Uwaga! Złość - Ewa Tyralik-Kulpa

Kup ebooka

59.00 zł
48.97 zł (48,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis tre­ści

Za­miast wstę­pu

O co cho­dzi z tą zło­ścią

Wszy­scy mamy te same po­nie­dział­ki

Dla­cze­go w ogó­le się zło­ści­my

Jak dzia­ła złośćJak re­agu­je­my naj­czę­ściej na po­ja­wia­ją­cą się złość

Złość to nie tyl­ko złosz­cze­nie się

Stop­nio­wa­nie zło­ści

Sta­re wzor­ce zło­ści

Zdro­we wy­ra­ża­nie zło­ści

Ko­deks zło­ści Złość, mózg i cia­ło

Me­cha­nizm złosz­cze­nia się

Hi­sto­ria roz­wo­ju mó­zgu i na­sza ak­tu­al­na złość

Stres i rola ro­dzi­ca

Co­dzien­na prak­ty­ka "sa­mod­ba­nia"Co­dzien­nik zło­ściAk­ty­wo­wa­nie kory przed­czo­ło­wej za­miast draż­nie­nia cia­ła mig­da­ło­wa­te­goGim­na­sty­ka pła­tów czo­ło­wych u dziec­ka (1)Gim­na­sty­ka pła­tów czo­ło­wych u dziec­ka (2)

Na lewo mózg, na pra­wo mózg - czy­li mo­dal­ność lewo- i pra­wo­pół­ku­lo­wa

Złość "z piw­ni­cy" i złość "z pię­tra"

Ma­gicz­na różdż­ka zło­ści, czy­li stro­imy pra­wą pół­ku­lę

Złość jako emo­cja cie­le­sna

Złość w ko­mu­ni­ka­cji

Ko­mu­ni­ko­wa­nie zło­ści

Złość bez wrza­sku i krzy­ku

Prak­ty­ka - mi­ni­me­dia­cje

Blo­ka­dy ko­mu­ni­ka­cyj­ne albo "kil­le­ry em­pa­tii"

To robi róż­ni­cęKie­dy słu­chasz, słu­chaj Ma­gia słu­cha­nia "Brud­na dwu­nast­ka"Jak uni­kać blo­kad w ko­mu­ni­ka­cji, nie uni­ka­jąc ko­mu­ni­ka­cji

Ję­zyk ob­ser­wa­cji a ję­zyk ocen

Pro­sze­nie za­miast żą­da­nia

Jak pro­sić - mo­del ko­mu­ni­ka­tu w du­chu Po­ro­zu­mie­nia bez Prze­mo­cy

Em­pa­tia dla sie­bie

Oso­by wy­so­ko wraż­li­we

Jak róż­nie mo­że­my od­bie­rać ko­mu­ni­ka­cję Gra­ni­ce a złość

Czym są gra­ni­ce i dla­cze­go są waż­ne

Jak mó­wić, że coś nam nie pa­su­je. Od­ma­wia­nie

Jak roz­go­nić chmu­rę my­śli za­pal­ni­ków

Jak mó­wić, że coś nam nie pa­su­je. In­for­ma­cja zwrot­na

Gra­ni­ce jako spo­sób na ata­ki zło­ści

Prze­ko­na­niaZłość "z pię­tra" a rola gra­nic Złość a roz­wój dziec­ka

Bio­lo­gia zło­ści

Ucze­nie się jest waż­ne - rów­nież ucze­nie się zło­ści

Złość na po­szcze­gól­nych eta­pach roz­wo­jo­wych

No­wo­ro­dekPo 3. mie­sią­cu ży­ciaMię­dzy 6. a 12. mie­sią­cem ży­ciaOko­ło 1. roku ży­cia2. rok ży­cia4. rok ży­ciaMię­dzy 5. a 6. ro­kiem ży­ciaStar­sze kil­ku­lat­ki - wiek wcze­snosz­kol­nyRy­wa­li­za­cja i złość z prze­gra­nejZłość wie­ku do­ra­sta­nia Złość - prak­ty­ka. Do­da­tek nie­obo­wiąz­ko­wy

Ana­li­za trans­ak­cyj­na jako na­rzę­dzie pra­cy ze zło­ścią

Do cze­go przy­da­je się w ro­dzi­ciel­stwie świa­do­mość, że mamy róż­ne sta­ny "ja"Cia­ło i emo­cje

Me­to­da Ale­xan­dra Lo­we­na

Krzy­cze­nie "NIE!""Złaź!"Uzie­mie­nieCia­ło w uję­ciu Ale­xan­dra Lo­we­na a prak­ty­ka ro­dzi­ciel­skaKo­pa­nie w ma­te­racGra­ni­ce

Fo­cu­sing

Psy­cho­te­ra­pia

Jak wy­brać psy­cho­te­ra­pię i psy­cho­te­ra­peu­tęPo­pu­lar­ne nur­ty psy­cho­te­ra­peu­tycz­ne Za­koń­cze­nie

Bi­blio­gra­fia

Za­miast wstę­pu

"Po­trzą­snę­łam nim... Wte­dy mąż wziął go ode mnie i po­wie­dział, że chy­ba osza­la­łam. A ja już na­praw­dę nie mo­głam, mały darł się od dwóch go­dzin".

"Szar­pa­łam nim. Chcia­łam, żeby prze­stał bić sio­strę".

"Wrzesz­cza­łam gło­śniej niż oni, żeby w koń­cu wy­nie­śli się i dali mi po­pra­co­wać".

"Po­wie­dzia­łam jej, że przez cią­głe noc­ne po­bud­ki, po­bud­ki z jej przy­czy­ny, wy­lą­du­ję w koń­cu w szpi­ta­lu".

"Krzyk­nę­łam, że je­śli jesz­cze raz zrzu­ci tę mi­skę, to bę­dzie zli­zy­wać je­dze­nie z pod­ło­gi".

"Wy­rwa­łam jej z ręki za­baw­kę i ka­za­łam na­tych­miast iść spać".

"Kłó­ci­li­śmy się przy niej tak bar­dzo, aż za­py­ta­ła, czy się roz­wie­dzie­my".

"Ude­rzy­łem go".

Ta­kich hi­sto­rii sły­sza­łam wie­le. A ich au­to­rzy to nie je­dy­ni ro­dzi­ce, któ­rym zda­rzy­ło się prze­sa­dzić, a po­tem mę­czyć z po­wo­du kosz­mar­nych wy­rzu­tów su­mie­nia. Za­ry­zy­ku­ję stwier­dze­nie, że każ­dy z nas ma na su­mie­niu ja­kąś sy­tu­ację zwią­za­ną ze zło­ścią, któ­rą wo­lał­by wy­ma­zać z ro­dzin­nej hi­sto­rii. Za­zwy­czaj wspo­mnie­niom tym to­wa­rzy­szy lęk, że przez na­sze nie­opa­no­wa­nie skrzyw­dzi­li­śmy dziec­ko, i wstyd - że oka­za­li­śmy się gor­szy­mi ro­dzi­ca­mi, niż my­śle­li­śmy.

Kie­dy na­sze dzie­ci przy­cho­dzą na świat, jed­ną z rze­czy, któ­re uświa­da­mia­my so­bie bar­dzo szyb­ko, jest na­by­ta na­gle od­po­wie­dzial­ność za dru­gie­go, za­leż­ne­go od nas ma­łe­go czło­wie­ka. To pierw­sza, za­sad­ni­cza zmia­na zwią­za­na z trans­for­ma­cją w ro­dzi­ca. Już nie od­po­wia­da­my tyl­ko za sie­bie, swo­je za­baw­ki i swo­ją pia­skow­ni­cę, ale uzmy­sła­wia­my so­bie, że od tego, co ro­bi­my i mó­wi­my, cał­ko­wi­cie za­le­ży ktoś inny - na­sze dziec­ko. Sama świa­do­mość tego może oka­zać się wy­star­cza­ją­cym po­wo­dem fru­stra­cji. Cho­ciaż pra­gnie­my na­ro­dzin dziec­ka jak ni­cze­go in­ne­go na świe­cie, wie­dząc jed­no­cze­śnie, że zmie­ni to w na­szym ży­ciu do­słow­nie wszyst­ko, ska­la tej zmia­ny więk­szość z nas na­praw­dę za­ska­ku­je. I mimo że dzię­ki po­tom­stwu zy­sku­je­my tak wie­le, ta me­ta­mor­fo­za nie­ro­ze­rwal­nie wią­że się z ja­kimś ro­dza­jem stra­ty (np. snu, spo­ko­ju, wy­go­dy, wol­no­ści, au­to­no­mii, po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa), przez co mu­si­my się z ży­ciem uło­żyć na nowo.

Stra­ta jest de­fi­ni­tyw­nym koń­cem pew­ne­go eta­pu. Kie­dy mie­rzy­my się z czymś tak nie­odwo­łal­nym, po­cząt­ko­wo na­sze ego pró­bu­je nas ra­to­wać, pod­po­wia­da­jąc, że "prze­cież nic się nie zmie­ni­ło". Ży­cie jed­nak szyb­ko uświa­da­mia nam, że nie do koń­ca tak jest, i ła­two wów­czas o gniew. Po­trze­bu­je­my cza­su. Po­trze­bu­je­my rów­nież (nie­raz przy wspar­ciu in­nych osób) upo­rząd­ko­wa­nia ro­dzą­cych się w nas trud­nych emo­cji, żeby w no­wej rze­czy­wi­sto­ści po­czuć się w koń­cu na wła­ści­wym miej­scu. Gdy do­świad­cza­my re­wo­lu­cyj­nej zmia­ny świa­ta we­wnętrz­ne­go i ze­wnętrz­ne­go, do­wia­du­je­my się o so­bie zu­peł­nie no­wych rze­czy. Po­zna­je­my sa­mych sie­bie od po­cząt­ku. Jed­nym z no­wych, fra­pu­ją­cych za­gad­nień jest od­kry­cie, że ist­nie­je w nas złość. I to wca­le nie­ma­ło zło­ści!

Szy­ku­jąc się do roli ro­dzi­ców, z po­zo­ru uświa­da­mia­my so­bie, że wszyst­ko się dia­me­tral­nie zmie­ni; że ja­kiś etap - przy­naj­mniej czę­ścio­wo albo na ja­kiś czas - do­bie­gnie koń­ca, a w na­szym ży­ciu po­ja­wi się ktoś cał­ko­wi­cie od nas uza­leż­nio­ny, kto bę­dzie po­trze­bo­wał cza­su, mi­ło­ści, cier­pli­wo­ści, opie­ki i pie­nię­dzy. Jed­no­cze­śnie fan­ta­zje zwią­za­ne z ro­dzi­ciel­stwem pod­su­wa­ją nam sie­lan­ko­we ob­ra­zy ro­dem z re­klam oraz se­ria­li. Słod­kie nie­mow­lę­ta gru­cha­ją do nas z uśmie­chem, przed­szko­la­ki sa­mo­dziel­nie i po­my­sło­wo ba­wią się w ogród­ku albo gu­stow­nie urzą­dzo­nym po­ko­ju (i chcą od nas tyl­ko cze­ko­la­dy lub ser­ka), prze­wi­ja­nie jest oka­zją do fraj­dy, a na go­rącz­kę wy­star­czy po­dać od­po­wied­ni lek, a wszyst­kie kło­po­ty znik­ną. Na In­sta­gra­mie albo Fa­ce­bo­oku dzie­ci na­szych zna­jo­mych są grzecz­ne i ra­do­sne, żad­na py­za­ta bu­zia nie krzy­wi się od pła­czu, nie sły­chać świ­dru­ją­ce­go krzy­ku. A sami zna­jo­mi - świe­żo upie­cze­ni ro­dzi­ce - wy­glą­da­ją na zre­lak­so­wa­nych oraz śle­dzą­cych tren­dy mody i nur­ty no­wo­cze­snej pe­da­go­gi­ki. Z taką lek­ko­ścią łą­czą ży­cie ro­dzin­ne z za­wo­do­wym! Wnę­trza ich do­mów są czy­ste i schlud­ne, sa­mo­cho­dy błysz­czą na ze­wnątrz, a przy­jem­nie pach­ną w środ­ku. Zda­rza się też, że ktoś - zwy­kle są to nasi ro­dzi­ce, cio­cie, oso­by ze star­sze­go po­ko­le­nia - za­ser­wu­je nam zda­nie w sty­lu: "Bie­da­ku, two­je ży­cie się skoń­czy, że­gnaj, im­pre­zo, wi­taj w świe­cie do­ro­słych!". Ale, ale! Prze­cież oni nie mają ra­cji! Ow­szem, bywa, że zo­ba­czy­my na spa­ce­rze skrzy­wio­ną nad wóz­kiem, wy­cień­czo­ną mat­kę nie­mow­la­ka albo ojca wrzesz­czą­ce­go na kil­ku­let­nie­go brzdą­ca w ko­lej­ce po lody. Tak, "tam­ci" ro­dzi­ce są może źli bądź umę­cze­ni, ale szyb­ko so­bie prze­cież wy­tłu­ma­czy­my, że to oni so­bie nie ra­dzą, że po­win­ni się ja­koś ogar­nąć! U nas na pew­no bę­dzie ina­czej. Mamy więk­szą wie­dzę i nie­mal nie­ogra­ni­czo­ny do­stęp do eks­perc­kich po­rad na te­mat każ­de­go sty­lu ro­dzi­ciel­stwa. Do tej pory ra­dzi­li­śmy so­bie zresz­tą ze wszyst­kim kon­cer­to­wo: w pra­cy, w zdo­by­wa­niu gór­skich szczy­tów na wa­ka­cjach, w pro­wa­dze­niu auta oraz zaj­mo­wa­niu się psem. Poza tym na dziec­ko cze­ka już świet­nie wy­po­sa­żo­na, naj­wyż­szej ja­ko­ści wy­praw­ka. Nam się złość, bez­rad­ność i umę­cze­nie zwy­czaj­nie nie przy­tra­fią.

Po­kła­dy zło­ści, któ­re ujaw­nia­ją się wraz z po­stę­po­wa­niem na­sze­go ro­dzi­ciel­stwa, na­praw­dę po­tra­fią za­sko­czyć i wpę­dzić w po­czu­cie winy. W do­tych­cza­so­wym ży­ciu więk­szość spraw uda­wa­ło nam się za­ła­twiać z twa­rzą. Prze­cież nie krzy­czy się na współ­pra­cow­ni­ków ani tym bar­dziej na sze­fa! We dwo­je też ja­koś w koń­cu się doga­dy­wa­li­śmy, sko­ro do­trwa­li­śmy do tego mo­men­tu. A pa­no­wa­nie nad emo­cja­mi jest ozna­ką pro­fe­sjo­na­li­zmu i doj­rza­ło­ści, praw­da? Zwłasz­cza gdy je­ste­śmy ko­bie­ta­mi. Tak, bo to my, ko­bie­ty, by­ły­śmy i je­ste­śmy umie­jęt­nie ćwi­czo­ne w ukry­wa­niu nie­za­do­wo­le­nia. Nie­za­do­wo­lo­na, zi­ry­to­wa­na, a tak­że roz­złosz­czo­na ko­bie­ta to ję­dza, he­te­ra, udrę­ka, nie­zrów­no­wa­żo­na baba, wa­riat­ka... A my prze­cież nie je­ste­śmy wa­riat­ka­mi. Ależ skąd.

Na­stęp­stwem wie­lo­let­nie­go tłu­mie­nia wła­sne­go ko­bie­ce­go sprze­ci­wu jest umie­jęt­ność prze­wi­dy­wa­nia i po­rząd­ko­wa­nia wszyst­kich szcze­gó­łów rze­czy­wi­sto­ści na ta­kim po­zio­mie, żeby po­wo­dów do zło­ści po pro­stu nie było. I do cza­su ro­dzi­ciel­stwa cał­kiem do­brze nam to szło. Per­fek­cjo­nizm da­wał nam po­czu­cie kon­tro­li i spo­ko­ju - miał on wpraw­dzie swo­ją cenę, ale od­cię­te od emo­cji nie do koń­ca ją za­uwa­ża­ły­śmy.

Gdy zo­sta­je­my ro­dzi­ca­mi, za­ska­ku­je nas fakt, że wraz z ro­dzi­ciel­stwem na­gle wkro­czy­ła do na­szych do­mów złość. Że cza­sem już w trak­cie cią­ży nie star­cza nam ani sił, ani cier­pli­wo­ści. Że mamy po ko­kar­dę, że czę­ściej się kłó­ci­my. Że aż tak się róż­ni­my w swo­ich wi­zjach. Że wrzesz­czy­my na dzie­ci i war­czy­my na sie­bie. Że ta sek­sow­na dziew­czy­na za­mie­ni­ła się w wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­ną mę­czen­ni­cę. Że na nie­go w ogó­le nie moż­na li­czyć, że ni­cze­go nie ro­zu­mie. Że dzie­ci wcho­dzą nam na gło­wę i je­ste­śmy wo­bec tego bez­rad­ni, bo prze­cież każ­dą re­ak­cją moż­na im "spa­czyć psy­chi­kę". Że nie mamy naj­mniej­szej ocho­ty na­wet na odro­bi­nę sza­leń­stwa, któ­re "przed dzieć­mi" było na po­rząd­ku dzien­nym. Że ma­lu­chy tak po­tra­fią wrzesz­czeć. Że wszę­dzie pa­nu­je nie­ustan­ny ba­ła­gan. Że od dwóch lat nie prze­spa­li­śmy ani jed­nej nocy. Że nie mo­że­my ni­g­dzie wy­je­chać we dwo­je. Że w pra­cy też się zmie­ni­ło, bo nie je­ste­śmy w sta­nie prze­sia­dy­wać w biu­rze tak jak kie­dyś. Że dzie­ci bar­dzo nam prze­szka­dza­ją, gdy chce­my po­pra­co­wać. Że ma­ru­dzą. Że tak czę­sto cho­ru­ją. Że nas te­stu­ją. Że wszy­scy nam mó­wią, co mu­si­my albo po­win­ni­śmy jako ro­dzi­ce. Że nie ma sek­su albo jest taki na szyb­ko. Że dzie­ci się złosz­czą...

Złość jest ele­men­tem ro­dzi­ciel­stwa, z któ­rym przy­cho­dzi nam się mie­rzyć nie­mal od po­cząt­ku. Wszy­scy je­dzie­my na tym sa­mym wóz­ku, bo wszy­scy się zło­ści­my i zło­ścić bę­dzie­my. Chce­my jak naj­le­piej, więc jest nam trud­no, kie­dy to nie wy­cho­dzi. W re­zul­ta­cie zda­rza się nam - mó­wiąc ko­lo­kwial­nie - do­wa­lać so­bie, ob­wi­niać sa­mych sie­bie, a cza­sem za­prze­czać, że w ogó­le jest ja­kiś pro­blem. Ro­dzi­ciel­ska złość to te­mat tabu, zły wilk, któ­re­go sami bo­imy się chy­ba bar­dziej niż na­sze dzie­ci.

Ma­rzy mi się, żeby złość sta­ła się nor­mal­nym te­ma­tem, o któ­rym mo­że­my roz­ma­wiać i któ­rym po ludz­ku mo­że­my się za­jąć. Po ludz­ku, czy­li z wy­ko­rzy­sta­niem peł­ne­go po­ten­cja­łu wyż­szych warstw kory no­wej mó­zgu. Oraz po ludz­ku, czy­li z da­niem so­bie pra­wa do by­cia tyl­ko czło­wie­kiem i po­peł­nia­nia ludz­kich błę­dów, a tak­że na­pra­wia­nia ich.

Chcia­ła­bym, żeby każ­dy z nas od­szu­kał na kar­tach tej książ­ki zro­zu­mie­nie dla swo­jej ro­dzi­ciel­skiej zło­ści i dał so­bie na nią we­wnętrz­ną zgo­dę. Jed­no­cze­śnie chcę prze­ko­nać czy­tel­ni­ków, że da się na­uczyć od­dzie­la­nia zło­ści od za­cho­wań, któ­re są jej efek­tem. To wła­śnie te za­cho­wa­nia, nie sama złość, pro­wa­dzą do wy­tę­żo­nej pra­cy nad sobą, aby nie krzyw­dzić dzie­ci i sa­mych sie­bie.

Je­stem pew­na, że kie­dy po­ja­wia się złość, po­win­ni­śmy ją uznać - za­le­ga­li­zo­wać, przy­jąć i dać so­bie do niej pra­wo. My, ro­dzi­ce, nie mamy lek­ko, a złość jest nam w tym wszyst­kim bar­dzo po­trzeb­na. Jest po­słań­cem ja­kiejś waż­nej dla nas war­to­ści, za któ­rą tę­sk­ni­my i któ­ra wy­da­je się w da­nym mo­men­cie tak bar­dzo nie­do­stęp­na, że aby w ogó­le móc zwró­cić się w jej stro­nę, za­cho­wu­je­my się ina­czej, niż­by­śmy chcie­li, za­po­mi­na­jąc o in­nych waż­nych dla nas war­to­ściach, ta­kich jak cier­pli­wość, wspar­cie czy sza­cu­nek.

Je­że­li krzy­czy­my, gro­zi­my, ośmie­sza­my, szar­pie­my i bi­je­my, to war­tość, dla któ­rej zda­rza się nam to ro­bić, z pew­no­ścią jest dla nas bar­dzo istot­na. Sko­ro po­ja­wia się tak ogrom­na fru­stra­cja, że aż mu­si­my po­trzą­snąć kimś in­nym (w tym przy­pad­ku na­szym dziec­kiem), i przez mo­ment nie ma dla nas zna­cze­nia, że wy­rzą­dza­my mu krzyw­dę, pod spodem musi się kryć COŚ WAŻ­NE­GO...

Z se­tek prze­pro­wa­dzo­nych roz­mów na­uczy­łam się jed­ne­go: w więk­szo­ści przy­pad­ków cho­dzi o to, że jako ro­dzi­ce (a sze­rzej mó­wiąc: jako lu­dzie w ogó­le) de­spe­rac­ko chce­my być zo­ba­cze­ni, usły­sza­ni, zro­zu­mia­ni, wzię­ci pod uwa­gę. Po­trze­bu­je­my też by­cia sku­tecz­ny­mi - spraw­dze­nia się, zda­nia ro­dzi­ciel­skie­go eg­za­mi­nu, czy­li wy­cho­wa­nia czło­wie­ka zdro­we­go, spraw­ne­go, ra­dzą­ce­go so­bie z wy­zwa­nia­mi tego świa­ta. I jesz­cze przy tym wszyst­kim do­brze by było utrzy­mać dom oraz waż­ne dla nas re­la­cje.

Tu­taj po­ja­wia się py­ta­nie: czy ak­cep­ta­cja i "za­go­spo­da­ro­wa­nie" wła­snej zło­ści to coś prost­sze­go niż wal­ka z dziec­kiem? Ta książ­ka po­ka­że czy­tel­ni­ko­wi, że tak się da. Że da się żyć ze zło­ścią.

1

O co cho­dzi z tą zło­ścią

Złość bu­dzi nie naj­lep­sze sko­ja­rze­nia, zwłasz­cza kie­dy przy­po­mni­my so­bie nasz ostat­ni ro­dzi­ciel­ski wy­buch. Z pew­no­ścią wo­li­my o nim nie my­śleć. Jak to się dzie­je, że po­tra­fi­my tak gwał­tow­nie wy­buch­nąć, a po­tem rów­nie moc­no od­czu­wać wy­rzu­ty su­mie­nia? Je­śli nie przyj­rzy­my się uważ­nie dzi­kie­mu zwie­rzę­ciu we­wnątrz nas, nie bę­dzie­my w sta­nie go oswo­ić, zro­zu­mieć oraz... do­ce­nić.

Wszy­scy mamy te same po­nie­dział­ki

To był po­nie­dzia­łek rano. Sam ten fakt nie na­stra­jał mnie do świa­ta zbyt przy­jaź­nie już na sa­mym po­cząt­ku dnia. Wsta­łam o 6.30, żeby ogar­nąć się i przy­go­to­wać śnia­da­nie, za­nim ru­szę do po­ko­ju cór­ki, by obu­dzić ją do przed­szko­la. O 7.00 za­dzwo­nił bu­dzik przy jej łóż­ku. Sto­jąc w drzwiach, ob­ser­wo­wa­łam, jak cór­ka mru­czy coś przez sen i przy­kry­wa gło­wę koł­drą. Gdy­by to był week­end, kil­ka mi­nut przed 7.00 sta­ła­by już z ma­skot­ką w ręku przy na­szym łóż­ku. Gdy­by to był week­end, nie po­trze­bo­wa­ła­by bu­dzi­ka, aby wy­sko­czyć z po­ście­li ni­czym sprę­żyn­ka i oświad­czyć do­bit­nie: "Nie będę już spać!". Nie­ste­ty, po­nie­dzia­łek rzą­dzi się in­ny­mi pra­wa­mi.

Pstryk­nię­ciem włącz­ni­ka roz­ja­śni­łam je­sien­ny pół­mrok po­ko­ju.

- Czas wsta­wać, ko­cha­nie!

- Nie.

- Jest siód­ma. Czas wsta­wać! - po­wie­dzia­łam sta­now­czo, ale czu­le. - Je­śli te­raz nie wsta­niesz, spóź­ni­my się do przed­szko­la.

Nie­za­do­wo­lo­ne mam­ro­ta­nie spod koł­dry, wresz­cie ura­żo­ny pisk:

- PRZY­TU­LA­SKA!

- No do­bra. - Przy­sia­dłam na jej łó­żecz­ku. - Chwil­kę się po­przy­tu­la­my, ale za pięć mi­nut...

- No DO­OBRA... - fuk­nę­ła cór­ka. De­kla­ra­cję po­trak­to­wa­łam po­waż­nie i ma­chi­nal­nie usta­wi­łam bu­dzi­ko­wą drzem­kę. Pięć mi­nut, tyl­ko pięć mi­nut... Sama nie bez przy­jem­no­ści wtu­li­łam się w za­spa­ne ciał­ko.

Nie­trud­no się do­my­ślić, że dzwo­nie­nie za­brzmia­ło ze zdwo­jo­ną siłą o 7.05.

- Wsta­je­my!

Ci­sza, wresz­cie gło­śne:

- NIE!!!

- Ale prze­cież nie tak by­ły­śmy umó­wio­ne... - za­pro­te­sto­wa­łam sła­bo. Po­de­rwa­łam się z dzie­cię­cych ob­jęć i ener­gicz­nie od­su­nę­łam koł­drę chro­nią­cą nasz cie­pły, sen­ny ko­kon. W oczach cór­ki za­lśni­ły łzy.

- Nie chcę iść do przed­szko­la!

Rącz­ki za­ci­snę­ły się w piąst­ki. Łzy. Mo­rze łez.

- Nie pój­dę do przed­szko­la! - Szlo­cha­ją­cy mały czło­wiek, od­wró­cił się do mnie ple­ca­mi. - Ni­g­dy!

Po­czu­łam, jak ogar­nia mnie fala go­rą­ca. Jak bę­dzie dzi­siaj?

Przy­znam się od razu, że cza­sem nie wy­trzy­mu­ję. W gło­wie po­ja­wia się go­ni­twa my­śli, a moja uwa­ga ga­lo­pu­je za nią: "Jesz­cze zo­ba­czy­my, czy nie pój­dziesz! Moja mama mia­ła ra­cję, roz­pu­ści­łam cię jak dzia­dow­ski bicz! Mój mąż też mógł­by się ogar­nąć i cho­ciaż tro­chę w to włą­czyć. Za­wsze wszyst­ko na mo­jej gło­wie! Dzi­siaj na pew­no nie mogę się spóź­nić, bo mamy spo­tka­nie z klien­tem!".

Tym ra­zem moje my­śli osią­gnę­ły ob­ro­ty ra­so­we­go sil­ni­ka raj­do­we­go i po krót­kiej chwi­li usły­sza­łam swój wła­sny krzyk:

- WSTA­WAJ NA­TYCH­MIAST!!! JE­ŚLI NIE BĘ­DZIESZ GO­TO­WA ZA PIĘT­NA­ŚCIE MI­NUT, PO­JE­DZIESZ W PI­ŻA­MIE!

Co da­lej? Prze­stra­szo­na cór­ka sku­li­ła się w so­bie, wsta­ła i po­słusz­nie po­szła w stro­nę ła­zien­ki. A ja mo­men­tal­nie utknę­łam po uszy w po­czu­ciu winy. Mo­gło być go­rzej - mło­da mo­gła nie pod­dać się tak ła­two i roz­sz­lo­chać jesz­cze gwał­tow­niej, całą sobą. Mo­gła wy­rwać mi koł­drę oraz scho­wać się pod nią. A ja w re­ak­cji na to­mo­głam da­lej wrzesz­czeć i wrzesz­czeć, jesz­cze gło­śniej, jesz­cze groź­niej...

Zda­rza się też jed­nak tak, że sły­szę jej pierw­sze sło­wa i re­je­stru­ję mo­ment, w któ­rym robi mi się go­rą­co. Za­miast roz­grze­wać na nowo sil­nik wła­snej zło­ści, wbrew wszyst­kie­mu sku­piam się na cie­le. Na so­bie. Co się dzie­je?

Za­ci­skam zęby. Od­dech mi przy­spie­sza. Świa­do­mie za­czy­nam od­dy­chać wol­niej. Wi­dzę bez­rad­ną dziew­czyn­kę, któ­ra za­ci­snę­ła piąst­ki i pła­cze. Na­praw­dę sły­szę te­raz, jak mówi, że nie chce iść do przed­szko­la. Bio­rę ko­lej­ny od­dech. W su­mie to na­wet ją ro­zu­miem. Sama też bym wo­la­ła nie spie­szyć się dzi­siaj na spo­tka­nie z klien­tem. I wca­le nie chce mi się iść do tej pra­cy...

- Wi­dzę, że chy­ba je­steś bar­dzo, ale to bar­dzo zła. Na­praw­dę. Wi­dzę i sły­szę.

- Nie chcę iść do przed­szko­la!!!

- No nie chcesz. Nie­faj­nie wy­cho­dzić te­raz z cie­płe­go łóż­ka, co? To na­praw­dę może czło­wie­ka roz­zło­ścić.

Ci­sza.

- Wiesz, ro­zu­miem cię. Bar­dzo nie lu­bię po­nie­dział­ków. Tyle lat cho­dzę co rano do pra­cy, a w po­nie­dział­ki wciąż mi trud­no. Boję się, nie mam ocho­ty. I przez to też je­stem tro­chę zła.

Ci­sza. Pra­we oko ły­pie nie­śmia­ło w moim kie­run­ku. Ciał­ko jak­by odro­bi­nę się roz­luź­nia.

- Wziąć cię na ręce i za­nieść do ła­zien­ki, jak wte­dy, kie­dy by­łaś bar­dzo ma­lut­ka?

Kiw­nię­cie gło­wą, za­spa­na bu­zia lą­du­je na moim ra­mie­niu. Od­dy­cham głę­biej. I jesz­cze raz. I jesz­cze.

Moja cór­ka jest już w przed­szko­lu, a jej twarz de­fi­ni­tyw­nie roz­ch­mu­rza się w szat­ni na wi­dok uko­cha­nej ko­le­żan­ki. Jadę na spo­tka­nie, na któ­re chy­ba jed­nak zdą­żę. Za kie­row­ni­cą roz­my­ślam: "By­cie mamą jest cza­sem strasz­nie wy­czer­pu­ją­ce. Za­bie­ra masę ener­gii. Trze­ba mieć jed­no­cze­śnie wraż­li­wość mo­ty­la i skó­rę sło­nia. Tak trud­no zna­leźć rów­no­wa­gę mię­dzy roz­pusz­cza­niem a wy­cho­wa­niem. Ta cała złość to bar­dzo, bar­dzo skom­pli­ko­wa­ny te­mat - na­wet dla ko­goś do­ro­słe­go, tak jak ja".

Je­śli w mo­jej hi­sto­rii zna­leź­li­ście coś, co pa­su­je i do wa­szej - dzie­li­my ten sam los. Je­ste­śmy ro­dzi­ca­mi i te­mat dzie­cię­cej, a tak­że na­szej, do­ro­słej zło­ści prę­dzej czy póź­niej nas do­pad­nie.

Je­stem ro­dzi­cem, tak jak wy. Od wie­lu lat zaj­mu­ję się tak­że za­wo­do­wo ko­mu­ni­ka­cją. Spe­cja­li­zu­ję się w po­dej­ściu, któ­re na­zy­wa się Po­ro­zu­mie­niem bez Prze­mo­cy, uczę się psy­cho­te­ra­pii Ge­stalt. Po­ma­gam lu­dziom do­ga­dać się ze sobą, zwłasz­cza wte­dy, kie­dy jest bar­dzo, ale to bar­dzo trud­no. Każ­de­go dnia - czy w mo­jej pra­cy, czy w ży­ciu ro­dzin­nym - wi­dzę, jak ogrom­ną rolę w ko­mu­ni­ka­cji od­gry­wa­ją emo­cje. Wiem też, że cho­ciaż ma­rzy­my, by się nie zło­ścić, ra­czej nam to nie wy­cho­dzi.

Dla­cze­go w ogó­le się zło­ści­my

Złość to emo­cja, któ­ra bu­dzi masę ne­ga­tyw­nych sko­ja­rzeń i bar­dzo nie chce­my jej prze­ży­wać, choć nie da się bez niej żyć. Mie­sza nam się cza­sem z fu­rią, wście­kło­ścią, lę­kiem, bez­rad­no­ścią, agre­sją. Oce­nia­my ją jako szko­dli­wą, za­gra­ża­ją­cą, psu­ją­cą krew i re­la­cje. Czę­sto wkła­da­my spo­ro ener­gii w to, aby stłu­mić ją u sie­bie oraz u na­szych dzie­ci. Czy słusz­nie? Cho­ciaż ro­zu­miem, dla­cze­go tak ro­bi­my, to je­stem ab­so­lut­nie prze­ko­na­na, że nie war­to tłu­mić zło­ści.

Czym w ogó­le jest złość? Po co nam ona? Lu­bię de­fi­ni­cję na­zy­wa­ją­cą ją emo­cją alar­mo­wą, czy­li taką, któ­ra mówi nam o czymś waż­nym i mo­bi­li­zu­je do dzia­ła­nia. Złość daje znać, że nasz wew­nętrz­ny świat jest w nie­bez­pie­czeń­stwie. Po­ja­wia się rów­nież wte­dy, gdy mamy po­czu­cie, że ktoś lub coś na­ru­sza na­sze gra­ni­ce (psy­cho­lo­gicz­ne lub fi­zycz­ne), a tak­że gdy uwa­ża­my, że ktoś po­wi­nien speł­nić ja­kieś na­sze po­trze­by. I w tym kon­tek­ście je­ste­śmy po pro­stu na nią ska­za­ni - nie mamy bo­wiem moż­li­wo­ści spra­wo­wa­nia ta­kiej kon­tro­li nad świa­tem ze­wnętrz­nym, aby inni ro­bi­li za­wsze to, na czym nam za­le­ży, w taki spo­sób, w jaki chce­my, a na­sze war­to­ści i przy­zwy­cza­je­nia były za­wsze re­spek­to­wa­ne. W du­żym uprosz­cze­niu mo­że­my więc spoj­rzeć na złość jako na we­wnętrz­ną ener­gię, któ­rą czu­je­my w cie­le, któ­ra ma po­móc w unik­nię­ciu lub za­trzy­ma­niu sy­tu­acji nie­słu­żą­cej nam lub za­da­ją­cej rany.

Złość jest emocją alarmową, która daje nam znać, że nasz dobrostan jest zagrożony.

Kie­dy pod­czas warsz­ta­tów roz­ma­wiam z ro­dzi­ca­mi o zło­ści, oka­zu­je się, że tym, cze­go nie ak­cep­tu­ją, są za­cho­wa­nia bę­dą­ce efek­tem po­ja­wia­ją­cej się zło­ści - za­cho­wa­nia dzie­ci lub ich wła­sne. Jak ja to do­brze ro­zu­miem! Sama nie lu­bię krzy­ków ani fo­chów. Nie lu­bię, kie­dy moje dzie­ci są na­bur­mu­szo­ne, kie­dy mó­wią, że ich nie ko­cham albo że to one nie ko­cha­ją mnie. Trud­no mi się po­go­dzić z tym, że mogą ko­goś ude­rzyć albo ob­ra­zić sło­wem. Nie lu­bię tak­że swo­je­go wła­sne­go kry­ty­kanc­twa, po­to­ku wy­rzu­tów i wrza­sku, któ­re w zło­ści wciąż jesz­cze po­tra­fię za­ser­wo­wać oto­cze­niu. Ale czy to zna­czy, że nie lu­bię zło­ści?

To nie jest ta­kie pro­ste. Moja dro­ga do po­lu­bie­nia się ze zło­ścią była dość dłu­ga i trud­na. Wiem jed­nak na pew­no, że war­to ją po­ko­nać. Do­brze pa­mię­tam, ile ener­gii i zdro­wia kosz­to­wał mnie daw­ny na­wyk - tłu­mie­nie zło­ści. Oka­zy­wa­ło się ono przede wszyst­kim nie­sku­tecz­ne, po­nie­waż kie­dy w koń­cu wy­bu­cha­łam, mój atak miał siłę ra­że­nia bom­by ato­mo­wej (tak na­praw­dę był już wte­dy nie zło­ścią, a fu­rią) i zo­sta­wiał po so­bie zglisz­cza.

Jak dzia­ła złość

War­to zwró­cić uwa­gę na to, że mię­dzy zło­ścią jako taką a złosz­cze­niem się (czy­li za­cho­wa­nia­mi i dzia­ła­nia­mi po­dej­mo­wa­ny­mi w wy­ni­ku zło­ści) jest pew­na prze­strzeń, któ­ra dla mnie oka­za­ła się nie­za­stą­pio­nym klu­czem do zła­ma­nia kodu de­struk­cyj­nych, nie­po­żą­da­nych za­cho­wań.

Wróć­my jed­nak do po­cząt­ku, czy­li do sy­tu­acji, kie­dy na­sze dziec­ko nie chce iść do przed­szko­la. Co ta­kie­go się wte­dy dzie­je? Co dzie­je się w nas, gdy jesz­cze nie wrzesz­czy­my? Czę­sto na­wet nie zda­je­my so­bie spra­wy, że coś nad­cho­dzi, praw­da?

W przy­pad­ku zło­ści cia­ło i psy­chi­ka idą ze sobą ra­mię w ra­mię. Cia­ło ak­ty­wu­je fi­zjo­lo­gicz­ny me­cha­nizm stre­su. Pod­no­si się po­ziom hor­mo­nów: ad­re­na­li­ny, no­ra­dre­na­li­ny, kor­ty­zo­lu, ak­ty­wu­ją się róż­ne ukła­dy i or­ga­ny na­sze­go cia­ła, aby po­pchnąć nas do ak­tyw­no­ści skie­ro­wa­nej na ze­wnątrz. Złość od­czu­wa­my w cie­le: mamy po­bu­dzo­ne mię­śnie, wię­cej krwi na­pły­wa nam do twa­rzy i rąk, czę­sto na­pi­na­my wła­śnie te oko­li­ce (być może nie jest wam obce po­czu­cie za­ci­śnię­tych szczęk i pię­ści).

Do tego mo­men­tu więk­szość z nas ma po­dob­nie. Są­dzę, że trud­no się na tę ro­sną­cą złość gnie­wać. Ona po pro­stu po­ja­wia się i bę­dzie się po­ja­wiać. Chy­ba nikt z nas nie wma­wia so­bie, że może tak do koń­ca ste­ro­wać wła­sną fi­zjo­lo­gią.

Rów­no­cze­śnie kie­dy kon­tro­lę nad nami przej­mu­je fi­zjo­lo­gia, jest też z nami na­sza psy­chi­ka - w gło­wie po­ja­wia­ją się my­śli. Czę­sto to my­śli, któ­re mo­że­my po­rów­nać do za­pal­ni­ków, pre­cy­zyj­nie za­pro­gra­mo­wa­nych ele­men­tów apli­ka­cji. Mogą one za­cząć zbro­ić bom­bę i spo­wo­do­wać wy­buch. Ta­kim za­pal­ni­kiem jest np. myśl, że dziec­ko robi nam na złość albo że je­ste­śmy do kitu jako ro­dzi­ce. Po­nie­waż znaj­du­je­my się w sta­nie po­bu­dze­nia fi­zjo­lo­gicz­ne­go, tra­ci­my do tych my­śli dy­stans i ła­two się one na­krę­ca­ją. To taki mo­ment, kie­dy nie bar­dzo po­tra­fi­my - ani my, ani dziec­ko - my­śleć lo­gicz­nie, obiek­tyw­nie oraz spo­koj­nie się wy­ra­żać. Nie­ła­two nam o ła­god­ność, zro­zu­mie­nie czy życz­li­wość. Na­praw­dę trud­no tego wte­dy od sie­bie wy­ma­gać. War­to też wie­dzieć, że ten stan po­bu­dze­nia ma swo­ją mie­rzal­ną na­uko­wo gra­ni­cę cza­so­wą - może trwać od 7 do 20 mi­nut.

Ży­cio­we kło­po­ty po­ja­wia­ją się za­zwy­czaj, kie­dy to, co za­dzia­ło się na po­zio­mie fi­zjo­lo­gii, wy­rzu­ci­li­śmy na ze­wnątrz i zro­bi­li­śmy coś nie do koń­ca tak, jak zro­bi­li­by­śmy, bę­dąc "naj­lep­szą wer­sją sie­bie". Przy­kła­do­wo na­wrzesz­cze­li­śmy na ko­goś. Wy­rzu­ci­li­śmy czy­jeś rze­czy. Ude­rzy­li­śmy ko­goś. Albo dzia­ła­jąc nie­co de­li­kat­niej: po­wie­dzie­li­śmy coś, co inną oso­bę za­bo­la­ło czy na­ru­szy­ło jej god­ność. I po­czu­li­śmy przy tym wy­rzu­ty su­mie­nia, a cza­sem też bez­rad­ność, bo nie mamy po­my­słu, jak mo­gli­by­śmy za­cho­wać się ina­czej. Nie wie­my, co ze swo­ją zło­ścią zro­bić. Nie uczy­my się tego ani w szko­le, ani w domu. Po­sta­wy, z któ­ry­mi się sty­ka­my, by­wa­ją skraj­ne: jest to albo agre­sja, albo nie­złosz­cze­nie się, czy­li od­cię­cie od szan­sy wy­ra­że­nia zło­ści. Cza­sem prze­czu­wa­my, że mo­gło­by to wy­glą­dać ina­czej, ale na­praw­dę trud­no jest nam okre­ślić jak.

In­struk­cja - jak dzia­ła "bom­ba zło­ści":

Zmia­ny na po­zio­mie fi­zjo­lo­gii - hor­mo­nal­ne i w cie­le. Zmia­nom w cie­le po­wo­du­ją­cym po­bu­dze­nie za­czy­na­ją to­wa­rzy­szyć my­śli za­pal­ni­ki. Re­ak­cja stre­so­wa na my­śli za­pal­ni­ki - cia­ło re­agu­je więk­szym po­bu­dze­niem. Zwięk­szo­ne po­bu­dze­nie - po­ja­wia się wię­cej my­śli za­pal­ni­ków. Re­ak­cja cia­ła na my­śli za­pal­ni­ki.

Jak re­agu­je­my naj­czę­ściej na po­ja­wia­ją­cą się złość

Możemy wyróżnić dwa rodzaje reakcji w odpowiedzi na pojawienie się złości:

za­cho­wa­nia agre­syw­ne:krzyk1,bi­cie,po­py­cha­nie,stra­sze­nie,gro­że­nie,ośmie­sza­nie,za­wsty­dza­nie. za­cho­wa­nia bier­no-agre­syw­ne:igno­ro­wa­nie dru­giej oso­by ("Już się do tego za­bie­ram" i wpa­try­wa­nie się w fo­te­lu w ekran te­le­fo­nu),zło­śli­we ko­men­to­wa­nie, ob­ra­ża­nie, dys­kre­dy­to­wa­nie przed­sta­wio­ne jako żar­to­wa­nie ("Oj, o co się zło­ścisz, prze­cież tyl­ko żar­tu­ję!"),za­prze­cza­nie emo­cjom, cho­ciaż wi­dać, że ktoś aż się go­tu­je w środ­ku,od­trą­ca­nie,w związ­ku: na­gra­dza­nie sek­sem za "wła­ści­we za­cho­wa­nie",nie­do­trzy­my­wa­nie obiet­nic i zrzu­ca­nie winy na dru­gą stro­nę - tzw. od­wra­ca­nie kota ogo­nem ("Nie zro­bi­łem tego, bo i tak ni­g­dy nie je­steś za­do­wo­lo­na, je­śli coś zro­bię"),przed­sta­wia­nie przy in­nych dru­giej oso­by w nie­ko­rzyst­nym świe­tle.

Co za­tem ro­bić, kie­dy u nas lub u dziec­ka po­ja­wia się złość? Jak prze­ko­nać się, że złość po­ma­ga - se­rio! - bu­do­wać praw­dzi­wie bli­ską re­la­cję, bo to wła­śnie dzię­ki niej uświa­da­mia­my so­bie swo­je gra­ni­ce, po­ka­zu­je­my, na co się zga­dza­my, a na co nie? Jak wy­ko­rzy­stać siłę tkwią­cą w zło­ści do po­zy­tyw­nych zmian, a nie za­mie­niać jej w trud­ną do ogar­nię­cia fu­rię, agre­syw­ne za­cho­wa­nia, bier­ną agre­sję lub inne nie­słu­żą­ce nam dzia­ła­nia?

Je­stem głę­bo­ko prze­ko­na­na, że nie­złosz­cze­nie się i ucze­nie tego sa­me­go dzie­ci jest niedź­wie­dzią przy­słu­gą. Wiem też, że aby mło­dy czło­wiek na­uczył się ra­dzić so­bie ze zło­ścią, musi przejść przez mo­men­ty wy­ra­ża­nia jej na róż­ne spo­so­by. Nie ma na­uki bez prób i błę­dów. A my, ro­dzi­ce, mo­że­my w tym dzie­ciom po­móc, re­agu­jąc ade­kwat­nie na to, co ro­bią, a tak­że dzię­ki temu, że sami na­uczy­my się ob­cho­dzić z wła­sną zło­ścią i po­ka­że­my, że bywa ona w ży­ciu cał­kiem przy­dat­na.

Złość to nie tyl­ko złosz­cze­nie się

Oso­by zna­ją­ce mnie ja­kieś dwa­dzie­ścia lat temu po­wie­dzia­ły­by o mnie, że "Ewka ni­g­dy się nie zło­ści". Rze­czy­wi­ście, trud­no było wów­czas spo­tkać czło­wie­ka, na któ­re­go choć­by tro­chę na­krzy­cza­łam. By­łam ra­czej za­wsze uśmiech­nię­ta, mia­łam po­czu­cie, że ja­koś ze wszyst­kim so­bie po­ra­dzę. Mia­łam też pew­ność, że tak do­brze ogar­niam rze­czy­wi­stość, iż nic nie jest w sta­nie wy­pro­wa­dzić mnie z rów­no­wa­gi. Z umie­jęt­no­ści pa­no­wa­nia nad emo­cja­mi by­łam zwy­czaj­nie dum­na. Nie­mal ide­al­na ce­cha, je­śli cho­dzi o ra­dze­nie so­bie ze zło­ścią, praw­da? Wy­obra­żam so­bie na­wet, że to wła­śnie tego moż­na chcieć się na­uczyć, się­ga­jąc po tę książ­kę: opa­no­wa­nia, po­ke­ro­wej twa­rzy, trzy­ma­nia "dzie­cin­nych emo­cji" na wo­dzy.

Nie­ste­ty moje pa­no­wa­nie nad zło­ścią oka­za­ło się sze­ro­ko roz­po­wszech­nio­ną w świe­cie prak­ty­ką od­ci­na­nia się od emo­cji i ro­bie­nia wie­le, żeby ich nie czuć. Na­sze cia­ła i umy­sły, chcąc nas ochro­nić przed cier­pie­niem zwią­za­nym z prze­ży­wa­niem nie­przy­jem­nych emo­cji, na­uczy­ły się od nich od­ci­nać, a sko­ro to zro­bi­ły, mu­sia­ło to być w ja­kimś okre­sie ży­cia bar­dzo po­trzeb­ne, aby­śmy prze­trwa­li oraz po­ra­dzi­li so­bie (zwy­kle jako dzie­ci). Jed­nak w koń­cu przy­cho­dzi cia­łu za­pła­cić za to cenę. Ja ją za­pła­ci­łam pew­ne­go mroź­ne­go po­po­łu­dnia, kie­dy to ka­ret­ka na sy­gna­le za­wio­zła mnie z pra­cy do szpi­ta­la, bo ze­mdla­łam - moje ci­śnie­nie sko­czy­ło pod su­fit, a ser­ce nie mo­gło się uspo­ko­ić. Cia­ło wy­po­wie­dzia­ło mi po­słu­szeń­stwo. Koszt ma­ga­zy­no­wa­nia i prze­twa­rza­nia wła­snej nie­wy­ra­żo­nej zło­ści stał się dla mnie fi­zycz­nie nie do udźwi­gnię­cia.

Mój per­fek­cyj­ny, opa­no­wa­ny świat roz­padł się na jesz­cze wię­cej ka­wał­ków, kie­dy uro­dzi­ło się moje pierw­sze dziec­ko. Z prze­wi­dy­wal­nej, jako tako kon­tro­lo­wa­nej prze­ze mnie rze­czy­wi­sto­ści tra­fi­łam do miej­sca, o któ­rym nikt nie pi­sał w książ­kach dla przy­szłych mam. By­łam zmę­czo­na, nie­wy­spa­na i prze­ra­żo­na. Moje dziec­ko pła­ka­ło, a ja nie wie­dzia­łam cze­mu. Krzy­cza­ło, a ja nie wie­dzia­łam, o co mu cho­dzi i co mam zro­bić, aby prze­sta­ło. Nad ży­ciem ma­łe­go czło­wie­ka nie da się mieć peł­nej kon­tro­li, cho­ciaż przy­znam, że de­spe­rac­ko pró­bo­wa­łam. Wła­śnie wte­dy za­czę­łam - czę­sto z cał­ko­wi­cie bła­he­go po­wo­du - mie­wać ata­ki zło­ści, któ­re trwa­ły krót­ko, lecz ra­ni­ły jak ostry nóż i któ­rych ani mój mąż, ani ja sama, ani chy­ba nikt w za­sa­dzie nie ro­zu­miał.

Złość, nad któ­rą do­tych­czas wy­da­wa­ło mi się, że zna­ko­mi­cie pa­nu­ję, za­czę­ła mi wy­cho­dzić usza­mi. W za­sa­dzie cały czas by­łam zła (albo smut­na, bo smu­tek, cho­ciaż może się to wy­da­wać za­ska­ku­ją­ce, ma ze zło­ścią wie­le wspól­ne­go), cią­gle kry­ty­ko­wa­łam (pa­trząc z boku - nie wia­do­mo dla­cze­go) mo­je­go męża. Mia­łam prze­cież uko­cha­ną, wy­cze­ka­ną có­recz­kę, part­ne­ra, któ­ry się sta­rał, jak po­tra­fił naj­le­piej, do­brze płat­ny urlop ma­cie­rzyń­ski i wie­le in­nych po­wo­dów, żeby cie­szyć się ży­ciem. Coś tu było nie tak. I to bar­dzo!

Wła­śnie wte­dy, z ma­leń­ką có­recz­ką w no­si­dle, po­ja­wi­łam się na pierw­szej se­sji te­ra­peu­tycz­nej. By­łam zde­spe­ro­wa­na, ma­rzy­łam o tym, by zro­zu­mieć, co się ze mną dzie­je i dla­cze­go tak się złosz­czę. Prze­ka­żę wam, cze­go na­uczy­łam się od tam­tej pory.

Przede wszyst­kim zro­zu­mia­łam, że bar­dzo czę­sto nie po­zwa­la­my so­bie na wy­ra­ża­nie i oka­zy­wa­nie zło­ści - za­rów­no wo­bec in­nych, jak i tej zło­ści oso­bi­stej, na wła­sny uży­tek. Wy­pie­ra­nie jej na po­zio­mie in­stynk­tu wca­le nie jest dla nas bez­piecz­ne. Utrzy­my­wa­nie zło­ści w ukry­ciu kosz­tu­je nas masę ener­gii, jest w do­dat­ku ska­za­ne na po­raż­kę - raz uru­cho­mio­nej ener­gii nie da się uni­ce­stwić, ona po pro­stu znaj­dzie ja­kiś spo­sób, nie­ste­ty zwy­kle de­struk­cyj­ny lub au­to­de­struk­cyj­ny, aby wy­do­stać się na ze­wnątrz.

Pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie zro­bi­ła na mnie li­sta The­odo­re'a Isa­aca Ru­bi­na, psy­cho­te­ra­peu­ty, au­to­ra Księ­gi gniewu2. Uświa­do­mi­ła mi, że złość może przy­bie­rać naj­róż­niej­sze ma­ski: sta­ny i za­cho­wa­nia, któ­re nie­ko­niecz­nie ze zło­ścią nam się ko­ja­rzą, a wy­ra­ża­ją wła­śnie ją. In­ny­mi sło­wy - złość, któ­ra nie ma na­tu­ral­ne­go uj­ścia, może przy­brać inną, od­mien­ną po­stać.

Złość może wy­ra­żać się przez:

lęk, ner­wi­cę, we­wnętrz­ne ro­ze­dr­ga­nie, po­czu­cie roz­bi­cia, sta­ny de­pre­syj­ne, po­czu­cie winy, gło­dów­ki, prze­sad­ne ob­ja­da­nie się, pra­co­ho­lizm, nad­miar ćwi­czeń, za­jęć, bez­sen­ność lub uciecz­kę w sen, nie­ja­sne tro­ski o przy­szłość (za­mar­twia­nie się), dzi­wacz­ne my­śli, ob­se­sje, ka­le­cze­nie się, za­cho­wa­nia au­to­agre­syw­ne (na­wet ta­kie "nie­win­ne" jak ob­gry­za­nie pa­znok­ci czy wy­ry­wa­nie so­bie wło­sów), cho­ro­by psy­cho­so­ma­tycz­ne (np. mi­gre­ny nie­wia­do­me­go po­cho­dze­nia) lub pa­ra­dok­sal­ne dzia­ła­nie ukła­du im­mu­no­lo­gicz­ne­go, któ­ry za­miast bro­nić nas przed za­gro­że­nia­mi, ata­ku­je wła­sny or­ga­nizm, au­to­sa­bo­taż (na­ło­gi, skłon­ność do ura­zów, wy­pad­ków, gu­bie­nie rze­czy), sub­tel­ny sa­bo­taż in­nych (spóź­nia­nie się, gu­bie­nie czy­ichś rze­czy, nie­do­trzy­my­wa­nie ter­mi­nów, umów), ty­ra­nię (w po­sta­ci ata­ków słow­nych albo przez po­sta­wę mę­czen­ni­cy/ka - ofia­ry), by­cie nad­mier­nie mi­łym, pro­wo­ko­wa­nie in­nych, w efek­cie cze­go sta­je­my się ofia­ra­mi czy­jejś agre­sji, wiecz­ne zmę­cze­nie, brak sił, cią­głe po­ucza­nie in­nych, bra­wu­rę sa­mo­cho­do­wą (i inne nie­bez­piecz­ne za­cho­wa­nia na dro­dze).

Roz­po­zna­je­cie te za­cho­wa­nia? Ja nie­któ­re punk­ty z li­sty Ru­bi­na zna­łam na­praw­dę do­brze. Ba, chy­ba mogę za­ry­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że by­łam w nich mi­strzy­nią. Tyl­ko nie uświa­da­mia­łam so­bie zu­peł­nie, że wy­ra­żam nimi swo­ją złość.

Dla­te­go te­raz, kie­dy roz­ma­wiam z ro­dzi­ca­mi na warsz­ta­tach i po­ja­wia się u nich fan­ta­zja, aby już ni­g­dy się nie zło­ścić, mó­wię gło­śno "NIE!". Uni­kać zło­ści po pro­stu się nie da i nie by­ło­by to zdro­we! To bar­dzo in­ten­syw­na oraz ak­ty­wi­zu­ją­ca emo­cja - je­śli nie po­zwa­la­my so­bie na jej "wy­pusz­cza­nie", bę­dzie w nas sie­dzieć i w koń­cu albo nas za­tru­je, za­blo­ku­je, po­zba­wi ener­gii, a wraz z nią ra­do­ści ży­cia, albo znaj­dzie uj­ście, tyl­ko zu­peł­nie nie tam, gdzie by­śmy chcie­li, i nie wte­dy, kie­dy by­śmy chcie­li. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że gdy­by­śmy w dzie­ciń­stwie mo­gli się na na­szych ro­dzi­ców bez­piecz­nie po­zło­ścić oraz na­uczy­li­by­śmy się, jak to ro­bić, aby nie szko­dzić ni­ko­mu, na na­szych dro­gach by­ło­by zde­cy­do­wa­nie mniej pi­ra­tów dro­go­wych!

Są oczy­wi­ście oso­by, któ­re na oko złosz­czą się mniej, i oso­by, któ­re złosz­czą się wię­cej. Wpływ na to ma na pew­no wy­cho­wa­nie - wie­le za­le­ży od tego, czy gdy by­li­śmy dzieć­mi, w ogó­le mo­gli­śmy oka­zy­wać złość. W jaki spo­sób to ro­bi­li­śmy? Jak zło­ści­li się nasi ro­dzi­ce? Czy ich złość była ra­nią­ca dla nas, czy nie? Czy na­uczy­li­śmy się, że tak na­praw­dę może ona przy­nieść coś do­bre­go?

Wie­le za­le­ży rów­nież od na­sze­go cha­rak­te­ru i oso­bo­wo­ści - są lu­dzie, któ­rzy będą mie­li mniej­szą ten­den­cję do jaw­ne­go oka­zy­wa­nia zło­ści niż np. oso­by na­sta­wio­ne na kon­fron­ta­cję.

Nie­któ­rym trud­niej przy­cho­dzi od­czu­wa­nie zło­ści niż żalu czy smut­ku, więc się smu­cą. Są też tacy, któ­rzy mają pro­blem z od­czu­wa­niem smut­ku, za to ła­two im się zło­ścić i na­ru­szać gra­ni­ce in­nych przez wrza­ski, obe­lgi, trza­ska­nie drzwia­mi czy bi­cie. Jesz­cze inni z ko­lei są wiecz­nie nie­za­do­wo­le­ni, sta­le ko­goś kry­ty­ku­ją i po­ucza­ją - prze­by­wa­jąc z nimi, mamy nie­kie­dy wra­że­nie, jak­by ich nie­wy­ra­żo­na złość osią­gnę­ła stan chro­nicz­ny i wy­cho­dzi­ła z nich usza­mi. Są tacy, któ­rzy jak­by utknę­li w ży­ciu i nie mogą zro­bić kro­ku w przód. Oraz tacy, któ­rzy się jak­by za­mro­zi­li3. I chcia­ła­bym tu wy­raź­nie pod­kre­ślić, że da­le­ka je­stem od pięt­no­wa­nia tego, że tacy je­ste­śmy. Na­sze spo­so­by ra­dze­nia so­bie ze zło­ścią wy­pra­co­wy­wa­li­śmy, kie­dy by­li­śmy ma­ły­mi, za­leż­ny­mi od do­ro­słych dzieć­mi. Po­ra­dzi­li­śmy so­bie z tym te­ma­tem naj­le­piej, jak umie­li­śmy, i ta wy­pra­co­wa­na po­sta­wa słu­ży­ła nam przez wie­le lat. Jed­no­cze­śnie te­raz, kie­dy je­ste­śmy już do­ro­śli, mo­że­my zde­cy­do­wać, że z ja­kie­goś po­wo­du chce­my ina­czej. A na­sze wła­sne dzie­ci są cu­dow­nym po­wo­dem, żeby tego "ina­czej" spró­bo­wać.

Dru­gą waż­ną rze­czą, któ­rej na­uczy­łam się o zło­ści, jest to, że rzad­ko kie­dy w do­ro­słym ży­ciu czu­je­my zwią­za­ną z nie­wy­go­dą da­nej chwi­li czy­stą złość. Nie­wy­go­da da­nej chwi­li jest np. wte­dy, kie­dy ele­ganc­ka pani na szpil­kach znie­nac­ka bo­le­śnie na­dep­nie nam na sto­pę albo ktoś, prze­cho­dząc obok, za­ha­czy nas siat­ka­mi peł­ny­mi za­ku­pów.

W więk­szo­ści przy­pad­ków nie jest to ta­kie pro­ste. Na­sza złość bar­dzo rzad­ko wy­ni­ka wy­łącz­nie z nie­wy­go­dy da­nej chwi­li. Złość, któ­ra prze­cież dzie­je się w cie­le i psy­chi­ce, po­tra­fi uru­cho­mić w na­szych gło­wach róż­ne sta­re ob­ra­zy oraz my­śli (wspo­mnia­ne wcze­śniej my­śli za­pal­ni­ki) zwią­za­ne z jej prze­ży­wa­niem albo za­trzy­my­wa­niem. Rów­nie szyb­ko po­tra­fi pod­łą­czyć się do oce­anu wspo­mnień, któ­rych kom­plet­nie nie je­ste­śmy świa­do­mi. To tak, jak­by za­pa­lać świa­teł­ka na cho­in­ce - kie­dy za­pa­la­my jed­no, roz­bły­ska cały łań­cuch. Złość rzad­ko kie­dy ty­czy się za­tem tyl­ko mo­men­tu, w któ­rym ją prze­ży­wa­my. Czę­sto uru­cha­mia w nas dużo, dużo wię­cej: po­czu­cie za­wo­du, utra­ty bez­pie­czeń­stwa, zra­nio­ne uczu­cia. I to "wię­cej" zwy­kle po­cho­dzi z na­sze­go dzie­ciń­stwa, z na­szych re­la­cji z opie­ku­na­mi - ro­dzi­ca­mi, na­uczy­cie­la­mi, dziad­ka­mi, ro­dzeń­stwem, gru­pą ró­wie­śni­czą - kie­dy to, jak w ży­ciu, ja­kaś część na­szych po­trzeb nie była speł­nio­na i coś nas za­bo­la­ło, zra­ni­ło, a nie bar­dzo mo­gli­śmy po­ka­zać ani wy­ra­zić, że nam się to nie po­do­ba. W do­dat­ku ta nie­wy­ra­żo­na złość mie­sza­ła się nam czę­sto (i mie­sza na­dal) z in­ny­mi emo­cja­mi: stra­chem, wstrę­tem czy smut­kiem, któ­rych też nie mo­gli­śmy wy­ra­zić. I dla­te­go te­raz, kie­dy na­sze dziec­ko albo part­ner mówi do nas coś w ten sam nie­lu­bia­ny spo­sób, w któ­ry zwra­ca­ła się do nas nie­za­do­wo­lo­na bab­cia czy groź­ny tata, na­sza re­ak­cja bywa rów­nież emo­cjo­nal­ną od­po­wie­dzią na tam­to, a nie tyl­ko na to, co mówi na­sze dziec­ko czy mąż - tu i te­raz.

Kie­dy wście­kam się nie­kie­dy na mo­je­go męża, ła­two mi za­po­mnieć, o co się w da­nym mo­men­cie kłó­ci­my, bo uru­cha­mia mi się "nie­wy­złosz­czo­na" złość z daw­nych kłót­ni na po­dob­ne te­ma­ty. A na usta ci­sną się sło­wa: "Bo ty za­wsze my­ślisz tyl­ko o so­bie i ni­g­dy nie ra­czysz na­wet za­dzwo­nić i uprze­dzić, że bę­dziesz póź­niej!". My­śli za­pal­ni­ki prze­ska­ku­ją od jed­nej do dru­giej, pod­su­wa­jąc ob­ra­zy tych wszyst­kich mo­men­tów, w któ­rych mój mąż miał za­dzwo­nić, że bę­dzie póź­niej, a tego nie zro­bił. My­śli te uło­ży­ły mi się w gło­wie w nie­zbyt przy­jem­ne prze­ko­na­nie, że on się ze mną nie li­czy, a to prze­ko­na­nie znam też z dzie­ciń­stwa. Uświa­do­mi­łam so­bie pod­czas wła­snej te­ra­pii, że nie­któ­re za­cho­wa­nia mo­ich ro­dzi­ców in­ter­pre­to­wa­łam jako nie­wi­dze­nie mnie i nie­bra­nie mnie pod uwa­gę. Oczy­wi­ście zło­ści­łam się na to, tyle że do­brze ukry­łam tę złość w so­bie. I ra­czej nie mia­łam szan­sy wy­ra­zić jej wo­bec nich.

1 Każ­de­mu z nas zda­rza się krzyk­nąć. Dla mnie waż­na jest in­ten­cja, któ­ra się za tym kry­je. Cza­sem krzy­czy­my, bo czu­je­my się bez­rad­ni i chce­my być usły­sza­ni, a kie­dy in­dziej krzy­czy­my z in­ten­cją ob­ra­że­nia ko­goś, ob­wi­nie­nia za na­sze emo­cje, prze­stra­sze­nia, groź­by. Taki ro­dzaj krzy­ku "boli" bar­dziej.

2 T.I. Ru­bin, Księ­ga gnie­wu, tłum. N. Ra­dom­ski, Po­znań 1999.

3 Zob. M. Ja­nusz­kiewcz, Co się kry­je za zło­ścią?, https://www.swps.pl/stre­fa-psy­che/blog/re­la­cje/19840-co-sie-kry­je-za-zlo­scia (data do­stę­pu: 09.09.20).