Rozdział 1
LondynZima 1848 roku
Win od zawsze była zdania, że Kev Merripen jest piękny - tak jak piękny może być surowy krajobraz czy zimowy dzień. Kev był potężnym, uderzająco przystojnym, pod każdym względem bezkompromisowym mężczyzną. Egzotyczne, zuchwałe rysy jego twarzy stanowiły doskonałą oprawę dla oczu tak ciemnych, że granica między źrenicą a tęczówką się zacierała. Jego włosy były gęste i czarne jak skrzydło kruka, brwi proste i mocne, a jego szerokie wargi wykrzywiał stale ponury grymas, na który Win nie była obojętna.
Merripen, jej ukochany, ale nie kochanek. Znali się od dzieciństwa, jej rodzina go przygarnęła. Choć Hathawayowie zawsze traktowali go jak swojego, Merripen wolał pełnić rolę służącego. Opiekuna. Obcego.
Przyszedł do sypialni Win i stał teraz w progu, obserwując, jak dziewczyna pakuje do kufra kilka osobistych przedmiotów z górnej szuflady komody. Szczotka do włosów, szpilki, naręcze chusteczek, które wyszyła dla niej jej siostra, Poppy. Win wkładała rzeczy do skórzanej torby, boleśnie świadoma niewzruszonej obecności Merripena. Wiedziała, co kryje się za jego spokojem, bo w środku odczuwała tę samą tęsknotę.
Myśl o odejściu od niego łamała jej serce. A jednak nie miała wyboru. Od napadu szkarlatyny, który przeżyła dwa lata wcześniej, miała problemy ze zdrowiem. Była szczupła i krucha, łatwo się męczyła i mdlała. Słabe płuca, powtarzali lekarze. Nic nie można zrobić, trzeba się z tym pogodzić. Życie spędzone na odpoczynku i przedwczesna śmierć.
Win nie miała zamiaru się z tym godzić.
Marzyła o wyzdrowieniu, o rozkoszowaniu się rzeczami, które większość ludzi uznawała za pewnik. O tańcu, śmiechu, spacerach. Pragnęła kochać... wyjść za mąż... pewnego dnia założyć rodzinę.
W swoim obecnym stanie nie miała na to najmniejszych szans. I to się musiało zmienić. Tego dnia wyjeżdżała do kliniki we Francji, gdzie energiczny młody lekarz, Julian Harrow, osiągał zadziwiające rezultaty w leczeniu pacjentów takich jak ona. Jego metody były niekonwencjonalne, kontrowersyjne, ale Win o to nie dbała. Poważyłaby się na wszystko, byle tylko wyzdrowieć. W przeciwnym razie nigdy nie zdobędzie Merripena.
- Nie jedź - powiedział tak cicho, że ledwie go usłyszała.
Walczyła, aby nie pokazać po sobie zdenerwowania, choć jej ciałem wstrząsały dreszcze.
- Proszę, zamknij drzwi - zdołała szepnąć. Potrzebowali odrobiny prywatności, aby odbyć tę rozmowę.
Merripen się nie poruszył. Na jego smagłą twarz wystąpił rumieniec, a jego czarne oczy rozbłysły gniewem, który rzadko okazywał. W tej chwili był Romem - emocje burzyły się w nim tuż pod skórą, na co rzadko sobie pozwalał.
Win sama zamknęła drzwi. Odsunął się, gdy podeszła, jakby jakikolwiek kontakt z nią mógł spowodować tragiczne skutki.
- Dlaczego nie chcesz, żebym pojechała, Kev? - zapytała miękko.
- Nie będziesz tam bezpieczna.
- Oczywiście, że będę - odparła. - Ufam doktorowi Harrowowi. Jego metoda wydaje mi się rozsądna, a fakt, że odniósł tak wiele sukcesów...
- Porażek ma tyle samo. Tu, w Londynie, są lepsi lekarze. Powinnaś najpierw udać się do nich.
- Myślę, że to doktor Harrow jest moją szansą. - Win uśmiechnęła się do jego surowych, czarnych oczu, świadoma rzeczy, których on nie może wyznać. - Wrócę do ciebie, obiecuję.
Zignorował ją. Każdy jej wysiłek, aby obnażyć ich uczucia, spotykał się z nieugiętym oporem z jego strony. Nigdy nie przyznałby, że widzi w niej kogoś więcej niż kruchą inwalidkę, która potrzebuje jego opieki. Motyl za szkłem.
A on tymczasem kolekcjonował kolejne podboje. Był bardzo dyskretny, ale Win była przekonana, że niejedna kobieta oddała mu swoje ciało, które on wykorzystał dla własnej przyjemności. Poczuła ponury gniew na myśl o Merripenie dzielącym łoże z kimś innym. Wszyscy, którzy ją znali, byliby zaszokowani tym, jak bardzo ona go pożąda. Najbardziej zdumiony byłby pewnie sam Merripen.
Doskonale, Kev, pomyślała na widok jego pozbawionej wyrazu twarzy. Zachowam stoicki spokój, jeśli takie jest twoje życzenie. Pożegnamy się uprzejmie i chłodno.
Potem odchoruje to w zaciszu swojej sypialni, świadoma tego, że upłynie cała wieczność, zanim znów go zobaczy. Wiedziała jednak, że tak będzie lepiej - nie mogła znieść myśli, że mogą już do końca jej dni żyć obok siebie, rozdzieleni chorobą.
- Cóż - oznajmiła żwawo - niedługo wyjeżdżam. Nie ma powodu do zmartwień, Kev. Leo zaopiekuje się mną w czasie podróży do Francji, a...
- Twój brat nawet o samego siebie nie umie się zatroszczyć - odparł gniewnie Merripen. - Nigdzie nie jedziesz. Zostajesz tutaj, gdzie będę mógł... - Przygryzł wargę.
Win dosłyszała w jego głosie głęboko skrywaną nutę wściekłości czy bólu. To stawało się coraz bardziej interesujące. Jej serce zaczęło tłuc się w piersi.
- Jest... - Musiała przerwać, aby złapać oddech. - Jest tylko jedna rzecz, która mogłaby mnie powstrzymać przed wyjazdem.
Posłał jej czujne spojrzenie.
- Jaka?
Przez chwilę zbierała się na odwagę, aby przemówić.
- Powiedz mi, że mnie kochasz. Powiedz to, a zostanę.
Czarne oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Odgłos gwałtownego oddechu przeciął powietrze jak cios siekiery. Merripen zastygł w milczeniu.
Win czuła fale rozbawienia i rozpaczy, czekając na jego odpowiedź.
- Ja... Zależy mi na każdym członku twojej rodziny...
- Nie. Wiesz, że nie o to proszę. - Win podeszła do niego, uniosła swoje blade dłonie do jego piersi i oparła je na twardych, nieustępliwych mięśniach. Jego ciało zareagowało gwałtownie. - Proszę - powtórzyła, nienawidząc się za ton desperacji w swoim głosie. - Mogłabym umrzeć nawet jutro, gdybym choć raz to usłyszała...
- Nie - warknął w odpowiedzi, odsuwając się.
Odrzucając całą ostrożność, Win poszła za nim. Chwyciła fałdy jego koszuli.
- Powiedz mi. Wyznajmy w końcu prawdę i...
- Cicho już. Jeszcze się rozchorujesz.
Win rozwścieczyła świadomość, że on ma rację. Już czuła znajomą słabość, zawroty głowy, którym towarzyszyło gwałtownie przyspieszone tętno i ciężki oddech. Przeklęła zawodzące ją ciało.
- Kocham cię - oznajmiła żałośnie. - Gdybym była zdrowa, żadna siła ziemska by mnie nie powstrzymała. Gdybym była zdrowa, wzięłabym cię do łóżka i pokazała ci, jak wiele pasji może kryć się w kobiecie, która...
- Nie. - Uniósł dłoń do jej ust, żeby ją uciszyć, ale cofnął ją gwałtownie, gdy wyczuł ciepło jej warg.
- Jeśli nie boję się tego wyznać, dlaczego ty miałbyś się bać? - Przyjemność bycia blisko niego, dotykania go, była jak szaleństwo. Przylgnęła do niego odważnie. Próbował ją odsunąć tak, aby jej nie skrzywdzić, ale przywarła do niego z całą siłą, jaka jej pozostała. - A jeśli widzimy się po raz ostatni? Nie będziesz żałował, że nie wyznałeś mi, co czujesz? Nie chciałbyś...
Merripen przykrył jej usta swoimi, desperacko pragnąć, aby w końcu zamilkła. Oboje westchnęli i zastygli w bezruchu, wchłaniając w siebie to uczucie. Jego oddech uderzał falami ciepła o jej policzek. Otoczył ją ramionami, otulił swoją siłą i przyciągnął do swego twardego ciała. A potem wybuchł płomień, w którym oboje się zatracili.
Czuła w jego oddechu słodycz jabłek, gorycz kawy i jego bogaty smak. Pragnąc więcej, wspięła się na palce. Przyjął jej niewinne zaproszenie z niskim, dzikim jękiem.
Poczuła dotyk jego języka. Otworzyła się na niego i pociągnęła go głębiej, z wahaniem oddając swój język jedwabistej pieszczocie. Zadrżał, zachłysnął się powietrzem i przytulił ją mocniej. Zalała ją kolejna fala słabości, jej zmysły umierały z tęsknoty za jego dłońmi, ustami i ciałem... Cała jego moc na niej i w niej... Och, tak bardzo go pragnęła...
Merripen całował ją wygłodniale, jego usta atakowały ją szorstkimi, namiętnymi pocałunkami. Jej zmysły płonęły z rozkoszy; wstrząsana dreszczami, uczepiła się go z całych sił, pragnąc znaleźć się jeszcze bliżej.
Wyczuwała przez warstwy spódnic nacisk jego bioder, które poruszały się rytmicznie. Instynktownie wyciągnęła dłoń, aby go dotknąć, ukoić; jej place napotkały twardy dowód jego pobudzenia.
Jej usta stłumiły jego agonalny jęk. Chwycił jej dłoń i zacisnął na sobie na jeden palący moment. Win otworzyła szeroko oczy, wyczuwając pulsowanie. Napięcie wokół nich było tak gęste, że groziło eksplozją.
- Kev... łóżko... - szepnęła, pąsowiejąc od policzków do palców stóp. Pragnęła go tak desperacko, od tak dawna, i w końcu miało się to wydarzyć. - Weź mnie...
Merripen przeklął i odepchnął ją od siebie. Dyszał ciężko.
Win przysunęła się do niego.
- Kev...
- Nie zbliżaj się do mnie - rzucił tak wściekle, że odskoczyła z przerażenia.
Przez chwilę stali w bezruchu, a w powietrzu unosiły się tylko ich gwałtowne oddechy.
Merripen przemówił pierwszy. W jego głosie tlił się gniew i odraza, ale nie można było rozpoznać, przeciwko komu są one skierowane.
- To się już nigdy więcej nie wydarzy.
- Bo boisz się, że możesz mnie skrzywdzić?
- Bo nie chcę cię w ten sposób.
Zesztywniała z oburzenia i roześmiała się z niedowierzaniem.
- Reagowałeś na mnie. Czułam to.
Jego rumieniec stał się jeszcze wyraźniejszy.
- Z każdą inną kobietą byłoby tak samo.
- Ty... ty chcesz, żebym uwierzyła, że nic do mnie nie czujesz?
- Pragnę jedynie chronić cię, tak jak każdego innego członka twojej rodziny.
Wiedziała, że to kłamstwo; czuła to. Ale jego bezduszna reakcja ułatwiała jej pożegnanie.
- Ja... - Z trudem wydobywała z siebie głos. - To bardzo szlachetne z twojej strony. - Próbowała ironizować, ale zadyszka psuła efekt. Głupie, słabe płuca.
- Zmęczyłaś się - odparł Merripen, podchodząc bliżej. - Musisz odpocząć...
- Nic mi nie jest - oznajmiła gwałtownie Win, podchodząc do umywalni i chwytając się jej brzegów dla równowagi. Zmoczyła lekko ręcznik i przyłożyła go do rozpalonych policzków. Spojrzała w lustro i przybrała swoją zwykłą, łagodną maskę. Zdołała jakoś uspokoić głos. - Będę miała ciebie całego albo w ogóle - oświadczyła. - Wiesz, co powiedzieć, abym została. Jeśli tego nie powiesz, wyjadę.
Atmosfera w pokoju była ciężka od emocji. Nerwy Win krzyczały w proteście, gdy cisza się przedłużała. Wpatrywała się w lustro, w którym odbijał się zarys jego szerokich ramion. A potem Kev się poruszył, drzwi otworzyły się i zamknęły.
Win muskała twarz chłodnym ręcznikiem, ocierając z niej strumienie łez. Odkładając płótno, zauważyła, że dłoń, która go intymnie dotykała, zachowała wspomnienie jego ciepła. Na wargach wciąż czuła mrowienie od jego słodkich, mocnych pocałunków, a jej pierś wypełniał ból desperackiej miłości.
- Cóż - powiedziała do swego zarumienionego odbicia - teraz przynajmniej masz motywację. - Roześmiała się drżąco i zaczęła ocierać kolejne łzy.
Cam Rohan nadzorował załadunek powozu, który miał wkrótce udać się do londyńskich doków, i nie mógł przestać się zastanawiać, czy nie popełnia błędu. Obiecał swojej młodej żonie, że zatroszczy się o jej rodzinę, a dwa miesiące po ślubie odsyłał jedną z jej sióstr do Francji.
- Możemy zaczekać - powiedział Amelii poprzedniej nocy, gdy trzymał ją w ramionach i głaskał jej gęste, brązowe włosy, które spływały falą na jego pierś. - Jeśli chcesz zatrzymać przy sobie Win trochę dłużej, możemy ją posłać do kliniki na wiosnę.
- Nie, ona musi wyjechać najszybciej, jak to możliwe. Doktor Harrow jasno dał nam do zrozumienia, że zmarnowano już zbyt wiele czasu. Jedyną nadzieją Win na poprawę jest natychmiastowe rozpoczęcie leczenia.
Cam uśmiechnął się, słysząc pragmatyczny ton Amelii. Jego żona celowała w skrywaniu emocji, zachowując tak niezachwianą postawę, że tylko kilka osób wiedziało, jaka jest w głębi duszy wrażliwa. Cam był jedynym człowiekiem, przy którym opuszczała gardę.
- Musimy być rozsądni - dodała.
Cam przewrócił ją na plecy i spojrzał na jej małą, śliczną twarz, na którą padało światło lampy. Te wielkie, błękitne oczy, mroczne jak serce północy.
- Tak - przyznał miękko. - Ale to nie zawsze jest łatwe, prawda?
Amelia potrząsnęła głową, jej oczy zwilgotniały. Cam czubkami palców dotknął jej policzka.
- Mój biedny koliberek - szepnął. - Przeżyłaś tak wiele zmian w ostatnich miesiącach, a nasz ślub nie był wcale największą z nich. A teraz odsyłam twoją siostrę.
- Do kliniki, żeby tam wyzdrowiała. Wiem, że to dla jej dobra. Tylko że... Będę za nią tęsknić. Win to najdroższy, najłagodniejszy członek naszej rodziny. Zawsze nas godziła. Pewnie się pozabijamy pod jej nieobecność. - Jęknęła cicho. - Nie waż się nikomu zdradzić, że płakałam, bo się z tobą policzę.
- Nie, monisha - koił ją i przytulał, gdy pociągała nosem. - Twoje sekrety są ze mną bezpieczne. Przecież wiesz.
Scałował łzy z jej policzków, powoli zdjął z niej koszulę nocną i kochał się z nią leniwie.
- Moja miłości - szeptał, gdy drżała pod nim. - Pozwól mi zadbać o siebie... - Gdy brał w posiadanie jej ciało, powtarzał jej w obcym języku, że wielbi ją pod każdym względem, że kocha jej wnętrze i że nigdy jej nie opuści. Choć Amelia nie rozumiała jego słów, sam ich dźwięk ją podniecał. Jej paznokcie przesuwały się po jego plecach, a jej biodra unosiły się pod jego ciężarem. Zadowalał ją i sam czerpał przyjemność, aż jego żona odpłynęła w pełen zaspokojenia sen.
Jeszcze długo potem Cam tulił ją do siebie, gdy z zaufaniem ułożyła głowę w zagięciu jego ramienia. Był teraz odpowiedzialny za Amelię i za jej całą rodzinę.
Hathawayowie byli grupą odmieńców składającą się z czterech sióstr, brata i Merripena, który był Romem, jak Cam. Niewiele o nim wiedziano, poza tym, że został przygarnięty przez Hathawayów jako dziecko, po tym jak rannego w obławie na Cyganów porzucono go na pewną śmierć. Był kimś więcej niż sługą, ale nie całkiem członkiem rodziny.
Trudno było przewidzieć, jak Merripen będzie się prowadził pod nieobecność Win, ale Cam miał przeczucie, że nie będzie przyjemnie. Nie mogli się od siebie bardziej różnić - jasnowłosa inwalidka i potężny Rom. Ona tak wyrafinowana i eteryczna, on ciemnoskóry, nieociosany i prawie nieucywilizowany. Istniała jednak pomiędzy nimi więź, jak szlak jastrzębia, który zawsze wraca do tego samego lasu, podążając za wskazówkami niewidzialnych map, tworzonych przez samą naturę.
Gdy zakończono załadunek, a bagaż został zabezpieczony skórzanymi pasami, Cam wrócił do apartamentu hotelowego, w którym się całą rodziną zatrzymali. Zebrali się w salonie, aby się pożegnać.
Nieobecność Merripena była podejrzana. Tłoczyli się w małym pokoju - siostry i ich brat, Leo, który jechał do Francji jako towarzysz i eskorta Win.
- Już wystarczy - powiedział szorstko Leo, klepiąc po plecach najmłodszą z nich, Beatrix, która właśnie skończyła szesnaście lat. - Nie ma sensu urządzać scen.
Dziewczyna wtuliła się w niego jeszcze mocniej.
- Będziesz taki samotny, z dala od domu. Może weźmiesz jedno z moich zwierzątek, żeby ci dotrzymało towarzystwa?
- Nie, kochanie. Będę się musiał zadowolić ludzkim towarzystwem, które znajdę na pokładzie. - Leo zwrócił się do Poppy, osiemnastoletniej, rdzawowłosej piękności. - Do widzenia, siostrzyczko. Ciesz się swoim pierwszym sezonem w Londynie. Spróbuj nie zaakceptować pierwszego, który ci się oświadczy.
Poppy podeszła, aby go objąć.
- Drogi Leo - powiedziała, przyciskając twarz do jego ramienia - spróbuj się zachowywać w tej Francji.
- Nikt się nie zachowuje we Francji - odparł Leo. - Dlatego wszyscy ją tak lubią. - Odwrócił się do Amelii. Jego pewna siebie fasada zaczęła się rozpadać. Odetchnął niepewnie. Z całego rodzeństwa to Leo i Amelia najczęściej i najbardziej zapalczywie się kłócili. A jednak to ona była jego ulubienicą. Przeszli razem tak wiele, gdy opiekowali się młodszym rodzeństwem po śmierci rodziców. Na oczach Amelii Leo zamienił się z obiecującego młodego architekta we wrak człowieka. Odziedziczenie wicehrabiostwa w niczym nie pomogło. W zasadzie nowo nabyty tytuł i status tylko przyspieszyły upadek Leo. To jednak nie powstrzymało Amelii przed walką o niego. Na każdym kroku próbowała go ratować, co go szalenie irytowało.
Kobieta podeszła do niego i oparła czoło na jego piersi.
- Leo - powiedziała, pociągając nosem. - Jeśli Win coś się stanie, zabiję cię.
Delikatnie pogłaskał ją po głowie.
- Grozisz mi śmiercią od lat i nic z tego nie wynika.
- Cz-czekałam na właściwy powód.
Leo uśmiechnął się, uniósł jej głowę i złożył pocałunek na jej czole.
- Przywiozę ją całą i zdrową.
- A siebie?
- Siebie również.
Amelia wygładziła zagniecenia jego płaszcza, jej wargi zadrżały.
- Więc może lepiej już zerwij z życiem pijanego utracjusza.
Leo uśmiechnął się szeroko.
- Ale ja zawsze wierzyłem, że należy rozwijać swoje naturalne talenty. - Pochylił się i pocałował ją w policzek. - A zresztą ty nie możesz dawać rad na temat prowadzenia się. Przecież wyszłaś za człowieka, którego ledwo znasz.
- To była najlepsza rzecz, jaką mogłam zrobić.
- Nie będę się kłócił, skoro to on opłaca moją podróż do Francji. - Leo wyciągnął rękę i uścisnął dłoń Cama. Ich znajomość nie zaczęła się najlepiej, ale obaj mężczyźni szybko się polubili. - Do widzenia, phral - powiedział Leo, używając romskiego słowa, którego Cam go nauczył. Znaczyło: brat. - Wiem, że doskonale sobie poradzisz, opiekując się rodziną. Mnie się już pozbyłeś, a to obiecujący początek.
- Wrócisz do odbudowanego domu i kwitnącej posiadłości, milordzie.
Leo roześmiał się nisko.
- Nie mogę się już doczekać, kiedy zobaczę twoje osiągnięcia na własne oczy. Wiesz, nie każdy par powierzyłby swoje dziedzictwo dwóm Cyganom.
- Jestem przekonany, że ty jesteś jedyny.
Gdy Win pożegnała się z siostrami, Leo pomógł jej wsiąść do powozu i usiadł obok. Poczuli lekkie szarpnięcie, gdy czwórka ruszyła, wioząc ich w kierunku londyńskich doków.
Leo przyglądał się profilowi Win. Jak zwykle nie okazywała zbyt wielu emocji, jej piękna twarz była spokojna i opanowana. Dostrzegł jednak plamy koloru na jej bladych policzkach i palce zaciśnięte na haftowanej chusteczce, którą trzymała na kolanach. Zauważył, że Merripen nie przyszedł się z nimi pożegnać. Zastanawiał się, czy on i Win się posprzeczali.
Westchnął cicho i objął ramieniem jej szczupłą, kruchą figurkę. Zesztywniała, ale nie odsunęła się. Po chwili chusteczka powędrowała do góry; Win otarła oczy. Była przerażona, chora i nieszczęśliwa.
A on był wszystkim, co miała.
Boże dopomóż.
- Nie pozwoliłaś chyba Beatrix wmusić sobie jednego z jej zwierzaków? - Spróbował ją rozweselić. - Ostrzegam, jeśli masz przy sobie jeża albo szczura, wyrzucę go za burtę, gdy tylko znajdziemy się na statku.
Win potrząsnęła głową i wydmuchała nos.
- Wiesz - oznajmił swobodnym tonem, wciąż ją przytulając - jesteś najmniej zabawną ze wszystkich moich sióstr. Jak to się w ogóle stało, że jadę z tobą do Francji?
- Możesz mi wierzyć - padła mokra od łez odpowiedź - że nie byłabym taka nudna, gdybym tylko miała jakiś wybór. Gdy wyzdrowieję, zacznę się bardzo źle zachowywać.
- Jest więc na co czekać. - Przytulił policzek do jej jasnych włosów.
- Leo - zapytała po chwili - dlaczego ofiarowałeś się pojechać ze mną do tej kliniki? Czy to dlatego, że także chcesz wyzdrowieć?
Niewinne pytanie wywołało w nim falę wzruszenia i irytacji. Win, tak jak pozostali członkowie jego rodziny, traktowali jego picie jak chorobę, którą może uleczyć okres abstynencji i zmiana otoczenia. A tymczasem było ono tylko objawem prawdziwej choroby - bólu tak upartego, że czasami bał się, że jego serce się przezeń zatrzyma.
Nie było lekarstwa na utratę Laury.
- Nie - odparł. - Nie mam takich aspiracji. Będę po prostu kontynuował moje szaleństwo w nowej scenerii. - Jego słowa zostały nagrodzone cichym śmiechem. - Win... czy pokłóciłaś się z Merripenem? To dlatego nie przyszedł się pożegnać? - Po długiej chwili ciszy Leo przewrócił oczami. - Jeśli naprawdę zamierzasz milczeć, siostrzyczko, czeka nas bardzo długa podróż.
- Tak, pokłóciliśmy się.
- O co? O klinikę Harrowa?
- Nie do końca. To znaczy po części, ale... - Win wzruszyła ramionami. - To zbyt skomplikowane. Wyjaśnienie tego zajęłoby mi całą wieczność.
- Mamy do pokonania ocean i pół Francji. Zdążymy, możesz mi wierzyć.
Gdy powóz odjechał, Cam udał się do stajni za hotelem, schludnego budynku, w którym mieściły się boksy dla koni i powozów. Tak jak się spodziewał, zastał Merripena przy wierzchowcach. Hotelowe stajnie zaspokajały tylko część potrzeb swoich mieszkańców, dlatego też niektóre prace musieli wykonywać właściciele zwierząt. Merripen czyścił właśnie czarnego wałacha Cama, trzylatka o dźwięcznym imieniu Puka.
Ruchy Merripena były lekkie, szybkie i metodyczne, gdy przeciągał zgrzebłem po błyszczących bokach rumaka.
Cam obserwował go przez chwilę, doceniając jego zręczność. Legenda o tym, że Cyganie najlepiej zajmują się końmi, nie była zmyślona. Romowie traktowali konie jak towarzyszy, zwierzęta poezji i heroizmu. Puka akceptował obecność Merripena z szacunkiem, którego nie okazywał zbyt wielu ludziom.
- Czego chcesz? - zapytał Merripen, nawet na Cama nie patrząc.
Cam wszedł do otwartego boksu leniwym krokiem i uśmiechnął się, gdy Puka pochylił łeb i szturchnął go w pierś.
- Nie, chłopcze... żadnego cukru. - Poklepał muskularny kark. Rękawy miał podwinięte do łokci; na jego przedramieniu widniał tatuaż przedstawiający czarnego latającego konia. Cam nie pamiętał, skąd go ma... Był tam od zawsze, z powodów, których jego babka mu nie objaśniła.
Rysunek odwzorowywał legendarnego irlandzkiego wierzchowca, pukę, zarazem złowrogie i szlachetne stworzenie, które mówiło ludzkim głosem i przemieszczało się nocami na szeroko rozpostartych skrzydłach. Według legendy puka pojawiał się niezapowiedziany pod oknami ludzi o północy i zabierał ich na przejażdżki, które na zawsze odmieniały ich życie.
Cam nigdy nie widział u nikogo podobnego symbolu. Do czasu, gdy spotkał Merripena, który został niedawno ranny w pożarze. Gdy leczyli jego oparzenia, odkryli na ramieniu tatuaż.
To sprowokowało Cama do kolejnych pytań.
Zobaczył, że Merripen ukradkiem spogląda na jego rękę.
- Co można pomyśleć o Romie, noszącym irlandzki symbol? - zapytał Cam.
- W Irlandii też są Romowie, to nic takiego.
- Ten tatuaż skrywa tajemnicę - oznajmił spokojnie Cam. - Nigdy wcześniej takiego nie widziałem. Ty masz taki sam. A ze zdumienia Hathawayów tym faktem wnioskuję, że bardzo się starałeś, by go ukryć. Dlaczego, phral?
- Nie nazywaj mnie tak.
- Jesteś częścią rodziny Hathawayów od dzieciństwa. A ja się wżeniłem. To czyni nas braćmi, nieprawdaż?
Jedyną odpowiedzią było pogardliwe spojrzenie.
Cam czerpał perwersyjną przyjemność z przyjacielskiego traktowania Roma, który tak otwarcie nim gardził. Rozumiał doskonale, co było źródłem wrogości Merripena. Nowy mężczyzna w rodzinie, vitsa, komplikował sytuację, jego status powinien być niższy. Cam, obcy, który wkroczył znienacka i z marszu przejął rolę głowy rodziny, był po prostu nie do zniesienia. Nie pomagał także fakt, że Cam był poshram, mieszańcem zrodzonym ze związku Cyganki i irlandzkiego gadzia. A co gorsza, był do tego wszystkiego zamożny, co uchodziło za prawdziwą hańbę w oczach każdego Roma.
- Dlaczego go ukrywałeś? - zapytał Cam.
Merripen przerwał szczotkowanie konia i posłał mu zimne, mroczne spojrzenie.
- Powiedziano mi, że to znak klątwy. W dniu, w którym odkryję, co ten rysunek oznacza, umrę ja lub ktoś mi bliski.
Cam nic po sobie nie pokazał, ale poczuł na karku dreszcz niepokoju.
- Kim ty jesteś, Merripen? - zapytał cicho.
Postawny Rom wrócił do pracy.
- Nikim.
- Byłeś kiedyś częścią plemienia. Musiałeś mieć rodzinę.
- Ojca nie pamiętam. Matka zmarła przy moim porodzie.
- Tak jak moja. Wychowywała mnie babka.
Zgrzebło zastygło w bezruchu. Żaden z nich się nie poruszył. W stajni zapadła martwa cisza, słychać było tylko pochrapywanie koni.
- Mnie wychowywał wuj. Na asharibe.
- Aha. - Cam nie pokazał po sobie współczucia, które wypełniło jego wnętrze.
Nic dziwnego, że Merripen tak dobrze walczył. Niektóre cygańskie plemiona wybierały najsilniejszych chłopców i przyuczały ich do walk na gołe pięści, wystawiając ich przeciwko sobie na jarmarkach i w zajazdach. Gapie obstawiali wyniki. Niektórzy z tych chłopców doznawali trwałych uszczerbków, inni ginęli. A tych, którzy przetrwali, dalej zaprawiano w bojach, aby stali się wojownikami.
- Cóż, to by tłumaczyło twój słodki charakter - zadrwił Cam. - To dlatego zdecydowałeś się zostać z Hathawayami po tym, jak cię przygarnęli? Bo nie chciałeś już dłużej żyć jak asharibe?
- Tak.
- Kłamiesz, phral - powiedział Cam, przypatrując się mu uważnie. - Zostałeś z innego powodu. - Rumieniec na twarzy Merripena zdradził mu prawdę. - Zostałeś dla niej - dodał cicho.