papier. Przełknąłem ślinę i ponownie spojrzałem na to, co było tam napisane. Moje serce znów na moment stanęło. To nie ciąg cyfr, który zapewne był jej numerem telefonu, tak bardzo mną wstrząsnął, i sprawił, że płuca skurczyły mi się do wielkości ziarenek grochu, przez co nie mogłem oddychać, ale to, jak się tam podpisała. Sky. Na widok tego słowa przeszył mnie ból, jakby setka noży dźgnęła moje ciało, a żołądek niebezpiecznie podjechał mi do gardła. Zamknąłem oczy w nadziei, że gdy ponownie je otworzę, wszystkie wspomnienia i ból odejdą, a mnie znowu będzie otaczała jedynie pustka.
Osiem miesięcy później...
- Myślę, że masz już dość.
Calder zabrał ode mnie butelkę i umieścił ją daleko poza moim zasięgiem.
- Przynieś ją z powrotem! - zażądałem, próbując wstać z łóżka, ale natychmiast klapnąłem na dupę. W głowie mi wirowało i wiedziałem, że nie będę w stanie utrzymać równowagi.
- Nie. Nie ma, kurwa, mowy. Dałem ci czas, bo wiedziałem, że tego potrzebujesz, ale to już koniec. Pora wziąć się w garść. - Mówiąc to, podszedł do okna i odsłonił żaluzje.
Zdusiłem jęk, gdy jasne światło zaatakowało mnie z całym impetem.
- Odpierdol się, Calder - mruknąłem, zasłaniając ramieniem oczy. Miałem nadzieję, że w końcu wyjdzie i da mi święty spokój.
Tak się jednak nie stało, bo po chwili poczułem, że materac ugiął się pod ciężarem jego ciała.
- Wszystko, co dotyczy ciebie lub któregokolwiek z braci, jest moim problemem - powiedział z naciskiem. - Widzę, że zapomniałeś, gdzie jesteś, więc ci przypomnę, Jett. Należysz do Blasted, dlatego wszystko, co dotyczy ciebie, dotyczy również klubu. Nie wiem, co się dzieje w twojej głowie, ale domyślam się, że ma to związek z tą laską, którą spotkaliśmy w Spring Hill, bo to właśnie od tamtego momentu ewidentnie coś się z tobą dzieje.
Moje gardło zacisnęło się boleśnie na samo wspomnienie dziewczyny, która do złudzenia przypominała Sky... Moją Sky. Zdusiłem wszystkie emocje i przyjąłem obojętny wyraz twarzy.
- A może zamiast bawić się w psychologa, pójdziesz gdzieś, gdzie będziesz mile widziany?
Potrząsnął głową z irytacją.
- Nie, Jett, tym razem nie dam się spławić. Daliśmy ci spokój, bo wiedzieliśmy, że tego potrzebujesz, ale gdy zawalasz zadania, to nie jest już tylko twoja sprawa, ale sprawa nas wszystkich. Od miesięcy snujesz się po klubie jak cień, a wieczorami zalewasz się w trupa. Wszyscy nadstawialiśmy karku, kryjąc cię przed Shade'em, ale z tym już koniec!
- Ostatecznie wszystko poszło zgodnie z planem, więc nie rozumiem, po co do tego wracasz.
Calder rzucił mi wściekłe spojrzenie.
- Tak, poszło, ale nie dzięki tobie. Gdyby nie moja interwencja, stracilibyśmy zarówno klienta, jak i kasę. Rzuciłeś się do niego z łapami tylko dlatego, że cisnął jakimś głupim tekstem. Zdajesz sobie sprawę, że gdyby Shade się o tym dowiedział, to skręciłby ci kark? Bracie, to już nie są żarty.
- Skoro zamiast Shade'a to ty tutaj stoisz, to wnioskuję, że nie zamierzasz mu nic mówić.
Brat zacisnął usta.
- Nie, chociaż pewnie powinienem, bo to nie pierwsza taka sytuacja, Jett. Coś się dzieje i ja chcę wiedzieć co! Coś cię gryzie i to ma związek z tamtym wyjazdem. Chcę wiedzieć, co tam się wtedy stało i jaki związek miała z tym tamta laska ze stacji! - warknął, tym razem nie siląc się na uprzejmy ton.
Przełknąłem ślinę. Wiedziałem, że teraz już nie odpuści.
- Nic się nie stało. Dziewczyna była podobna... podobna do kogoś, kogo kiedyś znałem.
- I tylko tyle? Codziennie zalewasz się w trupa, bo jakaś dupa ci kogoś przypominała? - Zaśmiał się, choć w tym śmiechu nie było nawet grama radości. - Człowieku, masz mnie za idiotę? Wiem, że to ta dziewczyna jest tego powodem. - Machnął ręką, wskazując na porozrzucane butelki. - Widziałem, wszyscy widzieli, co tam się wtedy stało, ale za cholerę tego nie rozumiemy.
Sfrustrowany wypuściłem powietrze z płuc.
- Tu nie ma czego rozumieć. Pomyliłem się, to wszystko. Koniec tematu.
- Stary, przestań mnie robić w chuja. Skoro dziewczyna tylko przypominała laskę, którą kiedyś znałeś, to dlaczego uciekała, jakby sam diabeł ją gonił?
- Nie wiem, kurwa - warknąłem, podnosząc się do pozycji siedzącej. - Zastanówmy się. Może dlatego, że zobaczyła kilkunastu mężczyzn w skórzanych portkach, a może dlatego, że rzuciłem się na nią jak jakieś pierdolone zwierzę?
Brat potrząsnął głową.
- Dziewczyna była posrana ze strachu, jeszcze zanim ci odjebało. Jesteś pewien, że jej nie znasz?
Przełknąłem nerwowo ślinę, próbując nabrać odwagi przed tym, co chciałem powiedzieć.
- Tak, jestem pewien. Dziewczyna przypominała... wyglądała jak Sky. - Zamknąłem na moment oczy, usiłując pozbyć się z głowy obrazu jej przerażonej twarzy. - Była, kurwa, niemal identyczna! Więc tak jak mówiłem, to była pomyłka, zwykła jebana pomyłka - westchnąłem. - Jednak od tamtego czasu nie mogę, nie umiem... - Zamilkłem, szukając słowa, żeby opisać to, co działo się w mojej głowie.
- Kurwa - syknął, po czym w końcu zszedł z mojego łóżka i stanął tuż przede mną. - Bracie, to jest... - Przerwał, ponieważ w tym samym momencie usłyszeliśmy kobiecy głos zza jego pleców.
- Kim jest Sky?
- Ja pierdolę - jęknąłem i sfrustrowany wypuściłem oddech.
Calder odwrócił się twarzą do Mai.
- Siostra, co ty tu robisz?
- Chciałam z tobą porozmawiać. Tata powiedział, że znajdę cię tutaj - Urwała, rozglądając się po pomieszczeniu. Po chwili jej wzrok zatrzymał się na mnie. - Cześć, Hulk.
- Hej - burknąłem, czując się jak kretyn. Wiedziałem, na co Maya patrzyła. Mój pokój wyglądał jak po przejściu tornada. Wszędzie walały się puste butelki i brudne ubrania.
Calder przeczesał jasne włosy.
- Za parę minut do ciebie przyjdę, okej?
Dziewczyna, zamiast wyjść, zamknęła drzwi i podeszła do nas.
- Właściwie to dobrze się składa, że tu jesteś, bo chciałam porozmawiać o nim. - Gestem wskazała na mnie.
- Już się tym zająłem. Powinnaś wrócić do dziecka.
- Beth ma się dobrze. Iris się nią zajmuje - warknęła na brata, po czym zwróciła się do mnie: - Kim jest Sky?
- Słuchaj, to nie jest dobry czas...
- Nie. - Wyciągnęła dłoń, żeby mnie uciszyć. - Wiem, że krótko się znamy i zapewne jestem ostatnią osobą, z którą chciałbyś rozmawiać, ale nie mogę patrzeć na to, co ze sobą robisz, Jett.
- A co takiego według ciebie robię? Spędzam czas na imprezowaniu, podobnie jak reszta braci.
Dziewczyna potrząsnęła głową, aż zafalowały jej włosy.
- Dobrze wiesz, że to nie jest prawda. Wielokrotnie widziałam cię podczas tej zabawy - powiedziała, akcentując ostatnie słowo. - Nic nie wskazywało na to, że dobrze się bawisz, wręcz przeciwnie, za każdym razem sprawiałeś wrażenie, jakby stratowało cię stado bydła. To nie wyglądało na zabawę, a raczej samozagładę, Jett. Zupełnie cię nie poznaję, wiesz? Ta cała Sky ma z tym coś wspólnego, prawda?
- Siostra, wszystko mam pod kontrolą. Myślę, że będzie lepiej, jeśli wrócisz do Beth.
Potrząsnąłem głową na widok miny dziewczyny. Byłem świadkiem wielu emocji, które towarzyszyły Mai przez ostatnie miesiące, zarówno tych dobrych, jak i złych, dlatego od razu wiedziałem, że brat popełnił ogromny błąd.
- Moja córka ma się dobrze, Calder! Ale skoro tak się o nią martwisz, to proponuję, żebyś sam poszedł i sprawdził. Może chociaż tam się do czegoś przydasz, bo tu, jak widać, nic nie zdziałałeś - wycedziła, kładąc nacisk na każde słowo i ponownie lustrując pomieszczenie.
Ta drobna, delikatna blondynka była jedną z najmilszych i najbardziej bezinteresownych osób, jakie w życiu spotkałem. Jednak w razie potrzeby umiała o siebie zadbać. To właśnie takie momenty nie pozostawiały wątpliwości, że ona, Smoke i Calder to rodzina. Pojawiła się dość niespodziewanie, wywracając życie kilku moich braci do góry nogami, a w szczególności naszego prezydenta Shade'a. Facet kompletnie oszalał na jej punkcie, co nie byłoby niczym dziwnym, gdyby nie fakt, że kobiety od zawsze stanowiły dla niego tylko rozrywkę, sposób na rozluźnienie. Zmieniał je równie szybko, co Calder nastroje. Dlatego wszystkich zaskoczyło, że nasz prezydent od samego początku rościł sobie do niej prawo i warczał na każdego, kto choćby na nią spojrzał. Lecz to nikogo do niej nie zraziło, a nawet wręcz przeciwnie. Wszyscy chcieli poznać kobietę, która skradła serce najtwardszemu spośród nas. I nie było to wcale trudne. Maya była bardzo otwarta i do wszystkich odnosiła się z ogromną troską i wrażliwością.
Na początku ta jej nadmierna troskliwość strasznie mnie denerwowała. Nie byłem przyzwyczajony do takiego zachowania... a przynajmniej już nie. Z czasem jednak przekonałem się, że jej opiekuńczość nie wynikała z potrzeby przypodobania się innym, lecz z jej dobrego serca. I nawet jej uparte nazywanie mnie Hulkiem przestało mnie irytować.
- On nie chciał cię urazić. Myślę, że po prostu chce mnie chronić.
Na twarzach rodzeństwa odmalowało się niemal identyczne zaskoczenie. Jednak u Mai szok szybko zamienił się w zaniepokojenie.
- Chronić? Ale przed czym?
Odchrząknąłem z zakłopotaniem.
- Przed przeszłością.
- Nie rozumiem - pisnęła, wyraźnie zmartwiona. - Jeśli ktoś ci zagraża, powinniśmy porozmawiać z Noahem.
Calder prychnął, kręcąc przy tym głową.
Noah. Bracia mieli niezły ubaw, gdy Maya pierwszy raz zwróciła się tak do naszego prezydenta. Oczywiście każdy z nas miał świadomość, że Shade nie było jego prawdziwym imieniem. Taką ksywkę dostał w wojsku i, jak wszyscy wokół wiedzieli, miało to związek z jego umiejętnościami. W klubie również niejednokrotnie dowiódł, że ksywa idealnie do niego pasuje. Shade nie znosił, gdy jego kobieta zwracała się do niego jego prawdziwym imieniem, i jeśli miałbym zgadywać, nie chodziło o to, że to imię średnio pasowało do groźnego skurwiela, ale miało związek z jego przeszłością i tym, kim był jako Noah, czyli słabym, nieumiejącym się obronić chłopcem, któremu ojciec codziennie spuszczał wpierdol, a potem kazał patrzeć, jak to samo robi z jego matką. Podejrzewałem, że to właśnie zjebana przeszłość powodowała jego awersję do tego imienia... a przynajmniej tak właśnie było u mnie.
- Nie, nic z tych rzeczy. Nie będziemy niepokoić Shade'a bez potrzeby. Calder miał na myśli wydarzenia z mojej przeszłości. Nic mi nie zagraża - zapewniłem. Moje słowa nieco ją uspokoiły.
- Wydarzenia związane ze Sky?
Przetarłem dłonią zmęczoną twarz. Oprócz Caldera nikt tutaj nie poznał mojej historii. Nie chciałem, by cokolwiek z tego, co przeżyłem, wpływało na to, jak postrzegają mnie w klubie. Nie potrzebowałem litości... nie tutaj. Nie miałem ochoty o tym rozmawiać, mimo to wiedziałem, że jeśli nie powiem jej prawdy, Maya zaalarmuje Shade'a i pozostałych.
- Tak - westchnąłem, widząc, że z zatroskaną miną czeka na moje dalsze wyjaśnienia. - Wydarzenia związane ze Sky - powtórzyłem za nią. Gdy tylko to imię opuściło moje usta, coś jakby we mnie pękło. Miałem wrażenie, że słowa same ze mnie wypływają. Zacząłem opowiadać od momentu, gdy pierwszy raz spotkałem Sky Nelson, i o swoim poczuciu winy związanym z tym, co się wtedy stało, aż do incydentu na stacji kilka miesięcy temu.
- Powinieneś tam pojechać - oznajmiła, gdy kilka minut później skończyłem opowiadać.
Zmarszczyłem brwi.
- Gdzie?
- Do Cairo. - Usiadła w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu siedział jej brat. - Powinieneś pojechać do domu, Jett. Nie miałeś okazji, by się z nią pożegnać, a sądzę, że bardzo tego potrzebujesz. Potrzebujesz zamknięcia, pogodzenia się z tym, co się wtedy wydarzyło. Bez tego nie będziesz mógł pójść dalej.
- Nie sądzę, by to był dobry pomysł - prychnąłem. Przez lata unikałem tej jebanej dziury jak zarazy i w najbliższym czasie nie zamierzałem tego zmieniać.
- Musisz - stwierdziła stanowczo. - Żyjesz z tym od tylu lat, a poczucie winy nie pozwala ci iść naprzód. Wbrew temu, co mówili ci ludzie, nie byłeś odpowiedzialny za to, co się tam wtedy stało. Wyrzuty sumienia zżerają cię od środka i prawda jest taka, że nie zdołasz się z nimi uporać, póki nie skonfrontujesz się z przeszłością. To cię niszczy, Jett, a piciem i... - odchrząknęła, zapewne szukając odpowiedniego słowa.
Na pomoc przyszedł jej Calder:
-... i pieprzeniem - parsknął.
Dziewczyna spojrzała ostro na brata, choć nie dało się przeoczyć delikatnych rumieńców na jej twarzy. Następnie ponownie przeniosła spojrzenie na mnie.
- I uprawianiem seksu z kim popadnie, nie zagłuszysz tego, co cię gryzie.
Calder odchrząknął, po czym zakołysał się na piętach.
- Bracie, muszę przyznać, że Maya ma rację - wtrącił się. - To nie była twoja wina i najwyższa pora, żebyś i ty w to uwierzył. Tamta dziewczyna ze stacji obudziła w tobie mrok, który pochowałeś głęboko i który nie zniknie, póki sobie nie wybaczysz i nie pogodzisz się z przeszłością. A żeby to zrobić - westchnął - musisz tam wrócić.