Wstęp. I. Patriotyczne prace posła konfederacji barskiej w Paryżu
Konfederacja barska szukała oparcia i pomocy dla swoich poczynań w Turcji, Austrii, Saksonii, a przede wszystkim we Francji. W Polsce wierzono jeszcze w potęgę Francji. W rzeczywistości Francja drugiej połowy panowania Ludwika XV, Francja pań de Pompadour, Dubarry, ministrów Choiseula, d'Aiguillona, wewnętrznie wyczerpana, finansowo zrujnowana, nierozporządzająca większą siłą militarną, pozbawiona zdolnej i konsekwentnej dyplomacji, już tylko strzępami królewskiej purpury wieku Ludwika XIV pokrywała zbutwiałość swego ustroju, przeżycie się zasad absolutnego monarchizmu i przywileju stanowego, które ją niegdyś na szczyt świetności wywiodły, zanik energii i wiary, nudę wewnętrzną tych, którzy do rządzenia nią byli powołani, nędzę i ucisk szerokich warstw narodu. Pomruki dalekie nadciągającej rewolucji zagłuszała zgiełkiem zabaw i dysput filozoficznych, oszałamiała się przepychem życia dworskiego, podniecała sztucznie niebezpiecznymi doktrynami, przygotowującymi ruinę dawnego porządku. Związana niekorzystnym dla siebie, krępującym, a z obu stron nieszczerym sojuszem z Austrią, znalazła się po wojnie siedmioletniej prawie odosobniona wobec młodych, drapieżnych potęg - Prus i Rosji, złączonych ze sobą interesami i traktatami, a pozostających w porozumieniu z dziedzicznym wrogiem Francji, Anglią. Wypierały one powoli i systematycznie Francję z Europy północnej i wschodniej, podcinały tam resztki jej wpływu.
Leniwa, nieprzewidująca, niejednolita i niezręczna polityka Francji ułatwiała im to zadanie. Rosja i Prusy zdezorganizowały i zanarchizowały Polskę i Szwecję, przygotowując obrócenie tych państw w podległe sobie prowincje. Nad Turcją i jej lennikami zawisła groźnie militarna potęga Rosji. Pod naciskiem świadomego swych sił i żądnego ekspansji kolosa pękała bariera wschodnia Szwecji, Polski i Turcji, oddzielająca Rosję od Europy. Wzrastająca potęga i przedsiębiorczość nowych do koncertu europejskiego przybyszów wstrząsnęła całym systemem równowagi, grożąc Francji zupełnym zepchnięciem z naczelnego dotychczas stanowiska, a nawet pozbawieniem jej mocarstwowego znaczenia. Za późno spostrzegł niebezpieczeństwo minister spraw zagranicznych, książę de Choiseul. Gorączkowo począł ratować z rozbicia to, co jeszcze dla Francji uratować było można.
Jednym z najważniejszych punktów oparcia dla Francji w jej dążeniu do odzyskania dawnego znaczenia mogła być Polska. Dlatego Choiseul przyjął z otwartymi rękami biskupa kamienieckiego Adama Krasińskiego, zgłaszającego się pod jesień 1768 r. z prośbą o pomoc w imieniu konfederacji barskiej. Wszak konfederaci chwycili za broń z hasłem wyzwolenia Polski spod ucisku Rosji, która rządziła w niej jak u siebie i zachowywała się jak w podbitym kraju - z hasłem detronizacji Stanisława Augusta, narzuconego przez Rosję wbrew Francji, którego uważano w Wersalu za zaprzedanego duszą i ciałem Rosji i dlatego wzbraniano się go uznać. - Opracowano wspólnie plan działania; Choiseul przyrzekł zasiłki pieniężne dla konfederacji i rozwinięcie akcji dyplomatycznej w celu skłonienia Turcji do wypowiedzenia wojny Rosji i odciążenia w ten sposób Polski. Nawiązane przez Krasińskiego stosunki z ministerium francuskim podtrzymywał następnie główny organizator konfederacji (odradzającej się na Podgórzu po czerwcowych klęskach podolskich), podskarbi wielki koronny Teodor Wessel, przez swego agenta Gomolińskiego.
Wreszcie utworzona w październiku 1769 r. w Białej Generalność, jako najwyższa władza zwierzchnia konfederacji, wyznaczyła na posła swego przy dworze francuskim Michała Wielhorskiego, kuchmistrza wielkiego litewskiego. Wielhorski nie był w dyplomacji nowicjuszem. W r. 1767 brał udział w delegacji konfederacji radomskiej do Moskwy, gdzie intrygował przeciw Stanisławowi Augustowi i reformom konwokacji. Był to umysł mało samodzielny i niegłęboki, ale wykształcony i ciekawy, przejęty francuską kulturą, pozujący trochę na uczoność. Na swój sposób gorący patriota - przede wszystkim człowiek towarzystwa, miłych i ujmujących manier. Brak potrzebnych funduszów wstrzymywał wyjazd posła. Zdołano je zebrać dopiero w styczniu 1770 r, tak że Wielhorski najwcześniej w lutym stanął w Paryżu. Przyjęty na dworze, później nawet oficjalnie za posła przez rząd francuski uznany, przebywa odtąd aż do wiosny 1776 r. we Francji. Po przyjeździe zajął się zredagowaniem i ogłoszeniem we francuskim języku obszernego zbioru dokumentów dotyczących konfederacji barskiej, pt. Manifest skonfederowanej Rzeczypospolitej Polskiej, który był niejako apelem do rządów i narodów Europy.
Najważniejszym rezultatem zabiegów Wielhorskiego na dworze wersalskim było to, że w lipcu 1770 r. wysłał Choiseul do Preszowa, ówczesnej siedziby Generalicji, pułkownika Dumouriez, jako organizatora i instruktora wojskowego, wraz z innymi oficerami i inżynierami francuskimi. Wydatniejszej pomocy ze strony Francji nie potrafił Wielhorski wykołatać. Ale nie jego tylko w tym wina.
Nawet poseł o większych zdolnościach i energii nie mógłby niczego dokazać w tym chaosie, w jakim znalazła się dyplomacja francuska po upadku Choiseula w końcu 1770 r. Nieobsadzanie teki ministra spraw zagranicznych we Francji przez pięć miesięcy z górą, w końcu nominacja niezdolnego do powzięcia i przeprowadzenia jakiegokolwiek planu politycznego, lekkomyślnego księcia d'Aiguillon, uniemożliwiły Wielhorskiemu rozwinięcie skuteczniejszej działalności. Książę d'Aiguillon, choć utrzymał pozornie politykę Choiseula wobec Polski i wysłał marszałka polnego barona de Viomenil na miejsce Dumourieza, nie potrafił jednak energiczniej poprzeć konfederacji, ani wojskowo, ani dyplomatycznie. Nie pomyślał o nakłonieniu konfederatów do pogodzenia się z królem i wytworzenia jednolitego frontu narodowego. Co gorzej, nie umiał zapobiec zbliżeniu się Austrii do Prus i Rosji, wywołanemu po części klęskami Turcji i obawą Austrii przed usadowieniem się Rosji przy ujściu Dunaju. Pozostawiając Austrię bez żadnej pomocy czy rady, otworzył jej drogę do wejścia w zbrodniczy spisek z Fryderykiem i Katarzyną. Nie spróbował nawet przeciwstawić się dojrzałej już myśli rozbioru Polski, dopuścił do haniebnego, milczącego pogodzenia się z gwałtem dokonanym nad Polską, a godzącym także w najżywotniejsze interesy Francji.
Obojętność, bezwładność, brak jasnej myśli politycznej kierowników francuskiej nawy państwowej musiały sparaliżować dyplomatyczną działalność Wielhorskiego. Nie mogąc więc na tym polu oddać ojczyźnie wybitniejszych usług, starał się czas swój poświęcić pracy nad obmyśleniem poprawy jej ustroju, leczeniu jej wewnętrznej choroby.
Aczkolwiek konfederacja barska wypisała na swym sztandarze konserwatywne hasła obrony dawnych praw i wolności, aczkolwiek pokutował w niej jeszcze duch nieszczęsnych radomian, przecież w głowach przywódców jej torowała sobie drogę świadomość konieczności reformy. Szereg ludzi bardziej wykształconych, trzeźwiej na rzeczy patrzących, mających europejskie stosunki, zdawał sobie sprawę z absurdalności ustroju polskiego i jego konsekwencji: bezsiły, anarchii, zależności od obcych. Dwa zwłaszcza problemy najżywiej zajmowały umysły: uzdrowienie sejmowania, tudzież reorganizacja władzy wykonawczej. Te dwa główne kierunki reformy wytknął już Konarski; po nim różni wskazywali różne sposoby rozwiązania obu tych zagadnień.
Z szefów konfederacji wielu na własną rękę snuło plany w tym przedmiocie. Przede wszystkim, najtęższa w niej głowa, biskup Krasiński rozmyślał nad poprawą prawa i rządu. Projekt jego proponuje zachowanie liberum veto jedynie w odniesieniu do praw kardynalnych, plan zaś reorganizacji rządu idzie w kierunku ograniczenia władzy królewskiej. Władza rządowa ma spoczywać w zreformowanej odpowiednio dotychczasowej radzie senatu, obieranej każdorazowo przez sejm.
Prócz biskupa kamienieckiego także i antagonista jego Wessel nosił się z jakowymiś projektami reformy, które zamierzał wprowadzić w czyn po osadzeniu na tronie elektora saskiego. Można przypuszczać, że ten gorliwy stronnik Wettinów dążył raczej - w przeciwieństwie do Krasińskiego - do ograniczenia wolności na rzecz Majestatu.
Sam Wielhorski wreszcie zajmuje nie ostatnie miejsce wśród konfederatów-reformatorów ustroju. Swoje pomysły zawarł w dziele pt. O przywróceniu dawnego rządu według pierwiastkowych Rzeczypospolitej ustaw, ogłoszonym w r. 1775 Wielhorski chce dociec treści dawnych praw w ich pierwotnej czystości. Wady ustroju polskiego, które na naród tyle klęsk sprowadziły, powstały z powodu wypaczenia się dawnego, doskonałego ustroju. Dawne prawa mylnie tłumaczono i naciągano do prywatnych celów - stąd wszystkie nieszczęścia. W poszukiwaniach swoich opiera się na tekstach ustaw; tam, gdzie potrzebnego sobie tekstu nie znajduje, powołuje się na Kadłubka i Długosza i za ich przewodem zapuszcza się aż w czasy dwunastu wojewodów. Ale i ogólniejszymi wywodami nie gardzi, a powołuje się przy nich na Locke'a, Russa, Mably'ego. Według niego, te pierwiastkowe prawa oddają zwierzchniczą władzę w Polsce szlachcie. Szlachcic obowiązany jest do posłuszeństwa tylko temu prawu, które uchwalili posłowie przez niego wybrani, na podstawie instrukcji, na którą głosował. Podlega on także tylko tej zwierzchności i jurysdykcji, do której obierania sam się przykładał. Wielhorski chce znieść liberum veto, władzę rządową oddać senatowi. Senatorów dożywotnich wybierać powinny sejmiki; spośród nich sejm wybierałby radę senatu, zmieniającą się w połowie co dwa lata, a będącą właściwym rządem Rzeczypospolitej. Rząd ten wyposaża znacznymi atrybutami, zapewniającymi mu samodzielność i siłę. Król obieralny jest tylko przewodniczącym rady senatu.
Cały projekt Wielhorskiego jest owiany duchem radykalnego republikanizmu, który widocznie stanowił rdzeń jego sposobu myślenia. Nie własna jednak książka stanowi dla p. kuchmistrza tytuł do pamięci u potomnych, ale to, że umiał zachęcić i nakłonić dwóch najznakomitszych ówcześnie filozofów prawa politycznego we Francji, księdza Mably i Jana Jakuba Rousseau, do zajęcia się ustrojowymi kłopotami Polski i opracowania projektów reformy jej praw. Temu, że nie przeceniał sił własnych, ale starał się zaczerpnąć światła u bardziej kompetentnych w sprawach organizacji państwowej, choć Polsce obcych, zawdzięczamy powstanie traktatu Mably'ego, a przede wszystkim Uwag nad rządem Polski Russa - pisma rzucającego tak ciekawe, uzupełniające światło na charakter i umysłowość genialnego pisarza.
Najpierw zwrócił się Wielhorski do Mably'ego. Ksiądz Gabriel Bonnot de Mably (1709-1785) poświęcił całe swe życie naukom społecznym i państwowym. Pisarz płodny, pracowity i sumienny, umysł samodzielny, charakter prawy i czysty, szeregiem dzieł swoich zdobył sobie u współczesnych ogromną powagę i uważany był przez nich za znakomitość. W pismach swoich głosił zasady zwierzchnictwa narodu, supremacji parlamentarnego przedstawicielstwa narodu nad władzą wykonawczą, równości obywatelskiej, a rozwiązania tego ostatniego problemu szukał w pomysłach komunistycznego ustroju własności gruntowej. W wielu ideach swoich spotykał się z Russem. W Polsce Mably był znany: Rozmowy Focjona o związku obyczajności z polityką pojawiły się w przekładzie księdza Chróścikowskiego już w r. 1770 i podobno nawet były sprzedawane na odpustach.
Z Wielhorskim zawiązał Mably widocznie bliższy stosunek przyjazny, skoro nie zawahał się odbyć - później już, w r. 1776 - uciążliwej podróży do Polski i przepędzić przeszło rok w Horochowie, wołyńskim majątku pana kuchmistrza. Pośpieszył też uczynić zadość jego wezwaniu do opracowania projektu reformy ustroju Polski, tym chętniej, że gorąco zainteresował się sprawą barską. W sierpniu 1770 ukończył i doręczył Wielhorskiemu w rękopisie pracę swą pt. O rządzie i prawach Polski. W lipcu zaś 1771 r., po otrzymaniu od wybitnych barszczan szeregu uwag krytycznych, dodał drugą, uzupełniającą część, jako Wyjaśnienia. Rękopis oddany Wielhorskiemu nie ukazał się dotąd w druku. Pierwsze wydanie rozprawy z r. 1781 jest ponownym opracowaniem, uskutecznionym na podstawie brulionu, pozostałego w rękach autora. Zredagował je, chcąc wydaniem swego traktatu uprzedzić zamierzone ogłoszenie Uwag Russa. Ponieważ Wielhorski udzielił rękopisu pracy Mably'ego Russowi, zanim tenże przystąpił do spisywania swojego traktatu, należy bliżej rozejrzeć się w tym, jakie to główne zmiany w rządzie i prawach Rzeczypospolitej projektował Mably.
Nie idealizował ani charakteru narodowego, ani zalet ustroju polskiego. W czarnych barwach odmalował ludzi i urządzenia. Chwalił wprawdzie waleczność Polaków, podobało mu się u nich zamiłowanie wolności, ale równocześnie ganił ich nieskłonność do posłuchu. Rządzącemu stanowi rzucał w oczy prawdę. Wymawiał obojętność dla spraw ojczyzny, prywatę, chciwość, płaszczenie się przed możnymi, a wyzyskiwanie upośledzonych warstw niższych. Ze wstrętem prawie mówi o ciemnocie Polaków, przesądach, barbarzyństwie, o braku potrzeb kulturalnych, nieopatrzności i beztrosce dzikich ludzi. Z rysów rozrzuconych w tej książce układa się obraz bagna zepsucia i głupoty.
Patrząc bez złudzeń na rzeczywistość polską, widział w tym państwie najpotworniejszą anarchię, kuszącą wprost sąsiadów do zaborów. Tylko nieudolnej polityce carów zawdzięcza Polska, że nie stała się jeszcze rosyjską prowincją. Winę takiego stanu przypisał wadliwej konstytucji, która nie umiała pogodzić i harmonijnie ustosunkować uprawnień króla i praw narodu, dążącego do wolności. Zasadniczo złe postawienie atrybutów króla, jego zbyt wielka władza, niegodząca się z wolnością poddanych, a mająca swe źródło w prawie swobodnego rozdawnictwa urzędów, spowodowały w dalszym następstwie wytworzenie wadliwych urządzeń, mających zaradzić wyrodzeniu się władzy królewskiej w tyranię. Do tych niezdrowych instytucji, które zepchnęły państwo w otchłań bezrządu, zalicza Mably liberum veto, konfederacje, elekcyjność tronu i dożywotność ministrów.
Za pierwszy warunek uzdrowienia Rzeczypospolitej uważa należyte rozgraniczenie władz. Dotychczasowe pomieszanie władz polega na powierzeniu władzy ustawodawczej trzem stanom. Przede wszystkim należy więc rozdzielić różne funkcje państwowe między poszczególne stany: powierzyć wyłącznie stanowi szlacheckiemu sprawowanie władzy ustawodawczej, senatowi zaś i królowi całą władzę wykonawczą.
Liberum veto krytykuje ostro, ale w pesymizmie swoim nie odważa się proponować jego zupełnego zniesienia. Uważa, że to zbyt trudno wykorzenić ślepe przywiązanie do veta. Ogranicza się tylko do żądania, by odjąć prawo veta pojedynczym posłom, a przyznać je zbiorowo wszystkim posłom poszczególnych województw, tak żeby prawo to tylko łącznie posłowie jednego województwa mogli wykonywać. Śmielej już domaga się zniesienia instrukcji.
Władzę rządową oddaje w ręce senatu, wybieranego przez sejm spośród senatorów. Istniejące przy senacie departamenty są tylko pomocniczymi organami senatu; decyduje o wszystkim plenum.
Król nie powinien mieć żadnej władzy; powinien się ograniczyć do reprezentowania majestatu Rzeczypospolitej. Sam przez się nic nie może, bo jest nieodpowiedzialny; ma tylko "wypełniać próżne miejsce" - i z tego względu tron powinien być dziedziczny. Mably proponuje osadzenie na tronie polskim któregoś z arcyksiążąt, ewentualnie jakiegoś księcia spokrewnionego blisko z domem Habsburgów. Z realnych atrybutów władzy przyznaje królowi jedynie przewodnictwo w senacie, z prawem dwóch kresek w razie równości głosów, a nadto prawo mianowania urzędników. Ale w wyborze kandydatów na urzędy związane z jurysdykcją lub komendą król jest skrępowany przez sejm, który proponuje trzech kandydatów na każde stanowisko - co do innych zaś urzędów przez senat, mający również prawo przedstawiania terna.
Za pomocą takich to środków Mably chciał poprawiać ustrój polityczny Rzeczypospolitej. W przedmiocie poprawy ustroju społecznego nie stawia szerszego programu. Radzi podnieść stan trzeci, już choćby tylko ze względu na dobro samego państwa. Chciałby przynajmniej dopuścić mieszczan do udziału w sądownictwie, odebrać panom jurysdykcję patrymonialną i utworzyć dla spraw chłopskich osobne trybunały, dające gwarancję sprawiedliwego sądzenia; pragnąłby, by wprowadzono stan wolnych włościan, właścicieli gruntów, by mieszczanom i żydom również przyznano prawo posiadania ziemi na własność. Ale to wszystko uważa za projekty niewczesne, zanadto naruszające zadawnione przesądy: Polska jeszcze tych prawd nie zrozumie.
Co do metody wprowadzania reform, Mably ostrzega ustawicznie przed zbytnią gwałtownością, pośpiechem, nieoględnością w reformowaniu. Nie należy zanadto zrażać ludzi, trzeba liczyć się z ich przesądami i ambicjami, szukać kompromisu; zacząć od poprawy najważniejszych wad, a resztę zostawić przyszłości.
Nie wdając się w bliższą ocenę traktatu O rządzie i prawach Polski, należy stwierdzić, że Mably - zarówno wskutek dostosowywania projektu do ówczesnego położenia Polski i jej historycznego rozwoju, jak wskutek sceptycyzmu co do wartości Polaków - zanadto oszczędzał zaskorupiałe przesądy szlacheckie, nie dość stanowczo i zbyt nieśmiało żądał od Polski wyrzeczenia się wybujałości wolnościowych. Miał odwagę tknąć się praw majestatu, zabrakło mu jej do wyrwania "źrenicy wolności". A przecież już w w. XVII wytworzył się w Polsce pogląd, że oba kierunki reformy są ściśle ze sobą związane i że pożądaną równowagę może przynieść tylko załatwienie ich obu. Niewiara i pesymizm wstrzymały także Mably'ego od śmielszego postawienia sprawy społecznej i wytknięcia szerszego planu jej rozwiązania.
Wielhorskiemu rady księdza Mably'ego, oparte na mocnych republikańskich zasadach i przepojone nieufnością dla wydatniejszej władzy królewskiej, musiały na ogół przypaść do smaku. Nie poprzestał jednak na nich, lecz pokusił się o to, by w sprawie ustroju Polski i jego poprawy uzyskać opinię od znakomitości nierównie sławniejszej niż Mably, od Jana Jakuba Rousseau, teoretyka wznoszącego wówczas najwyżej sztandar wolności narodu.
Rousseau (1712-1778) już od pierwszych występów literackich (Rozprawa o postępie nauk i sztuk, 1750, i Rozprawa o powstaniu nierówności, 1755) wzbudził zainteresowanie wśród literatów i publiczności. Oryginalnością myśli, znakomitą zdolnością dialektyczną, krańcowością tez swoich, przeciwstawiających się panującym zapatrywaniom, namiętnym potępieniem współczesnej cywilizacji wywoływał sprzeciwy i polemiki - świetnością stylu olśniewał wyobraźnię, gorącem uczucia, z jakim głosił swoje przekonania, podbijał serca. Późniejsze obszerne dzieła: Nowa Heloiza, czyli Listy dwojga kochanków (1761), romans uczuciowy, i Emil czyli o wychowaniu (1762), romans pedagogiczny, wreszcie Umowa społeczna, traktat prawno-polityczny, postawiły go w rzędzie najpierwszych pisarzy europejskich. Wróg filozofów, zwalczany przez nich i prześladowany, nie przez wszystkich był uznany, ale znany był w całym świecie umysłowym.
I w Polsce także głośno było o Russie. Czytywano go dużo w oryginale. Krasicki pisze w Doświadczyńskim, że "u najmniejszych zastaniesz WMćpan na gotowalni księgi pana Russa". Powszechna naówczas znajomość francuszczyzny, wypierającej nawet ze szkół łacinę, ułatwiała przenikanie sławy genewskiego obywatela do Polski. "Monitor" już od r. 1765, "Wiadomości Warszawskie" od r. 1766 pisały o nim, rozwodziły się nad przygodami jego życia, cytowały jego dzieła. Mniej go tłumaczono. Pierwsze przekłady pojawiają się dopiero w r. 1778, i to nie najważniejszych dzieł. Widocznie "straszące każdego prawowiernego sofizmata" odbierały odwagę tłumaczom.
Nie dziw więc, że Wielhorski zapragnął skorzystać z obecności tak znakomitego i popularnego pisarza w Paryżu i wciągnąć go do pracy nad tym, co jemu samemu najwięcej na sercu leżało i dla czego we Francji siedział - nad poprawą nieszczęsnej doli Rzeczypospolitej. Z tym większą ufnością zwracał się doń republikanin Wielhorski, że właśnie Russo w Umowie społecznej głosił wymownie zasadę zwierzchnictwa narodu. On doktrynę tę rozpowszechnił i w mózgi ludzkie wtłoczył, on uczynił ją na długi czas obowiązującą podstawą wszelkiego rozumowania prawno politycznego. Przykład w tym względzie dali Wielhorskiemu Korsykanie. Po zrzuceniu jarzma Genui zwrócili się oni w r. 1764 - w myśl rozdziału Umowy "O Prawodawcy" - do Russa z prośbą, by stworzył dla nich odpowiednie prawodawstwo, a przede wszystkim obdarzył ich ustrojem politycznym. On po pewnych wahaniach propozycję przyjął, zabrał się do studiów nad historią, stanem społecznym i ekonomicznym, dotychczasowymi prawami Korsyki - zaczął rzucać na papier pierwsze pomysły projektu. Późniejsze smutne i tułacze koleje losu nie pozwoliły mu dalej dzieła prowadzić, wreszcie zajęcie Korsyki przez wojska francuskie i przyłączenie jej do Francji w r. 1768 uczyniły całą pracę bezcelową. Sprawa legislacji Russa dla Korsyki nabrała jednak rozgłosu i Wielhorski z pewnością musiał o niej słyszeć.
Nie wiadomo, za czyim pośrednictwem poznał się Wielhorski z Russem i co ułatwiło mu wejście z nim w bliższe stosunki. Niełatwe to musiało być zadanie. Nadmierna wrażliwość pisarza, duma i ambicja wrodzona, wybujałość wyobraźni w połączeniu z rzeczywistymi prześladowaniami, złożyły się na rozbudzenie w nim obłędu prześladowczego. Dekretem parlamentu paryskiego, zarządzającym spalenie Emila i uwięzienie autora, zmuszony w r. 1762 do ucieczki z Francji, tuła się po Szwajcarii z kantonu do kantonu. Wypędzany zewsząd, szuka schronienia w Anglii. Wraca do Francji, pod przybranym nazwiskiem ukrywa się w Delfinacie. Wreszcie w czerwcu 1770 r. osiada na stałe w Paryżu, gdy upływ czasu i wygnanie dawnego parlamentu usunęły bezpośrednie niebezpieczeństwo.
Przejścia te rozwinęły w nim chorobę. Uwierzył w szerokie sprzysiężenie przeciw sobie, uknute przez Diderota, d'Alemberta, Grimma, Hume'a, kierowane przez samego księcia de Choiseul, posługujące się olbrzymim zastępem wspólników, sprzysiężenie mające na celu zbezcześcić go, oczerniać, obwiniać o najstraszniejsze zbrodnie, podać w pogardę całego świata. Wszyscy go prześladują, dokuczają mu tysiącznymi wyrafinowanymi i podłymi sposobami, szpiegują go, dręczą ustawicznie i okrutnie. W Paryżu żyje samotnie, odprawia od drzwi swoich wielbicieli, ciekawych, narzucających się z opieką i pomocą. Nieliczni przyjaciele, których zachował, żyją w ciągłej niepewności, czy najlżejszą jakąś niezręcznością, słówkiem źle przezeń zrozumianym nie narażą się na gwałtowne zerwanie i posądzenie o uczestnictwo w spisku.
Ale w chwilach wolnych od chorobliwej udręki umiał być łagodny i serdeczny. Prowadził z przyjaciółmi długie filozoficzne rozmowy, komponował pieśni i opery, odzyskiwał w pełni zdolność logicznego rozumowania. I nie zatracał talentu pisarskiego. Przeciwnie może nawet - talent jego właśnie w tym czasie osiąga szczyt swego rozwoju. Czarujące swoje Wyznania kończy przecież w r. 1770, w latach 1774 do 1776 pisze swe Dialogi, dzieło nierówne, dziwaczne, w pewnych ustępach szaleńcze, ale miejscami przedziwnie silne, wspaniałe stylem i napięciem uczucia. Musi już pozostać tajemnicą Wielhorskiego, w jaki sposób potrafił sobie zaskarbić zaufanie podejrzliwego i zbolałego filozofa. Może łącznikiem między nimi stała się ukochana przez obu muzyka. Zaopatrzywszy się w formalne upoważnienie od litewskiego marszałka generalnego konfederacji, Michała Paca, uprosił Wielhorski Russa o wypracowanie planu reformy praw politycznych polskich. Dostarczył mu rękopisu pracy Mably'ego, własnego memoriału o urządzeniach i obyczajach Polski (prawdopodobnie szkicu później wydanej pracy swojej), jakichś nieznanych jeszcze bliżej projektów reform, wyszłych z obozu konfederackiego.
Na podstawie tego materiału zabrał się Russo do opracowania Uwag nad rządem Polski. Nie należy zresztą przeceniać znaczenia tych materiałów dla jego dzieła. Miały one dla Russa tylko informacyjne znaczenie. Te wytyczne praw Polski, które z nich wyczytał, skojarzyły się w jego umyśle z własnymi ideami o narodzie i państwie. Pobudzona tym wyobraźnia twórcza zaczęła snuć projekty reformy, a oparła się w tej pracy nie na cudzych pomysłach, ale na rezultatach wieloletnich rozmyślań politycznych.
Przed przystąpieniem do bliższego rozpatrzenia Uwag należy zapoznać się z całokształtem poglądów politycznych ich autora, by móc ocenić, jaki stosunek łączy z nimi to ostatnie polityczne dzieło Russa.
II. Polityka Jana Jakuba Russa
Zrąb idei filozoficzno-prawnych Russa nie został przezeń ujęty w formie wyczerpującej i systematycznej. Forma taka nie jest cechą jego umysłowości; natłok myśli, zawsze ciekawych, nowych, uderzających i niepokojących, porywających siłą zawartego w nich elementu uczuciowego, stoi na przeszkodzie wykładowi powolnemu, systematycznemu, uwzględniającemu wszystkie punkty widzenia, ujmującemu swój przedmiot w jednolitą, wolną od sprzeczności całość. Wyobraźnia pcha go nieraz do dawania ideom wyrazu paradoksalnego; często porwie go czy to obraz jakiś, czy zapał polemiczny, i każe mu powiedzieć więcej, niżby sam chciał. - Powoduje to wykolejenia myślowe, dające znowu pochop, by nawiązywać do właściwych wątków za pomocą dialektycznie subtelnych, ale nieraz sofistycznych rozumowań. To znowu, jakby przestraszony konsekwencjami logicznymi swoich tez, sam ostrość ich łagodzi, cieniuje je i retuszuje w dalszych wywodach tak, że w końcu w ostatecznych wnioskach i zastosowaniach prawie nieśmiało wychodzą. Dlatego trudno jest z tego fragmentarycznego, pełnego niespodzianek kształtu zrekonstruować całość jednolitą, chociaż ona na dnie z pewnością leży i stanowi wewnętrzny kościec ideologiczny wszystkich pomysłów.
Stąd płynie rozbieżność w przedstawianiu poglądów Russa; stąd także niemożność oparcia się w wykładzie na poszczególnych ustępach czy dziełach, a konieczność uwzględnienia ogółu jego pism. Toteż w poniższym przedstawieniu idei filozoficzno-prawnych i prawno-politycznych Russa, mimo że przyjęto porządek według tych dzieł, w których dane problemy znajdują najpełniejszy swój wyraz, uwzględniono także i inne pisma, zawierające wywody dotyczące tych samych problemów. I tak przy Umowie społecznej nie można było pominąć jej streszczenia zawartego w piątej księdze Emila (w ustępie "O podróżach"), dedykacji Traktatu o powstaniu nierówności pomiędzy ludźmi, wreszcie Listów pisanych z Góry. W ustępie zaś traktującym o jego poglądach ekonomiczno-skarbowych zużytkowano artykuł O ekonomii politycznej oraz Projekt konstytucji dla Korsyki.
Umowa społeczna (1762) jest najważniejszym z pism politycznych Russa. Jest ona wyjątkiem z dzieła zamierzonego na szeroką skalę, pt. Instytucje polityczne, nad którym przez długie lata pracował, a które w końcu porzucił, zwątpiwszy o możności doprowadzenia go do końca. Po wydzieleniu Umowy resztę zniszczył; zachowały się tylko szczupłe fragmenty.
Oto punkt wyjścia rozprawy: Ludzi pierwotnych należy sobie wyobrazić jako żyjących w odosobnieniu. Jedynym związkiem społecznym występującym w stanie natury jest rodzina, związkiem niestałym zresztą, trwającym tylko tak długo, dopóki dzieci potrzebują opieki rodziców. Ci wolni i samotni ludzie z chwilą gdy przeszkody zagrażające ich utrzymaniu się przy życiu w stanie natury wzmogły się do tego stopnia, że przeważać zaczęły nad siłami, jakie mógł im przeciwstawić pojedynczy człowiek, postanowili zrzeszyć się, by wspólnymi siłami bronić się i zachować. Trzeba przyjąć, że zawarli między sobą umowę, mocą której związali się w społeczeństwo, w celu chronienia wspólnymi siłami swych osób i dóbr. Jedyną zasadniczą treścią tej umowy było oddanie się społeczności zupełne, bez żadnych zastrzeżeń, każdego z tych równych między sobą, a zupełnie dotychczas wolnych ludzi. Ta klauzula była równa dla wszystkich. Ogół więc tylko, jako ten, na rzecz którego nastąpiło zrzeczenie się osób i wolności, nabył nieograniczone prawo rozporządzania wszystkimi. Tego swojego prawa nie może ogół ani utracić, ani przenieść na inny podmiot, ani podzielić. - Tak wygląda "umowa społeczna" stanowiąca "prawdziwy fundament społeczności", będąca "podstawą wszelkiej prawnej władzy pomiędzy ludźmi".
Russo nie uważa umowy społecznej za fakt historyczny. Zdaje sobie dokładnie sprawę, że pomysł jej jest tylko fikcją, mającą służyć do skonstruowania takiego ujęcia prawa i państwa, jakie odpowiada wewnętrznym potrzebom i odczuciom społecznym jego samego, wolnego obywatela genewskiego, członka władzy zwierzchniej - a przede wszystkim ma rozwiązać pytanie co do istoty prawa, co do kwestii, dlaczego prawo obowiązuje. Nie może ono obowiązywać dlatego, że jest faktycznie wykonywane, że są czynniki, które wymuszają pewne postępowania, a działania przeciwne nakazom karzą. Bo gdyby tak było, to gwałt i przemoc musiałyby być równoznaczne z prawem, a przecież właśnie stanowią jego pojęciowe przeciwieństwo. Cóż więc tworzy tę cechę prawa, że ono jest prawem, skoro cechą tą nie jest siła zewnętrznego przymusu? Oto uznanie wewnętrzne każdego człowieka, jego przekonanie, że tak a nie inaczej postępować powinien. Człowiek sam siebie tylko może zobowiązać. - Tak, ale w takim razie tyle jest praw, ilu ludzi - w autonomicznej działalności sumienia każdego człowieka rozpuszcza się jednolita bryła przedmiotowego prawa. Przecież obowiązują mnie pewne zasady, niezależnie od tego, czy się z nimi zgadzam, ba! nawet niezależnie od tego, czy je znam i czy wiem o nich. Gdyby każda norma prawna miała obowiązywać na podstawie uznania każdego z obywateli, nie tylko wszyscy obywatele musieliby brać udział w uchwalaniu każdej ustawy, ale mogłaby ona obowiązywać tylko tych, którzy by za nią głosowali. - I tu właśnie przychodzi z pomocą fikcja umowy społecznej.
W pierwotnym akcie oddania się społeczności z góry uznałem za swoją, stale mnie wiązać mającą wolę to, co przynosi korzyść całej społeczności. Podporządkowałem własną korzyść korzyści ogółu, a raczej tę korzyść uznałem za własną. W ten sposób nadałem z góry sankcję prawną każdej treści zawierającej w sobie moment korzyści społecznej. Ale w jaki sposób mogę poznać, że coś jest społecznie korzystne, że właśnie to, a nie co innego, leży w interesie zbiorowym i że to właśnie mam uważać za prawo? W tym względzie nie znajdę innego kryterium prócz opinii moich współobywateli. Gdy zapytani o to, co uważają za dobre dla państwa, w większości swej zgodzą się na jedno, muszę przyjąć, że tak jest istotnie. O ile formalna strona prawa, jego moc obowiązująca, opiera się na moim indywidualnym akcie udzielenia sankcji, akcie, którego już z góry raz na zawsze dokonałem, o tyle materialna strona prawa, jego treść, musi się oprzeć na poglądzie większości społeczeństwa, uznającym coś za korzystne. W drodze więc głosowania i uchwały większości ustala się treść prawa. Ostateczny wniosek całego rozumowania da się ująć w twierdzeniu, że prawem jest to, co odpowiada woli powszechnej, tzn. racjonalnie pojętej korzyści społecznej, wyrażającej się w uchwale większości. Umowa społeczna stanowi zatem symbol stopienia się w prawie woli jednostki, która sama jedna może uzasadniać obowiązywanie prawa, z wolą powszechną, wytwarzającą normy prawne powszechnie obowiązujące, mogące być stosowanymi do ogółu.
Klauzule tej fikcyjnej umowy dostarczają rusztowania dla innej jeszcze konstrukcji. Chodzi mianowicie o sprawę kompetencji państwa i stosunku jego do obywateli, tudzież o wzajemny stosunek obywateli względem siebie. Punktem wyjścia jest wolność, przyrodzona każdemu człowiekowi, nieograniczona i nieskrępowana niczym. - I ta wolność jest tylko fikcją naukową: Russo wyraźnie mówi, że nie zajmuje się filozoficznym znaczeniem pojęcia wolności. Przyjmuje ją tylko jako zasadniczy, konieczny aksjomat wszelkiej normatywnej konstrukcji. Otóż przy zawieraniu umowy społecznej każdy na mocy tej swojej wolności oddaje się całkowicie i niepodzielnie ogółowi. Ogół więc ma prawo dysponować pod każdym względem i w każdym kierunku jednostką. Nie ma takiej sfery wolności indywidualnej, w którą by ogół, jako władza zwierzchnicza, nie mógł wkroczyć. Dla woli powszechnej nie ma żadnej zapory, przed którą by się musiała zatrzymać.
Russo nie jest liberałem. Stawia postulat bezwzględnego poddania jednostki państwu, wszechmocy państwa, i obywatelowi wobec państwa żadnych praw nie przyznaje. - Co się tyczy wzajemnego stosunku obywateli do siebie, to są oni wszyscy zupełnie równi sobie, ponieważ warunki umowy społecznej są dla wszystkich jednakie. Układ zasadniczy zamiast niszczyć naturalną równość, stawia, przeciwnie, w miejsce tej nierówności fizycznej, jaką natura mogła między ludźmi ustanowić, równość moralną i prawną, a ludzie, mogąc być nierównymi siłą i umysłem, stają się wszyscy równymi na mocy umowy i prawa. Ta równość jest podstawą całego układu społecznego; jej naruszenie podkopuje ten układ u jego korzeni i znosi go całkowicie.
Ale umowa społeczna spełnia inne jeszcze zadania. Daje ona równocześnie wskazówkę co do tego, kto jest podmiotem zwierzchnictwa państwowego, w jaki sposób ma być urządzona w państwie funkcja ustawodawcza i jaki ma być stosunek wzajemny poszczególnych kierunków władzy państwowej.
Ponieważ wewnętrzna autonomia jednostki jest dla niej źródłem wszelkiej mocy prawnej, tak że narzucanie jednostce z zewnątrz jakichś obowiązków, których ona sama dobrowolnie na siebie nie przyjęła, jest gwałtem, i ponieważ państwo jest wytworem tej autonomii jednostek, między sobą równych, poddających się dobrowolnie ogółowi - więc suma tych jednostek, ogół obywateli, jest jedynym źródłem obowiązującego w państwie prawa. Ponieważ zaś moc tworzenia praw stanowi istotę władzy zwierzchniej, a moc ta przysługuje wyłącznie ogółowi obywateli, więc tylko ten ogół jest podmiotem władzy zwierzchniej, a każdy z członków tego ogółu uczestniczy swą cząstką we władzy najwyższej. Na tym zasadza się naczelna w systemie politycznym Russa doktryna zwierzchnictwa narodu.
Ta władza zwierzchnicza może przejawiać się jedynie w ustanawianiu praw. Prawa są wyrazem woli powszechnej, to znaczy pewnej treści, której powszechność chce, jako dla siebie korzystnej - i tylko ogół może wytwarzać tę wolę. W tym akcie ogół nie może się dać zastępować. Powzięcia woli nie można powierzać zastępcy, bo wówczas ta wola nie byłaby wolą zastąpionego, ale wolą zastępcy. Dlatego wszyscy obywatele muszą mieć możność współdziałania w akcie ustawodawczym. Inaczej prawa nie zawierałyby w sobie woli powszechnej. Więc władza zwierzchnia (ustawodawcza) nie może być reprezentowana. Tak zwani deputowani do ciał reprezentacyjnych nie są, ani być nie mogą, przedstawicielami narodu, nie mają żadnego prawa postanawiać czegokolwiek ostatecznie, a uchwały ich nie mogą uchodzić za prawo. Na tym gruntuje się druga podstawowa idea polityki Russa, idea bezpośrednich rządów narodu w ustawodawstwie. Jedynie bezpośrednie sprawowanie przez naród władzy prawodawczej odpowiada naturze związku społecznego i wyraża logicznie jego istotę.
Aczkolwiek Russo tak jaskrawo formułuje postulat bezpośredniego wykonywania ustawodawstwa przez naród, to jednak zdaje sobie sprawę, że tłum nie jest zdolny do wydawania praw dojrzałych i rozważnych, odpowiadających rzeczywiście potrzebom państwa. Lud zawsze chce dobrze, ale sam z siebie nie zawsze widzi, co jest dobre. Potrzebuje przewodnika. Dlatego Russo mówi o osobnym prawodawcy, który by redagował ustawę, a lud by ją tylko zatwierdzał. W dedykacji Rozprawy o powstaniu nierówności oraz w Listach z Góry przyznaje nawet rządowi wyłączne prawo inicjatywy ustawodawczej.
Władza ustawodawcza jest nie tylko najwyższą władzą w państwie, ale jest po prostu władzą jedyną. Tak zwana władza wykonawcza jest tylko siłą stosującą wolę powszechną, tzn. prawa, jest tylko udzieloną przez prawo pewnym organom zdolnością urzeczywistniania przepisów prawnych. Dlatego egzekutywa jest zawsze podległa prawu oraz narodowi, ale tylko jako twórcy praw. Gdy naród nie występuje w charakterze prawodawcy, jest poddanym, obowiązanym do posłuchu wobec praw, a więc także wobec organów uposażonych w moc wykonawczą, wobec rządu, o ile ten działa zgodnie z prawem.
Prawo może organem wykonawczym uczynić cały naród albo pewną liczbę jednostek, albo wreszcie jedną osobę. Na tym polegają różne formy rządu, których zasadnicze typy przedstawiają się jako rządy demokratyczne, arystokratyczne, monarchiczne. Z założenia zwierzchnictwa narodu nie wypływa żadna logiczna konsekwencja co do ustroju rządu: prawo może rządowi nadać jakąkolwiek formę. Która z nich jest najlepsza, trudno powiedzieć. Każda z nich jest dobra w pewnych wypadkach, a zła w innych. Zależy to od stosunków i położenia danego narodu. Russo stawia tylko ogólną zasadę, że liczba członków rządu, to znaczy najwyższych urzędników narodu, powinna stać w odwrotnym stosunku do ilości ludności w państwie. Bo im więcej ludności, tym większa siła potrzebna do rządzenia nią, a im większa liczba członków rządu, tym mniejsza jest jego siła, tym powolniejsze funkcjonowanie, tym słabsza energia, tym mniejsza giętkość i szybkość decyzji. Dlatego na ogół można postawić zasadę, że z trzech typowych form rządu rząd demokratyczny - o ile w ogóle jest w stosunkach ludzkich możliwy - jest jeszcze najstosowniejszy dla małych państw, arystokratyczny dla średnich, a monarchiczny dla wielkich. Prócz tego należy przy ustanawianiu rządu baczyć nie tylko na to, by miał siłę wystarczającą do przeprowadzenia swych zadań, ale też by nie mógł wznieść się ponad zwierzchnika i uzurpować dla siebie ustawodawstwa.
Russo przenosi jednak nad inne formy rządu - arystokrację z wyboru. Ta forma bowiem pozwala teoretycznie na oddanie rządu w ręce obywateli najlepiej ukwalifikowanych, uzależnia urzędników najwyższych od narodu, który w akcie wyborczym, periodycznie powracającym, wyposaża wybrańców swoich we władzę. Przy tej formie wreszcie zachodzi najmniejsze jeszcze niebezpieczeństwo uzurpacji, skoro członkowie rządu piastują swoją władzę tylko przez pewien czas. Demokrację natomiast, choć ją teoretycznie dopuszcza, w praktyce odrzuca stanowczo i zasadniczo. Gdyby istniał naród bogów, rządziłby się demokratycznie. Rząd tak doskonały nie nadaje się dla ludzi. Gdyby naród, będący ustawodawcą, sam bezpośrednio wykonywał swoje ustawy, wówczas granica między ustawą a aktem wykonawczym musiałaby się zatrzeć. Naród począłby wydawać odnośnie do poszczególnych jednostek decyzje, nie oparte na jakimś już poprzednio istniejącym prawie, ale zawierające w sobie nowe zasady prawne, ad hoc dla danego tylko wypadku stworzone. Począłby obciążać jednostki obowiązkami, które by nie były obowiązkami wszystkich obywateli. A wówczas runąłby cały gmach umowy społecznej, jej kamień węgielny bowiem, równość, zostałby wyrwany.
Ponadto żaden wzgląd nie przemawia za tym, by rządy oddawać w ręce narodu. Funkcje rządu w istocie swej są zupełnie różne od ustawodawstwa, które musi sam naród sprawować. Akty rządowe nie wytwarzają woli powszechnej, skrystalizowanej w normy powszechnie obowiązujące. Odnoszą się one zawsze tylko do poszczególnych osób lub przedmiotów. Nie są aktami zwierzchniczymi. Dlatego naród-zwierzchnik nie powinien sam wykonywać ustaw, ale powinien zadanie to powierzyć odrębnemu czynnikowi: rządowi. Naród natomiast, jako zwierzchnik, ustanawia przez prawa rząd, kształtuje jego formę, przepisuje, jak ma być stworzony. Nadaje mu uprawnienia, może władzę jego dowolnie zmieniać i ograniczać. Dzierżyciel władzy rządowej nie występuje wobec zwierzchnika jako osoba mająca swoje własne prawa; pozostaje on nadal poddanym, mającym w stosunku do państwa tylko obowiązki. Akt przelania władzy nie jest umową: Rousseau odrzuca stanowczo pactum subiectionis.
Rząd może działać tylko w granicach i na mocy ustaw. Jest on tylko siłą, nie ma swej własnej woli, ma tylko wolę zwierzchnika: prawa. Prawo jedynie jest wewnętrznym motorem wszelkiej działalności rządu i ono wytycza kierunek tej działalności. Ale też tylko prawo. - Naród-zwierzchnik może działać tylko przez ustawę, do aktów rządowych mieszać się nie może.
Rząd jest wykonawcą woli prawa, ale nie woli ciała prawodawczego. Może działać tylko w granicach ustaw, ma tylko obowiązki nałożone nań przez prawo, ale przy ich wykonywaniu ma całą swobodę rozwinięcia tych sił psychicznych i fizycznych, których do tego potrzebuje, całą samodzielność w dobieraniu środków, a nawet zapewnione kierownictwo polityką. Przecież Russo stale domaga się, by prawa były nieliczne i zwięzłe, a takie muszą otwierać rządowi szerokie pole swobodnego uznania i własnej decyzji. Przecież wyłącznie rządowi oddaje tak ważną dziedzinę życia państwowego, jaką tworzą stosunki państwa do zagranicy. "Wykonywanie władzy na zewnątrz nie nadaje się do sprawowania przez naród; wielkie zasady państwowe przechodzą jego zdolności; powinien w tym względzie zaufać naczelnikom, którzy są bardziej oświeceni w tych sprawach, a nie mają żadnego interesu w zawieraniu na zewnątrz traktatów niekorzystnych dla ojczyzny" - pisze w Listach z Góry. Rządowi oddaje kierownictwo polityką gospodarczą i społeczną. Pragnąłby nawet finansowo uniezależnić rząd od legislatywy: główne źródło dochodów państwowych powinny stanowić domeny, rząd mógłby więc prawie zupełnie obywać się bez podatków, które może nałożyć tylko uchwała narodu. Tak więc ten potężny hamulec rządu, uzależniający całą jego działalność od uchwały podatkowej, nie funkcjonuje w systemie Russa. A zatem rząd w jego pojęciu powinien być naprawdę rządem. Rzecz oczywista, że i te wolne, na swobodnej decyzji oparte czynności rządu muszą opierać się także na prawie. Prawo nadaje czynnościom osób powołanych do funkcji rządowych kwalifikacje czynności państwowych; ono zakreśla warunki, pod którymi czynności te mogą uchodzić za prawne, a nie za samowolne i gwałtem nacechowane. Działalność rządu opiera się więc zawsze w ostatniej instancji na woli prawa, górującej nad wolą egzekutywy. I w tym znaczeniu należy rozumieć twierdzenie Russa, że rząd nie może mieć swej woli.
Naród powinien wybierać także członków rządu, ale już nie w charakterze zwierzchnika, tylko tymczasowego rządu demokratycznego. On też wykonuje pewną kontrolę nad działalnością rządu: rząd jest obowiązany składać mu rachunki ze swej działalności, a na skutek skargi pokrzywdzonych obywateli może naród unieważniać akta rządowe naruszające prawo. I na tym wyczerpuje się cała ingerencja narodu w sprawy rządowo-wykonawcze. Z powyższego wynika, że Russo wprowadza w obręb swego systemu zasadę podziału władz, choć sądownictwa nie wyodrębnia i ujmuje je razem z administracją. Używa wprawdzie innych terminów, szydzi nawet z tych, którzy dzielą władzę państwową na części i rozpowiadają o jakichś kilku władzach w państwie, ale chodzi mu tu tylko o zachowanie metodologicznego postulatu każdej konstrukcji prawniczej: jednolitości pojęcia władzy państwowej. Dlatego przyjmuje tylko jedną władzę, ustawodawczą, a tak zwaną władzę wykonawczą uważa za emanację tamtej. Ale ta emanacja jest już czymś w istocie swojej zupełnie różnym od swego źródła i dlatego winna być poruczona organowi odrębnemu, niezależnemu od organu ustawodawczego.
Jako trzecią główną zasadę polityki Russa należy zatem przyjąć zasadę państwa prawnego, opartego na równowadze władz.
W streszczeniu powyższych wywodów należy stwierdzić, że umowa społeczna nie jest hipotezą. Jest ona świadomie użytą fikcją naukową, która ma za zadanie pogodzić ze sobą sprzeczność logicznych założeń rozumowania i jego wyników: autonomii jednostki a przymusu wywieranego przez prawo na wolę tej jednostki, przyrodzonej wolności człowieka a całkowitej niewoli, w jakiej on wobec państwa pozostaje. Ponadto fikcja ta ma uzasadnić polityczne wymagania równości, zwierzchnictwa narodu, bezpośredniego wykonywania władzy ustawodawczej przez naród, państwa prawnego. Jako fikcja filozoficzno-prawna jest fikcją normatywną, odnosi się nie do rzeczywistości, nie do tego, co jest, ale do tego, co być powinno - a uzyskane przy jej pomocy rezultaty stanowią kryteria dla osądzenia prawności urządzeń każdego faktycznego państwa.
Tak się przedstawia teoria prawno-polityczna Russa. Ale prawo idealne, z idealnej natury człowieka wyprowadzone, może stać się prawem pozytywnym tylko wówczas, gdy zachodzą konieczne warunki. W świecie rzeczywistym rządzą namiętności ludzkie, nie zasady abstrakcyjne. Gdyby prawodawca chciał normy teoretycznie skonstruowane nadać tym ludziom rzeczywistym, nie stworzyłby dzieła żywotnego ani trwałego i nie osiągnąłby zamierzonego celu. Bo prawo samo nie jest niczym. Staje się siłą dopiero wówczas, gdy stanie się motorem działań ludzkich, a to zależy nie od prawa samego, ale od ludzi i od tego, czy będą zdolni kierować się prawem. Ten tylko naród może z idealnych praw korzystać, który sam zbliży się do ideału człowieczeństwa. Konstytucję republikańską może mieć tylko naród, w którym dusze obywateli są republikańskie, tzn. cnotliwe. Republikanie muszą w głębi serc swoich przyjąć korzyść publiczną za korzyść własną, a przeto muszą umieć urzeczywistniać w aktach własnej woli wolę powszechną, muszą w sumieniach swoich naprawdę zawrzeć umowę społeczną, muszą doróść do społecznej wolności, w której człowiek chce tylko tego, czego chce prawo, a odrzuca wszystko, co innym szkodzi lub ich krzywdzi. "Wolność nie jest dostępna dla każdego narodu". Gdy konstytucja jakiegoś państwa nie zgadza się z idealną, teoretycznie skonstruowaną, to teoretyk powie, że nie jest prawna, że powinna być inna. Ale polityk spyta, czy inną być może, czy zachodzi praktyczna możliwość przystosowania jej do idealnej normy. Jeżeli ludność tego państwa nie potrafi być wolna, to musi pozostać w niewoli; jeżeli nie potrafi rządzić się prawem, to musi nią władać przemoc i siła. Tak więc Russo, który punkt zaczepienia dla swoich teoretyczno-normatywnych wywodów znalazł w psychologicznym fakcie uznania, szuka także w świecie psychicznym, w charakterze narodu, odpowiedzi na pytanie politycznej już natury: czy tamte wielkie, w drodze spekulacji myślowej wydedukowane zasady mogą być ubrane w formę prawa pozytywnego. Może za mało odróżnia się w Russie te dwa odrębne stanowiska, teoretyka i polityka: pierwszy śmiały, krańcowy, bezwzględny i rewolucyjny, drugi ostrożny, kompromisowy, liczący się z warunkami rzeczywistymi, konserwatywny i pogodzony z faktycznym stanem rzeczy, a przynajmniej niedążący do jego gwałtownego obalania. Dzieje się to może dlatego, że przy ujmowaniu całokształtu prawno politycznej myśli Russa albo zupełnie nie uwzględnia się Uwag nad rządem Polski, albo traktuje się je zbyt pobieżnie. A w nich właśnie najwyraziściej i najpełniej zarysowuje się dążność jego do realizmu politycznego.
Z innych pism Russa zasługuje na szczególną uwagę artykuł zamieszczony w Encyklopedii (1755) pt. O ekonomii politycznej tudzież Projekt konstytucji dla Korsyki (praca fragmentaryczna z r. 1765).
W pierwszej z tych rozpraw, obok pewnych idei rozwiniętych szerzej w Umowie, spotykamy ciekawy pogląd na zadania rządu. Rząd, który z natury swojej, o ile ma być prawny, musi iść we wszystkim za wolą powszechną, jest przede wszystkim strażnikiem praw. Przy wypełnianiu tego zadania nie może jednak ograniczać się jedynie do karania naruszeń prawa ze strony obywateli, ale powinien starać się o to, by obywatele chcieli tylko tego, czego chce prawo, powinien wpajać w nich miłość praw, oddziaływać na najgłębsze przesłanki psychiczne ich woli. Powinien dążyć do uzgodnienia woli każdego obywatela z wolą powszechną, a ponieważ ta zgodność jest właśnie cnotą, sprawić, by cnota panowała. Jednym słowem, rząd powinien obywateli tworzyć. Tych wychowawczych zadań rządu nikt może przed Russem tak silnie i tak gorąco nie akcentował, On jeden z pierwszych podniósł, w tym właśnie artykule, potrzebę publicznego wychowania, kierowanego przez państwo. Wychowanie dzieci zanadto blisko obchodzi państwo, by ono mogło pozostawić je wyłącznie rodzicom: rodzina rozwiązuje się ze śmiercią ojca, ale państwo trwa. "Wychowanie publiczne według reguł przepisanych przez państwo, prowadzone przez urzędników ustanowionych przez władzę zwierzchnią - to podstawowa zasada rządu ludowego, czyli prawnego".
Drugim zadaniem rządu jest ochrona obywateli, ochrona polegająca nie tylko na zapewnieniu im bezpieczeństwa i spokoju, ale głównie na przewidywaniu i zapobieganiu temu wszystkiemu, co mogłoby narazić na niebezpieczeństwo podstawę związku społecznego, równość wszystkich i wolność narodu. A ponieważ największym niebezpieczeństwem zagrażającym sprawiedliwemu układowi społecznemu oraz ustrojowi odpowiadającemu istocie związku społecznego jest nierówność majątkowa, zatem jednym z najważniejszych zadań rządu jest zapobieganie wytwarzaniu się tej nierówności.
To łączy się z poglądami ekonomicznymi Russa, najpełniej może rozwiniętymi w Konstytucji dla Korsyki. Poglądy te, umyślnie aż do paradoksalności wsteczne, przypominające oparte na podobnych założeniach teorie gospodarcze średniowiecza, wypływają z naczelnej zasady podporządkowania programu ekonomicznego pewnym ideom moralnym, które otrzymują tu kierownicze znaczenie. Stanowią one cele, które winny ogniskować w sobie wszelkie dziedziny działalności ludzkiej, a więc także i gospodarczej. Są to znowu idee wolności narodu, równości i cnoty obywateli.
Etycznym ideałem Russa jest człowiek prosty, o małych potrzebach, dających się łatwo zaspokoić jego własną pracą, gardzący pieniędzmi, bezinteresowny, stateczny, niezdeprawowany zbytkiem ani naukami, dobry i sprawiedliwy, żyjący cichym życiem rodzinnym. Człowiek kochający naturę, rodzinę, współobywateli, patriota, gotowy zawsze wszystko oddać ojczyźnie, znajdujący szczęście w umiarkowaniu, spełnianiu obowiązków i pracy na skromne utrzymanie. Papierowy ideał - schemat zacnego, indywidualnie niezróżnicowanego, przeciętnie szarego boni patris familias. Wytworzył go sobie Russo, czerpiąc z własnej sentymentalnej uczuciowości, zastanawiając się nad tym, jakim by on i ludzie być powinni, aby im dobrze było na świecie; trochę może na przekór panującym poglądom, dlatego, by inaczej myśleć jak inni. Znalazł gotową jego formułkę w Żywotach sławnych mężów Plutarcha. Czytywał go z zapałem od dziecka, a Plutarch właśnie w tę z płaszcza stoików wykrojoną szatę ubierał wielkich i wybitnie indywidualnych bohaterów. Wytworzenie takiego typu obywateli stawia Russo za zadanie rządowi i do tego stosuje swój ustrój ekonomiczny.
A więc najpierw - precz z bogactwem i z tym wszystkim, co sprzyja bogactwu. Bogactwo jest złem, bo deprawuje ludzkie serca, wzbudza w nich namiętne żądze, kusi do zbytków, każe zapominać o ojczyźnie, o obowiązkach, prowadzi do nierówności, do zaniku wolności narodu, skoro bogaci w zdeprawowanym już społeczeństwie mogą łatwo prawa podeptać i ze współobywateli niewolników swoich uczynić. W końcu prowadzi bogactwo nawet do ruiny bytu państwowego, bo chciwi cudzych bogactw sąsiedzi będą się starali zagarnąć je dla siebie, a ułatwią im to sami sprzedajni i spodleni obywatele. Powstawaniu bogactwa sprzyja pieniądz, trzeba więc zerwać z pieniądzem. Pieniądz sam przez się nie ma żadnej wartości. Jest tylko znakiem, reprezentującym dobra, znakiem potrzebnym tylko przy nierównym podziale. Można się więc doskonale obejść bez niego. - Dobrze, ale jak bez pieniądza wyobrazić sobie handel na szersza skalę? Jakież to utrudnienie w obrocie towarami... A po cóż handel? Należałoby obywać się bez handlu. Handel zabija niepodległość, uzależniając kraj od innych państw, zabija wolność, uzależniając trudniącą się nim ludność od rządu, zabija rolnictwo. Każdy obywatel powinien swe skromne potrzeby zaspakajać we własnym gospodarstwie, a to, czego by dla siebie sam nie mógł wyprodukować, może otrzymać od współobywatela z innej prowincji, w drodze wymiany zbywających produktów. Russo głosi więc powrót do gospodarstwa naturalnego. Każde małe gospodarstwo rolne tworzy jednostkę, która zaspakaja swoje potrzeby we własnym zakresie, co najwyżej drobne jakieś przedmioty otrzymuje z zewnątrz, w drodze wymiany bezpośredniej. - Ale czy te małe gospodarstwa wystarczą do wyżywienia ludności? Każdy z takich rolników będzie produkował tylko dla siebie i dla swojej rodziny. Nie mając większych potrzeb, nie potrzebując pieniędzy, pozwoli w spokoju wymrzeć z głodu całej ludności miejskiej. - To trudno, miasta są szkodliwe. Są one gniazdami zbytku i nieprawości, a potrzebne są tylko w systemie obliczonym na rozwój handlu i sztuk. Przede wszystkim chodzi o zdrowie i cnotę narodu, a te mogą się rozwijać tylko na wsi. Bo tylko rolnictwo rodzi i utrzymuje cnotę. - Ale jak zapobiec powiększaniu się gospodarstw? Przecież bardziej pracowite i zdolniejsze jednostki będą dążyły do rozszerzenia swoich warsztatów, a to już wystarczy, by wytworzyły się z czasem znaczne różnice majątkowe i, co za tym idzie, nierówność, zależność jednych obywateli od drugich, itd. - Tutaj już musi prawo wkraczać. Ono musi regulować maksimum ziemi, jakie każdy może posiadać. Russo sądzi, że przy zastosowaniu jego systemu każdy mieszkaniec będzie się mógł wyżywić, żaden nie będzie się mógł wzbogacić. System ten zapewnia skromny dobrobyt całej ludności, a stoi na straży równości, wolności i cnoty.
A jak się będzie przedstawiał skarb państwa w kraju, którego ludność uboga wytworzy mało co więcej dóbr nad potrzebę własnej konsumpcji? Skąd państwo zaczerpnie środków na pokrycie kosztów związanych z wypełnianiem swych zadań? - Państwo również musi być, tak jak jego obywatele, umiarkowane i powściągliwe. Nie będzie prowadziło wojen zaborczych, a dla własnej obrony wystarczy mu dobrze zorganizowana milicja obywatelska. Tak jeden z głównych wydatków państw współczesnych zostanie zredukowany do minimum. Wydatki na policję spadną znacznie wobec cnoty obywateli. Gdy ludność nauczy się obywać bez handlu, nie trzeba będzie wiele łożyć na komunikację. W ten sposób ograniczy się znacznie wydatki państwa, te zaś, które pozostaną, mogą być opędzane dochodami dóbr państwowych; bo większa część terytorium państwowego powinna należeć do państwa i być niepozbywalna. To zapewni państwu przewagę nad poszczególnymi obywatelami, posiadającymi tylko małą ilość gruntu. To udaremni, obok zakazu prawa, powiększanie się prywatnej własności gruntowej. To wreszcie pozwoli państwu zaspakajać swoje potrzeby bez uciekania się do pomocy ze strony obywateli. W razie gdyby dochody z dóbr nie wystarczały (co zresztą w dobrze urządzonym państwie zdarzać się nie powinno, bo państwo, jak każdy dobry gospodarz, ma swoje wydatki stosować do dochodów), należy przede wszystkim korzystać z obowiązkowych posług obywateli. W ostatecznym dopiero razie można uciec się do podatków, środka niemiłego, niezupełnie z umową społeczną zgodnego. Russo pragnie, aby podatki, jeżeli już być mają, były płacone w naturze, ponieważ państwo powinno się starać o wyparcie użycia pieniądza, ponieważ obywatelom-rolnikom będzie o wiele dogodniej uiszczać podatki w produktach, ponieważ w ten sposób łatwiej będzie uniknąć nadużyć ze strony zarządzających skarbem, ponieważ wreszcie i wynagrodzenie urzędników ma się dokonywać w towarach, a nie w pieniądzach.
Większość ekonomiczno-skarbowych poglądów Russa była w XVIII wieku już tylko szlachetnym anachronizmem.
III. Uwagi nad rządem Polski
Geneza Uwag nad rządem Polski nie została do dziś dnia należycie wyjaśniona i wolno wątpić, czy kiedykolwiek będzie można z całą pewnością rozwiązać nasuwające się tutaj pytania. Odpowiedzi na nie nie dają prawie zupełnie źródła biograficzne. Korespondencja Russa z lat 1770-1772 (w których mógł pisać Uwagi) jest bardzo szczupła, bo chorobliwie przeczulony autor zerwał wówczas z większą częścią swych przyjaciół. W ogłoszonych listach nie ma żadnej wzmianki ani o Wielhorskim, ani o opracowywanej dla niego rozprawie.
Z drugiego dialogu późniejszej własnej apologii pt. Rousseau sędzią Jana Jakuba dowiadujemy się tylko, że "Jan Jakub pośród tej całej pracy rąk (przepisywania nut, z którego się utrzymywał, i zbierania roślin do zielnika, bo wówczas szukał w botanice rozrywki i ucieczki od bolesnych myśli) jeszcze w tym samym czasie obrócił sześć miesięcy zarówno na zbadanie konstytucji pewnego nieszczęśliwego narodu, jak na zaprojektowanie swoich pomysłów co do zmian, jakie należy w tej konstytucji wprowadzić, a to na skutek aż do uporu powtarzanych próśb jednego z najpierwszych patriotów tego narodu, który z trudów, jakie nałożył na Jana Jakuba, uczynił dlań obowiązek ludzkości". A w trzecim dialogu znajdujemy ustęp: "Pismo o rządzie polskim - sporządzone jedynie na skutek próśb jak najbardziej wzruszających, z najzupełniejszą bezinteresownością i z jedynej pobudki najczystszej cnoty - mogło, jak się zdawało, przynieść tylko zaszczyt autorowi i zyskać dlań szacunek, choćby nawet było jednym pasmem błędów. Gdybyś pan wiedział, kto się o to pismo starał, dla kogo, dla czego, jakiego użytku nie omieszkano z niego zrobić i jaki mu obrót nadać umiano - pewnie byś pan odczuł, jak bardzo należałoby było życzyć autorowi, by opierając się wszelkim uprzejmościom, oparł się był pokusie dokonania tego dobrego uczynku. Bo ci, co z taką usilnością o dzieło to prosili, mieli na celu to tylko, by dla niego stało się niebezpieczne". Ten ustęp pozostaje w związku z faktem, że kopia Uwag znalazła się w rękach d'Alemberta. To wystarczyło znękanej wyobraźni, by rozsnuć przywidzenia nowej jakiejś intrygi wrogów, chcących go zgubić. Szczerości jednak samego Wielhorskiego nie podejrzewał. W przypisku do powyższego ustępu mówi, że choć zachowania się jego wobec siebie nie może pochwalić, uważa jednak tego polskiego pana za człowieka uczciwego i dobrego patriotę. - Cała ta późniejsza historia nie rzuca zresztą żadnego światła na genezę Uwag.
To wszystko, czego od samego Russa dowiadujemy się o Uwagach. A innych dokumentów brak. Z papierów po Wielhorskim ogłosił prof. Askenazy w "Bibliotece Warszawskiej" (marzec 1898 r.) dwa listy Russa do Wielhorskiego z r. 1774, a nie wspomina, by owe papiery zawierały coś więcej w tej sprawie. Archiwum Generalicji Konfederacji Barskiej zaginęło, i z tej więc strony nie można zaczerpnąć światła.
Mroki zasłaniają nawet datę powstania utworu. Rękopis własnoręczny Russa, znajdujący się w Bibliotece Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie, nie daje w tym względzie żadnych wskazówek. Również rękopis z Neufchâtel. Pierwsze wydanie z 1782 r. podaje w tytule datę: kwiecień 1772. Tę samą datę wskazywał rękopis należący do Mirabeau, sądząc według tytułu zamieszczonego w katalogu sprzedaży książek po nim pozostałych. Również Grimm wspomina w swej Korespondencji (styczeń 1773), że "dzieło o Polsce zostało napisane w kwietniu 1772". Datę tę podano jednak w wątpliwość. Prof. Askenazy przesuwa ją na wrzesień 1772 r., opierając się na wzmiance w tekście, że naród szwedzki nie jest już wolny. Prof. Konopczyński cofa datę do czerwca 1771, starając się hipotezę swą oprzeć na dowodach czerpanych z tekstu i ówczesnej sytuacji politycznej. Ale dowody te nie są stanowcze i nie tłumaczą wcale, dlaczego w najbliższych Russowi czasach przyjęło się mniemanie, że Uwagi powstały w kwietniu 1772 r., dlaczego najbliżsi i dozgonni przyjaciele Russa, Moultou i du Peyrou, pierwsi wydawcy Uwag, działający w porozumieniu z Wielhorskim, tę właśnie datę w tytule umieścili, dlaczego wreszcie Grimm tę datę podaje? A tych faktów nie można bagatelizować.
W niepewności, gdy brak dokumentów i wyznania samego autora, trzeba wziąć za podstawę świadectwo najbliższych mu i współczesnych. Podają kwiecień 1772 r. - i ten punkt należy przyjąć za stały. Pewny także jest sześciomiesięczny okres opracowywania dzieła. Można okres ten dodać do kwietnia i otrzymać wrzesień jako datę ukończenia, a tę hipotezę poprze dość wątły "szwedzki" argument. Można cofnąć się od kwietnia do listopada 1771 r., jako daty rozpoczęcia pracy, a tę hipotezę poprze większe prawdopodobieństwo obmyślania projektu reformy w czasie, kiedy konfederacja mogła jeszcze mieć pewne nadzieje zwycięstwa.
Podobnie jak data powstania Uwag niejasna jest również kwestia motywów, którymi kierował się Russo, podejmując się przedstawić swoje poglądy na ustrój Polski. Co mogło do tego skłonić sześćdziesięcioletniego starca, dręczonego manią prześladowczą, podejrzliwego, dobrowolnie osamotnionego, który już od ośmiu lat wycofał się zupełnie z czynnego życia literackiego i spisywał tylko pamiętniki, mające oczyścić wobec potomności jego pamięć zohydzoną przez wrogów? Z dwóch listów do Wielhorskiego, ogłoszonych przez prof. Askenazego, wynika, że podjął się nałożonego nań zadania pod warunkiem największej tajemnicy, że projektu swego nie przeznaczał do druku, że oddał go Wielhorskiemu wyłącznie tylko dla użytku jego samego. Pomimo więc, że zaszczytna rola prawodawcy wielkiego narodu mogła pochlebiać jego próżności, nie oczekiwał on po swej pracy rozgłosu ani osobistej chluby. Moment materialnego zysku należy z góry wykluczyć: pieniądze nigdy nie były czynnikiem, który by mógł pobudzić Russa do twórczości. - Prof. Konopczyński, a po nim prof. Kot, porównywając tekst Uwag z traktatem Mably'ego, doszli do przekonania, że Russo niewątpliwie znał to ostatnie pismo i że w wielu ustępach z Mablym polemizuje. Cenne to odkrycie nie upoważnia jednak do wyciągnięcia wniosku, że chęć zmierzenia się z Mablym była dla Russa głównym bodźcem przy pisaniu Uwag. W r. 1772 nie brał on żadnego udziału w życiu literackim. Nawet wprost, osobiście zaczepiany, nie odpowiadał i nie wdawał się w polemiki publiczne. Zresztą ani stosunek dotychczasowy Russa do Mably'ego, ani ton, w jakim z nim polemizuje, nie dają podstawy do takiego przypuszczenia. Jeżeli praca Mably'ego odegrała rolę w formalnej genezie Uwag, to nie przez pobudzenie ambicji Russa do starcia się z rywalem, ale przez to, że wiele z rad Mably'ego uważał za niedostateczne, a nieraz nawet za szkodliwe, i że chciał, przedstawiając własne poglądy, poddać sympatycznemu dla siebie narodowi pomysł takich reform, które by go mogły z matni wyprowadzić, a równocześnie nie naruszały tego, co Russo właśnie cenił w nim i podziwiał.
Powstanie Uwag należy zatem przypisać raczej czysto idealnym pobudkom. Russo żywił wobec Polaków szczerą przyjaźń. Podziwiał ich patriotyzm i dzielność, uważał ich za jedyny naród w Europie zdolny do bohaterskich poświęceń za wolność i ojczyznę. Kiedy cała Europa gardziła Polską jako państwem biednym, bez wojska, zgangrenowanym anarchią, z którym nikt się liczyć nie potrzebuje, którego prawa udzielne każdy może bezkarnie deptać i które łatwo zagarnie każdy, kto tylko zechce rękę po nie wyciągnąć, kiedy Voltaire, Diderot, d'Alembert, Grimm, szyderstwa tylko mieli dla Polski, a uwielbienie dla polityki gwałtu i wiarołomstwa Katarzyny i Fryderyka, na których żołdzie zostawali - jeden Russo, w swym etycznym światopoglądzie wysuwający na pierwszy plan dobra moralne, cnotę, i uważający je za najwyższe ludzkie wartości, umiał nie tylko zdobyć się na współczucie dla Polski w jej ciężkich nieszczęściach, ale nawet odkryć w jej charakterze i instytucjach takie zalety, które kazały mu ją podziwiać i przyczynić się w miarę możności do pogłębienia i rozwinięcia tych zalet. To właśnie, co współczesnych skłaniało do wzruszania ramionami nad Polakami, wydało się Russowi godne podziwu, dodatnio wyróżniającym Polskę spośród innych narodów.
Ponuro bowiem przedstawiał mu się stan współczesnej Europy i zgrozą przejmował jego duszę: rządy egoistyczne, chciwe, bezmyślne, tyrańskie, gwałcące najświętsze prawa poddanych; ludność upodlona niewolą, zdeprawowana zbytkiem, filozofią, rozpustą, myśląca tylko o pieniądzu i użyciu. Wszystkie te na pozór tak świetne państwa biegną szybko do ruiny. A raczej trudno w ogóle mówić o państwach tam, gdzie jedyną siłą spajającą ludzi jest przymus i gdzie nie ma obywateli, a są tylko zgangrenowani kosmopolici.
Na tym tle Polska przedstawiła się w wyobraźni Russa jako naród, który ze wszystkich europejskich zachował najwięcej własnych rysów. A rysy te zdawały się przypominać dawno wszędzie gdzie indziej zatracony kształt - starożytnych dusz. Naród dziwny, co nie filozofuje, lecz kocha ojczyznę, a w niej przede wszystkim wolność; co umie ojczyzny tej bronić, dzielnie i z poświęceniem walczyć za nią z przemocą i tyranią; co mimo tylowiekowego istnienia nie ugrzązł w materializmie, zachował ogień młodości dla rzeczy wzniosłych, oraz krzepką energią, pozwalającą mu przemyśliwać w najniepomyślniejszych warunkach o sposobach zachowania wolności i ważyć się na reformę. Ten dodatni pogląd na Polskę podsunął mu zapewne Wielhorski. Ziarno rzucone przez Wielhorskiego nie przyjęło się na gruncie suchej i sceptycznej duszy Mably'ego, ale gorące tchnienie wyobraźni Russa rozwinęło zasiew w twór wspaniały, wyrosły według antycznej miary. Ten ambasador ducha starożytnej cnoty rzymskiej w Europie XVIII wieku ujrzał w Polakach społeczeństwo cnotą żyjące, cudem w nowożytne przeniesione czasy, a w konfederatach barskich prawych następców starodawnych bohaterów. W tym, co mu Wielhorski o Polsce mówił, znalazł ponętną kanwę dla optymistycznego kierunku swej wyobraźni. Bo lubił marzyć o ludzkości lepszej niż ta, którą oglądał dookoła. Wizje wolności i cnoty dawały mu dreszcz szczęścia. I z tych marzeń układał książki.
Przejęty entuzjazmem dla zalet moralnych Polaków, z góry już nie mógł zupełnie odrzucić i ustroju ich państwa. Przecież ta konstytucja, tak ośmieszona przez różnych mędrków, zrobiła Polaków tym, czym są. A gdy zapoznał się z nią bliżej, spostrzegł, że jej zasady odpowiadają jego własnym postulatom prawno-politycznym. Rzeczpospolita, w której naród był najwyższym zwierzchnikiem, której kardynalną zasadą była równość wszystkich członków, w której wolność za najcenniejszy klejnot uważano, której rząd wreszcie, podporządkowany legislatywie, aczkolwiek był słaby, spełniał jednak drugi postulat stawiany przez Russa organizacji rządu, tj. niemożność osiągnięcia uzurpacji władzy zwierzchniej - ta Rzeczpospolita odpowiadała swym ustrojem Russowym kryteriom prawności.
Samych zasad ustroju Polski, tych idei fundamentalnych, na których cały gmach państwa i teoretycznie spoczywał, Russo nie mógł chcieć reformować. Anarchię w Polsce panującą widział, ale winę jej przypisywał nie samym podstawom panującego tam ustroju, lecz wypaczeniom, łatwiejszym o wiele do sprostowania, tudzież różnym pasożytniczym instytucjom, nieleżącym w istocie ustroju, a zjadającym zdrowy zresztą organizm Polski. To jest główne źródło konserwatyzmu Russa, tak uderzającego w Uwagach.
Ale nie jedyne. Konserwatyzm ten ma głębszy podkład w samej naturze umysłowości Russa. Na dowód można przytoczyć mnóstwo ustępów z dzieł jego. Na przykład w Umowie społecznej mówi: "...zmiany (rządu) są zawsze niebezpieczne i nie trzeba nigdy ruszać ustalonego rządu, chyba że już się nie da pogodzić z dobrem publicznym". I tę myśl nazywa "zasadą polityki". W Listach pisanych z Góry pisze: "W państwach, w których ustaliły się już prawa i rządy, trzeba unikać, o ile się tylko da, ruszania ich, zwłaszcza zaś w małych republikach, gdzie najmniejsze wstrząśnienie rozprzęga wszystko. Niechęć do nowinek jest na ogół dobrze uzasadniona. Jakkolwiekby bowiem nowe prawa były pożyteczne, prawie zawsze korzyści ich są mniej pewne aniżeli wielkie niebezpieczeństwo". Widzi się w Russie ojca Wielkiej Rewolucji, inspiratora jakobinów, a zapomina, że Russo rewolucjonistą nie był, ani z temperamentu swego, ani z poglądów praktyczno-politycznych. Wysnuwał najdalsze konsekwencje ze swoich teoretycznych założeń, ale pozostawiał je na właściwym planie abstrakcji i miał tysiąc zastrzeżeń i nieśmiałości, gdy chodziło o kwestię zastosowania ich w planie konkretnej rzeczywistości. Russo nie był w polityce takim doktrynerem, jakimi byli powołujący się nań działacze Rewolucji.
Stąd i w projekcie reformy rządu polskiego stara się postępować bardzo oględnie i niczego bez konieczności istotnej nie zmieniać Nawet tych rzeczy, które musiały go razić i boleć, nie chciał gwałtownie odmieniać. Zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z narodem z dawna urządzonym i do swoich urządzeń przyzwyczajonym. Liczył się z jego tradycjami, obyczajami, przywiązaniami. Wiedział, że siłę dają prawom dusze i serca obywateli, że łatwo jest napisać ustawę abstrakcyjnie dobrą, ale że ona musi pozostać papierem, o ile nie oprze się na poczuciu prawnym obywateli.
Ale jak mógł Russo widzieć w ustroju Polski ustrój najbardziej zbliżony do swego ideału, skoro przecież Rzeczpospolita była wyłącznie republiką szlachecką? Tylko przywilej stanowił o tym, czy ktoś mógł w niej korzystać z dobrodziejstw wolności i równości, czy ktoś był w niej naprawdę obywatelem. Cała masa ludności nie miała żadnych praw politycznych, a w przeważającej części pozostawała nawet w stanie zbliżonym do niewoli. Russo nie zapomina o tym. W tym wypadku nie zaszło nawet u niego złudzenie perspektywy, spowodowane idealizacją ustroju Polski, jak to mu się zdarzyło w stosunku do Genewy, gdzie nie dostrzegł, że prawa polityczne przysługują tylko 1500 obywateli i mieszczan na ogólną liczbę 26 000 ludności. Poniżenie mieszczan polskich i chłopów uważa za barbarzyństwo, gwałcące najświętsze prawa natury. Konieczność zmiany tego stanu uważa za rzecz, która jest sama przez się zrozumiała, nie tylko ze względów teoretycznych, ale wprost praktycznych: inaczej Polska nigdy nie będzie silna. Ale wie, że takiego przewrotu nie można dokonać od razu, że trzeba go dobrze przygotować i przeprowadzać krok za krokiem. I w tym przedmiocie rozwija plan istotnie mądry, stanowiący najcenniejszą wartość jego rad, plan, w którym tryumfuje jego zmysł polityczny.
Co do mieszczan, opiera go na zasadzie powolnej nobilitacji, w zasadzie stosowanej za panowania Stanisława Augusta, a przyjętej w końcu przez Sejm Czteroletni w jego program społeczny. Co do chłopów, przepisuje jeszcze powolniejszą drogę i kreśli jej szczegółowe etapy. Przede wszystkim należy wziąć chłopów pod opiekę prawa, następnie obdarzać osobistą wolnością - na razie jednostki zasługujące na to, później wsie całe, przy czym panom należy przyznawać odszkodowanie w formie jakichś korzyści. Gdy już będą w Polsce wsie o wolnej ludności, trzeba nadawać im samorząd gminny, by wdrożyć włościan do sprawowania funkcji publicznych. Potem dopiero będzie można dopuścić na sejmiki przedstawicieli chłopskich.
Choć więc Russo pozornie zachowuje organizację stanową, choć utrzymuje wyłączność przywilejów szlacheckich, w istocie dąży przecież do zrównania wszystkich pod względem prawnym. Obiera jednak drogę nie zniesienia przywilejów i raptownego burzenia istniejącego porządku społecznego, ale nadania tych przywilejów całej ludności, stopniowego rozciągnięcia szlachectwa na całą ludność Rzeczypospolitej. Dlatego odrzuca myśl Mably'ego, która w Polsce nawet w konstytucjach sejmów z samego początku panowania Stanisława Augusta znalazła wyraz, by wyłączyć szlachtę nieosiadłą od udziału w sejmikach. Dla Russa byłoby to cofnięciem się wstecz. Ale i tutaj wysuwa lepszy projekt. Cenzusu nie powinno się opierać na majątku, ale na wykształceniu: niechaj warunkiem nabycia prawa do uczestniczenia w sejmiku będzie złożenie egzaminu z praw obowiązujących w Polsce. W dążności swojej do zrównania ludności nie przeocza także różnic - nie prawnych co prawda - dzielących szlachtę od możnowładców. W celu zmniejszenia ich ile możności, domaga się zniesienia majoratów i powiernictw, widząc w nich główną podporę ustalania się nierówności majątkowej.
W zetknięciu z Polską Russo nie przestał zatem być demokratą-egalitarystą: okazał się tylko zwolennikiem metod ewolucyjnych, nie rewolucyjnych. Nie odstępuje od swych zasad, ale tylko szuka możliwie najlepszego sposobu wcielenia ich w życie. A sam fakt istnienia stanowego ustroju w Polsce nie musiał mu jeszcze zasłaniać istotnych idei kierowniczych ustroju politycznego; mógł mimo to uznać, że plan budowli jest dobry, i chcieć tylko budowlę rozszerzyć, zachowując te same proporcje.
Jakież są rady Russa dla Polski względem jej politycznego ustroju?
Reforma, według niego, powinna iść w dwóch kierunkach: podniesienia znaczenia legislatywy i reorganizacji rządu.
Russo, w Umowie bezwzględny przeciwnik parlamentaryzmu, przyjmuje w Uwagach konieczność powierzenia ustawodawstwa reprezentantom narodu, zebranym w sejmie. Zdaje sobie sprawę z tego, że Polska jest wielkim państwem, a w wielkim państwie nie jest rzeczą możliwą, by władza ustawodawcza działała bezpośrednio. Musi działać przez pełnomocników. Jak pogodzić tę praktyczną konieczność z teoretycznym warunkiem prawności ustaw, który żąda osobistego udziału każdego obywatela w ich uchwalaniu? W tym punkcie nie rozwinął Russo większej pomysłowości. Nie pomyślał ani o referendum, które może zresztą w XVIII wieku nie dałoby się zastosować na tak ogromnym obszarze, ani o prawie veta przynajmniej dla sejmików (jak to w konsekwentnym rozwinięciu idei Russa stanowiła konstytucja jakobińska z 1793 r.). Wyraźnie sprzeciwia się przekazaniu sejmikom części ustawodawstwa: ustawodawstwo musi być wspólne, na całym obszarze Rzeczypospolitej jednolite. Odrzuca więc autonomię prowincjonalną i stoi na gruncie zupełnego scentralizowania władzy prawodawczej. Zadowolił się żądaniem krótkości okresów legislacyjnych, tak by wybory odbywały się co dwa lata, tudzież zachowaniem instrukcji poselskich. Ale instrukcje te nie wiążą posłów bezwzględnie: głos ich oddany wbrew instrukcji jest ważny. Stanowią one tylko tytuł odpowiedzialności karnej posłów wobec sejmików. - W tych punktach utrzymał jedynie istniejące prawo. Najważniejszą zmianą proponowaną przez Russa w organizacji sejmu jest jednoizbowość. Zatrzymuje wprawdzie senat, ale przyznaje mu atrybucje zupełnie różne od tych, które miał w Polsce, i odmawia mu jakiegokolwiek udziału w ustawodawstwie.
Przede wszystkim zaś żąda zniesienia liberum veto. Nazywa je najniebezpieczniejszym z nadużyć, prawem zgubnym, absurdalnym. Jest ono głównym powodem upadku autorytetu sejmu; zbrodniczym jednostkom dało możność tyranizowania władzy zwierzchniczej i unieszczęśliwiania całego narodu; ułatwia królom rozwiązywanie sejmów i udaremnianie uchwał dla siebie niedogodnych; jest najpodatniejszym narzędziem przemocy; prowadzi do przekupstwa posłów. Dopóki ono istnieje, nie można myśleć o przywróceniu spokoju ani porządku - musi się je znieść bezwzględnie. Przemawiając do Polaków, z których wielu jeszcze uważało veto za "źrenicę wolności", stara się Russo swą ostrą krytykę ubrać w łagodniejszą formę. Przyznaje nawet, że liberum veto samo w sobie nie jest złem: samo w sobie, tzn. jako zasada jednomyślności, ale także jako zasada oderwana od okoliczności, w jakich się ją stosuje. Dla Russa zasada większości jest tylko z konieczności przyjętym kryterium woli powszechnej, niedoskonałym środkiem jej ustalania, przypuszczeniem - niczym więcej. Pewność, że uchwała istotnie pokrywa się z wolą powszechną, może dać tylko jednomyślny wynik głosowania; wówczas wola powszechna byłaby zgodna z wolą wszystkich, co można by osiągnąć tylko przy idealnej cnocie wszystkich głosujących. Jednomyślność jest zatem ideałem, do którego zrealizowania powinno się dążyć, ale którego osiągnięcie w stosunkach ludzkich jest prawie niemożliwe. Dlatego nie można stawiać jednomyślności jako zasady prawa pozytywnego. Gdyby taka zasada obowiązywała, musiałaby między ludźmi takimi, jacy istnieją w rzeczywistości, doprowadzić do najgorszych nadużyć.
Powyższe odezwanie się Russa o liberum veto przedstawia więc w świetle ogółu jego poglądów tylko to znaczenie: jednomyślność nie jest prawem abstrakcyjnie złym. W Uwagach nie zrywa on ze stawianą stale przez siebie zasadą prawomocności uchwał większości, jest z nią zupełnie w zgodzie i jasno stawia żądanie zniesienia liberum veto. Robi tylko jedno ustępstwo pozorne: zgadza się na to, by prawa w istocie swojej kardynalne mogły być zmieniane jedynie w drodze jednomyślnej uchwały. Zgadza się na to, by uczynić zadość przywiązaniu Polaków do veta, ale także i dlatego, by uchronić konstytucję od ciągłych zmian, by ją możliwie utrwalić. W tym celu użył środka, który zdawał mu się odpowiadać duchowi narodu i jego przeszłości. Sam cel powszechnie uznany i bronić go nie potrzeba: każda konstytucja stara się utrudnić rewizję swych ustaw.
W dalszym ciągu uwag o sejmie radzi Russo utrzymać sejm sześciotygodniowy, zbierający się raz na dwa lata. Sesje nie potrzebują być w zasadzie ani częstsze ani dłuższe - bo w ogóle należy dążyć do ograniczenia ilości praw, bo sejm prócz uchwalania ustaw nic innego załatwiać nie powinien, bo wreszcie w senacie ma stałych przedstawicieli swej myśli. Zresztą może sejm mocą własnej uchwały przedłużać czas swego obradowania, a w razie potrzeby może być zwołany sejm nadzwyczajny. W końcu żąda Russo ściślejszego niż dotychczas rozróżnienia pomiędzy sprawami ustawodawczymi a wykonawczymi i odebrania tych ostatnich sejmowi, tudzież domaga się ujednostajnienia i skodyfikowania praw polskich.
Główny zarzut, jaki Russo stawia organizacji władzy wykonawczej w Polsce, to jej podział na poszczególne części, wzajem ze sobą niezwiązane. Każdy z ministrów z chwilą swej nominacji staje się zupełnym, nieusuwalnym tyranem w obrębie swojego resortu, od nikogo niezależnym, przez nikogo niekontrolowanym. Stąd z jednej strony brak harmonii pomiędzy czynnikami sprawującym rząd, z drugiej gwałty i nadużycia, dokonywane przez naczelnych urzędników. Dlatego Russo radzi złożyć pełnię władzy wykonawczej w jednym ciele kolegialnym: w senacie, który by zapewnił konieczne współdziałanie pomiędzy poszczególnymi częściami zarządu i nadawał jednolitość kierownictwu państwem.
Możliwym zakusom uzurpacji ze strony senatu ma przeciwdziałać nadzór nad nim sejmu, przejawiający się w składzie senatu. Mianowicie senat składa się w połowie z członków dożywotnich, w połowie z czasowych. Pierwszych, w liczbie 89, wybierają w części sejmiki (wojewodów i kasztelanów), w części mianuje król (biskupów). Drugich wybiera sejm na przeciąg dwóch lat spośród swych członków i właśnie oni mieliby za zadanie przeciwważyć owe zgubne tendencje senatu. Tak złożony senat rządzi w kolegiach, w skład których wchodzą w połowie dożywotni, w połowie czasowi senatorowie, w kolegiach, które kolejno w periodycznych odstępach czasu wykonywały władzę.
Ten senat miałby stanowisko samodzielne - sam kierowałby polityką państwa i sam w powierzonym sobie zakresie decydował. Wynika to nie tylko z ogólnych poglądów Russa na rząd. Także żądanie ścisłego rozgraniczenia kompetencji sejmu i senatu, oparte na odrębnej naturze aktów ustawodawczych i wykonawczych, żądanie nieczęstych i krótkich okresów sejmowania, organizacja wreszcie senatu, który jest ciałem jednolitym, nie podzielonym na specjalne departamenty, a więc nie czysto wykonawczym, wskazuje, że musi on być wyposażony w możność decydowania i kierowania. Ponadto przyznaje mu Russo prawo samoistnego regulowania swoich wewnętrznych urządzeń, tudzież prawo inicjatywy ustawodawczej i zwoływania sejmów nadzwyczajnych. O odpowiedzialności senatu przed sejmem nie wspomina. W jej miejsce wprowadza aprobatę sejmu dla czasowych członków senatu po upływie okresu ich urzędowania, jako warunek ponownego wyboru tudzież dostąpienia godności kasztelana, dla dożywotnich zaś dostateczny hamulec widzi w otworzeniu im drogi do tronu, o ile postępowaniem swoim sobie nań zasłużą.
Obok senatu zachowuje Russo także ministrów dożywotnich: hetmanów i podskarbich mianuje król na podstawie prezenty ze strony sejmu, kanclerza wedle własnego uznania. Nie wiadomo, jaki jest stosunek tych ministrów do senatu, z wyjątkiem kanclerza, bo ten jest sędzią najwyższym w zastępstwie króla, od senatu więc jest niezależny. Prawdopodobnie są oni tylko wykonawcami poleceń i decyzji senatu. Nie określono jednak, w jakim stopniu są przed senatem odpowiedzialni.
Na czele rządu stoi król. Jest on dożywotnim, najwyższym zarządcą praw. Russo utrzymuje elekcję króla. Elekcja leży w duchu całego jego systemu: wszyscy członkowie rządu powinni, według niego, pochodzić z wyboru. Ponadto elekcyjność tronu jest najwalniejszą tamą przed zakusami absolutystycznymi. Utrzymując elekcję, stara się jednak wynaleźć taki sposób postępowania, który by pozwolił uwolnić Polskę od jej stron ujemnych: intryg cudzoziemskich, zamieszek wewnętrznych, wstrząsów i przekupstwa. Rozwiązanie znajduje w następującym unormowaniu elekcji: sejm elekcyjny (a więc nie ogół szlachty) wybiera trzech kandydatów spośród senatorów-wojewodów, a między nimi rozstrzyga los.
Russo nie chce, by król był tylko manekinem, zajmującym próżne miejsce. Tak duże państwo, jak Polska, potrzebuje króla. Nie może to być tylko tytuł bez żadnej treści. Trzeba przyznać królowi pewną władzę, ale równocześnie odjąć mu możność nie tylko przywłaszczenia sobie większej władzy, ale i przekupywania. Dlatego należy ograniczyć jego władzę rozdawniczą, powierzając wybór członków senatu sejmikom i sejmowi oraz przyznając sejmowi prawo prezenty na inne stanowiska. Dlatego także władzę rządową należy oddać senatowi, a królowi zostawić tylko przewodnictwo w senacie. Na tym stanowisku będzie mógł jednak rozwinąć pożyteczną działalność. Pomijając możność rozstrzygania w razie równego podziału głosów w senacie, król będzie jedynym stałym czynnikiem wśród ustawicznego przypływu i odpływu innych członków senatu, czynnikiem dożywotnim i nieodpowiedzialnym, któremu nie będzie można wypowiedzieć posłuszeństwa. Będzie miał prawo zwoływania sejmów nadzwyczajnych; będzie więc mógł pozyskać sobie odpowiedni autorytet, wywierać stanowczy wpływ na decyzję właściwych kierowników polityki państwowej i nadzorować całe funkcjonowanie maszyny państwowej, chociaż będzie miał niewiele władzy rzeczywistej.
Ale urząd królewski można wyzyskać także w celu stworzenia przeciwwagi dla senatu. Należy wyodrębnić te kierunki władzy rządowej, które bez szkody dla jednolitości działania rządu mogą być wyjęte spod kompetencji senatu, i powierzyć je wyłącznie królowi, jako jego własną dziedzinę. Dlatego Russo wyłącznie królowi oddaje najwyższe sądownictwo i naczelne dowództwo podczas wojny.
W ustawodawstwie król przestaje odgrywać rolę stanu, tzn. czynnika, którego zgoda jest niezbędna dla dojścia do skutku każdej ustawy. Przewodniczy on tylko sejmowi i ma tylko jeden głos w sejmie, tak jak każdy inny wybraniec narodu.
Tak przedstawia się organizacja rządu w projekcie Russa. Główną wadę tego projektu stanowi ogromna liczba członków rządu: 89 dożywotnich i 89 czasowych. Albo więc kolegia rządzące musiałyby być nadmiernie liczne, albo też musiałyby się bardzo często zmieniać. W pierwszym wypadku można wątpić, czy miałyby potrzebną energię i sprężystość; w drugim - czy byłyby zdolne do utrzymania koniecznej jednolitości zasad i poczynań rządowych, pomimo stałego w nich czynnika: króla. Drugą wadą jest dożywotniość ministrów i nieokreślenie stopnia odpowiedzialności ich przed senatem. Ministrowie przez sejm mianowani i dożywotni mieliby jeszcze większą samodzielność niż przedtem, i cała reforma chybiłaby celu. Konsekwentniej już może i dokładniej opracował problem organizacji rządu Mably, choć i jego projekt wykazuje luki właśnie także w punkcie stosunku senatu do ministrów.
Projekt nakreślony w Uwagach przywodzi na pamięć w głównych swych zarysach budowę Rady Nieustającej, utworzonej przez sejm delegacyjny 1775 roku, a stanowiącej główną reformę, na jaką się zdobyła Polska przed Konstytucją 3 maja. Rada Nieustająca również była ciałem kolegialnym, wspólnym dla obu państw, Korony i Litwy, wyposażonym w najwyższą władzę rządową. I ona pochodziła z wyboru, dokonywanego przez sejm co dwa lata odnośnie do 2/3 jej składu. I w jej skład wchodzili senatorowie oraz przedstawiciele stanu rycerskiego, a król przewodniczył. I ona była ciałem jednolitym, bo istniejące przy niej departamenty, z członków jej złożone, miały jedynie pomocniczy charakter, przygotowywały tylko materiał dla obrad i wnioski dla uchwał pełnej Rady. (W takiej organizacji przedstawia się Rada identycznie z senatem Mably'ego). Wreszcie Rada, podobnie jak senat Russa, miała pierwotnie małą stosunkowo władzę nad nominalnie jej podlegającymi ministrami i czterema jurysdykcjami: mogła tylko udzielać napomnień i pozywać przed sąd sejmowy, a dopiero w 1776 r. otrzymała prawo zawieszania w urzędzie.
Ale Rada była ciałem szczuplejszym i trwalszym niż projektowany przez Russa senat: składała się z 36 członków, stale zasiadających w Radzie przez cały czas jej urzędowania. Nadto Rada miała szerszą kompetencję niż senat: przysługiwało jej prawo interpretacji ustaw, miała prawo prezenty na wszystkie prawie urzędy, godności i starostwa w Rzeczypospolitej. W projekcie Russa natomiast senat ograniczają z jednej strony sejmiki i sejm, bądź obsadzając same większość urzędów, bądź prezentując na nie kandydatów, z drugiej zaś król ze swoimi niezależnie od senatu wykonywanymi atrybutami. Na ogół król z Uwag ma stanowisko silniejsze niż Stanisław August za czasów rządów Rady. Wreszcie członkowie Rady byli karnie odpowiedzialni przed sejmem, gdy tymczasem Russo nic nie mówi o takiej odpowiedzialności.
Jakkolwiek bądź, zachodzi silna analogia między obu instytucjami. Plan Russa zatem, chociaż niezupełnie przemyślany i niewystarczający, mieści się w kole tych pomysłów ustroju rządu, które opierając się na podobnych wymaganiach, ustrojowi temu stawianych, nie sięgały po wzory do Anglii, gdzie właśnie w tym czasie praktyka zaczęła rozwiązywać problem rządu i jego stosunku do legislatywy w drodze wprowadzenia rządów gabinetu, mianowanego przez króla spośród członków większości parlamentarnej, a solidarnie odpowiedzialnego przed parlamentem.
Tak zorganizowany rząd odpowiada w każdym razie postulatom samego Russa. Uzurpacji przeciwdziała wybór senatorów dożywotnich przez sejmiki, obecność senatorów-posłów, częsta zmiana kolegiów rządzących senatu, wyjęcie spod kompetencji senatu sądownictwa oraz dowództwa wojskiem i oddanie ich królowi. Z drugiej strony rząd w działalności swojej jest uniezależniony od sejmu i ma możność kierowania państwem w granicach praw. Przy szkicowaniu więc projektu ustroju rządowego Polski Russo pozostał w zgodzie z samym sobą.
Organizacji władz administracyjnych niższego stopnia Russo w swym projekcie prawie nie dotyka. Chciałby wprowadzić samorząd wojewódzki, bo do tego sprowadza się prawdopodobnie opatrzone szumną nazwą "rządów federacyjnych" żądanie uregulowania i rozszerzenia kompetencji sejmików. Domagając się tego, traktuje całą sprawę z punktu widzenia wzmocnienia siły władzy wykonawczej i sprawiedliwego jej funkcjonowania; a skoro mówi ciągle tylko o jednym naczelnym organie władzy ustawodawczej: sejmie, i tylko o jednym naczelnym organie władzy wykonawczej: senacie, więc musi mieć tutaj na myśli tylko rodzaj samorządu. Niesłusznie zatem zarzuca się mu, że żąda rozbicia Polski (właśnie do zupełnej jednolitości dążącej) na trzy czy nawet trzydzieści trzy państw, związanych z sobą tylko w formie jakiejś federacji. Nie chodziło mu o formę państwa, ale o ustrój zarządu państwem.
Z poszczególnych dziedzin administracji rozwinął Russo bliżej swe plany co do wojskowości i skarbowości. Siłę zbrojną państwa radzi oprzeć na wzorach milicji szwajcarskiej, przy czym szlachta objęłaby służbę w konnicy, mieszczanie zaś w piechocie. Cała organizacja wojskowa ma służyć tylko celom wojny obronnej, prowadzonej głównie taktyką walki podjazdowej, i ma łączyć w sobie tylko dwa zadania: jedno, by państwo posiadało liczną i wyćwiczoną armię, drugie, by ta armia nigdy nie mogła się stać narzędziem tyranii. System wojskowy proponowany przez Russa teoretycznie przedstawia wiele dodatnich stron. A z pewnością w danej chwili dziejowej łatwiej go było zastosować niż przeprowadzić aukcję wojska stałego, tzn. zaciężnego.
Ekonomiczno-skarbowe rady Russa dla Polski są wiernym odzwierciedleniem jego poglądów na tę sprawę, streszczonych w poprzednim rozdziale. Panuje całkowita zgodność zarówno w ogólnych, kierowniczych myślach, jak i we wszystkich prawie szczegółach, między tym, co Russo przedstawia jako zupełnie abstrakcyjne wskaźniki polityki ekonomicznej i skarbowej w Ekonomii politycznej, tymi formami życia gospodarczego, jakie pragnie nadać Korsykanom, a tymi radami, jakie w tym względzie daje Polsce. I od niej żąda skromności i umiarkowania w potrzebach, oparcia życia gospodarczego na rolnictwie, przy uwzględnieniu najpotrzebniejszych rzemiosł, obywania się bez handlu, samowystarczalności gospodarczej, ograniczenia użycia pieniędzy, dążenia do możliwie równego podziału dóbr, pokrywania potrzeb państwa przede wszystkim dochodami dóbr państwowych, następnie usługami, w końcu dopiero podatkami. Te kwestie stanowią najbardziej chimeryczną część całego systemu Russa.
Tę więc część Uwag charakteryzuje także fantastyczność dążenia do paradoksalnego prymitywu gospodarczego, zbyt różniąca się od rozwoju ekonomicznego zarówno Polski, jak całej Europy współczesnej, zbyt odbiegająca od wymagań zdrowego ekonomicznego rozwoju i rzeczywistych w tym względzie potrzeb Polski, by można ją było traktować inaczej niż jak piękny romans ekonomiczno-moralny szlachetnego pisarza i genialnego literata. Dlatego właśnie, że tak romansowe ekonomiczne rady Russa nie były niebezpieczne, nikt na serio nie mógł pomyśleć o wcieleniu ich w życie. Nie mogły zatamować już zaczynającego się odrodzenia ekonomicznego Polski na podstawach współczesnego ustroju gospodarczego. A to, co dla praktyki można z nich było wyciągnąć, nie było ujemne, np. rada niepozbywania starostw, zaprowadzenia stałego powszechnego podatku gruntowego, ograniczenia zbytku, wzmocnienia produkcji rolnej.
Z dawnych instytucji polskich pragnie Russo jedną jeszcze utrzymać: konfederację. W wielkich niebezpieczeństwach, grożących państwu ruiną, staje się nieraz konieczne zawiesić prawa, rządzące w państwie przy normalnym biegu rzeczy, zerwać z powolnymi formami działania, przedsięwziąć jakieś środki nadzwyczajne, przez prawo nieprzewidziane, ale które w danym wypadku jedynie mogą ocalić ojczyznę. Mówiąc w Umowie o dyktaturze w Rzymie i uzasadniając pożytek tej nadzwyczajnej magistratury w chwilach dla państwa groźnych, powiada Russo: "Brak giętkości praw, niepozwalający im naginać się do wypadków, może je uczynić w pewnych razach niebezpiecznymi i stać się w czasie przełomów państwowych przyczyną zguby państwa właśnie przez prawa". Dlatego prawo, nie mogąc szczegółowo normować takich wypadków, powinno jednak przewidywać je i zawierać normę, stanowiącą, że na przypadek ich zajścia, wszystkie prawa zostają czasowo zawieszone, a wchodzą natomiast w życie pewne prawa specjalne, zastępcze. W Umowie szukał wzorów dla swoich pomysłów głównie w Rzymie i Sparcie. Dlatego rzymską dyktaturę uznał za najodpowiedniejszą z takich nadzwyczajnych magistratur. Zapoznawszy się z ustrojem Polski, spostrzegł, że takiej nadzwyczajnej magistratury dostarczają Polsce konfederacje, i uznał ich wyższość nad dyktaturą. Dyktatura bowiem była sprzeczna z całym duchem ustroju republiki rzymskiej, konfederacje zaś właśnie zgadzają się z duchem polskiej Rzeczypospolitej, powołując cały naród w związek dla obrony zagrożonej wolności. Potrzebę ich stwierdza raz jeszcze konfederacja barska, która dopiero co uratowała ojczyznę.
Chociaż radzi utrzymanie konfederacji, nie chce jednak, by nadal krzewiły się dziko, jak dotychczas. Żąda unormowania ich przez prawo: określenia tych wypadków, w których mogą się zawiązywać (niebezpieczeństwo wojny i zamachu stanu) - a raczej w których już na mocy samego prawa powinny istnieć - przepisania ich form i skutków. Ponadto chce znieść konfederację podczas bezkrólewia: śmierć króla nie powinna sprowadzać zawieszenia działalności zwyczajnych urzędów, cała maszyna państwowa winna mimo to normalnie dalej funkcjonować. - Russo za mało znał historię Polski i polskie stosunki, by móc spostrzec całą szkodliwość konfederacji. Patrząc przez idealizujący pryzmat podziwu dla barszczan, widział w tej instytucji tylko środek dany przez prawo, umożliwiający narodowi całemu skupienie się ku obronie wolności i praw oraz wytworzenie władz nadzwyczajnych, tymczasowych, mogących działać szybciej, energiczniej, nieskrępowanych (tak jak władze zwyczajne) formalnościami. Nie widział, że w zwyczajnym porządku rzeczy ludzkich konfederacje, choćby jak najdokładniej przez prawo opisane, muszą się stać narzędziem warcholstwa szlacheckiego i intryg cudzoziemskich. Ulegalizowanie ich musiałoby dać pochop do licznych bezprawi i zamiast służyć ocaleniu ojczyzny z niebezpieczeństwa, właśnie to niebezpieczeństwo wywoływać. Ze wszystkich rad Russa ta jedna była niebezpieczna, bo chwaliła instytucję szkodliwą i pochlebiała zakorzenionemu w Polsce przesądowi o zbawienności konfederacji. Tutaj uczucie i doktryna zaślepiły go, nie pozwalając dojrzeć smutnej rzeczywistości. Ale konfederacji nie pojmuje Russo jako integralnej części ustroju Rzeczypospolitej. Chce, by stosowano je tylko w wyjątkowych, rzadkich wypadkach chorobliwych kryzysów państwowych. Dlatego tę radę jego można traktować osobno, niezależnie od innych rad, dotyczących normalnego życia Rzeczypospolitej.
Nie na reformach jednak ustroju politycznego Polski i jej administracji położył Russo główny nacisk. Uważał je za konieczne, ale sądził, że będą bezcelowe, jeśli Polska nie zreformuje duszy swego narodu. Te zalety, które w Polakach widział, nie zaćmiły mu wzroku na wady charakteru narodowego, a przede wszystkim na brak spójności pomiędzy jego członkami. Trafnie uchwycił przerost indywidualizmu szlacheckiego, niesforność, niepozwalającą na przeprowadzenie jakiegokolwiek skoordynowanego działania, marnującą najlepsze wysiłki jednostek, zagłuszającą rozbujałym zielskiem każde ziarno zdrowej myśli publicznej. I główną część Uwag poświęcił sposobom zespolenia wszystkich członków narodu. Tym kitem, spajającym rozproszone drobiny narodu, powinna się stać jedna idea: ojczyzna. Ojczyzna powinna być najgorętszym uczuciem każdego obywatela, jej dobro jedyną jego troską; o niej ciągle myśleć powinien i nigdy jej nie tracić z oczu. Ten patriotyzm egzaltowany, to dochodzące aż do roztopienia własnej duszy w wielkiej duszy narodu ubóstwienie ojczyzny jest głównym motywem Uwag, ustawicznie powracającym i podporządkowującym sobie wszystkie pomysły i myśli. Najważniejszym celem proponowanych przez Russa urządzeń jest wychowanie obywateli-patriotów, nastrajanie dusz na ton dusz starożytnych i utrzymywanie ustawiczne obywatelskiego ducha w narodzie.
Russo kreśli zarys organizacji szkolnictwa państwowego. Pragnie, aby nauczycielstwo było jednym z najbardziej zaszczytnych urzędów. Na czele całej administracji szkolnej radzi postawić centralną władzę kolegialną, złożoną z wysokich dostojników, aspirantów do stanu senatorskiego. Przez to uprzedza myśl założenia Komisji Edukacyjnej, jak wiadomo w następnym dopiero roku (1773) zrealizowaną, zresztą powziętą prawdopodobnie niezależnie od jego traktatu. Plan nauki, zmierzający jedynie do uformowania dobrych obywateli, obejmuje tylko te nauki, które mogą rozwinąć patriotyzm, dać wychowankom zalety ciała i umysłu, niezbędne w życiu poświęconym ojczyźnie, dostarczyć im wiadomości potrzebnych przy sprawowaniu urzędów publicznych.
Nie ceniąc nauk ani sztuk, gardząc filozofami i współczesną cywilizacją, Russo chciałby, by Polska ziściła jego ideał państwa, w którym by panowała cnota obywatelska. W charakterze Polaków widział wiele sprzyjających temu rysów. Pragnął je rozwinąć tak, by ta cnota właśnie odróżniała Polskę od wszystkich innych narodów, by stała się wyłączną cechą Polaków. Dlatego radzi, by wszystko dookoła przypominało Polakom ojczyznę i własną odrębność. Dlatego zaleca staranne pielęgnowanie obyczaju narodowego, zachowanie stroju, wprowadzenie widowisk patriotycznych, obchodów, uroczystości. A za główną arterię systemu, mającą ciągle świeżą krwią ożywiać miłość ojczyzny i cnoty w sercach wszystkich obywateli, uważa swój pomysł stopniowego posuwania się obywateli w służbie publicznej po szczeblach drabiny urzędów i dostojeństw. Ten plan, tak szczegółowo w Uwagach nakreślony, a stawiający sobie za cel utrzymanie między obywatelami ustawicznej szlachetnej rywalizacji w cnocie obywatelskiej i zasłudze wobec ojczyzny, to idea, której nie znajdziemy w innych pismach Russa. Stanowi więc ona oryginalną stronę Uwag, uzupełniającą i zamykającą całość ideologii państwowej autora Umowy społecznej.
Umowa wyprowadzała zasady państwa prawnego, jedynie odpowiadającego wymaganiom sprawiedliwości. Stawiając je, zapatrywał się Russo sceptycznie na możność urzeczywistnienia tego ideała w państwach Europy. Nie widział w nich tej cnoty, którą Montesquieu uważał za konieczną podstawę republik. Tylko u ludności małych szwajcarskich republik, u półdzikich korsykańskich górali spostrzegał te zalety, dzięki którym człowiek staje się godny wolności. Inne narody wydawały mu się zanadto zgangrenowane, by mogły stać się czymś więcej niż chmarą spodlonych niewolników. Zatraciły godność człowieczą, nie mogą więc z praw człowieka korzystać, są zanadto nieprawe, by ustrój ich mógł odpowiadać zasadom sprawiedliwości.
Dopiero gdy za pośrednictwem Wielhorskiego zapoznał się Russo bliżej z Polakami, wyobraził sobie, że to jest naród, który jeszcze nie zatracił swojego człowieczeństwa, i to właśnie dzięki swoim instytucjom. Znalazł tu sposobność, aby przedstawić, jakimi środkami abstrakcja Umowy da się w konkretnym państwie wprowadzić, udowodnienia, że nie jest utopią, że jej zasady, gdy tylko psychiczno-moralne warunki zachodzą, muszą państwo wzmocnić i uodpornić. Należy tylko wlać w naród polski więcej łączności, dopuścić do obywatelstwa masy dotychczas uciśnione, usunąć te nadużycia i nieistotne wtręty ustroju, które tamują pełne wyrażenie się patriotycznej duszy narodu - a Polska będzie jedynym w świecie państwem wielkim, ziszczającym ideał prawności i sprawiedliwości.
W takim ujęciu Polski, jako jakiegoś szczytnego wyjątku, wcielającego ideał, zdają się pobrzmiewać dźwięki późniejszej polskiej poezji mesjanistycznej. Inne są jej przesłanki: nie filozoficzno-prawne, jak u Russa, ale filozoficzno-religijne, inne źródła uczuciowe - podobny jednak zasadniczy pomysł i podobne podniesienie w Polsce i jej ustroju właśnie tych samych stron. Rzecz znamienna, że konfederacja barska, w której nasi romantycy tak chętnie szukali zobrazowania swych mesjanistycznych koncepcji, dała Russowi natchnienie do jego poematu o Polsce i jej prawach. Dzięki barszczanom stał się ten wielki poprzednik romantyzmu europejskiego także poprzednikiem najsilniejszego może z prądów poezji romantycznej polskiej.
W literaturze naukowej polskiej Uwagi krytykowano na ogół nadzwyczaj ostro. - Ksiądz Kalinka pisze: "... to pewna, że jego rady znalazły się w sercach, a później i w czynach tych, którzy przez gorące zamiłowanie dawnych form stali się główną przeszkodą w porządnej naprawie Rzeczypospolitej". A dalej odnajduje w Russie rysy szlachcica polskiego czasów saskich! - Niezwykle surowo ocenia Uwagi prof. Askenazy (Napoleon a Polska I, 28): "Złe na ogół, niemądre, niezdrowe - z wyjątkiem jeno pięknych wskazówek o podniesieniu ducha narodowego, o przygarnięciu mieszczan i chłopów, o niezłomnej odporności duchowej przeciw pochłonięciu obcą przemocą - opracował on rady barszczanom, zalecając, w myśl samobójczych ich pragnień, utrzymanie konfederacji i liberi veto, albo nawet rozczłonkowanie prowincjonalne Rzeczypospolitej, zalecając właściwie anarchię". - Również prof. Konopczyński w rozprawie Uwagom poświęconej nie tylko zarzuca Russowi, że w zetknięciu się z konfederatami odstąpił od najważniejszych swych zasad, poprzednio głoszonych, że Uwagi stanowią rozdźwięk z powołaniem całego jego życia, ale także, że nauki "Rousseau płynęły w stronę przeciwną prądowi Stanisławowskiego prawodawstwa, a prawodawstwo to, należy przyznać, o ile nie było narzucane przez niszczycielską obcą rękę, szło naprawdę po linii interesu narodowego".
Czy te zarzuty są słuszne? Już samo tak wysokie postawienie idei ojczyzny, żądanie od każdego obywatela zupełnego podporządkowania się korzyści powszechnej, powinno było pozyskać dla Russa pewną względność. Ale można iść dalej i twierdzić, że także i te wnioski, które Polacy mogli z jego rad politycznych wyciągnąć, nie mogłyby zaprowadzić państwa na manowce. Bo cóż Russo radzi? Trzeba przeprowadzić reformy, ale nie mogą one być zanadto radykalne. Wszelkie gwałtowne burzenie instytucji, od wieków w narodzie istniejących, jest zawsze niebezpieczne, a wynik jego niepewny. Jesteście słabi, otoczeni przez czyhających na was, chciwych zdobyczy sąsiadów, a nawet naród silny może śmiercią przypłacić gwałtowne operacje, na żywym jego organizmie przedsiębrane. A zresztą czyż wam pozwolą sąsiedzi na daleko idące zmiany? Zachowajcież więc zasadniczą formę swojego państwa, tym bardziej, że odpowiada ona nie tylko duchowi waszego narodu, ale także zasadom demokratyzmu i republikanizmu, które uważam za jedynie sprawiedliwe i jedynie odpowiadające pojęciu prawa. Starajcie się to tylko w owej formie rządu naprawić, co jest złe i głupie. Rozgraniczcie ściśle kompetencje władzy prawodawczej i wykonawczej. Znieście liberum veto. Ujmijcie swe prawa w system jednolity. Starajcie się uporządkować i wzmocnić władzę wykonawczą. Nie powiększajcie władzy królewskiej, bo to zawsze może się skończyć supremacją egzekutywy nad legislatywą. Ale stwórzcie taki rząd, który by równocześnie zapewniał nietykalność ustroju republikańskiego i był dostatecznie silny do przeprowadzania praw i spełniania swych zadań. Poprawcie administrację i w tym celu stwórzcie samorząd wojewódzki. Uporządkujcie dochody państwowe. Oprzyjcie armię na powszechnym obowiązku służby wojskowej i na wojskowym wyszkoleniu każdego obywatela. Wprowadźcie szkolnictwo państwowe, które by wychowywało dobrych obywateli. Starajcie się ograniczyć zbytek, bo was tylko uzależnia od sąsiadów; starajcie się oprzeć bogactwo na produkcji rolnej. To wszystko powinniście zrobić, a już musicie w pierwszym rzędzie pomyśleć nad tym, jak uobywatelić szerokie masy narodu, pozbawione dotychczas wszelkich praw. I tej reformy nie można urzeczywistnić jednym pociągnięciem pióra. Trzeba na to czasu i wielkiej ostrożności. Ale wziąć się do tego musicie, jeżeli już nie ze względów ludzkości i przykazań prawa natury, to choćby dla własnego dobra i dla wzmocnienia ojczyzny.
To wszystko nie powinno było chyba Polaków "prowadzić do obłędu", Russo trafnie ocenił wady ustroju polskiego i na ogół trafnie wytyczył drogi reformy. Prawda, że pomysłom swoim nie nadał definitywnego kształtu, że nie zawsze umiał obmyślić nowe instytucje, mające wady poprzednich usunąć, w sposób dokładny, przewidujący i z zamierzonym celem zgodny. Ależ nie formułuje rad swoich po doktrynersku - zastrzega się, że nie zna miejscowych stosunków, że tylko Polak może być dobrym prawodawcą w Polsce, że może cały jego projekt jest chimerą, która na nic się nie zda Polakom. Przypuszcza więc konieczną korekturę swoich pomysłów. - A za nieszczęsną radę utrzymania konfederacji i instrukcji nie można w czambuł potępiać całych Uwag. Nie można Russa też czynić odpowiedzialnym za to, że różni wstecznicy polscy nań się powoływali. Jeżeli pomysły jego mogły im służyć za wodę na ich młyn, to jedynie dlatego, że go nie rozumieli i że, nie ogarnąwszy całości jego ideologii, wyrywali z niej tylko strzępy.
Nie tak odległą też drogę od wskazanej przez Russa obrał Sejm Czteroletni. Nie wdając się w sprawę wpływu myśli politycznej Russa, w szczególności Uwag, na genezę Konstytucji 3 maja i ustaw z nią związanych, godzi się może poświęcić kilka słów stosunkowi, jaki zachodzi pomiędzy najogólniejszą treścią pamiętnej ustawy a pomysłami Uwag. Pozwoli to ocenić jeszcze lepiej wartość rad Russa dla narodu polskiego.
Przede wszystkim reforma społeczna Konstytucji opiera się na tych samych zasadach, jakie stosują Uwagi. Ale ustawa pozytywna w stosunku do chłopów ujmuje w konkretne przepisy zaledwie to, co Russo oznaczył jako pierwszy szczebel ich uobywatelnienia, w stosunku do mieszczan natomiast realizuje radę, by rozciągnąć na nich przywileje szlachty i otworzyć im szeroko drogę do nobilitacji. Konstytucja, dążąc do oczyszczenia sejmików z ciemnego i niepewnego żywiołu drobnej szlachty, ruguje z nich nieposesjonatów. Ale czy proponowany przez Russa cenzus wykształcenia nie wydałby tego samego skutku i czy nie lepiej odpowiadałby zasadom demokracji? Bo Konstytucja utrzymuje zasady wytyczne ustroju demokratyczno-republikańskiego. Russowej zasady zwierzchnictwa narodu, przejawiającej się w tym, że władza wydawania ustaw należy wyłącznie do narodu (w Uwagach naród wykonuje ją przez swoich przedstawicieli) nie przeprowadza ściśle, ale stara się jej uczynić zadość. Król traci stanowisko oddzielnego stanu; senat nadal pozostaje częścią legislatywy, ale już nie równorzędną z izbą posłów, przynajmniej względem "praw ogólnych", co do których zachował tylko veto zawieszające, oraz względem "uchwał", przy których mógł zostać wprost przegłosowany. Konstytucja utrzymała instrukcje, ale odebrała im imperatywny charakter; sejmik jednak mógł wyłączyć na przyszłość od posłowania posła, który je przekroczył. Zniosła konfederacje i liberum veto zupełnie. Ale zakazywała zmieniać prawa fundamentalne przed upływem 25 lat, więc może bardziej je unieruchomiła, niż Russo przez żądanie jednomyślności przy rewizji. - Najdalsze odchylenia występują w konstrukcji rządu. Najwyższą władzę wykonawczą otrzymał król w Straży. Zyskał dość silne stanowisko: dziedziczny i nieodpowiedzialny, ma prawo łaski, najwyższe dowództwo siłą zbrojną w czasie wojny; mianuje senatorów, ministrów, urzędników, powołuje do Straży składających ją pięciu ministrów na przeciąg dwu lat. Uchwała Straży nie krępuje wprawdzie króla, ale król sam przez się nic uczynić nie może: każdy akt jego musi być podpisany przez jednego z ministrów, zasiadających w Straży. A zarówno ci ministrowie, jak i inni przewodniczący komisjom, są odpowiedzialni przed sejmem, i to nie tylko karnie, za przestąpienie prawa, ale i politycznie: sejm uchwałą 2/3 głosów Izb złączonych może każdego ministra pozbawić urzędu.
Na innych zasadach organizuje swój rząd Russo. U niego wszystkie osoby w skład rządu wchodzące powołuje wybór sejmików, względnie sejmu. Ale Russo rządu swego, raz już złożonego, nie krępuje niczym innym oprócz praw: sejm nie może odwołać jego członków. Obie koncepcje różnią się więc zasadniczo. Konstytucja jednakże nie przeprowadza swojej koncepcji konsekwentnie do końca. Właściwe ministeria organizuje kolegialnie. A stojący na czele tych komisji ministrowie - przez króla wprawdzie mianowani - są odpowiedzialni wyłącznie przed sejmem, choć obowiązani do posłuszeństwa Straży, i ani król, ani tym bardziej Straż, złożona z równych im rangą kolegów, usunąć ich nie mogą. Przede wszystkim zaś ministrowie ci przewodniczą tylko komisjom; innych członków komisji wybiera sejm, a odpowiedzialności ich przed Strażą wcale nie zorganizowano.
Tutaj więc występuje w budowie władzy wykonawczej rysa: król jest bezsilny wobec członków Straży, aczkolwiek sam ich powołuje, Straż bezsilna wobec komisji, tworzonych poza nią i przed nią nieodpowiedzialnych. Skoncentrowanie władzy rządowej w królu w Straży staje się wskutek tego iluzoryczne: rząd nie jest ani jednolity, ani silny i energiczny i sam potrzebuje ustawicznego regulowania przez sejm swoich tarć wewnętrznych.
Konstytucja 3 maja zatem, chociaż przez wprowadzenie angielskiej zasady odpowiedzialności ministrów rzuciła podwaliny pod nowożytną budowę egzekutywy, nie rozwiązała jednak zadania w sposób zadowalający. Stanęła pod tym względem znacznie wyżej niż Russo, ale choruje z powodu tego samego błędu, który on popełnił. W końcu - gdy już porównywamy Konstytucję z Uwagami - samorządowe pomysły Russa przypominają jeszcze uchwalone w listopadzie 1789 r. komisje cywilno-wojskowe.
Z powyższego zestawienia wynika, że Uwagi, mierzone nawet tak wysoką miarą dojrzałości politycznej, jakiej dostarcza ustawa majowa, nie przynoszą wstydu swemu twórcy. Sąd Polaków o Uwagach powinien ulec zmodyfikowaniu. Jest zbyt ostry - i raczej już bliższe prawdy jest zdanie francuskich uczonych, którzy, choć Uwag bliżej nie analizują, uznają je za praktyczne i mądre. Nie tylko nie były szkodliwe, ale umiały ubrać koncepcję prawno-polityczną będącą wykwitem spekulatywnej myśli owoczesnego Zachodu w szatę dość dobrze dostosowaną do potrzeb oraz do stopnia społecznej i politycznej dojrzałości Polaków. Russo starał się w Uwagach pogodzić rozumowe postulaty swojej doktryny z wymaganiami praktycznej polityki, a specyficzne warunki polskiego ustroju pozwoliły mu rozwiązać ten problem w sposób dość szczęśliwy. Odstępując w jednym tylko punkcie (reprezentacja ustawodawcza) od zasad wygłoszonych w Umowie, stworzył ogólny zarys konstytucji zbliżony do ustroju teraźniejszych republik, a oparł się przy tym na tych instytucjach, które naród polski w dotychczasowym swoim ustroju wykształcił.
Na zakończenie kilka słów jeszcze o literackiej formie Uwag. Ostatnie to polityczne pismo Russa jest jednym z najlepiej zbudowanych jego utworów. Tam, gdzie układ materiału nie wypływał wprost z zamiaru autora, zakładającego sobie udowodnienie pewnej tezy za pomocą przedstawienia takiego rozwoju wypadków i takiego ich oddziaływania na jednostkę czy ludzkość, jakie właśnie było potrzebne do przeprowadzenia dowodu (np. w Rozprawie o nierówności lub w Emilu), tam zwykle panuje u Russa pewien nieład i brak całkowicie jasnego rozczłonkowania treści (np. w Umowie społecznej). Uwagi natomiast, pomimo pozorów luźnego gawędzenia, pomimo nawet pewnego powtarzania się, ujmują swój materiał w podziały przejrzyste i logiczne.
Pierwsze cztery rozdziały zawierają wstępne uwagi, dotyczące najogólniejszych celów reformy i metod, jakie powinny być przy niej stosowane. Celem tym utworzenie narodu republikanów-patriotów, środkiem pielęgnowanie tych stron charakteru narodowego, które stanowiąc jego istotną wartość, mogą stać się fundamentem jego dalszego bytu i dalszego pochodu ku ideałowi. Następne rozdziały dotyczą szczegółów ustroju państwowego. Piąty mówi o głównej przyczynie zła: zbyt rozległym obszarze Polski, i podaje sposoby zaradzenia. Szósty mówi o układzie społecznym i jego reformie. Siódmy i ósmy dotyczą władz państwowych: ustawodawczej i wykonawczej; podają sposoby takiego ich zorganizowania i zrównoważenia, by ustrój republikański był zabezpieczony. Dziewiąty ocenia specjalne instytucje polskiego ustroju: liberum veto i konfederacje. Dziesiąty, jedenasty i dwunasty odnoszą się do kwestii związanych z administracją sprawiedliwości, skarbu i wojska. Trzynasty i czternasty rozwijają plan pobudzenia wszystkich części składowych organizmu społecznego, od chłopów do króla, by ożywione wspólnym duchem wznosiły się na coraz wyższe stopnie doskonałości. Ostatni wreszcie rozdział zastanawia się nad międzynarodową konstelacją i nad tym, jak ją Polacy mogą wyzyskać, by umożliwić sobie przeprowadzenie reformy. - Pod względem budowy swojej przedstawiają się Uwagi nie tylko jako traktat dobrze obmyślany, ale nawet zaspakajają pewne estetyczne poczucie. Rozdziały trzynasty i czternasty, nawiązując do treści wstępnych rozdziałów, harmonijnie zaokrąglają linearny schemat całości.
Styl Uwag nosi na sobie cechy retoryczności. Russo był we Francji wskrzesicielem stylu krasomówczego. W przeciwieństwie do prozy innych pisarzy XVIII wieku, posługującej się zdaniem krótkim, tokiem szybkim, nerwowym, uwydatniającym dowcip i błyskotliwość myśli, proza jego toczy się wolno i rozlewa szeroko. Okresy długie, nieraz aż nabrzmiałe od nadmiaru zdań współrzędnych, pobocznych, wtrąconych. Myśl czasem wikła się w tej gęstwinie; dopiero głośne wypowiedzenie, stosowna intonacja, uporządkują ten pozorny chaos, wyznaczą właściwe miejsce poszczególnym częściom i nadadzą relief całości. Ta obfitość i szerokość frazy jest główną ozdobą dydaktycznego stylu Russa. Figur retorycznych mało. Ani kwiatów stylu ani bogatych ornamentów. Nie znosił ich zresztą rodzaj wymowy radnej. Brak temu stylowi konkretności: nie ma porównań, przenośni, obrazów. Nieraz się czuje, że pewien pomysł z obrazu się narodził. Pomniki i obchody na cześć konfederacji, igrzyska republikańskie, metody wojny podjazdowej, sąd nad zmarłym królem itp. widocznie poruszają plastyczną wyobraźnię autora. Ale scen tych nie maluje barwami, nie szkicuje nawet rysunkiem. Nie barwa i linia nadają życie temu stylowi - o jego artyzmie stanowią wartości uczuciowe. Zdobią go uczuciowe figury retoryczne: pytanie, wykrzyknik, apostrofy, przemilczenie, ironia; a piękny prawdziwie się staje, gdy Russa porwie zapał czy ogarnie wzruszenie. Wówczas człony zdań układają się w pełne wyrazu rytmy, a bogate fałdy periodu giętkimi spadkami modelują wewnętrzne poruszenia uczucia. I takich ustępów w Uwagach wiele.
Notatki bibliograficzne
Tekst
Rękopis Uwag w autografie Russa znajduje się w Bibliotece Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie, nr katalogu 1392. Jest to książeczka o wymiarach 11,4×18,3 cm, oprawna w czerwoną skórę. Papier dość gruby, z podłużnymi, równoległymi znakami wodnymi. Tekst na liczbowanych stronicach od 1-109. Rozpoczyna się zaraz po tytule: Considération sur le Gouvernement de Pologne et sur sa réformation projetée. - Cały pisany atramentem. Pismo drobne i ścisłe, ale wyraźne i czytelne. Margines z prawej strony szerokości mniej więcej 1 cm. Rozdziały nienumerowane. Przekreśleń w tekście 94, nie przedstawiających większego interesu, spowodowanych widocznie nieuwagą przy przepisywaniu. Miejsc wpisanych nad linią 23, na marginesie, obok linii lub wzdłuż tekstu, 7. - Na str. 109, zaraz pod ostatnimi słowami tekstu: "Table", z tytułami rozdziałów i odnośną stronicą. Na str. 111 (nienumerowanej) wklejona kartka z wskazówkami dla pierwszych wydawców co do zmian w tekście, których domagał się Wielhorski.
Niniejszego przekładu dokonano z tego autografu.
Drugi autograf znajduje się w Bibliotece miejskiej w Neufchâtel. Może to ta sama własnoręczna minuta Russa, o której pisze prof. Askenazy w dziele Napoleon a Polska (I, 159): "Mieści liczne przekreślenia, poprawki, dopiski, bądź w tekście piórem, bądź na marginesie ołówkiem, jego ręką; na ostatniej stronie, również jego ręką, koncept listu do Wielhorskiego". Prof. Askenazy podaje go w tekście francuskim: "Usłuchałem, Panie Hrabio, Pańskich rozkazów i oto moja ofiara dla Pańskiej Ojczyzny. Składa ją więcej jeszcze moje serce niż moje pióro... Z początku chciałem jedynie ofiarować Panu kilka refleksji, jakie mi nasunęła lektura Pańskiej pracy; pomnożyły się one w miarę posuwania się i utworzyły w końcu olbrzymi zeszyt, który Panu przesyłam... Przepraszam Pana za to i pochlebiam sobie, że mi Pan przebaczy moje nużące powtarzania się...". Podobno prof. Askenazy ma zamiar ogłosić powyższy brulion w wydawnictwach Akademii Umiejętności.
Pierwsze wydanie pt. Considérations sur le Gouvernement de Pologne et sur sa réforme projetée Par J. J. Rousseau. En avril 1772 wyszło w ed. zbiorowej (in 4°) du Peyrou, Gen?ve, 1782 i n.
Przekłady na język polski
Pierwszy przekład polski pojawił się pt. Uwagi nad rządem polskim oraz nad odmianą czyli reformą onego projektowaną, przez J. J. Russo, obywatela Genewskiego, z francuskiego na ojczysty język przełożone miesiąca grudnia 20 r. 1788. Warszawa, Gröll, 1789, 8°, stron 190. Ponownie wydany w r. 1799. Tłumaczem był Maurycy Franciszek Karp, wydawcą Wojciech Turski.
Drugi przekład: J. J. Rousseau, Uwagi nad rządem polskim. Tłumaczył dr Tadeusz Nieduszyński. Z przedmową St. Wasylewskiego. Nakładem Księgami H. Altenberga we Lwowie (bez daty).
Niniejszy przekład jest trzecim z rzędu.
Bibliografia
O Uwagach pisali, prócz powyżej cytowanych prof. Askenazego, Konopczyńskiego, Kota, Szyjkowskiego i ks. Kalinki:
R. Roeppel, J. J. Rousseaus Betrachtung über die polnische Verfassung, Posen 1887, odbitka z "Zeitschrift der Historischen Gesellschaft für die Provinz Posen", Jahrgang III, Heft 2.
Józef Szujski, Stare książki i dawni ludzie (Dzieła, Seria III, tom I, Kraków 1885).
Tenże, Dzieje Polski podług ostatnich badań. Tom IV (Lwów 1866, str. 549-550).
Stanisław Tarnowski, Historia literatury polskiej, tom III, Kraków 1900, str. 308-312).
Władysław Konopczyński, Geneza i ustanowienie Rady Nieustającej, Kraków 1917, str. 137-139.
Tenże, Liberum veto. Studium porównawczo-historyczne, Kraków 1918, str. 404-405.
Piotr Chmielowski, Rousseau. W stuletnią rocznicę jego śmierci, Warszawa 1877, str. 32-42.
W. Gasztowtt, Poglądy filozofów francuskich XVIII wieku na sprawę polską, Paryż 1870.
Roman Piłat, Literatura polityczna Sejmu Czteroletniego, Lwów, 1872.
Wł. M. Kozłowski, Rousseau i Polska, dodatek do książki: H. Hettner, J. J. Rousseau, Warszawa, M. Arct, 1914.
Historii pierwszego wydania Considérations dotyczy:
Girardin, Le Comte Wielhorski et Jean Jacques Rousseau, Paris 1911.
*
Z olbrzymiej literatury o Russie podaje się dzieła najbardziej dostępne:
Emil Faguet, Vie de Rousseau. - Rousseau penseur. - Rousseau artiste, 3 t. Paris, Société Française d'imprimerie et de Librairie.
Jules Lemâitre, Jean Jacques Rousseau, Paris, Calmann Levy.
Arthur Chuquet, J. J. Rousseau, Paris, Hachette 1913.
Harald Höffding, Jean Jacques Rousseau et sa philosophie, Paris, Alcan, 1912.
Dr Antoni Peretiatkowicz, Filozofia prawa Jana Jakuba Rousseau'a, Poznań 1921.
Tenże, Tłumaczenie Contrat Social Rousseau'a z objaśnieniami, Poznań 1920.
*
Wydania dzieł Russa:
Oeuvres compl?tes de J. J. Rousseau, 13 Vol., Paris, Librairie Hachelte.
Oeuvres et Correspondence inédites de Jean Jacques Rousseau, publiées par M. G. Streckeisen-Moultou , Paris, Michel Levy fr?res, 1861. Tutaj między innymi: Projet de Constitution pour la Corse oraz Fragments des Institutions politiques.
*
Tłumacz poczuwa się do obowiązku złożyć najgorętsze podziękowanie Zarządowi Biblioteki Książąt Czartoryskich za pozwolenie korzystania z autografu Uwag oraz tym wszystkim, z których rad i pomocy przy pisaniu swej pracy korzystał, przede wszystkim PP. Kazimierzowi Giebułtowskiemu i prof. dr. Stanisławowi Kotowi.
(I.) Stan zagadnienia
Obraz rządu polskiego, podany przez hrabiego Wielhorskiego, oraz dołączone przezeń do niego uwagi tworzą pouczający materiał dla każdego, kto by zamierzał wypracować systematyczny plan przekształcenia tego rządu. Nie znam nikogo, kto by lepiej niż on sam nadawał się do nakreślenia takiego planu, łączy on bowiem z wiadomościami ogólnymi, potrzebnymi przy tej pracy, znajomość miejscowych stosunków i tych wszystkich szczegółów specjalnych, niedających się przedstawić w piśmie, a niezbędnych, by przystosować urządzenia do narodu, dla którego są przeznaczone. O ile ktoś nie zna gruntownie narodu, dla którego pracuje, dzieło stworzone dla tego narodu, choćby nawet samo w sobie znakomite, będzie w zastosowaniu błędne, a tym bardziej jeszcze będzie takim wówczas, kiedy chodzi o naród w zupełności już urządzony, o naród, którego skłonności, obyczaje, przesądy i wady są zbyt silnie zakorzenione, by nowe ziarno łatwo je mogło przytłumić. Dobra konstytucja dla Polski może być dziełem tylko Polaków albo też kogoś, kto na miejscu dobrze poznał naród polski i narody sąsiednie. Obcy może dać jedynie ogólne poglądy, raczej w celu oświecenia niż kierowania twórcy konstytucji. Nawet w pełni sił mego umysłu nie zdołałbym uchwycić całości tych wszystkich stosunków. Dzisiaj, kiedy mi pozostała zaledwo zdolność wiązania myśli, chcąc dać posłuch p. hrabiemu Wielhorskiemu i dowód mej gorliwości dla jego Ojczyzny, muszę się ograniczyć tylko do zdania sprawy z wrażeń odniesionych przy lekturze jego pracy i z uwag, które mi nasunęła.
Czytając historię rządu Polski, z trudnością można zrozumieć, jak państwo tak dziwacznie urządzone mogło się tak długo utrzymać. Wielkie ciało, złożone z wielkiej ilości członków martwych i z małej ilości członków niezespolonych, których ruchy, wzajemnie od siebie prawie niezależne, nie mając żadnego wspólnego celu, wzajemnie się niszczą, ciało, które rusza się ustawicznie, ażeby nic nie robić, które rozluźnia się pięć lub sześć razy w ciągu każdego wieku, które popada w paraliż przy każdym wysiłku, przy każdym usiłowaniu zaspokojenia swych potrzeb, a które mimo to wszystko, żyje i utrzymuje się w sile - oto, sądzę, jedno z najdziwniejszych widowisk, jakie mogą uderzyć myślącą istotę. Widzę, jak wszystkie państwa Europy biegną szybko do ruiny. Monarchie, republiki, te wszystkie narody tak świetnie urządzone, te wszystkie rządy tak pięknie zrównoważone - zgrzybiałe, zagrożone bliską śmiercią; a Polska, ten kraj wyludniony, spustoszony, uciśniony, stojący otworem dla napastników, w pełni największych nieszczęść i anarchii, okazuje jeszcze cały ogień młodości, waży się jeszcze domagać rządu i praw, tak jakby się dopiero urodziła. Jest w okowach, a przemyśliwa o sposobach zachowania wolności, czuje w sobie tę siłę, której przemoc tyranii ujarzmić nie zdoła. Zdaje mi się, że widzę Rzym oblężony, jak rządzi spokojnie ziemiami, na których wróg co dopiero rozbił obozy.
Dzielni Polacy, uważajcie! Uważajcie, byście chcąc, żeby wam było za dobrze, nie pogorszyli swego położenia. Myśląc o tym, co chcecie zyskać, nie zapominajcie o tym, co byście mogli utracić. O ile można naprawiajcie wady swej konstytucji, ale nie gardźcie tą, która zrobiła was tym, czym jesteście.
Kochacie wolność, jesteście jej godni, broniliście jej przeciw najeźdźcy potężnemu i chytremu, który udając, że wiąże was węzłami przyjaźni, obciążał was łańcuchami niewoli. Teraz, znużeni zamieszkami w ojczyźnie, wzdychacie za spokojem. Myślę, że spokój uzyskać bardzo łatwo, ale pogodzić go z wolnością - to mi się trudnym wydaje. Właśnie w łonie tej tak wam wstrętnej anarchii zrodziły się te ojczyznę miłujące dusze, które was uchroniły od jarzma. Zasypiały w letargicznym spokoju - burza je zbudziła. Skruszywszy kajdany, które dla nich przeznaczono, czują ciężar zmęczenia. Chciałyby pokój despotyzmu połączyć ze słodyczami wolności. Boję się, czy to nie jest żądaniem rzeczy sprzecznych. Wydaje mi się, że nie można pogodzić spokoju z wolnością - trzeba wybierać.
Nie mówię, żeby należało zostawić rzeczy w tym stanie, w jakim są obecnie; twierdzę jednak, że można ich się dotknąć tylko z jak największą ostrożnością. W tej chwili bardziej rzucają się w oczy braki aniżeli korzyści. Obawiam się jednak, że przyjdzie czas kiedy te korzyści lepiej się zacznie odczuwać - ale na nieszczęście będzie to wtedy, gdy już się je utraci.
Zapewne, dość łatwą jest rzeczą ustanowić lepsze prawa - ale nie jest rzeczą możliwą ustanowić takie, których by nie nadużyły ludzkie namiętności, tak jak dawnych praw nadużywały. Przewidzieć i zważyć tych wszystkich przyszłych nadużyć nie potrafiłby może nawet najwytrawniejszy mąż stanu. Postawić prawo ponad ludźmi, to problem w polityce, który porównuję z problemem kwadratury koła w geometrii. Rozwiążcie ten problem, a rząd na takim rozwiązaniu oparty będzie dobry i bez wad. Ale dopóki to nie nastąpi, bądźcie pewni, że tam, gdzie według was prawu oddaliście rządy - ludzie będą rządzili.
Tylko ten ustrój będzie dobry i trwały, w którym prawo rządzić będzie nad sercami obywateli; dopóki prawodawca tego nie potrafi osiągnąć, prawa zawsze będą omijane. Ale jak trafić do serc, o tym wcale nie myślą nasi prawodawcy: oni widzą tylko siłę i kary; zresztą i nagrody materialne pewnie by także tego lepiej nie osiągnęły; sprawiedliwość, nawet najbardziej sprawiedliwa, nie doprowadzi do tego, bo sprawiedliwość jest jak zdrowie - dobrem, z którego się korzysta, nie czując go, dobrem, które nie wzbudza zapału, a które się ceni wówczas dopiero, kiedy się je straci.
W jakiż więc sposób poruszyć serca i natchnąć miłością ojczyzny i jej praw? - Śmiemże powiedzieć?... Przez zabawy dziecięce, przez urządzenia, które w oczach ludzi powierzchownych uchodzą za zbędne, ale które tworzą przecież drogie przyzwyczajenia i nierozerwalne przywiązania. Jeżeli tutaj mówię niedorzecznie, to już przynajmniej w pełnym tego słowa znaczeniu, bo wyznam, że szaleństwo moje wydaje mi się mieć wszelkie cechy rozsądku.
(II.) Duch dawnych urządzeń
Kiedy się czyta historię starożytną, czuje się przeniesionym w inny świat, pomiędzy inne istoty. Cóż mają wspólnego Francuzi, Anglicy, Rosjanie - z Rzymianami i Grekami? Nic prawie, chyba to jedno, że i oni mają twarze. Silne dusze tamtych wydają się tym przesadą historyków. Jakżeż ci, którzy się czują tak mali, mogliby przypuścić, że żyli kiedyś ludzie tak wielcy? A jednak żyli i byli ludźmi, tak jak my. Cóż nam przeszkadza być takimi ludźmi jak oni? Nasze przesądy, nasza niska filozofia, namiętności małych interesów, wypełniające wraz z samolubstwem wszystkie serca, dzięki głupim urządzeniom, których nigdy geniusz nie dyktował. Patrzę na współczesne narody. Widzę u nich wielu takich, którzy robią prawa, ale ani jednego prawodawcy. U starożytnych widzę trzech głównych, zasługujących na szczególną uwagę: Mojżesza, Likurga i Numę. Wszyscy trzej przede wszystkim otoczyli staraniem sprawy, które naszym doktorom wydawałyby się warte śmiechu. Wszyscy trzej uzyskali wyniki, które by można uważać za zgoła nieprawdopodobne, gdyby tak poważnie nie były zaświadczone. Pierwszy z nich powziął i wykonał zdumiewające przedsięwzięcie: zorganizowania w naród roju nieszczęsnych zbiegów, bez sztuk, bez broni, bez talentów, bez cnót, bez odwagi, niemających na własność nawet piędzi ziemi, tworzących obcą hordę na powierzchni ziemi. Mojżesz odważył się utworzyć z tej koczowniczej i niewolniczej hordy ciało polityczne, naród wolny, i kiedy błądziła w pustyni, nie mając kamienia pod głowę, nadał jej te urządzenia trwałe, opierające się czasowi, losom i zdobywcom, których pięć tysięcy lat nie mogły zniszczyć, ani nawet nadwerężyć, i które dzisiaj jeszcze utrzymują się w całej swej sile, chociaż nie utrzymało już się ciało narodu. By zapobiec stopieniu się swego ludu z obcymi ludami, nałożył mu obyczaje i zwyczaje, niedające się połączyć z obyczajami innych narodów; obarczył go rytuałami, specjalnymi ceremoniami; skrępował tysiącznymi sposobami, by go ustawicznie utrzymywać w rozbudzeniu i uczynić na zawsze obcym wobec wszystkich innych ludów; a te wszystkie więzy braterstwa, którymi powiązał członków swej republiki, tworzyły zarazem zaporę, oddzielającą naród od sąsiadów i przeszkadzającą mu mieszać się z nimi. Dzięki temu właśnie ten szczególny naród, tak często podbijany, tak często rozpraszany i pozornie niszczony, ale zawsze ubóstwiający swój zakon, zachował się przecież do naszych czasów, rozrzucony między innymi narodami, nie mieszając się z nimi, a jego obyczaje, prawa, rytuały utrzymują się i będą trwać do końca świata mimo nienawiści i prześladowań ze strony reszty rodzaju ludzkiego.
Likurg przedsięwziął nadać ustrój narodowi, który był już spodlony niewolą i wypływającymi z niej wadami. Narzucił mu żelazne jarzmo, któremu podobnego nigdy żaden naród nie nosił, ale go związał, niejako utożsamił z tym jarzmem, zatrudniając go ustawicznie. Ukazywał mu ojczyznę we wszystkim: w prawach, zabawach, w domu, miłościach, ucztach; nie zostawił mu ani chwili, w której żyłby tylko dla siebie samego, a z tego ustawicznego przymusu, uszlachetnionego przez swój cel, zrodziła się w nim ta gorąca miłość ojczyzny, która zawsze była najsilniejszą, a raczej jedyną namiętnością Spartan, i która z nich zrobiła istoty nadludzkie. Prawda, Sparta była tylko miastem, ale jedynie mocą swego ustroju miasto to nadawało prawa całej Grecji, stało się jej stolicą i budziło lęk w królestwie perskim. Sparta była ogniskiem, z którego prawodawstwo jej oddziaływało wszędzie dookoła.
Ci, którzy w Numie widzieli jedynie twórcę rytuałów i ceremonii religijnych, źle osądzili tego wielkiego człowieka. Numa był prawdziwym założycielem Rzymu. Gdyby Romulus był tylko zgromadził zbójów, których lada niepowodzenie mogłoby rozproszyć, niedoskonałe jego dzieło nie byłoby mogło oprzeć się czasowi. Numa właśnie wzmocnił i utrwalił dzieło Romulusa, jednocząc tych zbójów w ciało nierozerwalne, przekształcając ich w obywateli nie tyle przez prawa, których jeszcze ich chłopskie ubóstwo wcale nie potrzebowało, ile przez łagodne urządzenia, które przywiązywały ich wzajem do siebie, a wszystkich do ziemi - w końcu przez uświęcenie ich miasta rytuałami, na pozór pustymi i przesądnymi, których siłę i skuteczność tak niewielu ludzi odczuwa, a których podstawy założył przecież Romulus, sam właśnie srogi Romulus.
Ten sam duch kierował wszystkimi dawnymi prawodawcami w ich urządzeniach. Wszyscy oni szukali więzów, które by związały obywateli z ojczyzną i wzajemnie ze sobą; a znaleźli te więzy w zwyczajach odrębnych, w ceremoniach religijnych, z natury rzeczy zawsze wyłącznych i narodowych, w zabawach, zgromadzających często obywateli, w ćwiczeniach, wzmacniających zarówno ich dzielność i siły, jak ich dumę i szacunek dla siebie samych, w widowiskach, co przypominając im historię przodków, ich nieszczęścia, cnoty, zwycięstwa, chwytały ich za serca, zapalały chęcią gorącą współzawodnictwa i przywiązywały silnie do ojczyzny, którą ich ustawicznie zaprzątano. Właśnie poezje Homera, recytowane Grekom na uroczystych zebraniach - nie w budach na deskach i nie za pieniądze, ale na otwartym powietrzu i na uroczystych zebraniach narodowych; właśnie tragedie Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa, często wobec nich wystawiane; właśnie nagrody, którymi wieńczono zwycięzców na igrzyskach, przy oklaskach całej Grecji - to wszystko właśnie, zapalając ustawicznie ich żądzę współzawodnictwa i chwały, wzniosło ich odwagę i cnoty do takiego stopnia natężenia, o jakim dziś nawet pojęcia mieć nie możemy i w jaki ludziom dzisiejszym nawet uwierzyć trudno. Prawa współczesnych są na to tylko, aby ich uczyły słuchać panów, nie okradać cudzych kieszeni i dawać wiele pieniędzy łajdakom publicznym. O ile mają oni jakieś zwyczaje, to te zasadzają się na umiejętności zabawiania rozpróżniaczonych kurtyzan i obnoszenia z wdziękiem własnego próżniactwa. Jeżeli zbierają się razem, to w świątyniach kultu, który nie ma w sobie nic narodowego, w niczym narodu nie przypomina; to w salach zamkniętych, za pieniądze, by na teatrach zniewieściałych, rozwiązłych, w których tylko o miłości prawić umieją, oglądać deklamujących histrionów, mizdrzące się prostytutki, by uczyć się tam zepsucia, owej jedynej naprawdę skutecznej nauki z tych wszystkich nauk, których się tam rzekomo udziela; to na uroczystościach, na które lud, zawsze wzgardzony, nie ma żadnego wpływu, na które zupełnie nie oddziaływa ani nagana, ani pochwała publiczna; to w tłumie rozpustnym, by tam zawierać związki tajemne, by w nich szukać rozkoszy, które najbardziej ludzi dzielą, odosobniają, najbardziej serca rozluźniają. Czyż to mają być bodźce patriotyzmu? Trzebaż się dziwić, że tak różne sposoby życia wywołują tak różne skutki i że współcześni nie mają w sobie wcale tej dzielności duszy, jaką starożytnym wszystko wpajało? - Proszę wybaczyć tę dygresję; wywołała ją resztka ognia, przez was ożywiona. Z przyjemnością wracam do tego z dzisiejszych narodów, co jeszcze najmniej oddala mnie od tamtych, o których wyżej mówiłem.