Dziadek Kufel
- O forsę nie musisz się martwić - powiedział Kubuś, gdy zbliżali się do baru Pod Białą Różą.
Już dawno minęli nowe bloki, które teraz połyskiwały w słońcu srebrzystymi taflami okien i kolorowymi tynkami. Zagłębili się w labirynt wąskich, niebrukowanych uliczek. Szli wzdłuż niskich, walących się domów, wśród małych podmiejskich ogródków, gdzie pachniało kwitnącymi czeremchami i zalatywało z okien gotującą się strawą. Mijali czarne, obite papą gołębniki, poprzewracane płoty, kupy gruzów, długie baraki. Wkraczali w inny świat.
Hipcia z rosnącym zainteresowaniem przyglądała się swemu szefowi.
- Dwa złote to głupstwo - rzekła wesoło. - Mama dała mi na lody.
- Zwrócę ci, jak tylko załatwimy ten interes.
- Głupstwo, to przecież wspólna kasa.
- Nie lubię, jak się kłamie.
- Ja też nie, ale lody miały być dla mnie. - Jeszcze raz zerk-nęła na zamyśloną twarz Kubusia. Chłopiec miał tak tajemniczą minę, jakby rozmyślał o podróży na Księżyc. Hipcia nie mogła długo wytrzymać bez gadania. Denerwowało ją przedłużające się milczenie. Zagadnęła więc nieśmiało:
- Słuchaj, kto to jest ten dziadek Kufel?
- Nie znasz dziadka Kufla? - powiedział Kubuś zgorszony. - To przecież najważniejszy człowiek w całej okolicy.
- A co on robi?
- Pije piwo i wie o wszystkim, co dzieje się na Czerniakowie.
- A czym się zajmuje?
Kubuś uśmiechnął się tajemniczo.
- Jeżeli on wszystko wie, to nie musi się niczym zajmować.
- To ciekawe - powiedziała z namysłem Hipcia. - Czy on będzie wiedział, gdzie się podziała Krecia?
- Nie. On nie zajmuje się takimi drobnymi sprawami.
- W takim razie po co do niego idziemy?
- Nie martw się. Wszystko będzie w porządku.
Stanęli właśnie przed barem Pod Białą Różą. Budynek nie wyglądał okazale. Parterowy dom na podmurówce z czerwonych cegieł, o żółtych odrapanych ścianach, stał wśród otaczających go szop i baraków. Spoglądał na niezabrukowaną ulicę dwojgiem zakurzonych okien. Za jednym oknem tkwił półmisek z kisnącymi w jakiejś szarej cieczy śledziami i kilka butelek krajowego wina; w drugim widniał wyblakły afisz zachęcający do gry w totolotka. Z otwartych drzwi płynęła smuga zapachów - dymu z papierosów, cierpkiego piwa i niezbyt świeżych rolmopsów.
O tej porze w barze było jeszcze cicho i pusto. Tylko z głośnika radiowego snuła się tęskna melodia wygrywana na skrzypcach.
Kubuś zatrzymał się.
- Zaczekaj na mnie - powiedział do Hipci. - Ja to szybko załatwię. Tymczasem możesz wkuwać angielskie słówka dla pani Baumanowej.
Hipcia skrzywiła się.
- Eee... ja też bym chciała zobaczyć dziadka Kufla. Czy on tam jest na pewno?
- Murowane. Jeżeli go nie ma, to znaczy, że umarł.
- To pójdę z tobą. Chcę poznać twoje metody.
Kubuś skinął niechętnie.
- Chodź, tylko proszę cię, nie otwieraj dzioba, bo wszystko możesz sknocić!
Weszli do pierwszej sali. W głębi połyskiwała wypolerowana lada i niklowy ekspres do parzenia kawy. W kącie nad niedopitym kufelkiem drzemał jakiś pijany drab. Za ladą, w białym kitlu, tkwiła bufetowa. Kubuś ukłonił się elegancko.
- Dzień dobry pani. Czy zastałem dziadka Kufla?
- A, jest tam, w ogródku - odpowiedziała niechętnie. Miała minę zawiedzionej księżniczki.
W ogródku panował miły cień. Gęste krzewy bzu i jaśminu otaczały niewielką przestrzeń zastawioną żółtymi stolikami i kulawymi krzesłami. W kącie, niemal w samym gąszczu cienistych krzewów, oparty o krawędź stolika drzemał dziadek Kufel.
Była to przedziwna figura. Na jego widok Hipcia omal nie parsknęła śmiechem. Jednak mocny kuksaniec Kubusia przywołał ją do porządku.
Dziadek był okrąglutki jak bilardowa kula; miał czerwoną, przekrwioną twarz, wielki, bulwiasty nos, małe, śmiejące się oczy, łysą, jakby wypolerowaną czaszkę. Do tego zadzierzyście, z fantazją podkręcone wąsiska z żółtym nalotem od tytoniowego dymu.
Ubrany był przedziwnie - ni to błazen cyrkowy, ni to stary arystokrata z angielskich opowiastek dla dzieci.
Miał na sobie czarny żakiet, który w żaden sposób nie chciał leżeć na pulchnym karku ani opiąć okrągłego brzuszka. Spod żakietu wyglądała flanelowa koszula w szkocką kratę. Jego króciutkie nóżki tkwiły w sztuczkowych spodniach, a nagie stopy w czarnych kaloszach. Widać było, że części tej dziwacznej garderoby pochodzą z odległych czasów, gdyż szwy żakietu popękały już na plecach, a spodnie były tak wystrzępione, jakby je myszy posiekały.
Mimo to staruszek miał minę największego eleganta.
Na widok dzieci otworzył jedno oko i uśmiechnął się przyjaźnie.
- Kogóż to moje stare oczy widzą? - zagadnął tubalnym, dobrze już zdartym głosem.
- Dzień dobry, dziadku. Ładną dzisiaj mamy pogodę.
Staruszek ziewnął przeciągle. Otworzył drugie oko.
- Znakomitą, tylko te przeklęte muchy nie dają spokoju.
- Mam nadzieję, że dziadka dzisiaj w kościach nie łamie?
Dziadek przeciągnął się, aż ciasny żakiet zatrzeszczał w szwach.
- Dzięki Bogu, nic mnie dzisiaj nie łamie. - Nagle uśmiechnął się ciepło: - A ty, mój kawalerze, jak się trzymasz?
- Dziękuję, zupełnie dobrze.
- A jak zdrowie szanownej mamusi?
- Dziękuję, w porządku.
- A braciszka?
- Dziękuję.
- A babci?
- Babcia, dzięki Bogu, zdrowa.
Hipcia z rosnącym zdumieniem przysłuchiwała się tej kwiecistej wymianie grzeczności. Gdy dziadek dojechał do babci, trąciła łokciem Kubusia.
- Przecież ty nie masz ani babci, ani brata.
- Ts! - ofuknął ją chłopiec. - Nie przeszkadzaj. Dziadek lubi się wypytywać, to co ci szkodzi.
Hipcia wzruszyła ramionami. Nie mogła się doczekać, kiedy przystąpią do sprawy Kreci. Widocznie metoda Kubusia wymagała cierpliwości.
Tymczasem dziadek poprawił swą wielką muszkę w groszki, chrząknął, przejechał dłonią po łysinie. Nagle spojrzał bystro i zagadnął:
- A ty do mnie w jakiej sprawie?
Kubuś zrobił naiwną minę.
- Ja?... A tak sobie. Przechodziliśmy tędy, więc pomyślałem, że dobrze by było dziadka odwiedzić.
- No, no - zaśmiał się staruszek - bardzo to ładnie, że nie zapominasz o dziadku!
- Nie, nigdy! - zaprotestował żywo. - Pewno dziadek jeszcze dzisiaj piwka nie pił?
W oczach staruszka pojawiły się wesołe błyski.
- Jakbyś zgadł, nie piłem.
- To jakie mam przynieść?
- Kufelek jasnego, tylko z kołnierzykiem.
- Już się robi! - Kubuś zakręcił się na pięcie i znikł w drzwiach prowadzących do bufetu.
- Złoty chłopak. Złoty chłopak! - wyszeptał dziadek z uznaniem i z rozkoszą oblizał suche wargi.
Przy piwku rozbudził się na dobre. Jego niebieskie oczy tryskały teraz radością, a na księżycowym obliczu malowało się zadowolenie. Zdmuchnął lekką piankę, z rozkoszą zanurzył spieczone wargi w chłodnym, złocistym płynie. Potem pociągnął, aż zachlupotało w kufelku.
- Niezłe, niezłe - powiedział - ale to jednak nie to, co przedwojenny okocim!
Dziadek odstawił kufelek.
- No, a teraz mów, o co ci chodzi - powiedział filuternie, mrużąc oko.
- Właściwie to o nic.
- Ja cię znam! - zaśmiał się dziadek. - No proszę, powiedz, jaką masz do mnie sprawę.
Kubuś przełknął głośno ślinę.
- Może dziadek się orientuje - zaczął powoli i ostrożnie - kto tutaj w okolicy zajmuje się pieskami?
- Pieskami, mówisz? - uniósł dłoń do czoła. Zamyślił się.
- Tak - wyjaśnił mały detektyw. - Jednej pani zginął jamniczek, bardzo się z tego powodu zmartwiła.
- Zaraz, zaraz... - Dziadek z przejęciem tarł łysinę. - Już mam! Coś mi się widzi i czuję w kościach, że to Toluś Poeta. Znasz Tolusia Poetę?
- Nie.
- To go poznasz. Bardzo ciekawy człowiek. I mądry, ho, ho! A że ma słabość do rasowych piesków, to chyba nie jego wina, tylko psów.
- A gdzie on mieszka?
- Tu, niedaleko, na Jeziornej pod czternastym. Zapytasz o Tolusia Poetę, to ci każdy powie. - Naraz ściszył głos: - Tylko nie mów, że ja ci to powiedziałem, boby się na mnie obraził. I w ogóle delikatnie z nim, bo to wrażliwa, artystyczna dusza.