Uwiedź mnie. Tom 2 - Lisa Kleypas

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
LondynZima 1848 roku
Win od zawsze była zdania, że Kev Merripen jest piękny - tak jak piękny może być surowy krajobraz czy zimowy dzień. Kev był potężnym, uderzająco przystojnym, pod każdym względem bezkompromisowym mężczyzną. Egzotyczne, zuchwałe rysy jego twarzy stanowiły doskonałą oprawę dla oczu tak ciemnych, że granica między źrenicą a tęczówką się zacierała. Jego włosy były gęste i czarne jak skrzydło kruka, brwi proste i mocne, a jego szerokie wargi wykrzywiał stale ponury grymas, na który Win nie była obojętna.
Merripen, jej ukochany, ale nie kochanek. Znali się od dzieciństwa, jej rodzina go przygarnęła. Choć Hathawayowie zawsze traktowali go jak swojego, Merripen wolał pełnić rolę służącego. Opiekuna. Obcego.
Przyszedł do sypialni Win i stał teraz w progu, obserwując, jak dziewczyna pakuje do kufra kilka osobistych przedmiotów z górnej szuflady komody. Szczotka do włosów, szpilki, naręcze chusteczek, które wyszyła dla niej jej siostra, Poppy. Win wkładała rzeczy do skórzanej torby, boleśnie świadoma niewzruszonej obecności Merripena. Wiedziała, co kryje się za jego spokojem, bo w środku odczuwała tę samą tęsknotę.
Myśl o odejściu od niego łamała jej serce. A jednak nie miała wyboru. Od napadu szkarlatyny, który przeżyła dwa lata wcześniej, miała problemy ze zdrowiem. Była szczupła i krucha, łatwo się męczyła i mdlała. Słabe płuca, powtarzali lekarze. Nic nie można zrobić, trzeba się z tym pogodzić. Życie spędzone na odpoczynku i przedwczesna śmierć.
Win nie miała zamiaru się z tym godzić.
Marzyła o wyzdrowieniu, o rozkoszowaniu się rzeczami, które większość ludzi uznawała za pewnik. O tańcu, śmiechu, spacerach. Pragnęła kochać... wyjść za mąż... pewnego dnia założyć rodzinę.
W swoim obecnym stanie nie miała na to najmniejszych szans. I to się musiało zmienić. Tego dnia wyjeżdżała do kliniki we Francji, gdzie energiczny młody lekarz, Julian Harrow, osiągał zadziwiające rezultaty w leczeniu pacjentów takich jak ona. Jego metody były niekonwencjonalne, kontrowersyjne, ale Win o to nie dbała. Poważyłaby się na wszystko, byle tylko wyzdrowieć. W przeciwnym razie nigdy nie zdobędzie Merripena.
- Nie jedź - powiedział tak cicho, że ledwie go usłyszała.
Walczyła, aby nie pokazać po sobie zdenerwowania, choć jej ciałem wstrząsały dreszcze.
- Proszę, zamknij drzwi - zdołała szepnąć. Potrzebowali odrobiny prywatności, aby odbyć tę rozmowę.
Merripen się nie poruszył. Na jego smagłą twarz wystąpił rumieniec, a jego czarne oczy rozbłysły gniewem, który rzadko okazywał. W tej chwili był Romem - emocje burzyły się w nim tuż pod skórą, na co rzadko sobie pozwalał.
Win sama zamknęła drzwi. Odsunął się, gdy podeszła, jakby jakikolwiek kontakt z nią mógł spowodować tragiczne skutki.
- Dlaczego nie chcesz, żebym pojechała, Kev? - zapytała miękko.
- Nie będziesz tam bezpieczna.
- Oczywiście, że będę - odparła. - Ufam doktorowi Harrowowi. Jego metoda wydaje mi się rozsądna, a fakt, że odniósł tak wiele sukcesów...
- Porażek ma tyle samo. Tu, w Londynie, są lepsi lekarze. Powinnaś najpierw udać się do nich.
- Myślę, że to doktor Harrow jest moją szansą. - Win uśmiechnęła się do jego surowych, czarnych oczu, świadoma rzeczy, których on nie może wyznać. - Wrócę do ciebie, obiecuję.
Zignorował ją. Każdy jej wysiłek, aby obnażyć ich uczucia, spotykał się z nieugiętym oporem z jego strony. Nigdy nie przyznałby, że widzi w niej kogoś więcej niż kruchą inwalidkę, która potrzebuje jego opieki. Motyl za szkłem.
A on tymczasem kolekcjonował kolejne podboje. Był bardzo dyskretny, ale Win była przekonana, że niejedna kobieta oddała mu swoje ciało, które on wykorzystał dla własnej przyjemności. Poczuła ponury gniew na myśl o Merripenie dzielącym łoże z kimś innym. Wszyscy, którzy ją znali, byliby zaszokowani tym, jak bardzo ona go pożąda. Najbardziej zdumiony byłby pewnie sam Merripen.
Doskonale, Kev, pomyślała na widok jego pozbawionej wyrazu twarzy. Zachowam stoicki spokój, jeśli takie jest twoje życzenie. Pożegnamy się uprzejmie i chłodno.
Potem odchoruje to w zaciszu swojej sypialni, świadoma tego, że upłynie cała wieczność, zanim znów go zobaczy. Wiedziała jednak, że tak będzie lepiej - nie mogła znieść myśli, że mogą już do końca jej dni żyć obok siebie, rozdzieleni chorobą.
- Cóż - oznajmiła żwawo - niedługo wyjeżdżam. Nie ma powodu do zmartwień, Kev. Leo zaopiekuje się mną w czasie podróży do Francji, a...
- Twój brat nawet o samego siebie nie umie się zatroszczyć - odparł gniewnie Merripen. - Nigdzie nie jedziesz. Zostajesz tutaj, gdzie będę mógł... - Przygryzł wargę.
Win dosłyszała w jego głosie głęboko skrywaną nutę wściekłości czy bólu. To stawało się coraz bardziej interesujące. Jej serce zaczęło tłuc się w piersi.
- Jest... - Musiała przerwać, aby złapać oddech. - Jest tylko jedna rzecz, która mogłaby mnie powstrzymać przed wyjazdem.
Posłał jej czujne spojrzenie.
- Jaka?
Przez chwilę zbierała się na odwagę, aby przemówić.
- Powiedz mi, że mnie kochasz. Powiedz to, a zostanę.
Czarne oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Odgłos gwałtownego oddechu przeciął powietrze jak cios siekiery. Merripen zastygł w milczeniu.
Win czuła fale rozbawienia i rozpaczy, czekając na jego odpowiedź.
- Ja... Zależy mi na każdym członku twojej rodziny...
- Nie. Wiesz, że nie o to proszę. - Win podeszła do niego, uniosła swoje blade dłonie do jego piersi i oparła je na twardych, nieustępliwych mięśniach. Jego ciało zareagowało gwałtownie. - Proszę - powtórzyła, nienawidząc się za ton desperacji w swoim głosie. - Mogłabym umrzeć nawet jutro, gdybym choć raz to usłyszała...
- Nie - warknął w odpowiedzi, odsuwając się.
Odrzucając całą ostrożność, Win poszła za nim. Chwyciła fałdy jego koszuli.
- Powiedz mi. Wyznajmy w końcu prawdę i...
- Cicho już. Jeszcze się rozchorujesz.
Win rozwścieczyła świadomość, że on ma rację. Już czuła znajomą słabość, zawroty głowy, którym towarzyszyło gwałtownie przyspieszone tętno i ciężki oddech. Przeklęła zawodzące ją ciało.
- Kocham cię - oznajmiła żałośnie. - Gdybym była zdrowa, żadna siła ziemska by mnie nie powstrzymała. Gdybym była zdrowa, wzięłabym cię do łóżka i pokazała ci, jak wiele pasji może kryć się w kobiecie, która...
- Nie. - Uniósł dłoń do jej ust, żeby ją uciszyć, ale cofnął ją gwałtownie, gdy wyczuł ciepło jej warg.
- Jeśli nie boję się tego wyznać, dlaczego ty miałbyś się bać? - Przyjemność bycia blisko niego, dotykania go, była jak szaleństwo. Przylgnęła do niego odważnie. Próbował ją odsunąć tak, aby jej nie skrzywdzić, ale przywarła do niego z całą siłą, jaka jej pozostała. - A jeśli widzimy się po raz ostatni? Nie będziesz żałował, że nie wyznałeś mi, co czujesz? Nie chciałbyś...
Merripen przykrył jej usta swoimi, desperacko pragnąć, aby w końcu zamilkła. Oboje westchnęli i zastygli w bezruchu, wchłaniając w siebie to uczucie. Jego oddech uderzał falami ciepła o jej policzek. Otoczył ją ramionami, otulił swoją siłą i przyciągnął do swego twardego ciała. A potem wybuchł płomień, w którym oboje się zatracili.
Czuła w jego oddechu słodycz jabłek, gorycz kawy i jego bogaty smak. Pragnąc więcej, wspięła się na palce. Przyjął jej niewinne zaproszenie z niskim, dzikim jękiem.
Poczuła dotyk jego języka. Otworzyła się na niego i pociągnęła go głębiej, z wahaniem oddając swój język jedwabistej pieszczocie. Zadrżał, zachłysnął się powietrzem i przytulił ją mocniej. Zalała ją kolejna fala słabości, jej zmysły umierały z tęsknoty za jego dłońmi, ustami i ciałem... Cała jego moc na niej i w niej... Och, tak bardzo go pragnęła...
Merripen całował ją wygłodniale, jego usta atakowały ją szorstkimi, namiętnymi pocałunkami. Jej zmysły płonęły z rozkoszy; wstrząsana dreszczami, uczepiła się go z całych sił, pragnąc znaleźć się jeszcze bliżej.
Wyczuwała przez warstwy spódnic nacisk jego bioder, które poruszały się rytmicznie. Instynktownie wyciągnęła dłoń, aby go dotknąć, ukoić; jej place napotkały twardy dowód jego pobudzenia.
Jej usta stłumiły jego agonalny jęk. Chwycił jej dłoń i zacisnął na sobie na jeden palący moment. Win otworzyła szeroko oczy, wyczuwając pulsowanie. Napięcie wokół nich było tak gęste, że groziło eksplozją.
- Kev... łóżko... - szepnęła, pąsowiejąc od policzków do palców stóp. Pragnęła go tak desperacko, od tak dawna, i w końcu miało się to wydarzyć. - Weź mnie...
Merripen przeklął i odepchnął ją od siebie. Dyszał ciężko.
Win przysunęła się do niego.
- Kev...
- Nie zbliżaj się do mnie - rzucił tak wściekle, że odskoczyła z przerażenia.
Przez chwilę stali w bezruchu, a w powietrzu unosiły się tylko ich gwałtowne oddechy.
Merripen przemówił pierwszy. W jego głosie tlił się gniew i odraza, ale nie można było rozpoznać, przeciwko komu są one skierowane.
- To się już nigdy więcej nie wydarzy.
- Bo boisz się, że możesz mnie skrzywdzić?
- Bo nie chcę cię w ten sposób.
Zesztywniała z oburzenia i roześmiała się z niedowierzaniem.
- Reagowałeś na mnie. Czułam to.
Jego rumieniec stał się jeszcze wyraźniejszy.
- Z każdą inną kobietą byłoby tak samo.
- Ty... ty chcesz, żebym uwierzyła, że nic do mnie nie czujesz?
- Pragnę jedynie chronić cię, tak jak każdego innego członka twojej rodziny.
Wiedziała, że to kłamstwo; czuła to. Ale jego bezduszna reakcja ułatwiała jej pożegnanie.
- Ja... - Z trudem wydobywała z siebie głos. - To bardzo szlachetne z twojej strony. - Próbowała ironizować, ale zadyszka psuła efekt. Głupie, słabe płuca.
- Zmęczyłaś się - odparł Merripen, podchodząc bliżej. - Musisz odpocząć...
- Nic mi nie jest - oznajmiła gwałtownie Win, podchodząc do umywalni i chwytając się jej brzegów dla równowagi. Zmoczyła lekko ręcznik i przyłożyła go do rozpalonych policzków. Spojrzała w lustro i przybrała swoją zwykłą, łagodną maskę. Zdołała jakoś uspokoić głos. - Będę miała ciebie całego albo w ogóle - oświadczyła. - Wiesz, co powiedzieć, abym została. Jeśli tego nie powiesz, wyjadę.
Atmosfera w pokoju była ciężka od emocji. Nerwy Win krzyczały w proteście, gdy cisza się przedłużała. Wpatrywała się w lustro, w którym odbijał się zarys jego szerokich ramion. A potem Kev się poruszył, drzwi otworzyły się i zamknęły.
Win muskała twarz chłodnym ręcznikiem, ocierając z niej strumienie łez. Odkładając płótno, zauważyła, że dłoń, która go intymnie dotykała, zachowała wspomnienie jego ciepła. Na wargach wciąż czuła mrowienie od jego słodkich, mocnych pocałunków, a jej pierś wypełniał ból desperackiej miłości.
- Cóż - powiedziała do swego zarumienionego odbicia - teraz przynajmniej masz motywację. - Roześmiała się drżąco i zaczęła ocierać kolejne łzy.
Cam Rohan nadzorował załadunek powozu, który miał wkrótce udać się do londyńskich doków, i nie mógł przestać się zastanawiać, czy nie popełnia błędu. Obiecał swojej młodej żonie, że zatroszczy się o jej rodzinę, a dwa miesiące po ślubie odsyłał jedną z jej sióstr do Francji.
- Możemy zaczekać - powiedział Amelii poprzedniej nocy, gdy trzymał ją w ramionach i głaskał jej gęste, brązowe włosy, które spływały falą na jego pierś. - Jeśli chcesz zatrzymać przy sobie Win trochę dłużej, możemy ją posłać do kliniki na wiosnę.
- Nie, ona musi wyjechać najszybciej, jak to możliwe. Doktor Harrow jasno dał nam do zrozumienia, że zmarnowano już zbyt wiele czasu. Jedyną nadzieją Win na poprawę jest natychmiastowe rozpoczęcie leczenia.
Cam uśmiechnął się, słysząc pragmatyczny ton Amelii. Jego żona celowała w skrywaniu emocji, zachowując tak niezachwianą postawę, że tylko kilka osób wiedziało, jaka jest w głębi duszy wrażliwa. Cam był jedynym człowiekiem, przy którym opuszczała gardę.
- Musimy być rozsądni - dodała.
Cam przewrócił ją na plecy i spojrzał na jej małą, śliczną twarz, na którą padało światło lampy. Te wielkie, błękitne oczy, mroczne jak serce północy.
- Tak - przyznał miękko. - Ale to nie zawsze jest łatwe, prawda?
Amelia potrząsnęła głową, jej oczy zwilgotniały. Cam czubkami palców dotknął jej policzka.
- Mój biedny koliberek - szepnął. - Przeżyłaś tak wiele zmian w ostatnich miesiącach, a nasz ślub nie był wcale największą z nich. A teraz odsyłam twoją siostrę.
- Do kliniki, żeby tam wyzdrowiała. Wiem, że to dla jej dobra. Tylko że... Będę za nią tęsknić. Win to najdroższy, najłagodniejszy członek naszej rodziny. Zawsze nas godziła. Pewnie się pozabijamy pod jej nieobecność. - Jęknęła cicho. - Nie waż się nikomu zdradzić, że płakałam, bo się z tobą policzę.
- Nie, monisha - koił ją i przytulał, gdy pociągała nosem. - Twoje sekrety są ze mną bezpieczne. Przecież wiesz.
Scałował łzy z jej policzków, powoli zdjął z niej koszulę nocną i kochał się z nią leniwie.
- Moja miłości - szeptał, gdy drżała pod nim. - Pozwól mi zadbać o siebie... - Gdy brał w posiadanie jej ciało, powtarzał jej w obcym języku, że wielbi ją pod każdym względem, że kocha jej wnętrze i że nigdy jej nie opuści. Choć Amelia nie rozumiała jego słów, sam ich dźwięk ją podniecał. Jej paznokcie przesuwały się po jego plecach, a jej biodra unosiły się pod jego ciężarem. Zadowalał ją i sam czerpał przyjemność, aż jego żona odpłynęła w pełen zaspokojenia sen.
Jeszcze długo potem Cam tulił ją do siebie, gdy z zaufaniem ułożyła głowę w zagięciu jego ramienia. Był teraz odpowiedzialny za Amelię i za jej całą rodzinę.
Hathawayowie byli grupą odmieńców składającą się z czterech sióstr, brata i Merripena, który był Romem, jak Cam. Niewiele o nim wiedziano, poza tym, że został przygarnięty przez Hathawayów jako dziecko, po tym jak rannego w obławie na Cyganów porzucono go na pewną śmierć. Był kimś więcej niż sługą, ale nie całkiem członkiem rodziny.
Trudno było przewidzieć, jak Merripen będzie się prowadził pod nieobecność Win, ale Cam miał przeczucie, że nie będzie przyjemnie. Nie mogli się od siebie bardziej różnić - jasnowłosa inwalidka i potężny Rom. Ona tak wyrafinowana i eteryczna, on ciemnoskóry, nieociosany i prawie nieucywilizowany. Istniała jednak pomiędzy nimi więź, jak szlak jastrzębia, który zawsze wraca do tego samego lasu, podążając za wskazówkami niewidzialnych map, tworzonych przez samą naturę.
Gdy zakończono załadunek, a bagaż został zabezpieczony skórzanymi pasami, Cam wrócił do apartamentu hotelowego, w którym się całą rodziną zatrzymali. Zebrali się w salonie, aby się pożegnać.
Nieobecność Merripena była podejrzana. Tłoczyli się w małym pokoju - siostry i ich brat, Leo, który jechał do Francji jako towarzysz i eskorta Win.
- Już wystarczy - powiedział szorstko Leo, klepiąc po plecach najmłodszą z nich, Beatrix, która właśnie skończyła szesnaście lat. - Nie ma sensu urządzać scen.
Dziewczyna wtuliła się w niego jeszcze mocniej.
- Będziesz taki samotny, z dala od domu. Może weźmiesz jedno z moich zwierzątek, żeby ci dotrzymało towarzystwa?
- Nie, kochanie. Będę się musiał zadowolić ludzkim towarzystwem, które znajdę na pokładzie. - Leo zwrócił się do Poppy, osiemnastoletniej, rdzawowłosej piękności. - Do widzenia, siostrzyczko. Ciesz się swoim pierwszym sezonem w Londynie. Spróbuj nie zaakceptować pierwszego, który ci się oświadczy.
Poppy podeszła, aby go objąć.
- Drogi Leo - powiedziała, przyciskając twarz do jego ramienia - spróbuj się zachowywać w tej Francji.
- Nikt się nie zachowuje we Francji - odparł Leo. - Dlatego wszyscy ją tak lubią. - Odwrócił się do Amelii. Jego pewna siebie fasada zaczęła się rozpadać. Odetchnął niepewnie. Z całego rodzeństwa to Leo i Amelia najczęściej i najbardziej zapalczywie się kłócili. A jednak to ona była jego ulubienicą. Przeszli razem tak wiele, gdy opiekowali się młodszym rodzeństwem po śmierci rodziców. Na oczach Amelii Leo zamienił się z obiecującego młodego architekta we wrak człowieka. Odziedziczenie wicehrabiostwa w niczym nie pomogło. W zasadzie nowo nabyty tytuł i status tylko przyspieszyły upadek Leo. To jednak nie powstrzymało Amelii przed walką o niego. Na każdym kroku próbowała go ratować, co go szalenie irytowało.
Kobieta podeszła do niego i oparła czoło na jego piersi.
- Leo - powiedziała, pociągając nosem. - Jeśli Win coś się stanie, zabiję cię.
Delikatnie pogłaskał ją po głowie.
- Grozisz mi śmiercią od lat i nic z tego nie wynika.
- Cz-czekałam na właściwy powód.
Leo uśmiechnął się, uniósł jej głowę i złożył pocałunek na jej czole.
- Przywiozę ją całą i zdrową.
- A siebie?
- Siebie również.
Amelia wygładziła zagniecenia jego płaszcza, jej wargi zadrżały.
- Więc może lepiej już zerwij z życiem pijanego utracjusza.
Leo uśmiechnął się szeroko.
- Ale ja zawsze wierzyłem, że należy rozwijać swoje naturalne talenty. - Pochylił się i pocałował ją w policzek. - A zresztą ty nie możesz dawać rad na temat prowadzenia się. Przecież wyszłaś za człowieka, którego ledwo znasz.
- To była najlepsza rzecz, jaką mogłam zrobić.
- Nie będę się kłócił, skoro to on opłaca moją podróż do Francji. - Leo wyciągnął rękę i uścisnął dłoń Cama. Ich znajomość nie zaczęła się najlepiej, ale obaj mężczyźni szybko się polubili. - Do widzenia, phral - powiedział Leo, używając romskiego słowa, którego Cam go nauczył. Znaczyło: brat. - Wiem, że doskonale sobie poradzisz, opiekując się rodziną. Mnie się już pozbyłeś, a to obiecujący początek.
- Wrócisz do odbudowanego domu i kwitnącej posiadłości, milordzie.
Leo roześmiał się nisko.
- Nie mogę się już doczekać, kiedy zobaczę twoje osiągnięcia na własne oczy. Wiesz, nie każdy par powierzyłby swoje dziedzictwo dwóm Cyganom.
- Jestem przekonany, że ty jesteś jedyny.
Gdy Win pożegnała się z siostrami, Leo pomógł jej wsiąść do powozu i usiadł obok. Poczuli lekkie szarpnięcie, gdy czwórka ruszyła, wioząc ich w kierunku londyńskich doków.
Leo przyglądał się profilowi Win. Jak zwykle nie okazywała zbyt wielu emocji, jej piękna twarz była spokojna i opanowana. Dostrzegł jednak plamy koloru na jej bladych policzkach i palce zaciśnięte na haftowanej chusteczce, którą trzymała na kolanach. Zauważył, że Merripen nie przyszedł się z nimi pożegnać. Zastanawiał się, czy on i Win się posprzeczali.
Westchnął cicho i objął ramieniem jej szczupłą, kruchą figurkę. Zesztywniała, ale nie odsunęła się. Po chwili chusteczka powędrowała do góry; Win otarła oczy. Była przerażona, chora i nieszczęśliwa.
A on był wszystkim, co miała.
Boże dopomóż.
- Nie pozwoliłaś chyba Beatrix wmusić sobie jednego z jej zwierzaków? - Spróbował ją rozweselić. - Ostrzegam, jeśli masz przy sobie jeża albo szczura, wyrzucę go za burtę, gdy tylko znajdziemy się na statku.
Win potrząsnęła głową i wydmuchała nos.
- Wiesz - oznajmił swobodnym tonem, wciąż ją przytulając - jesteś najmniej zabawną ze wszystkich moich sióstr. Jak to się w ogóle stało, że jadę z tobą do Francji?
- Możesz mi wierzyć - padła mokra od łez odpowiedź - że nie byłabym taka nudna, gdybym tylko miała jakiś wybór. Gdy wyzdrowieję, zacznę się bardzo źle zachowywać.
- Jest więc na co czekać. - Przytulił policzek do jej jasnych włosów.
- Leo - zapytała po chwili - dlaczego ofiarowałeś się pojechać ze mną do tej kliniki? Czy to dlatego, że także chcesz wyzdrowieć?
Niewinne pytanie wywołało w nim falę wzruszenia i irytacji. Win, tak jak pozostali członkowie jego rodziny, traktowali jego picie jak chorobę, którą może uleczyć okres abstynencji i zmiana otoczenia. A tymczasem było ono tylko objawem prawdziwej choroby - bólu tak upartego, że czasami bał się, że jego serce się przezeń zatrzyma.
Nie było lekarstwa na utratę Laury.
- Nie - odparł. - Nie mam takich aspiracji. Będę po prostu kontynuował moje szaleństwo w nowej scenerii. - Jego słowa zostały nagrodzone cichym śmiechem. - Win... czy pokłóciłaś się z Merripenem? To dlatego nie przyszedł się pożegnać? - Po długiej chwili ciszy Leo przewrócił oczami. - Jeśli naprawdę zamierzasz milczeć, siostrzyczko, czeka nas bardzo długa podróż.
- Tak, pokłóciliśmy się.
- O co? O klinikę Harrowa?
- Nie do końca. To znaczy po części, ale... - Win wzruszyła ramionami. - To zbyt skomplikowane. Wyjaśnienie tego zajęłoby mi całą wieczność.
- Mamy do pokonania ocean i pół Francji. Zdążymy, możesz mi wierzyć.
Gdy powóz odjechał, Cam udał się do stajni za hotelem, schludnego budynku, w którym mieściły się boksy dla koni i powozów. Tak jak się spodziewał, zastał Merripena przy wierzchowcach. Hotelowe stajnie zaspokajały tylko część potrzeb swoich mieszkańców, dlatego też niektóre prace musieli wykonywać właściciele zwierząt. Merripen czyścił właśnie czarnego wałacha Cama, trzylatka o dźwięcznym imieniu Puka.
Ruchy Merripena były lekkie, szybkie i metodyczne, gdy przeciągał zgrzebłem po błyszczących bokach rumaka.
Cam obserwował go przez chwilę, doceniając jego zręczność. Legenda o tym, że Cyganie najlepiej zajmują się końmi, nie była zmyślona. Romowie traktowali konie jak towarzyszy, zwierzęta poezji i heroizmu. Puka akceptował obecność Merripena z szacunkiem, którego nie okazywał zbyt wielu ludziom.
- Czego chcesz? - zapytał Merripen, nawet na Cama nie patrząc.
Cam wszedł do otwartego boksu leniwym krokiem i uśmiechnął się, gdy Puka pochylił łeb i szturchnął go w pierś.
- Nie, chłopcze... żadnego cukru. - Poklepał muskularny kark. Rękawy miał podwinięte do łokci; na jego przedramieniu widniał tatuaż przedstawiający czarnego latającego konia. Cam nie pamiętał, skąd go ma... Był tam od zawsze, z powodów, których jego babka mu nie objaśniła.
Rysunek odwzorowywał legendarnego irlandzkiego wierzchowca, pukę, zarazem złowrogie i szlachetne stworzenie, które mówiło ludzkim głosem i przemieszczało się nocami na szeroko rozpostartych skrzydłach. Według legendy puka pojawiał się niezapowiedziany pod oknami ludzi o północy i zabierał ich na przejażdżki, które na zawsze odmieniały ich życie.
Cam nigdy nie widział u nikogo podobnego symbolu. Do czasu, gdy spotkał Merripena, który został niedawno ranny w pożarze. Gdy leczyli jego oparzenia, odkryli na ramieniu tatuaż.
To sprowokowało Cama do kolejnych pytań.
Zobaczył, że Merripen ukradkiem spogląda na jego rękę.
- Co można pomyśleć o Romie, noszącym irlandzki symbol? - zapytał Cam.
- W Irlandii też są Romowie, to nic takiego.
- Ten tatuaż skrywa tajemnicę - oznajmił spokojnie Cam. - Nigdy wcześniej takiego nie widziałem. Ty masz taki sam. A ze zdumienia Hathawayów tym faktem wnioskuję, że bardzo się starałeś, by go ukryć. Dlaczego, phral?
- Nie nazywaj mnie tak.
- Jesteś częścią rodziny Hathawayów od dzieciństwa. A ja się wżeniłem. To czyni nas braćmi, nieprawdaż?
Jedyną odpowiedzią było pogardliwe spojrzenie.
Cam czerpał perwersyjną przyjemność z przyjacielskiego traktowania Roma, który tak otwarcie nim gardził. Rozumiał doskonale, co było źródłem wrogości Merripena. Nowy mężczyzna w rodzinie, vitsa, komplikował sytuację, jego status powinien być niższy. Cam, obcy, który wkroczył znienacka i z marszu przejął rolę głowy rodziny, był po prostu nie do zniesienia. Nie pomagał także fakt, że Cam był poshram, mieszańcem zrodzonym ze związku Cyganki i irlandzkiego gadzia. A co gorsza, był do tego wszystkiego zamożny, co uchodziło za prawdziwą hańbę w oczach każdego Roma.
- Dlaczego go ukrywałeś? - zapytał Cam.
Merripen przerwał szczotkowanie konia i posłał mu zimne, mroczne spojrzenie.
- Powiedziano mi, że to znak klątwy. W dniu, w którym odkryję, co ten rysunek oznacza, umrę ja lub ktoś mi bliski.
Cam nic po sobie nie pokazał, ale poczuł na karku dreszcz niepokoju.
- Kim ty jesteś, Merripen? - zapytał cicho.
Postawny Rom wrócił do pracy.
- Nikim.
- Byłeś kiedyś częścią plemienia. Musiałeś mieć rodzinę.
- Ojca nie pamiętam. Matka zmarła przy moim porodzie.
- Tak jak moja. Wychowywała mnie babka.
Zgrzebło zastygło w bezruchu. Żaden z nich się nie poruszył. W stajni zapadła martwa cisza, słychać było tylko pochrapywanie koni.
- Mnie wychowywał wuj. Na asharibe.
- Aha. - Cam nie pokazał po sobie współczucia, które wypełniło jego wnętrze.
Nic dziwnego, że Merripen tak dobrze walczył. Niektóre cygańskie plemiona wybierały najsilniejszych chłopców i przyuczały ich do walk na gołe pięści, wystawiając ich przeciwko sobie na jarmarkach i w zajazdach. Gapie obstawiali wyniki. Niektórzy z tych chłopców doznawali trwałych uszczerbków, inni ginęli. A tych, którzy przetrwali, dalej zaprawiano w bojach, aby stali się wojownikami.
- Cóż, to by tłumaczyło twój słodki charakter - zadrwił Cam. - To dlatego zdecydowałeś się zostać z Hathawayami po tym, jak cię przygarnęli? Bo nie chciałeś już dłużej żyć jak asharibe?
- Tak.
- Kłamiesz, phral - powiedział Cam, przypatrując się mu uważnie. - Zostałeś z innego powodu. - Rumieniec na twarzy Merripena zdradził mu prawdę. - Zostałeś dla niej - dodał cicho.
Rozdział 2
Dwanaście lat wcześniej
Nie było w nim dobra. Ani łagodności. Od małego spał na twardej ziemi, jadł niewyszukaną strawę, pił zimną wodę i na rozkaz bił się z innymi chłopcami. Jeśli odmówił wzięcia udziału w walce, bił go jego wujek, rom baro, przywódca klanu. Nie miał matki, która by się za nim wstawiła, ani ojca, który mógłby stanąć na drodze surowym karom rom baro. Nikt nigdy nie dotykał go inaczej niż z nienawiścią. Egzystował po to, by walczyć, kraść i występować przeciwko gadziom.
Większość Cyganów nie darzyła nienawiścią bladych, ziemistych Anglików, którzy mieszkali w schludnych domach, nosili zegarki w kieszeniach i czytali książki przy kominku. Nie ufali im tylko. Ale plemię Keva pogardzało gadziami, bo pogardzał nimi rom baro. A kaprysy, przekonania i upodobania wodza stają się twoimi.
Tam, gdzie plemię rom baro rozkładało obóz, wyrządzało zazwyczaj tyle szkód i cierpienia, że ostatecznie gadziowie zdecydowali się wygnać je ze swojej ziemi. Anglicy przybyli na koniach, pod bronią. Strzelali, bili pałką. Śpiących Romów zaatakowano w ich własnych łóżkach, kobiety i dzieci krzyczały i płakały. Obóz został zburzony, mieszkańcy wygnani, a wozy vardo podpalone. Gadziowie ukradli też konie.
Kev próbował z nimi walczyć, bronić swojej vitsa, ale otrzymał cios w głowę ciężką kolbą strzelby. Ktoś inny dźgnął go bagnetem. Plemię porzuciło go na pewną śmierć. Leżał sam, półprzytomny, na brzegu rzeki i przysłuchiwał się szemrzącej wodzie, czując pod sobą chłód twardej, mokrej ziemi, mgliście świadomy tego, że jego krew wsiąka w ziemię ciepłymi strumykami. Czekał bez strachu na wielkie koło, które przetoczy go w ciemność. Nie miał po co żyć.
Gdy jednak Poranek wyszedł na spotkanie swojej siostry Nocy, Kev poczuł, że ktoś go podnosi i umieszcza na małym, wiejskim wozie. Znalazł go gadzio, który poprosił miejscowego chłopca, aby pomógł mu odwieźć umierającego Roma do jego domu.
Po raz pierwszy w życiu Kev znalazł się pod dachem czegoś innego niż vardo. Czuł się rozdarty pomiędzy zaciekawieniem tym obcym otoczeniem a gniewem na gadzia, przez którego będzie umierać w upokorzeniu w domu. Kev był jednak zbyt słaby, czuł zbyt wiele bólu, aby choć kiwnąć palcem w swojej obronie.
Pokój, który zajął, był niewiele większy od końskiego boksu, stały w nim łóżko i krzesło. Były poszewki, poduszki, oprawione robótki na ścianach, ozdobiona koralikami i frędzlami lampa. Gdyby Kev nie był tak chory, oszalałby w tym przeładowanym, małym wnętrzu.
Gadzio, który go tu przyniósł... Hathaway... był wysokim, szczupłym mężczyzną z jasnymi, żółtymi włosami. Jego łagodność i wstrzemięźliwość wzbudzały w Kevie wrogość. Dlaczego Hathaway go ocalił? Czego mógł chcieć od cygańskiego chłopca? Kev nie chciał z nim rozmawiać i odmówił przyjmowania leków. Odrzucał każdy przyjazny gest. Nic nie zawdzięczał temu Hathawayowi. Nie chciał zostać ocalony, nie chciał żyć. Leżał więc w milczeniu i wzdragał się, ilekroć mężczyzna zmieniał mu opatrunek.
Kev przemówił tylko raz, gdy Hathaway zapytał o jego tatuaż.
- Co to za znak?
- To klątwa - wydusił Kev przez zaciśnięte zęby. - Nie mów o tym nikomu, albo spadnie także na ciebie.
- Rozumiem. - Mężczyzna miał miły głos. - Dotrzymam twojej tajemnicy. Ale powiem ci, że jako racjonalista nie wierzę w przesądy. Klątwa ma tylko tyle mocy, ile jej przydajemy.
Głupi gadzio, pomyślał Kev. Wszyscy wiedzieli, że ten, kto zaprzecza klątwie, ściąga na siebie nieszczęście.
Domostwo było hałaśliwe, pełne dzieci. Kev słyszał je przez zamknięte drzwi pokoju, w którym go umieszczono. Było jednak coś jeszcze... czyjaś nikła, słodka obecność. Unosiła się w powietrzu, tuż za ścianą, poza jego zasięgiem. A on tęsknił za nią, pragnął jej, bo niosła wybawienie od mroku, gorączki i bólu.
W zgiełku sprzeczających się, śmiejących i śpiewających dzieci słyszał szmer, który wywoływał u niego gęsią skórkę. Dziewczęcy głos. Uroczy, kojący. Chciał, aby ona do niego przyszła. Marzył o tym, gdy tak leżał, a jego rany goiły się z męczącą powolnością. Przyjdź do mnie...
Ona jednak nigdy się nie zjawiła. Jedynymi osobami, które go odwiedzały byli Hathaway i jego żona, sympatyczna, lecz nieufna kobieta, która przypatrywała się Kevowi jak dzikiemu zwierzątku, które odnalazło drogę do cywilizowanego domu. A on zachowywał się odpowiednio, warcząc i prychając, ilekroć ktoś się do niego zbliżył. Gdy tylko odzyskał siły, umył się w misce ciepłej wody, którą zostawili mu w pokoju. Nie jadł przy nich, lecz czekał, aż zostawią tacę przy jego łóżku. Cała jego siła woli koncentrowała się na tym, aby wyzdrowieć na tyle, by móc uciec.
Kilka razy przez szparę uchylonych drzwi do pokoju zaglądały dzieci - dwie małe dziewczynki o imionach Poppy i Beatrix, które chichotały i piszczały, gdy na nie warczał. Była także starsza córka, Amelia, która patrzyła na niego z taką samą dozą sceptycyzmu jak jej matka. I wysoki, niebieskooki chłopiec, Leo, który nie mógł być wiele starszy od Keva.
- Chcę ci coś wyjaśnić - oznajmił chłopak od progu cichym głosem. - Nikt tutaj nie chce wyrządzić ci krzywdy. Możesz stąd odejść, gdy tylko odzyskasz siły. - Spojrzał na Keva posępnym, gorączkowym wzrokiem. - Mój ojciec to dobry człowiek. Samarytanin. Ja nie. Więc nawet nie myśl o skrzywdzeniu czy obrażeniu kogokolwiek z Hathawayów, bo będziesz miał ze mną do czynienia.
Kevowi spodobały się te słowa. Na tyle, aby lekko skinął Leo głową. Rzecz jasna, gdyby był zdrowy, z łatwością pokonałby chłopaka, posłałby go na ziemię krwawiącego i połamanego. Kev zaczął jednak wierzyć, że ta dziwaczna rodzinka nie wyrządzi mu krzywdy. I nic od niego nie chce. Dają mu tylko schronienie i opiekę, jak bezpańskiemu psu. A w zamian nie oczekują niczego.
To jednak nie umniejszało jego pogardy dla nich i dla ich absurdalnie miękkiego, wygodnego świata. Nienawidził ich wszystkich prawie tak bardzo, jak nienawidził siebie. Był wojownikiem, złodziejem pławiącym się w przemocy i oszustwie. Nie widzieli tego? Wydawali się w ogóle nie pojmować, jak wielkie zagrożenie sprowadzili do swojego domu.
Po tygodniu gorączka Keva spadła, a jego rana zasklepiła się na tyle, aby mógł się poruszać. Wiedział, że musi odejść, zanim stanie się coś strasznego, zanim coś zrobi. Pewnego ranka obudził się więc wcześnie i ubrał się powoli w to, co mu podarowano, a co kiedyś należało do Leo.
Każdy ruch powodował cierpienie, ale Kev ignorował dudnienie w głowie i palący ból w plecach. Włożył do kieszeni nóż i widelec z tacy, ogarek świecy i skrawek mydła. Do pokoju wpadły przez małe okno pierwsze promienie słońca. Oni wkrótce wstaną. Kev ruszył do drzwi, czując zawroty głowy i opadł w omdleniu na materac. Dysząc ciężko, spróbował się podnieść.
Rozległo się pukanie. Rozchylił wargi, aby warknąć na intruza.
- Mogę wejść? - usłyszał miękki, dziewczęcy głos.
Przekleństwo zamarło mu na ustach. Jego zmysły oszalały. Zamknął oczy, oddychał ciężko i czekał.
To ty. Przyszłaś.
Nareszcie.
- Tak długo byłeś sam - powiedziała, podchodząc do niego - że pomyślałam, że potrzebne ci towarzystwo. Mam na imię Winnifred.
Kev sycił się jej zapachem i głosem, jego serce tłukło się w piersi. Ostrożnie ułożył się na plecach, ignorując przeszywający ból. Otworzył oczy.
Był przekonany, że żadna Angielka nie może się równać z Cygankami. Ale ona była niezwykła, jak istota nie z tego świata, blada jak światło księżyca, ze srebrnymi włosami i twarzą, na której malowała się czuła powaga. Była słodka, niewinna i delikatna. Była wszystkim, czym on nie mógł być. Całe jego jestestwo zareagowało na nią tak gwałtownie, że wyciągnął dłonie i schwycił ją z cichym pomrukiem.
Wydała stłumiony okrzyk, ale nie poruszyła się. Kev wiedział, że nie powinien jej dotykać. Nie znał łagodności. Skrzywdziłby ją, nawet się o to nie starając. A jednak rozluźniła się pod jego dotykiem i spojrzała na niego swymi spokojnymi, niebieskimi oczami.
Dlaczego się go nie bała? Właściwie to on bał się o nią, bo wiedział, do czego jest zdolny.
Nieświadomie przyciągał ją coraz bliżej. Czuł tylko, że część jej ciężaru opiera się na nim, a jego palce wbijają się w miękkie ciało jej ramion.
- Puść - powiedziała łagodnie.
Nie chciał tego. Nigdy. Pragnął tulić ją do siebie, rozpuścić jej warkocz i przeczesywać palcami jej jasne, jedwabiste włosy. Chciał ją unieść ze sobą na krańce ziemi.
- Jak cię puszczę - mruknął - to zostaniesz?
Delikatne wargi wygięły się w słodkim, rozkosznym uśmiechu.
- Głuptasie, oczywiście, że zostanę. Przecież przyszłam cię odwiedzić.
Powoli rozluźnił uścisk. Myślał, że ucieknie, ale została.
- Połóż się - poleciła. - Dlaczego jesteś już ubrany? - Otwarła szeroko oczy. - Och, nie możesz odejść, dopóki całkiem nie wyzdrowiejesz.
Nie musiała się martwić. Przestał planować ucieczkę w chwili, gdy ją zobaczył. Ułożył się wygodnie na poduszkach i nie spuszczał z niej oczu, gdy siadała na krześle. Miała na sobie różową sukienkę. Jej brzegi, dekolt i rękawki były ozdobione marszczeniami.
- Jak masz na imię? - zapytała.
Kev nienawidził mówić. Nienawidził rozmawiać. Ale był gotów na wszystko, aby ją przy sobie zatrzymać.
- Merripen.
- To twoje imię?
Potrząsnął głową.
- A zdradzisz mi swoje imię?
Nie mógł. Rom mógł dzielić się tą wiedzą tylko z innymi Romami.
- Zdradź chociaż pierwszą literę - poprosiła.
Kev wpatrywał się w nią w zdumieniu.
- Nie znam zbyt wielu cygańskich imion. Luca? Marko? Stefan?
Kev zrozumiał nagle, że ona próbuje go rozbawić. Kpi sobie z niego. Nie wiedział, jak na to zareagować. Zazwyczaj, gdy ktoś z niego kpił, otrzymywał mocny cios prosto w twarz.
- Któregoś dnia mi powiesz - oznajmiła, uśmiechając się lekko. Poruszyła się, chcąc wstać z krzesła, a wtedy ręka Keva wystrzeliła do przodu i chwyciła jej ramię. Na jej twarzy błysnęło zaskoczenie.
- Powiedziałaś, że zostaniesz - rzucił szorstko.
Win wolną ręką dotknęła tej, która zacisnęła się na jej nadgarstku.
- Zostanę. Uspokój się, Merripen. Przyniosę nam tylko kanapki i herbatę. Puść mnie. Zaraz wrócę. - Jej dłoń była lekka i ciepła, gdy ocierała się o jego rękę. - Zostanę cały dzień, jeśli tylko chcesz.
- Nie pozwolą ci.
- Oczywiście, że pozwolą. - Wyswobodziła się, delikatnie odginając jego palce. - Nie denerwuj się tak. Mój Boże, a ja myślałam, że Cyganie z zasady są weseli.
Prawie się uśmiechnął.
- Miałem ciężki tydzień - powiedział ponuro.
- Tak, widzę. Jak odniosłeś rany?
- Gadziowie zaatakowali moje plemię. Mogą tu po mnie przyjść. - Nadal wpatrywał się w nią wygłodniałym wzrokiem, ale zmusił się, aby ją puścić. - Nie jestem tu bezpieczny. Muszę odejść.
- Nikt się nie odważy cię stąd zabrać. Mój ojciec jest bardzo szanowanym człowiekiem. Naukowcem. - Widząc sceptyczne spojrzenie Merripena, dodała: - Pióro jest silniejsze od miecza.
Tak mógłby powiedzieć tylko gadzio. Przecież nie miało to najmniejszego sensu.
- Ludzie, którzy w zeszłym tygodniu zaatakowali moją vitsa, nie byli uzbrojeni w pióra.
- Biedactwo - powiedziała ze współczuciem. - Tak mi przykro. Twoje rany musiały się zaognić od tego wiercenia się. Przyniosę ci lekarstwo.
Nigdy wcześniej nikt nie okazywał Kevowi współczucia. Nie podobało mu się to. Urażało jego dumę.
- I tak go nie wezmę. Lekarstwa gadziów nie działają. Jeśli je przyniesiesz, wrzucę je do...
- Dobrze. Nie ekscytuj się tak. Jestem przekonana, że to ci szkodzi. - Podeszła do drzwi, a Kev poczuł szaloną desperację. Był pewien, że ona nie wróci. A tak bardzo pragnął jej obecności. Gdyby tylko miał siłę, wyskoczyłby z łóżka i znów ją złapał. Ale nie był w stanie. Odprowadził ją więc ponurym spojrzeniem i mruknął:
- A idź sobie. Niech cię diabli.
Winnifred przystanęła w progu i spojrzała na niego przez ramię z zagadkowym uśmiechem.
- Ależ ty jesteś przekorny i zagniewany. Wrócę z herbatą, kanapkami i książką, i zostanę tak długo, jak będzie trzeba, żebyś się uśmiechnął.
- Ja się nie uśmiecham.
Ku jego zdumieniu Win wróciła. Spędziła z nim większość dnia, czytając mu jakąś nudną, rozwlekłą historię, która napełniła go sennym zadowoleniem. Nic, ani muzyka, ani szum drzew w lesie, ani śpiew ptaków nie sprawiły mu nigdy tyle radości, co jej delikatny głos. Czasami zaglądał do nich inny członek jej rodziny, ale Kev już na nich nie warczał. Wypełniał go spokój, po raz pierwszy, odkąd sięgał pamięcią. Nie potrafił nienawidzić, gdy był tak bliski szczęścia.
Następnego dnia Hathawayowie przenieśli go do głównego pomieszczenia w domu, saloniku, zastawionego zniszczonymi meblami. Każda wolna powierzchnia pokryta była szkicami, robótkami ręcznymi i stosami książek. Nie można było się ruszyć, żeby czegoś nie przewrócić.
Kev leżał na sofie, młodsze dziewczynki bawiły się na dywanie, próbując nauczyć wiewiórkę Beatrix nowych sztuczek. Leo grał z ojcem w szachy. Amelia i jej matka gotowały w kuchni obiad. A Win usiadła przy Kevie, aby się zająć jego włosami.
- Masz grzywę jak dzika bestia - skomentowała, rozdzielając palcami zmierzwione pukle i delikatnie je rozczesując. - Nie ruszaj się. Próbuję sprawić, żebyś wyglądał bardziej cywi... Och, przestań się wiercić. Nikt nie ma tak wrażliwej głowy.
Kev nie wiercił się jednak z powodu splątanych włosów, czy grzebienia. Po prostu nikt nigdy go tak długo nie dotykał. Był przerażony, cały trząsł się w środku... Gdy jednak rozejrzał się ostrożnie po pokoju, dostrzegł, że nikt nie zwraca uwagi na to, co robi Win.
Odchylił się na oparcie z przymkniętymi oczami. Grzebień pociągnął go zbyt mocno, a Win wymamrotała przeprosiny i zaczęła rozcierać podrażnione miejsce czubkami palców. Tak delikatnie. Ścisnęło go w gardle, a pod powiekami poczuł łzy. Poruszony, oszołomiony, zdławił w sobie to uczucie. Pozostał czujny, ale pasywnie zgadzał się na jej dotyk. Prawie nie mógł oddychać z rozkoszy, którą mu dawała.
Win owinęła mu szyję ręcznikiem i wzięła nożyczki.
- Jestem w tym naprawdę dobra - powiedziała, pochylając mu głowę i czesząc loki na karku. - A ty potrzebujesz cięcia. Na twojej głowie jest tyle włosów, że wystarczyłoby na materac.
- Uważaj, chłopcze - wtrącił wesoło pan Hathaway. - Pamiętaj, co spotkało Samsona.
Kev podniósł głowę.
- Co?
Win znów popchnęła ją w dół.
- Włosy były źródłem siły Samsona - wyjaśniła. - Gdy Dalila je obcięła, osłabł i został wzięty do niewoli przez Filistynów.
- Nie czytałeś Biblii? - zapytała Poppy.
- Nie - odparł Kev. Zastygł w bezruchu, gdy nożyczki ostrożnie zaczęły przerzedzać gęste fale na jego karku.
- Jesteś poganinem?
- Tak.
- Takim, co zjada ludzi? - zapytała Beatrix z wielkim zainteresowaniem.
Win odpowiedziała siostrze, zanim Kev zdołał to zrobić.
- Nie, Beatrix. Można być poganinem bez bycia kanibalem.
- Ale Cyganie jedzą jeże - stwierdziła Beatrix. - A to jest równie złe jak zjadanie ludzi. Jeże też mają uczucia, wiecie? - Przerwała, obserwując opadający na podłogę ciężki lok. - Jaki ładny! - krzyknęła. - Mogę go wziąć, Win?
- Nie - rzucił ponuro Merripen.
- A dlaczego?
- Ktoś mógłby go użyć, aby rzucić zły urok. Albo miłosne zaklęcie.
- Ja nigdy bym tego nie zrobiła - przyznała z rozbrajającą szczerością Beatrix. - Chciałabym nim wymościć gniazdo.
- Nie, kochanie - powiedziała spokojnie Win. - Jeśli to niepokoi naszego przyjaciela, twoje zwierzątka będą musiały znaleźć coś innego do moszczenia gniazda. - Nożyczki kontynuowały pracę. - Czy wszyscy Cyganie są tak przesądni jak ty?
- Nie. Większość jest jeszcze gorsza.
Jej lekki śmiech połaskotał go w ucho, a ciepły oddech wywołał gęsią skórkę.
- A co byłoby twoim zdaniem gorsze, Merripen... zły urok, czy miłosne zaklęcie?
- Miłosne zaklęcie - odparł bez wahania.
Z jakiegoś powodu cała rodzina zaczęła się śmiać. Merripen zmierzył ich złym wzrokiem, ale nie znalazł w nich drwiny, tylko przyjacielskie rozbawienie.
W milczeniu przysłuchiwał się ich rozmowom, gdy Win obcinała mu włosy. Była to najdziwniejsza konwersacja, jakiej kiedykolwiek był świadkiem - dziewczęta swobodnie dyskutowały z bratem i ojcem. Zmieniali tematy, debatowali nad problemami, które ich w ogóle nie dotyczyły, i sytuacjami, które nie miały na nich bezpośredniego wpływu. To wszystko nie miało sensu, ale oni wydawali się doskonale bawić.
Nie miał dotychczas pojęcia, że tacy ludzie istnieją. I nie potrafił zgadnąć, jak udało im się tak długo przetrwać.
Hathawayowie byli naiwni, ekscentryczni, pełni radości i pochłonięci książkami, muzyką i sztuką. Mieszkali w rozpadającym się domku, ale zamiast reperować futryny i dziury w dachu, oni hodowali róże i pisali poezje. Jeśli ułamała się noga krzesła, wkładali pod nią naręcze książek. Ich priorytety były dla Keva zagadką. Zaskoczyli go jeszcze bardziej, gdy po tym, jak wyleczyli jego rany, zaprosili go, aby z nimi zamieszkał.
- Możesz zostać, jak długo zechcesz - oznajmił mu pan Hathaway - choć podejrzewam, że pewnego dnia zapragniesz nas opuścić i udać się na poszukiwania swego plemienia.
Kevin nie miał już jednak plemienia. Zostawili go na pewną śmierć. To była od teraz jego przystań.
Zaczął zajmować się rzeczami, na które Hathawayowie nie zwracali uwagi - łatał dziury w suficie i butwiejące belki pod kominem. Bał się wysokości, ale ułożył na dachu nowe dachówki. Zajął się koniem i krową, doglądał warzywnych grządek i nawet naprawiał im buty. Wkrótce pani Hathaway zaczęła powierzać mu pieniądze, za które robił w wiosce zakupy.
Tylko raz jego obecność w chatce Hathawayów została poddana w wątpliwość, gdy przyłapano go na bójce z wiejskimi chłopakami.
Pani Hathaway przeraziła się na widok jego poobijanej twarzy i krwawiącego nosa, i zażądała, aby powiedział jej, co się wydarzyło.
- Posłałam cię po ser, a wracasz z pustymi rękami w takim stanie - krzyczała. - Co zrobiłeś?
Kev się nie tłumaczył, stał cicho z ponurą twarzą w progu, gdy ona go gromiła.
- Nie będę tolerować przemocy pod moim dachem. Jeśli nie chcesz wyjaśnić mi, co się wydarzyło, zabierz swoje rzeczy i odejdź.
Zanim jednak Kev zdołał przemówić, do domu weszła Win.
- Nie, mamo - powiedziała spokojnie. - Ja wiem, co się stało. Moja przyjaciółka Laura wszystko mi opowiedziała. Jej brat tam był. Merripen bronił naszej rodziny. Dwaj chłopcy głośno miotali obelgi na Hathawayów i Merripen ich za to zbił.
- Jakiego rodzaju obelgi? - zapytała zdumiona pani Hathaway.
Kev wpatrywał się w podłogę, zaciskając pięści.
Win nie bała się prawdy.
- Krytykują naszą rodzinę, bo przygarnęliśmy Roma. Niektórym mieszkańcom wioski się to nie podoba. Boją się, że Merripen ich okradnie, rzuci na nich klątwę, i tego typu nonsensy. Obwiniają nas, bo go przygarnęliśmy.
Kev drżał, wstrząsany parkosyzmami gniewu. A jednocześnie przepełniało go uczucie porażki. Był dla tej rodziny ciężarem. Nie mógł żyć wśród gadziów, nie wywołując konfliktów.
- Odejdę - powiedział. To najlepsze, co mógł zrobić.
- Dokąd? - zapytała Win zaskakująco ostrym głosem, jakby sama wzmianka o jego odejściu ją zirytowała. - Tu jest twoje miejsce. Nie masz dokąd pójść.
- Jestem Romem - odparł zwyczajnie. Jego miejsce było wszędzie i nigdzie.
- Nie ma mowy o odejściu - oznajmiła pani Hathaway. - Na pewno nie z powodu wiejskich zbirów. Jaki przykład dałabym swoim dzieciom, gdybym pozwoliła zwyciężyć ignorancji i nikczemności? Nie, zostaniesz. Nie można postąpić inaczej. Ale nie wolno ci się bić, Merripen. Ignoruj ich, a w końcu stracą zainteresowanie.
Głupie sentymenty gadziów. Ignorowanie nigdy nie odnosiło skutku. Najszybszy sposób, aby uciszyć prześladowcę, to zbić go na kwaśne jabłko.
Do rozmowy włączył się nowy głos.
- Jeśli zostanie - zauważył Leo, wchodząc do kuchni - będzie musiał się bić, mamo.
Leo wyglądał równie źle jak Kev - miał podbite oko i rozciętą wargę. Uśmiechnął się krzywo do matki i sióstr, a potem spojrzał na Keva.
- Obiłem jednego czy dwóch, których ty przegapiłeś - wyjaśnił.
- Moje biedactwo - powiedziała z rozpaczą pani Hathaway, biorąc w dłoń rękę syna, posiniaczoną i krwawiącą w miejscu, w którym kłykieć musiał się zetknąć z czyimś zębem. - To dłonie stworzone do trzymania książek, nie do walki.
- Myślę, że radzą sobie z jednym i drugim - odparł kpiąco Leo. Spoważniał, gdy spojrzał na Merripena. - Niech mnie diabli, jeśli pozwolę komukolwiek dyktować sobie, kto ma prawo mieszkać w moim własnym domu. Tak długo jak u nas zostaniesz, Merripen, będę cię bronił jak brata.
- Nie chcę dokładać wam zmartwień - wymamrotał Kev.
- To nic takiego - odparł Leo, ostrożnie zginając palce. - Niektóre ideały są warte tego, aby się za nimi ująć.
Rozdział 3
Ideały. Zasady. Surowe realia poprzedniego życia Keva nie pozwalały nawet myśleć o takich rzeczach, ale stały kontakt z Hathawayami zmienił go - dzięki nim zaczął dostrzegać wartości wyższe niż tylko przetrwanie. Rzecz jasna, nigdy nie zostałby naukowcem czy dżentelmenem. Całe lata jednak przysłuchiwał się ożywionym dyskusjom Hathawayów na temat Szekspira, Galileusza, przewagi sztuki flamandzkiej nad wenecką, demokracji, monarchii i teokracji. Nauczył się czytać, przyswoił sobie łacinę i kilka francuskich słów. Zmienił się w kogoś, kogo jego plemię by nie poznało.
Nie myślał o państwu Hathaway w kategoriach rodziców, ale zrobiłby dla nich wszystko. Nie było w nim pragnienia, aby nawiązywać bliskie relacje z innymi ludźmi. To wymagałoby znacznie więcej zaufania i intymności, niż w sobie znajdował. Ale naprawdę zależało mu na gromadce Hathawayów, nawet na Leo. I była jeszcze Win, za którą Kev oddałby życie po tysiąckroć.
Nigdy nie ośmieliłby się zhańbić jej swoim dotykiem, czy zakładać, że może zająć w jej sercu jakieś inne miejsce niż tylko opiekuna.
Była zbyt doskonała, zbyt wyjątkowa. Stawała się kobietą, a jej piękno urzekało każdego mężczyznę w hrabstwie.
Obcy postrzegali Win jako lodową dziewicę, uporządkowaną, niewzruszoną sawantkę. Niewiele wiedzieli o jej inteligentnym poczuciu humoru i cieple, które przebijało przez jej idealną fasadę. Nie widzieli, jak uczyła Poppy kadryla, aż obie opadły na podłogę, pokładając się ze śmiechu. Nie widzieli, jak polowała na żaby z Beatrix, z fartuszkiem pełnym podskakujących płazów. Ani jak zabawnie czytała Dickensa, naśladując całą masę głosów i dźwięków, i wywołując salwy śmiechu u słuchaczy.
Kev ją kochał. Nie tak, jak miłość opisują artyści i poeci. Nie tak banalnie. Jego uczucie przekraczało granice ziemi, nieba czy nawet piekła. Każda chwila bez niej była dla niego agonią; każda chwila z nią przynosiła spokój. Każdy dotyk jej dłoni zostawiał na jego duszy odcisk. Wolałby się zabić, niż do tego przyznać. Prawda ta została jednak głęboko pogrzebana w jego sercu.
Nie wiedział, czy Win odwzajemnia jego uczucie. Wiedział tylko, że tego nie chce.
- Proszę, proszę - powiedziała Win pewnego dnia, gdy po wędrówce doliną usiedli na trawie w swoim ulubionym miejscu. - Prawie ci się udało.
- Co mi się prawie udało? - zapytał Kev leniwie. Ułożyli się pod kępą drzew, obok której przepływał poroztopowy strumyk, wysychający latem. Trawa usiana była fioletowymi zerwami i białą wiązówką, która nasycała wilgotne powietrze zapachem migdałów.
- Uśmiechnąć się. - Win uniosła się na łokciach i potarła palcami jego wargi. Kev wstrzymał oddech.
Z pobliskiej gałęzi wzbił się w niebo świergotek, wydając z siebie długi, wysoki trel.
Skupiona na swoim zadaniu Win wygięła kąciki ust Keva do góry i przytrzymała je tak przez chwilę.
Pobudzony i rozbawiony Kev prychnął śmiechem i odsunął jej dłoń.
- Powinieneś się częściej uśmiechać - powiedziała Win, nie spuszczając zeń wzroku. - Jesteś wtedy bardzo przystojny.
Była bardziej olśniewająca niż słońce, jej włosy były jak kremowy jedwab, usta miała lekko zaróżowione. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że prowadzi przyjacielskie śledztwo, ale Kev wiedział, że Win próbuje odkryć jego sekrety.
Pragnął pociągnąć ją na trawę i przykryć swoim ciałem. Już cztery lata mieszkał z Hathawayami. Coraz trudniej było mu kontrolować swe uczucia względem Win.
- O czym myślisz, gdy tak na mnie patrzysz? - zapytała miękko.
- Nie mogę powiedzieć.
- Czemu?
Kev poczuł, że na jego wargach znów błąka się uśmiech, tym razem podszyty kpiną.
- Przestraszyłabyś się.
- Merripen - zaprzeczyła zdecydowanie - nic, co mógłbyś powiedzieć czy zrobić, mnie nie przestraszy. - Zmarszczyła brwi. - Powiesz mi w końcu, jak masz na imię?
- Nie.
- Powiesz. Zmuszę cię. - Zaczęła udawać, że zadaje mu ciosy pięściami.
Kev chwycił jej szczupłe nadgarstki i z łatwością ją obezwładnił. Jego ciało podążyło za dłońmi, więżąc Win pod sobą. To było złe, ale nie potrafił się powstrzymać. Unieruchomił ją swoim ciężarem, a gdy poczuł, jak ona instynktownie wierci się pod nim, aby się dopasować, sparaliżowała go pierwotna przyjemność. Spodziewał się walki, a ona leżała spokojnie w jego ramionach i uśmiechała się do niego.
Mgliście pamiętał jeden z mitów, których Hathawayowie byli zagorzałymi wielbicielami... ten grecki, o Hadesie, bogu podziemia, który porwał młodą Persefonę z ukwieconej łąki i pociągnął ją za sobą w dół, do swojego mrocznego świata, w którym mógł ją posiąść. Siostry Hathaway były oburzone losem Persefony, ale Kev w duchu sympatyzował z Hadesem. Kultura Romów idealizowała ideę porwania kobiety, którą chciało się pojąć za żonę. Podobny gest powtarzano przy każdych prawie konkurach.
- Nie rozumiem, dlaczego została skazana na życie z Hadesem w podziemiach tylko dlatego, że zjadła kilka pestek granatu - oznajmiła wzburzona Poppy. - Nikt jej uprzedził, jakie są zasady. To nie było uczciwe. Jestem pewna, że nic by tam nie tknęła, gdyby wiedziała, co się wydarzy.
- I nawet się nie najadła - dodała zdenerwowana Beatrix. - Ja na jej miejscu poprosiłabym o pudding albo chociaż pasztecik.
- Może wcale nie była nieszczęśliwa, że musiała zostać - zasugerowała Win z błyskiem w oku. - Przecież Hades uczynił ją swoją królową. A mit głosi, że posiadał "wszystkie bogactwa ziemskie".
- Zamożność męża - wtrąciła Amelia - nie zmienia faktu, że główna rezydencja Persefony znajdowała się w nieciekawej lokalizacji. Pomyślcie o trudnościach, jakie musiała napotykać, gdy chciała ją wynająć poza sezonem.
Jednomyślnie zgodziły się, że Hades był okropnym łotrem.
Kev jednak doskonale rozumiał, dlaczego bóg podziemia zdecydował się porwać Persefonę na swoją oblubienicę. Pragnął odrobiny słońca, ciepła dla siebie w ponurych mrokach swego podziemnego pałacu.
- Członkowie twojego plemienia, którzy cię porzucili na pewną śmierć... - powiedziała Win, wyrywając Keva z zadumy - ...mogą znać twoje imię, a ja nie?
- Owszem. - Kev obserwował grę światła i cienia na jej twarzy. Zastanawiał się, co by poczuł, gdyby przycisnął wargi do tej delikatnej, jasnej skóry.
Pomiędzy płowymi brwiami Win zarysowała się urocza zmarszczka.
- Dlaczego? Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?
- Bo jesteś gadziem. - Jego ton był znacznie czulszy, niż powinien.
- Twoim gadziem.
Serce Keva ścisnęło się boleśnie. Ona nie należała do niego i nigdy nie będzie należeć. Chyba że w jego sercu.
Przetoczył się nad nią i wstał.
- Czas wracać - rzucił szorstko. Wyciągnął rękę, ujął jej małą dłoń i poderwał ją do góry. Win wpadła na niego z impetem. Jej spódnice zatrzepotały wokół jego nóg, a szczupły, kobiecy kształt jej ciała dopasował się do niego naturalnie. Desperacko szukał siły, woli, aby ją odepchnąć.
- Spróbujesz ich odnaleźć, Merripen? - zapytała. - Odejdziesz ode mnie pewnego dnia?
Nigdy, pomyślał żarliwie.
- Nie wiem - powiedział zamiast tego.
- Jeśli to zrobisz, pójdę za tobą. I sprowadzę cię do domu.
- Wątpię, aby człowiek, którego poślubisz, ci na to zezwolił.
Win uśmiechnęła się tak, jakby usłyszała coś absurdalnego. Odsunęła się i puściła jego rękę. Wracali do Hampshire House w milczeniu.
- Tobar? - zapytała Win po długiej chwili. - Garridan? Palo?
- Nie.
- Rye?
- Nie.
- Cooper?... Stanley?...
- Nie.
Cała rodzina była dumna z Leo, który został przyjęty do Akademii Sztuk Pięknych w Paryżu, gdzie przez dwa lata studiował sztukę i architekturę. Jego talent był tak obiecujący, że część czesnego pokrył z własnej kieszeni wybitny londyński architekt, Rowland Temple, zapraszając Leo do odpracowania długu w roli jego kreślarza po powrocie.
Leo wyrósł na spokojnego, łagodnego młodzieńca, obdarzonego intelektem i poczuciem humoru. Jego talenty i ambicje były zapowiedzią kolejnych sukcesów. Po powrocie do Anglii Leo zamieszkał w Londynie, aby wypełnić swoje zobowiązania wobec Temple'a, często jednak odwiedzał rodzinę, przy okazji zalecając się do ślicznej, ciemnowłosej Laury Dillard.
Pod jego nieobecność Kev robił, co mógł, opiekując się Hathawayami. A pan Hathaway nieraz próbował pomóc Kevowi zaplanować przyszłość. Rozmowy te za każdym razem jednak kończyły się dla nich obu atakiem frustracji.
- Marnujesz się tutaj - mówił pan Hathaway z zaniepokojoną miną.
Kev prychał coś w odpowiedzi, ale Hathaway się nie poddawał.
- Musimy rozważyć twoją przyszłość. I zanim cokolwiek powiesz, pozwól mi zauważyć, że jestem świadomy tego, że Romowie żyją teraźniejszością. Ale ty się zmieniłeś, Merripen. Zaszedłeś zbyt daleko, aby odrzucać to, co w tobie rośnie.
- Chcecie, żebym odszedł?
- Wielkie nieba, oczywiście, że nie. Mówiłem ci już nieraz, że możesz zostać z nami tak długo, jak będziesz tego chciał. Ale moim obowiązkiem jest uświadomić ci, że zostając tutaj, poświęcasz wiele okazji do doskonalenia się. Powinieneś wyjechać w świat, tak jak Leo. Zdobyć praktykę w jakimś zawodzie, nauczyć się handlu, może zaciągnąć do armii...
- I co bym z tego miał?
- Na początek zarobiłbyś więcej, niż te marne grosze, które ja mogę ci płacić.
- Nie potrzebuję pieniędzy.
- Ale w obecnej sytuacji nie masz środków na to, aby się ożenić, kupić szmat ziemi...
- Nie chcę się żenić. Ani posiadać ziemi. Nikt jej nie posiada.
- W oczach brytyjskiego rządu, Merripen, człowiek zdecydowanie może posiadać ziemię, a na niej dom.
- Namiot stanie tam, gdzie upadnie pałac.
- Wolałbym się kłócić z setką uczonych niż z jednym Cyganem. Dobrze więc, zostawmy na razie tę sprawę. Ale miej na uwadze, Merripen... życie to coś więcej niż podążanie za prymitywnymi impulsami. Mężczyzna musi odcisnąć na ziemi swoje piętno.
- Dlaczego? - pytał Kev, autentycznie zdumiony.
Mniej więcej rok po powrocie Leo z Paryża rodzinę Hathawayów spotkała tragedia. Do tej pory żadne z nich nie znało prawdziwego smutku, strachu czy żalu. Żyli w chronionym jakąś magią rodzinnym kręgu. Pewnego wieczoru pan Hathaway zaczął jednak narzekać na osobliwe, ostre bóle w piersi, co jego żona zdiagnozowała jako niestrawność po wyjątkowo obfitej kolacji. Pan Hathaway położył się do łóżka wcześniej, z poszarzałą twarzą. Następnego ranka pogrążona w łzach pani Hathaway oznajmiła zdumionym dzieciom, że ich ojciec nie żyje.
To był dopiero początek ich nieszczęść. Wydawało się, że rodzina została obłożona klątwą, zsyłającą na nich tyle cierpienia, ile przeżyli szczęścia. "Nieszczęścia chodzą trójkami", mawiał Merripen i ku jego gorzkiemu rozżaleniu, tym razem powiedzenie miało się okazać prawdziwe.
Po pogrzebie męża pani Hathaway pogrążyła się w nieutulonym żalu. Nie jadła i nie piła, nie wychodziła z łóżka. Zabiegi dzieci, które próbowały ją nakłonić do powrotu do normalnego życia, nie odnosiły skutku. Marniała w oczach.
- Czy można umrzeć z powodu złamanego serca? - zapytał Leo posępnie pewnego wieczoru po wizycie lekarza, który oznajmił im, że nie widzi fizycznych przyczyn pogorszenia się stanu zdrowia ich matki.
- Powinna chcieć żyć chociaż dla Poppy i Beatrix - powiedziała Amelia cicho. Poppy właśnie kładła Beatrix do łóżka. - One są za młode, aby obyć się bez matki. Nieważne jak długo musiałabym żyć ze złamanym sercem, zmusiłabym się do tego, aby o nie zadbać.
- Ale ty jesteś ze stali - odparła Win, poklepując siostrę po plecach. - Sama dla siebie jesteś źródłem siły. Obawiam się, że mama zawsze czerpała swoją siłę z ojca. - Spojrzała na Merripena pełnymi desperacji oczami. - Merripen, a co Rom zaleciłby na melancholię? Czy jest coś, cokolwiek, co mogłoby jej pomóc? Co zrobiliby twoi ludzie?
Kev potrząsnął głową i odwrócił wzrok do ognia.
- Zostawiliby ją w spokoju. Romowie obawiają się nadmiernej żałoby.
- Dlaczego?
- Ona prowokuje zmarłych do powrotu i nawiedzania żyjących.
Wszyscy czworo umilkli, wsłuchani w syki i trzaski ognia.
- Ona pragnie być z tatą - powiedziała w końcu Win w zadumie. - Gdziekolwiek on się znajduje. Ma złamane serce. Chciałabym, aby tak nie było. Zamieniłabym się z nią na życia, serca, gdyby to tylko było możliwe. Chciałabym... - Urwała, gdy dłoń Keva zacisnęła się nagle na jej ramieniu.
- Nie mów tak - mruknął. Pamiętał na tyle dużo ze swojej przeszłości, aby wiedzieć, że takie słowa kuszą los.
- Dlaczego? - szepnęła.
Bo to nie swoje serce oddajesz.
Twoje serce należy do mnie, pomyślał dziko. Do mnie.
Nie powiedział tego na głos, ale Win go usłyszała. Jej oczy rozszerzyły się, pociemniały, a na jej policzki wystąpiły rumieńce. I właśnie wtedy, w obecności brata i siostry, pochyliła głowę i przycisnęła policzek do grzbietu dłoni Keva.
Pragnął ją pocieszyć, pokryć jej skórę pocałunkami, otoczyć swoją siłą. Zamiast tego uwolnił ostrożnie jej ramię i spojrzał nieufnie na Amelię i Leo. Ona wyciągała właśnie kilka polan z kosza przy kominku, aby dorzucić je do okna. On wpatrywał się w Win intensywnie.
Nie minęło sześć miesięcy od śmierci jej męża, a pani Hathaway została złożona w grobie obok niego. Zanim rodzeństwo zdołało pogodzić się z nagłym osieroceniem, uderzyła w nich trzecia tragedia.
- Merripen. - Win stała na progu domu, wahając się, czy wejść do środka. Miała tak osobliwy wyraz twarzy, że Kev od razu poderwał się na nogi.
Był śmiertelnie zmęczony i brudny, bo właśnie wrócił po całym dniu pracy od sąsiada, któremu pomagał w budowie ogrodzenia i bramy. Musiał wykopać dziury na słupki w ziemi, która już twardniała pod wpływem przymrozków. Dopiero co usiadł przy stole z Amelią, która próbowała doczyścić sukienkę Poppy piórkiem zamoczonym w terpentynie. Chemiczny zapach wgryzł się w jego nozdrza, gdy gwałtownie wciągnął powietrze. Po twarzy Win poznał, że stało się coś bardzo złego.
- Spędziłam dzień z Laurą i Leo - oznajmiła Win. - Laura się rozchorowała... Bolało ją gardło i głowa, odprowadziliśmy ją więc do domu, a jej rodzice posłali po lekarza. To szkarlatyna.
- O Boże - westchnęła Amelia z pobladłą twarzą. Wszyscy troje zamilkli z przerażenia.
Nie było gorączki, która atakowałaby gwałtowniej i rozprzestrzeniała się szybciej. Choroba objawiała się drobnoplamistą, czerwoną wysypką i siała w organizmie przerażające spustoszenia. Bakterie przenosiły się w wydychanym powietrzu, pasmach włosów, na skórze. Jedynym sposobem, aby się przed nimi uchronić, było odizolowanie pacjenta.
- To pewne? - zapytał Kev opanowanym głosem.
- Tak, objawy były jednoznaczne. Powiedział też, że... - Urwała, gdy Kev się podniósł. - Nie, Merripen! - Wyciągnęła przed siebie szczupłą, białą dłoń z tak desperackim zdecydowaniem, że przystanął. - Nikt nie może się do mnie zbliżać. Leo jest z Laurą. Nie opuści jej. Powiedzieli mu, że może zostać, a ty... musisz wziąć Poppy, Beatrix i Amelię, i odwieźć je do naszych krewnych w Hedgerley. Nie ucieszą się z wizyty, ale przyjmą je i...
- Ja nigdzie się nie wybieram - oznajmiła Amelia spokojnie, choć jej głos lekko drżał. - Jeśli masz gorączkę, będziesz mnie potrzebować.
- Ale jeśli się zarazisz...
- Przechodziłam łagodny atak, gdy byłam mała. To chyba znaczy, że nic mi teraz nie grozi.
- A Leo?
- Obawiam się, że on nie. Co znaczy, że ryzykuje. - Amelia spojrzała na Keva. - Merripen, czy ty...
- Nie wiem.
- Powinieneś więc zostać z dziewczynkami, dopóki to się nie skończy. Pójdziesz po nie? Bawią się przy strumieniu. Ja je spakuję.
Kev nie potrafił sobie wyobrazić, że mógłby zostawić chorą Win. Nie było jednak wyboru. Ktoś musiał odwieźć jej siostry w bezpieczne miejsce.
Nie minęła nawet godzina, a Kev znalazł Beatrix i Poppy, zapakował je do powozu i zawiózł do Hedgerley. Zanim powierzył je kuzynostwu i wrócił do wioski, było już dobrze po północy.
Zastał Amelię przy kominku, w koszuli nocnej i szlafroku. Jej włosy opadały w ciężkim warkoczu na plecy. Siedziała przy ogniu z pochylonymi ramionami.
Zaskoczona poderwała głowę, gdy Kev wszedł do domu.
- Nie powinieneś tu być. Niebezpieczeństwo...
- Jak ona się czuje? - przerwał jej Kev. - Są już oznaki gorączki?
- Dreszcze. Boleści. Temperatura się jeszcze nie podniosła, o ile wiem. Może to dobry znak. Może to znaczy, że przebieg będzie lekki.
- Są jakieś wieści od Dillardów? Od Leo?
Amelia potrząsnęła głową.
- Win powiedziała, że zamierzał sypiać w saloniku i chodzić do niej, gdy tylko mu pozwolą. To nie do końca właściwe, ale jeśli Laura... cóż, jeśli tego nie przeżyje... - Głos Amelii zaczął się łamać, urwała więc, by przełknąć łzy. - Podejrzewam, że jeśli do tego dojdzie, nie będą chcieli pozbawiać Laury ostatnich chwil z ukochanym.
Kev usiadł obok Amelii i w ciszy przypominał sobie te wszystkie komunały, które prawili sobie gadziowie w takich chwilach. O wytrzymałości, godzeniu się z wolą Wszechmogącego i o światach znacznie lepszych niż ten. Nie mógł się jednak zmusić, aby powtórzyć to Amelii. Jej cierpienie było zbyt szczere, jej miłość do rodziny zbyt prawdziwa.
- To zbyt wiele - usłyszał po chwili jej szept. - Nie zniosę kolejnej straty. Tak się boję o Win. I o Leo. - Potarła dłonią czoło. - Brzmię pewnie jak najgorszy tchórz?
Kev potrząsnął głową.
- Musiałabyś być szalona, żeby nie odczuwać lęku.
Rozległ się cichy, drwiący śmiech.
- W takim razie zdecydowanie nie jestem szalona.
Do rana Win miała już wypieki i wysoką gorączkę, jej nogi poruszały się niespokojnie pod pledami. Kev podszedł do okna i rozchylił zasłony, wpuszczając do pokoju słabe światło świtu.
Obudziła się, gdy podszedł do łóżka. Jej niebieskie oczy były ogromne w rozpalonej czerwienią twarzy.
- Nie - wychrypiała, próbując się od niego odsunąć. - Nie powinieneś tu być. Nie podchodź bliżej; zarazisz się. Odejdź, proszę...
- Cicho - przerwał jej Kev, siadając na materacu. Chwycił Win, gdy próbowała się cofnąć i przyłożył dłoń do jej czoła. Poczuł palące pulsowanie pod jej delikatną skórą, żyły rozpalała szalejąca gorączka.
Gdy walczyła, aby go odepchnąć, Kev ze zdumieniem zauważył, jaka jest słaba. Tak szybko.
- Nie - załkała, wijąc się. Po jej policzkach popłynęły łzy. - Proszę, nie dotykaj mnie. Nie chcę cię tu. Nie chcę, żebyś zachorował. Proszę, odejdź...
Kev przyciągnął ją do siebie, jej ciało było jak żywy płomień w cienkiej koszuli nocnej. Jasne, jedwabiste włosy rozsypały się pomiędzy nimi. Ujął jej twarz w dłonie, mocne, zniszczone dłonie pięściarza.
- Jesteś szalona - powiedział niskim głosem - jeśli myślisz, że cię teraz zostawię. Dopilnuję, żebyś wyzdrowiała. Za wszelką cenę.
- Ja tego nie przeżyję - szepnęła.
Keva zszokowały te słowa i jego własna reakcja na nie.
- Umrę - dodała - i nie zabiorę cię ze sobą.
Kev przygarnął ją jeszcze bliżej, jej przerywany oddech muskał mu twarz. Wierciła się z całych sił, ale jej nie puszczał. Oddychał jej powietrzem, wciągając je głęboko do płuc.
- Przestań - prosiła, desperacko próbując się odsunąć, aż jej twarz pociemniała z wysiłku. - To szaleństwo... Och, ty uparty nędzniku, puść mnie!
- Nigdy. - Kev gładził jej rozburzone, piękne włosy, pasma, które ciemniały w miejscach, na które padały łzy. - Spokojnie - mruknął. - Nie przemęczaj się. Odpoczywaj.
Win przestała się wyrywać, gdy zrozumiała, że to bezcelowe.
- Jesteś taki silny - stwierdziła słabo tonem nie podziwu, lecz potępienia. - Taki silny...
- Tak - odparł Kev, rogiem poszewki osuszając jej twarz. - Jestem brutalem, ale ty zawsze o tym wiedziałaś, prawda?
- Tak - szepnęła.
- Będziesz więc robić, co ci każę. - Przytulił ją do piersi i podał jej wodę.
Upiła kilka łyków.
- Nie mogę - zdołała szepnąć, odwracając twarz.
- Jeszcze - ponaglił ją, przyciskając filiżankę do jej ust.
- Pozwól mi zasnąć, proszę...
- Jak wypijesz więcej.
Nie ustąpił, dopóki go z jękiem nie posłuchała. Ułożył ją na poduszkach, pozwolił jej chwilę podrzemać, po czym wrócił z bulionem i namoczoną w nim grzanką. Zmusił ją do zjedzenia kilku łyżek.
Gdy tylko Amelia się obudziła, poszła do pokoju Win. Jedynie mrugnęła dwukrotnie na widok siostry opierającej się na ramieniu Keva, który ją karmił.
- Pozbądź się go - poprosiła Win ochryple. - Torturuje mnie.
- Cóż, od zawsze wiedzieliśmy, że to diabeł - odparła Amelia spokojnym tonem, stając przy łóżku. - Jak śmiesz, Merripen? Nachodzisz bezbronną dziewczynę i karmisz ją tostem.
- Zaczęła się gorączka - powiedział Kev, zauważając wysypkę, która wystąpiła na szyję i policzki Win. Jej jedwabista skóra stała się grudkowata i czerwona. Poczuł na plecach dłoń Amelii, która zacisnęła się kurczowo na jego koszuli. Jakby musiała się go przytrzymać, żeby zachować równowagę.
Jej głos był jednak pogodny i spokojny.
- Zrobię wody z sodą. To powinno ukoić swędzenie, kochanie.
Kev poczuł dla niej falę podziwu. Nieważne, jakie tragedie stawały na jej drodze, Amelia zawsze była gotowa stawić im czoła. Ze wszystkich Hathawayów to ona okazała dotychczas najwięcej siły charakteru. Ale to Win powinna być tą silniejszą i bardziej wytrzymałą, jeśli miała przeżyć nadchodzące dni.
- Ty ją wykąpiesz - powiedział Amelii - a ja pojadę po lekarza.
Nadal nie ufał lekarzom gadziów, ale wiedział, że to może je obie uspokoić. Chciał też sprawdzić, jak sobie radzą Leo i Laura.
Przekazał Win pod opiekę Amelii i udał się do domu Dillardów. Pokojówka, która otworzyła mu drzwi, powiadomiła go, że Leo nie może podejść.
- Jest teraz z panienką Laurą - powiedziała łamiącym się głosem, ocierając twarz fartuchem. - Ona już nikogo nie poznaje; prawie postradała zmysły. Bardzo szybko słabnie, proszę pana.
Kev poczuł ból, gdy jego krótkie paznokcie wbiły się w twardą skórę dłoni. Win nie cieszyła się tak dobrym zdrowiem jak Laura Dillard, miała słabszy organizm. Jeśli stan Laury pogarszał się tak szybko, ta sama gorączka tym bardziej mogła pokonać Win.
Jego myśli poszybowały ku Leo, który nie był jego bratem krwi, ale na pewno należał do jego plemienia. Leo kochał Laurę Dillard z intensywnością, która nie pozwoli mu racjonalnie zaakceptować jej śmierci. Kev coraz bardziej się o niego martwił.
- Jaki jest stan pana Hathawaya? Czy ma już jakieś objawy choroby?
- Nie, proszę pana. Nie sądzę. Nie wiem.
Ze sposobu, w jaki jej zamglony wzrok uciekł przed jego wzrokiem, Kev poznał, że Leo nie miewa się najlepiej. Chciał zabrać go do domu i położyć do łóżka, aby zachował siły na nadchodzące dni. Wiedział jednak, że okrucieństwem byłoby pozbawiać Leo ostatnich chwil z ukochaną.
- Gdy ona odejdzie - rzucił obcesowo - odeślijcie go do domu. Ale niech nie jedzie sam. Niech ktoś odprowadzi go pod same drzwi Hathawayów. Rozumiesz?
- Tak, proszę pana.
Leo wrócił do domu dwa dni później.
- Laura nie żyje - oznajmił i stracił przytomność z gorączki i żalu.
Rozdział 4
Szkarlatyna, która przeszła przez ich wieś, była szczególnie złośliwym szczepem, siejącym spustoszenie zwłaszcza wśród bardzo młodych i starszych. Do opieki nad chorymi nie starczało lekarzy, a nikt spoza Primrose Place nie odważył się przyjechać. Po wizycie w wiosce wyczerpany lekarz przepisał okłady z gorącego octu na gardło. Zostawił także roztwór akonitu. Lekarstwa nie działały jednak ani na Win, ani na Leo.
- Nie staramy się wystarczająco - oznajmiła Amelia czwartego dnia. Prawie w ogóle nie spała, na zmianę z Kevem opiekując się cierpiącymi. Właśnie weszła do kuchni, gdzie Kev gotował wodę na herbatę. - Jedyne, co dotychczas osiągnęliśmy to to, że czynimy ich odejście nieco mniej bolesnym. Musi być coś, co powstrzyma gorączkę. Nie dopuszczę do tego. - Stała tak, sztywna i drżąca, wyrzucając z siebie słowo za słowem, jakby próbowała pobudzić się do walki.
Wyglądała tak bezbronnie, że Keva zalała fala współczucia. Nie lubił być dotykany i dotykać innych ludzi, ale braterskie uczucie popchnęło go do niej.
- Nie - powstrzymała go Amelia, gdy zobaczyła, że wyciąga do niej rękę. Cofnęła się o krok i mocno potrząsnęła głową. - Ja... ja nie jestem typem kobiety, która mogłaby się na kimś oprzeć. Rozpadłabym się na kawałki.
Kev zrozumiał. Dla ludzi takich jak ona i on, bliskość oznaczała zbyt wiele.
- Co jeszcze możemy zrobić? - szepnęła Amelia, owijając się ciasno ramionami.
Kev potarł zmęczone powieki.
- Słyszałaś kiedyś o roślinie, która nazywa się wilcza jagoda?
- Nie. - Amelia znała tylko zioła potrzebne w kuchni.
- Kwitnie tylko w nocy. Gdy wschodzi słońce, kwiaty umierają. Był w moim plemieniu adrabengro, zielarz. Czasami posyłał mnie po rośliny, które ciężko znaleźć. Powiedział mi kiedyś, że wilcza jagoda to najpotężniejsze zioło, jakie zna. Może zabić człowieka, ale też wyrwać z objęć śmierci.
- Widziałeś kiedyś jej działanie?
Kev kiwnął głową i spojrzał na nią z ukosa, pocierając napięte mięśnie karku.
- Widziałem, jak leczy gorączkę - mruknął. I czekał.
- Znajdź ją - powiedziała w końcu Amelia drżącym głosem. - Może zabić, ale bez tego oni umrą na pewno.
Z rośliny, którą Kev znalazł w rogu wiejskiego cmentarza, ugotowali gęsty, czarny syrop. Amelia stała obok, gdy Kev odcedził śmiertelny wywar i przelał go do kieliszka na jajko.
- Leo pierwszy - oznajmiła Amelia stanowczo, choć na jej twarzy malowało się zwątpienie. - Jest w znacznie gorszym stanie niż Win.
Podeszli do łóżka Leo. Nie mogli się nadziwić, jak szybko podupadł na zdrowiu, jaki stał się wychudzony. Jego jeszcze do niedawna przystojna twarz była nie do poznania, obrzmiała, spuchnięta i blada. Ostatnie składne zdanie padło z jego ust poprzedniego dnia, gdy błagał Keva, aby pozwolili mu umrzeć. Jego życzenie miało się wkrótce spełnić. Wszystko wskazywało na to, że od śpiączki dzielą go godziny, jeśli nie minuty.
Amelia podeszła prosto do okna i otworzyła je na oścież, wpuszczając do środka chłodne powietrze, które rozwiało zapach octu.
Leo jęczał i wiercił się niespokojnie, ale nie był w stanie oprzeć się Kevowi, który przemocą rozchylił mu wargi, uniósł łyżeczkę i wlał cztery czy pięć kropli nalewki na jego suchy, spękany język.
Amelia usiadła przy bracie, pogłaskała jego zmatowiałe włosy i ucałowała jego skroń.
- Gdyby to miało... wywrzeć odwrotny skutek - powiedziała, a Kev od razu zrozumiał, o co chodzi - jak długo by to potrwało?
- Pięć minut do godziny. - Ręka Amelii zadrżała, ale ani na chwilę nie przerwała wędrówki po włosach Leo.
Była to najdłuższa godzina w życiu Keva. Siedzieli i obserwowali Leo, który rzucał się na łóżku i jęczał przez sen, jakby śniły mu się najgorsze koszmary.
- Biedny chłopiec - szepnęła Amelia, ocierając mu twarz chłodnym ręcznikiem.
Gdy upewnili się, że uniknęli konwulsji, Kev wziął ze stołu kieliszek do jajek i wstał.
- Idziesz teraz do Win? - zapytała Amelia, nie odrywając wzroku od brata.
- Tak.
- Potrzebujesz pomocy?
Kev potrząsnął głową.
- Zostań z Leo.
Wszedł do sypialni Win, która leżała na łóżku cicha i nieruchoma. Już go nie poznawała, jej ciało i umysł pochłaniała czerwona fala gorączki. Gdy nieco ją uniósł i oparł jej głowę na swoim ramieniu, wzdrygnęła się w proteście.
- Win - powiedział miękko. - Kochanie, nie ruszaj się. - Na dźwięk jego głosu uniosła powieki. - Jestem tutaj - szepnął. Podniósł łyżeczkę i zamoczył ją w kieliszku. - Otwórz usta, moja mała. Zrób to dla mnie.
Odmówiła. Odwróciła twarz, a jej usta zaczęły poruszać się w bezgłośnym szepcie.
- Co się stało? - mruknął, biorąc ją pod brodę. - Win, musisz wziąć to lekarstwo.
Znów coś szepnęła.
Kev zrozumiał jej ochrypły jęk i spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Weźmiesz je, jeśli zdradzę ci swoje imię?
Walczyła o każdy dźwięk.
- Tak.
Jego gardło zacisnęło się, a kąciki oczu zaczęły płonąć.
- Kev - zdołał wykrztusić. - Mam na imię Kev.
Pozwoliła mu wsunąć łyżeczkę pomiędzy swoje wargi, a atramentowa trucizna spłynęła do jej przełyku.
Oparła się o niego rozluźniona. Jej kruche ciało w jego ramionach było lekkie i gorące jak płomień.
Podążę za tobą, pomyślał, jakiekolwiek jest twoje przeznaczenie.
Win była jedyną rzeczą na świecie, której pragnął. Nie odejdzie bez niego.
Kev pochylił się i dotknął wargami jej suchych, rozpalonych ust.
Pocałunek, którego nie poczuła i którego nie będzie pamiętać.
Posmakował trucizny, ale się nie wycofał. Podniósł głowę i spojrzał na stolik nocny, na którym stała resztka naparu z wilczej jagody. Dawka wystarczająca, aby powalić zdrowego mężczyznę.
Wydawało się, że jedyną rzeczą, która powstrzymuje duszę Win od opuszczenia jej ciała, było schronienie w ramionach Keva. Trzymał ją więc przy piersi i łagodnie kołysał. Przez chwilę chciał się pomodlić. Nie mógł jednak uznać żadnego stworzenia, nadprzyrodzonego czy śmiertelnego, które zagroziło, że mu ją odbierze.
Jego świat skurczył się do tego cichego, zacienionego pokoju, szczupłego ciała w jego ramionach, oddechu, który delikatnie unosił jej pierś. Podążał za jej rytmem swoim oddechem i biciem serca. Odchylił się na poduszki i odpłynął w mroczny trans, czekając na ich wspólne przeznaczenie.
Nieświadomy upływu czasu, leżał tak z nią, aż obudził go ruch i blask światła na progu.
- Merripen - rozległ się chropowaty głos Amelii. Stała w drzwiach ze świecą.
Kev na oślep dotknął policzka Win, przyłożył dłoń do jej czoła i poczuł nagły przypływ strachu, gdy jego palce zetknęły się z chłodną skórą. Potem wyczuł puls na jej szyi.
- Gorączka Leo opadła - powiedziała Amelia. Kev prawie jej nie słyszał, tak szumiała mu w uszach krew. - On wyzdrowieje.
Słabe, lecz miarowe pulsowanie serca Win przywracało mu jego wszechświat.
Rozdział 5
Londyn, rok 1849
Pojawienie się Cama Rohana w rodzinie Hathawayów oznaczało zupełnie nowe rozdanie. Zadziwiające, jak jedna osoba może wszystko zmienić. A przy tym ogromnie irytujące.
Chociaż teraz Keva irytowało dosłownie wszystko. Win wyjechała do Francji, nie było więc powodu, aby był miły czy choćby uprzejmy. Jej nieobecność sprawiała, że wciąż chodził rozwścieczony, jak dzikie zwierzę pozbawione towarzyszki. Cały czas czuł potrzebę bycia blisko niej, a świadomość, że ona jest gdzieś, gdzie nie może jej dotknąć, była dla niego nie do zniesienia.
Kev zapomniał już, jakie to uczucie, gdy opanowuje cię ponura nienawiść do świata i jego mieszkańców. Przypominało mu się dzieciństwo, w którym nie zaznał niczego prócz przemocy i cierpienia. A jednak Hathawayowie oczekiwali, że będzie się zachowywał tak, jak zwykle, że będzie uczestniczył w rodzinnej rutynie i udawał, że Ziemia nadal się kręci.
Jedyne, co powstrzymywało go przed utratą zmysłów, to świadomość tego, czego ona by sobie dla niego życzyła. Chciałaby, aby zatroszczył się o jej siostry. I powstrzymywał się od zamordowania nowego szwagra.
Kev nie mógł po prostu znieść tego drania.
Cała reszta go uwielbiała. Cam Rohan przybył i zwalił z nóg Amelię, zadeklarowaną starą pannę. Uwiódł ją w zasadzie, czego Kev wciąż jeszcze nie mógł mu wybaczyć. Amelia była jednak niewiarygodnie szczęśliwa ze swoim mężem, mimo iż ten był w połowie Romem.
Żadne z nich nie spotkało nigdy wcześniej kogoś takiego jak Rohan, którego pochodzenie było równie tajemnicze jak Keva. Przez większość życia Rohan pracował w domu gry dla dżentelmenów, u Jennera, gdzie w końcu awansował na zarządzającego i otrzymał procent udziałów w tym niezwykle lukratywnym przedsięwzięciu. Przytłoczony pomnażającą się fortuną, inwestował w najgorsze interesy, aby oszczędzić sobie hańby, jaką dla Cygana były pieniądze. Nic jednak nie działało. Pieniądze cały czas spływały, a każda nawet najbardziej absurdalna inwestycja przynosiła kolejne zyski. Rohan nazywał to z zakłopotaniem swoją szczęśliwą klątwą.
Wkrótce jednak klątwa Rohana okazała się bardzo przydatna, bo sprawowanie opieki nad Hathawayami było projektem bardzo kosztownym. Ich rodzinna posiadłość w Hampshire, którą Leo odziedziczył w poprzednim roku wraz z tytułem, spłonęła do cna i teraz była odbudowywana. Poppy potrzebowała nowej garderoby na swój pierwszy londyński sezon, a Beatrix chciała jechać na pensję. A do tego wszystkiego dochodziły jeszcze rachunki za klinikę Win. Jak Rohan wytknął kiedyś Kevowi, mógł wiele zrobić dla Hathawayów i z tego powodu Kev winien był go tolerować.
I dlatego Kev to robił.
Z wielkim trudem.
- Dzień dobry - oznajmił Rohan radośnie, wchodząc do jadalni ich apartamentu w hotelu Rutledge. Pozostali już jedli śniadanie. W przeciwieństwie do nich, Rohan nie był rannym ptaszkiem, bo większość życia spędził w domu gry, pracując nocami. Miejski Cygan, pomyślał Kev z pogardą.
Świeżo ogolony i odziany w ubrania gadziów, Rohan odznaczał się niezwykłą, egzotyczną urodą. Miał ciemne, nieco za długie włosy i diamentowy kolczyk w uchu. Był szczupły i gibki, poruszał się z gracją. Zanim zajął miejsce obok Amelii, pochylił się nad nią i pocałował ją w czubek głowy. Jego żona zarumieniła się na tę otwartą demonstrację uczucia. Jeszcze nie tak dawno temu z pewnością potępiłaby takie zachowanie. Teraz tylko się zawstydziła.
Kev spojrzał gniewnie na swój talerz.
- Nadal jesteś śpiący? - usłyszał, jak Amelia pyta Rohana.
- W tym tempie nie obudzę się do południa.
- Powinieneś spróbować kawy.
- Nie, dziękuję. Nie znoszę tego świństwa.
- Merripen pije mnóstwo kawy - wtrąciła Beatrix. - Uwielbia kawę.
- Oczywiście, że tak - odparł Rohan. - Kawa jest przecież ciemna i gorzka. - Uśmiechnął się, gdy Kev spojrzał na niego z ostrzeżeniem. - Jak ci mija dzień, phral?
- Nie nazywaj mnie tak. - Choć Kev nie podniósł głosu, na dźwięk jego ostrego tonu wszyscy zamarli.
- Idziemy dzisiaj do krawcowej, Poppy, Beatrix i ja - powiedziała po chwili Amelia, umyślnie zmieniając temat. - Wrócimy chyba dopiero na kolację. - Gdy Amelia zaczęła opisywać suknie, kapelusze i drobiazgi, które są im trzem potrzebne, Kev poczuł uścisk małej dłoni Beatrix.
- Nie martw się - szepnęła dziewczynka. - Ja też za nimi tęsknię.
Najmłodsza, szesnastoletnia panna Hathaway stała teraz na rozdrożu pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Łagodna i skłonna do psot, była równie dociekliwa jak zwierzątka, które przygarniała. Odkąd Amelia poślubiła Rohana, Beatrix upraszała ich, aby zezwolili wyjechać jej na pensję. Kev podejrzewał, że naczytała się powieści, których bohaterki zdobywały maniery i ogładę właśnie w "akademiach dla młodych panien". Wątpił szczerze, aby szkoła okazała się właściwym miejscem dla obdarzonej wolnym duchem Beatrix.
Dziewczyna puściła jego dłoń i z uwagą zaczęła przysłuchiwać się rozmowie, której tematem były teraz najnowsze inwestycje Rohana.
Punktem honoru i swoistą grą stało się dla niego znalezienie przedsięwzięcia, które poniesie porażkę. Jego ostatnią próbą był zakup londyńskiej manufaktury gumowej, która stała na skraju bankructwa. Jednak gdy tylko Rohan dokonał zakupu, fabryka uzyskała prawa patentowe do procesu wulkanizacji i wprowadziła na rynek coś, co nazywało się gumki recepturki. Ludzie kupowali je teraz całymi tonami.
- To na pewno będzie katastrofa - mówił Cam. - Dwóch braci, kowali z zawodu, wymyśliło pojazd napędzany siłą mięśni. Nazywają to welocypedem. To dwa koła osadzone w stalowej ramie z rur, które poruszają się dzięki pedałom naciskanym stopami.
- Tylko dwa koła? - powtórzyła zdumiona Poppy. - Jak się na czymś takim utrzymuje równowagę?
- Kierowca balansuje swoim środkiem ciężkości nad kołami.
- A jak się to włącza?
- I co ważniejsze - zapytała Amelia kpiąco - jak się to zatrzymuje?
- Balansując ciałem w kierunku ziemi? - zasugerowała Poppy.
Cam się roześmiał.
- Pewnie tak. Oczywiście niedługo ruszymy z produkcją. Westcliff mówi, że nigdy jeszcze nie widział tak katastrofalnego przedsięwzięcia. Welocyped wygląda na diabelnie niewygodny i wymaga zmysłu równowagi, którego nie posiadają zwykli ludzie. Nie będzie ani tani, ani praktyczny. W końcu, kto przy zdrowych zmysłach chciałby pedałować wzdłuż ulicy na dwukołowym ustrojstwie, jeśli może dosiąść konia?
- Brzmi to jak świetna zabawa - napomknęła tęsknie Beatrix.
- Nie jest to wynalazek dla kobiet - wytknęła jej Poppy.
- Dlaczego nie?
- Spódnice by nam przeszkadzały.
- Dlaczego musimy chodzić w spódnicach? - zapytała Beatrix. - Myślę, że spodnie są znacznie wygodniejsze.
Amelia spojrzała na nią z przyganą i rozbawieniem.
- Takie uwagi najlepiej zachować dla rodziny, moja droga. - Podniosła szklankę z wodą i skinęła nią w kierunku Rohana. - Za twoją pierwszą porażkę. - Wygięła brew. - Mam nadzieję, że nie stracisz całej rodzinnej fortuny przed naszą wizytą u krawcowej.
Uśmiechnął się do niej szeroko.
- Całej nie stracę. Kupuj z rozmachem, monisha.
Gdy śniadanie dobiegło końca, panie opuściły jadalnię. Siadając z powrotem na krześle, Rohan przyglądał się Kevowi, który ruszył za nimi.
- Dokąd się wybierasz? - zapytał leniwie. - Umówiłeś się ze swoim krawcem? Będziesz dyskutował o ostatnich wydarzeniach politycznych w pobliskiej kawiarni?
- Jeśli chcesz mnie zirytować - poinformował go Kev - nie musisz się wysilać. Osiągasz cel samym oddychaniem.
- Wybacz. Spróbowałbym wykorzenić ten brzydki nałóg, ale za bardzo się do niego przywiązałem. - Rohan wskazał dłonią krzesło. - Dotrzymaj mi towarzystwa, Merripen. Musimy omówić kilka kwestii.
Kev zmierzył go gniewnym spojrzeniem, lecz usiadł.
- Nie jesteś zbyt rozmowny - zauważył Rohan.
- Lepsze to, niż wypełniać powietrze pustą paplaniną.
- Zgadzam się. Przejdę więc od razu do rzeczy. Leo... lord Ramsay... jest w Europie, a pod jego nieobecność jego posiadłość, sprawy finansowe i trzy siostry powierzono dwóm Romom. Nie nazwałbym tego układem idealnym. Gdyby Leo rokował choć cień nadziei, nalegałbym, aby został i wysłałbym z Win do Francji Poppy.
Leo był jednak w beznadziejnym stanie i obaj o tym wiedzieli. Był człowiekiem złamanym przez śmierć Laury Dillard, utracjuszem. I choć w końcu zaczynał się godzić z losem, jego droga do wyzdrowienia na duszy i ciele była jeszcze długa.
- Naprawdę wierzysz - zapytał Kev głosem pełnym pogardy - że Leo zgłosi się do kliniki jako pacjent?
- Nie. Ale będzie trzymał się blisko, aby mieć oko na Win. A to posiadłość na uboczu, gdzie znacznie trudniej o kłopoty. Poprzednim razem, gdy studiował architekturę, Francja dobrze mu służyła. Może powrót do niej pozwoli mu wziąć się w garść.
- Albo - stwierdził ponuro Kev - zaszyje się gdzieś w Paryżu i będzie topił smutki w alkoholu i prostytutkach.
Rohan wzruszył ramionami.
- Przyszłość Leo spoczywa w jego własnych rękach. Bardziej martwi mnie to, co mamy tutaj. Amelia jest przekonana, że Poppy powinna wziąć udział w sezonie, a Beatrix wyjechać do szkoły. Musimy odbudować posiadłość w Hampshire. Trzeba oczyścić ruiny, a ziemia...
- Wiem, co trzeba zrobić.
- To znaczy, że się tym zajmiesz? Będziesz współpracował z architektem, murarzami, kamieniarzami i stolarzami?
Kev spojrzał na niego wrogo.
- Nie pozbędziesz się mnie. I prędzej mnie piekło pochłonie, niż zgodzę się dla ciebie pracować, odpowiadać przed tobą, czy...
- Zaczekaj. - Rohan uniósł dłonie w uspokajającym geście, złote pierścionki zalśniły na jego palcach. - Zaczekaj, na miłość boską, przecież nie próbuję się ciebie pozbyć. Proponuję ci partnerstwo. Szczerze mówiąc, mnie również ta perspektywa nie cieszy. Ale wiele jest do zrobienia. A my osiągniemy więcej, współpracując, niż ciągle wchodząc sobie w drogę.
Kev podniósł ze stołu nóż i przejechał palcami po tępym ostrzu i misternie zdobionej rączce.
- Chcesz, abym jechał do Hampshire doglądać prac, gdy ty zostaniesz w Londynie z kobietami.
- Możesz jeździć tam i z powrotem, jeśli sobie życzysz. Ja będę od czasu do czasu przyjeżdżał do Hampshire, aby kontrolować postępy. - Rohan spojrzał na niego przenikliwie. - Przecież nic cię nie trzyma w Londynie?
Kev potrząsnął głową.
- Czyli postanowione?
Kev nie chciał tego przyznać, ale plan Rohana miał dla niego pewien urok. Merripen nienawidził Londynu, brudu, hałasu, zatłoczonych budynków, smogu i zgiełku. Tęsknił za wsią. A myśl o odbudowaniu posiadłości... o możliwości zmęczenia się ciężką pracą... To dobrze by mu zrobiło. Poza tym lepiej niż ktokolwiek wiedział, czego potrzebuje majątek Ramsaya.
- Chcę wprowadzić pewne ulepszenia także w folwarku - powiedział na głos, odkładając nóż. - Trzeba zreperować bramy i ogrodzenia. Wykopać rowy i kanały melioracyjne. A dzierżawcy nadal posługują się cepami i sierpami, bo nie mają maszyn. Posiadłość powinna mieć własną piekarnię, żeby nie musieli jeździć do wioski po chleb. I...
- Cokolwiek postanowisz - zgodził się pospiesznie Rohan, wykazując typowy dla Londyńczyka brak zainteresowania rolnictwem. - Nowi dzierżawcy bez wątpienia przysłużą się posiadłości.
- Wiem, że zatrudniłeś już architekta i budowniczych. Od teraz to do mnie będą się zwracać z pytaniami. Potrzebuję dostępu do ksiąg Ramsaya. I zamierzam dobrać sobie ludzi i zarządzać nimi bez twojego wtrącania się.
Rohan uniósł brwi, słysząc zdecydowanie w głosie Keva.
- Cóż, nie znałem cię od tej strony, chal.
- Przystajesz na moje warunki?
- Tak. - Rohan wyciągnął rękę. - Uściśniemy sobie dłonie?
Kev wstał, ignorując pokojowy gest.
- Nie ma takiej potrzeby.
Białe zęby Rohana błysnęły w uśmiechu.
- Merripen, czy to byłoby naprawdę takie straszne, gdybyś choć spróbował się ze mną zaprzyjaźnić?
- Nigdy nie będziemy przyjaciółmi. W najlepszym razie jesteśmy wrogami, których łączy wspólny cel.
Rohan nadal się uśmiechał.
- Podejrzewam, że rezultat byłby taki sam. - Poczekał, aż Kev podejdzie do drzwi i dodał: - A tak przy okazji, zamierzam poruszyć sprawę tych tatuaży. Jeśli coś nas łączy, chcę się dowiedzieć, co.
- Poradzisz sobie beze mnie - odparł Kev lodowato.
- Dlaczego? Nie jesteś ciekawy?
- Ani trochę.
Oczy Rohana przepełniały pytania.
- Nic cię nie wiąże z przeszłością, ani z Romami, nie wiesz, dlaczego w dzieciństwie ktoś cię naznaczył tym rysunkiem. Czego się więc boisz?
- Masz ten tatuaż równie długo jak ja. I niewiele więcej o nim wiesz. Po co teraz się tym interesować?
- Ja... - Nieświadomie Rohan potarł ramię w miejscu, w którym widniał tajemniczy znak. - Zawsze zakładałem, że to był kaprys mojej babki. Nigdy mi nie wyjaśniła, skąd go mam, ani co on oznacza.
- A wiedziała?
- Podejrzewam, że tak. - Rohan wykrzywił wargi. - Ona wiedziała wszystko. Była potężną zielarką i wierzyła w Biti Foki.
- Leśne duszki? - Kev wykrzywił pogardliwie usta.
Rohan się uśmiechnął.
- Tak. Zapewniała mnie, że wiele z nich zna osobiście. - Wyraz rozbawienia znikł z jego twarzy. - Gdy miałem dziesięć lat, babka mnie odesłała. Powiedziała, że grozi mi niebezpieczeństwo. Mój kuzyn, Noah, przywiózł mnie do Londynu i pomógł mi znaleźć pracę w domu gry. Od tamtej pory nie spotkałem nikogo z mojego plemienia. - Rohan urwał, jego twarz spochmurniała. - Zostałem wygnany, a nawet nie wiem, za co. I nie miałem powodu przypuszczać, że ten tatuaż jest z tym związany. Aż spotkałem ciebie. Łączą nas dwie rzeczy, phral: jesteśmy wyrzutkami i zostaliśmy naznaczeni irlandzką legendą. Myślę, że gdy dowiemy się czegoś więcej, obu nam to pomoże.
W kolejnych miesiącach Kev przygotowywał do odbudowy posiadłość Ramsaya. Zima w Stony Cross i okolicach była łagodna. Pastwiska pokrył szron, a brzegi Avon i Itchen zamarzły. Potem na wierzbach pojawiły się bazie, miękkie i puszyste jak ogon jagnięcia, a gałęzie dereni zaczerwieniły się, rozjaśniając bladoszary krajobraz.
Ekipy zatrudnione przez Johna Dashiella, przedsiębiorcę, który odbudowywał posiadłość Ramsay, były pracowite i wydajne. Pierwsze dwa miesiące poświęcili na oczyszczanie ruin domu, zwożenie zwęglonego drewna, resztek kamieni i gruzu. Małą stróżówkę przy drodze dojazdowej odnowiono i przystosowano do potrzeb Hathawayów.
Gdy w marcu ziemia zmiękła, zaczęto odbudowę głównego budynku. Kev był przekonany, że wszystkich ostrzeżono o tym, że projekt będzie nadzorowany przez Roma, bo ku jego zdziwieniu nikt nie zgłaszał wobec niego żadnych zastrzeżeń. Dashiell, pragmatyk, który do wszystkiego doszedł własną pracą, wydawał się nie dbać o to, czy jego klientem jest Anglik, Rom, czy ktokolwiek inny, dopóki rachunki były płacone na czas.
Pod koniec lutego Kev odbył dwunastogodzinną podróż ze Stony Cross do Londynu. Otrzymał list od Amelii, z którego dowiedział się, że Beatrix opuściła szkołę. Amelia napisała, że wszystko jest w porządku, ale Kev chciał się osobiście o tym przekonać. Już od dwóch miesięcy nie widział sióstr Hathaway i sam był zdumiony tym, jak bardzo się za nimi stęsknił.
Uczucie było odwzajemnione. Gdy tylko zjawił się w apartamencie hotelu Rutledge, Amelia, Poppy i Beatrix podbiegły do niego z niekłamaną radością. Znosił ich wesołe okrzyki i pocałunki z szorstką pobłażliwością, ale w duchu radowało go ciepło ich powitania.
Usadowili się w saloniku: Kev z Amelią na sofie, Cam i Poppy na najbliższych krzesłach, a Beatrix na podnóżku o stóp Keva. Wszystkie wyglądają bardzo dobrze, pomyślał Kev... tak elegancko ubrane i uczesane, z ciemnymi włosami upiętymi w loki, z wyjątkiem Beatrix, która wciąż nosiła warkocze.
Amelia często się śmiała i promieniowała zadowoleniem, które mogło dać tylko udane małżeństwo. Poppy wyrastała na prawdziwą piękność, miała delikatne rysy twarzy i gęste, kasztanowe włosy... cieplejsza, bardziej dostępna wersja eterycznej doskonałości Win. Tylko Beatrix była wychudzona i przybita. Każdemu, kto jej nie znał, mogła się wydawać normalną, radosną dziewczyną. Kev dostrzegł jednak w jej twarzy oznaki napięcia i zdenerwowania.
- Co się wydarzyło w szkole? - zapytał obcesowo.
Beatrix z chęcią zaczęła wylewać przed nim swoje żale.
- Och, Merripen, to wszystko moja wina. Szkoła była okropna. Znienawidziłam ją. Zaprzyjaźniłam się z jedną czy dwiema osobami i przykro było mi je opuszczać. Ale w ogóle nie mogłam się porozumieć z nauczycielami. Zawsze mówiłam nieodpowiednie rzeczy, zadawałam niewłaściwe pytania...
- Okazało się - wtrąciła drwiąco Amelia - że metody pedagogiczne Hathawayów nie są tam mile widziane.
- Wdałam się w kilka kłótni - kontynuowała Beatrix - bo niektóre dziewczęta mówiły, że ich rodzice nie pozwalają się im ze mną zadawać, bo mam w rodzinie Cyganów, więc ja też mogę być w części Cyganką. Powiedziałam im, że nie jestem, a nawet gdybym była, to żaden powód do wstydu i nazwałam je snobkami, a potem było dużo drapania i ciągnięcia za włosy.
Kev przeklął pod nosem. Wymienił ponure spojrzenie z Rohanem. Ich obecność w rodzinie była obciążeniem dla sióstr Hathaway... ale nie było na to lekarstwa.
- A potem wrócił mój problem.
Wszyscy zamilkli. Kev wyciągnął rękę i uścisnął dłoń dziewczyny.
- Chavi - mruknął. Było to pieszczotliwe określenie dla młodej kobiety w romani. Rzadko używał starego języka, Beatrix spojrzała więc na niego ze zdumieniem.
Jej problem objawił się po raz pierwszy po śmierci pana Hathawaya. Wracał od czasu do czasu pod wpływem niepokoju i stresu. Kompulsywnie kradła rzeczy, zazwyczaj drobiazgi, takie jak ołówki, zakładki do książek czy sztućce. Czasami nawet tego nie pamiętała, ale zawsze potem cierpiała z poczucia winy i przedsiębrała najprzeróżniejsze kroki, aby wszystko niepostrzeżenie zwrócić.
Kev spojrzał na nią z uczuciem.
- Co wzięłaś, mała fretko? - zapytał łagodnie.
Popatrzyła na niego z goryczą.
- Wstążki do włosów, grzebienie, książki... drobiazgi. Próbowałam wszystko odłożyć, ale nie mogłam sobie przypomnieć, skąd to mam. Wybuchła wielka awantura i musiałam się przyznać. Poproszono mnie, żebym opuściła szkołę. I teraz już nigdy nie będę damą.
- Ależ oczywiście, że będziesz - wtrąciła natychmiast Amelia. - Zatrudnimy guwernantkę, co powinniśmy byli zrobić od początku.
Beatrix spojrzała na nią z powątpiewaniem.
- Nie sądzę, abym chciała guwernantkę, która zgodziłaby się dobrowolnie pracować dla naszej rodziny.
- Och, przecież wcale nie jesteśmy tacy źli... - zaczęła Amelia.
- Owszem, jesteśmy - poinformowała ją Poppy. - Jesteśmy odmieńcami, Amelio. Zawsze ci to mówiłam. Byliśmy nimi jeszcze, zanim wprowadziłaś do rodziny pana Rohana. - Spojrzała kątem oka na Cama. - Bez obrazy.
W jego oczach mignęło rozbawienie.
- Nie obrażam się.
Poppy zwróciła się do Keva.
- Nieważne, jak trudno będzie nam znaleźć odpowiednią guwernantkę, musimy to zrobić. Potrzebuję pomocy. Mój sezon to pasmo katastrof, Merripen.
- Minęły dopiero dwa miesiące. Chyba za wcześnie, by mówić o katastrofie?
- Podpieram ściany.
- Niemożliwe.
- Nawet gorzej. Żaden mężczyzna nie chce mieć ze mną nic wspólnego.
Kev spojrzał na Rohana i Amelię z niedowierzaniem. Taka piękna, inteligentna dziewczyna jak Poppy musi mieć przecież konkurentów na pęczki.
- Co jest nie tak z tymi gadziami? - zapytał zdumiony.
- To sami idioci - odpowiedział mu Rohan. - Nigdy nie zmarnują okazji, by to udowodnić.
Kev spojrzał na Poppy i postanowił przejść do sedna sprawy.
- To przez Cyganów w rodzinie? Dlatego nikt się o ciebie nie stara?
- Cóż, to nie pomaga - przyznała Poppy - ale problem polega głównie na tym, że nie mam żadnych umiejętności towarzyskich. Bezustannie popełniam gafy. Okazało się, że w ogóle nie umiem rozmawiać. Oczekują ode mnie, żebym fruwała z tematu na temat, lekko jak motyl. To niełatwe i w dodatku całkiem pozbawione sensu. A dżentelmeni, którzy zmuszą się i w końcu do mnie podejdą, po pięciu minutach szukają wymówki, aby uciec. Flirtują i mówią najgłupsze rzeczy, a ja zupełnie nie wiem, jak im odpowiadać.
- I tak żadnego z nich bym dla niej nie chciała - stwierdziła rzeczowo Amelia. - Gdybyś tylko mógł ich zobaczyć, Merripen. Nigdy wcześniej nie widziałam równie bezużytecznej trzody puszących się pawi.
- Powinnaś ich chyba nazwać stadem pawi - podpowiedziała Poppy. - Nie trzodą.
- Banda ropuch - dodała Beatrix.
- Kolonia pingwinów - włączyła się Amelia.
- Wataha pawianów. - Poppy sie roześmiała.
Kev też się uśmiechał, choć w głębi ducha czuł niepokój. Poppy zawsze marzyła o sezonie w Londynie. Taki obrót spraw musiał być dla niej druzgocącym rozczarowaniem.
- Zapraszano cię na odpowiednie przyjęcia? - zapytał. - Potańcówki... kolacje...
- Bale i wieczorki. Tak, dzięki patronatowi lorda Westcliffa i lorda St. Vincenta otrzymujemy zaproszenia. Ale to, że mogę przejść przez próg, nie czyni ze mnie pożądanego towarzystwa, Merripen. Daje mi tylko okazję do podpierania ścian, gdy wszyscy inni tańczą.
Kev zmarszczył brwi i spojrzał na Amelię i Rohana.
- I co zamierzacie z tym zrobić?
- Wycofamy Poppy z sezonu - odparła Amelia - i powiemy wszystkim, że po namyśle doszliśmy do wniosku, że jest jeszcze zbyt młoda, by bywać w towarzystwie.
- Nikt w to nie uwierzy - wtrąciła Beatrix. - Przecież Poppy ma prawie dziewiętnaście lat.
- Nie musisz mówić o mnie, jakbym była obsypaną brodawkami starą wiedźmą, Bea - odgryzła się siostrze Poppy.
- A w międzyczasie - kontynuowała cierpliwie Amelia - znajdziemy guwernantkę, która nauczy Poppy i Beatrix, jak należy się zachowywać.
- Lepiej, żeby była dobra - powiedział Beatrix, wyciągając z kieszeni biało-czarną świnkę morską i przyciskając ją do policzka. - Wiele pracy przed nami. Prawda, Nibbles?
Niedługo później Amelia wzięła Keva na stronę. Sięgnęła do kieszeni sukni i wyjęła z niej mały, biały kwadracik. Podała mu go, spoglądając na niego badawczo.
- Win pisała listy również do nas i oczywiście je także powinieneś przeczytać. Ale ten był zaadresowany wyłącznie do ciebie.
Niezdolny wydusić głosu, Kev zacisnął palce na zapieczętowanym woskiem pergaminie.
Wrócił do swojego pokoju, który był oddzielony od reszty na jego własne życzenie, usiadł przy małym stoliku i złamał pieczęć z ogromną pieczołowitością.
Zobaczył znajome pismo Win, małe, precyzyjne pociągnięcia piórem.
Drogi Kevie,
mam nadzieję, że mój list znajduje Cię w dobrym zdrowiu. W zasadzie nie mogę sobie wyobrazić Ciebie inaczej. Każdego ranka budzę się w tym miejscu, które wydaje mi się zupełnie innym światem, i na nowo dziwię się temu, jak daleko jestem od mojej rodziny. I od Ciebie.
Podróż przez kanał była męcząca, a droga lądowa nawet bardziej. Jak wiesz, marny ze mnie podróżnik, ale Leo się mną zaopiekował. Teraz rezyduje niedaleko stąd w małym chateau jako płatny gość i odwiedza mnie co drugi dzień...
Dalej Win opisywała klinikę, cichą i skromną. Pacjenci cierpieli na różne schorzenia, ale głównie na płuca.
Zamiast otumaniać ich lekami i zatrzymywać pod dachem, jak to czyniła większość lekarzy, doktor Harrow zalecał im ćwiczenia, zimne kąpiele, toniki na zdrowie i prostą, ścisłą dietę. Przymuszanie pacjentów do ćwiczeń było kontrowersyjną metodą leczenia, ale według doktora Harrowa wszystkie żywe stworzenia się ruszają.
Pacjenci rozpoczynali więc każdy dzień od spaceru, czy słońce, czy deszcz, po którym następowała godzina ćwiczeń na sali gimnastycznej, gdzie wspinali się po drabinkach i podnosili ciężary. Na razie Win nie radziła sobie z ćwiczeniami, bo szybko zawodził ją oddech, ale dostrzegała w sobie powolne zmiany na lepsze. Każdy pacjent miał także obowiązek ćwiczyć oddychanie na nowym przyrządzie nazywanym spirometrem, który mierzył objętość wdychanego i wydychanego powietrza.
Opis kliniki i pacjentów był znacznie dłuższy, ale Kev przebiegł po nim tylko wzrokiem. I w końcu dotarł do ostatnich akapitów.
Od mojej choroby na niewiele starczało mi sił poza obdarzaniem innych miłością, a okazję do tego wykorzystywałam i nadal wykorzystuję w pełni. Przepraszam, jeśli moje zachowanie tamtego ranka Cię zszokowało, ale nie żałuję uczuć, którym dałam wyraz.
Biegnę za Tobą i życiem w szalonym pościgu. W moich marzeniach i Ty, i ono pewnego dnia zawrócicie i pozwolicie się złapać. To marzenie pomaga mi przetrwać noce. Chciałabym powiedzieć Ci tak wiele, ale jeszcze nie jestem wolna.
Mam nadzieję, że pewnego dnia poczuję się na tyle dobrze, aby znów Cię zaszokować, z bardziej zadowalającym rezultatem.
Załączam sto pocałunków. Musisz je uważnie policzyć i nie zgubić ani jednego.
Twoja Winnifred
Kev rozłożył arkusik na stole, wygładził brzegi i przesunął palcami po delikatnych liniach pisma. Przeczytał list jeszcze dwa razy.
Potem jego dłoń zamknęła się na papierze i cisnęła go do kominka, w którym płonął niewielki ogień.
Na jego oczach pergamin zaczął się tlić, biel obróciła się w popiół, a słowa, które posłała mu Win, zniknęły.