Uwiedź mnie. Tom 2 - Lisa Kleypas

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Lon­dynZima 1848 roku

Win od za­wsze była zda­nia, że Kev Mer­ri­pen jest piękny - tak jak piękny może być su­rowy kra­jo­braz czy zi­mowy dzień. Kev był po­tęż­nym, ude­rza­jąco przy­stoj­nym, pod każ­dym wzglę­dem bez­kom­pro­mi­so­wym męż­czy­zną. Eg­zo­tyczne, zu­chwałe rysy jego twa­rzy sta­no­wiły do­sko­nałą oprawę dla oczu tak ciem­nych, że gra­nica mię­dzy źre­nicą a tę­czówką się za­cie­rała. Jego włosy były gę­ste i czarne jak skrzy­dło kruka, brwi pro­ste i mocne, a jego sze­ro­kie wargi wy­krzy­wiał stale po­nury gry­mas, na który Win nie była obo­jętna.

Mer­ri­pen, jej uko­chany, ale nie ko­cha­nek. Znali się od dzie­ciń­stwa, jej ro­dzina go przy­gar­nęła. Choć Ha­tha­way­owie za­wsze trak­to­wali go jak swo­jego, Mer­ri­pen wo­lał peł­nić rolę słu­żą­cego. Opie­kuna. Ob­cego.

Przy­szedł do sy­pialni Win i stał te­raz w progu, ob­ser­wu­jąc, jak dziew­czyna pa­kuje do ku­fra kilka oso­bi­stych przed­mio­tów z gór­nej szu­flady ko­mody. Szczotka do wło­sów, szpilki, na­rę­cze chu­s­te­czek, które wy­szyła dla niej jej sio­stra, Poppy. Win wkła­dała rze­czy do skó­rza­nej torby, bo­le­śnie świa­doma nie­wzru­szo­nej obec­no­ści Mer­ri­pena. Wie­działa, co kryje się za jego spo­ko­jem, bo w środku od­czu­wała tę samą tę­sk­notę.

Myśl o odej­ściu od niego ła­mała jej serce. A jed­nak nie miała wy­boru. Od na­padu szkar­la­tyny, który prze­żyła dwa lata wcze­śniej, miała pro­blemy ze zdro­wiem. Była szczu­pła i kru­cha, ła­two się mę­czyła i mdlała. Słabe płuca, po­wta­rzali le­ka­rze. Nic nie można zro­bić, trzeba się z tym po­go­dzić. Ży­cie spę­dzone na od­po­czynku i przed­wcze­sna śmierć.

Win nie miała za­miaru się z tym go­dzić.

Ma­rzyła o wy­zdro­wie­niu, o roz­ko­szo­wa­niu się rze­czami, które więk­szość lu­dzi uzna­wała za pew­nik. O tańcu, śmie­chu, spa­ce­rach. Pra­gnęła ko­chać... wyjść za mąż... pew­nego dnia za­ło­żyć ro­dzinę.

W swoim obec­nym sta­nie nie miała na to naj­mniej­szych szans. I to się mu­siało zmie­nić. Tego dnia wy­jeż­dżała do kli­niki we Fran­cji, gdzie ener­giczny młody le­karz, Ju­lian Har­row, osią­gał za­dzi­wia­jące re­zul­taty w le­cze­niu pa­cjen­tów ta­kich jak ona. Jego me­tody były nie­kon­wen­cjo­na­lne, kon­tro­wer­syjne, ale Win o to nie dbała. Po­wa­ży­łaby się na wszystko, byle tylko wy­zdro­wieć. W prze­ciw­nym ra­zie ni­gdy nie zdo­bę­dzie Mer­ri­pena.

- Nie jedź - po­wie­dział tak ci­cho, że le­d­wie go usły­szała.

Wal­czyła, aby nie po­ka­zać po so­bie zde­ner­wo­wa­nia, choć jej cia­łem wstrzą­sały dresz­cze.

- Pro­szę, za­mknij drzwi - zdo­łała szep­nąć. Po­trze­bo­wali odro­biny pry­wat­no­ści, aby od­być tę roz­mowę.

Mer­ri­pen się nie po­ru­szył. Na jego sma­głą twarz wy­stą­pił ru­mie­niec, a jego czarne oczy roz­bły­sły gnie­wem, który rzadko oka­zy­wał. W tej chwili był Ro­mem - emo­cje bu­rzyły się w nim tuż pod skórą, na co rzadko so­bie po­zwa­lał.

Win sama za­mknęła drzwi. Od­su­nął się, gdy po­de­szła, jakby ja­ki­kol­wiek kon­takt z nią mógł spo­wo­do­wać tra­giczne skutki.

- Dla­czego nie chcesz, że­bym po­je­chała, Kev? - za­py­tała miękko.

- Nie bę­dziesz tam bez­pieczna.

- Oczy­wi­ście, że będę - od­parła. - Ufam dok­to­rowi Har­ro­wowi. Jego me­toda wy­daje mi się roz­sądna, a fakt, że od­niósł tak wiele suk­ce­sów...

- Po­ra­żek ma tyle samo. Tu, w Lon­dy­nie, są lepsi le­ka­rze. Po­win­naś naj­pierw udać się do nich.

- My­ślę, że to dok­tor Har­row jest moją szansą. - Win uśmiech­nęła się do jego su­ro­wych, czar­nych oczu, świa­doma rze­czy, któ­rych on nie może wy­znać. - Wrócę do cie­bie, obie­cuję.

Zi­gno­ro­wał ją. Każdy jej wy­si­łek, aby ob­na­żyć ich uczu­cia, spo­ty­kał się z nie­ugię­tym opo­rem z jego strony. Ni­gdy nie przy­znałby, że wi­dzi w niej ko­goś wię­cej niż kru­chą in­wa­lidkę, która po­trze­buje jego opieki. Mo­tyl za szkłem.

A on tym­cza­sem ko­lek­cjo­no­wał ko­lejne pod­boje. Był bar­dzo dys­kretny, ale Win była prze­ko­nana, że nie­jedna ko­bieta od­dała mu swoje ciało, które on wy­ko­rzy­stał dla wła­snej przy­jem­no­ści. Po­czuła po­nury gniew na myśl o Mer­ri­pe­nie dzie­lą­cym łoże z kimś in­nym. Wszy­scy, któ­rzy ją znali, by­liby za­szo­ko­wani tym, jak bar­dzo ona go po­żąda. Naj­bar­dziej zdu­miony byłby pew­nie sam Mer­ri­pen.

Do­sko­nale, Kev, po­my­ślała na wi­dok jego po­zba­wio­nej wy­razu twa­rzy. Za­cho­wam sto­icki spo­kój, je­śli ta­kie jest twoje ży­cze­nie. Po­że­gnamy się uprzej­mie i chłodno.

Po­tem od­cho­ruje to w za­ci­szu swo­jej sy­pialni, świa­doma tego, że upły­nie cała wiecz­ność, za­nim znów go zo­ba­czy. Wie­działa jed­nak, że tak bę­dzie le­piej - nie mo­gła znieść my­śli, że mogą już do końca jej dni żyć obok sie­bie, roz­dzie­leni cho­robą.

- Cóż - oznaj­miła żwawo - nie­długo wy­jeż­dżam. Nie ma po­wodu do zmar­twień, Kev. Leo za­opie­kuje się mną w cza­sie po­dróży do Fran­cji, a...

- Twój brat na­wet o sa­mego sie­bie nie umie się za­trosz­czyć - od­parł gniew­nie Mer­ri­pen. - Ni­g­dzie nie je­dziesz. Zo­sta­jesz tu­taj, gdzie będę mógł... - Przy­gryzł wargę.

Win do­sły­szała w jego gło­sie głę­boko skry­waną nutę wście­kło­ści czy bólu. To sta­wało się co­raz bar­dziej in­te­re­su­jące. Jej serce za­częło tłuc się w piersi.

- Jest... - Mu­siała prze­rwać, aby zła­pać od­dech. - Jest tylko jedna rzecz, która mo­głaby mnie po­wstrzy­mać przed wy­jaz­dem.

Po­słał jej czujne spoj­rze­nie.

- Jaka?

Przez chwilę zbie­rała się na od­wagę, aby prze­mó­wić.

- Po­wiedz mi, że mnie ko­chasz. Po­wiedz to, a zo­stanę.

Czarne oczy roz­sze­rzyły się ze zdu­mie­nia. Od­głos gwał­tow­nego od­de­chu prze­ciął po­wie­trze jak cios sie­kiery. Mer­ri­pen za­stygł w mil­cze­niu.

Win czuła fale roz­ba­wie­nia i roz­pa­czy, cze­ka­jąc na jego od­po­wiedź.

- Ja... Za­leży mi na każ­dym członku two­jej ro­dziny...

- Nie. Wiesz, że nie o to pro­szę. - Win po­de­szła do niego, unio­sła swoje blade dło­nie do jego piersi i oparła je na twar­dych, nie­ustę­pli­wych mię­śniach. Jego ciało za­re­ago­wało gwał­tow­nie. - Pro­szę - po­wtó­rzyła, nie­na­wi­dząc się za ton de­spe­ra­cji w swoim gło­sie. - Mo­gła­bym umrzeć na­wet ju­tro, gdy­bym choć raz to usły­szała...

- Nie - wark­nął w od­po­wie­dzi, od­su­wa­jąc się.

Od­rzu­ca­jąc całą ostroż­ność, Win po­szła za nim. Chwy­ciła fałdy jego ko­szuli.

- Po­wiedz mi. Wy­znajmy w końcu prawdę i...

- Ci­cho już. Jesz­cze się roz­cho­ru­jesz.

Win roz­wście­czyła świa­do­mość, że on ma ra­cję. Już czuła zna­jomą sła­bość, za­wroty głowy, któ­rym to­wa­rzy­szyło gwał­tow­nie przy­spie­szone tętno i ciężki od­dech. Prze­klęła za­wo­dzące ją ciało.

- Ko­cham cię - oznaj­miła ża­ło­śnie. - Gdy­bym była zdrowa, żadna siła ziem­ska by mnie nie po­wstrzy­mała. Gdy­bym była zdrowa, wzię­ła­bym cię do łóżka i po­ka­zała ci, jak wiele pa­sji może kryć się w ko­bie­cie, która...

- Nie. - Uniósł dłoń do jej ust, żeby ją uci­szyć, ale cof­nął ją gwał­tow­nie, gdy wy­czuł cie­pło jej warg.

- Je­śli nie boję się tego wy­znać, dla­czego ty miał­byś się bać? - Przy­jem­ność by­cia bli­sko niego, do­ty­ka­nia go, była jak sza­leń­stwo. Przy­lgnęła do niego od­waż­nie. Pró­bo­wał ją od­su­nąć tak, aby jej nie skrzyw­dzić, ale przy­warła do niego z całą siłą, jaka jej po­zo­stała. - A je­śli wi­dzimy się po raz ostatni? Nie bę­dziesz ża­ło­wał, że nie wy­zna­łeś mi, co czu­jesz? Nie chciał­byś...

Mer­ri­pen przy­krył jej usta swo­imi, de­spe­racko pra­gnąć, aby w końcu za­mil­kła. Oboje wes­tchnęli i za­sty­gli w bez­ru­chu, wchła­nia­jąc w sie­bie to uczu­cie. Jego od­dech ude­rzał fa­lami cie­pła o jej po­li­czek. Oto­czył ją ra­mio­nami, otu­lił swoją siłą i przy­cią­gnął do swego twar­dego ciała. A po­tem wy­buchł pło­mień, w któ­rym oboje się za­tra­cili.

Czuła w jego od­de­chu sło­dycz ja­błek, go­rycz kawy i jego bo­gaty smak. Pra­gnąc wię­cej, wspięła się na palce. Przy­jął jej nie­winne za­pro­sze­nie z ni­skim, dzi­kim ję­kiem.

Po­czuła do­tyk jego ję­zyka. Otwo­rzyła się na niego i po­cią­gnęła go głę­biej, z wa­ha­niem od­da­jąc swój ję­zyk je­dwa­bi­stej piesz­czo­cie. Za­drżał, za­chły­snął się po­wie­trzem i przy­tu­lił ją moc­niej. Za­lała ją ko­lejna fala sła­bo­ści, jej zmy­sły umie­rały z tę­sk­noty za jego dłońmi, ustami i cia­łem... Cała jego moc na niej i w niej... Och, tak bar­dzo go pra­gnęła...

Mer­ri­pen ca­ło­wał ją wy­głod­niale, jego usta ata­ko­wały ją szorst­kimi, na­mięt­nymi po­ca­łun­kami. Jej zmy­sły pło­nęły z roz­ko­szy; wstrzą­sana dresz­czami, ucze­piła się go z ca­łych sił, pra­gnąc zna­leźć się jesz­cze bli­żej.

Wy­czu­wała przez war­stwy spód­nic na­cisk jego bio­der, które po­ru­szały się ryt­micz­nie. In­stynk­tow­nie wy­cią­gnęła dłoń, aby go do­tknąć, ukoić; jej place na­po­tkały twardy do­wód jego po­bu­dze­nia.

Jej usta stłu­miły jego ago­na­lny jęk. Chwy­cił jej dłoń i za­ci­snął na so­bie na je­den pa­lący mo­ment. Win otwo­rzyła sze­roko oczy, wy­czu­wa­jąc pul­so­wa­nie. Na­pię­cie wo­kół nich było tak gę­ste, że gro­ziło eks­plo­zją.

- Kev... łóżko... - szep­nęła, pą­so­wie­jąc od po­licz­ków do pal­ców stóp. Pra­gnęła go tak de­spe­racko, od tak dawna, i w końcu miało się to wy­da­rzyć. - Weź mnie...

Mer­ri­pen prze­klął i ode­pchnął ją od sie­bie. Dy­szał ciężko.

Win przy­su­nęła się do niego.

- Kev...

- Nie zbli­żaj się do mnie - rzu­cił tak wście­kle, że od­sko­czyła z prze­ra­że­nia.

Przez chwilę stali w bez­ru­chu, a w po­wie­trzu uno­siły się tylko ich gwał­towne od­de­chy.

Mer­ri­pen prze­mó­wił pierw­szy. W jego gło­sie tlił się gniew i od­raza, ale nie można było roz­po­znać, prze­ciwko komu są one skie­ro­wane.

- To się już ni­gdy wię­cej nie wy­da­rzy.

- Bo bo­isz się, że mo­żesz mnie skrzyw­dzić?

- Bo nie chcę cię w ten spo­sób.

Ze­sztyw­niała z obu­rze­nia i ro­ze­śmiała się z nie­do­wie­rza­niem.

- Re­ago­wa­łeś na mnie. Czu­łam to.

Jego ru­mie­niec stał się jesz­cze wy­raź­niej­szy.

- Z każdą inną ko­bietą by­łoby tak samo.

- Ty... ty chcesz, że­bym uwie­rzyła, że nic do mnie nie czu­jesz?

- Pra­gnę je­dy­nie chro­nić cię, tak jak każ­dego in­nego członka two­jej ro­dziny.

Wie­działa, że to kłam­stwo; czuła to. Ale jego bez­duszna re­ak­cja uła­twiała jej po­że­gna­nie.

- Ja... - Z tru­dem wy­do­by­wała z sie­bie głos. - To bar­dzo szla­chetne z two­jej strony. - Pró­bo­wała iro­ni­zo­wać, ale za­dy­szka psuła efekt. Głu­pie, słabe płuca.

- Zmę­czy­łaś się - od­parł Mer­ri­pen, pod­cho­dząc bli­żej. - Mu­sisz od­po­cząć...

- Nic mi nie jest - oznaj­miła gwał­tow­nie Win, pod­cho­dząc do umy­walni i chwy­ta­jąc się jej brze­gów dla rów­no­wagi. Zmo­czyła lekko ręcz­nik i przy­ło­żyła go do roz­pa­lo­nych po­licz­ków. Spoj­rzała w lu­stro i przy­brała swoją zwy­kłą, ła­godną ma­skę. Zdo­łała ja­koś uspo­koić głos. - Będę miała cie­bie ca­łego albo w ogóle - oświad­czyła. - Wiesz, co po­wie­dzieć, abym zo­stała. Je­śli tego nie po­wiesz, wy­jadę.

At­mos­fera w po­koju była ciężka od emo­cji. Nerwy Win krzy­czały w pro­te­ście, gdy ci­sza się prze­dłu­żała. Wpa­try­wała się w lu­stro, w któ­rym od­bi­jał się za­rys jego sze­ro­kich ra­mion. A po­tem Kev się po­ru­szył, drzwi otwo­rzyły się i za­mknęły.

Win mu­skała twarz chłod­nym ręcz­ni­kiem, ocie­ra­jąc z niej stru­mie­nie łez. Od­kła­da­jąc płótno, za­uwa­żyła, że dłoń, która go in­tym­nie do­ty­kała, za­cho­wała wspo­mnie­nie jego cie­pła. Na war­gach wciąż czuła mro­wie­nie od jego słod­kich, moc­nych po­ca­łun­ków, a jej pierś wy­peł­niał ból de­spe­rac­kiej mi­ło­ści.

- Cóż - po­wie­działa do swego za­ru­mie­nio­nego od­bi­cia - te­raz przy­naj­mniej masz mo­ty­wa­cję. - Ro­ze­śmiała się drżąco i za­częła ocie­rać ko­lejne łzy.

Cam Ro­han nad­zo­ro­wał za­ła­du­nek po­wozu, który miał wkrótce udać się do lon­dyń­skich do­ków, i nie mógł prze­stać się za­sta­na­wiać, czy nie po­peł­nia błędu. Obie­cał swo­jej mło­dej żo­nie, że za­trosz­czy się o jej ro­dzinę, a dwa mie­siące po ślu­bie od­sy­łał jedną z jej sióstr do Fran­cji.

- Mo­żemy za­cze­kać - po­wie­dział Ame­lii po­przed­niej nocy, gdy trzy­mał ją w ra­mio­nach i gła­skał jej gę­ste, brą­zowe włosy, które spły­wały falą na jego pierś. - Je­śli chcesz za­trzy­mać przy so­bie Win tro­chę dłu­żej, mo­żemy ją po­słać do kli­niki na wio­snę.

- Nie, ona musi wy­je­chać naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Dok­tor Har­row ja­sno dał nam do zro­zu­mie­nia, że zmar­no­wano już zbyt wiele czasu. Je­dyną na­dzieją Win na po­prawę jest na­tych­mia­stowe roz­po­czę­cie le­cze­nia.

Cam uśmiech­nął się, sły­sząc prag­ma­tyczny ton Ame­lii. Jego żona ce­lo­wała w skry­wa­niu emo­cji, za­cho­wu­jąc tak nie­za­chwianą po­stawę, że tylko kilka osób wie­działo, jaka jest w głębi du­szy wraż­liwa. Cam był je­dy­nym czło­wie­kiem, przy któ­rym opusz­czała gardę.

- Mu­simy być roz­sądni - do­dała.

Cam prze­wró­cił ją na plecy i spoj­rzał na jej małą, śliczną twarz, na którą pa­dało świa­tło lampy. Te wiel­kie, błę­kitne oczy, mroczne jak serce pół­nocy.

- Tak - przy­znał miękko. - Ale to nie za­wsze jest ła­twe, prawda?

Ame­lia po­trzą­snęła głową, jej oczy zwil­got­niały. Cam czub­kami pal­ców do­tknął jej po­liczka.

- Mój biedny ko­li­be­rek - szep­nął. - Prze­ży­łaś tak wiele zmian w ostat­nich mie­sią­cach, a nasz ślub nie był wcale naj­więk­szą z nich. A te­raz od­sy­łam twoją sio­strę.

- Do kli­niki, żeby tam wy­zdro­wiała. Wiem, że to dla jej do­bra. Tylko że... Będę za nią tę­sk­nić. Win to naj­droż­szy, naj­ła­god­niej­szy czło­nek na­szej ro­dziny. Za­wsze nas go­dziła. Pew­nie się po­za­bi­jamy pod jej nie­obec­ność. - Jęk­nęła ci­cho. - Nie waż się ni­komu zdra­dzić, że pła­ka­łam, bo się z tobą po­li­czę.

- Nie, mo­ni­sha - koił ją i przy­tu­lał, gdy po­cią­gała no­sem. - Twoje se­krety są ze mną bez­pieczne. Prze­cież wiesz.

Sca­ło­wał łzy z jej po­licz­ków, po­woli zdjął z niej ko­szulę nocną i ko­chał się z nią le­ni­wie.

- Moja mi­ło­ści - szep­tał, gdy drżała pod nim. - Po­zwól mi za­dbać o sie­bie... - Gdy brał w po­sia­da­nie jej ciało, po­wta­rzał jej w ob­cym ję­zyku, że wielbi ją pod każ­dym wzglę­dem, że ko­cha jej wnę­trze i że ni­gdy jej nie opu­ści. Choć Ame­lia nie ro­zu­miała jego słów, sam ich dźwięk ją pod­nie­cał. Jej pa­znok­cie prze­su­wały się po jego ple­cach, a jej bio­dra uno­siły się pod jego cię­ża­rem. Za­do­wa­lał ją i sam czer­pał przy­jem­ność, aż jego żona od­pły­nęła w pe­łen za­spo­ko­je­nia sen.

Jesz­cze długo po­tem Cam tu­lił ją do sie­bie, gdy z za­ufa­niem uło­żyła głowę w za­gię­ciu jego ra­mie­nia. Był te­raz od­po­wie­dzialny za Ame­lię i za jej całą ro­dzinę.

Ha­tha­way­owie byli grupą od­mień­ców skła­da­jącą się z czte­rech sióstr, brata i Mer­ri­pena, który był Ro­mem, jak Cam. Nie­wiele o nim wie­dziano, poza tym, że zo­stał przy­gar­nięty przez Ha­tha­wayów jako dziecko, po tym jak ran­nego w ob­ła­wie na Cy­ga­nów po­rzu­cono go na pewną śmierć. Był kimś wię­cej niż sługą, ale nie cał­kiem człon­kiem ro­dziny.

Trudno było prze­wi­dzieć, jak Mer­ri­pen bę­dzie się pro­wa­dził pod nie­obec­ność Win, ale Cam miał prze­czu­cie, że nie bę­dzie przy­jem­nie. Nie mo­gli się od sie­bie bar­dziej róż­nić - ja­sno­włosa in­wa­lidka i po­tężny Rom. Ona tak wy­ra­fi­no­wana i ete­ryczna, on ciem­no­skóry, nie­ocio­sany i pra­wie nie­ucy­wi­li­zo­wany. Ist­niała jed­nak po­mię­dzy nimi więź, jak szlak ja­strzę­bia, który za­wsze wraca do tego sa­mego lasu, po­dą­ża­jąc za wska­zów­kami nie­wi­dzial­nych map, two­rzo­nych przez samą na­turę.

Gdy za­koń­czono za­ła­du­nek, a ba­gaż zo­stał za­bez­pie­czony skó­rza­nymi pa­sami, Cam wró­cił do apar­ta­mentu ho­te­lo­wego, w któ­rym się całą ro­dziną za­trzy­mali. Ze­brali się w sa­lo­nie, aby się po­że­gnać.

Nie­obec­ność Mer­ri­pena była po­dej­rzana. Tło­czyli się w ma­łym po­koju - sio­stry i ich brat, Leo, który je­chał do Fran­cji jako to­wa­rzysz i eskorta Win.

- Już wy­star­czy - po­wie­dział szorstko Leo, kle­piąc po ple­cach naj­młod­szą z nich, Be­atrix, która wła­śnie skoń­czyła szes­na­ście lat. - Nie ma sensu urzą­dzać scen.

Dziew­czyna wtu­liła się w niego jesz­cze moc­niej.

- Bę­dziesz taki sa­motny, z dala od domu. Może weź­miesz jedno z mo­ich zwie­rzą­tek, żeby ci do­trzy­mało to­wa­rzy­stwa?

- Nie, ko­cha­nie. Będę się mu­siał za­do­wo­lić ludz­kim to­wa­rzy­stwem, które znajdę na po­kła­dzie. - Leo zwró­cił się do Poppy, osiem­na­sto­let­niej, rdza­wo­wło­sej pięk­no­ści. - Do wi­dze­nia, sio­strzyczko. Ciesz się swoim pierw­szym se­zo­nem w Lon­dy­nie. Spró­buj nie za­ak­cep­to­wać pierw­szego, który ci się oświad­czy.

Poppy po­de­szła, aby go ob­jąć.

- Drogi Leo - po­wie­działa, przy­ci­ska­jąc twarz do jego ra­mie­nia - spró­buj się za­cho­wy­wać w tej Fran­cji.

- Nikt się nie za­cho­wuje we Fran­cji - od­parł Leo. - Dla­tego wszy­scy ją tak lu­bią. - Od­wró­cił się do Ame­lii. Jego pewna sie­bie fa­sada za­częła się roz­pa­dać. Ode­tchnął nie­pew­nie. Z ca­łego ro­dzeń­stwa to Leo i Ame­lia naj­czę­ściej i naj­bar­dziej za­pal­czy­wie się kłó­cili. A jed­nak to ona była jego ulu­bie­nicą. Prze­szli ra­zem tak wiele, gdy opie­ko­wali się młod­szym ro­dzeń­stwem po śmierci ro­dzi­ców. Na oczach Ame­lii Leo za­mie­nił się z obie­cu­ją­cego mło­dego ar­chi­tekta we wrak czło­wieka. Odzie­dzi­cze­nie wi­ceh­ra­bio­stwa w ni­czym nie po­mo­gło. W za­sa­dzie nowo na­byty ty­tuł i sta­tus tylko przy­spie­szyły upa­dek Leo. To jed­nak nie po­wstrzy­mało Ame­lii przed walką o niego. Na każ­dym kroku pró­bo­wała go ra­to­wać, co go sza­le­nie iry­to­wało.

Ko­bieta po­de­szła do niego i oparła czoło na jego piersi.

- Leo - po­wie­działa, po­cią­ga­jąc no­sem. - Je­śli Win coś się sta­nie, za­biję cię.

De­li­kat­nie po­gła­skał ją po gło­wie.

- Gro­zisz mi śmier­cią od lat i nic z tego nie wy­nika.

- Cz-cze­ka­łam na wła­ściwy po­wód.

Leo uśmiech­nął się, uniósł jej głowę i zło­żył po­ca­łu­nek na jej czole.

- Przy­wiozę ją całą i zdrową.

- A sie­bie?

- Sie­bie rów­nież.

Ame­lia wy­gła­dziła za­gnie­ce­nia jego płasz­cza, jej wargi za­drżały.

- Więc może le­piej już ze­rwij z ży­ciem pi­ja­nego utra­cju­sza.

Leo uśmiech­nął się sze­roko.

- Ale ja za­wsze wie­rzy­łem, że na­leży roz­wi­jać swoje na­tu­ralne ta­lenty. - Po­chy­lił się i po­ca­ło­wał ją w po­li­czek. - A zresztą ty nie mo­żesz da­wać rad na te­mat pro­wa­dze­nia się. Prze­cież wy­szłaś za czło­wieka, któ­rego le­dwo znasz.

- To była naj­lep­sza rzecz, jaką mo­głam zro­bić.

- Nie będę się kłó­cił, skoro to on opłaca moją po­dróż do Fran­cji. - Leo wy­cią­gnął rękę i uści­snął dłoń Cama. Ich zna­jo­mość nie za­częła się naj­le­piej, ale obaj męż­czyźni szybko się po­lu­bili. - Do wi­dze­nia, phral - po­wie­dział Leo, uży­wa­jąc rom­skiego słowa, któ­rego Cam go na­uczył. Zna­czyło: brat. - Wiem, że do­sko­nale so­bie po­ra­dzisz, opie­ku­jąc się ro­dziną. Mnie się już po­zby­łeś, a to obie­cu­jący po­czą­tek.

- Wró­cisz do od­bu­do­wa­nego domu i kwit­ną­cej po­sia­dło­ści, mi­lor­dzie.

Leo ro­ze­śmiał się ni­sko.

- Nie mogę się już do­cze­kać, kiedy zo­ba­czę twoje osią­gnię­cia na wła­sne oczy. Wiesz, nie każdy par po­wie­rzyłby swoje dzie­dzic­two dwóm Cy­ga­nom.

- Je­stem prze­ko­nany, że ty je­steś je­dyny.

Gdy Win po­że­gnała się z sio­strami, Leo po­mógł jej wsiąść do po­wozu i usiadł obok. Po­czuli lek­kie szarp­nię­cie, gdy czwórka ru­szyła, wio­ząc ich w kie­runku lon­dyń­skich do­ków.

Leo przy­glą­dał się pro­fi­lowi Win. Jak zwy­kle nie oka­zy­wała zbyt wielu emo­cji, jej piękna twarz była spo­kojna i opa­no­wana. Do­strzegł jed­nak plamy ko­loru na jej bla­dych po­licz­kach i palce za­ci­śnięte na ha­fto­wa­nej chu­s­teczce, którą trzy­mała na ko­la­nach. Za­uwa­żył, że Mer­ri­pen nie przy­szedł się z nimi po­że­gnać. Za­sta­na­wiał się, czy on i Win się po­sprze­czali.

Wes­tchnął ci­cho i ob­jął ra­mie­niem jej szczu­płą, kru­chą fi­gurkę. Ze­sztyw­niała, ale nie od­su­nęła się. Po chwili chu­s­teczka po­wę­dro­wała do góry; Win otarła oczy. Była prze­ra­żona, chora i nie­szczę­śliwa.

A on był wszyst­kim, co miała.

Boże do­po­móż.

- Nie po­zwo­li­łaś chyba Be­atrix wmu­sić so­bie jed­nego z jej zwie­rza­ków? - Spró­bo­wał ją roz­we­se­lić. - Ostrze­gam, je­śli masz przy so­bie jeża albo szczura, wy­rzucę go za burtę, gdy tylko znaj­dziemy się na statku.

Win po­trzą­snęła głową i wy­dmu­chała nos.

- Wiesz - oznaj­mił swo­bod­nym to­nem, wciąż ją przy­tu­la­jąc - je­steś naj­mniej za­bawną ze wszyst­kich mo­ich sióstr. Jak to się w ogóle stało, że jadę z tobą do Fran­cji?

- Mo­żesz mi wie­rzyć - pa­dła mo­kra od łez od­po­wiedź - że nie by­ła­bym taka nudna, gdy­bym tylko miała ja­kiś wy­bór. Gdy wy­zdro­wieję, za­cznę się bar­dzo źle za­cho­wy­wać.

- Jest więc na co cze­kać. - Przy­tu­lił po­li­czek do jej ja­snych wło­sów.

- Leo - za­py­tała po chwili - dla­czego ofia­ro­wa­łeś się po­je­chać ze mną do tej kli­niki? Czy to dla­tego, że także chcesz wy­zdro­wieć?

Nie­winne py­ta­nie wy­wo­łało w nim falę wzru­sze­nia i iry­ta­cji. Win, tak jak po­zo­stali człon­ko­wie jego ro­dziny, trak­to­wali jego pi­cie jak cho­robę, którą może ule­czyć okres abs­ty­nen­cji i zmiana oto­cze­nia. A tym­cza­sem było ono tylko ob­ja­wem praw­dzi­wej cho­roby - bólu tak upar­tego, że cza­sami bał się, że jego serce się prze­zeń za­trzyma.

Nie było le­kar­stwa na utratę Laury.

- Nie - od­parł. - Nie mam ta­kich aspi­ra­cji. Będę po pro­stu kon­ty­nu­ował moje sza­leń­stwo w no­wej sce­ne­rii. - Jego słowa zo­stały na­gro­dzone ci­chym śmie­chem. - Win... czy po­kłó­ci­łaś się z Mer­ri­pe­nem? To dla­tego nie przy­szedł się po­że­gnać? - Po dłu­giej chwili ci­szy Leo prze­wró­cił oczami. - Je­śli na­prawdę za­mie­rzasz mil­czeć, sio­strzyczko, czeka nas bar­dzo długa po­dróż.

- Tak, po­kłó­ci­li­śmy się.

- O co? O kli­nikę Har­rowa?

- Nie do końca. To zna­czy po czę­ści, ale... - Win wzru­szyła ra­mio­nami. - To zbyt skom­pli­ko­wane. Wy­ja­śnie­nie tego za­ję­łoby mi całą wiecz­ność.

- Mamy do po­ko­na­nia ocean i pół Fran­cji. Zdą­żymy, mo­żesz mi wie­rzyć.

Gdy po­wóz od­je­chał, Cam udał się do stajni za ho­te­lem, schlud­nego bu­dynku, w któ­rym mie­ściły się boksy dla koni i po­wo­zów. Tak jak się spo­dzie­wał, za­stał Mer­ri­pena przy wierz­chow­cach. Ho­te­lowe staj­nie za­spo­ka­jały tylko część po­trzeb swo­ich miesz­kań­ców, dla­tego też nie­które prace mu­sieli wy­ko­ny­wać wła­ści­ciele zwie­rząt. Mer­ri­pen czy­ścił wła­śnie czar­nego wa­ła­cha Cama, trzy­latka o dźwięcz­nym imie­niu Puka.

Ru­chy Mer­ri­pena były lek­kie, szyb­kie i me­to­dyczne, gdy prze­cią­gał zgrze­błem po błysz­czą­cych bo­kach ru­maka.

Cam ob­ser­wo­wał go przez chwilę, do­ce­nia­jąc jego zręcz­ność. Le­genda o tym, że Cy­ga­nie naj­le­piej zaj­mują się końmi, nie była zmy­ślona. Ro­mo­wie trak­to­wali ko­nie jak to­wa­rzy­szy, zwie­rzęta po­ezji i he­ro­izmu. Puka ak­cep­to­wał obec­ność Mer­ri­pena z sza­cun­kiem, któ­rego nie oka­zy­wał zbyt wielu lu­dziom.

- Czego chcesz? - za­py­tał Mer­ri­pen, na­wet na Cama nie pa­trząc.

Cam wszedł do otwar­tego boksu le­ni­wym kro­kiem i uśmiech­nął się, gdy Puka po­chy­lił łeb i szturch­nął go w pierś.

- Nie, chłop­cze... żad­nego cu­kru. - Po­kle­pał mu­sku­larny kark. Rę­kawy miał pod­wi­nięte do łokci; na jego przed­ra­mie­niu wid­niał ta­tuaż przed­sta­wia­jący czar­nego la­ta­ją­cego ko­nia. Cam nie pa­mię­tał, skąd go ma... Był tam od za­wsze, z po­wo­dów, któ­rych jego babka mu nie ob­ja­śniła.

Ry­su­nek od­wzo­ro­wy­wał le­gen­dar­nego ir­landz­kiego wierz­chowca, pukę, za­ra­zem zło­wro­gie i szla­chetne stwo­rze­nie, które mó­wiło ludz­kim gło­sem i prze­miesz­czało się no­cami na sze­roko roz­po­star­tych skrzy­dłach. We­dług le­gendy puka po­ja­wiał się nie­za­po­wie­dziany pod oknami lu­dzi o pół­nocy i za­bie­rał ich na prze­jażdżki, które na za­wsze od­mie­niały ich ży­cie.

Cam ni­gdy nie wi­dział u ni­kogo po­dob­nego sym­bolu. Do czasu, gdy spo­tkał Mer­ri­pena, który zo­stał nie­dawno ranny w po­ża­rze. Gdy le­czyli jego opa­rze­nia, od­kryli na ra­mie­niu ta­tuaż.

To spro­wo­ko­wało Cama do ko­lej­nych py­tań.

Zo­ba­czył, że Mer­ri­pen ukrad­kiem spo­gląda na jego rękę.

- Co można po­my­śleć o Ro­mie, no­szą­cym ir­landzki sym­bol? - za­py­tał Cam.

- W Ir­lan­dii też są Ro­mo­wie, to nic ta­kiego.

- Ten ta­tuaż skrywa ta­jem­nicę - oznaj­mił spo­koj­nie Cam. - Ni­gdy wcze­śniej ta­kiego nie wi­dzia­łem. Ty masz taki sam. A ze zdu­mie­nia Ha­tha­wayów tym fak­tem wnio­skuję, że bar­dzo się sta­ra­łeś, by go ukryć. Dla­czego, phral?

- Nie na­zy­waj mnie tak.

- Je­steś czę­ścią ro­dziny Ha­tha­wayów od dzie­ciń­stwa. A ja się wże­ni­łem. To czyni nas braćmi, nie­praw­daż?

Je­dyną od­po­wie­dzią było po­gar­dliwe spoj­rze­nie.

Cam czer­pał per­wer­syjną przy­jem­ność z przy­ja­ciel­skiego trak­to­wa­nia Roma, który tak otwar­cie nim gar­dził. Ro­zu­miał do­sko­nale, co było źró­dłem wro­go­ści Mer­ri­pena. Nowy męż­czy­zna w ro­dzi­nie, vitsa, kom­pli­ko­wał sy­tu­ację, jego sta­tus po­wi­nien być niż­szy. Cam, obcy, który wkro­czył znie­na­cka i z mar­szu prze­jął rolę głowy ro­dziny, był po pro­stu nie do znie­sie­nia. Nie po­ma­gał także fakt, że Cam był po­sh­ram, mie­szań­cem zro­dzo­nym ze związku Cy­ganki i ir­landz­kiego ga­dzia. A co gor­sza, był do tego wszyst­kiego za­możny, co ucho­dziło za praw­dziwą hańbę w oczach każ­dego Roma.

- Dla­czego go ukry­wa­łeś? - za­py­tał Cam.

Mer­ri­pen prze­rwał szczot­ko­wa­nie ko­nia i po­słał mu zimne, mroczne spoj­rze­nie.

- Po­wie­dziano mi, że to znak klą­twy. W dniu, w któ­rym od­kryję, co ten ry­su­nek ozna­cza, umrę ja lub ktoś mi bli­ski.

Cam nic po so­bie nie po­ka­zał, ale po­czuł na karku dreszcz nie­po­koju.

- Kim ty je­steś, Mer­ri­pen? - za­py­tał ci­cho.

Po­stawny Rom wró­cił do pracy.

- Ni­kim.

- By­łeś kie­dyś czę­ścią ple­mie­nia. Mu­sia­łeś mieć ro­dzinę.

- Ojca nie pa­mię­tam. Matka zmarła przy moim po­ro­dzie.

- Tak jak moja. Wy­cho­wy­wała mnie babka.

Zgrze­bło za­sty­gło w bez­ru­chu. Ża­den z nich się nie po­ru­szył. W stajni za­pa­dła mar­twa ci­sza, sły­chać było tylko po­chra­py­wa­nie koni.

- Mnie wy­cho­wy­wał wuj. Na asha­ribe.

- Aha. - Cam nie po­ka­zał po so­bie współ­czu­cia, które wy­peł­niło jego wnę­trze.

Nic dziw­nego, że Mer­ri­pen tak do­brze wal­czył. Nie­które cy­gań­skie ple­miona wy­bie­rały naj­sil­niej­szych chłop­ców i przy­uczały ich do walk na gołe pię­ści, wy­sta­wia­jąc ich prze­ciwko so­bie na jar­mar­kach i w za­jaz­dach. Ga­pie ob­sta­wiali wy­niki. Nie­któ­rzy z tych chłop­ców do­zna­wali trwa­łych uszczerb­ków, inni gi­nęli. A tych, któ­rzy prze­trwali, da­lej za­pra­wiano w bo­jach, aby stali się wo­jow­ni­kami.

- Cóż, to by tłu­ma­czyło twój słodki cha­rak­ter - za­drwił Cam. - To dla­tego zde­cy­do­wa­łeś się zo­stać z Ha­tha­way­ami po tym, jak cię przy­gar­nęli? Bo nie chcia­łeś już dłu­żej żyć jak asha­ribe?

- Tak.

- Kła­miesz, phral - po­wie­dział Cam, przy­pa­tru­jąc się mu uważ­nie. - Zo­sta­łeś z in­nego po­wodu. - Ru­mie­niec na twa­rzy Mer­ri­pena zdra­dził mu prawdę. - Zo­sta­łeś dla niej - do­dał ci­cho.

Roz­dział 2

Dwa­na­ście lat wcze­śniej

Nie było w nim do­bra. Ani ła­god­no­ści. Od ma­łego spał na twar­dej ziemi, jadł nie­wy­szu­kaną strawę, pił zimną wodę i na roz­kaz bił się z in­nymi chłop­cami. Je­śli od­mó­wił wzię­cia udziału w walce, bił go jego wu­jek, rom baro, przy­wódca klanu. Nie miał matki, która by się za nim wsta­wiła, ani ojca, który mógłby sta­nąć na dro­dze su­ro­wym ka­rom rom baro. Nikt ni­gdy nie do­ty­kał go ina­czej niż z nie­na­wi­ścią. Eg­zy­sto­wał po to, by wal­czyć, kraść i wy­stę­po­wać prze­ciwko ga­dziom.

Więk­szość Cy­ga­nów nie da­rzyła nie­na­wi­ścią bla­dych, zie­mi­stych An­gli­ków, któ­rzy miesz­kali w schlud­nych do­mach, no­sili ze­garki w kie­sze­niach i czy­tali książki przy ko­minku. Nie ufali im tylko. Ale ple­mię Keva po­gar­dzało ga­dziami, bo po­gar­dzał nimi rom baro. A ka­prysy, prze­ko­na­nia i upodo­ba­nia wo­dza stają się two­imi.

Tam, gdzie ple­mię rom baro roz­kła­dało obóz, wy­rzą­dzało za­zwy­czaj tyle szkód i cier­pie­nia, że osta­tecz­nie ga­dzio­wie zde­cy­do­wali się wy­gnać je ze swo­jej ziemi. An­glicy przy­byli na ko­niach, pod bro­nią. Strze­lali, bili pałką. Śpią­cych Ro­mów za­ata­ko­wano w ich wła­snych łóż­kach, ko­biety i dzieci krzy­czały i pła­kały. Obóz zo­stał zbu­rzony, miesz­kańcy wy­gnani, a wozy vardo pod­pa­lone. Ga­dzio­wie ukra­dli też ko­nie.

Kev pró­bo­wał z nimi wal­czyć, bro­nić swo­jej vitsa, ale otrzy­mał cios w głowę ciężką kolbą strzelby. Ktoś inny dźgnął go ba­gne­tem. Ple­mię po­rzu­ciło go na pewną śmierć. Le­żał sam, pół­przy­tomny, na brzegu rzeki i przy­słu­chi­wał się szem­rzą­cej wo­dzie, czu­jąc pod sobą chłód twar­dej, mo­krej ziemi, mgli­ście świa­domy tego, że jego krew wsiąka w zie­mię cie­płymi stru­my­kami. Cze­kał bez stra­chu na wiel­kie koło, które prze­to­czy go w ciem­ność. Nie miał po co żyć.

Gdy jed­nak Po­ra­nek wy­szedł na spo­tka­nie swo­jej sio­stry Nocy, Kev po­czuł, że ktoś go pod­nosi i umiesz­cza na ma­łym, wiej­skim wo­zie. Zna­lazł go ga­dzio, który po­pro­sił miej­sco­wego chłopca, aby po­mógł mu od­wieźć umie­ra­ją­cego Roma do jego domu.

Po raz pierw­szy w ży­ciu Kev zna­lazł się pod da­chem cze­goś in­nego niż vardo. Czuł się roz­darty po­mię­dzy za­cie­ka­wie­niem tym ob­cym oto­cze­niem a gnie­wem na ga­dzia, przez któ­rego bę­dzie umie­rać w upo­ko­rze­niu w domu. Kev był jed­nak zbyt słaby, czuł zbyt wiele bólu, aby choć kiw­nąć pal­cem w swo­jej obro­nie.

Po­kój, który za­jął, był nie­wiele więk­szy od koń­skiego boksu, stały w nim łóżko i krze­sło. Były po­szewki, po­duszki, opra­wione ro­bótki na ścia­nach, ozdo­biona ko­ra­li­kami i frędz­lami lampa. Gdyby Kev nie był tak chory, osza­lałby w tym prze­ła­do­wa­nym, ma­łym wnę­trzu.

Ga­dzio, który go tu przy­niósł... Ha­tha­way... był wy­so­kim, szczu­płym męż­czy­zną z ja­snymi, żół­tymi wło­sami. Jego ła­god­ność i wstrze­mięź­li­wość wzbu­dzały w Ke­vie wro­gość. Dla­czego Ha­tha­way go oca­lił? Czego mógł chcieć od cy­gań­skiego chłopca? Kev nie chciał z nim roz­ma­wiać i od­mó­wił przyj­mo­wa­nia le­ków. Od­rzu­cał każdy przy­ja­zny gest. Nic nie za­wdzię­czał temu Ha­tha­way­owi. Nie chciał zo­stać oca­lony, nie chciał żyć. Le­żał więc w mil­cze­niu i wzdra­gał się, ile­kroć męż­czy­zna zmie­niał mu opa­tru­nek.

Kev prze­mó­wił tylko raz, gdy Ha­tha­way za­py­tał o jego ta­tuaż.

- Co to za znak?

- To klą­twa - wy­du­sił Kev przez za­ci­śnięte zęby. - Nie mów o tym ni­komu, albo spad­nie także na cie­bie.

- Ro­zu­miem. - Męż­czy­zna miał miły głos. - Do­trzy­mam two­jej ta­jem­nicy. Ale po­wiem ci, że jako ra­cjo­na­li­sta nie wie­rzę w prze­sądy. Klą­twa ma tylko tyle mocy, ile jej przy­da­jemy.

Głupi ga­dzio, po­my­ślał Kev. Wszy­scy wie­dzieli, że ten, kto za­prze­cza klą­twie, ściąga na sie­bie nie­szczę­ście.

Do­mo­stwo było ha­ła­śliwe, pełne dzieci. Kev sły­szał je przez za­mknięte drzwi po­koju, w któ­rym go umiesz­czono. Było jed­nak coś jesz­cze... czy­jaś ni­kła, słodka obec­ność. Uno­siła się w po­wie­trzu, tuż za ścianą, poza jego za­się­giem. A on tę­sk­nił za nią, pra­gnął jej, bo nio­sła wy­ba­wie­nie od mroku, go­rączki i bólu.

W zgiełku sprze­cza­ją­cych się, śmie­ją­cych i śpie­wa­ją­cych dzieci sły­szał szmer, który wy­wo­ły­wał u niego gę­sią skórkę. Dziew­częcy głos. Uro­czy, ko­jący. Chciał, aby ona do niego przy­szła. Ma­rzył o tym, gdy tak le­żał, a jego rany go­iły się z mę­czącą po­wol­no­ścią. Przyjdź do mnie...

Ona jed­nak ni­gdy się nie zja­wiła. Je­dy­nymi oso­bami, które go od­wie­dzały byli Ha­tha­way i jego żona, sym­pa­tyczna, lecz nie­ufna ko­bieta, która przy­pa­try­wała się Ke­vowi jak dzi­kiemu zwie­rzątku, które od­na­la­zło drogę do cy­wi­li­zo­wa­nego domu. A on za­cho­wy­wał się od­po­wied­nio, war­cząc i pry­cha­jąc, ile­kroć ktoś się do niego zbli­żył. Gdy tylko od­zy­skał siły, umył się w mi­sce cie­płej wody, którą zo­sta­wili mu w po­koju. Nie jadł przy nich, lecz cze­kał, aż zo­sta­wią tacę przy jego łóżku. Cała jego siła woli kon­cen­tro­wała się na tym, aby wy­zdro­wieć na tyle, by móc uciec.

Kilka razy przez szparę uchy­lo­nych drzwi do po­koju za­glą­dały dzieci - dwie małe dziew­czynki o imio­nach Poppy i Be­atrix, które chi­cho­tały i pisz­czały, gdy na nie war­czał. Była także star­sza córka, Ame­lia, która pa­trzyła na niego z taką samą dozą scep­ty­cy­zmu jak jej matka. I wy­soki, nie­bie­sko­oki chło­piec, Leo, który nie mógł być wiele star­szy od Keva.

- Chcę ci coś wy­ja­śnić - oznaj­mił chło­pak od progu ci­chym gło­sem. - Nikt tu­taj nie chce wy­rzą­dzić ci krzywdy. Mo­żesz stąd odejść, gdy tylko od­zy­skasz siły. - Spoj­rzał na Keva po­sęp­nym, go­rącz­ko­wym wzro­kiem. - Mój oj­ciec to do­bry czło­wiek. Sa­ma­ry­ta­nin. Ja nie. Więc na­wet nie myśl o skrzyw­dze­niu czy ob­ra­że­niu ko­go­kol­wiek z Ha­tha­wayów, bo bę­dziesz miał ze mną do czy­nie­nia.

Ke­vowi spodo­bały się te słowa. Na tyle, aby lekko ski­nął Leo głową. Rzecz ja­sna, gdyby był zdrowy, z ła­two­ścią po­ko­na­łby chło­paka, po­słałby go na zie­mię krwa­wią­cego i po­ła­ma­nego. Kev za­czął jed­nak wie­rzyć, że ta dzi­waczna ro­dzinka nie wy­rzą­dzi mu krzywdy. I nic od niego nie chce. Dają mu tylko schro­nie­nie i opiekę, jak bez­pań­skiemu psu. A w za­mian nie ocze­kują ni­czego.

To jed­nak nie umniej­szało jego po­gardy dla nich i dla ich ab­sur­dal­nie mięk­kiego, wy­god­nego świata. Nie­na­wi­dził ich wszyst­kich pra­wie tak bar­dzo, jak nie­na­wi­dził sie­bie. Był wo­jow­ni­kiem, zło­dzie­jem pła­wią­cym się w prze­mocy i oszu­stwie. Nie wi­dzieli tego? Wy­da­wali się w ogóle nie poj­mo­wać, jak wiel­kie za­gro­że­nie spro­wa­dzili do swo­jego domu.

Po ty­go­dniu go­rączka Keva spa­dła, a jego rana za­skle­piła się na tyle, aby mógł się po­ru­szać. Wie­dział, że musi odejść, za­nim sta­nie się coś strasz­nego, za­nim coś zrobi. Pew­nego ranka obu­dził się więc wcze­śnie i ubrał się po­woli w to, co mu po­da­ro­wano, a co kie­dyś na­le­żało do Leo.

Każdy ruch po­wo­do­wał cier­pie­nie, ale Kev igno­ro­wał dud­nie­nie w gło­wie i pa­lący ból w ple­cach. Wło­żył do kie­szeni nóż i wi­de­lec z tacy, oga­rek świecy i skra­wek my­dła. Do po­koju wpa­dły przez małe okno pierw­sze pro­mie­nie słońca. Oni wkrótce wstaną. Kev ru­szył do drzwi, czu­jąc za­wroty głowy i opadł w omdle­niu na ma­te­rac. Dy­sząc ciężko, spró­bo­wał się pod­nieść.

Roz­le­gło się pu­ka­nie. Roz­chy­lił wargi, aby wark­nąć na in­truza.

- Mogę wejść? - usły­szał miękki, dziew­częcy głos.

Prze­kleń­stwo za­marło mu na ustach. Jego zmy­sły osza­lały. Za­mknął oczy, od­dy­chał ciężko i cze­kał.

To ty. Przy­szłaś.

Na­resz­cie.

- Tak długo by­łeś sam - po­wie­działa, pod­cho­dząc do niego - że po­my­śla­łam, że po­trzebne ci to­wa­rzy­stwo. Mam na imię Win­ni­fred.

Kev sy­cił się jej za­pa­chem i gło­sem, jego serce tłu­kło się w piersi. Ostroż­nie uło­żył się na ple­cach, igno­ru­jąc prze­szy­wa­jący ból. Otwo­rzył oczy.

Był prze­ko­nany, że żadna An­gielka nie może się rów­nać z Cy­gan­kami. Ale ona była nie­zwy­kła, jak istota nie z tego świata, blada jak świa­tło księ­życa, ze srebr­nymi wło­sami i twa­rzą, na któ­rej ma­lo­wała się czuła po­waga. Była słodka, nie­winna i de­li­katna. Była wszyst­kim, czym on nie mógł być. Całe jego je­ste­stwo za­re­ago­wało na nią tak gwał­tow­nie, że wy­cią­gnął dło­nie i schwy­cił ją z ci­chym po­mru­kiem.

Wy­dała stłu­miony okrzyk, ale nie po­ru­szyła się. Kev wie­dział, że nie po­wi­nien jej do­ty­kać. Nie znał ła­god­no­ści. Skrzyw­dziłby ją, na­wet się o to nie sta­ra­jąc. A jed­nak roz­luź­niła się pod jego do­ty­kiem i spoj­rzała na niego swymi spo­koj­nymi, nie­bie­skimi oczami.

Dla­czego się go nie bała? Wła­ści­wie to on bał się o nią, bo wie­dział, do czego jest zdolny.

Nie­świa­do­mie przy­cią­gał ją co­raz bli­żej. Czuł tylko, że część jej cię­żaru opiera się na nim, a jego palce wbi­jają się w mięk­kie ciało jej ra­mion.

- Puść - po­wie­działa ła­god­nie.

Nie chciał tego. Ni­gdy. Pra­gnął tu­lić ją do sie­bie, roz­pu­ścić jej war­kocz i prze­cze­sy­wać pal­cami jej ja­sne, je­dwa­bi­ste włosy. Chciał ją unieść ze sobą na krańce ziemi.

- Jak cię pusz­czę - mruk­nął - to zo­sta­niesz?

De­li­katne wargi wy­gięły się w słod­kim, roz­kosz­nym uśmie­chu.

- Głup­ta­sie, oczy­wi­ście, że zo­stanę. Prze­cież przy­szłam cię od­wie­dzić.

Po­woli roz­luź­nił uścisk. My­ślał, że uciek­nie, ale zo­stała.

- Po­łóż się - po­le­ciła. - Dla­czego je­steś już ubrany? - Otwarła sze­roko oczy. - Och, nie mo­żesz odejść, do­póki cał­kiem nie wy­zdro­wie­jesz.

Nie mu­siała się mar­twić. Prze­stał pla­no­wać ucieczkę w chwili, gdy ją zo­ba­czył. Uło­żył się wy­god­nie na po­dusz­kach i nie spusz­czał z niej oczu, gdy sia­dała na krze­śle. Miała na so­bie ró­żową su­kienkę. Jej brzegi, de­kolt i rę­kawki były ozdo­bione marsz­cze­niami.

- Jak masz na imię? - za­py­tała.

Kev nie­na­wi­dził mó­wić. Nie­na­wi­dził roz­ma­wiać. Ale był go­tów na wszystko, aby ją przy so­bie za­trzy­mać.

- Mer­ri­pen.

- To twoje imię?

Po­trzą­snął głową.

- A zdra­dzisz mi swoje imię?

Nie mógł. Rom mógł dzie­lić się tą wie­dzą tylko z in­nymi Ro­mami.

- Zdradź cho­ciaż pierw­szą li­terę - po­pro­siła.

Kev wpa­try­wał się w nią w zdu­mie­niu.

- Nie znam zbyt wielu cy­gań­skich imion. Luca? Marko? Ste­fan?

Kev zro­zu­miał na­gle, że ona pró­buje go roz­ba­wić. Kpi so­bie z niego. Nie wie­dział, jak na to za­re­ago­wać. Za­zwy­czaj, gdy ktoś z niego kpił, otrzy­my­wał mocny cios pro­sto w twarz.

- Któ­re­goś dnia mi po­wiesz - oznaj­miła, uśmie­cha­jąc się lekko. Po­ru­szyła się, chcąc wstać z krze­sła, a wtedy ręka Keva wy­strze­liła do przodu i chwy­ciła jej ra­mię. Na jej twa­rzy bły­snęło za­sko­cze­nie.

- Po­wie­dzia­łaś, że zo­sta­niesz - rzu­cił szorstko.

Win wolną ręką do­tknęła tej, która za­ci­snęła się na jej nad­garstku.

- Zo­stanę. Uspo­kój się, Mer­ri­pen. Przy­niosę nam tylko ka­na­pki i her­batę. Puść mnie. Za­raz wrócę. - Jej dłoń była lekka i cie­pła, gdy ocie­rała się o jego rękę. - Zo­stanę cały dzień, je­śli tylko chcesz.

- Nie po­zwolą ci.

- Oczy­wi­ście, że po­zwolą. - Wy­swo­bo­dziła się, de­li­kat­nie od­gi­na­jąc jego palce. - Nie de­ner­wuj się tak. Mój Boże, a ja my­śla­łam, że Cy­ga­nie z za­sady są we­seli.

Pra­wie się uśmiech­nął.

- Mia­łem ciężki ty­dzień - po­wie­dział po­nuro.

- Tak, wi­dzę. Jak od­nio­słeś rany?

- Ga­dzio­wie za­ata­ko­wali moje ple­mię. Mogą tu po mnie przyjść. - Na­dal wpa­try­wał się w nią wy­głod­nia­łym wzro­kiem, ale zmu­sił się, aby ją pu­ścić. - Nie je­stem tu bez­pieczny. Mu­szę odejść.

- Nikt się nie od­waży cię stąd za­brać. Mój oj­ciec jest bar­dzo sza­no­wa­nym czło­wie­kiem. Na­ukow­cem. - Wi­dząc scep­tyczne spoj­rze­nie Mer­ri­pena, do­dała: - Pióro jest sil­niej­sze od mie­cza.

Tak mógłby po­wie­dzieć tylko ga­dzio. Prze­cież nie miało to naj­mniej­szego sensu.

- Lu­dzie, któ­rzy w ze­szłym ty­go­dniu za­ata­ko­wali moją vitsa, nie byli uzbro­jeni w pióra.

- Bie­dac­two - po­wie­działa ze współ­czu­ciem. - Tak mi przy­kro. Twoje rany mu­siały się za­ognić od tego wier­ce­nia się. Przy­niosę ci le­kar­stwo.

Ni­gdy wcze­śniej nikt nie oka­zy­wał Ke­vowi współ­czu­cia. Nie po­do­bało mu się to. Ura­żało jego dumę.

- I tak go nie we­zmę. Le­kar­stwa ga­dziów nie dzia­łają. Je­śli je przy­nie­siesz, wrzucę je do...

- Do­brze. Nie eks­cy­tuj się tak. Je­stem prze­ko­nana, że to ci szko­dzi. - Po­de­szła do drzwi, a Kev po­czuł sza­loną de­spe­ra­cję. Był pe­wien, że ona nie wróci. A tak bar­dzo pra­gnął jej obec­no­ści. Gdyby tylko miał siłę, wy­sko­czyłby z łóżka i znów ją zła­pał. Ale nie był w sta­nie. Od­pro­wa­dził ją więc po­nu­rym spoj­rze­niem i mruk­nął:

- A idź so­bie. Niech cię dia­bli.

Win­ni­fred przy­sta­nęła w progu i spoj­rzała na niego przez ra­mię z za­gad­ko­wym uśmie­chem.

- Ależ ty je­steś prze­korny i za­gnie­wany. Wrócę z her­batą, ka­nap­kami i książką, i zo­stanę tak długo, jak bę­dzie trzeba, że­byś się uśmiech­nął.

- Ja się nie uśmie­cham.

Ku jego zdu­mie­niu Win wró­ciła. Spę­dziła z nim więk­szość dnia, czy­ta­jąc mu ja­kąś nudną, roz­wle­kłą hi­sto­rię, która na­peł­niła go sen­nym za­do­wo­le­niem. Nic, ani mu­zyka, ani szum drzew w le­sie, ani śpiew pta­ków nie spra­wiły mu ni­gdy tyle ra­do­ści, co jej de­li­katny głos. Cza­sami za­glą­dał do nich inny czło­nek jej ro­dziny, ale Kev już na nich nie war­czał. Wy­peł­niał go spo­kój, po raz pierw­szy, od­kąd się­gał pa­mię­cią. Nie po­tra­fił nie­na­wi­dzić, gdy był tak bli­ski szczę­ścia.

Na­stęp­nego dnia Ha­tha­way­owie prze­nie­śli go do głów­nego po­miesz­cze­nia w domu, sa­lo­niku, za­sta­wio­nego znisz­czo­nymi me­blami. Każda wolna po­wierzch­nia po­kryta była szki­cami, ro­bót­kami ręcz­nymi i sto­sami ksią­żek. Nie można było się ru­szyć, żeby cze­goś nie prze­wró­cić.

Kev le­żał na so­fie, młod­sze dziew­czynki ba­wiły się na dy­wa­nie, pró­bu­jąc na­uczyć wie­wiórkę Be­atrix no­wych sztu­czek. Leo grał z oj­cem w sza­chy. Ame­lia i jej matka go­to­wały w kuchni obiad. A Win usia­dła przy Ke­vie, aby się za­jąć jego wło­sami.

- Masz grzywę jak dzika be­stia - sko­men­to­wała, roz­dzie­la­jąc pal­cami zmierz­wione pu­kle i de­li­kat­nie je roz­cze­su­jąc. - Nie ru­szaj się. Pró­buję spra­wić, że­byś wy­glą­dał bar­dziej cywi... Och, prze­stań się wier­cić. Nikt nie ma tak wraż­li­wej głowy.

Kev nie wier­cił się jed­nak z po­wodu splą­ta­nych wło­sów, czy grze­bie­nia. Po pro­stu nikt ni­gdy go tak długo nie do­ty­kał. Był prze­ra­żony, cały trząsł się w środku... Gdy jed­nak ro­zej­rzał się ostroż­nie po po­koju, do­strzegł, że nikt nie zwraca uwagi na to, co robi Win.

Od­chy­lił się na opar­cie z przy­mknię­tymi oczami. Grze­bień po­cią­gnął go zbyt mocno, a Win wy­mam­ro­tała prze­pro­siny i za­częła roz­cie­rać po­draż­nione miej­sce czub­kami pal­ców. Tak de­li­kat­nie. Ści­snęło go w gar­dle, a pod po­wie­kami po­czuł łzy. Po­ru­szony, oszo­ło­miony, zdła­wił w so­bie to uczu­cie. Po­zo­stał czujny, ale pa­syw­nie zga­dzał się na jej do­tyk. Pra­wie nie mógł od­dy­chać z roz­ko­szy, którą mu da­wała.

Win owi­nęła mu szyję ręcz­ni­kiem i wzięła no­życzki.

- Je­stem w tym na­prawdę do­bra - po­wie­działa, po­chy­la­jąc mu głowę i cze­sząc loki na karku. - A ty po­trze­bu­jesz cię­cia. Na two­jej gło­wie jest tyle wło­sów, że wy­star­czy­łoby na ma­te­rac.

- Uwa­żaj, chłop­cze - wtrą­cił we­soło pan Ha­tha­way. - Pa­mię­taj, co spo­tkało Sam­sona.

Kev pod­niósł głowę.

- Co?

Win znów po­pchnęła ją w dół.

- Włosy były źró­dłem siły Sam­sona - wy­ja­śniła. - Gdy Da­lila je ob­cięła, osłabł i zo­stał wzięty do nie­woli przez Fi­li­sty­nów.

- Nie czy­ta­łeś Bi­blii? - za­py­tała Poppy.

- Nie - od­parł Kev. Za­stygł w bez­ru­chu, gdy no­życzki ostroż­nie za­częły prze­rze­dzać gę­ste fale na jego karku.

- Je­steś po­ga­ni­nem?

- Tak.

- Ta­kim, co zjada lu­dzi? - za­py­tała Be­atrix z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem.

Win od­po­wie­działa sio­strze, za­nim Kev zdo­łał to zro­bić.

- Nie, Be­atrix. Można być po­ga­ni­nem bez by­cia ka­ni­ba­lem.

- Ale Cy­ga­nie je­dzą jeże - stwier­dziła Be­atrix. - A to jest rów­nie złe jak zja­da­nie lu­dzi. Jeże też mają uczu­cia, wie­cie? - Prze­rwała, ob­ser­wu­jąc opa­da­jący na pod­łogę ciężki lok. - Jaki ładny! - krzyk­nęła. - Mogę go wziąć, Win?

- Nie - rzu­cił po­nuro Mer­ri­pen.

- A dla­czego?

- Ktoś mógłby go użyć, aby rzu­cić zły urok. Albo mi­ło­sne za­klę­cie.

- Ja ni­gdy bym tego nie zro­biła - przy­znała z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią Be­atrix. - Chcia­ła­bym nim wy­mo­ścić gniazdo.

- Nie, ko­cha­nie - po­wie­działa spo­koj­nie Win. - Je­śli to nie­po­koi na­szego przy­ja­ciela, twoje zwie­rzątka będą mu­siały zna­leźć coś in­nego do mosz­cze­nia gniazda. - No­życzki kon­ty­nu­owały pracę. - Czy wszy­scy Cy­ga­nie są tak prze­sądni jak ty?

- Nie. Więk­szość jest jesz­cze gor­sza.

Jej lekki śmiech po­ła­sko­tał go w ucho, a cie­pły od­dech wy­wo­łał gę­sią skórkę.

- A co by­łoby twoim zda­niem gor­sze, Mer­ri­pen... zły urok, czy mi­ło­sne za­klę­cie?

- Mi­ło­sne za­klę­cie - od­parł bez wa­ha­nia.

Z ja­kie­goś po­wodu cała ro­dzina za­częła się śmiać. Mer­ri­pen zmie­rzył ich złym wzro­kiem, ale nie zna­lazł w nich drwiny, tylko przy­ja­ciel­skie roz­ba­wie­nie.

W mil­cze­niu przy­słu­chi­wał się ich roz­mo­wom, gdy Win ob­ci­nała mu włosy. Była to naj­dziw­niej­sza kon­wer­sa­cja, ja­kiej kie­dy­kol­wiek był świad­kiem - dziew­częta swo­bod­nie dys­ku­to­wały z bra­tem i oj­cem. Zmie­niali te­maty, de­ba­to­wali nad pro­ble­mami, które ich w ogóle nie do­ty­czyły, i sy­tu­acjami, które nie miały na nich bez­po­śred­niego wpływu. To wszystko nie miało sensu, ale oni wy­da­wali się do­sko­nale ba­wić.

Nie miał do­tych­czas po­ję­cia, że tacy lu­dzie ist­nieją. I nie po­tra­fił zgad­nąć, jak udało im się tak długo prze­trwać.

Ha­tha­way­owie byli na­iwni, eks­cen­tryczni, pełni ra­do­ści i po­chło­nięci książ­kami, mu­zyką i sztuką. Miesz­kali w roz­pa­da­ją­cym się domku, ale za­miast re­pe­ro­wać fu­tryny i dziury w da­chu, oni ho­do­wali róże i pi­sali po­ezje. Je­śli uła­mała się noga krze­sła, wkła­dali pod nią na­rę­cze ksią­żek. Ich prio­ry­tety były dla Keva za­gadką. Za­sko­czyli go jesz­cze bar­dziej, gdy po tym, jak wy­le­czyli jego rany, za­pro­sili go, aby z nimi za­miesz­kał.

- Mo­żesz zo­stać, jak długo ze­chcesz - oznaj­mił mu pan Ha­tha­way - choć po­dej­rze­wam, że pew­nego dnia za­pra­gniesz nas opu­ścić i udać się na po­szu­ki­wa­nia swego ple­mie­nia.

Ke­vin nie miał już jed­nak ple­mie­nia. Zo­sta­wili go na pewną śmierć. To była od te­raz jego przy­stań.

Za­czął zaj­mo­wać się rze­czami, na które Ha­tha­way­owie nie zwra­cali uwagi - ła­tał dziury w su­fi­cie i bu­twie­jące belki pod ko­mi­nem. Bał się wy­so­ko­ści, ale uło­żył na da­chu nowe da­chówki. Za­jął się ko­niem i krową, do­glą­dał wa­rzyw­nych grzą­dek i na­wet na­pra­wiał im buty. Wkrótce pani Ha­tha­way za­częła po­wie­rzać mu pie­nią­dze, za które ro­bił w wio­sce za­kupy.

Tylko raz jego obec­ność w chatce Ha­tha­wayów zo­stała pod­dana w wąt­pli­wość, gdy przy­ła­pano go na bójce z wiej­skimi chło­pa­kami.

Pani Ha­tha­way prze­ra­ziła się na wi­dok jego po­obi­ja­nej twa­rzy i krwa­wią­cego nosa, i za­żą­dała, aby po­wie­dział jej, co się wy­da­rzyło.

- Po­sła­łam cię po ser, a wra­casz z pu­stymi rę­kami w ta­kim sta­nie - krzy­czała. - Co zro­bi­łeś?

Kev się nie tłu­ma­czył, stał ci­cho z po­nurą twa­rzą w progu, gdy ona go gro­miła.

- Nie będę to­le­ro­wać prze­mocy pod moim da­chem. Je­śli nie chcesz wy­ja­śnić mi, co się wy­da­rzyło, za­bierz swoje rze­czy i odejdź.

Za­nim jed­nak Kev zdo­łał prze­mó­wić, do domu we­szła Win.

- Nie, mamo - po­wie­działa spo­koj­nie. - Ja wiem, co się stało. Moja przy­ja­ciółka Laura wszystko mi opo­wie­działa. Jej brat tam był. Mer­ri­pen bro­nił na­szej ro­dziny. Dwaj chłopcy gło­śno mio­tali obe­lgi na Ha­tha­wayów i Mer­ri­pen ich za to zbił.

- Ja­kiego ro­dzaju obe­lgi? - za­py­tała zdu­miona pani Ha­tha­way.

Kev wpa­try­wał się w pod­łogę, za­ci­ska­jąc pię­ści.

Win nie bała się prawdy.

- Kry­ty­kują na­szą ro­dzinę, bo przy­gar­nę­li­śmy Roma. Nie­któ­rym miesz­kań­com wio­ski się to nie po­doba. Boją się, że Mer­ri­pen ich okrad­nie, rzuci na nich klą­twę, i tego typu non­sensy. Ob­wi­niają nas, bo go przy­gar­nę­li­śmy.

Kev drżał, wstrzą­sany par­ko­sy­zmami gniewu. A jed­no­cze­śnie prze­peł­niało go uczu­cie po­rażki. Był dla tej ro­dziny cię­ża­rem. Nie mógł żyć wśród ga­dziów, nie wy­wo­łu­jąc kon­flik­tów.

- Odejdę - po­wie­dział. To naj­lep­sze, co mógł zro­bić.

- Do­kąd? - za­py­tała Win za­ska­ku­jąco ostrym gło­sem, jakby sama wzmianka o jego odej­ściu ją zi­ry­to­wała. - Tu jest twoje miej­sce. Nie masz do­kąd pójść.

- Je­stem Ro­mem - od­parł zwy­czaj­nie. Jego miej­sce było wszę­dzie i ni­g­dzie.

- Nie ma mowy o odej­ściu - oznaj­miła pani Ha­tha­way. - Na pewno nie z po­wodu wiej­skich zbi­rów. Jaki przy­kład da­ła­bym swoim dzie­ciom, gdy­bym po­zwo­liła zwy­cię­żyć igno­ran­cji i nik­czem­no­ści? Nie, zo­sta­niesz. Nie można po­stą­pić ina­czej. Ale nie wolno ci się bić, Mer­ri­pen. Igno­ruj ich, a w końcu stracą za­in­te­re­so­wa­nie.

Głu­pie sen­ty­menty ga­dziów. Igno­ro­wa­nie ni­gdy nie od­no­siło skutku. Naj­szyb­szy spo­sób, aby uci­szyć prze­śla­dowcę, to zbić go na kwa­śne jabłko.

Do roz­mowy włą­czył się nowy głos.

- Je­śli zo­sta­nie - za­uwa­żył Leo, wcho­dząc do kuchni - bę­dzie mu­siał się bić, mamo.

Leo wy­glą­dał rów­nie źle jak Kev - miał pod­bite oko i roz­ciętą wargę. Uśmiech­nął się krzywo do matki i sióstr, a po­tem spoj­rzał na Keva.

- Obi­łem jed­nego czy dwóch, któ­rych ty prze­ga­pi­łeś - wy­ja­śnił.

- Moje bie­dac­two - po­wie­działa z roz­pa­czą pani Ha­tha­way, bio­rąc w dłoń rękę syna, po­si­nia­czoną i krwa­wiącą w miej­scu, w któ­rym kły­kieć mu­siał się ze­tknąć z czy­imś zę­bem. - To dło­nie stwo­rzone do trzy­ma­nia ksią­żek, nie do walki.

- My­ślę, że ra­dzą so­bie z jed­nym i dru­gim - od­parł kpiąco Leo. Spo­waż­niał, gdy spoj­rzał na Mer­ri­pena. - Niech mnie dia­bli, je­śli po­zwolę ko­mu­kol­wiek dyk­to­wać so­bie, kto ma prawo miesz­kać w moim wła­snym domu. Tak długo jak u nas zo­sta­niesz, Mer­ri­pen, będę cię bro­nił jak brata.

- Nie chcę do­kła­dać wam zmar­twień - wy­mam­ro­tał Kev.

- To nic ta­kiego - od­parł Leo, ostroż­nie zgi­na­jąc palce. - Nie­które ide­ały są warte tego, aby się za nimi ująć.

Roz­dział 3

Ide­ały. Za­sady. Su­rowe re­alia po­przed­niego ży­cia Keva nie po­zwa­lały na­wet my­śleć o ta­kich rze­czach, ale stały kon­takt z Ha­tha­way­ami zmie­nił go - dzięki nim za­czął do­strze­gać war­to­ści wyż­sze niż tylko prze­trwa­nie. Rzecz ja­sna, ni­gdy nie zo­stałby na­ukow­cem czy dżen­tel­me­nem. Całe lata jed­nak przy­słu­chi­wał się oży­wio­nym dys­ku­sjom Ha­tha­wayów na te­mat Szek­spira, Ga­li­le­usza, prze­wagi sztuki fla­mandz­kiej nad we­necką, de­mo­kra­cji, mo­nar­chii i teo­kra­cji. Na­uczył się czy­tać, przy­swoił so­bie ła­cinę i kilka fran­cu­skich słów. Zmie­nił się w ko­goś, kogo jego ple­mię by nie po­znało.

Nie my­ślał o pań­stwu Ha­tha­way w ka­te­go­riach ro­dzi­ców, ale zro­biłby dla nich wszystko. Nie było w nim pra­gnie­nia, aby na­wią­zy­wać bli­skie re­la­cje z in­nymi ludźmi. To wy­ma­ga­łoby znacz­nie wię­cej za­ufa­nia i in­tym­no­ści, niż w so­bie znaj­do­wał. Ale na­prawdę za­le­żało mu na gro­madce Ha­tha­wayów, na­wet na Leo. I była jesz­cze Win, za którą Kev od­dałby ży­cie po ty­siąc­kroć.

Ni­gdy nie ośmie­liłby się zhań­bić jej swoim do­ty­kiem, czy za­kła­dać, że może za­jąć w jej sercu ja­kieś inne miej­sce niż tylko opie­kuna.

Była zbyt do­sko­nała, zbyt wy­jąt­kowa. Sta­wała się ko­bietą, a jej piękno urze­kało każ­dego męż­czy­znę w hrab­stwie.

Obcy po­strze­gali Win jako lo­dową dzie­wicę, upo­rząd­ko­waną, nie­wzru­szoną sa­wantkę. Nie­wiele wie­dzieli o jej in­te­li­gent­nym po­czu­ciu hu­moru i cie­ple, które prze­bi­jało przez jej ide­alną fa­sadę. Nie wi­dzieli, jak uczyła Poppy ka­dryla, aż obie opa­dły na pod­łogę, po­kła­da­jąc się ze śmie­chu. Nie wi­dzieli, jak po­lo­wała na żaby z Be­atrix, z far­tusz­kiem peł­nym pod­ska­ku­ją­cych pła­zów. Ani jak za­baw­nie czy­tała Dic­kensa, na­śla­du­jąc całą masę gło­sów i dźwię­ków, i wy­wo­łu­jąc salwy śmie­chu u słu­cha­czy.

Kev ją ko­chał. Nie tak, jak mi­łość opi­sują ar­ty­ści i po­eci. Nie tak ba­nal­nie. Jego uczu­cie prze­kra­czało gra­nice ziemi, nieba czy na­wet pie­kła. Każda chwila bez niej była dla niego ago­nią; każda chwila z nią przy­no­siła spo­kój. Każdy do­tyk jej dłoni zo­sta­wiał na jego du­szy od­cisk. Wo­lałby się za­bić, niż do tego przy­znać. Prawda ta zo­stała jed­nak głę­boko po­grze­bana w jego sercu.

Nie wie­dział, czy Win od­wza­jem­nia jego uczu­cie. Wie­dział tylko, że tego nie chce.

- Pro­szę, pro­szę - po­wie­działa Win pew­nego dnia, gdy po wę­drówce do­liną usie­dli na tra­wie w swoim ulu­bio­nym miej­scu. - Pra­wie ci się udało.

- Co mi się pra­wie udało? - za­py­tał Kev le­ni­wie. Uło­żyli się pod kępą drzew, obok któ­rej prze­pły­wał po­roz­to­powy stru­myk, wy­sy­cha­jący la­tem. Trawa usiana była fio­le­to­wymi ze­rwami i białą wią­zówką, która na­sy­cała wil­gotne po­wie­trze za­pa­chem mig­da­łów.

- Uśmiech­nąć się. - Win unio­sła się na łok­ciach i po­tarła pal­cami jego wargi. Kev wstrzy­mał od­dech.

Z po­bli­skiej ga­łęzi wzbił się w niebo świer­go­tek, wy­da­jąc z sie­bie długi, wy­soki trel.

Sku­piona na swoim za­da­niu Win wy­gięła ką­ciki ust Keva do góry i przy­trzy­mała je tak przez chwilę.

Po­bu­dzony i roz­ba­wiony Kev prych­nął śmie­chem i od­su­nął jej dłoń.

- Po­wi­nie­neś się czę­ściej uśmie­chać - po­wie­działa Win, nie spusz­cza­jąc zeń wzroku. - Je­steś wtedy bar­dzo przy­stojny.

Była bar­dziej olśnie­wa­jąca niż słońce, jej włosy były jak kre­mowy je­dwab, usta miała lekko za­ró­żo­wione. Na pierw­szy rzut oka mo­gło się wy­da­wać, że pro­wa­dzi przy­ja­ciel­skie śledz­two, ale Kev wie­dział, że Win pró­buje od­kryć jego se­krety.

Pra­gnął po­cią­gnąć ją na trawę i przy­kryć swoim cia­łem. Już cztery lata miesz­kał z Ha­tha­way­ami. Co­raz trud­niej było mu kon­tro­lo­wać swe uczu­cia wzglę­dem Win.

- O czym my­ślisz, gdy tak na mnie pa­trzysz? - za­py­tała miękko.

- Nie mogę po­wie­dzieć.

- Czemu?

Kev po­czuł, że na jego war­gach znów błąka się uśmiech, tym ra­zem pod­szyty kpiną.

- Prze­stra­szy­ła­byś się.

- Mer­ri­pen - za­prze­czyła zde­cy­do­wa­nie - nic, co mógł­byś po­wie­dzieć czy zro­bić, mnie nie prze­stra­szy. - Zmarsz­czyła brwi. - Po­wiesz mi w końcu, jak masz na imię?

- Nie.

- Po­wiesz. Zmu­szę cię. - Za­częła uda­wać, że za­daje mu ciosy pię­ściami.

Kev chwy­cił jej szczu­płe nad­garstki i z ła­two­ścią ją obez­wład­nił. Jego ciało po­dą­żyło za dłońmi, wię­żąc Win pod sobą. To było złe, ale nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać. Unie­ru­cho­mił ją swoim cię­ża­rem, a gdy po­czuł, jak ona in­stynk­tow­nie wierci się pod nim, aby się do­pa­so­wać, spa­ra­li­żo­wała go pier­wotna przy­jem­ność. Spo­dzie­wał się walki, a ona le­żała spo­koj­nie w jego ra­mio­nach i uśmie­chała się do niego.

Mgli­ście pa­mię­tał je­den z mi­tów, któ­rych Ha­tha­way­owie byli za­go­rza­łymi wiel­bi­cie­lami... ten grecki, o Ha­de­sie, bogu pod­zie­mia, który po­rwał młodą Per­se­fonę z ukwie­co­nej łąki i po­cią­gnął ją za sobą w dół, do swo­jego mrocz­nego świata, w któ­rym mógł ją po­siąść. Sio­stry Ha­tha­way były obu­rzone lo­sem Per­se­fony, ale Kev w du­chu sym­pa­ty­zo­wał z Ha­de­sem. Kul­tura Ro­mów ide­ali­zo­wała ideę po­rwa­nia ko­biety, którą chciało się po­jąć za żonę. Po­do­bny gest po­wta­rzano przy każ­dych pra­wie kon­ku­rach.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego zo­stała ska­zana na ży­cie z Ha­de­sem w pod­zie­miach tylko dla­tego, że zja­dła kilka pe­stek gra­natu - oznaj­miła wzbu­rzona Poppy. - Nikt jej uprze­dził, ja­kie są za­sady. To nie było uczciwe. Je­stem pewna, że nic by tam nie tknęła, gdyby wie­działa, co się wy­da­rzy.

- I na­wet się nie naja­dła - do­dała zde­ner­wo­wana Be­atrix. - Ja na jej miej­scu po­pro­si­ła­bym o pud­ding albo cho­ciaż pasz­te­cik.

- Może wcale nie była nie­szczę­śliwa, że mu­siała zo­stać - za­su­ge­ro­wała Win z bły­skiem w oku. - Prze­cież Ha­des uczy­nił ją swoją kró­lową. A mit głosi, że po­sia­dał "wszyst­kie bo­gac­twa ziem­skie".

- Za­moż­ność męża - wtrą­ciła Ame­lia - nie zmie­nia faktu, że główna re­zy­den­cja Per­se­fony znaj­do­wała się w nie­cie­ka­wej lo­ka­li­za­cji. Po­my­śl­cie o trud­no­ściach, ja­kie mu­siała na­po­ty­kać, gdy chciała ją wy­na­jąć poza se­zo­nem.

Jed­no­myśl­nie zgo­dziły się, że Ha­des był okrop­nym ło­trem.

Kev jed­nak do­sko­nale ro­zu­miał, dla­czego bóg pod­zie­mia zde­cy­do­wał się po­rwać Per­se­fonę na swoją ob­lu­bie­nicę. Pra­gnął odro­biny słońca, cie­pła dla sie­bie w po­nu­rych mro­kach swego pod­ziem­nego pa­łacu.

- Człon­ko­wie two­jego ple­mie­nia, któ­rzy cię po­rzu­cili na pewną śmierć... - po­wie­działa Win, wy­ry­wa­jąc Keva z za­dumy - ...mogą znać twoje imię, a ja nie?

- Ow­szem. - Kev ob­ser­wo­wał grę świa­tła i cie­nia na jej twa­rzy. Za­sta­na­wiał się, co by po­czuł, gdyby przy­ci­snął wargi do tej de­li­kat­nej, ja­snej skóry.

Po­mię­dzy pło­wymi brwiami Win za­ry­so­wała się uro­cza zmarszczka.

- Dla­czego? Dla­czego nie chcesz mi po­wie­dzieć?

- Bo je­steś ga­dziem. - Jego ton był znacz­nie czul­szy, niż po­wi­nien.

- Twoim ga­dziem.

Serce Keva ści­snęło się bo­le­śnie. Ona nie na­le­żała do niego i ni­gdy nie bę­dzie na­le­żeć. Chyba że w jego sercu.

Prze­to­czył się nad nią i wstał.

- Czas wra­cać - rzu­cił szorstko. Wy­cią­gnął rękę, ujął jej małą dłoń i po­de­rwał ją do góry. Win wpa­dła na niego z im­pe­tem. Jej spód­nice za­trze­po­tały wo­kół jego nóg, a szczu­pły, ko­biecy kształt jej ciała do­pa­so­wał się do niego na­tu­ral­nie. De­spe­racko szu­kał siły, woli, aby ją ode­pchnąć.

- Spró­bu­jesz ich od­na­leźć, Mer­ri­pen? - za­py­tała. - Odej­dziesz ode mnie pew­nego dnia?

Ni­gdy, po­my­ślał żar­li­wie.

- Nie wiem - po­wie­dział za­miast tego.

- Je­śli to zro­bisz, pójdę za tobą. I spro­wa­dzę cię do domu.

- Wąt­pię, aby czło­wiek, któ­rego po­ślu­bisz, ci na to ze­zwo­lił.

Win uśmiech­nęła się tak, jakby usły­szała coś ab­sur­dal­nego. Od­su­nęła się i pu­ściła jego rękę. Wra­cali do Hamp­shire Ho­use w mil­cze­niu.

- To­bar? - za­py­tała Win po dłu­giej chwili. - Gar­ri­dan? Palo?

- Nie.

- Rye?

- Nie.

- Co­oper?... Stan­ley?...

- Nie.

Cała ro­dzina była dumna z Leo, który zo­stał przy­jęty do Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych w Pa­ryżu, gdzie przez dwa lata stu­dio­wał sztukę i ar­chi­tek­turę. Jego ta­lent był tak obie­cu­jący, że część cze­snego po­krył z wła­snej kie­szeni wy­bitny lon­dyń­ski ar­chi­tekt, Row­land Tem­ple, za­pra­sza­jąc Leo do od­pra­co­wa­nia długu w roli jego kre­śla­rza po po­wro­cie.

Leo wy­rósł na spo­koj­nego, ła­god­nego mło­dzieńca, ob­da­rzo­nego in­te­lek­tem i po­czu­ciem hu­moru. Jego ta­lenty i am­bi­cje były za­po­wie­dzią ko­lej­nych suk­ce­sów. Po po­wro­cie do An­glii Leo za­miesz­kał w Lon­dy­nie, aby wy­peł­nić swoje zo­bo­wią­za­nia wo­bec Tem­ple'a, czę­sto jed­nak od­wie­dzał ro­dzinę, przy oka­zji za­le­ca­jąc się do ślicz­nej, ciem­no­wło­sej Laury Dil­lard.

Pod jego nie­obec­ność Kev ro­bił, co mógł, opie­ku­jąc się Ha­tha­way­ami. A pan Ha­tha­way nie­raz pró­bo­wał po­móc Ke­vowi za­pla­no­wać przy­szłość. Roz­mowy te za każ­dym ra­zem jed­nak koń­czyły się dla nich obu ata­kiem fru­stra­cji.

- Mar­nu­jesz się tu­taj - mó­wił pan Ha­tha­way z za­nie­po­ko­joną miną.

Kev pry­chał coś w od­po­wie­dzi, ale Ha­tha­way się nie pod­da­wał.

- Mu­simy roz­wa­żyć twoją przy­szłość. I za­nim co­kol­wiek po­wiesz, po­zwól mi za­uwa­żyć, że je­stem świa­domy tego, że Ro­mo­wie żyją te­raź­niej­szo­ścią. Ale ty się zmie­ni­łeś, Mer­ri­pen. Za­sze­dłeś zbyt da­leko, aby od­rzu­cać to, co w to­bie ro­śnie.

- Chce­cie, że­bym od­szedł?

- Wiel­kie nieba, oczy­wi­ście, że nie. Mó­wi­łem ci już nie­raz, że mo­żesz zo­stać z nami tak długo, jak bę­dziesz tego chciał. Ale moim obo­wiąz­kiem jest uświa­do­mić ci, że zo­sta­jąc tu­taj, po­świę­casz wiele oka­zji do do­sko­na­le­nia się. Po­wi­nie­neś wy­je­chać w świat, tak jak Leo. Zdo­być prak­tykę w ja­kimś za­wo­dzie, na­uczyć się han­dlu, może za­cią­gnąć do ar­mii...

- I co bym z tego miał?

- Na po­czą­tek za­ro­bił­byś wię­cej, niż te marne gro­sze, które ja mogę ci pła­cić.

- Nie po­trze­buję pie­nię­dzy.

- Ale w obec­nej sy­tu­acji nie masz środ­ków na to, aby się oże­nić, ku­pić szmat ziemi...

- Nie chcę się że­nić. Ani po­sia­dać ziemi. Nikt jej nie po­siada.

- W oczach bry­tyj­skiego rządu, Mer­ri­pen, czło­wiek zde­cy­do­wa­nie może po­sia­dać zie­mię, a na niej dom.

- Na­miot sta­nie tam, gdzie upad­nie pa­łac.

- Wo­lał­bym się kłó­cić z setką uczo­nych niż z jed­nym Cy­ga­nem. Do­brze więc, zo­stawmy na ra­zie tę sprawę. Ale miej na uwa­dze, Mer­ri­pen... ży­cie to coś wię­cej niż po­dą­ża­nie za pry­mi­tyw­nymi im­pul­sami. Męż­czy­zna musi od­ci­snąć na ziemi swoje piętno.

- Dla­czego? - py­tał Kev, au­ten­tycz­nie zdu­miony.

Mniej wię­cej rok po po­wro­cie Leo z Pa­ryża ro­dzinę Ha­tha­wayów spo­tkała tra­ge­dia. Do tej pory żadne z nich nie znało praw­dzi­wego smutku, stra­chu czy żalu. Żyli w chro­nio­nym ja­kąś ma­gią ro­dzin­nym kręgu. Pew­nego wie­czoru pan Ha­tha­way za­czął jed­nak na­rze­kać na oso­bliwe, ostre bóle w piersi, co jego żona zdia­gno­zo­wała jako nie­straw­ność po wy­jąt­kowo ob­fi­tej ko­la­cji. Pan Ha­tha­way po­ło­żył się do łóżka wcze­śniej, z po­sza­rzałą twa­rzą. Na­stęp­nego ranka po­grą­żona w łzach pani Ha­tha­way oznaj­miła zdu­mio­nym dzie­ciom, że ich oj­ciec nie żyje.

To był do­piero po­czą­tek ich nie­szczęść. Wy­da­wało się, że ro­dzina zo­stała ob­ło­żona klą­twą, zsy­ła­jącą na nich tyle cier­pie­nia, ile prze­żyli szczę­ścia. "Nie­szczę­ścia cho­dzą trój­kami", ma­wiał Mer­ri­pen i ku jego gorz­kiemu roz­ża­le­niu, tym ra­zem po­wie­dze­nie miało się oka­zać praw­dziwe.

Po po­grze­bie męża pani Ha­tha­way po­grą­żyła się w nie­utu­lo­nym żalu. Nie ja­dła i nie piła, nie wy­cho­dziła z łóżka. Za­biegi dzieci, które pró­bo­wały ją na­kło­nić do po­wrotu do nor­mal­nego ży­cia, nie od­no­siły skutku. Mar­niała w oczach.

- Czy można umrzeć z po­wodu zła­ma­nego serca? - za­py­tał Leo po­sęp­nie pew­nego wie­czoru po wi­zy­cie le­ka­rza, który oznaj­mił im, że nie wi­dzi fi­zycz­nych przy­czyn po­gor­sze­nia się stanu zdro­wia ich matki.

- Po­winna chcieć żyć cho­ciaż dla Poppy i Be­atrix - po­wie­działa Ame­lia ci­cho. Poppy wła­śnie kła­dła Be­atrix do łóżka. - One są za młode, aby obyć się bez matki. Nie­ważne jak długo mu­sia­ła­bym żyć ze zła­ma­nym ser­cem, zmu­si­ła­bym się do tego, aby o nie za­dbać.

- Ale ty je­steś ze stali - od­parła Win, po­kle­pu­jąc sio­strę po ple­cach. - Sama dla sie­bie je­steś źró­dłem siły. Oba­wiam się, że mama za­wsze czer­pała swoją siłę z ojca. - Spoj­rzała na Mer­ri­pena peł­nymi de­spe­ra­cji oczami. - Mer­ri­pen, a co Rom za­le­ciłby na me­lan­cho­lię? Czy jest coś, co­kol­wiek, co mo­głoby jej po­móc? Co zro­bi­liby twoi lu­dzie?

Kev po­trzą­snął głową i od­wró­cił wzrok do ognia.

- Zo­sta­wi­liby ją w spo­koju. Ro­mo­wie oba­wiają się nad­mier­nej ża­łoby.

- Dla­czego?

- Ona pro­wo­kuje zmar­łych do po­wrotu i na­wie­dza­nia ży­ją­cych.

Wszy­scy czworo umil­kli, wsłu­chani w syki i trza­ski ognia.

- Ona pra­gnie być z tatą - po­wie­działa w końcu Win w za­du­mie. - Gdzie­kol­wiek on się znaj­duje. Ma zła­mane serce. Chcia­ła­bym, aby tak nie było. Za­mie­ni­ła­bym się z nią na ży­cia, serca, gdyby to tylko było moż­liwe. Chcia­ła­bym... - Urwała, gdy dłoń Keva za­ci­snęła się na­gle na jej ra­mie­niu.

- Nie mów tak - mruk­nął. Pa­mię­tał na tyle dużo ze swo­jej prze­szło­ści, aby wie­dzieć, że ta­kie słowa ku­szą los.

- Dla­czego? - szep­nęła.

Bo to nie swoje serce od­da­jesz.

Twoje serce na­leży do mnie, po­my­ślał dziko. Do mnie.

Nie po­wie­dział tego na głos, ale Win go usły­szała. Jej oczy roz­sze­rzyły się, po­ciem­niały, a na jej po­liczki wy­stą­piły ru­mieńce. I wła­śnie wtedy, w obec­no­ści brata i sio­stry, po­chy­liła głowę i przy­ci­snęła po­li­czek do grzbietu dłoni Keva.

Pra­gnął ją po­cie­szyć, po­kryć jej skórę po­ca­łun­kami, oto­czyć swoją siłą. Za­miast tego uwol­nił ostroż­nie jej ra­mię i spoj­rzał nie­uf­nie na Ame­lię i Leo. Ona wy­cią­gała wła­śnie kilka po­lan z ko­sza przy ko­minku, aby do­rzu­cić je do okna. On wpa­try­wał się w Win in­ten­syw­nie.

Nie mi­nęło sześć mie­sięcy od śmierci jej męża, a pani Ha­tha­way zo­stała zło­żona w gro­bie obok niego. Za­nim ro­dzeń­stwo zdo­łało po­go­dzić się z na­głym osie­ro­ce­niem, ude­rzyła w nich trze­cia tra­ge­dia.

- Mer­ri­pen. - Win stała na progu domu, wa­ha­jąc się, czy wejść do środka. Miała tak oso­bliwy wy­raz twa­rzy, że Kev od razu po­de­rwał się na nogi.

Był śmier­tel­nie zmę­czony i brudny, bo wła­śnie wró­cił po ca­łym dniu pracy od są­siada, któ­remu po­ma­gał w bu­do­wie ogro­dze­nia i bramy. Mu­siał wy­ko­pać dziury na słupki w ziemi, która już tward­niała pod wpły­wem przy­mroz­ków. Do­piero co usiadł przy stole z Ame­lią, która pró­bo­wała do­czy­ścić su­kienkę Poppy piór­kiem za­mo­czo­nym w ter­pen­ty­nie. Che­miczny za­pach wgryzł się w jego noz­drza, gdy gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze. Po twa­rzy Win po­znał, że stało się coś bar­dzo złego.

- Spę­dzi­łam dzień z Laurą i Leo - oznaj­miła Win. - Laura się roz­cho­ro­wała... Bo­lało ją gar­dło i głowa, od­pro­wa­dzi­li­śmy ją więc do domu, a jej ro­dzice po­słali po le­ka­rza. To szkar­la­tyna.

- O Boże - wes­tchnęła Ame­lia z po­bla­dłą twa­rzą. Wszy­scy troje za­mil­kli z prze­ra­że­nia.

Nie było go­rączki, która ata­ko­wa­łaby gwał­tow­niej i roz­prze­strze­niała się szyb­ciej. Cho­roba ob­ja­wiała się drob­no­pla­mi­stą, czer­woną wy­sypką i siała w or­ga­ni­zmie prze­ra­ża­jące spu­sto­sze­nia. Bak­te­rie prze­no­siły się w wy­dy­cha­nym po­wie­trzu, pa­smach wło­sów, na skó­rze. Je­dy­nym spo­so­bem, aby się przed nimi uchro­nić, było od­izo­lo­wa­nie pa­cjenta.

- To pewne? - za­py­tał Kev opa­no­wa­nym gło­sem.

- Tak, ob­jawy były jed­no­znaczne. Po­wie­dział też, że... - Urwała, gdy Kev się pod­niósł. - Nie, Mer­ri­pen! - Wy­cią­gnęła przed sie­bie szczu­płą, białą dłoń z tak de­spe­rac­kim zde­cy­do­wa­niem, że przy­sta­nął. - Nikt nie może się do mnie zbli­żać. Leo jest z Laurą. Nie opu­ści jej. Po­wie­dzieli mu, że może zo­stać, a ty... mu­sisz wziąć Poppy, Be­atrix i Ame­lię, i od­wieźć je do na­szych krew­nych w Hed­ger­ley. Nie ucie­szą się z wi­zyty, ale przyjmą je i...

- Ja ni­g­dzie się nie wy­bie­ram - oznaj­miła Ame­lia spo­koj­nie, choć jej głos lekko drżał. - Je­śli masz go­rączkę, bę­dziesz mnie po­trze­bo­wać.

- Ale je­śli się za­ra­zisz...

- Prze­cho­dzi­łam ła­godny atak, gdy by­łam mała. To chyba zna­czy, że nic mi te­raz nie grozi.

- A Leo?

- Oba­wiam się, że on nie. Co zna­czy, że ry­zy­kuje. - Ame­lia spoj­rzała na Keva. - Mer­ri­pen, czy ty...

- Nie wiem.

- Po­wi­nie­neś więc zo­stać z dziew­czyn­kami, do­póki to się nie skoń­czy. Pój­dziesz po nie? Ba­wią się przy stru­mie­niu. Ja je spa­kuję.

Kev nie po­tra­fił so­bie wy­obra­zić, że mógłby zo­sta­wić chorą Win. Nie było jed­nak wy­boru. Ktoś mu­siał od­wieźć jej sio­stry w bez­pieczne miej­sce.

Nie mi­nęła na­wet go­dzina, a Kev zna­lazł Be­atrix i Poppy, za­pa­ko­wał je do po­wozu i za­wiózł do Hed­ger­ley. Za­nim po­wie­rzył je ku­zy­no­stwu i wró­cił do wio­ski, było już do­brze po pół­nocy.

Za­stał Ame­lię przy ko­minku, w ko­szuli noc­nej i szla­froku. Jej włosy opa­dały w cięż­kim war­ko­czu na plecy. Sie­działa przy ogniu z po­chy­lo­nymi ra­mio­nami.

Za­sko­czona po­de­rwała głowę, gdy Kev wszedł do domu.

- Nie po­wi­nie­neś tu być. Nie­bez­pie­czeń­stwo...

- Jak ona się czuje? - prze­rwał jej Kev. - Są już oznaki go­rączki?

- Dresz­cze. Bo­le­ści. Tem­pe­ra­tura się jesz­cze nie pod­nio­sła, o ile wiem. Może to do­bry znak. Może to zna­czy, że prze­bieg bę­dzie lekki.

- Są ja­kieś wie­ści od Dil­lar­dów? Od Leo?

Ame­lia po­trzą­snęła głową.

- Win po­wie­działa, że za­mie­rzał sy­piać w sa­lo­niku i cho­dzić do niej, gdy tylko mu po­zwolą. To nie do końca wła­ściwe, ale je­śli Laura... cóż, je­śli tego nie prze­żyje... - Głos Ame­lii za­czął się ła­mać, urwała więc, by prze­łknąć łzy. - Po­dej­rze­wam, że je­śli do tego doj­dzie, nie będą chcieli po­zba­wiać Laury ostat­nich chwil z uko­cha­nym.

Kev usiadł obok Ame­lii i w ci­szy przy­po­mi­nał so­bie te wszyst­kie ko­mu­nały, które pra­wili so­bie ga­dzio­wie w ta­kich chwi­lach. O wy­trzy­ma­ło­ści, go­dze­niu się z wolą Wszech­mo­gą­cego i o świa­tach znacz­nie lep­szych niż ten. Nie mógł się jed­nak zmu­sić, aby po­wtó­rzyć to Ame­lii. Jej cier­pie­nie było zbyt szczere, jej mi­łość do ro­dziny zbyt praw­dziwa.

- To zbyt wiele - usły­szał po chwili jej szept. - Nie zniosę ko­lej­nej straty. Tak się boję o Win. I o Leo. - Po­tarła dło­nią czoło. - Brzmię pew­nie jak naj­gor­szy tchórz?

Kev po­trzą­snął głową.

- Mu­sia­ła­byś być sza­lona, żeby nie od­czu­wać lęku.

Roz­legł się ci­chy, drwiący śmiech.

- W ta­kim ra­zie zde­cy­do­wa­nie nie je­stem sza­lona.

Do rana Win miała już wy­pieki i wy­soką go­rączkę, jej nogi po­ru­szały się nie­spo­koj­nie pod ple­dami. Kev pod­szedł do okna i roz­chy­lił za­słony, wpusz­cza­jąc do po­koju słabe świa­tło świtu.

Obu­dziła się, gdy pod­szedł do łóżka. Jej nie­bie­skie oczy były ogromne w roz­pa­lo­nej czer­wie­nią twa­rzy.

- Nie - wy­chry­piała, pró­bu­jąc się od niego od­su­nąć. - Nie po­wi­nie­neś tu być. Nie pod­chodź bli­żej; za­ra­zisz się. Odejdź, pro­szę...

- Ci­cho - prze­rwał jej Kev, sia­da­jąc na ma­te­racu. Chwy­cił Win, gdy pró­bo­wała się cof­nąć i przy­ło­żył dłoń do jej czoła. Po­czuł pa­lące pul­so­wa­nie pod jej de­li­katną skórą, żyły roz­pa­lała sza­le­jąca go­rączka.

Gdy wal­czyła, aby go ode­pchnąć, Kev ze zdu­mie­niem za­uwa­żył, jaka jest słaba. Tak szybko.

- Nie - za­łkała, wi­jąc się. Po jej po­licz­kach po­pły­nęły łzy. - Pro­szę, nie do­ty­kaj mnie. Nie chcę cię tu. Nie chcę, że­byś za­cho­ro­wał. Pro­szę, odejdź...

Kev przy­cią­gnął ją do sie­bie, jej ciało było jak żywy pło­mień w cien­kiej ko­szuli noc­nej. Ja­sne, je­dwa­bi­ste włosy roz­sy­pały się po­mię­dzy nimi. Ujął jej twarz w dło­nie, mocne, znisz­czone dło­nie pię­ścia­rza.

- Je­steś sza­lona - po­wie­dział ni­skim gło­sem - je­śli my­ślisz, że cię te­raz zo­sta­wię. Do­pil­nuję, że­byś wy­zdro­wiała. Za wszelką cenę.

- Ja tego nie prze­żyję - szep­nęła.

Keva zszo­ko­wały te słowa i jego wła­sna re­ak­cja na nie.

- Umrę - do­dała - i nie za­biorę cię ze sobą.

Kev przy­gar­nął ją jesz­cze bli­żej, jej prze­ry­wany od­dech mu­skał mu twarz. Wier­ciła się z ca­łych sił, ale jej nie pusz­czał. Od­dy­chał jej po­wie­trzem, wcią­ga­jąc je głę­boko do płuc.

- Prze­stań - pro­siła, de­spe­racko pró­bu­jąc się od­su­nąć, aż jej twarz po­ciem­niała z wy­siłku. - To sza­leń­stwo... Och, ty uparty nędz­niku, puść mnie!

- Ni­gdy. - Kev gła­dził jej roz­bu­rzone, piękne włosy, pa­sma, które ciem­niały w miej­scach, na które pa­dały łzy. - Spo­koj­nie - mruk­nął. - Nie prze­mę­czaj się. Od­po­czy­waj.

Win prze­stała się wy­ry­wać, gdy zro­zu­miała, że to bez­ce­lowe.

- Je­steś taki silny - stwier­dziła słabo to­nem nie po­dziwu, lecz po­tę­pie­nia. - Taki silny...

- Tak - od­parł Kev, ro­giem po­szewki osu­sza­jąc jej twarz. - Je­stem bru­ta­lem, ale ty za­wsze o tym wie­dzia­łaś, prawda?

- Tak - szep­nęła.

- Bę­dziesz więc ro­bić, co ci każę. - Przy­tu­lił ją do piersi i po­dał jej wodę.

Upiła kilka ły­ków.

- Nie mogę - zdo­łała szep­nąć, od­wra­ca­jąc twarz.

- Jesz­cze - po­na­glił ją, przy­ci­ska­jąc fi­li­żankę do jej ust.

- Po­zwól mi za­snąć, pro­szę...

- Jak wy­pi­jesz wię­cej.

Nie ustą­pił, do­póki go z ję­kiem nie po­słu­chała. Uło­żył ją na po­dusz­kach, po­zwo­lił jej chwilę po­drze­mać, po czym wró­cił z bu­lio­nem i na­mo­czoną w nim grzanką. Zmu­sił ją do zje­dze­nia kilku ły­żek.

Gdy tylko Ame­lia się obu­dziła, po­szła do po­koju Win. Je­dy­nie mru­gnęła dwu­krot­nie na wi­dok sio­stry opie­ra­ją­cej się na ra­mie­niu Keva, który ją kar­mił.

- Po­zbądź się go - po­pro­siła Win ochry­ple. - Tor­tu­ruje mnie.

- Cóż, od za­wsze wie­dzie­li­śmy, że to dia­beł - od­parła Ame­lia spo­koj­nym to­nem, sta­jąc przy łóżku. - Jak śmiesz, Mer­ri­pen? Na­cho­dzisz bez­bronną dziew­czynę i kar­misz ją to­stem.

- Za­częła się go­rączka - po­wie­dział Kev, za­uwa­ża­jąc wy­sypkę, która wy­stą­piła na szyję i po­liczki Win. Jej je­dwa­bi­sta skóra stała się grud­ko­wata i czer­wona. Po­czuł na ple­cach dłoń Ame­lii, która za­ci­snęła się kur­czowo na jego ko­szuli. Jakby mu­siała się go przy­trzy­mać, żeby za­cho­wać rów­no­wagę.

Jej głos był jed­nak po­godny i spo­kojny.

- Zro­bię wody z sodą. To po­winno ukoić swę­dze­nie, ko­cha­nie.

Kev po­czuł dla niej falę po­dziwu. Nie­ważne, ja­kie tra­ge­die sta­wały na jej dro­dze, Ame­lia za­wsze była go­towa sta­wić im czoła. Ze wszyst­kich Ha­tha­wayów to ona oka­zała do­tych­czas naj­wię­cej siły cha­rak­teru. Ale to Win po­winna być tą sil­niej­szą i bar­dziej wy­trzy­małą, je­śli miała prze­żyć nad­cho­dzące dni.

- Ty ją wy­ką­piesz - po­wie­dział Ame­lii - a ja po­jadę po le­ka­rza.

Na­dal nie ufał le­ka­rzom ga­dziów, ale wie­dział, że to może je obie uspo­koić. Chciał też spraw­dzić, jak so­bie ra­dzą Leo i Laura.

Prze­ka­zał Win pod opiekę Ame­lii i udał się do domu Dil­lar­dów. Po­ko­jówka, która otwo­rzyła mu drzwi, po­wia­do­miła go, że Leo nie może po­dejść.

- Jest te­raz z pa­nienką Laurą - po­wie­działa ła­mią­cym się gło­sem, ocie­ra­jąc twarz far­tu­chem. - Ona już ni­kogo nie po­znaje; pra­wie po­stra­dała zmy­sły. Bar­dzo szybko słab­nie, pro­szę pana.

Kev po­czuł ból, gdy jego krót­kie pa­znok­cie wbiły się w twardą skórę dłoni. Win nie cie­szyła się tak do­brym zdro­wiem jak Laura Dil­lard, miała słab­szy or­ga­nizm. Je­śli stan Laury po­gar­szał się tak szybko, ta sama go­rączka tym bar­dziej mo­gła po­ko­nać Win.

Jego my­śli po­szy­bo­wały ku Leo, który nie był jego bra­tem krwi, ale na pewno na­le­żał do jego ple­mie­nia. Leo ko­chał Laurę Dil­lard z in­ten­syw­no­ścią, która nie po­zwoli mu ra­cjo­nal­nie za­ak­cep­to­wać jej śmierci. Kev co­raz bar­dziej się o niego mar­twił.

- Jaki jest stan pana Ha­tha­waya? Czy ma już ja­kieś ob­jawy cho­roby?

- Nie, pro­szę pana. Nie są­dzę. Nie wiem.

Ze spo­sobu, w jaki jej za­mglony wzrok uciekł przed jego wzro­kiem, Kev po­znał, że Leo nie miewa się naj­le­piej. Chciał za­brać go do domu i po­ło­żyć do łóżka, aby za­cho­wał siły na nad­cho­dzące dni. Wie­dział jed­nak, że okru­cień­stwem by­łoby po­zba­wiać Leo ostat­nich chwil z uko­chaną.

- Gdy ona odej­dzie - rzu­cił ob­ce­sowo - ode­ślij­cie go do domu. Ale niech nie je­dzie sam. Niech ktoś od­pro­wa­dzi go pod same drzwi Ha­tha­wayów. Ro­zu­miesz?

- Tak, pro­szę pana.

Leo wró­cił do domu dwa dni póź­niej.

- Laura nie żyje - oznaj­mił i stra­cił przy­tom­ność z go­rączki i żalu.

Roz­dział 4

Szkar­la­tyna, która prze­szła przez ich wieś, była szcze­gól­nie zło­śli­wym szcze­pem, sie­ją­cym spu­sto­sze­nie zwłasz­cza wśród bar­dzo mło­dych i star­szych. Do opieki nad cho­rymi nie star­czało le­ka­rzy, a nikt spoza Prim­rose Place nie od­wa­żył się przy­je­chać. Po wi­zy­cie w wio­sce wy­czer­pany le­karz prze­pi­sał okłady z go­rą­cego octu na gar­dło. Zo­sta­wił także roz­twór ako­nitu. Le­kar­stwa nie dzia­łały jed­nak ani na Win, ani na Leo.

- Nie sta­ramy się wy­star­cza­jąco - oznaj­miła Ame­lia czwar­tego dnia. Pra­wie w ogóle nie spała, na zmianę z Ke­vem opie­ku­jąc się cier­pią­cymi. Wła­śnie we­szła do kuchni, gdzie Kev go­to­wał wodę na her­batę. - Je­dyne, co do­tych­czas osią­gnę­li­śmy to to, że czy­nimy ich odej­ście nieco mniej bo­le­snym. Musi być coś, co po­wstrzyma go­rączkę. Nie do­pusz­czę do tego. - Stała tak, sztywna i drżąca, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie słowo za sło­wem, jakby pró­bo­wała po­bu­dzić się do walki.

Wy­glą­dała tak bez­bron­nie, że Keva za­lała fala współ­czu­cia. Nie lu­bił być do­ty­kany i do­ty­kać in­nych lu­dzi, ale bra­ter­skie uczu­cie po­pchnęło go do niej.

- Nie - po­wstrzy­mała go Ame­lia, gdy zo­ba­czyła, że wy­ciąga do niej rękę. Cof­nęła się o krok i mocno po­trzą­snęła głową. - Ja... ja nie je­stem ty­pem ko­biety, która mo­głaby się na kimś oprzeć. Roz­pa­dła­bym się na ka­wałki.

Kev zro­zu­miał. Dla lu­dzi ta­kich jak ona i on, bli­skość ozna­czała zbyt wiele.

- Co jesz­cze mo­żemy zro­bić? - szep­nęła Ame­lia, owi­ja­jąc się cia­sno ra­mio­nami.

Kev po­tarł zmę­czone po­wieki.

- Sły­sza­łaś kie­dyś o ro­śli­nie, która na­zywa się wil­cza ja­goda?

- Nie. - Ame­lia znała tylko zioła po­trzebne w kuchni.

- Kwit­nie tylko w nocy. Gdy wscho­dzi słońce, kwiaty umie­rają. Był w moim ple­mie­niu ad­ra­ben­gro, zie­larz. Cza­sami po­sy­łał mnie po ro­śliny, które ciężko zna­leźć. Po­wie­dział mi kie­dyś, że wil­cza ja­goda to naj­po­tęż­niej­sze zioło, ja­kie zna. Może za­bić czło­wieka, ale też wy­rwać z ob­jęć śmierci.

- Wi­dzia­łeś kie­dyś jej dzia­ła­nie?

Kev kiw­nął głową i spoj­rzał na nią z ukosa, po­cie­ra­jąc na­pięte mię­śnie karku.

- Wi­dzia­łem, jak le­czy go­rączkę - mruk­nął. I cze­kał.

- Znajdź ją - po­wie­działa w końcu Ame­lia drżą­cym gło­sem. - Może za­bić, ale bez tego oni umrą na pewno.

Z ro­śliny, którą Kev zna­lazł w rogu wiej­skiego cmen­ta­rza, ugo­to­wali gę­sty, czarny sy­rop. Ame­lia stała obok, gdy Kev od­ce­dził śmier­telny wy­war i prze­lał go do kie­liszka na jajko.

- Leo pierw­szy - oznaj­miła Ame­lia sta­now­czo, choć na jej twa­rzy ma­lo­wało się zwąt­pie­nie. - Jest w znacz­nie gor­szym sta­nie niż Win.

Po­de­szli do łóżka Leo. Nie mo­gli się na­dzi­wić, jak szybko pod­upadł na zdro­wiu, jaki stał się wy­chu­dzony. Jego jesz­cze do nie­dawna przy­stojna twarz była nie do po­zna­nia, obrzmiała, spuch­nięta i blada. Ostat­nie składne zda­nie pa­dło z jego ust po­przed­niego dnia, gdy bła­gał Keva, aby po­zwo­lili mu umrzeć. Jego ży­cze­nie miało się wkrótce speł­nić. Wszystko wska­zy­wało na to, że od śpiączki dzielą go go­dziny, je­śli nie mi­nuty.

Ame­lia po­de­szła pro­sto do okna i otwo­rzyła je na oścież, wpusz­cza­jąc do środka chłodne po­wie­trze, które roz­wiało za­pach octu.

Leo ję­czał i wier­cił się nie­spo­koj­nie, ale nie był w sta­nie oprzeć się Ke­vowi, który prze­mocą roz­chy­lił mu wargi, uniósł ły­żeczkę i wlał cztery czy pięć kro­pli na­lewki na jego su­chy, spę­kany ję­zyk.

Ame­lia usia­dła przy bra­cie, po­gła­skała jego zma­to­wiałe włosy i uca­ło­wała jego skroń.

- Gdyby to miało... wy­wrzeć od­wrotny sku­tek - po­wie­działa, a Kev od razu zro­zu­miał, o co cho­dzi - jak długo by to po­trwało?

- Pięć mi­nut do go­dziny. - Ręka Ame­lii za­drżała, ale ani na chwilę nie prze­rwała wę­drówki po wło­sach Leo.

Była to naj­dłuż­sza go­dzina w ży­ciu Keva. Sie­dzieli i ob­ser­wo­wali Leo, który rzu­cał się na łóżku i ję­czał przez sen, jakby śniły mu się naj­gor­sze kosz­mary.

- Biedny chło­piec - szep­nęła Ame­lia, ocie­ra­jąc mu twarz chłod­nym ręcz­ni­kiem.

Gdy upew­nili się, że unik­nęli kon­wul­sji, Kev wziął ze stołu kie­li­szek do ja­jek i wstał.

- Idziesz te­raz do Win? - za­py­tała Ame­lia, nie od­ry­wa­jąc wzroku od brata.

- Tak.

- Po­trze­bu­jesz po­mocy?

Kev po­trzą­snął głową.

- Zo­stań z Leo.

Wszedł do sy­pialni Win, która le­żała na łóżku ci­cha i nie­ru­choma. Już go nie po­zna­wała, jej ciało i umysł po­chła­niała czer­wona fala go­rączki. Gdy nieco ją uniósł i oparł jej głowę na swoim ra­mie­niu, wzdry­gnęła się w pro­te­ście.

- Win - po­wie­dział miękko. - Ko­cha­nie, nie ru­szaj się. - Na dźwięk jego głosu unio­sła po­wieki. - Je­stem tu­taj - szep­nął. Pod­niósł ły­żeczkę i za­mo­czył ją w kie­liszku. - Otwórz usta, moja mała. Zrób to dla mnie.

Od­mó­wiła. Od­wró­ciła twarz, a jej usta za­częły po­ru­szać się w bez­gło­śnym szep­cie.

- Co się stało? - mruk­nął, bio­rąc ją pod brodę. - Win, mu­sisz wziąć to le­kar­stwo.

Znów coś szep­nęła.

Kev zro­zu­miał jej ochry­pły jęk i spoj­rzał na nią z nie­do­wie­rza­niem.

- Weź­miesz je, je­śli zdra­dzę ci swoje imię?

Wal­czyła o każdy dźwięk.

- Tak.

Jego gar­dło za­ci­snęło się, a ką­ciki oczu za­częły pło­nąć.

- Kev - zdo­łał wy­krztu­sić. - Mam na imię Kev.

Po­zwo­liła mu wsu­nąć ły­żeczkę po­mię­dzy swoje wargi, a atra­men­towa tru­ci­zna spły­nęła do jej prze­łyku.

Oparła się o niego roz­luź­niona. Jej kru­che ciało w jego ra­mio­nach było lek­kie i go­rące jak pło­mień.

Po­dążę za tobą, po­my­ślał, ja­kie­kol­wiek jest twoje prze­zna­cze­nie.

Win była je­dyną rze­czą na świe­cie, któ­rej pra­gnął. Nie odej­dzie bez niego.

Kev po­chy­lił się i do­tknął war­gami jej su­chych, roz­pa­lo­nych ust.

Po­ca­łu­nek, któ­rego nie po­czuła i któ­rego nie bę­dzie pa­mię­tać.

Po­sma­ko­wał tru­ci­zny, ale się nie wy­co­fał. Pod­niósł głowę i spoj­rzał na sto­lik nocny, na któ­rym stała resztka na­paru z wil­czej ja­gody. Dawka wy­star­cza­jąca, aby po­wa­lić zdro­wego męż­czy­znę.

Wy­da­wało się, że je­dyną rze­czą, która po­wstrzy­muje du­szę Win od opusz­cze­nia jej ciała, było schro­nie­nie w ra­mio­nach Keva. Trzy­mał ją więc przy piersi i ła­god­nie ko­ły­sał. Przez chwilę chciał się po­mo­dlić. Nie mógł jed­nak uznać żad­nego stwo­rze­nia, nad­przy­ro­dzo­nego czy śmier­tel­nego, które za­gro­ziło, że mu ją od­bie­rze.

Jego świat skur­czył się do tego ci­chego, za­cie­nio­nego po­koju, szczu­płego ciała w jego ra­mio­nach, od­de­chu, który de­li­kat­nie uno­sił jej pierś. Po­dą­żał za jej ryt­mem swoim od­de­chem i bi­ciem serca. Od­chy­lił się na po­duszki i od­pły­nął w mroczny trans, cze­ka­jąc na ich wspólne prze­zna­cze­nie.

Nie­świa­domy upływu czasu, le­żał tak z nią, aż obu­dził go ruch i blask świa­tła na progu.

- Mer­ri­pen - roz­legł się chro­po­waty głos Ame­lii. Stała w drzwiach ze świecą.

Kev na oślep do­tknął po­liczka Win, przy­ło­żył dłoń do jej czoła i po­czuł na­gły przy­pływ stra­chu, gdy jego palce ze­tknęły się z chłodną skórą. Po­tem wy­czuł puls na jej szyi.

- Go­rączka Leo opa­dła - po­wie­działa Ame­lia. Kev pra­wie jej nie sły­szał, tak szu­miała mu w uszach krew. - On wy­zdro­wieje.

Słabe, lecz mia­rowe pul­so­wa­nie serca Win przy­wra­cało mu jego wszech­świat.

Roz­dział 5

Lon­dyn, rok 1849

Po­ja­wie­nie się Cama Ro­hana w ro­dzi­nie Ha­tha­wayów ozna­czało zu­peł­nie nowe roz­da­nie. Za­dzi­wia­jące, jak jedna osoba może wszystko zmie­nić. A przy tym ogrom­nie iry­tu­jące.

Cho­ciaż te­raz Keva iry­to­wało do­słow­nie wszystko. Win wy­je­chała do Fran­cji, nie było więc po­wodu, aby był miły czy choćby uprzejmy. Jej nie­obec­ność spra­wiała, że wciąż cho­dził roz­wście­czony, jak dzi­kie zwie­rzę po­zba­wione to­wa­rzyszki. Cały czas czuł po­trzebę by­cia bli­sko niej, a świa­do­mość, że ona jest gdzieś, gdzie nie może jej do­tknąć, była dla niego nie do znie­sie­nia.

Kev za­po­mniał już, ja­kie to uczu­cie, gdy opa­no­wuje cię po­nura nie­na­wiść do świata i jego miesz­kań­ców. Przy­po­mi­nało mu się dzie­ciń­stwo, w któ­rym nie za­znał ni­czego prócz prze­mocy i cier­pie­nia. A jed­nak Ha­tha­way­owie ocze­ki­wali, że bę­dzie się za­cho­wy­wał tak, jak zwy­kle, że bę­dzie uczest­ni­czył w ro­dzin­nej ru­ty­nie i uda­wał, że Zie­mia na­dal się kręci.

Je­dyne, co po­wstrzy­my­wało go przed utratą zmy­słów, to świa­do­mość tego, czego ona by so­bie dla niego ży­czyła. Chcia­łaby, aby za­trosz­czył się o jej sio­stry. I po­wstrzy­my­wał się od za­mor­do­wa­nia no­wego szwa­gra.

Kev nie mógł po pro­stu znieść tego dra­nia.

Cała reszta go uwiel­biała. Cam Ro­han przy­był i zwa­lił z nóg Ame­lię, za­de­kla­ro­waną starą pannę. Uwiódł ją w za­sa­dzie, czego Kev wciąż jesz­cze nie mógł mu wy­ba­czyć. Ame­lia była jed­nak nie­wia­ry­god­nie szczę­śliwa ze swoim mę­żem, mimo iż ten był w po­ło­wie Ro­mem.

Żadne z nich nie spo­tkało ni­gdy wcze­śniej ko­goś ta­kiego jak Ro­han, któ­rego po­cho­dze­nie było rów­nie ta­jem­ni­cze jak Keva. Przez więk­szość ży­cia Ro­han pra­co­wał w domu gry dla dżen­tel­me­nów, u Jen­nera, gdzie w końcu awan­so­wał na za­rzą­dza­ją­cego i otrzy­mał pro­cent udzia­łów w tym nie­zwy­kle lu­kra­tyw­nym przed­się­wzię­ciu. Przy­tło­czony po­mna­ża­jącą się for­tuną, in­we­sto­wał w naj­gor­sze in­te­resy, aby oszczę­dzić so­bie hańby, jaką dla Cy­gana były pie­nią­dze. Nic jed­nak nie dzia­łało. Pie­nią­dze cały czas spły­wały, a każda na­wet naj­bar­dziej ab­sur­dalna in­we­sty­cja przy­no­siła ko­lejne zy­ski. Ro­han na­zy­wał to z za­kło­po­ta­niem swoją szczę­śliwą klą­twą.

Wkrótce jed­nak klą­twa Ro­hana oka­zała się bar­dzo przy­datna, bo spra­wo­wa­nie opieki nad Ha­tha­way­ami było pro­jek­tem bar­dzo kosz­tow­nym. Ich ro­dzinna po­sia­dłość w Hamp­shire, którą Leo odzie­dzi­czył w po­przed­nim roku wraz z ty­tu­łem, spło­nęła do cna i te­raz była od­bu­do­wy­wana. Poppy po­trze­bo­wała no­wej gar­de­roby na swój pierw­szy lon­dyń­ski se­zon, a Be­atrix chciała je­chać na pen­sję. A do tego wszyst­kiego do­cho­dziły jesz­cze ra­chunki za kli­nikę Win. Jak Ro­han wy­tknął kie­dyś Ke­vowi, mógł wiele zro­bić dla Ha­tha­wayów i z tego po­wodu Kev wi­nien był go to­le­ro­wać.

I dla­tego Kev to ro­bił.

Z wiel­kim tru­dem.

- Dzień do­bry - oznaj­mił Ro­han ra­do­śnie, wcho­dząc do ja­dalni ich apar­ta­mentu w ho­telu Ru­tledge. Po­zo­stali już je­dli śnia­da­nie. W prze­ci­wień­stwie do nich, Ro­han nie był ran­nym ptasz­kiem, bo więk­szość ży­cia spę­dził w domu gry, pra­cu­jąc no­cami. Miej­ski Cy­gan, po­my­ślał Kev z po­gardą.

Świeżo ogo­lony i odziany w ubra­nia ga­dziów, Ro­han od­zna­czał się nie­zwy­kłą, eg­zo­tyczną urodą. Miał ciemne, nieco za dłu­gie włosy i dia­men­towy kol­czyk w uchu. Był szczu­pły i gibki, po­ru­szał się z gra­cją. Za­nim za­jął miej­sce obok Ame­lii, po­chy­lił się nad nią i po­ca­ło­wał ją w czu­bek głowy. Jego żona za­ru­mie­niła się na tę otwartą de­mon­stra­cję uczu­cia. Jesz­cze nie tak dawno temu z pew­no­ścią po­tę­pi­łaby ta­kie za­cho­wa­nie. Te­raz tylko się za­wsty­dziła.

Kev spoj­rzał gniew­nie na swój ta­lerz.

- Na­dal je­steś śpiący? - usły­szał, jak Ame­lia pyta Ro­hana.

- W tym tem­pie nie obu­dzę się do po­łu­dnia.

- Po­wi­nie­neś spró­bo­wać kawy.

- Nie, dzię­kuję. Nie zno­szę tego świń­stwa.

- Mer­ri­pen pije mnó­stwo kawy - wtrą­ciła Be­atrix. - Uwiel­bia kawę.

- Oczy­wi­ście, że tak - od­parł Ro­han. - Kawa jest prze­cież ciemna i gorzka. - Uśmiech­nął się, gdy Kev spoj­rzał na niego z ostrze­że­niem. - Jak ci mija dzień, phral?

- Nie na­zy­waj mnie tak. - Choć Kev nie pod­niósł głosu, na dźwięk jego ostrego tonu wszy­scy za­marli.

- Idziemy dzi­siaj do kraw­co­wej, Poppy, Be­atrix i ja - po­wie­działa po chwili Ame­lia, umyśl­nie zmie­nia­jąc te­mat. - Wró­cimy chyba do­piero na ko­la­cję. - Gdy Ame­lia za­częła opi­sy­wać suk­nie, ka­pe­lu­sze i dro­bia­zgi, które są im trzem po­trzebne, Kev po­czuł uścisk ma­łej dłoni Be­atrix.

- Nie martw się - szep­nęła dziew­czynka. - Ja też za nimi tę­sk­nię.

Naj­młod­sza, szes­na­sto­let­nia panna Ha­tha­way stała te­raz na roz­drożu po­mię­dzy dzie­ciń­stwem a do­ro­sło­ścią. Ła­godna i skłonna do psot, była rów­nie do­cie­kliwa jak zwie­rzątka, które przy­gar­niała. Od­kąd Ame­lia po­ślu­biła Ro­hana, Be­atrix upra­szała ich, aby ze­zwo­lili wy­je­chać jej na pen­sję. Kev po­dej­rze­wał, że na­czy­tała się po­wie­ści, któ­rych bo­ha­terki zdo­by­wały ma­niery i ogładę wła­śnie w "aka­de­miach dla mło­dych pa­nien". Wąt­pił szcze­rze, aby szkoła oka­zała się wła­ści­wym miej­scem dla ob­da­rzo­nej wol­nym du­chem Be­atrix.

Dziew­czyna pu­ściła jego dłoń i z uwagą za­częła przy­słu­chi­wać się roz­mo­wie, któ­rej te­ma­tem były te­raz naj­now­sze in­we­sty­cje Ro­hana.

Punk­tem ho­noru i swo­istą grą stało się dla niego zna­le­zie­nie przed­się­wzię­cia, które po­nie­sie po­rażkę. Jego ostat­nią próbą był za­kup lon­dyń­skiej ma­nu­fak­tury gu­mo­wej, która stała na skraju ban­kruc­twa. Jed­nak gdy tylko Ro­han do­ko­nał za­kupu, fa­bryka uzy­skała prawa pa­ten­towe do pro­cesu wul­ka­ni­za­cji i wpro­wa­dziła na ry­nek coś, co na­zy­wało się gumki re­cep­turki. Lu­dzie ku­po­wali je te­raz ca­łymi to­nami.

- To na pewno bę­dzie ka­ta­strofa - mó­wił Cam. - Dwóch braci, ko­wali z za­wodu, wy­my­śliło po­jazd na­pę­dzany siłą mię­śni. Na­zy­wają to we­lo­cy­pe­dem. To dwa koła osa­dzone w sta­lo­wej ra­mie z rur, które po­ru­szają się dzięki pe­da­łom na­ci­ska­nym sto­pami.

- Tylko dwa koła? - po­wtó­rzyła zdu­miona Poppy. - Jak się na czymś ta­kim utrzy­muje rów­no­wagę?

- Kie­rowca ba­lan­suje swoim środ­kiem cięż­ko­ści nad ko­łami.

- A jak się to włą­cza?

- I co waż­niej­sze - za­py­tała Ame­lia kpiąco - jak się to za­trzy­muje?

- Ba­lan­su­jąc cia­łem w kie­runku ziemi? - za­su­ge­ro­wała Poppy.

Cam się ro­ze­śmiał.

- Pew­nie tak. Oczy­wi­ście nie­długo ru­szymy z pro­duk­cją. We­stc­liff mówi, że ni­gdy jesz­cze nie wi­dział tak ka­ta­stro­fal­nego przed­się­wzię­cia. We­lo­cy­ped wy­gląda na dia­bel­nie nie­wy­godny i wy­maga zmy­słu rów­no­wagi, któ­rego nie po­sia­dają zwy­kli lu­dzie. Nie bę­dzie ani tani, ani prak­tyczny. W końcu, kto przy zdro­wych zmy­słach chciałby pe­da­ło­wać wzdłuż ulicy na dwu­ko­ło­wym ustroj­stwie, je­śli może do­siąść ko­nia?

- Brzmi to jak świetna za­bawa - na­po­mknęła tę­sk­nie Be­atrix.

- Nie jest to wy­na­la­zek dla ko­biet - wy­tknęła jej Poppy.

- Dla­czego nie?

- Spód­nice by nam prze­szka­dzały.

- Dla­czego mu­simy cho­dzić w spód­ni­cach? - za­py­tała Be­atrix. - My­ślę, że spodnie są znacz­nie wy­god­niej­sze.

Ame­lia spoj­rzała na nią z przy­ganą i roz­ba­wie­niem.

- Ta­kie uwagi naj­le­piej za­cho­wać dla ro­dziny, moja droga. - Pod­nio­sła szklankę z wodą i ski­nęła nią w kie­runku Ro­hana. - Za twoją pierw­szą po­rażkę. - Wy­gięła brew. - Mam na­dzieję, że nie stra­cisz ca­łej ro­dzin­nej for­tuny przed na­szą wi­zytą u kraw­co­wej.

Uśmiech­nął się do niej sze­roko.

- Ca­łej nie stracę. Ku­puj z roz­ma­chem, mo­ni­sha.

Gdy śnia­da­nie do­bie­gło końca, pa­nie opu­ściły ja­dal­nię. Sia­da­jąc z po­wro­tem na krze­śle, Ro­han przy­glą­dał się Ke­vowi, który ru­szył za nimi.

- Do­kąd się wy­bie­rasz? - za­py­tał le­ni­wie. - Umó­wi­łeś się ze swoim kraw­cem? Bę­dziesz dys­ku­to­wał o ostat­nich wy­da­rze­niach po­li­tycz­nych w po­bli­skiej ka­wiarni?

- Je­śli chcesz mnie zi­ry­to­wać - po­in­for­mo­wał go Kev - nie mu­sisz się wy­si­lać. Osią­gasz cel sa­mym od­dy­cha­niem.

- Wy­bacz. Spró­bo­wał­bym wy­ko­rze­nić ten brzydki na­łóg, ale za bar­dzo się do niego przy­wią­za­łem. - Ro­han wska­zał dło­nią krze­sło. - Do­trzy­maj mi to­wa­rzy­stwa, Mer­ri­pen. Mu­simy omó­wić kilka kwe­stii.

Kev zmie­rzył go gniew­nym spoj­rze­niem, lecz usiadł.

- Nie je­steś zbyt roz­mowny - za­uwa­żył Ro­han.

- Lep­sze to, niż wy­peł­niać po­wie­trze pu­stą pa­pla­niną.

- Zga­dzam się. Przejdę więc od razu do rze­czy. Leo... lord Ram­say... jest w Eu­ro­pie, a pod jego nie­obec­ność jego po­sia­dłość, sprawy fi­nan­sowe i trzy sio­stry po­wie­rzono dwóm Ro­mom. Nie na­zwał­bym tego ukła­dem ide­al­nym. Gdyby Leo ro­ko­wał choć cień na­dziei, na­le­gał­bym, aby zo­stał i wy­słał­bym z Win do Fran­cji Poppy.

Leo był jed­nak w bez­na­dziej­nym sta­nie i obaj o tym wie­dzieli. Był czło­wie­kiem zła­ma­nym przez śmierć Laury Dil­lard, utra­cju­szem. I choć w końcu za­czy­nał się go­dzić z lo­sem, jego droga do wy­zdro­wie­nia na du­szy i ciele była jesz­cze długa.

- Na­prawdę wie­rzysz - za­py­tał Kev gło­sem peł­nym po­gardy - że Leo zgłosi się do kli­niki jako pa­cjent?

- Nie. Ale bę­dzie trzy­mał się bli­sko, aby mieć oko na Win. A to po­sia­dłość na ubo­czu, gdzie znacz­nie trud­niej o kło­poty. Po­przed­nim ra­zem, gdy stu­dio­wał ar­chi­tek­turę, Fran­cja do­brze mu słu­żyła. Może po­wrót do niej po­zwoli mu wziąć się w garść.

- Albo - stwier­dził po­nuro Kev - za­szyje się gdzieś w Pa­ryżu i bę­dzie to­pił smutki w al­ko­holu i pro­sty­tut­kach.

Ro­han wzru­szył ra­mio­nami.

- Przy­szłość Leo spo­czywa w jego wła­snych rę­kach. Bar­dziej mar­twi mnie to, co mamy tu­taj. Ame­lia jest prze­ko­nana, że Poppy po­winna wziąć udział w se­zo­nie, a Be­atrix wy­je­chać do szkoły. Mu­simy od­bu­do­wać po­sia­dłość w Hamp­shire. Trzeba oczy­ścić ru­iny, a zie­mia...

- Wiem, co trzeba zro­bić.

- To zna­czy, że się tym zaj­miesz? Bę­dziesz współ­pra­co­wał z ar­chi­tek­tem, mu­ra­rzami, ka­mie­nia­rzami i sto­la­rzami?

Kev spoj­rzał na niego wrogo.

- Nie po­zbę­dziesz się mnie. I prę­dzej mnie pie­kło po­chło­nie, niż zgo­dzę się dla cie­bie pra­co­wać, od­po­wia­dać przed tobą, czy...

- Za­cze­kaj. - Ro­han uniósł dło­nie w uspo­ka­ja­ją­cym ge­ście, złote pier­ścionki za­lśniły na jego pal­cach. - Za­cze­kaj, na mi­łość bo­ską, prze­cież nie pró­buję się cie­bie po­zbyć. Pro­po­nuję ci part­ner­stwo. Szcze­rze mó­wiąc, mnie rów­nież ta per­spek­tywa nie cie­szy. Ale wiele jest do zro­bie­nia. A my osią­gniemy wię­cej, współ­pra­cu­jąc, niż cią­gle wcho­dząc so­bie w drogę.

Kev pod­niósł ze stołu nóż i prze­je­chał pal­cami po tę­pym ostrzu i mi­ster­nie zdo­bio­nej rączce.

- Chcesz, abym je­chał do Hamp­shire do­glą­dać prac, gdy ty zo­sta­niesz w Lon­dy­nie z ko­bie­tami.

- Mo­żesz jeź­dzić tam i z po­wro­tem, je­śli so­bie ży­czysz. Ja będę od czasu do czasu przy­jeż­dżał do Hamp­shire, aby kon­tro­lo­wać po­stępy. - Ro­han spoj­rzał na niego prze­ni­kli­wie. - Prze­cież nic cię nie trzyma w Lon­dy­nie?

Kev po­trzą­snął głową.

- Czyli po­sta­no­wione?

Kev nie chciał tego przy­znać, ale plan Ro­hana miał dla niego pe­wien urok. Mer­ri­pen nie­na­wi­dził Lon­dynu, brudu, ha­łasu, za­tło­czo­nych bu­dyn­ków, smogu i zgiełku. Tę­sk­nił za wsią. A myśl o od­bu­do­wa­niu po­sia­dło­ści... o moż­li­wo­ści zmę­cze­nia się ciężką pracą... To do­brze by mu zro­biło. Poza tym le­piej niż kto­kol­wiek wie­dział, czego po­trze­buje ma­ją­tek Ram­saya.

- Chcę wpro­wa­dzić pewne ulep­sze­nia także w fol­warku - po­wie­dział na głos, od­kła­da­jąc nóż. - Trzeba zre­pe­ro­wać bramy i ogro­dze­nia. Wy­ko­pać rowy i ka­nały me­lio­ra­cyjne. A dzier­żawcy na­dal po­słu­gują się ce­pami i sier­pami, bo nie mają ma­szyn. Po­sia­dłość po­winna mieć wła­sną pie­kar­nię, żeby nie mu­sieli jeź­dzić do wio­ski po chleb. I...

- Co­kol­wiek po­sta­no­wisz - zgo­dził się po­spiesz­nie Ro­han, wy­ka­zu­jąc ty­powy dla Lon­dyń­czyka brak za­in­te­re­so­wa­nia rol­nic­twem. - Nowi dzier­żawcy bez wąt­pie­nia przy­służą się po­sia­dło­ści.

- Wiem, że za­trud­ni­łeś już ar­chi­tekta i bu­dow­ni­czych. Od te­raz to do mnie będą się zwra­cać z py­ta­niami. Po­trze­buję do­stępu do ksiąg Ram­saya. I za­mie­rzam do­brać so­bie lu­dzi i za­rzą­dzać nimi bez two­jego wtrą­ca­nia się.

Ro­han uniósł brwi, sły­sząc zde­cy­do­wa­nie w gło­sie Keva.

- Cóż, nie zna­łem cię od tej strony, chal.

- Przy­sta­jesz na moje wa­runki?

- Tak. - Ro­han wy­cią­gnął rękę. - Uści­śniemy so­bie dło­nie?

Kev wstał, igno­ru­jąc po­ko­jowy gest.

- Nie ma ta­kiej po­trzeby.

Białe zęby Ro­hana bły­snęły w uśmie­chu.

- Mer­ri­pen, czy to by­łoby na­prawdę ta­kie straszne, gdy­byś choć spró­bo­wał się ze mną za­przy­jaź­nić?

- Ni­gdy nie bę­dziemy przy­ja­ciółmi. W naj­lep­szym ra­zie je­ste­śmy wro­gami, któ­rych łą­czy wspólny cel.

Ro­han na­dal się uśmie­chał.

- Po­dej­rze­wam, że re­zul­tat byłby taki sam. - Po­cze­kał, aż Kev po­dej­dzie do drzwi i do­dał: - A tak przy oka­zji, za­mie­rzam po­ru­szyć sprawę tych ta­tu­aży. Je­śli coś nas łą­czy, chcę się do­wie­dzieć, co.

- Po­ra­dzisz so­bie beze mnie - od­parł Kev lo­do­wato.

- Dla­czego? Nie je­steś cie­kawy?

- Ani tro­chę.

Oczy Ro­hana prze­peł­niały py­ta­nia.

- Nic cię nie wiąże z prze­szło­ścią, ani z Ro­mami, nie wiesz, dla­czego w dzie­ciń­stwie ktoś cię na­zna­czył tym ry­sun­kiem. Czego się więc bo­isz?

- Masz ten ta­tuaż rów­nie długo jak ja. I nie­wiele wię­cej o nim wiesz. Po co te­raz się tym in­te­re­so­wać?

- Ja... - Nie­świa­do­mie Ro­han po­tarł ra­mię w miej­scu, w któ­rym wid­niał ta­jem­ni­czy znak. - Za­wsze za­kła­da­łem, że to był ka­prys mo­jej babki. Ni­gdy mi nie wy­ja­śniła, skąd go mam, ani co on ozna­cza.

- A wie­działa?

- Po­dej­rze­wam, że tak. - Ro­han wy­krzy­wił wargi. - Ona wie­działa wszystko. Była po­tężną zie­larką i wie­rzyła w Biti Foki.

- Le­śne duszki? - Kev wy­krzy­wił po­gar­dli­wie usta.

Ro­han się uśmiech­nął.

- Tak. Za­pew­niała mnie, że wiele z nich zna oso­bi­ście. - Wy­raz roz­ba­wie­nia znikł z jego twa­rzy. - Gdy mia­łem dzie­sięć lat, babka mnie ode­słała. Po­wie­działa, że grozi mi nie­bez­pie­czeń­stwo. Mój ku­zyn, Noah, przy­wiózł mnie do Lon­dynu i po­mógł mi zna­leźć pracę w domu gry. Od tam­tej pory nie spo­tka­łem ni­kogo z mo­jego ple­mie­nia. - Ro­han urwał, jego twarz spo­chmur­niała. - Zo­sta­łem wy­gnany, a na­wet nie wiem, za co. I nie mia­łem po­wodu przy­pusz­czać, że ten ta­tuaż jest z tym zwią­zany. Aż spo­tka­łem cie­bie. Łą­czą nas dwie rze­czy, phral: je­ste­śmy wy­rzut­kami i zo­sta­li­śmy na­zna­czeni ir­landzką le­gendą. My­ślę, że gdy do­wiemy się cze­goś wię­cej, obu nam to po­może.

W ko­lej­nych mie­sią­cach Kev przy­go­to­wy­wał do od­bu­dowy po­sia­dłość Ram­saya. Zima w Stony Cross i oko­li­cach była ła­godna. Pa­stwi­ska po­krył szron, a brzegi Avon i It­chen za­mar­zły. Po­tem na wierz­bach po­ja­wiły się ba­zie, mięk­kie i pu­szy­ste jak ogon ja­gnię­cia, a ga­łę­zie de­reni za­czer­wie­niły się, roz­ja­śnia­jąc bla­do­szary kra­jo­braz.

Ekipy za­trud­nione przez Johna Da­shiella, przed­się­biorcę, który od­bu­do­wy­wał po­sia­dłość Ram­say, były pra­co­wite i wy­dajne. Pierw­sze dwa mie­siące po­świę­cili na oczysz­cza­nie ruin domu, zwo­że­nie zwę­glo­nego drewna, resz­tek ka­mieni i gruzu. Małą stró­żówkę przy dro­dze do­jaz­do­wej od­no­wiono i przy­sto­so­wano do po­trzeb Ha­tha­wayów.

Gdy w marcu zie­mia zmię­kła, za­częto od­bu­dowę głów­nego bu­dynku. Kev był prze­ko­nany, że wszyst­kich ostrze­żono o tym, że pro­jekt bę­dzie nad­zo­ro­wany przez Roma, bo ku jego zdzi­wie­niu nikt nie zgła­szał wo­bec niego żad­nych za­strze­żeń. Da­shiell, prag­ma­tyk, który do wszyst­kiego do­szedł wła­sną pracą, wy­da­wał się nie dbać o to, czy jego klien­tem jest An­glik, Rom, czy kto­kol­wiek inny, do­póki ra­chunki były pła­cone na czas.

Pod ko­niec lu­tego Kev od­był dwu­na­sto­go­dzinną po­dróż ze Stony Cross do Lon­dynu. Otrzy­mał list od Ame­lii, z któ­rego do­wie­dział się, że Be­atrix opu­ściła szkołę. Ame­lia na­pi­sała, że wszystko jest w po­rządku, ale Kev chciał się oso­bi­ście o tym prze­ko­nać. Już od dwóch mie­sięcy nie wi­dział sióstr Ha­tha­way i sam był zdu­miony tym, jak bar­dzo się za nimi stę­sk­nił.

Uczu­cie było od­wza­jem­nione. Gdy tylko zja­wił się w apar­ta­men­cie ho­telu Ru­tledge, Ame­lia, Poppy i Be­atrix pod­bie­gły do niego z nie­kła­maną ra­do­ścią. Zno­sił ich we­sołe okrzyki i po­ca­łunki z szorstką po­błaż­li­wo­ścią, ale w du­chu ra­do­wało go cie­pło ich po­wi­ta­nia.

Usa­do­wili się w sa­lo­niku: Kev z Ame­lią na so­fie, Cam i Poppy na naj­bliż­szych krze­słach, a Be­atrix na pod­nóżku o stóp Keva. Wszyst­kie wy­glą­dają bar­dzo do­brze, po­my­ślał Kev... tak ele­gancko ubrane i ucze­sane, z ciem­nymi wło­sami upię­tymi w loki, z wy­jąt­kiem Be­atrix, która wciąż no­siła war­ko­cze.

Ame­lia czę­sto się śmiała i pro­mie­nio­wała za­do­wo­le­niem, które mo­gło dać tylko udane mał­żeń­stwo. Poppy wy­ra­stała na praw­dziwą pięk­ność, miała de­li­katne rysy twa­rzy i gę­ste, kasz­ta­nowe włosy... cie­plej­sza, bar­dziej do­stępna wer­sja ete­rycz­nej do­sko­na­ło­ści Win. Tylko Be­atrix była wy­chu­dzona i przy­bita. Każ­demu, kto jej nie znał, mo­gła się wy­da­wać nor­malną, ra­do­sną dziew­czyną. Kev do­strzegł jed­nak w jej twa­rzy oznaki na­pię­cia i zde­ner­wo­wa­nia.

- Co się wy­da­rzyło w szkole? - za­py­tał ob­ce­sowo.

Be­atrix z chę­cią za­częła wy­le­wać przed nim swoje żale.

- Och, Mer­ri­pen, to wszystko moja wina. Szkoła była okropna. Znie­na­wi­dzi­łam ją. Za­przy­jaź­ni­łam się z jedną czy dwiema oso­bami i przy­kro było mi je opusz­czać. Ale w ogóle nie mo­głam się po­ro­zu­mieć z na­uczy­cie­lami. Za­wsze mó­wi­łam nie­od­po­wied­nie rze­czy, za­da­wa­łam nie­wła­ściwe py­ta­nia...

- Oka­zało się - wtrą­ciła drwiąco Ame­lia - że me­tody pe­da­go­giczne Ha­tha­wayów nie są tam mile wi­dziane.

- Wda­łam się w kilka kłótni - kon­ty­nu­owała Be­atrix - bo nie­które dziew­częta mó­wiły, że ich ro­dzice nie po­zwa­lają się im ze mną za­da­wać, bo mam w ro­dzi­nie Cy­ga­nów, więc ja też mogę być w czę­ści Cy­ganką. Po­wie­dzia­łam im, że nie je­stem, a na­wet gdy­bym była, to ża­den po­wód do wstydu i na­zwa­łam je snob­kami, a po­tem było dużo dra­pa­nia i cią­gnię­cia za włosy.

Kev prze­klął pod no­sem. Wy­mie­nił po­nure spoj­rze­nie z Ro­ha­nem. Ich obec­ność w ro­dzi­nie była ob­cią­że­niem dla sióstr Ha­tha­way... ale nie było na to le­kar­stwa.

- A po­tem wró­cił mój pro­blem.

Wszy­scy za­mil­kli. Kev wy­cią­gnął rękę i uści­snął dłoń dziew­czyny.

- Chavi - mruk­nął. Było to piesz­czo­tliwe okre­śle­nie dla mło­dej ko­biety w ro­mani. Rzadko uży­wał sta­rego ję­zyka, Be­atrix spoj­rzała więc na niego ze zdu­mie­niem.

Jej pro­blem ob­ja­wił się po raz pierw­szy po śmierci pana Ha­tha­waya. Wra­cał od czasu do czasu pod wpły­wem nie­po­koju i stresu. Kom­pul­syw­nie kra­dła rze­czy, za­zwy­czaj dro­bia­zgi, ta­kie jak ołówki, za­kładki do ksią­żek czy sztućce. Cza­sami na­wet tego nie pa­mię­tała, ale za­wsze po­tem cier­piała z po­czu­cia winy i przed­się­brała naj­prze­róż­niej­sze kroki, aby wszystko nie­po­strze­że­nie zwró­cić.

Kev spoj­rzał na nią z uczu­ciem.

- Co wzię­łaś, mała fretko? - za­py­tał ła­god­nie.

Po­pa­trzyła na niego z go­ry­czą.

- Wstążki do wło­sów, grze­bie­nie, książki... dro­bia­zgi. Pró­bo­wa­łam wszystko odło­żyć, ale nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć, skąd to mam. Wy­bu­chła wielka awan­tura i mu­sia­łam się przy­znać. Po­pro­szono mnie, że­bym opu­ściła szkołę. I te­raz już ni­gdy nie będę damą.

- Ależ oczy­wi­ście, że bę­dziesz - wtrą­ciła na­tych­miast Ame­lia. - Za­trud­nimy gu­wer­nantkę, co po­win­ni­śmy byli zro­bić od po­czątku.

Be­atrix spoj­rzała na nią z po­wąt­pie­wa­niem.

- Nie są­dzę, abym chciała gu­wer­nantkę, która zgo­dzi­łaby się do­bro­wol­nie pra­co­wać dla na­szej ro­dziny.

- Och, prze­cież wcale nie je­ste­śmy tacy źli... - za­częła Ame­lia.

- Ow­szem, je­ste­śmy - po­in­for­mo­wała ją Poppy. - Je­ste­śmy od­mień­cami, Ame­lio. Za­wsze ci to mó­wi­łam. By­li­śmy nimi jesz­cze, za­nim wpro­wa­dzi­łaś do ro­dziny pana Ro­hana. - Spoj­rzała ką­tem oka na Cama. - Bez ob­razy.

W jego oczach mi­gnęło roz­ba­wie­nie.

- Nie ob­ra­żam się.

Poppy zwró­ciła się do Keva.

- Nie­ważne, jak trudno bę­dzie nam zna­leźć od­po­wied­nią gu­wer­nantkę, mu­simy to zro­bić. Po­trze­buję po­mocy. Mój se­zon to pa­smo ka­ta­strof, Mer­ri­pen.

- Mi­nęły do­piero dwa mie­siące. Chyba za wcze­śnie, by mó­wić o ka­ta­stro­fie?

- Pod­pie­ram ściany.

- Nie­moż­liwe.

- Na­wet go­rzej. Ża­den męż­czy­zna nie chce mieć ze mną nic wspól­nego.

Kev spoj­rzał na Ro­hana i Ame­lię z nie­do­wie­rza­niem. Taka piękna, in­te­li­gentna dziew­czyna jak Poppy musi mieć prze­cież kon­ku­ren­tów na pęczki.

- Co jest nie tak z tymi ga­dziami? - za­py­tał zdu­miony.

- To sami idioci - od­po­wie­dział mu Ro­han. - Ni­gdy nie zmar­nują oka­zji, by to udo­wod­nić.

Kev spoj­rzał na Poppy i po­sta­no­wił przejść do sedna sprawy.

- To przez Cy­ga­nów w ro­dzi­nie? Dla­tego nikt się o cie­bie nie stara?

- Cóż, to nie po­maga - przy­znała Poppy - ale pro­blem po­lega głów­nie na tym, że nie mam żad­nych umie­jęt­no­ści to­wa­rzy­skich. Bez­u­stan­nie po­peł­niam gafy. Oka­zało się, że w ogóle nie umiem roz­ma­wiać. Ocze­kują ode mnie, że­bym fru­wała z te­matu na te­mat, lekko jak mo­tyl. To nie­ła­twe i w do­datku cał­kiem po­zba­wione sensu. A dżen­tel­meni, któ­rzy zmu­szą się i w końcu do mnie po­dejdą, po pię­ciu mi­nu­tach szu­kają wy­mówki, aby uciec. Flir­tują i mó­wią naj­głup­sze rze­czy, a ja zu­peł­nie nie wiem, jak im od­po­wia­dać.

- I tak żad­nego z nich bym dla niej nie chciała - stwier­dziła rze­czowo Ame­lia. - Gdy­byś tylko mógł ich zo­ba­czyć, Mer­ri­pen. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam rów­nie bez­u­ży­tecz­nej trzody pu­szą­cych się pawi.

- Po­win­naś ich chyba na­zwać sta­dem pawi - pod­po­wie­działa Poppy. - Nie trzodą.

- Banda ro­puch - do­dała Be­atrix.

- Ko­lo­nia pin­gwi­nów - włą­czyła się Ame­lia.

- Wa­taha pa­wia­nów. - Poppy sie ro­ze­śmiała.

Kev też się uśmie­chał, choć w głębi du­cha czuł nie­po­kój. Poppy za­wsze ma­rzyła o se­zo­nie w Lon­dy­nie. Taki ob­rót spraw mu­siał być dla niej dru­zgo­cą­cym roz­cza­ro­wa­niem.

- Za­pra­szano cię na od­po­wied­nie przy­ję­cia? - za­py­tał. - Po­tań­cówki... ko­la­cje...

- Bale i wie­czorki. Tak, dzięki pa­tro­na­towi lorda We­stc­liffa i lorda St. Vin­centa otrzy­mu­jemy za­pro­sze­nia. Ale to, że mogę przejść przez próg, nie czyni ze mnie po­żą­da­nego to­wa­rzy­stwa, Mer­ri­pen. Daje mi tylko oka­zję do pod­pie­ra­nia ścian, gdy wszy­scy inni tań­czą.

Kev zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na Ame­lię i Ro­hana.

- I co za­mier­za­cie z tym zro­bić?

- Wy­co­famy Poppy z se­zonu - od­parła Ame­lia - i po­wiemy wszyst­kim, że po na­my­śle do­szli­śmy do wnio­sku, że jest jesz­cze zbyt młoda, by by­wać w to­wa­rzy­stwie.

- Nikt w to nie uwie­rzy - wtrą­ciła Be­atrix. - Prze­cież Poppy ma pra­wie dzie­więt­na­ście lat.

- Nie mu­sisz mó­wić o mnie, jak­bym była ob­sy­paną bro­daw­kami starą wiedźmą, Bea - od­gry­zła się sio­strze Poppy.

- A w mię­dzy­cza­sie - kon­ty­nu­owała cier­pli­wie Ame­lia - znaj­dziemy gu­wer­nantkę, która na­uczy Poppy i Be­atrix, jak na­leży się za­cho­wy­wać.

- Le­piej, żeby była do­bra - po­wie­dział Be­atrix, wy­cią­ga­jąc z kie­szeni biało-czarną świnkę mor­ską i przy­ci­ska­jąc ją do po­liczka. - Wiele pracy przed nami. Prawda, Nib­bles?

Nie­długo póź­niej Ame­lia wzięła Keva na stronę. Się­gnęła do kie­szeni sukni i wy­jęła z niej mały, biały kwa­dra­cik. Po­dała mu go, spo­glą­da­jąc na niego ba­daw­czo.

- Win pi­sała li­sty rów­nież do nas i oczy­wi­ście je także po­wi­nie­neś prze­czy­tać. Ale ten był za­adre­so­wany wy­łącz­nie do cie­bie.

Nie­zdolny wy­du­sić głosu, Kev za­ci­snął palce na za­pie­czę­to­wa­nym wo­skiem per­ga­mi­nie.

Wró­cił do swo­jego po­koju, który był od­dzie­lony od reszty na jego wła­sne ży­cze­nie, usiadł przy ma­łym sto­liku i zła­mał pie­częć z ogromną pie­czo­ło­wi­to­ścią.

Zo­ba­czył zna­jome pi­smo Win, małe, pre­cy­zyjne po­cią­gnię­cia pió­rem.

Drogi Ke­vie,

mam na­dzieję, że mój list znaj­duje Cię w do­brym zdro­wiu. W za­sa­dzie nie mogę so­bie wy­obra­zić Cie­bie ina­czej. Każ­dego ranka bu­dzę się w tym miej­scu, które wy­daje mi się zu­peł­nie in­nym świa­tem, i na nowo dzi­wię się temu, jak da­leko je­stem od mo­jej ro­dziny. I od Cie­bie.

Po­dróż przez ka­nał była mę­cząca, a droga lą­dowa na­wet bar­dziej. Jak wiesz, marny ze mnie po­dróż­nik, ale Leo się mną za­opie­ko­wał. Te­raz re­zy­duje nie­da­leko stąd w ma­łym cha­teau jako płatny gość i od­wie­dza mnie co drugi dzień...

Da­lej Win opi­sy­wała kli­nikę, ci­chą i skromną. Pa­cjenci cier­pieli na różne scho­rze­nia, ale głów­nie na płuca.

Za­miast otu­ma­niać ich le­kami i za­trzy­my­wać pod da­chem, jak to czy­niła więk­szość le­ka­rzy, dok­tor Har­row za­le­cał im ćwi­cze­nia, zimne ką­piele, to­niki na zdro­wie i pro­stą, ści­słą dietę. Przy­mu­sza­nie pa­cjen­tów do ćwi­czeń było kon­tro­wer­syjną me­todą le­cze­nia, ale we­dług dok­tora Har­rowa wszyst­kie żywe stwo­rze­nia się ru­szają.

Pa­cjenci roz­po­czy­nali więc każdy dzień od spa­ceru, czy słońce, czy deszcz, po któ­rym na­stę­po­wała go­dzina ćwi­czeń na sali gim­na­stycz­nej, gdzie wspi­nali się po dra­bin­kach i pod­no­sili cię­żary. Na ra­zie Win nie ra­dziła so­bie z ćwi­cze­niami, bo szybko za­wo­dził ją od­dech, ale do­strze­gała w so­bie po­wolne zmiany na lep­sze. Każdy pa­cjent miał także obo­wią­zek ćwi­czyć od­dy­cha­nie na no­wym przy­rzą­dzie na­zy­wa­nym spi­ro­me­trem, który mie­rzył ob­ję­tość wdy­cha­nego i wy­dy­cha­nego po­wie­trza.

Opis kli­niki i pa­cjen­tów był znacz­nie dłuż­szy, ale Kev prze­biegł po nim tylko wzro­kiem. I w końcu do­tarł do ostat­nich aka­pi­tów.

Od mo­jej cho­roby na nie­wiele star­czało mi sił poza ob­da­rza­niem in­nych mi­ło­ścią, a oka­zję do tego wy­ko­rzy­sty­wa­łam i na­dal wy­ko­rzy­stuję w pełni. Prze­pra­szam, je­śli moje za­cho­wa­nie tam­tego ranka Cię zszo­ko­wało, ale nie ża­łuję uczuć, któ­rym da­łam wy­raz.

Bie­gnę za Tobą i ży­ciem w sza­lo­nym po­ścigu. W mo­ich ma­rze­niach i Ty, i ono pew­nego dnia za­wró­ci­cie i po­zwo­li­cie się zła­pać. To ma­rze­nie po­maga mi prze­trwać noce. Chcia­ła­bym po­wie­dzieć Ci tak wiele, ale jesz­cze nie je­stem wolna.

Mam na­dzieję, że pew­nego dnia po­czuję się na tyle do­brze, aby znów Cię za­szo­ko­wać, z bar­dziej za­do­wa­la­ją­cym re­zul­ta­tem.

Za­łą­czam sto po­ca­łun­ków. Mu­sisz je uważ­nie po­li­czyć i nie zgu­bić ani jed­nego.

Twoja Win­ni­fred

Kev roz­ło­żył ar­ku­sik na stole, wy­gła­dził brzegi i prze­su­nął pal­cami po de­li­kat­nych li­niach pi­sma. Prze­czy­tał list jesz­cze dwa razy.

Po­tem jego dłoń za­mknęła się na pa­pie­rze i ci­snęła go do ko­minka, w któ­rym pło­nął nie­wielki ogień.

Na jego oczach per­ga­min za­czął się tlić, biel ob­ró­ciła się w po­piół, a słowa, które po­słała mu Win, znik­nęły.