Uwarzałem że - Rafał A. Ziemkiewicz

-
Proszę czekać

 

Naukowe wyrównywanie równości

Pewien Amerykanin opowiadał mi o zwariowanej feministce, która doprowadzała do desperacji wykładowców i studentów na jego uczelni. Jej koronny numer polegał na tym, że podczas miesiączek mazała sobie menstruacyjną krwią czoło i tak chodziła, wypatrując każdego, kto dałby po sobie poznać, że ma coś przeciwko tej manifestacji przynależności do uciskanego rodzaju żeńskiego (wzorowanej, jak twierdziła, na kobietach z jakiegoś żyjącego w zgodzie z naturą plemienia). Na moje naiwne pytanie, dlaczego władze uczelni po prostu nie przywołały jej do porządku, mój rozmówca westchnął, wzniósł oczy ku niebu i zmienił temat.

Było to piętnaście lat temu - o szaleństwach politycznej poprawności i intelektualnym terrorze "nowej lewicy" na amerykańskich uniwersytetach pisywało się wtedy w Polsce bodaj tylko w "Najwyższym Czasie", w satyrycznej rubryce "Postępy postępu". W tonie nacechowanym pewnością, że mimo wszelkich niedostatków młodej polskiej demokracji u nas, w kraju, który na długo zapamięta lekcję "szukania wrogów klasowych" i "składania samokrytyk" przed kolektywem, coś podobnego nie jest i nigdy nie będzie do pomyślenia.

Tak jak w wielu innych sprawach, nasze poczucie bezpieczeństwa okazało się złudne. Można wskazać wiele przykładów, jak fanatyczki nowej wiary, wykorzystując umiejętnie wsparcie lewicowych mediów i pomoc współwyznawczyń z Zachodu, przesuwają krok po kroku granicę pobłażania dla skrajności. Awantura na Uniwersytecie Gdańskim i nagonka na dziekana tamtejszego wydziału prawa, profesora Jarosława Warylewskiego, wydaje się jednak punktem zwrotnym.

Sprawę streścić można krótko: grupa feministek z tamtejszej uczelni pod kierunkiem prof. Lucyny Kopciewicz wystąpiła z wnioskiem o utworzenie na uczelni ośrodka tzw. gender studies. Podczas dyskusji na posiedzeniu senatu uczelni profesor Warylewski opowiedział się za odrzuceniem wniosku. Padło kilka argumentów. Po pierwsze formalny - zgodnie ze statutem uczelni wniosek tego rodzaju musi zawierać informację, w jaki sposób ośrodek będzie finansowany, a inicjatorki gender studies nic o tym nie wspomniały. Po drugie merytoryczny - by wniosek wyjaśniał z wymaganą przy tego rodzaju staraniach ścisłością, czym konkretnie miałaby się nowa jednostka organizacyjna uniwersytetu zajmować. Ostatecznie po dyskusji senat uczelni odroczył decyzję, dając czas na uzupełnienie wniosku.

W następnych dniach profesor Warylewski stał się, wedle wypróbowanych wzorców otwierania drzwi dla jedynie słusznej ideologii, obiektem medialnej nagonki. Od tego, co działo się przed laty na uczelniach zachodnich, różni ją w zasadzie tylko jedno - w naszej części Europy, gdzie słowo "faszyzm" wciąż jeszcze oznacza coś konkretnego, nie używa się tego epitetu wobec przeciwników rozprzestrzeniania się "politycznej poprawności" równie skwapliwie jak w USA. Profesor Warylewski został więc okrzyknięty wrogiem kobiet, skrajnym konserwatystą, a niezawodna jak zwykle w takich razach "Gazeta Wyborcza" rozpoczęła publikowanie cyklu listów protestacyjnych przeciwko "ograniczaniu wolności badań naukowych". Rozpowszechniła też za uczelnianymi feministkami - w tonie najwyższego, świętego oburzenia - wieść, jakoby profesor porównał "studia nad rodzajem" ze studiami nad pedofilią, sugerując, że feministki to osoby zboczone. Profesor Warylewski twierdzi, że nic takiego nie powiedział, i skierował przeciwko sprawczyni pomówienia wniosek do uczelnianej komisji dyscyplinarnej, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że nie ma najmniejszego znaczenia, czy coś takiego rzeczywiście powiedział, skoro został już za tę skandaliczną i obnażającą go wypowiedź potępiony przez wysokonakładową, opiniotwórczą gazetę, której informacje są dla rzeszy wyznawców prawdą jedyną i niepodważalną.

Najbardziej charakterystyczny dla całej sprawy i dla sposobu działania wyznawczyń Nowej Wiary (będę za klasykami badań nad komunizmem nazywał w ten sposób feminizm, bo jest to w istocie ideologia niezwykle podobna do agresywnego marksizmu z przełomu wieków) jest fakt, iż celem ataku stał się człowiek nigdy wcześniej niezaangażowany w ideologiczne spory, w istocie nie żaden konserwatysta ani prawicowiec - choć oczywiście sam fakt znalezienia się na celowniku "ruchów kobiecych" i patronującej im gazety wystarcza, aby po kres kariery został teraz zdyskredytowany jako "pisowiec". Dziekan gdańskiego wydziału prawa w rozmowie z "Rzeczpospolitą" deklaruje się tylko jako strażnik zasad naukowej rzetelności i próbuje uwolnić się od odium "konserwatysty". Przywołuje fakt, iż swego czasu "jako jeden z pierwszych" zajmował się problemem molestowania kobiet w pracy i "temat równości jest mu bliski", zapewnia, że nie ma nic przeciwko studiom nad równością płci. Twierdzi, że chodzi mu tylko o sprawy formalne i o to, by struktur organizacyjnych na uczelni nie mnożyć "na wariata", z lekceważeniem dla przyjętych na uczelni zasad.

I, niestety, sam tego nie rozumiejąc - pogrąża się tą rozmową kompletnie. Nieodparcie przypomina mi jego linia obrony naiwność lewicujących inteligentów, opisanych przez Aleksandra Wata, którzy starali się komunistom wyjaśniać, że nie są przeciwko socjalizmowi i klasie robotniczej, że - generalnie - sprzyjają Nowej Wierze, tylko po swojemu. I zupełnie nie mogli zrozumieć, dlaczego tacy właśnie życzliwi "robotniczej sprawie" lewicowcy zwalczani byli ze znacznie większą zajadłością niż zdeklarowani "kontricy".

Kardynalne grzechy profesora Warylewskiego wobec doktryny można łatwo zrozumieć, konfrontując jego wypowiedzi z tym, co mówi dumna z "włożenia kija w mrowisko" pani profesor Kopciewicz. Obszerny wywiad z nią, zamieszczony na portalu "Krytyki Politycznej", to fantastyczna, bo dokonana w najlepszej wierze i na użytek entuzjastów demaskacja postmarksistowskiej doktryny i praktyki jej narzucania, bliźniaczo podobnej do tej z pionierskich czasów zwycięskiego marksizmu-leninizmu.

Znajdujemy tu łatwo jedynie słuszne odpowiedzi na wątpliwości profesora Warylewskiego, które każą zobaczyć w nim utajonego wroga, tym bardziej szkodliwego, że kryjącego się pod maską zdrowego rozsądku i bezstronności.

"Badania naukowe przyprawione sosem ideologicznym budzą moje wątpliwości" - deklaruje Warylewski. "Powinny być neutralne światopoglądowo. Nie ma fizyki czy prawa w wydaniu męskim lub żeńskim".

Inicjatorka gdańskich "genderów" z tego typu wątpliwościami radzi sobie łatwo: "Oczywiście, że polityczność jest wpisana w nauki społeczne i zawsze była... Jeżeli ktoś głosi, że realizuje neutralny światopoglądowo, obiektywny projekt, to po prostu kłamie i coś ukrywa. W tym kontekście gender studies są naukami, w których polityczność jest integralnie powiązana z tym, co dzieje się współcześnie w kulturze i społeczeństwie, tzn. z działaniem na jego rzecz, z identyfikacją i przezwyciężeniem barier narosłych wokół niego. Oczywiście jest to proces polityczny i z tego względu bardzo niewygodny, dla niektórych bolesny, szczególnie w Polsce, która jest krajem konserwatywnym. Nikt tu nie wypiera się polityczności".

Przepraszam za obszerność cytatu - można by to samo ująć znanym stwierdzeniem klasyka, że filozofia nie ma już opisywać świata, ale zmieniać go. Pani profesor nie przypadkiem już w pierwszych słowach rozmowy deklaruje, że sprawa jest polityczna i taka właśnie być powinna, mówi też zresztą, że projektowany przez nią ośrodek nie ma się zajmować badaniami (chciałoby się jej słowa skomentować - bo co tu badać, kiedy wszystko jest jasne?), tylko głoszeniem, jak to pani Kopciewicz ujmuje, "dyskursu równościowego", czyli po prostu idei feministycznej. Toteż z dumą wyśmiewa ona i odwraca argument profesora Warylewskiego, domagającego się "ideologicznej neutralności": "matematyka feministyczna... to jest właśnie to, czego szukałam".

Głównym argumentem na rzecz stworzenia jej ośrodka jest "wielkie zainteresowanie" zarówno ze strony szafarzy publicznych pieniędzy z ministerstwa (o czym za chwilę), jak i, przede wszystkim, ze strony studentów. Cóż, tych ostatnich mogę zrozumieć - tym bardziej że przypadkiem piszę akurat te słowa podczas krótkiej wizyty w Luksemburgu, obserwując słodkie życie wiedzione tu za pieniądze europejskich podatników przez niezliczonych pracowników i ekspertów rozmaitych unijnych biur, w dużym stopniu zajętych tematyką "wyrównywania" płci i - wymienionych także jako obiekt zainteresowania działań pani profesor - grup queer. Zresztą inicjatorka "studiów nad równością" mówi o tym zupełnie otwarcie - studenci chcą zdobywać "nowe umiejętności zawodowe", "praktyczną wiedzę" dotyczącą "konstruowania i realizowania programów równościowych dla różnych grup społecznych".

Żałosne jest powoływanie się przez szwarccharaktera epopei o tworzeniu gdańskiego ośrodka "genderu" na jego zasługi w badaniu problematyki molestowania kobiet. Wystarczy wczytać się w kolejną wypowiedź pani profesor: "Bardzo często... pod etykietą gender studies realizowane są badania i programy, które dotyczą co prawda płci kulturowej czy rodzaju, ale nie wykraczają poza "dyskurs adoracji" obowiązujący między rycerzami i damami, bardzo charakterystyczny dla polskiej kultury... nieporozumieniem jest przypisywanie gender studies pracom, których autorzy odwołują się do zmiennej "płeć". I ci autorzy są święcie przekonani, że robią studia genderowe, choć wyniki ich prac bardzo często utrzymane są w granicach istniejących stereotypów płci, a więc je wzmacniają...". Nie miejsce tu, by zacytować całą egzegezę oddzielenia badań pseudogenderowych, które podtrzymują - cokolwiek to znaczy - "dyskurs adoracji", od prawdziwych badań genderowych, reprezentowanych przez panią profesor i osoby przez nią namaszczone.

Żeby zakończyć na tym prezentację przyszłej szefowej promieniującego na całą Polskę ośrodka nauczającego właściwego "dyskursu" i strzegącego jego genderowej czystości, jeszcze jeden cytat. Przeprowadzający wywiad współpracownik "Krytyki Politycznej" wyraża oto troskę, "czy akademizacja dyskursu feministycznego nie jest zagrożeniem dla politycznej siły feminizmu, siły społecznej zmiany". Profesor Kopciewicz przyznaje - "istnieje ryzyko stępienia politycznej siły, ugrzecznienia feminizmu, próby pokazania, że jest to oswojony dyskurs, który niczego nie narusza i nie zmienia, a jeśli już coś zmienia i narusza, to jedynie w teorii, a nie w rzeczywistości. Oczywiście tego należy się bać i zachować czujność. Na szczęście... czujność jest dość mocno związana z naszą profesją".

Całość tego naprawdę wartego uważnej lektury wywiadu - zachęcam do tego z całą perfidią - znaleźć można na portalu "Krytyki Politycznej". Dla kogoś, kto postrzega feminizm przez lekturę "Wysokich Obcasów", ten twardy ton żołnierki ideologicznego frontu, z jakim przed swojakami pani profesor bynajmniej się nie kryje, może być zaskoczeniem. Dla mnie osobiście nie jest. Swego czasu znajoma, zarykując się ze śmiechu, pokazywała mi notatki z wykładów pani profesor Fuszary na warszawskiej psychologii (wykładów, na których oczywiście podobnie jak inne studentki siedziała z poważną miną, bo zdobywanie "praktycznej wiedzy" ma swoje prawa i zaliczenie w indeksie trzeba mieć). Więcej niż jakiejkolwiek wiedzy, czy choćby feministycznej pseudo­wiedzy, było tam płomiennych wezwań: "Trzeba walczyć! Dziewczyny, nie dawajcie się!".

 

Delojalizacja powszechna

Jestem, wyznam skromnie, obywatelem prawie idealnym. Kasuję bilet w tramwaju, płacę na czas podatki, a jeśli zalegam przez zapomnienie z jakimiś opłatami, uiszczam karne odsetki. Mam zawsze opłacony abonament RTV, co lokuje mnie w grupie nader ekskluzywnej. Ba - kiedy zatrudniałem nianię z Ukrainy, to nie tylko dopełniłem wszelkich formalności związanych z jej zaproszeniem i pobytem, ale nawet zarejestrowałem ją w ZUS i odprowadzałem składki. A takich to już na pewno nie ma wielu, tym bardziej że wypełnianie zusowskich płacht wymaga nie lada samozaparcia i gdyby nie żona, przyznaję, nie dałbym sobie z tym rady.

Nie chwalę się - nie ma czym, ta pilność wynika ze zwykłej ostrożności. Przykład Doroty Kani pokazuje, jak bardzo człowiek zawodowo załażący możnym III RP za skórę musi uważać, zwłaszcza gdy ktoś bezinteresownie oferuje mu pożyczkę albo pomoc w załatwieniu jakiejś sprawy. Poza tym bawi mnie, ilekroć sobie pomyślę, że pewien redaktor naczelny, który swego czasu krzyczał na redakcyjnym kolegium (wiem to z kilku niezależnych źródeł, więc nie warto dementować): "Znajdźcie wreszcie, przecinek, coś na tego Ziemkiewicza!", wciąż musi się gryźć faktem, że niczego się znaleźć nie udało. I można tylko wymyślać jakieś zupełne kłamstwa, jakobym na przykład ubiegał się kiedykolwiek o pracę w "Gazecie Wyborczej" i został odrzucony, pracował pod Aleksandrem Kwaśniewskim w "Itd" etc.

No, tu zapewne czytelnik zechce mnie poprawić - coś tam jednak znaleziono. KRUS! No przecież KRUS! Tylko że tego akurat nie trzeba było znajdować, bo o tym, że formalnie jestem rolnikiem, roztrąbiłem sam od razu, gdy tylko się to stało. Z prostej przyczyny - mnie samego ubawił absurd sytuacji.

Było tak, że w roku 1992 powiedziałem sobie: dość pracy na etacie! Sam sobie będę szefem, żeglarzem i okrętem. I przez następne 10 lat żyłem wyłącznie z honorariów za teksty zamieszczane w prasie (w najtrudniejszym momencie bodaj 6 stałych felietonów w tygodniu) i książki; nie wiem, jaki mi wtedy przysługiwał status prawny, może byłem uchylającym się od rejestracji bezrobotnym, a może tzw. pasożytem społecznym. Aż się ożeniłem z dziedziczką paru hektarów i nagle się okazało, że jestem rolnikiem - ponieważ wedle polskiego prawa rolnikiem jest ten, kto posiada gospodarstwo rolne i nie pracuje jednocześnie na etat ani nie prowadzi działalności gospodarczej. Okoliczność ta sprawiła, że państwo, które przez dziesięć lat wolnizny nie było w stanie okradać mnie pod pozorem tzw. ubezpieczenia społecznego, znowu mogło tę kradzież wznowić, jakkolwiek na znacznie mniejszą skalę, niż czyni to w wypadku przedsiębiorców czy pracowników etatowych.

Tu sposobem klasycznej amerykańskiej szkoły powieściopisarskiej złamię rozpędzoną narrację i zacznę z zupełnie innej beczki. Zastanawiałem się kiedyś, z czego rozliczano komendantów obozów koncentracyjnych i jak można było w tej branży zasłużyć na medal. Doszedłem do wniosku, że idealny - z punktu widzenia komendanta - obóz wyróżnia się tym, że jego więźniowie darzą się nawzajem serdeczną zawiścią. Ci z baraku specjalnego nie cierpią tych z baraków zwykłych, bo oni dostają o jedną brukiew więcej, a pracują o godzinę mniej. Ci ze zwykłego tych ze specjalnego, bo to przez nich, wichrzycieli głupich, wszyscy dostajemy w de. A jedni i drudzy nienawidzą więźniów funkcyjnych, bo ci się wylegują i obżerają kosztem innych. Poza tym wszyscy więźniowie nienawidzą się nawzajem tytułem retorsji, za to, że tamci nienawidzą nas. W takim idealnym obozie nikt już nie zauważa strażników, nie mówiąc o samym komendancie.

To oczywiście przykład, który ma państwu unaocznić, jak wiele osiągnął u nas przed rokiem 1989 i po tej dacie socjalizm. Właściwie każdy Polak należy do jakiejś kasty obdarowanej jakimś przywilejem i wszyscy sobie tych przywilejów zazdroszczą. Chłopi mają KRUS, miastowi mają zasiłki, lekarze nie mają kas fiskalnych, prawnicy zwolnieni są z progresji podatkowej jako niby przedsiębiorcy, dziennikarze płacą o połowę mniejszy podatek dochodowy jako niby literaci i naukowcy, księża zwolnieni są z podatków i cła na sprowadzane samochody, górnicy i mundurowi mają wcześniejsze emerytury, nauczyciele o wiele więcej urlopu, wojskowy, jak odbębni kilka tur na misjach, może być emerytem tuż po trzydziestce i tak dalej, aż się nie chce wyliczać - zresztą pisałem już o tym wysypie przywilejów wielokrotnie.

Zdrowy rozsądek mówi, że trzeba zmienić to wszystko zasadniczo - jeden dla wszystkich system podatkowy, uzależniony od realnego dochodu, i wolny wybór na rynku konkurujących ze sobą ubezpieczalni. Ale ludzi wychowanych w socjalizmie trudno namówić na zdroworozsądkowe myślenie. Przyuczono ich do zawiści, że mnie jest gorzej, bo tamtemu jest lepiej. Tylko tym nawykiem myślowym umiem wytłumaczyć, że istnieją ludzie, którzy kupują argument "szczujnych" (jak celnie nazywał ich śp. Jerzy Dobrowolski), że Ziemkiewicz to złodziej, bo każdy pijak to złodziej... pardon, bo płaci grosze w KRUS, zamiast odprowadzać co najmniej tauzena miesięcznie do ZUS.

A przecież logika tego "złodziejstwa" jest taka, jakby rabusie, którzy wieczorem zaczaili się z pałą pod domem, aby zarekwirować mi portfel, oskarżali mnie, że ich okradłem, bo akurat tego dnia pojechałem sobie na wieś. Jeśli kradzież polegać ma na uchylaniu się (?) od płacenia składek na ZUS, to co tam - prawdziwego skoku na budżet państwa dokonałem we wspomnianym dziesięcioleciu 1992-2002, nie płacąc nic w ogóle nikomu. Wystarczy policzyć, że gdybym wtedy płacił minimalną stawkę razy 12, razy 10... ale dlaczego minimalną? Gdybym wtedy zarabiał średnią krajową, albo nie, gdybym zarabiał KUPĘ KASY i od niej przez te 10 lat płacił ZUS, to... Doprawdy taka to właśnie logika, rodem ze starego kawału o małym Szkocie, który chwali się tacie, że biegł za tramwajem i zaoszczędził otrzymane na bilet 10 pensów, a tata, zamiast pochwalić, wali go w ucho - to nie mogłeś biec za taksówką, zaoszczędziłbyś całego funta?!

 

Ro(z)koszniaczek

Sędziwy pierwszy premier III RP Tadeusz Mazowiecki odniósł ogromny sukces - tym razem natury literackiej. Użyte przez niego na nazwanie postawy partii opozycyjnej i jej zwolenników określenie "rokosz" zrobiło błyskawiczną karierę. Trudno się zresztą dziwić, bo słowo to budzi wszelkie skojarzenia niezbędne propagandzie uprawianej przez obóz szeroko pojmowanej władzy - z sarmackim warcholstwem, demolowaniem i osłabianiem państwa, przedkładaniem prywaty nad wspólne dobro etc. Więc od paru dni jak salon długi i szeroki - nic, tylko "rokosz Kaczyńskiego", "rokoszanie z PiS" i tak dalej. Wiadomo: codzienne wbijanie miliona gwoździ w milion desek, jak definiował zadania propagandy towarzysz Maciej Szczepański. Sam tylko Mazowiecki, uradowany nagle uzyskaną pozycją dyktatora słowotwórczej mody, powtórzył swą frazę w różnych mediach już ze cztery razy, a może więcej, mogłem coś przeoczyć.

Kariera słówka "rokosz" wynika z faktu, iż trzeba w zwoje mózgowe lemingów wdrukować zasadniczą różnicę między kontestowaniem przez siły zła prawem i lewem rządów Tuska i Komorowskiego, co stanowi haniebne warcholstwo i niszczenie państwa, a nie tak dawnym kontestowaniem przez siły dobra prawem i lewem rządów Kaczyńskich, które stanowiło powód do chwały i dumy.

Chyba mam dziś słabszy dzień, bo szczerze mówiąc, nie chce mi się już silić na finezję, dowcip i w ogóle szlifowanie felietonistycznych brylancików, żeby strzelać nimi do Tuskowo-Palikotowo-Michnikowej trzody. Z wrodzonym wdziękiem chłopa z Czerwińska powiem po prostu: chce mi się już rzygać od tej obłudy. Naprawdę.

Pamiętam jeszcze, jak pod pretekstem dość naciągniętej prowokacji, jaką było wkręcenie przez panią Beger dwóch działaczy w PiS w rozmowy, na jakie stanowiska mogłaby dla siebie i swoich ludzi liczyć za przejście do koalicji rządzącej, media wraz z politykami PO usiłowały ogłosić irredentę, wzywając do stawiania pod Sejmem miasteczka namiotowego i powtórzenia przeciw - jak to dziś podkreślają propagandyści Tuska - "demokratycznie wybranej władzy" rewolucji z ukraińskiego Majdanu. Pamiętam też, jak Donald Tusk zapowiadał użycie formalnej sztuczki do odwołania całego rządu, jednego ministra po drugim, bez powoływania nowych, żeby całkowicie sparaliżować państwo. I jak groził, że nie podporządkuje się ewentualnej decyzji prezydenta o rozwiązaniu parlamentu, tylko ze swymi posłami zwoła alternatywny parlament na Politechnice Warszawskiej, który ogłosi alternatywny rząd i prezydenta. I gdzie był wtedy pan Mazowiecki? Zabierając głos w różnych zachodnich gazetach, gorliwie tym antypaństwowym działaniom kibicował.

 

Samobójcza śmierć inteligenta

Nikt nie udzielił Donaldowi Tuskowi tak gorącego i bezwarunkowego poparcia jak tak zwane elity intelektualne. I one też w chwili, gdy czar wielkiego uwodziciela słabnie, najwięcej tracą. Najśmieszniejsze jest to, że same wciąż niczego nie rozumieją. Nie rozumieją, że pozwoliły zainwestować cały prestiż należny elitom w konkretną partię, konkretny projekt polityczny i konkretnego polityka, na dodatek nie otrzymując w zamian niczego poza symbolicznym poklepaniem po plecach. I nie rozumieją, że za tę chybioną inwestycję będą musiały zapłacić.

A - wbrew popularnym w inteligenckich środowiskach lamentom - do zainwestowania i do stracenia było sporo. Według badań profesora Henryka Domańskiego Polacy pytani, "kim chciałbyś, żeby zostało twoje dziecko", aż w niemal dziewięćdziesięciu procentach odpowiadają: "inteligentem". To miara społecznego szacunku, jakim cieszy się ten "brend", znak firmowy. Istnieją zresztą medialne ośrodki, które potrafiły przerobić ów szacunek na rynkowy sukces. Nie jest żadnym odkryciem, że dominująca w odpowiednich segmentach rynku pozycja "Gazety Wyborczej" i "Polityki" zbudowana została właśnie na wzbudzeniu przekonania, że ich czytanie i afirmowanie jest dowodem przynależności do inteligencji.

Estyma, jaką obdarzyli Polacy figurę inteligenta, wynika z naszej historii. Inteligencja była w niej warstwą tworzącą postęp i nowoczesność, ale także przechowującą wartości i pełniącą misję - zarówno misję stawiania oporu zaborcy, jak i nauczania, podnoszenia z zacofania ludu. Inteligent to w polskim narodowym stereotypie ktoś nie tylko lepszy, ale i bezinteresowny, ktoś przedkładający wartości ponad pieniądze, zwykle ubogi, ale tym bardziej godny szacunku, że tym ubóstwem okupuje wierność zasadom i ideałom. A intelektualista, tak jak to prosty Polak rozumie, to inteligent podniesiony do kwadratu, najlepszy z najlepszych. Może warto te dawne stereotypy przypomnieć, skoro rzeczywistość III RP z każdym rokiem zaprzecza im coraz bardziej.

Czego zatem oczekuje Polak od intelektualisty? Wartości moralnych. Takich jak kierowanie się prawdą. Bez względu na konsekwencje, jakie można za jej mówienie ponieść.

Weźmy więc jeden tylko, najbardziej dla "etosu" polskiego intelektualisty w czasach Tuska znamienny przypadek: sprawę przeszłości Lecha Wałęsy.

O tym, że Lech Wałęsa ma w życiorysie jakiś ciemny epizod, wiedział praktycznie każdy, kto otarł się o historię najnowszą. Milcząco i powszechnie, w zgodzie z instynktem samozachowawczym, który nie pozwalał deprecjonować przywódcy i symbolu wielkiego ruchu społecznego, uznawano, iż epizod ten nie ma związku z późniejszym, wielkim "Lechem"; że był to jakiś młodzieńczy błąd, dawno odkupiony heroiczną działalnością. Mimo to sprawą TW "Bolka" grano z różnych stron i na różne sposoby. Gdy czyniła to SB, na przykład chcąc storpedować pokojowego Nobla, odrzucano insynuacje z oburzeniem. Gdy uczynił to na przykład Jacek Kuroń, usiłując bezpośrednio po strajku sierpniowym doprowadzić do odsunięcia Wałęsy, właśnie jako "Bolka" (chichot historii sprawił, że obronił go wtedy Krzysztof Wyszkowski), po prostu wypierano to z pamięci. Podobnie było i w III RP. Oburzenie wybuchało, kiedy aluzję do haniebnego epizodu w przeszłości Wałęsy uczynił "prawicowy oszołom". Gdy to samo zrobił Adam Michnik, aby przywołać Wałęsę do porządku w sprawie Güntera Grassa - po prostu udawano, że nie było takiej sprawy.

Ale książka Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, wydana przez IPN, postawiła sprawę na ostrzu noża. Z jednej strony - niewątpliwie fakty. Donosy "Bolka", których odpisy przetrwały w aktach zarchiwizowanych przez SB w połowie lat siedemdziesiątych, i zeznania tych, na których je złożono - tylko Wałęsa mógł wiedzieć o opisanych tam sprawach. Droga archiwalnych dokumentów, które zniknęły, po tym jak Wałęsa jako prezydent kazał je sobie dostarczyć do gabinetu. Udokumentowanie mającego miejsce za tej prezydentury wielkiego polowania na papiery związane z przeszłością "symbolu narodowego" i ich niszczenia, nie tylko tych związanych z SB (zarekwirowano bezprawnie także archiwalia stoczni gdańskiej i szkoły, do której Wałęsa uczęszczał za młodu). Wreszcie oczywiste krętactwa samego zainteresowanego, który wciąż zmienia wersje, popadając w rażące sprzeczności.

Z drugiej strony zaś - polityczna potrzeba władzy, która na legendzie Wałęsy i jego osobistym poparciu zbudowała swoją legitymizację, oraz autorytet establishmentu, który brnął w kłamstwa równolegle z samym zainteresowanym.

Wspomniany już wysoki społeczny prestiż inteligencji bierze się z oczekiwania, że w takiej sytuacji inteligent, intelektualista kierować się będzie zasadami. Było jednak, jak pamiętamy, odwrotnie. Wbrew oczywistym faktom szereg prominentnych dla elit intelektualnych postaci włączyło się w zorganizowaną nagonkę na niepokornych historyków i na IPN. Niczym w latach stalinowskich, kolejne osoby i środowiska dołączały publicznie do rytuału opluwania IPN i jego pracowników. Prawda, "etos" okazały się nieważne, ważne okazały się interesy.

Trzeba wyraźnie powiedzieć - nie szło tu o troskę, by Polacy nie stracili swego symbolu, by nie uległa zbrukaniu piękna legenda Solidarności, by historyczne rozliczenia nie zaszkodziły dobremu imieniu Polski w świecie, jak to oficjalnie deklarowano. Szło o to, by prawda nie zaszkodziła władzy Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska. A poparcie środowiska dla Tuska wynikło właśnie z poczucia zagrożenia środowiskowych interesów.

Donald Tusk, polityk, który wbił nóż w plecy Bronisławowi Geremkowi i Unii Wolności, wyprowadzając z niej liberałów, do pewnego momentu nie był faworytem inteligenckich elit. Skłaniały się one, za swymi medialnymi przewodnikami, raczej ku budowanej wokół Aleksandra Kwaśniewskiego koalicji Lewicy i Demokratów. Ale decydująca okazała się groza, jaką wzbudził na salonach Jarosław Kaczyński. W walce o wypchnięcie Leppera i Giertycha, o wyłączność na reprezentowanie zbuntowanego przeciwko elitom ("łże-elitom") ludu posunął się prezes PiS do działań odebranych przez establishmenty tradycyjnych inteligenckich zawodów jako śmiertelne zagrożenie. Oczywiście nie można tu traktować poważnie opowieści celebrytów o rzekomym terrorze, podsłuchach, o "dusznej atmosferze" czy strachu, jaki wywoływały u intelektualisty światła jadącego za nim samochodu. To były oczywiste bzdury. Ale te bajki, opowiadane sobie na zaprzyjaźnionych łamach, stanowiły projekcję rzeczywistej grozy.

Tę grozę wzbudził zamach PiS na podstawy inteligenckiej hierarchii. Hierarchia ta przeniesiona została z PRL, więc uderzenie w historię, przypomnienie, jakie były wówczas źródła i tytuły awansu, stanowiło samo w sobie jej zakwestionowanie. Tu, nawiasem mówiąc, można cofnąć się o 20 lat i wyjaśnić źródło autorytetu Adama Michnika, którego pozycja w III RP wynikła właśnie z jego jednoznacznej afirmacji dla istniejącej hierarchii, i to z pozycji autorytetu moralnego, bohatera opozycji. W ten sposób właśnie Michnik pozyskał frenetyczną miłość rzesz postpeerelowskiej "inteligencji pracującej", owej polskiej obrazowanszcziny, w stopniu pozwalającym mu na skuteczne propagandowe wykluczenie z inteligencji tych jej przedstawicieli, którzy identyfikowali się z niepodległościowo-patriotycznym etosem.

 

 

Gdy miałem 20 lat, nie uwierzyłbym za nic, że otaczający mnie ze wszystkich stron i dławiący peerelowski syf może się kiedykolwiek skończyć. Gdy miałem lat trzydzieści, tym bardziej nie uwierzyłbym, że ten syf może kiedykolwiek wrócić. Dziś, kreśląc wstęp do kolejnego zbioru bezsilnej publicystyki, nie mogę się nadziwić własnej naiwności, bo możliwe się okazało - i stało - i jedno, i drugie.

Choć to drugie nie dla wszystkich jest jeszcze oczywiste. Po części dlatego, że wyrosło nowe pokolenie, wychowane w entuzjazmie dla III RP, przekonane, iż żyjąc w wolnym euro­pejskim kraju, ma swój los we własnych rękach, i bardzo trudno się z tym złudzeniem rozstające. Po części też dlatego, że przepoczwarzenie się peerelu w III RP ­nastąpiło dzięki wielkiej zdradzie środowiska, które zdobyło autorytet, walcząc z komunistyczną dyktaturą, a potem go zamieniło na pieniądze i wpływy, ugruntowując tejże dyktatury historyczne zdobycze.

Co okazało się trwałą "historyczną" zdobyczą marionetkowej sowieckiej władzy, jaką sprawowała nad Wisłą przez pół wieku komunistyczna nomenklatura? Nie komunizm, oczywiście. Ale przecież ta obłąkańcza i zbrodnicza ideologia umarła na długo wcześniej, zanim zbudowane przez nią państwa jej zgon usankcjonowały (a i to nie wszystkie - Chiny, łączące pod rządami zbrodniczego reżimu brutalny feudalizm z leseferyzmem, wciąż oficjalnie pozostają "republiką ludowo-demokratyczną" rządzoną przez partię marksistowską). W latach osiemdziesiątych, które stanowią dla mnie główne odniesienie ze względów biograficznych, "przynależność do PZPR nie była wyborem ideowym, ale sytuacyjnym", jak to wyjaśnił prominentny komunista z ekipy Jaruzelskiego i Kiszczaka. To znaczy - do Partii się szło, żeby, mówiąc językiem naszych elit politycznych, być wśród tych, którzy dymają, a nie tych, którzy są dymani. Czyli dokładnie z tego samego powodu, dla którego się idzie do Partii i popiera Partię dzisiaj.

To jest właśnie owa największa, najtrwalsza zdobycz "realnego socjalizmu" - ów społeczny podział. I państwo, które nie może funkcjonować inaczej niż jako narzędzie w rękach - by przywołać genialny poemat satyryczny Janusza Szpotańskiego - "towarzysza Szmaciaka", służące do "dojenia" frajerów. Mniejsza, jak się akurat nazywa Partia, jaką ideologią wycierają sobie gęby jej totumfaccy. Mniejsza, na ile bezradna jest wobec niej opozycja, którą totalne odcięcie od wpływu na państwo skłania ku ucieczce od konkretnych działań w głęboko słuszną krytykę na poziomie pryncypiów. Mniejsza, czy łatwiej, czy trudniej dostać paszport i znaleźć drogę ucieczki za chlebem gdzieś na Zachód. Ważne, że dzień po dniu trwonione są tu szanse, zasoby, możliwości, nadzieje. Że wszystko - od załatania dziury w drodze po budowę normalnego stadionu, z normalnym dachem i murawą i za normalne pieniądze, od zmiany rozkładu jazdy po próbę wprowadzenia nowoczesnych dowodów osobistych z czipem albo systemu rejestracji świadczeń medycznych - staje się tu najpierw powodem niewyobrażalnej mobilizacji i nadęcia, potem okazją do zmasowanej propagandy sukcesu, a na końcu zawstydzającą katastrofą. I wszystko, nawet zakup trumien dla ofiar tragedii smoleńskiej, jest dla kolesiów okazją do skręcenia kasy.

Można to nazwać uczenie, za teorią państwa postkolonialnego, "predatory state". Można też bardziej dosadnie. Z reguły wybieram tę drugą możliwość.

Ogólna peerelizacja dotknęła także mojego zawodu. Rządzą nami coraz bardziej niekompetentni kolesie, opierając swe rządy na pogardzie i straszeniu zmianami. Opozycyjna "generalność" (jak nazwała swych przywódców konfederacja barska - a dziwnie mi obecna "generalność" przypomina tamtą) ćwiczy opozycję w wojskowym drylu i ślepym oddaniu dla lidera, bo kto ośmiela się dostrzegać jej z kolei nonsensy, ten działa na rzecz amoralnej władzy i rozbija jakże potrzebną do przeciwstawiania się jej jedność. W takich warunkach człowiek pióra zmuszany jest, by owo pióro oddawał na usługi którejś ze stron. Gdy zresztą widzi tyle łajdactwa i głupoty po stronie władzy i tyle nikczemności oraz kłamstw w atakach na opozycję, prowadzonych przez zaprzedanych tejże władzy propagandystów, oddanie pośród toczącej się wojny sprawiedliwości wszystkim, którym powinna ona być oddana, i zachowanie przy tym intelektualnej niezależności staje się nie lada wyzwaniem.

Jak sobie z tym wyzwaniem radzę, nie mnie oceniać. Jednak środowisko, które mam zaszczyt współtworzyć, doczekało się ze strony władzy przewrotnego uznania. Włożyła ona naprawdę wiele wysiłku i ostatecznie zarzuciła wszelkie pozory, żeby doprowadzić do odebrania dziennikowi "Rzeczpospolita" opozycyjnego charakteru i żeby zniszczyć tygodnik "Uważam Rze". Tygodnik, który pokrzyżował zamierzenia rządzących co do rynku mediów i zadał kłam propagandzie, jakoby prawica w Polsce po prostu nie umiała niczego zrobić, nie potrafiła dotrzeć do społeczeństwa i jakoby to dlatego właśnie, a nie wskutek draństw zblatowanych w Magdalence cwaniaczków, pozbawiona była w III RP głosu w debacie publicznej.

Podobnie jak w wypadku wcześniejszego zlikwidowania przez tychże samych rządzących cwaniaczków mojego programu telewizyjnego "Antysalon" (mimo iż miał on oglądalność znakomitą - pół miliona wiernych widzów i 10 proc. tzw. udziału w porannym niedzielnym paśmie) tym, czego władza nie mogła wytrzymać, był nie tyle fakt, iż ją krytykowaliśmy, ale iż potrafiliśmy z krytyką dotrzeć do ludzi spoza "żelaznego elektoratu" opozycji. Rządzący od biedy pogodzą się z istnieniem medialnej niszy, w której "mohery" przekonują już przekonanych do powstańczego, romantycznego patriotyzmu, którego większość współczesnych mieszkańców Polski nie rozumie i nie przyswaja. Ale tygodnik "Uważam Rze" nie tylko błyskawicznie zdobył największą liczbę czytelników w swym segmencie, zyskał sobie też czytelników najmłodszych i najlepiej wykształconych, bijąc pod tym względem na głowę periodyki oddane Partii i wspierającym ją salonom.

Tego Partia, w której mitologii "młodzi, wykształceni, z dużych miast" pełnią tę samą rolę, jaką w micie założycielskim PZPR spełniała "klasa robotnicza", wytrzymać nie mogła. Po wielu nieudanych próbach zdławienia nas dyskretnie, w rękawiczkach, w końcu zadziałała na chama. Daje mi to nadzieję, że choć odniosła nad dziennikarską niepokornością zwycięstwo, okaże się ono jednak dla niej zwycięstwem pyrrusowym.

Dla mnie osobiście zniszczenie "Uważam Rze" oznaczało koniec pewnego etapu w pracy zawodowej. Podsumowanie go wyborem najbardziej udanych tekstów z tygodnika, uzupełnionych publicystyką pisaną dla "Rzeczpospolitej", nasuwało się w tej sytuacji jako posunięcie oczywiste. Wybrałem teksty poświęcone tematom, których nie poruszałem w swoich książkach, część przeredagowałem i uzupełniłem, tu i ówdzie dodając przypisy, komentujące wypadki, jakie miały miejsce już po publikacji. Wszystkie teksty, bez względu na datę pierwodruku w "Uważam Rze", "Rzeczpospolitej" czy na stronie rp.pl, zachowały, niestety, aktualność, a w wielu wypadkach nawet jej jeszcze bardziej nabrały.

 

Bóg się rodzi. Nam.

Boże Narodzenie to święto wiochy, oszołomstwa i obciachu. W ogóle całe chrześcijaństwo ma taki właśnie sens. Kamieniem węgielnym stał się ten właśnie kamień, którym budowniczowie wzgardzili i który odrzucili. Pan świata urodził się na zadupiu ówczesnej cywilizacji, w pogranicznym kraiku, a i tu nie w stolicy prowincji, tylko na wsi, w jakimś zapyziałym chlewie, w rodzinie słabo wykształconej i utrzymującej się z pracy fizycznej. Anioł poinformował o tych narodzinach tylko jakichś pastuchów, nie racząc się w ogóle pofatygować do środowisk opiniotwórczych. A i potem, kiedy Jezus dorósł i zaczął działalność publiczną, do samego końca nie było przy nim ani jednego intelektualisty, liczącego się działacza, lidera biznesu czy bodaj celebryty, tylko zbieranina rybaków, celników i podobnej gołoty, nawet jakaś prostytutka.

Taki jest duch świętującego dziś chrześcijaństwa: ostatni będą pierwszymi. Można to różnie przekładać na pojęcia współczesne. Można na przykład tak: drugi obieg będzie pierwszym. A potem, z czasem (jak stało się niegdyś z młodymi romantykami kontestującymi "salon warszawski") w ogóle jedynym.

Tak, to oczywiście aluzja do filmu "Przebudzenie", który podarowała nam pod choinkę Joanna Lichocka i który wzbudził w kręgach opozycyjnych dziennikarzy obawy, iż zanadto pobrzmiewa głośnymi słowami Piłsudskiego do ludności Kongresówki, mało - delikatnie mówiąc - entuzjastycznie nastawionej do patriotycznych starań Pierwszej Kadrowej: "J... was pies, Polska takich nie potrzebuje". Nie będę dziś się wdawał ani w recenzję, ani w polemikę. Dla mnie ten film jest po prostu zapisem zjawiska, którego tzw. elity nie chcą widzieć, a jeśli przyjmują coś do wiadomości, to tylko swój komentarz o nim. Zjawiska nie tylko z dziedziny polityki. Przede wszystkim jest to zapis pewnego ludzkiego odruchu, odruchu sprzeciwu wobec łajdactwa.

Przy betlejemskim żłóbku pewne sprawy powinny być proste. Żyjemy w kraju, w którym uczciwe reguły sporu, debaty publicznej i polityki zostały złamane i są łamane coraz bardziej. W kraju do głębi niesprawiedliwym, rządzonym przez cwaniaków z wyrosłej na PRL nomenklatury. Rządzący szabrują tu dobra, które powinny być wspólną własnością i wspólnym pożytkiem wszystkich, a że granice rabunku zostały już osiągnięte, wysługują się za materialne korzyści obcym potęgom, wyprzedając dobrobyt przyszłych pokoleń. Społeczeństwo, zdemoralizowane i zagonione za zaspokojeniem najprostszych potrzeb, utrzymywane jest w bierności przekupstwem (nie wiedząc, że za pozory dobrobytu przyjdzie mu kiedyś zapłacić z lichwiarskim procentem) i kłamstwem. Media, zwłaszcza te najbardziej masowe, zmieniły się w jeden wielki seans nienawiści i pogardy pod adresem opozycji, w nieustające szczucie, judzenie, szydzenie i straszenie, które dzień po dniu łamać ma odruchy uczciwości i pogrążać rządzonych w apatycznym przekonaniu, że trzeba się pogodzić z podłą, głupią, nieudolną oraz złodziejską władzą, bo tu, w Polsce, zawsze jest źle oraz bez sensu i zmienić się może ewentualnie tylko na gorsze. Masa tzw. autorytetów kolaboruje w tym dziele, kłoni się przed rządzącym Towarzyszem Szmaciakiem, "cnotę i mądrość jemu przypisując", i jest za to wynagradzana.

 

Jaruzelski i wszystko jasne

Swego czasu odnotowywałem dość obszernie jedno z bezczelnych łgarstw Wojciecha Jaruzelskiego, którego dopuścił się w programie Tomasza Lisa - chodziło konkretnie o zupełnie niezgodną z historyczną prawdą wizję masakry na wybrzeżu w grudniu 1970 roku. Były gensek, wówczas minister obrony narodowej, tłumaczył (a gwiazdor prorządowego dziennikarstwa przytakiwał mu z zadumaną miną), iż trzeba było otworzyć ogień, bo przecież ludzie wyszli na ulicę, palili i niszczyli, atakowali siły porządkowe, więc cóż, w każdym kraju władze w takiej sytuacji kazałyby użyć środków przymusu, ze strzelaniem ostrą amunicją włącznie.

Prawda - przypominam króciutko - była zupełnie inna. W środę 16 grudnia 1970 roku sytuacja wydawała się już opanowana, bez używania "środków przymusu". Towarzysz Kociołek zaapelował do stoczniowców o powrót do pracy i apel ten spotkał się z życzliwą odpowiedzią. Następnego dnia, 17 grudnia (tzw. czarny czwartek), robotnicy pojechali normalnie na poranną zmianę. I wpadli w pułapkę: bramy stoczni obstawiali podwładni Jaruzelskiego, którym wydano rozkaz nie wpuścić robotników do zakładu. Kolejne pociągi wyładowywały na stacji pracowników, którzy (wystarczy spojrzeć na mapę) nie mieli żadnej drogi ucieczki, siłą rzeczy napierali, popychani przez kolejnych przybyłych, na wojskowy kordon. Ze skutkiem łatwym do przewidzenia.

Strzelano więc wcale nie do uczestników zamieszek, podpalających komisariaty czy rzucających kamieniami w milicję, ale do spokojnych ludzi, którzy szli do pracy. Wiele przesłanek od dawna już znanych wskazuje, że ukartowano to z zimną krwią, aby sprowokować zamieszki, które faktycznie wybuchły - ale dopiero później, w reakcji na opisaną zbrodnię.

Właśnie sięgnąłem - z pewnym opóźnieniem - po najnowszy biuletyn IPN. A tam od razu, bo na stronie 2, znalazłem informację znaną być może fachowcom - ale dla mnie będącą rzeczą nową. Mówi profesor Jerzy Eisler: "Jeśli wierzyć kierownikowi sektora polskiego w KC KPZS Piotrowi Kostikowowi, już 16 grudnia, w środę, czyli jeszcze przed masakrą w Gdyni i przed najbardziej gwałtownymi walkami ulicznymi w Szczecinie, na posiedzeniu Biura Politycznego KPZS w Moskwie Leonid Breżniew postawił kwestię sukcesji władzy w Warszawie i powiedział, że najlepszym kandydatem jest Gierek. Propozycję przyjęto przez aklamację...".

Ciekawe, prawda? W bratniej Polsce właśnie opanowano sytuację, więc, na logikę, sowieckie politbiuro powinno wysyłać do Gomułki depeszę gratulacyjną. Tymczasem wręcz przeciwnie, podejmuje ono decyzję, kto skompromitowanego "Wiesława" zastąpi. Prorocy jacyś? W Polsce Kociołek dopiero co wygłosił swoje przemówienie wzywające do powrotu do pracy, wojsko bodaj jeszcze nie dostało rozkazu, by strzelać do próbujących się dostać do stoczni, a na Kremlu Breżniew już wiedział, że dojdzie do masakry, po której trzeba będzie wymienić bratniego genseka, więc postawił tę kwestię na plenum!

 

Szwoleżerowie Solidarności

Najwyższy czas wpisać na salonowy indeks ksiąg zakazanych popularny niegdyś esej Mariana Brandysa "Koniec świata szwoleżerów" - opowieść o tym, jak bohaterowie napoleońskiej epopei wraz z wiekiem i spadającymi na nich zaszczytami sta­wali się zapiekłymi kolaborantami, klamkującymi u cara i jego namiestników. Analogia niegdyś opisująca PRL okazuje się bowiem jeszcze bardziej nośna w III RP. Wielu z tych, którzy w PRL potrafili być przyzwoici i dzielni, wybory podejmowane po roku 1989 przywiodły dziś do zachowań po prostu haniebnych. A ich medialne filipiki przeciwko ludziom podnoszącym wszak dokładnie te same ideały, które przyświecały i im za młodu, do złudzenia przypominają pełne ­nienawiści obelgi starego generała Krasińskiego miotane na patriotyczną młodzież i jej niebłagonadiożne rojenia o jakiejś wolnej Polsce.

Oni sami oczywiście nie dostrzegają ewolucji, jaką przeszli. Zachodziła bowiem niepostrzeżenie, rozpisana na kolejne polityczne decyzje. Tylko od czasu do czasu pojawia się okazja, żeby pokazać, jak bardzo dawni przeciwnicy generała Jaruzelskiego przypominają dziś swoich prześladowców, których zresztą są teraz przyjaciółmi, i jak bardzo III RP, której powstanie uważają za swój wielki, historyczny sukces - podobnie jak byli legioniści Dąbrowskiego uważali za takowy powołanie Królestwa Kongresowego - stała się państwem równie jak PRL załganym i pełnym nieprawości.

Takim przemilczanym przez większość mediów - z przyczyn łatwych do odgadnięcia - zerwaniem zasłony samozakłamania, tkanej od z górą dwóch dziesięcioleci, był niedawny wyrok Trybunału Konstytucyjnego stwierdzający, iż dekrety o wprowadzeniu stanu wojennego były niezgodne z Konstytucją PRL i jako takie bezprawne.

Tzw. opiniotwórcze elity zareagowały na to wzruszeniem ramion: przecież to oczywiste, wiadome od dawna. W telewizyjnej dyskusji, w której się przypadkiem znalazłem, stwierdzono wręcz, że "każdy student prawa wie...", by zaraz wekslować rozmowę na grymasy, że jakiż ma sens rozgrzebywać dzisiaj stare sprawy...

Trudno nie zapytać - więc jeśli to, że stan wojenny był bezprawiem, jest od zawsze oczywiste nawet dla każdego studenta prawa, dlaczego trzeba było aż tylu lat, aby tę oczywistość stwierdzić?

Odpowiedź jest prosta: dlatego, że trzeba było wielu lat, aby godność rzecznika praw obywatelskich dostała się człowiekowi spoza zblatowanego, pilnie strzegącego swych wyrosłych z komunizmu interesów prawniczego establishmentu. Tylko śp. Janusz Kochanowski gotów był sporządzić stosowny wniosek i nadać mu oficjalny bieg, rozbijając zmowę milczenia, jaką trzymali przez dwa dziesięciolecia wybitni prawnicy wobec bezprawia, na którym tak wiele skorzystali. Dlatego właśnie był Kochanowski - ciało obce w strzegącym swych interesów towarzystwie - tak nienawidzony, robiono mu nieustanne afronty i okazywano nieskrywaną pogardę jako "pisowskiemu nominatowi". Jako rzecznik praw obywatelskich wiele energii włożył on w ściąganie do Polski najwybitniejszych prawniczych autorytetów. Ich lista - bez najmniejszej przesady - to prawdziwa światowa hall of fame. Na wykłady te zapraszani byli za każdym razem wszyscy sędziowie Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego etc. Nigdy nie przychodzili.

Czy można się zresztą dziwić, że nie chcieli słuchać wykładu na przykład Antonina Scalii członkowie Sądu Najwyższego, który podjął kuriozalną uchwałę uwalniającą od odpowiedzialności sędziów orzekających w stanie wojennym na podstawie nieistniejącego dekretu, i to za pomocą kuriozalnego argumentu, że skoro PRL nie była państwem prawa, to nie można jej sędziów rozliczać z bezprawnych działań?

A dlaczego stwierdzenie "oczywistości", iż stan wojenny był bezprawiem, było tak dla establishmentu III RP niewygodne? To jeszcze prostsze: jeśli władza Jaruzelskiego była bezprawna, to i bezprawne było ­przekazanie jej wybranej części byłej opozycji, którego dokonano w Magdalence.

Przypomnijmy sobie, ileż to razy karmieni byliśmy w dwudziestoleciu kłamstwem, że próby rozliczania zbrodni komunistycznych wymagałyby jakichś "trybunałów ludowych" i złamania świętej zasady, że "prawo nie działa wstecz", a więc musiałyby doprowadzić do zniszczenia w III RP prawa i demokracji.

Było to, powtórzę, świadomie ukute i cynicznie używane przez michnikowszczyznę kłamstwo. Zarówno sam Michnik, jak i jego ludzie doskonale wiedzieli, że zbrodnie stanu wojennego były sprzeczne nawet z ułomnym prawem peerelowskim. Doskonale wiedzieli też, że w strukturach MSW i wywiadu wojskowego istniały za zgodą Jaruzelskiego i Kiszczaka struktury całkowicie przestępcze - odpowiednio, tzw. wydział D, przeznaczony do dokonywania mordów, porwań, pobić i innych zbrodni na opozycjonistach, oraz oddział Y, do dokonywania przestępstw gospodarczych służących nielegalnemu finansowaniu "Firmy". Wiedzieli też, gdy wypisywali i powtarzali w mediach elektronicznych bzdury o pożytecznej przemianie komunistycznej nomenklatury w biznesmenów oraz gdy wykpiwali "aferomanię", że "nieznani sprawcy" nadal pozostają czynni, czego dowiódł choćby korowód śmierci ciągnący się za aferą FOZZ, a także o tym, że właśnie w "oddziale Y" biorą swój początek największe kariery postpeerelowskiego "kapitalizmu".

Nikt nie wymagał od ludzi, którzy wyrośli z antykomunistycznego podziemia, żeby byli genialnymi menadżerami, mistrzami administracji publicznej, nikt nie oczekiwał, że z dnia na dzień dokonają cudu gospodarczego ani że przez jedną kadencję Polska pod ich rządami odrobi półwiecze cywilizacyjnego zacofania. Nie taka była ich społeczna legitymacja, nie dlatego 4 czerwca 1989 roku Polacy miażdżącą większością opowiedzieli się w ciemno za ludźmi, o których nie wiedzieli niczego poza tym, że zmieścili się na plakacie z Wałęsą, o którym też nie wiedzieli niczego poza tym, że jest symbolem walki o sprawiedliwość. Wałęsa i jego doradcy, opozycyjni intelektualiści, bojownicy podziemia, postrzegani byli po prostu jako ludzie uczciwi.

 

Wajcha odbija

Jeżeli książkę napisała amerykańska feministka, a w Polsce wydali ją dominikanie, to już samo w sobie jest powodem, żeby przeczytać. Inna sprawa, że amerykańska autorka z tutejszymi feministkami, których postawa sprowadza się do robienia na złość tacie, byłemu facetowi, księdzu i Jarosławowi Kaczyńskiemu, pewnie by się do szczególnej wspólnoty nie poczuwała. A na wieść, że u nas za modelowe "feministki" uchodzą panie pochwalające prostytucję jako sposób wyzwolenia kobiet z "patriarchatu", mogłaby się wręcz złapać za głowę.

Myślę o Gail Dines i książce "Pornoland - jak skradziono naszą seksualność". Rzecz jest warta polecenia wszystkim, może poza młodymi małżonkami, bo po takiej dawce opisanych suchym, naukowym języ­kiem obrzydliwości odechciewa się na dłuższy czas. Ale opłaca się tę cenę zapłacić, żeby wiedzieć, co kryje się pod pojęciem "pornografia". Że dawno już nie ma to nic wspólnego z żadną dodającą życiu pikanterii frywolnością, a już zwłaszcza z "wyzwoleniem seksualnym". Wręcz przeciwnie - jest to raczej forma masowego zniewalania konsumentów, ich dehumanizowania i odmóżdżania przez rekinów tego biznesu, równie cynicznych i bezwzględnych jak dilerzy narkotyków czy mafiosi żyjący z hazardu.

Pamiętam jeszcze głupkowate dysputy, podsycane przez dyżurne autorytety salonów, gdy u nas nieudolnie próbowano się zmierzyć z tym problemem - a kto może powiedzieć, co to właściwie jest pornografia, a może zakażecie pielęgniarkom nosić czepki, bo zdarzają się faceci, których to podnieca? Hłe, hłe? Gail Dines podeszła do sprawy prosto: pornografią jest to, co wybierają w przeglądarkach i sklepach internetowych ludzie poszukujący w nich pornografii. I zajęła się opisem oraz analizą psychologiczną i socjologiczną skutków używania tych treści, które wybierają oni najczęściej. Nie będę tu państwa zniesmaczał opisami tego, jakie to treści - człowiekowi w moim wieku w ogóle raczej nie kojarzą się one z seksem, wydają się tyleż obrzydliwe, co zwyczajnie głupie. Tym, co sprawia, że książki nie można ot, tak sobie odłożyć, jest odnotowywana przez autorkę skala zjawiska, masowość, z jaką za pomocą tej gargantuicznej maszyny do masturbacji, którą stanowi Internet, głęboko patologiczny przekaz dociera bez żadnych przeszkód do milionów nastolatków, kształtując w nich zupełnie chore postawy, zaburzając psychikę i przyszłe relacje. Powtórzę - na skalę masową.

Swoją drogą, to kolejny bardzo dobitny dowód polskiej postkolonialnej degeneracji umysłowej. Żeby zacząć poważnie rozmawiać o polskiej transformacji gospodarczej, musieliśmy zacząć tłumaczyć książki amerykańskich marksistów. Z pornografią jest podobnie - trzeba dopiero książki amerykańskiej feministki, by zrozumieć, jak bardzo nijak się ma do tego wyzwania nasza "debata publiczna", zdominowana w tej kwestii przez obślinionych dziadów, mrugających z lubieżnym chichotem do młodzieży, żeby korzystała z tego, czego im swego czasu brakowało.

Ale na marginesie tej książki (o której pewnie jeszcze kiedyś napiszę więcej) nasuwa się i inna refleksja. Otóż łatwiej nam zrozumieć obłęd "rewolucji seksualnej", gdy zapoznamy się - a Dines opisuje to bardzo ciekawie - z glebą, na której ona wyrosła. Gdy czyta się, do jakiego stopnia zesznurowane, skretyniałe w pruderii było amerykańskie społeczeństwo lat pięćdziesiątych, łatwiej pojąć oszałamiający sukces Hefnera czy Flinta.

Rzecz jest naprawdę warta zwrócenia uwagi, bo wskutek naszych postkolonialnych kompleksów w ogóle jej nie zauważamy. Przecież zachodnia "rewolucja seksualna", która ostatecznie seks skomercjalizowała i zamieniła w jakieś tartaczne kompulsje, ponure jak piąty dzień chlania nałogowego alkoholika, nie jest wyjątkiem. Polakowi trudno zrozumieć sukces "bezstresowego wychowania" wymyślonego przez szalonego doktora Spocka wbrew elementarnemu zdrowemu rozsądkowi, bo nie wie, jak wyglądała panująca przed nim w krajach anglosaskich pedagogika "zimnego wychowu". Trudno mu pojąć szaleństwa feminizmu i politycznej poprawności, bo przeważnie otwiera ze zdumienia gębę, gdy mu opowiadam anegdoty takie, jak ta przekazana przez Jana Karskiego, którego w połowie lat sześćdziesiątych w renomowanym nowojorskim hotelu podczas rezerwowania pokoju zapytano (rutynowo!) czy nie jest Żydem albo Murzynem. Bo jeśli jest - to won, to jest hotel dla porządnych gości. Albo jak ta opowiadana przez Grażynę Bacewicz, która, także w latach sześćdziesiątych, nie mogła w belgijskim banku podjąć z konta pieniędzy - zdziwieni pracownicy kazali jej przyjść w towarzystwie mężczyzny (i bynajmniej nie chodziło o bezpieczeństwo).

COPYRIGHT ? BY Rafał A. ZiemkiewiczCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2013

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-839-0

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

FOTOGRAFIA NA OKŁADCE ? Michał Wargin

REDAKCJA Rafał Dębski

KOREKTA Magdalena Byrska

SKŁAD ORAZ OPRACOWANIE OKŁADKI "Grafficon" Konrad Kućmiński

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

Noblesse nie oblizało

Z bestsellerowych wspomnień Wojciecha Manna największą popularność wśród recenzentów i autorów reklamowych notek zrobiło jedno - o sposobach, jakimi młody Mann "uzdatniał" zniszczone zagraniczne płyty, aby je sprzedawać frajerom.

Dla młodego czytelnika, wychowanego w świecie powszechnej obfitości, jest to być może trudne do zrozumienia, ale autentyczna zagraniczna płyta przed laty była po tej stronie żelaznej kurtyny skarbem i obiektem marzeń, na bazarach płaciło się za nią sumy zawrotne. Jakiś naiwny młody człowiek zakochany w zachodniej muzyce ciułał te pieniądze miesiącami, a potem trafiał z nimi na Wojciecha Manna, który, a jakże, przy nim puszczał płytę, żeby nie było wątpliwości, że jest w stanie uzasadniającym żądaną cenę, a potem znikał z kasą, zostawiając frajera z rzęchem, tylko na to jedno odtworzenie nasmarowanym przez cwanego oszusta jakimś świństwem.

Mann nie widzi w tym problemu, nie uważa, że zwyczajnie kradł, żadnej ujmy - jego sprawa. Nie będę jego spowiednikiem. Aż do czasu, kiedy zaczął występować jako trójkowy autorytet moralny od gromienia "pisowskich" rządów w Polskim Radiu, nie przychodziło mi do głowy wypominać mu, że w roku 1989, kiedy, jakkolwiek by na to patrzeć, cały naród utożsamiał się z "drużyną Wałęsy", on wraz ze swoim scenicznym partnerem namawiali mnie z plakatów do głosowania na towarzysza Tuderka, kandydata PZPR. Ale tak jak gdyby nigdy nic chwalić się: a jak, rżnąłem frajerów na kasę i byłem w tym niezły - i jeszcze zbierać za to oklaski salonów...

Oklaski dla Manna to oczywiście pikuś wobec tych, którym obdarzany jest Jerzy "Jurek" Owsiak. I dopóki rzecz dotyczy organizowanej przez niego działalności charytatywnej, to zrozumiałe. Ale gdy oto Owsiak zaczął być lansowany jako wzorzec bycia pod prąd, jest doprawdy kwestią smaku zaprotestować. Pod jaki niby prąd? W III RP niemal od jej zarania był Owsiak świątkiem mediów, salonów i władz, skrytykować go choćby delikatnie za jakąkolwiek, nawet ewidentnie głupią wypowiedź znaczyło wystawić się na obelgi i rozmaite szykany, a już jego Orkiestrę podniesiono do rangi sacrum. W PRL był zaś Owsiak wręcz konformistą, wypuszczonym przez władzę do robienia w reżimowym radiu "czerwonej alternatywy" wobec niepokornej Pomarańczowej Alternatywy Majora Fydrycha. Owsiak ma swoje prawdziwe tytuły do sławy i przypisywanie mu chwały nienależnej jest po prostu nieprzyzwoite. Podobnie jak Manna jest za co chwalić i nie trzeba chwalić go za to akurat, co powinno być powodem do wstydu.

 

Owsiak państwowy

Jak co roku, w styczniu przewaliła się przez salonowe media fala najwyższego oburzenia na prawicowych oszołomów, którzy ośmielają się (ach!) krytykować Jurka Owsiaka (tak, nawet Jego szargają, pani magister!) i Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Owsiak i Orkiestra zaś krytyce nie podlegają. Krytykować to wolno księdza proboszcza, papieża, nawet samego Jezusa, ale nie człowieka, który "uruchamia w Polakach pokłady dobra" i "dzięki któremu Polacy uczą się dobroczynności".

Tak naprawdę nie chodzi w tych rytualnych filipikach o obronę Owsiaka i jego akcji, tylko o cementowanie własnego środowiska. Środowisko to, które od zawsze uważa się za najlepszych z najlepszych, a nie bardzo umie pokazać, w czym konkretnie i praktycznie ta jego lepszość się wyraża, od zawsze uwielbia "dowód z autorytetu". Jesteśmy lepsi nie dlatego, żebyśmy wiedzieli, jak uczynić Polskę państwem nowoczesnym, sprawiedliwym i uczciwym, i potrafili to zrobić (bo nie wiemy i nie potrafimy), ale dlatego, że z nami są nobliści, z nami laureat Oscara, a nawet sam Władysław Bartoszewski!!! (Chociaż gdy Bartoszewski popierał Kaczyńskiego, nim go PiS głupio uraziło, ściągając na siebie furiacką zemstę czcigodnego starca, niczego jego poparcie nie dowodziło). I z nami także Owsiak. A skoro Owsiak z nami - któż przeciwko nam? Oszołomy, takie jak Ziemkiewicz czy Warzecha.

Wiem, gdzie żyję, nie chce mi się tracić czasu na polemiki z paszkwilantami "Gazety Wyborczej", ale Ernesta Skalskiego uważałem dotąd za człowieka z nieco wyższej półki. Dlatego bardzo mnie zdziwił i zasmucił jego wpis na salonie24, w którym personalnie zaatakował mnie i Łukasza Warzechę, nie pofatygowawszy się najwyraźniej, żeby choć przejrzeć wypowiedzi, z którymi - jak mu się wydaje - polemizuje. Leci stereotypowym oskarżeniem, że jakoby swą niechęć do Owsiaka za to, że nie jest prawicowy, przenosimy na jego akcję, która - jak wyżej, i na dodatek dzięki niej jest za co leczyć chore dzieci.

Panie Erneście, Pańskie zarzuty są od czapy. Fakt, że Owsiak propaguje obcą mi lewicową ideologię, a na "Przystanku Woodstock" wykorzystuje markę zdobytą działalnością charytatywną, by poddawać młodych ludzi indoktrynacji (wystarczy zobaczyć listę zapraszanych "wykładowców"), nigdy nie przeszkadzał mi oddzielać jego osoby od samej Orkiestry. Kiedy wygaduje głupstwa w wywiadach, występując jako ekspert od wszystkiego, ale najchętniej od Kościoła i religii, krytykuję to osobno. Jeśli się ktoś pofatyguje poszukać w moich tekstach przykładów, znajdzie ich dość.

Mój - a także innych atakowanych wraz ze mną - sprzeciw wywołuje fakt, że akcja ta z roku na rok jest właśnie coraz mniej tym, co chcą w niej widzieć apologeci, włącznie z panem. A nawet - coraz bardziej przeciwieństwem tego, za co ją bezrefleksyjnie zachwalacie. Gdyby to naprawdę obywatele spontanicznie się organizowali - szacun, zgoda. Ale bez kpin, piloci F-16 i ostatni tysiąc żołnierzy wojsk lądowych włączają się "spontanicznie"? Straż pożarna, komunikacja miejska, MPO i policja, wojska kwarciane w Afganistanie i tak dalej - też? To nie obywatele organizują w całej Polsce koncerty Orkiestry, tylko urzędy miast i gmin, za publiczne pieniądze. Tym sposobem państwo, zamiast łożyć na swe konstytucyjne zadania, łoży na organizowanie obywateli, żeby sobie sami na nie zebrali, a przy okazji mieli fun i trochę się wymóżdżyli. Nikt nie liczy, ile na to wykłada, bo nie wolno. Bo strach pomyśleć, co by wyszło, gdyby policzono - a nuż - że gdyby tak zamiast finansować Orkiestrę, państwo przeznaczyło tę kasę na refundacje (przecież właśnie zabiera na nich chorym kilkaset milionów!), a samorządy na pozostające w ich gestii placówki służby zdrowia, to per saldo chore dzieci wyszłyby na tym lepiej?