Uważna, czuła i odważna. Jak pielęgnować w sobie dobro - Dagny Kurdwanowska

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WPROWADZENIE

Z któ­rego dowiesz się:

dla­czego cza­sem warto zacząć wszystko od nowa i sko­czyć na tram­po­li­nie

ile można mieć lęków, gdy uczysz się ich od uro­dze­nia

że nie musisz się zmie­niać, jeśli tego nie potrze­bu­jesz

że jesteś w porządku taka, jaka jesteś

a jedyne, co warto zro­bić, to zauwa­żyć sie­bie i spró­bo­wać lepiej poznać.

CZY W ŻYCIU POTRZEBUJEMY TRAMPOLINY?

Wiara w sie­bie jest formą odwagi. Pogła­ska­nie się po gło­wie i przy­tu­le­nie, gdy popeł­niło się błąd, jest formą czu­ło­ści. Poroz­ma­wia­nie z samą sobą i wysłu­cha­nie sie­bie jest formą uważ­no­ści (także zapra­wio­nej odwagą i czu­ło­ścią). Pie­lę­gno­wa­nie w sobie dobra to nasta­wie­nie do życia i forma codzien­nej prak­tyki. To moje naj­więk­sze odkry­cia z podróży, którą roz­po­czę­łam ponad cztery lata temu. Chcę się nimi z wami podzie­lić, zanim napi­szę całą resztę.

Tę książkę pisa­łam kilka razy. Naj­pierw we wła­snej gło­wie, gdzie wyda­wała się nie tylko świetna, ale i zna­ko­mi­cie prze­my­ślana. Nie dość, że zdą­ży­łam ją sobie całą uło­żyć, to jesz­cze stwo­rzy­łam mowę dzięk­czynną, którą mia­łam wygła­szać przy odbie­ra­niu roz­licz­nych nagród - Nike, Best­sel­lery Empiku, Best­sel­lery Bie­dronki, Top 10 Lidla. Wszystko było moje.

Tak minęły cztery mie­siące, pod­czas któ­rych czu­łam, że już za chwilę, naj­pew­niej jutro, usiądę i wszystko to, co mam w gło­wie, prze­leję na papier. Było to pewne jak ceny ben­zyny, więc czu­łam się zre­lak­so­wana. W końcu swój best­sel­ler mia­łam na końcu pal­ców.

Kiedy już ode­bra­łam wyima­gi­no­wane nagrody, pona­pa­wa­łam się suk­ce­sem i wła­sną wspa­nia­ło­ścią, usia­dłam do pisa­nia naprawdę. Został mie­siąc do deadline'u. Ja nie napi­szę książki w mie­siąc?

Może i bym napi­sała, ale oka­zało się, że to, co poja­wia się na ekra­nie kom­pu­tera, w niczym nie przy­po­mina tej fan­ta­stycz­nej książki, za którą w swo­ich fan­ta­zjach zbie­ra­łam 10 gwiaz­dek na 10. Dałam frag­ment do prze­czy­ta­nia zaufa­nej oso­bie, która od razu oddzwo­niła i powie­działa: "Stara, to nie jesteś ty. Czyim gło­sem to piszesz? Bo nie swoim".

Wszystko, co zdą­ży­łam napi­sać, wyka­so­wa­łam i zaczę­łam od nowa. A potem jesz­cze raz. I jesz­cze raz, bo to cią­gle nie było moje - nie mój głos, nie mój styl, nie moja opo­wieść.

Teraz piszę kolejną wer­sję. W mię­dzy­cza­sie opra­co­wa­łam cztery plany i mapy książki, umy­łam okna, zro­bi­łam 33 pra­nia, odku­rzy­łam. Powiem wam, że pisa­nie to jest bar­dzo ciężka praca, która polega na fizycz­nym odsu­wa­niu wysiłku inte­lek­tu­al­nego. Cią­gle się zasta­na­wiam, jak powie­dzieć wydawcy, że na deadline nie zdążę.

Mam nadzieję, że czy­ta­cie te słowa, bo to ozna­cza, że jed­nak w końcu się udało, a wydawca mnie nie zamor­do­wał. Byłoby to nie­for­tunne, bo kto by ode­brał te wszyst­kie nagrody.

Ktoś mógłby zapy­tać, i byłoby to słuszne pyta­nie, po co w ogóle się tak męczyć i na co mi ta książka (poza licz­nymi nagro­dami z kra­iny fan­ta­zji). Otóż nie dość, że poczu­łam zew dzie­le­nia się swo­imi prze­my­śle­niami, to jesz­cze mia­łam wokół sie­bie sporo osób, które posta­no­wiły mnie prze­ko­nać, że taka książka to świetny pomysł, że moją histo­rią trzeba się podzie­lić z innymi, bo to, przez co prze­szłam, już spo­tkało albo zaraz spo­tka wiele kobiet. I że jeśli opi­szę po swo­jemu, czego i jak doświad­czy­łam oraz co z tego wyni­kło, to może ktoś się roze­śmieje, ktoś wzru­szy, a jesz­cze ktoś inny poczuje, że nie jest ze wszyst­kim sam. A że ze mnie taka tro­chę miętka bułka, pomy­śla­łam, że dobrze, niech będzie, spró­buję, napi­szę, bo co może pójść nie tak.

Moja histo­ria, którą, spo­kojna głowa, w tej książce pozna­cie, jest jak nie­zły serial z Net­flixa - tro­chę hor­ror, tro­chę kome­dia, a na koniec reflek­sja, że życie jest nie­po­ko­jąco cie­kawe, jeśli tylko ma się tro­chę odwagi, żeby to odkryć.

No wie­cie, w fil­mach grozy jest zawsze ta jedna osoba, która scho­dzi do ciem­nej piw­nicy, woda spływa po zawil­go­co­nych ścia­nach, pająki łasko­czą w plecy i głowę, a ona poko­nuje sto­pień za stop­niem, bez latarki, i drze się: "Jest tam kto?!". To wła­śnie ja w 2018 roku, gdy oka­zało się, że los posta­wił mnie u drzwi takiej wła­śnie piw­nicy. A dokład­niej u drzwi wła­snego domu rodzin­nego, za któ­rymi miesz­kała trójka bar­dzo ciężko cho­rych naj­bliż­szych mi osób - mama, tata i bab­cia.

Kiedy zde­cy­do­wa­łam, że raz Dago­rowi śmierć (Dagor to moja ksywka), i wla­złam do środka, żeby się nimi zaopie­ko­wać, wiele osób pytało dla­czego. Mam mnó­stwo odpo­wie­dzi na to pyta­nie i pew­nie o więk­szo­ści z nich wam opo­wiem, bo wszyst­kie są praw­dziwe. Inni pytają, czy było warto. Dziś wiem już, że tak, choć cztery lata temu nie było to takie oczy­wi­ste. Odkry­łam rze­czy, o któ­rych nie śniło się filo­zo­fom, poetom ani nawet tre­ne­rom roz­woju oso­bi­stego.

Uwaga, a teraz prze­rwa na patos: uwie­rzy­łam, że życie ma sens i że może być dobre. Ba, poczu­łam, że ja, Dagny, chcę być dobra dla sie­bie i chcę zacząć żyć ina­czej niż do tej pory - uważ­nie, z czu­ło­ścią i miło­ścią, a przede wszyst­kim odważ­nie, bez lęków, które zatru­wały mi dotąd życie.

Koniec prze­rwy. Patos jesz­cze powróci.

Jestem z rodziny kobiet samo­dziel­nych, inte­li­gent­nych, zarad­nych, ale napę­dza­nych wszel­kiej maści lękami. Od kiedy pamię­tam, wpa­jano mi mnó­stwo wie­dzy na temat poten­cjal­nych zagro­żeń. Rosłam w prze­ko­na­niu, że ludzie i świat to jakaś zabój­cza mie­szanka. Kon­takt gro­ził śmier­cią lub cięż­kim kalec­twem. Swoje lęki z dzie­ciń­stwa i nasto­let­nio­ści nio­słam dziel­nie w doro­słość. Wyho­do­wa­łam na nich ner­wicę lękową i depre­sję, ogra­ni­czały mnie wła­ści­wie w każ­dej sfe­rze życia, blo­ku­jąc sku­tecz­nie roz­wój, marze­nia, dobre myśle­nie o sobie.

Na mar­gi­ne­sie, lista moich lęków przy­po­mi­nała gazetkę z pro­mo­cjami super­mar­ketu - było tam wszystko, co jest ci zupeł­nie nie­po­trzebne do życia. Oto kilka przy­kła­dów:

lęk przed wyj­ściem z domu do ludzi

lęk przed tym, że po zmroku z melin wycho­dzą wszy­scy ban­dyci świata i czy­hają na mnie na dro­dze do domu

lęk przed tym, że jeśli nie będę cze­kała na pero­nie na pociąg co naj­mniej pół godziny przed odjaz­dem, to na pewno się na niego spóź­nię

lęk przed tym, że drzwi w pociągu się nie otwo­rzą i nie zdążę wsiąść

lęk przed tym, że drzwi w pociągu się nie otwo­rzą i nie zdążę wysiąść

lęk przed tym, że pociąg się roz­bije w tra­sie, a ja zginę

lęk przed tym, że tram­waj, któ­rym jadę, się roz­bije, a ja zginę (po tym jak drzwi się nie otwo­rzą oczy­wi­ście)

lęk przed tym, że jed­nak nie zginę, ale jak wyjdę na ulicę, to ludzie będą się ze mnie śmiali, bo mam krzywe nogi

że nie wspo­mnę o syn­dro­mie awizo, czyli panicz­nym lęku, gdy w skrzynce na listy lądo­wał świ­stek z poczty, a ja oczami wyobraźni widzia­łam milio­nowe kary z urzędu skar­bo­wego, o któ­rych mnie wła­śnie poin­for­mo­wali.

Tak było, nie kła­mię. Wie­rzę, że łapie­cie już, o co cho­dzi.

Lęki były tak bar­dzo czę­ścią mnie, że przez wiele lat nie mia­łam nawet pomy­słu, że można żyć ina­czej. Gdy wypro­wa­dzi­łam się z domu i zoba­czy­łam, jak żyją inni ludzie, na­dal nie potra­fi­łam uwie­rzyć, że takie życie może być też dla mnie.

Patrząc wstecz na tamtą prze­ra­żoną Dagny, mam ochotę się przy­tu­lić. Dziś wiem już, że lęk jest natu­ralną czę­ścią życia, ale nie musi przej­mo­wać nad nim kon­troli. Nauczy­łam się rozu­mieć, akcep­to­wać, ale i odpusz­czać lęk jako główną siłę napę­dową. Tam, gdzie było go coraz mniej, uczy­łam się wpusz­czać powoli radość z tego, co robię, poczu­cie zado­wo­le­nia i wdzięcz­no­ści, w końcu także szczę­ścia i więk­szej pew­no­ści sie­bie.

Zro­zu­mia­łam, że tak jak pie­lę­gno­wa­łam w sobie lęki, smu­tek, gniew i roz­cza­ro­wa­nie, mogę zacząć pie­lę­gno­wać radość, wraż­li­wość, odwagę i tro­skę o sie­bie. Jeden nawyk myśle­nia zastą­pić innym nawy­kiem.

To zupeł­nie jak z rzu­ca­niem pale­nia i w ogóle dowol­nego nałogu - jeśli chcesz to zro­bić sku­tecz­nie, potrze­bu­jesz innego nawyku, zdro­wego nawyku, który "nad­bu­du­jesz" nad tym złym. Tak działa nasz mózg i warto to o nim wie­dzieć, zanim zabie­rzemy się do rzu­ca­nia cze­go­kol­wiek.

Nega­tywne myśle­nie o sobie i o rze­czy­wi­sto­ści też może być nało­giem - ucieczką i schro­nie­niem przed tym, z czym nie dajemy sobie rady. Jeśli jest źle, jeśli nie ma w nas wiary, że może być ina­czej, to nic nas nie roz­cza­ruje, nie zrani ani nie dotknie, prawda? Też tak myśla­łam, jed­no­cze­śnie igno­ru­jąc wszel­kie znaki, że jest dokład­nie odwrot­nie. Na­dal byłam roz­cza­ro­wana, zra­niona, zła, bez­silna, a jesz­cze nie mia­łam wiary i nadziei na nic. Nie pole­cam.

Mój umysł zanu­rzony w auto­de­struk­cyj­nej zupie zamiast być emo­cjo­od­porny, wysu­wał swój radar w poszu­ki­wa­niu tego, co potwier­dzało moje widze­nie świata. Było źle, więc mózg zbie­rał dane, które tylko potwier­dzały, że lepiej nie będzie. Taka życiowa czarna dziura.

W tym lękowo-smu­tecz­ko­wym nałogu było mi na swój spo­sób dobrze. Byłam iro­nicz­nym Ponu­rym Dago­rem, który bawił ludzi i zbie­rał lajki za czarne poczu­cie humoru. Moż­liwe, że na­dal bym w tym tkwiła, napa­wa­jąc się swoją mroczną cha­ry­zmą, gdyby nie to, że mia­łam tro­chę szczę­ścia i życie posta­wiło mnie tam, gdzie wcale nie chcia­łam być - w domu rodzin­nym, w roli opie­kunki ciężko cho­rych bli­skich: taty, mamy i babci. Towa­rzy­sze­nie im w cho­ro­bie, a w przy­padku mamy i babci także w odcho­dze­niu, zmie­niło we mnie wszystko. Opo­wiem wam jesz­cze o tym.

W tej książce moja histo­ria jest tylko tłem. Zebra­łam w niej przede wszyst­kim to, czego doświad­cze­nia z ostat­nich czte­rech lat mnie nauczyły. Chcę się nimi podzie­lić, w nadziei, że okażą się cenne, pomocne lub inspi­ru­jące także na waszych szla­kach życio­wych.

Pie­lę­gno­wa­nie w sobie dobra, któ­rego wciąż się uczę, polega na ZAUWA­ŻE­NIU sie­bie. Tak ten pro­ces się zaczyna. Zauwa­żasz sie­bie - że jesteś, że czu­jesz, że oddy­chasz. I zaczy­nasz się temu wszyst­kiemu przy­glą­dać. A im wię­cej się przy­glą­dasz, tym wyraź­niej dostrze­gasz, że masz w sobie bar­dzo różne emo­cje, prze­ko­na­nia, potrzeby, że nie jesteś jed­no­barwna, ale kolo­rowa i róż­no­rodna. To odkry­cie pro­wa­dzi do kolej­nych i do następ­nych, aż w końcu sia­dasz zdu­miona, ile tego całego bogac­twa w sobie masz. Potem szu­kasz spo­sobu na to, jak tę wie­lość poukła­dać, zrów­no­wa­żyć, polu­bić i zaak­cep­to­wać.

Wiele z nas, zwy­kłych kobiet, ma w sobie wieczne prze­ko­na­nie, że są nie­wy­star­cza­jące, że są NIE DOŚĆ: dobre, zaradne, odpo­wie­dzialne, mądre, ładne, szczu­płe. Mogła­bym tę listę wydłu­żać w nie­skoń­czo­ność. Powta­rzamy sobie: MUSZĘ SIĘ ZMIE­NIĆ. Tak jak­by­śmy mogły być DOŚĆ: dobre, zaradne, ładne itd. tylko wtedy, kiedy nie będziemy sobą - gdy będziemy zupeł­nie inne.

A ja mówię sta­now­cze DOŚĆ takiemu myśle­niu i postrze­ga­niu sie­bie. Jest inna droga i chcę wam ją w tej książce zapro­po­no­wać.

Bo ta książka nie jest o tym, że musisz lub powin­naś się zmie­nić. Ta książka jest zachętą do tego, żebyś poznała samą sie­bie lepiej - żebyś sie­bie zauwa­żyła. Taką, jaka jesteś, z tym, co masz, czu­jesz, pra­gniesz, w co wie­rzysz, co spra­wia ci radość i daje poczu­cie speł­nie­nia. Każda z nas ma w sobie bogac­two, źró­dło tego, co destruk­cyjne, ale i tego, co dobre i wzmac­nia­jące. Jest w nas wszystko, czego potrze­bu­jemy, by żyć z dobro­cią dla sie­bie. Nie zauwa­żamy tego, bo nie zauwa­żamy sie­bie.

Czy to ozna­cza, że masz nic nie zmie­niać? Oczy­wi­ście, że nie, ale zmiana jest raczej efek­tem lep­szego zro­zu­mie­nia sie­bie niż celem samym w sobie. Zauwa­że­nie sie­bie to szansa, żeby nawią­zać z sobą lep­szy kon­takt, bliż­szą rela­cję, by wziąć za sie­bie i swój spo­sób myśle­nia odpo­wie­dzial­ność, by wresz­cie stać się swoją wła­sną men­torką i mistrzy­nią.

Nie będę was oszu­ki­wać, że jest to pro­ste, kar­mić złu­dze­niami ani wma­wiać, że prze­czy­ta­nie mojej książki odmieni wasze życie. Mogę jed­nak powie­dzieć, że życie oparte na tym, co dobre, mądre i wspie­ra­jące, jest moż­liwe, że jest mnó­stwo rze­czy, drob­nych i więk­szych, które może­cie zro­bić, żeby wasze życie było bar­dziej wasze, czyli takie, jakiego pra­gnie­cie i potrze­bu­je­cie. Reszta będzie nale­żała do was.

Z wła­snej histo­rii, którą za chwilę opo­wiem, wynio­słam dla sie­bie nowy rodzaj otwar­to­ści i akcep­ta­cji, zbu­do­wa­nej na zaufa­niu, że wszystko jest nam w życiu potrzebne - smu­tek i radość, złość i zado­wo­le­nie, roz­pacz i szczę­ście. Umie­jęt­ność zanu­rze­nia się i wytrwa­nia w tym, co trudne, nie­chciane, nie­miłe i nie­wy­godne, buduje naszą siłę w rów­nym stop­niu jak doce­nia­nie tego, co chciane, wyma­rzone, zisz­czone i pozy­tywne. Dobre życie to nie takie, w któ­rym trudne emo­cje nie ist­nieją, ale takie, w któ­rym współist­nieją ze sobą w roz­sąd­nych pro­por­cjach wszyst­kie uczu­cia. Tro­chę jak ze sko­kiem na tram­po­li­nie - im moc­niej sko­czysz w dół, tym sil­niej odbi­jesz się do góry. I obyś się tylko przy tym nie posi­kała.

Na koniec dnia to jed­nak od cie­bie zależy, czym będziesz się chciała w życiu kie­ro­wać - rado­ścią, wdzięcz­no­ścią, odwagą czy lękiem, smut­kiem i zło­ścią. Nie powiem ci: masz wybrać TO. Wybie­rzesz, co zechcesz. Po pro­stu każdy z tych wybo­rów ma swoje kon­se­kwen­cje. Na szczę­ście, i to jest kolejna dobra wia­do­mość, w każ­dym momen­cie możemy doko­nać spraw­dze­nia, aktu­ali­za­cji naszych potrzeb i stanu naszej duszy. W tej podróży jest tyle ście­żek, że ni­gdy nie jest tak, że masz do wyboru JEDY­NIE słuszną albo zupeł­nie nie­wła­ściwą drogę. Trasę zawsze można zmie­nić, wystar­czy wbić w swój men­talny GPS nowe koor­dy­naty.

Ja już doko­na­łam wyboru i wiem, że pie­lę­gno­wa­nie w sobie tego, co dobre, a odrzu­ca­nie tego, co destruk­cyjne, buduje mnie każ­dego dnia, daje siłę, radość i ener­gię, jakich wcze­śniej nie doświad­czy­łam. Czuję się, jak­bym odkryła nowy wszech­świat, nie na krań­cach kosmosu, ale tak bli­sko, że bli­żej się nie da - w samej sobie.

To jak: dasz się namó­wić na wspólną wyprawę, by spraw­dzić, dokąd cię to zapro­wa­dzi?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki