Uwagi o śmierci niechybnej, wierszem wyrażone - Ks. Józef Baka

Kup ebooka

6.30 zł
5.42 zł (6,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SZLACHETNEMU MNIE WIELCE MOŚCIWÉMU

PANU A PANU

 

PIOTROWI DUBIŃSKIEMU

 

BURMISTRZOWI JEGO KROLEWSKIEY MOŚCI MIASTA WILNA,

 

PROMOTOROWI BRACTWA ŚWIĘTEGO RÓŻAŃCA, HETMANOWI BUŁAWY WIELKIEY TEGOŻ ŚWIĘTEGO BRACTWA, MECENASOWI I PROTEKTOROWI MEMU ŁASKAWEMU PANU I DOBRODZIEJOWI,

 

To Dziełko pełne uwag świętobliwych

Dedykuię i ofiaruię 

Jak następuie: 

Słońce estymy Dla Polskiéy klimy, Z różannéy strugi! Samsonie drugi! Centrum honorów! Żywco autorów! Przyym tę przypiśnie, Co się umyśnie Do nóg twych ciśnie; A diabeł ani piśnie. O! Hetmanie, na rydwanie, Coś w ponsowym wiódł żupanie, Do Trok latem Z Maiestatem

Processyą. W dzwony biią. Za twym śladem ludzie śpieszą Boso, w bótach, wozem, pieszo, I łysiny, Jak patyny, I staruszki, Jak garnuszki. Ale, ale, ku twey chwale, Za tém woyskiem szły wspaniale Twe obozy, Pełne wozy Miodu, wódki, Zapach słodki, I kiełbasy, I frykasy, I wędzonki, I pieczonki,

I iędory, I ozory, I kurczęta, I pulmenta. Bóg cię bronił iśdź przez lochy, Gdzie czarownic sprosnych fochy! Gdzie tańcuią Z diabłów szuią, Świéce gaszą, Wiernych straszą, Gdzie bazyliszek leży, A kto nań tylko nabieży, Wnet on podobny do kury Zirknąwszy nań z ciemnéy dziury Oślepi, ogłuszy, Wywróci iak snopa; I iuż niemczyków kopa Tańcuie koło téy duszy,

Owo owo, Nie drwi głową Duszo święta, ni bezbożna Bo tamtędy, iśdź nie można. Tyś waleczny! Nie był sprzeczny, Z diabły koncept niebezpieczny Minąwszy szatański młyniec, Przez bity szedłeś gościniec, Przez aury świeże, Pod Trockie wieże, Z mnogim twym ludem. I sławne cudem, Biłeś łbem progi, Bez żadnéy trwogi. Już chór skruszony, Rznie w semitony Swe antyfony;

Dmą miechy w dudy, Szeptaią ludy, W gęstym pokłonie, Wznoszą się wonie. Letnia i drobna, Każda z osobna Babka, Dziewica, Trzepie się w lica, Mołoyce, Jury, Wąsy, fryzury, Staią u kratki, I swe niestatki W skruszonym duchu, Składaią w uchu U spowiednika, Pragnąc krzyżyka. Po mszy, spowiedzi i po kazaniu, Każdy myśli o śniadaniu,

Każdy swe oczy Ku tobie toczy, A obiadowa pora, Nowy laur dla Promotora. Téy sławy czuiąc pochopy, Prowadzisz wszystkich do szopy, Przy okrzykach wesołości, Diabeł pęka od zazdrości. Ty zaś z myślą czystą Wznawiasz rzęsisto, W cnéy alternacie, "Do ciebie bracie!" O wesołości! szafarko nektaru, Którego niebo z skąpego wymiaru, Spuszcza po łócie na nasze padoły, Mięszaiąc w cetnar licha i mozoły, Któż teraz z ludzi zgadnie Żeś iest w Hetmańskim puharze na dnie.

Pielgrzymko górnego gmachu! Jam cię poznał po zapachu, I nikt cię nie zoczy, Aż puhar do dna wytłoczy. Już szmer radośny W przódy słaby, potym głośny, Ucinki, żarty Humor otwarty, Niewinne śmiechy, Gry i uciechy. Osiadły szopy strzechy, Lecz diabeł przeklęty, Którego męczą grzechy, Skoroś ty poniosła pięty, Do miodowego rozcieku Namięszał diweldreku, I brodą długiéy wiechy, Pozmiatał twoich ze strzechy;

A na to mieysce posadził, Którą z piekła wyprowadził, Zwadę z długiemi zębami, Nafryzowaną wężami, W garści z kiiami, Z zapuchłém okiem, I chromym krokiem, Toż przy niéy plotkę, Czeczotkę Nabożną, iak kotkę. Więc każdy co łyknie, Zmarszczy się i syknie. Odchodzi mrucząc, roztrąca, Zżyma się niechęć gorąca. Wnet mayster Bartek do maystra Szymona, "Co to waścina żona

"Cierpi do moiéy baby, "I u Łukasza sąsiada "Z przekąsem o niéy gada; "Chcesz bym ci połamał schaby," To mówiąc Bartek, Cisnął mu w oczy półkwartek. W drugim kącie item. Z szlachcicem Witem, Przemówił się brat Antoni, I porwali się do broni, Szlachcic miał ślad oczywisty, "Co ty półdiable z Jurysty, "Przeymuiesz moie listy, "Którem pisał do przyiaciół?" I wnet go po uchu zaciął, A ten patryarchalnie, Jak go na odlew palnie,

Hrymnął o staie Szlachcic. I tylko nogą chyc, chyc, chyc, "Ratuy Panie liber Szyc, "Bo ten srogi certamen "Zrobi Szlachcicowi amen; Szyc wnet z podróżnéy apteki, Któréy ma pełne kieszenie, Dobywszy mydlane leki Wysmarował mu pół szczęki I podniebienie; Tyś Hetmanie biegł z buławą Mitygować woynę krwawą. A znaiąc te figle diable, Wziąłeś w drugą rękę szablę; Długoś rozwodził, Aż nim uchodził, I wrzawę tę pogodził, A diabeł zły, że nie zaszkodził,

Wypłatał tobie sztukę, Że miałeś potém kukę. Słońce zaszło, padły mroki, Każdy rzuca święte Troki, Jeden rakiem, Drugi kula, Łeb z siniakiem, Nos iak dula; O Dubiński! niech Bóg strzeże, Ledwoś minął święte wieże, Kiedy cię kruki, Czarne iak żuki, Wypadłszy z chmury Porwali do góry, Jak wilcy iagnie I posadzili w bagnie; Lecz ty nieustraszony Chociaż w błocie osadzony,

I za twe wielkie cnoty, Straciwszy żółte bóty, Patrzysz alić te kruki Przemienili się w kaduki, Nagie iak bizony, Łby czarne w rogach, Pazury na nogach, Nos iak komma zakrzywiony, Ac tandem z tyłu ogony. Poznawszy więc że to diabli, Jak nie dobędziesz szabli, Jak nie zaczniesz żwawo Machać w lewo i prawo, Rąbać na krzyż Wzdłuż, wszerz i wzwyż. Widzą czarty, Że nie żarty,

Zatrąbili głośne larum: Zatrzęśli totum tartarum. Wnet srogie larwy, Różnych kształtów i barwy, Wypadły e stagno Okrzyczały całe bagno, Czepiąc się na twym kołnierzu, A tuś nam śmiały rycerzu! Lecz ty odważny na ciosy, Narąbawszy diabłów stosy, Skończywszy bitwę wygraną, Wracasz aż nazaiutrz rano. Jak o tém głośno gadano, Jak z ust twych własnych słyszano. Ja zaś mówię, niechay żyie, Komum miasto dedykacyie Napisał tę długą chrie, I z czyiego dzbana piię

Łask słodkich liczne dowody. Co ma zawsze przednie miody, I lipczyki i troyniaki Nie żałuiąc ich dla Baki, Czy w sobotę, czy w niedzielę. Awięc u nóg twoich ścielę Opus to oprawne w skórę Cum humillimo operatore, A twoie magna nomina Niech późna proles wspomina.

 

 

PRZEMOWA.

 

O! Polaku Współ rodaku, Czy w kubraku, Czy w paklaku, W kapeluszu czy w kapuzie, Móy Francuzie! Nadstaw buzię. I ty tłusty Niemcze pusty! Rzuć pekelfleisz i kapusty, I ty rady czy nie rady Rzuć menestry, czokolady. Panie Włochu! Oto z lochu Xiążeczkę wydobytą z prochu, 

Z myśli pobożną, W koncept zamożną Powitay, Przeczytay, I sens, ieśli można, schwytay. Dziś ona wyszła z pod prasy, Autor zaś iéy w tamte czasy, Był w Polsce Jezuita, A Polska rzeczpospolita, Z któréy teraz kwita. Proszę, wołam, Ile zdołam, Zaklinam cię siaki taki Ktokolwiek iesteś człowieku, Chciéy poznać w dzisieyszym wieku, Dzieło wielkiego Baki. Tam zobaczysz, iak nasz Baka, Hippokreńskiego dosiadłszy szłapaka, Przed sobą pędzi Na kilka piędzi,

Śmierć z wielką kosą Nagą i bosą; Pędzi, mówię, na ziemię, Straszyć ludzkie plemię. Patrzcie! iak tén potwór nagi Straszne wszystkim daie plagi. Tego porwawszy za szyię, Kościaną nogą w tył biie, Tego gdy chwyci za żebra, Wnet nie pospolita febra, Zębami, Szczękami, Póty dzwoni; Aż uroni Duszeczkę, Lubeczkę, Jedynaczkę, Nieboraczkę; Ach! tak tak Nieborak.

Na kogo spóyzrzy ponura Już w gardle tego pleura, Swe sceny zaczyna, Swe gorgi wycina Ostatnie, Aż w matnie Człowieka Z daleka Porywa Złośliwa. Innych znowu tuz, muz, tuz Już na łbie guz, guz, guz. Potém przez nabrzmiałe szyie, Wpadaią apoplexyie, I w głowie wątory Jak siano lub wiory, Zamęcą, Zakręcą. Komuś daléy potwór srogi Gdy podagrę wpędzi w nogi;

Próżno nieborak Jak rak Słabą nogą wil, wil, Nie ma więcéy życia chwil; Ból w piszczelach strzyk, Chory nogą bryk. Tak bez siły Do mogiły, Nie włada; Upada. Gdy wreście z swoiéy szczodroty Opatrzy kogo w suchoty, Wnet gorączki Jak zaiączki, Po żyłach biegaią póty, Aż śmiertelne sprawią poty. Już kumpie poszły na schaby, Już wzrok dziki oddech słaby, Ha pokuso! Na cię kuso,

Amazonka Już wędzonka, Tłusty panicz Cienki iak bicz, Bez sposobu Marsz do grobu. Lecz czy tylko przez choroby Śmierć ma na nas swe sposoby: Nie masz z tą Jeymością ładu Wszystkich biie bez układu. I w szkarłaty Dżga zakaty, I po suknie Dobrze stuknie; I po płótnie Tęgo utnie. Gdzie iuż zmierzy ach! ach! Tam nie próżny strach! strach! Wielkie chłopy Gdyby snopy,

O ziemię Jak brzemię Z naydaléy Powali! Gdzie swoiéy zażyie kosy, Lecą uszy, palce, nosy; Gdy zaś przykłada kostura, Trzeszczą kości; pęka skóra, I karki, l barki, I zęby, I kłęby Pomiele w otręby Człowiecze, Zawlecze, Upiecze, Posiecze, I sarna uciecze. Śmierć głośna przez swoie czyny, Obiegłszy wszystkie krainy,

Jeszcze się chciało Jéymości Dla iakiéyś okoliczności, Niespodzianie i pilno Odwiedzić stolicę Wilno. W powietrze nietoperza wzniesiona skrzydłami, Jak bocian robiąc nogami, Do miasta leci a leci. Skrzypnęły iędzy wywiędłe sustawy, Obficie proch z niéy sypie się plugawy; Bo śmierć mimo wielkiego kłopotu, Nigdy nie zna uczuć potu, Lecz im więcéy dozna trudu Tém więcéy z siebie wyrzuci brudu. Gdy długą pielgrzymką znużona, Do murów była zbliżona Kościół iéy w oczy zaświeci; Bies iéy podał koncept z pierza Blisko świętego usiąśdź Kazimierza, Zatém skromnie iak należy Siada na kościelnéy wieży.

Przez iakiś przypadek dziwny Nasz xiądz poeta przedziwny, Odwiedzić wyszedł xięgarza, Drudzy mówią, że winiarza; Co mu dochował przyjaźni wiary. I miodek miał bardzo stary. Pewnie go Autor kosztował Bo mu dzieło dedykował. O niczém, nie wiedząc wychodzi z komnaty, A w tém śmierć, która zasiadła na czaty, Z wieży iak iastrząb spada na gołębia, I swe pazurki, w karku pobożnym zagłębia. Baka na tak straszny pozew, Krzyknął, JEZUS, MARYA, JOZEF! Jak Jezuita skromnie się ułożył; Wzniósł oczy w niebo, łapki na krzyż złożył, Chcąc iednak uciec raptem się zwierci, A w tém mu xiążka wypadła o śmierci. Widząc to Larwa rozstworzywszy ziewy, Krzyknie; co znaczy ten kawał cholewy?

Przeląkł się Autor i zamilkł na chwilę Rzeknie: nic Pani, to są rubrycele! Obaczym! wrzaśnie, i w tém zapalczywa, Z ziemi pobożną xiążeczkę porywa. Zayźrzy, i czyta, na siebie paszkwili, A klechu, boday cię diabli wzięli! Kto ci dał prawo, za pobudką marną Tak mnie malować czarną? Ty odrzutku Loioli tak wielkiego męża, Za to żeś mnie opisał iak węża, Za koncept nie ladaiaki, Zażyy śmiertelnéy tabaki. Próżno nasz Autor exorcyzmy gadał; Próżno swe dzieło na innego składał; Próżne wybiegi, trzeba by to słuchać, Śmierć się nieumie nigdy rozdobruchać, Ukląkłszy zatém na przeciw świątnicy; Wzniósł oczy w niebo, zażył ciemierzycy; W tém gdy mu w nosie srodze zakręciło, Kichnął, drgnął trzykroć, i iuż go nie było.

Tak tedy mąż pobożny, i poeta wielki, Który miał w głowie i klepki i belki, Idąc w niebieski przybytek, Zostawił dziéło małé, Sobie na chwałę, A nam na pożytek. Prawowierni chrześcianie, Co na powszechne żądanie Xięgę tę przebić śmieli, Jeźli czytelników swych przez to uięli, Nie pragną innéy nagrody, Tylko przez bliźniego miłości powody, Za duszę Autora, Poezyi Professora, Jeźli wola będzie czyia, Zmówić trzy ZDROWAŚ MARYA. Ja zaś com skłopotał głowę, Pisząc tak długą przemowę I Bakę musiałem świecić, By wam się lepiéy zalecić,

Czy Hanc, czy Franc, czy la, czy de la, czy Lach, Jak długi do nóg waszych upadam, bach, bach, bach.