WPROWADZENIE
Z którego dowiesz się:
dlaczego czasem warto zacząć wszystko od nowa i skoczyć na trampolinie
ile można mieć lęków, gdy uczysz się ich od urodzenia
że nie musisz się zmieniać, jeśli tego nie potrzebujesz
że jesteś w porządku taka, jaka jesteś
a jedyne, co warto zrobić, to zauważyć siebie i spróbować lepiej poznać.
CZY W ŻYCIU POTRZEBUJEMY TRAMPOLINY?
Wiara w siebie jest formą odwagi.
Pogłaskanie się po głowie i przytulenie, gdy popełniło się błąd, jest
formą czułości. Porozmawianie z samą sobą i wysłuchanie siebie jest
formą uważności (także zaprawionej odwagą i czułością). Pielęgnowanie w sobie dobra to nastawienie do życia i forma codziennej praktyki. To moje
największe odkrycia z podróży, którą rozpoczęłam ponad cztery lata temu.
Chcę się nimi z wami podzielić, zanim napiszę całą resztę.
Tę książkę pisałam kilka razy. Najpierw we własnej głowie, gdzie
wydawała się nie tylko świetna, ale i znakomicie przemyślana. Nie dość,
że zdążyłam ją sobie całą ułożyć, to jeszcze stworzyłam mowę
dziękczynną, którą miałam wygłaszać przy odbieraniu rozlicznych nagród -
Nike, Bestsellery Empiku, Bestsellery Biedronki, Top 10 Lidla. Wszystko
było moje.
Tak minęły cztery miesiące, podczas których czułam, że już za chwilę,
najpewniej jutro, usiądę i wszystko to, co mam w głowie, przeleję na
papier. Było to pewne jak ceny benzyny, więc czułam się zrelaksowana. W końcu swój bestseller miałam na końcu palców.
Kiedy już odebrałam wyimaginowane nagrody, ponapawałam się sukcesem i własną wspaniałością, usiadłam do pisania naprawdę. Został miesiąc do
deadline'u. Ja nie napiszę książki w miesiąc?
Może i bym napisała, ale okazało się, że to, co pojawia się na ekranie
komputera, w niczym nie przypomina tej fantastycznej książki, za którą w swoich fantazjach zbierałam 10 gwiazdek na 10. Dałam fragment do
przeczytania zaufanej osobie, która od razu oddzwoniła i powiedziała:
"Stara, to nie jesteś ty. Czyim głosem to piszesz? Bo nie swoim".
Wszystko, co zdążyłam napisać, wykasowałam i zaczęłam od nowa. A potem
jeszcze raz. I jeszcze raz, bo to ciągle nie było moje - nie mój głos,
nie mój styl, nie moja opowieść.
Teraz piszę kolejną wersję. W międzyczasie opracowałam cztery plany i mapy książki, umyłam okna, zrobiłam 33 prania, odkurzyłam. Powiem wam,
że pisanie to jest bardzo ciężka praca, która polega na fizycznym
odsuwaniu wysiłku intelektualnego. Ciągle się zastanawiam, jak
powiedzieć wydawcy, że na deadline nie zdążę.
Mam nadzieję, że czytacie te słowa, bo to oznacza, że jednak w końcu się
udało, a wydawca mnie nie zamordował. Byłoby to niefortunne, bo kto by
odebrał te wszystkie nagrody.
Ktoś mógłby zapytać, i byłoby to słuszne pytanie, po co w ogóle się tak
męczyć i na co mi ta książka (poza licznymi nagrodami z krainy
fantazji). Otóż nie dość, że poczułam zew dzielenia się swoimi
przemyśleniami, to jeszcze miałam wokół siebie sporo osób, które
postanowiły mnie przekonać, że taka książka to świetny pomysł, że moją
historią trzeba się podzielić z innymi, bo to, przez co przeszłam, już
spotkało albo zaraz spotka wiele kobiet. I że jeśli opiszę po swojemu,
czego i jak doświadczyłam oraz co z tego wynikło, to może ktoś się
roześmieje, ktoś wzruszy, a jeszcze ktoś inny poczuje, że nie jest ze
wszystkim sam. A że ze mnie taka trochę miętka bułka, pomyślałam, że
dobrze, niech będzie, spróbuję, napiszę, bo co może pójść nie tak.
Moja historia, którą, spokojna głowa, w tej książce poznacie, jest jak
niezły serial z Netflixa - trochę horror, trochę komedia, a na koniec
refleksja, że życie jest niepokojąco ciekawe, jeśli tylko ma się trochę
odwagi, żeby to odkryć.
No wiecie, w filmach grozy jest zawsze ta jedna osoba, która schodzi do
ciemnej piwnicy, woda spływa po zawilgoconych ścianach, pająki łaskoczą
w plecy i głowę, a ona pokonuje stopień za stopniem, bez latarki, i drze
się: "Jest tam kto?!". To właśnie ja w 2018 roku, gdy okazało się, że
los postawił mnie u drzwi takiej właśnie piwnicy. A dokładniej u drzwi
własnego domu rodzinnego, za którymi mieszkała trójka bardzo ciężko
chorych najbliższych mi osób - mama, tata i babcia.
Kiedy zdecydowałam, że raz Dagorowi śmierć (Dagor to moja ksywka), i wlazłam do środka, żeby się nimi zaopiekować, wiele osób pytało
dlaczego. Mam mnóstwo odpowiedzi na to pytanie i pewnie o większości z nich wam opowiem, bo wszystkie są prawdziwe. Inni pytają, czy było
warto. Dziś wiem już, że tak, choć cztery lata temu nie było to takie
oczywiste. Odkryłam rzeczy, o których nie śniło się filozofom, poetom
ani nawet trenerom rozwoju osobistego.
Uwaga, a teraz przerwa na patos: uwierzyłam, że życie ma sens i że może
być dobre. Ba, poczułam, że ja, Dagny, chcę być dobra dla siebie i chcę
zacząć żyć inaczej niż do tej pory - uważnie, z czułością i miłością, a przede wszystkim odważnie, bez lęków, które zatruwały mi dotąd życie.
Koniec przerwy. Patos jeszcze powróci.
Jestem z rodziny kobiet samodzielnych, inteligentnych, zaradnych, ale
napędzanych wszelkiej maści lękami. Od kiedy pamiętam, wpajano mi
mnóstwo wiedzy na temat potencjalnych zagrożeń. Rosłam w przekonaniu, że
ludzie i świat to jakaś zabójcza mieszanka. Kontakt groził śmiercią lub
ciężkim kalectwem. Swoje lęki z dzieciństwa i nastoletniości niosłam
dzielnie w dorosłość. Wyhodowałam na nich nerwicę lękową i depresję,
ograniczały mnie właściwie w każdej sferze życia, blokując skutecznie
rozwój, marzenia, dobre myślenie o sobie.
Na marginesie, lista moich lęków przypominała gazetkę z promocjami
supermarketu - było tam wszystko, co jest ci zupełnie niepotrzebne do
życia. Oto kilka przykładów:
lęk przed wyjściem z domu do ludzi
lęk przed tym, że po zmroku z melin wychodzą wszyscy bandyci świata i czyhają na mnie na drodze do domu
lęk przed tym, że jeśli nie będę czekała na peronie na pociąg co
najmniej pół godziny przed odjazdem, to na pewno się na niego spóźnię
lęk przed tym, że drzwi w pociągu się nie otworzą i nie zdążę wsiąść
lęk przed tym, że drzwi w pociągu się nie otworzą i nie zdążę wysiąść
lęk przed tym, że pociąg się rozbije w trasie, a ja zginę
lęk przed tym, że tramwaj, którym jadę, się rozbije, a ja zginę (po
tym jak drzwi się nie otworzą oczywiście)
lęk przed tym, że jednak nie zginę, ale jak wyjdę na ulicę, to ludzie
będą się ze mnie śmiali, bo mam krzywe nogi
że nie wspomnę o syndromie awizo, czyli panicznym lęku, gdy w skrzynce
na listy lądował świstek z poczty, a ja oczami wyobraźni widziałam
milionowe kary z urzędu skarbowego, o których mnie właśnie
poinformowali.
Tak było, nie kłamię. Wierzę, że łapiecie już, o co chodzi.
Lęki były tak bardzo częścią mnie, że przez wiele lat nie miałam nawet
pomysłu, że można żyć inaczej. Gdy wyprowadziłam się z domu i zobaczyłam, jak żyją inni ludzie, nadal nie potrafiłam uwierzyć, że
takie życie może być też dla mnie.
Patrząc wstecz na tamtą przerażoną Dagny, mam ochotę się przytulić. Dziś
wiem już, że lęk jest naturalną częścią życia, ale nie musi przejmować
nad nim kontroli. Nauczyłam się rozumieć, akceptować, ale i odpuszczać
lęk jako główną siłę napędową. Tam, gdzie było go coraz mniej, uczyłam
się wpuszczać powoli radość z tego, co robię, poczucie zadowolenia i wdzięczności, w końcu także szczęścia i większej pewności siebie.
Zrozumiałam, że tak jak pielęgnowałam w sobie lęki, smutek, gniew i rozczarowanie, mogę zacząć pielęgnować radość, wrażliwość, odwagę i troskę o siebie. Jeden nawyk myślenia zastąpić innym nawykiem.
To zupełnie jak z rzucaniem palenia i w ogóle dowolnego nałogu - jeśli
chcesz to zrobić skutecznie, potrzebujesz innego nawyku, zdrowego
nawyku, który "nadbudujesz" nad tym złym. Tak działa nasz mózg i warto
to o nim wiedzieć, zanim zabierzemy się do rzucania czegokolwiek.
Negatywne myślenie o sobie i o rzeczywistości też może być nałogiem -
ucieczką i schronieniem przed tym, z czym nie dajemy sobie rady. Jeśli
jest źle, jeśli nie ma w nas wiary, że może być inaczej, to nic nas nie
rozczaruje, nie zrani ani nie dotknie, prawda? Też tak myślałam,
jednocześnie ignorując wszelkie znaki, że jest dokładnie odwrotnie.
Nadal byłam rozczarowana, zraniona, zła, bezsilna, a jeszcze nie miałam
wiary i nadziei na nic. Nie polecam.
Mój umysł zanurzony w autodestrukcyjnej zupie zamiast być emocjoodporny,
wysuwał swój radar w poszukiwaniu tego, co potwierdzało moje widzenie
świata. Było źle, więc mózg zbierał dane, które tylko potwierdzały, że
lepiej nie będzie. Taka życiowa czarna dziura.
W tym lękowo-smuteczkowym nałogu było mi na swój sposób dobrze. Byłam
ironicznym Ponurym Dagorem, który bawił ludzi i zbierał lajki za czarne
poczucie humoru. Możliwe, że nadal bym w tym tkwiła, napawając się swoją
mroczną charyzmą, gdyby nie to, że miałam trochę szczęścia i życie
postawiło mnie tam, gdzie wcale nie chciałam być - w domu rodzinnym, w roli opiekunki ciężko chorych bliskich: taty, mamy i babci.
Towarzyszenie im w chorobie, a w przypadku mamy i babci także w odchodzeniu, zmieniło we mnie wszystko. Opowiem wam jeszcze o tym.
W tej książce moja historia jest tylko tłem. Zebrałam w niej przede
wszystkim to, czego doświadczenia z ostatnich czterech lat mnie
nauczyły. Chcę się nimi podzielić, w nadziei, że okażą się cenne,
pomocne lub inspirujące także na waszych szlakach życiowych.
Pielęgnowanie w sobie dobra, którego wciąż się uczę, polega na
ZAUWAŻENIU siebie. Tak ten proces się zaczyna. Zauważasz siebie - że
jesteś, że czujesz, że oddychasz. I zaczynasz się temu wszystkiemu
przyglądać. A im więcej się przyglądasz, tym wyraźniej dostrzegasz, że
masz w sobie bardzo różne emocje, przekonania, potrzeby, że nie jesteś
jednobarwna, ale kolorowa i różnorodna. To odkrycie prowadzi do
kolejnych i do następnych, aż w końcu siadasz zdumiona, ile tego całego
bogactwa w sobie masz. Potem szukasz sposobu na to, jak tę wielość
poukładać, zrównoważyć, polubić i zaakceptować.
Wiele z nas, zwykłych kobiet, ma w sobie wieczne przekonanie, że są
niewystarczające, że są NIE DOŚĆ: dobre, zaradne, odpowiedzialne, mądre,
ładne, szczupłe. Mogłabym tę listę wydłużać w nieskończoność. Powtarzamy
sobie: MUSZĘ SIĘ ZMIENIĆ. Tak jakbyśmy mogły być DOŚĆ: dobre, zaradne,
ładne itd. tylko wtedy, kiedy nie będziemy sobą - gdy będziemy zupełnie
inne.
A ja mówię stanowcze DOŚĆ takiemu myśleniu i postrzeganiu siebie. Jest
inna droga i chcę wam ją w tej książce zaproponować.
Bo ta książka nie jest o tym, że musisz lub powinnaś się zmienić. Ta
książka jest zachętą do tego, żebyś poznała samą siebie lepiej - żebyś
siebie zauważyła. Taką, jaka jesteś, z tym, co masz, czujesz, pragniesz,
w co wierzysz, co sprawia ci radość i daje poczucie spełnienia. Każda z nas ma w sobie bogactwo, źródło tego, co destrukcyjne, ale i tego, co
dobre i wzmacniające. Jest w nas wszystko, czego potrzebujemy, by żyć z dobrocią dla siebie. Nie zauważamy tego, bo nie zauważamy siebie.
Czy to oznacza, że masz nic nie zmieniać? Oczywiście, że nie, ale zmiana
jest raczej efektem lepszego zrozumienia siebie niż celem samym w sobie.
Zauważenie siebie to szansa, żeby nawiązać z sobą lepszy kontakt,
bliższą relację, by wziąć za siebie i swój sposób myślenia
odpowiedzialność, by wreszcie stać się swoją własną mentorką i mistrzynią.
Nie będę was oszukiwać, że jest to proste, karmić złudzeniami ani
wmawiać, że przeczytanie mojej książki odmieni wasze życie. Mogę jednak
powiedzieć, że życie oparte na tym, co dobre, mądre i wspierające, jest
możliwe, że jest mnóstwo rzeczy, drobnych i większych, które możecie
zrobić, żeby wasze życie było bardziej wasze, czyli takie, jakiego
pragniecie i potrzebujecie. Reszta będzie należała do was.
Z własnej historii, którą za chwilę opowiem, wyniosłam dla siebie nowy
rodzaj otwartości i akceptacji, zbudowanej na zaufaniu, że wszystko jest
nam w życiu potrzebne - smutek i radość, złość i zadowolenie, rozpacz i szczęście. Umiejętność zanurzenia się i wytrwania w tym, co trudne,
niechciane, niemiłe i niewygodne, buduje naszą siłę w równym stopniu jak
docenianie tego, co chciane, wymarzone, ziszczone i pozytywne. Dobre
życie to nie takie, w którym trudne emocje nie istnieją, ale takie, w którym współistnieją ze sobą w rozsądnych proporcjach wszystkie uczucia.
Trochę jak ze skokiem na trampolinie - im mocniej skoczysz w dół, tym
silniej odbijesz się do góry. I obyś się tylko przy tym nie posikała.
Na koniec dnia to jednak od ciebie zależy, czym będziesz się chciała w życiu kierować - radością, wdzięcznością, odwagą czy lękiem, smutkiem i złością. Nie powiem ci: masz wybrać TO. Wybierzesz, co zechcesz. Po
prostu każdy z tych wyborów ma swoje konsekwencje. Na szczęście, i to
jest kolejna dobra wiadomość, w każdym momencie możemy dokonać
sprawdzenia, aktualizacji naszych potrzeb i stanu naszej duszy. W tej
podróży jest tyle ścieżek, że nigdy nie jest tak, że masz do wyboru
JEDYNIE słuszną albo zupełnie niewłaściwą drogę. Trasę zawsze można
zmienić, wystarczy wbić w swój mentalny GPS nowe koordynaty.
Ja już dokonałam wyboru i wiem, że pielęgnowanie w sobie tego, co dobre,
a odrzucanie tego, co destrukcyjne, buduje mnie każdego dnia, daje siłę,
radość i energię, jakich wcześniej nie doświadczyłam. Czuję się, jakbym
odkryła nowy wszechświat, nie na krańcach kosmosu, ale tak blisko, że
bliżej się nie da - w samej sobie.
To jak: dasz się namówić na wspólną wyprawę, by sprawdzić, dokąd cię to
zaprowadzi?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki